poniedziałek, 5 lutego 2018

Krajobraz po ministrze



Odwołanie Antoniego Macierewicza kończy pewien etap, ale nie kłopoty wojska. Stan, w jakim zostawił armię i przemysł zbrojeniowy, wskazuje, że najtrudniejsze chwile dopiero przed wojskowymi.

Juliusz Ćwieluch

Już trzy tygodnie po odwołaniu Antoniego Maciere­wicza trudno uwierzyć, że w ogóle kiedyś był szefem MON. Intensywne czyszczenie ministerstwa z ludzi Macierewicza zaczęło się już w dniu jego odwoływa­nia i trwa w najlepsze. W zaledwie tydzień wymie­ciono niemal wszystkich jego zastępców, szefa SKW i najbliższych nominatów byłego szefa. W przemyśle zbrojeniowym trwa tworzenie list osób do zwolnie­nia. A obronna akcja zaprzyjaźnionych z ministrem mediów wypaliła się po tygodniu, pozbawiona żaru reklam i ogło­szeń, które wcześniej obficie tam lokowano. Niestety, wcale nie oznacza to, że kłopoty wojska ze wszechpotężnym do niedawna ministrem można uznać za zamknięte.

Burza przed burzą
Zakres problemów, które generował Antoni Macierewicz, in­nego ministra kosztowałby stanowisko dużo wcześniej. Ten jednak trwał w najlepsze zdawało się, nietykalny. To pewnie uśpiło jego czujność i spowodowało, że powietrza próbował nabrać, kiedy był już głęboko pod wodą.
   20 października zeszłego roku Rada Ministrów przyjęła Uchwa­łę nr 168. Dokument mieści się na połowie kartki formatu A4 i składa z zaledwie trzech artykułów. Ale tak naprawdę kryją się za nim niewydane miliardy na modernizację techniczną wojska i ciche przyznanie się do porażki w kwestii jej szybkiego unowo­cześniania. Uchylenie wieloletniego planu „Priorytetowe Zadania Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej w ramach programów operacyjnych” spowodowało, że dla niko­go w rządzie nie było już tajemnicą, że Macierewicz blefuje nie tylko przed wojskiem i wyborcami. Teraz należało się zastanowić, co z tym fantem zrobić.
   Macierewicz postanowił sprawę załatwić we własnym stylu, obiecując jeszcze więcej jeszcze większej liczbie osób. Zapo­wiedział, że do końca roku wybrany zostanie partner w pro­gramie „Orka” (zakup czterech okrętów podwodnych). Wojsko rozstrzygnie przetarg na 100 tys. mundurów (zakupy za jego czasów spadły poniżej wszelkich minimów). A Amerykanie sprzedadzą nam wreszcie system Patriot. Kiedy kilka mie­sięcy później żegnał się z urzędem, żadna z tych obietnic nie była zrealizowana.
   Dużo więcej konsekwencji minister wykazywał w poniża­niu swojego zwierzchnika, czyli prezydenta. Komunikacja za pośrednictwem korespondencji, formalny zakaz kontaktów wojskowych z głową państwa bez zgody ministra czy nasłanie służb na jego głównego wojskowego doradcę gen. Jarosława Kraszewskiego doprowadziły prezydenta do sytuacji, w której sam musiał zacząć kąsać. Mówił o ubeckich metodach mini­stra, a listy z nominacjami generalskimi regularnie wrzucał na dno szuflady. Na linii minister-prezydent zapanowała zim­na wojna. Stan o tyle kuriozalny, że w przypadku prawdziwego konfliktu to właśnie na barkach tych dwóch osób spoczywa główny ciężar obrony kraju. Nawet w szeregach PiS konflikt przyjmowano z niesmakiem.
   Dopóki sprzeciw prezydenta był symboliczny, minister mógł być w natarciu. Przyszedł jednak moment, w którym bez podpisu prezydenta nie dało się rozpocząć reformy systemu kierowania i dowodzenia, czyli tzw. SKiD. Ku wielkiemu zdzi­wieniu Antoniego Macierewicza prezydent Duda się zaciął i nie chciał mu niczego podpisać. Poszedł nawet dalej i lansował własną wizję reformy systemu dowodzenia. Zapowiedziana rok temu reforma do dziś nie weszła w życie, choć wszyscy wie­dzą, że system w dzisiejszym wydaniu jest niewydolny, bo już w momencie jego wprowadzania założono, że to rozwiązanie tymczasowe, które po wdrożeniu trzeba będzie udoskonalić na bazie zdobytych doświadczeń.
   W ostatnich miesiącach urzędowania Macierewicza nie tyl­ko dogoniły własne niespełnione obietnice i zderzył się z py­chą, która kazała mu obrażać Andrzeja Dudę. Stał się również ofiarą czystki kadrowej, jaką rozpętał w wojsku. Macierewicz tłumaczył, że masowo zwalniał generałów, bo brakowało im kompetencji. Za to świeżo mianowani mają ich pod dostatkiem i sytuacja wreszcie się unormowała. Co nijak się miało do woj­skowych realiów.
   Tajemnicą poliszynela była napięta relacja ministra z szefem Sztabu Generalnego gen. Leszkiem Surawskim. Co kilka tygodni wojsko obiegała plotka, że szef Sztabu Generalnego jed­nak ostentacyjnie odejdzie, co byłoby wizerunkowym ciosem dla ministerstwa. W grudniu Surawski udał się na długi urlop, który wojskowi nazwali technicznym. W czasie nieobecności przybył mu kolejny zastępca - gen. Adam Joks. Macierewicz stawiał na takich oficerów jak on, którzy podchorążymi zostali już w wolnej Polsce. Joks był na misji w Iraku. Skończył studia w Stanach Zjednoczonych, kształcił się w prestiżowej Akade­mii Obrony NATO w Rzymie. Jednocześnie ze strony MON były naciski, żeby z listy zastępców szefa sztabu zniknęło nazwisko gen. Jana Dziedzica. Gen. Surawski naciski ministra jednak ignorował. Do pracy wrócił w poniedziałek 8 stycznia. Dzień później Antoni Macierewicz nie był już ministrem.
   - Macierewicz już dawno przekroczył masę krytyczną kom­promitacji i nieudolności. Rekonstrukcja rządu była wygodnym dla wszystkich momentem, żeby się go pozbyć - mówi Tomasz Siemoniak, którego Macierewicz zastąpił w MON. - Krajobraz po Antonim Macierewiczu jest jednak marsjański. Zrujnował nie tylko armię, ale i przemysł zbrojeniowy, który nieopatrznie oddano w jego podległość.

Czystka
Większość byłych współpracowników Macierewicza znik­nęła z resortu tak, jak jeszcze niedawno znikali z armii gene­rałowie - z dnia na dzień, bez podania przyczyn i bez słowa dziękuję. Na pierwszy ogień poszedł szef SKW Piotr Bączek, po­wszechnie zwany Wiewiórem. - Bączek znalazł kiedyś na swoim płocie martwą wiewiórkę. Zgłosił to do służb jako próbę zastra­szenia. Po takim występie nikt już na niego inaczej nie mówił - opowiada jeden z byłych oficerów służb.
Bączek walczył do końca. Jeszcze w weekend, na dwa dni przed odwołaniem Macierewicza, z SKW wyszło tajne pismo w sprawie gen. Jarosława Kraszewskiego z Biura Bezpieczeń­stwa Narodowego. Bączek najpierw wystąpił o czasowe zawie­szenie generałowi dostępu do tajnych informacji. A następnie próbował odciąć go od tych informacji na stałe. Zamiast tego odcięto Bączka.
   - To nie było zwykłe odejście szefa służby, które najczęściej przeprowadza się po cichu. To była publiczna egzekucja, z wy­eksponowanym komunikatem. W ten sposób głowę Bączka zanie­siono w darze prezydentowi, za te kilka miesięcy pomiatania jego najbliższym wojskowym współpracownikiem gen. Jarosławem Kraszewskim - dodaje były oficer służb. Kilka dni po odwołaniu szefa SKW ze stanowiskami musieli się pożegnać niemal wszy­scy zastępcy Macierewicza. W ich wypadku nowy szef resortu nie zdobył się nawet na komunikat i przez cały weekend trwa­ły medialne spekulacje, czy to prawda. Potwierdził je dopiero sam Macierewicz. Dla wszystkich stało się jasne, że zaczyna się właśnie polowanie na ludzi Macierewicza. Myśliwy stał się zwierzyną.
   Jedynym wiceministrem, który został po Macierewiczu, jest Tomasz Szatkowski, który na tle swoich kolegów pozytywnie wyróżniał się wiedzą i merytorycznością. Fakt, że Szatkowski sam nie podał się do dymisji, Macierewicz uznał za zdradę i re­lacja się oziębiła. Jednak nowy szef MON Mariusz Błaszczak nie odpuścił nawet Szatkowskiemu. Zaraz po objęciu stanowiska okroił zakres jego kompetencji. Wygląda na to, że po Maciere­wiczu nie może pozostać żaden ślad.
   Już przed jego odwołaniem zaczęła się ucieczka z resortu. Drogi ewakuacyjne nie były specjalnie oryginalne. Więk­szość odchodzących ministrów od lat upychała swoich ludzi po podległych sobie uczelniach wojskowych, bo to ciepłe i mało eksponowane posady. Anna Pęzioł-Wójtowicz, rzecznik pana ministra, która w niespełna rok z majora awansowała na pełne­go pułkownika, znalazła zatrudnienie w Wojskowej Akademii Technicznej. Złośliwi żartują, że poszła tam na kurs odbierania telefonów, co w czasie pracy w resorcie nie było j ej mocną stroną. Płk Kazimierz Bednorz, były dyrektor Centrum Operacyjne­go MON i wierny pretorianin ministra, już w połowie grudnia 2017 r. został wyznaczony na stanowisko zastępcy komendanta Akademii Sztuki Wojennej. Wojskowi nie wróżą długiej kariery żadnej z tych osób. - Pani płk Pęzioł czy płk Bednorz powinni swoim doświadczeniem wspomóc jednostki liniowe. W takim Węgorzewie z pewnością mogliby docenić ich świeże spojrzenie na nowoczesne zarządzanie. Sami przecież twierdzili niedaw­no, że kierowanie oficerów do zielonych garnizonów nie jest karą - mówi jeden z generałów, którego Bednorz telefonicznie infor­mował o wyrzuceniu z wojska po 40 latach służby.
   Ku ogólnemu zdziwieniu na stanowisku został Radosław Pe­terman, szef departamentu kadr i szara eminencja resortu. Przez zwolnionych oficerów obwiniany jest o tropienie w ich życiory­sach „złych genów”. Gen. Jana Rajchla, rektora dęblińskiej Szkoły Orląt, do odejścia z armii zmuszono, bo dokopano się, że miał ojca w milicji. Wzorowy przebieg służby i sukcesy Rajchla nie ochroniły go przed pożegnaniem z mundurem. Podobnych historii w cią­gu ostatnich lat uzbierały się dziesiątki. Wojskowi wiele sobie nie obiecują, ale na spotkaniu z kadrą dowódczą nowy szef resortu Mariusz Błaszczak zapewniał, że przed ar­mią czas kadrowej stabilizacji. A styl pracy resortu zostanie zmieniony.
   I coś w tym może być, bo minister Błasz­czak wręcz ostentacyjnie odcina się od swo­jego poprzednika. W wojsku plotkuje się nawet, że nowy minister nie zdecyduje się urzędować w tym samym gabinecie co Macierewicz. Po raz pierwszy po 1989 r. minister nie będzie miał siedziby przy ul. Klonowej 1, tylko chce urzędować wraz z innymi wiceministrami w budynku przy alei Niepodległości 218.

Zapaść
W armii po Macierewiczu bardzo nie płakali. Co prawda zostanie w pamięci żoł­nierzy jako ten, który dawał im rekordowe podwyżki. Ale przez ostatni rok nawet zwy­kli szeregowi widzieli, że sprawy idą w złym kierunku. - Nowego munduru od pół roku nie mogłem się doprosić. Jakby żona mi nie pocerowała, to nie wiem, w czym bym chodził. Z przyjęciami do jednostki była kicha, bo cała para szła w gwizdek z napisem „obrona terytorialna”, a zadań w jednostkach przybywało - mówi jeden z żołnierzy w jednostce w Świdwinie. Stany osobowe armii objęte są ścisłą tajemnicą wojskową i nie są ujawniane. Ale o ska­li problemu najlepiej świadczy fakt, że coraz więcej jednostek zwraca się do Dowództwa Generalnego z prośbą o obniżenie gotowości bojowej, bo stany osobowe spadły poniżej 50 proc. Takiej zapaści już dawno w armii nie było.
   Sprzętowo wcale nie jest lepiej, choć drugi rok z rzędu wojsko wydało cały budżet. - Paradoks polega jednak na tym, że jedno­cześnie nie zrealizowano żadnego z czterech priorytetowych zadań modernizacyjnych, które były planowane na tamten rok - mówi Tomasz Dmitriuk, dziennikarz branżowy, który od lat bada re­alizację budżetu przez MON. Sztuczka udała się w dużej mierze dzięki temu, że resort zapłacił za sprzęt zakontraktowany jeszcze w poprzednich latach. Ale nawet w tym sukcesie musiała pomóc Rada Ministrów, która na posiedzeniu 21 grudnia zaakceptowała przesunięcie pół miliarda płatności na pierwszy kwartał 2018 r. W efekcie największy przelew 1,5 mld zł pójdzie do włoskiej firmy Leonardo za samoloty szkoleniowe Bielik. 700 mln zł kosztowała rata za samoloty VIE! 660 mln zł zapłaciliśmy Amerykanom za ra­kiety AMRAMM do samolotów F-16. 400 mln zł za niszczyciela min Kormoran.
   - Samoloty Bielik, niszczyciel Kormoran, rakiety JASMM czy Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy to wszystko są kontrakty pod­pisane za czasów Platformy Obywatelskiej. Jak minister Macie­rewicz radził sobie z dużymi kontraktami, najlepiej widać było na przykładzie śmigłowców - wylicza Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej.
   Choć polska armia wydała w zeszłym roku 9,3 mld zł na swój sprzęt, ciągle nie ma tego, co potrzebne najbardziej: systemu obrony przed atakiem z powietrza. Wdrożenia dronów różne­go typu, artylerii rakietowej dalekiego zasięgu czy chociażby nowych okrętów podwodnych. Spośród niemal 15 prioryteto­wych programów 10 w ogóle nie udało się nawet rozpocząć. Skutki dla armii będą opłakane, bo w przypadku np. okrętów podwodnych już wiadomo, że nowych nie uda się kupić przed wysłaniem na żyletki starych. A to oznacza, że marynarka straci załogi i tzw. zdolność do realizacji zadań. Przeszkolenie nowych załóg od zera zajmie minimum pięć lat. Z wyliczeń wynika, że zdolność rażenia przeciwnika za pomocą okrętów podwodnych odzyskamy w 2032 r. W najbardziej optymistycz­nym scenariuszu w pełni operacyjne drony armia będzie miała w 2025 r., a ochro­nę naszego nieba w 2022. Ale to również wersja superoptymistyczna. Dwa lata rządów Antoniego Macierewicza w MON cofnęły armię do poziomu polskiej służ­by zdrowia.

Sprzątanie
Mariusz Błaszczak wzorem swoich dzia­łań w MSWiA nie powołał rzecznika praso­wego i trudno oczekiwać, żeby jakoś wy­lewnie opowiadał na temat swoich planów. Na początku z pewnością będzie musiał zmierzyć się ze sztandarowym dziełem swo­jego poprzednika, czyli Wojskami Obrony Terytorialnej. - W tej kwestii doradzałbym normalność, czyli włączenie tej formacji do struktur armii, bo bezpośrednie podpo­rządkowanie pod ministra było pomysłem zbliżonym bardziej do wschodniego kręgu kulturowego niż do polskiej tradycji woj­skowej - mówi gen. Mirosław Różański, były dowódca generalny. WOT czeka również wyhamowanie tempa pozyskiwania oficerów liniowych, bo czasy błyskawicznych awansów w tej formacji są już pewnie przeszłością.
   Kolejnym wyzwaniem będzie zrobienie porządków w Polskiej Grupie Zbrojeniowej (PGZ), gdzie Macierewicz zbudował umoc­niony przyczółek dla swoich akolitów. Ciągnące się miesiącami negocjacje w sprawie kluczowych kontraktów to w dużej mierze wina negocjatorów z PGZ, która miała pośredniczyć we wszyst­kich zamówieniach dla polskiej armii. Programy były tak rozdmu­chiwane, że zakup artylerii rakietowej dalekiego zasięgu trzykrot­nie przekroczył budżet. Zamiast planowanych 3,5 mld zł pojawia się już kwota grubo przekraczająca 10 mld zł.
   - Początkowo planowano zakupić ten system z tzw. półki, czyli  niemal gotowy, z niewielkim udziałem polskiego przemysłu. Za czasów ministra Macierewicza uznano, że część produkcji zo­stanie przeniesiona do polskich zakładów zbrojeniowych, a liczba sprzętu towarzyszącego zakupionym wyrzutniom zostanie znacz­nie zwiększona - tłumaczy Tomasz Dmitriuk. Strona polska za­życzyła sobie również rozbuchanej oferty offsetu i szerokiego transferu technologii, co w okolicach października doprowadziło do impasu w rozmowach z Amerykanami. - Mocarstwowe ambi­cje i oczekiwania wynikające z braku wiedzy i znajomości realiów tych ludzi spowodowały, że nikt już nie chce z nimi rozmawiać. Na pierwszy rzut oka transfer technologii jest świetnym pomy­słem, tylko że mało który polski zakład jest w stanie te technologie wdrożyć i rozwijać. W PGZ stawiano jednak na ambicje, a nie realia - mówi jeden z prezesów z branży zbrojeniowej.
   W efekcie PGZ ma nawet dywizję kosmiczną, a ciągle nie udało się jej wybudować nowoczesnej fabryki prochu. Linia produkcyjna, która jest używana w zakładzie w Pionkach, w 2022 r. skończy 100 lat. I to wszystko byłoby śmieszne, gdyby nie było prawdziwe.
Juliusz Ćwieluch

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz