PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 11 lutego 2018

Polski blitzkrieg,Idy marcowe,Zaprzęg demonów,Dopóki wolno,Kartka od szóstego i Orka



Polski blitzkrieg

Jak pewnie większość z Was mam szczękę na podłodze, przecieram oczy ze zdumienia, szczypię się, okładam lodem, parzę woskiem  i nie wierzę, że dzieje się coś, co absolutnie nie miało pra­wa się zdarzyć, że nikt nie jest w stanie spieprzyć czegoś tak epicko. A jednak. PiS potrafi. Mieć nieustannie na us­tach dobre imię Polski i w ciągu kilkudziesięciu godzin do­prowadzić do największej katastrofy wizerunkowej kraju po 1989 roku, której konsekwencje będziemy odczuwać la­tami, no to naprawdę jest nie lada osiągnięcie. Kierując się swoimi fiksacjami, chłopcy z PiS rzucili gównem w wenty­lator, a teraz pryska na nas wszystkich.
   Wszystko w tej historii jest znakomite. To jak film kata­stroficzny, którego scenarzyście nie wystarczy jedna trage­dia, trzęsienie ziemi to za mało, w twórczym szale dorzuca występujące z brzegów oceany, światową epidemię eboli, ataki zmutowanych szerszeni i nadciągający meteoryt. Ma być bum na czterdzieści fajerek, ale nagromadzenie nie­szczęść powoduje, że film zaczyna trącić groteską. Boha­terowie szarży pod tytułem „Nowelizacja ustawy o IPN” również postanowili zagrać na wielu instrumentach i pójść na całość, by nie przepuścić żadnej, ale to żadnej okazji do pogorszenia sytuacji.
   Najpierw sama niechlujna i niejasna nowelizacja. Tak w ogóle to się dziwię, że Izraelczycy i Żydzi z diaspory się ciskają, bo przecież ta kara trzech lat więzienia za krzyw­dzące wypowiedzi o Polsce i Polakach przeznaczona jest dla nas, obywateli Najjaśniejszej. Wiem, wiem, zapisane jest, że polski wymiar sprawiedliwości będzie ścigał każde­go na całym świecie, obojętne, z jakiego kraju pochodzi, ale bądźmy poważni. Czy ktoś sobie wyobraża, że Wielka Bry­tania, Francja, USA, Australia, o Izraelu nie wspominając, wyda Polsce swego obywatela, bo ktoś w PiS uzna, że tenże naruszył dobre imię Polski? Bat jest na szczęśliwców żyją­cych między Bugiem i Odrą.
   A że minister edukacji udaje, iż nie wie, kto mordował w Jedwabnem i Kielcach, szef IPN idzie nawet dalej, głosi, że wykonawcami pierwszej z tych zbrodni byli wyłącznie Niemcy, którzy wykorzystali grupkę Polaków, propaganda historyczna władzy przedstawia sielankowy obraz czasów wojny, na którym Polacy masowo ratują Żydów, a tylko gdzieś w tle majaczy trzech szmalcowników, a więc biorąc to wszystko pod uwagę plus nacjonalistyczny ogień i emo­cjonalną zaciekłość tej władzy, trudno wyciągnąć inny wniosek niż ten, że nieszczęsna poprawka będzie narzę­dziem cenzury i zastraszania.
   Czyli mamy pierwszy komunikat płynący w świat - pol­ski rząd chce wtrącać do więzień świadków historii, dzien­nikarzy, naukowców czy w zasadzie każdego, kto wspomni ciemnych kartach polskiej historii. Wniosek łatwo wy­snuć: aha, czyli mają mocno za uszami, skoro paragrafami i zastraszaniem próbują przykryć niewygodne wydarze­nia. Odium spada na cały kraj, na nas wszystkich, nie tylko na sprawców tej psychodelii.
   Już jest nieźle, ale dla podkręcenia efektu wyciągnijmy nowelizację tuż przed Międzynarodowym Dniem Pamię­ci o Ofiarach Holokaustu. Poza tym za chwilę 50. roczni­ca Marca 1968, antysemickiej czystki i pognania tysięcy Żydów z Polski, to też na pewno temu i owemu dobrze się w świecie skojarzy. Potoki żydożerczego gówna wylewają­cego się z internetu imponują, ale dobroci nigdy za wiele, więc nasza TVP da miejsce na ekranie na antysemickie po­pisy. Jak się bawić, to na całego.
   No i podkreślajmy, że w ustawie chodziło o to, żeby źli lu­dzie nie używali terminu „polskie obozy śmierci”. W związ­ku z czym cały - dosłownie cały - świat mówi o polskich obozach. Absolutne mistrzostwo piaru. Tylko geniusz by sprawił, żeby Arabowie bronili Żydów przed Polakami, a tak się w ostatnich dniach zadziało.
   Blisko 30 lat polepszania wizerunku Polski, pracy setek tysięcy ludzi dobrej woli, od prezydentów po uczniów, by zmienić często krzywdzący obraz naszego kraju w świecie, w ramach tych działań polepszanie stosunków z Izraelem i żydowską diasporą, pokazywanie, że demony, których się nie wypieramy, zostawiliśmy już za sobą, że jesteśmy doj­rzałym państwem, które potrafi się zmierzyć z często nie­łatwą przeszłością. Potrafi, bo czuje się silne i ma poczucie własnej wartości. A jednocześnie dba o swoje i konsekwen­tnie reaguje choćby w sprawie „polskich obozów”.
   Otóż to wszystko poszło się gonić w ciągu kilkudziesięciu godzin, a truskawką na PiS-owskim torciku była jawna groź­ba USA, że Polska może być zakwestionowana jako sojusz­nik. Nawet gdyby wszystkie nienawidzące Polski trolle ze świata połączyły siły, to nie dałyby rady przykleić nam takiej mordy, jak udało się to magikom z PiS. Polać tym panom!
Marcin Meller

Idy marcowe

A więc to jest taka atmosfera, taki zapach, takie nuty, taka - nawet jeśli cichsza - melodia. W mar­cu 1968 roku miałem dwa lata. Teraz wiem.
   Lider PiS kolejny raz pokazał, że nie ma rzeczy, której nie zrobiłby dla władzy. Jeśli ceną będzie wstyd dla Polski, cios w reputację Polaków - trudno. To nie jego problem, ale Pol­ski i Polaków. Jego jest polityczny zysk. Reszta się nie liczy. Reszta dla niego nie liczyła się nigdy. Ludwik XIV naszej poli­tyki w swej publicznej działalności kieruje się dewizą kochan­ki Ludwika XV, madame Pompadour - po nas choćby potop.
   PiS-owska ustawa do spraw cenzurowania prawdy i - jak szczerze przyznał w swej nieroztropności poseł Mularczyk - „poprawiania historii” ma nas, według PiS, bronić przed nieuczciwymi zarzutami i będącą ich efektem, pogardą za­granicy. Ale to zmyłka. Prowadzonej przez PiS politycznej operacji towarzyszy bowiem bezgraniczna pogarda dla Po­laków. Głębokie przekonanie, że z łatwością można zagrać na naszym antysemityzmie, tak jak w przypadku dyskusji o imigrantach z łatwością zagrano na naszym rasizmie. For­sowanie ustawy, która podobno ma bronić dobrego imienia Polaków, sprawia, że Polacy dobre imię stracą.
   Ale operatorom tej akcji wcale nie musi to przeszkadzać. Jeśli świat wskutek poczynań polskich władz zacznie nami gardzić, wystarczy obudzić w ludziach złość, poczucie za­grożenia i oburzenie, a potem ich wokół siebie skonsoli­dować. To naprawdę nie jest wyrafinowany koncept. Znają go i stosują wszyscy autokraci, od Putina przez Orbana po Erdogana, o dawniejszych nie wspominając, bo skojarzenie mogłoby być zbyt bolesne.
   Ustawa była błyskawicznie przepychana przez Senat, choć doskonale już było wiadomo, jakie są i jakie będą tego skut­ki. Nie było więc nieświadomości. Była perfidia. W narodo­wym centrum dowodzenia na Nowogrodzkiej wielki wódz uznał po prostu, że cenę warto zapłacić. Tym bardziej że za­płacą ją Polacy, a on będzie z tego czerpał zyski. Tak jak je czerpie z wzniecania nastrojów rasistowskich przy pomo­cy wirtualnych imigrantów, z nadmuchiwania balonu antygermanizmu przy okazji sprawy reparacji. Tak jak je czerpie z awantur z Unią przy okazji sprawy praworządności i z pod­sycanej przez siebie niechęci do Ukraińców. Będą nas uwa­żali za wyrzutka w Europie, w Ameryce i w Izraelu? I co z tego. To problem Polaków i Polski, nie Kaczyńskiego. Spo­woduje to u Polaków frustracje? Tym lepiej dla niego. Ten resentyment jeszcze bardziej podkręci, jeszcze lepiej nim zarządzi, jeszcze więcej z niego wyciśnie.
   Przecież to tylko gra. Gomułka z Moczarem dla swych ce­lów grali Żydami mieszkającymi w Polsce. Z braku takowych można zagrać pamięcią o tych, co tu byli i ich zabito albo wy­gnano, ewentualnie użyć tych, którzy żyją za granicą i na pewno nam źle życzą, ale się nie damy, co to, to nie.
   Wystarczy tylko podkreślać, że żadnych win po naszej stronie nie ma. Pomogą w tym nasi Sprawiedliwi wśród Na­rodów Świata. Bo oni to naród, my, a szmalcownicy to nie ża­den naród. Teoria jest oczywiście krzywa. Ani w przypadku Sprawiedliwych, ani w przypadku szmalcowników nie mó­wimy bowiem o narodzie, lecz o ludziach, wspaniałych albo kanaliach. „Polskie obozy śmierci” to oczywista brednia, ale powtarzana z ignorancji, a nie ze złej woli. W stosunkach Polski z Izraelem ani w relacjach z Ameryką i amerykański­mi Żydami ten problem nie istniał. Istniał inny - problem tych Polaków, którzy w czasie wojny Żydów zabijali. Ale był coraz mniejszy, bo mierzyli się z nim w dojrzały sposób pol­scy politycy i polscy historycy. Ci pierwsi - do niedawna.
   Władza, jak 50 lat temu, znowu funduje Polakom truci­znę. I może z oczekiwanym przez nią pozytywnym sondażo­wym skutkiem. Nic zaskakującego. Marzec ’68 był jednym z kilku momentów, gdy partia była naprawdę głosem ludu, czuła rytm serc suwerena. Dziś też. I dlatego włos nie spadł i nie spadnie z głowy ludziom, którzy w TVP wypowiadają słowa, za które na całym świecie dostaliby dożywotni wilczy bilet. Bo władza recytuje słuszne formułki, swym medial­nym pomagierom pozwalając puszczać oko do antysemitów, wdzięcznych, że mogą głośno mówić, co im w duszy gra.
   Dyplomatycznej i PR-owskiej katastrofy, największej od 1968 r„ można było z łatwością uniknąć. Wystarczyłaby inte­ligencja zwykła i emocjonalna, dobra wola i odrobina przy­zwoitości. Rozumiem - czasem to zbyt wiele.
   Różne są przepisy na katastrofę. Kompleksy, urażona duma, niefrasobliwość, nieudolność, cynizm, perfidia. Gdy wszystkie te czynniki występują razem, katastrofa jest total­na. Polityczna, dyplomatyczna, historyczna i - co najgorsze - moralna.
   W sumie to było nieuniknione. Gdy mali ludzie mówią o wielkości kraju i domagają się, by ją uznano, kraj zawsze karleje. Multiinstrumentalista nienawiści tym się jednak nie przejmuje. Czyta sondaże. Rośnie mu.
Tomasz Lis

Zaprzęg demonów

Nie wiem, po raz który zadajemy pytanie: po co On to robi? On - to oczywiście Jarosław Kaczyński, bo decyzja, aby w sprawie ustawy o IPN iść w zaparte i eskalować napięcie - mogła pochodzić tylko od nie­go osobiście. Ta największa od 1989 r. wizerunkowa katastrofa kraju wydarzyła się bez żadnego powodu. To teraz robi się wrażenie, że ktoś nas atakuje, że trzeba się heroicznie bronić, ale tak nie było.
    A efekty są opłakane. Ośmieszony został Mateusz Morawiecki, który premierowi Izraela obiecywał konsultacje, ale zanim doszło do powołania specjalnej komisji, Senat w pośpiechu i odrzucając wszelkie poprawki opozycji, na polecenie kierownictwa partii, ustawę przegłosował. Wygłoszone potem przez premiera „orędzie do narodu” sprawiało już wrażenie bezładnego, nerwowego zaga­dywania tematu, bo„przecież obozy nazistowskie nie były polskie”. Wygłupił się marszałek Senatu, który coś chciał „w dobrej wierze” wyjaśnić ambasador Izraela, ale ewidentnie nie miał zgody na jakie­kolwiek negocjacje. Nowy zupełnie minister sprawzagranicznych Jacek Czaputowicz, uprzejmie nazwany przez Prezesa „eksperymen­tem” (gdyby miał więcej szacunku do siebie, po czymś takim powi­nien podać się do dymisji), publicznie został odstawiony do kąta, bo legislacyjna klamka z hukiem zapadła, zatrzaskując drzwi przed dyplomacją. Na kolejny egzamin został wezwany Andrzej Duda, który - zwłaszcza wobec bezprecedensowej groźby ze strony Sta­nów Zjednoczonych, że przyjęcie ustawy w niezmienionej formie „naruszy strategiczny sojusz Polski z Ameryką”- powinien był jakoś łagodzić, wsłuchać się, obiecać namysł, może nawet zasugerować weto, a okazywał jedynie niepewność i zagubienie, przykryte pompatyczno-banalną paplaniną.
    Cały obóz władzy wydawał się zaskoczony skalą i dynamiką mimowolnie wywołanego kryzysu, ale dyspozycja z samej góry była jasna: za żadną cenę, nawet globalnej kompromitacji (co już się dzieje, patrząc na tytuły i publikacje największych mediów świato­wych), nawet za cenę nadwerężenia ważnych i wrażliwych stosun­ków z Izraelem, Ukrainą i USA, nie wolno się cofnąć. Ale dlaczego?

Można od razu dać sobie spokój z oficjalnymi wyjaśnieniami, że chodzi o konsekwentną obronę historycznej prawdy oraz honoru Polaków, którym „przypisuje się” współodpowiedzialność za „niemieckie obozy śmierci”, jakby naprawdę ktoś (poza przypad­kami kompletnie marginalnymi) Polakom to przypisywał. Propagan­dowa reakcja na zarzuty, że ustawa próbuje kneblować świadków historii, była zresztą łatwa do przewidzenia: że przecież Sendlerowa, Karski, rodzina Ulmów, że cierpienia narodu, bohaterstwo„milionów Polaków, którzy ratowali Żydów” (to TVP), a z drugiej strony „tacy, którzy” bezwstydnie na nas chcą zwalić swoje winy. Władza i rzą­dowe media od początku próbowały dyskusję o ustawie przenieść w sferę emocji, mobilizując poczucie krzywdy, niesprawiedliwości, oburzenia, bo oto znowu Polska pada ofiarą pomówień, może nawet zaplanowanego spisku (jak dowodził p. Świrski, szef Polskiej Funda­cji Narodowej), z majątkowymi roszczeniami Żydów w tle.
    Być może ustawa była tylko normalnym dla pisowskiej legislacji partactwem, wynikającym z arogancji, niekompetencji, pośpiechu, braku wyobraźni, ale właśnie dlatego źle zamaskowała intencje au­torów. Mówiąc pewnym skrótem: tu nie chodzi o rzekome polskie obozy, bo to jest jakaś sprawa w znacznej mierze urojona, ale „o Je­dwabne”, o zapowiadane ujawnianie kolejnych przypadków zbrodni i niegodziwości popełnianych przez Polaków (rzecz jasna, niektórych) na żydowskich sąsiadach. Chodzi o prewencyjne zniechęcenie „każdego, kto by chciał” do grzebania się w mrocznej, niejednoznacznej historii sprzed kilkudziesięciu lat.

Na pewno nie było zamiarem autorów ustawy sprowokowanie tak ostrej reakcji Izraela i w ogóle wywołanie międzynarodowego skandalu; nie przewidzieli, że izraelscy politycy zechcą wykorzystać tę okazję także do własnych rozgrywek. Nie, tu od początku szło o naszą politykę wewnętrzną. Prawdopodobnie - po wymuszonym wodzi­sławskim skandalem zdystansowaniu się PiS od nacjonalistycznej młodzieżówki - potrzebny był sygnał wysłany w stronę prawej ściany, że PiS jest tu, gdzie był zawsze, że nie damy urwać sobie ani guzika, że godność, honor, Bóg i Ojczyzna pozostają najwyższym nakazem. Ale metoda polityczna Kaczyńskiego, o czym sam parokrotnie mówił, zawsze polegała na „wywoływaniu dynamiki", wrzuceniu sprawy, tematu, prowokacji, oskarżenia i podejmowaniu gry stosownie do następujących reakcji i okoliczności. Tym razem też postanowił skorzystać z okazji, bo przypadkiem wywołana fala okazała się nie­zmiernie nośna.

Jarosław Kaczyński, na co często zwracamy uwagę, próbuje budować siłę i spójność swojej formacji na długo wypieranych, skrywanych, zaprzeczanych emocjach ludu”; oferuje swoim wyborcom i sympatykom luksus „deeuropeizacji”, odrzucenia wstydu i prowincjonalnego skrępowania, daje wielkość za darmo, dumę z przydziału, poczucie wyższości nad innymi, gorszymi moralnie i historycznie na rodami. Ta mniej lub bardziej otwarta gra Kaczyńskiego polskim nacjonalizmem, mitologią ludu wybra­nego i niepokalanego, okazała się politycznie bardzo wydajna.
    W demokratycznej Polsce nikt tak skutecznie nie zamieniał pol­skich kompleksów na dynamikę polityczną.
W wydanej właśnie przez POLITYKĘ książce prof. Tomasza Na­łęcza „Strażnicy Rzeczypospolitej”- opowiadającej historię III RP poprzez kolejne prezydentury, od Jaruzelskiego do Dudy - często przewija się postać Jarosława Kaczyńskiego. I widać, jak bardzo był to polityk odmienny od wszystkich obecnych na polskiej scenie, nawet od swojego brata bliźniaka. On pierwszy odrzucił ważny dla całej dysydenckiej formacji etos wzajemnej solidar­ności i lojalności, atakując bez pardonu, na ogół przy pomocy pomówień, dawnych kolegów i politycznych partnerów. On pierwszy nie miał oporów przed zawieraniem sojuszów z post­komunistami, wciąganiem do politycznej rozgrywki Kościoła, narodowców, także ludzi ewidentnie niezrównoważonych osobowościowo, jeśli tylko mogli być do czegoś przydatni. Jarosław Kaczyński, człowiek z trzeciego szeregu opozycji peerelowskiej, okazał się pierwszym i bodaj jedynym „politykiem totalnym”, nie­skrępowanym ani własnym życiem osobistym, ani towarzyskimi lojalnościami, ani urazem wobec jakichś metod gry.

Dlatego na pytanie zadawane teraz przez zagranicznych dyplomatów i dziennikarzy, czy Jarosław Kaczyński jest antysemitą, odpowiedź brzmi: to nie ma znaczenia. Za wielką falę antysemicką, która od momentu sporu o ustawę rozlewa się po internetowych forach i według starej metody „dziadka z Wehrmachtu” - przy oficjalnym oburzeniu i odcinaniu się - jest podsycana przez TVP, nie odpowiada biuro polityczne PiS. Ale PiS pozwala tym demonom hulać, przygrywając na dziesiątkach instrumentów, puszczając oko, że przecież nie można wyzywać od parchowi niedogazowanych, ale jednakowoż Żydzi postępują nie fair, ukrywają własne winy wobec Polaków, staliśmy się ofiarą oczerniania, obiektem ataku.
    Strach patrzeć, jak uruchamiają się stare „syjonistyczne” skrypty, mojemu pokoleniu dobrze znane sprzed równo pół wie­ku, z partyjnej kampanii Marca 1968 r. Nawet jeśli sprawa ustawy godnościowej wymknęła się spod kontroli i politycznie wypada­łoby się cofnąć, partia już nie może tego zrobić, bo PiS pozostaje więźniem własnych słów, min, póz i rozbujanych emocji. Dla Kaczyńskiego utrata „patriotycznej wiarygodności” wobec ludu, któremu przewodzi, jest ryzykiem większym niż protesty Izraela, oburzenie Ukraińców czy połajanki Departamentu Stanu USA, gdyż jego władza w żadnym stopniu nie zależy od zagranicy. PiS niemal całkowicie zlikwidował politykę zagraniczną, bo dla stabil­ności i bezpieczeństwa tej władzy bardziej potrzebne są konflikty niż sojusznicy.
    Niezrozumiałe na pozór zachowania prezesa wyjaśniają się, jeśli przyjąć, że on nie chce grać w żadnej Lidze Narodów czy Lidze Mistrzów - on startuje wyłącznie w lokalnych zawodach pt.„Polska mistrzem Polski”. Władza nad Polakami mu wystarcza, choć wydaje się, że nie ma szczególnego dla nich/dla nas szacun­ku. Jego obraz polskości, do którego dostosował swoje polityczne narzędzia, jest potwornie pesymistyczny i ponury: to wizja Polski ksenofobicznej, niechrześcijańskiej, w głębi antysemickiej, zakom­pleksionej, autorytarnej, oportunistycznej, egoistycznej, pazernej - całkowicie sprzeczna z tą wizją, którą lansowali (i pewnie w nią wierzyli) przegrani dziś demokraci. Istotą tego dzisiejszego sporu nie są Żydzi, polskie obozy czy Izrael, lecz to, jacy na prawdę jeste­śmy. Kaczyński obstawił i na razie wygrywa. Czuje się tak mocny, że zapowiada rządy kilkunastoletnie. I jeśli ma rację, to tak będzie.
Jerzy Baczyński

Dopóki wolno

Kiedy wybuchła wojna, mia­łem półtora roku. Od pew­nego czasu mieszkaliśmy w Stanisławowie, gdzie mój ojciec, Bernard, po studiach we Francji, pracował jako agronom w przedsiębior­stwie zieleni miejskiej, specjalność kwiaty. Matka, Iza­bela, była pielęgniarką. Niedawno pewna bardzo miła i dobra pani, która pracuje w Muzeum Historii Warsza­wy i robiła kwerendę przedwojennej prasy lwowskiej, trafiła na wzmianki o moim ojcu, dotyczące jego dzia­łalności zawodowej i społecznej. Był to dla mnie piękny prezent i poświadczenie tego, co zawsze wiedziałem z opowiadań, ale dowodów na piśmie nie miałem.
    20 września 1939 r. do Stanisławowa wkroczyła Armia Czerwona, a po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej, w czerwcu 1941 r., w mieście pojawiły się najpierw oddziały węgierskie. Wkroczyli, a właściwie wjechali na rowerach, w swoich charakterystycznych czakach z pióropuszem. Ukraińcy natomiast wywiesili swoje flagi żółto-niebieskie. Węgrzy przetrwali do sierpnia, kiedy nadeszło gestapo. Gdzieś w tym okresie rodzice zdecydowali się przedostać do rodziny w Częstocho­wie. Doszli do wniosku, że z małym dzieckiem nie mają szans, dla mojego bezpieczeństwa lepiej będzie, jeżeli zostanę w ukryciu, najlepiej w okolicach Częstochowy. Wziął to na siebie przyjaciel domu, pan Gustaw Godek (w czasie wojny zdobył papiery na nazwisko Tadeusz Płoński), który miał tzw. dobry wygląd i z narażeniem życia pilotował mnie, zanim sam nie trafił do getta, skąd uciekł i dotarł do siostry, Krystyny Godek, która miesz­kała w Warszawie na Nowym Świecie 10 m. 7. Przez nią nawiązał kontakt z moimi rodzicami, wynajdywał kry­jówki, umieszczał mnie w kolejnych miejscach, finanso­wał ukrywanie. (Jego siostra była związana z zamożną łódzką rodziną Gayerów).
    Z pierwszych lat ukrywania pamiętam, a właściwie został mi przypomniany, pewien epizod. Było to na wsi pod Warszawą. Do domu, w którym mnie ukrywano, przyjechali znajomi z małym chłopcem. Jak się okaza­ło pół wieku później, tym chłopcem był... Juliusz Ra­wicz, po wojnie znany dziennikarz „Życia Warszawy”, a następnie jeden z założycieli „Gazety Wyborczej”. Powiedziano mu, żeby „pobawił się z tym chłopcem (czyli ze mną), bo nikt nie chce się z nim bawić”. Drugi epizod, jaki pamiętam, też ze wsi, to jak bawiliśmy się w piachu i ktoś dorosły dał nam do zabawy jakiś nowy dokument, zapewne fałszywy, który miał się od tej za­bawy postarzeć, pod warunkiem że go nie podrzemy.
    Ostatni etap ukrywania pamiętam już lepiej, bo mia­łem sześć lat. Był rok 1944, Warszawa Praga. Ukrywała mnie rodzina pani Władysławy Salonek i jej córki Bo­gny. Mnie „nadano” imię Bogdan, żeby sąsiedzi sły­szeli Bogna, a nie Bogdan. Miałem kryjówkę we wnęce za szafą, ale wolno mi było poruszać się po mieszka­niu, byle z dala od okna. Od czasu do czasu odwiedzał nas pan Płoński, przynosił ciastka (głównie dla mnie) i pieniądze dla pani Salonek. Najpierw płacił z wła­snej kieszeni, potem, kiedy zabrakło mu pieniędzy, przeszedłem na utrzymanie jego siostry Krystyny, która miała sklep w Zamościu, a pod koniec Płoński otrzymywał pomoc od Żegoty, resztę dopłacał. „Dostawałem »górala«, dodawałem drugiego od siebie” - opowiadał mi po wojnie. Po wyzwoleniu Pragi Płoński i pani Salonek przyprowadzili mnie do mojej ciotki Anny i jej męża Jakuba oraz ich córki Edyty (mówiło się na nią Ditta). W chwili przekazania mnie rodzinie doszło do niepo­rozumienia na tle finansowym, co wuj zbył, mówiąc, że „czasy handlu niewolnikami się skończyły”. Kontakt się urwał.
    Obie moje „rodziny”, rodzona i wojenna, nigdy nie nawiązały ze sobą kontaktu. Obie rodziny dla sie­bie nie istniały. Dopiero 25 lat temu, w 1992 r., kiedy mieszkałem i pracowałem w Bostonie, otrzymałem via POLITYKA list od pani Władysławy z prośbą o po­twierdzenie, iż mnie ukrywała, co było wymagane do otrzymania przez nią świadczeń emerytalnych dla kombatantów. (Szerzej omawiam to w książce Jana Ordyńskiego i mojej pt. „Passa”). Ucieszyłem się z nawiązanego kontaktu. Po sprawdzeniu, że list jest autentyczny, poświadczyłem co trzeba, wystą­piłem do Instytutu Yad Vaszem o nadanie rodzinie PP. Salonek odznaczenia Sprawiedliwy Wśród Naro­dów Świata, przyleciałem do Warszawy na uroczystość wręczenia odznaczenia, którego dokonał ambasador Izraela, w Muzeum Porczyńskich, po czym udaliśmy się na wspólny obiad. Czasami mam kontakt z wnuczką pani Salonek i z wnuczką państwa Płońskich. Jestem więc ocalony przez Polaków i Żydów.

Niestety, moi rodzice nie ocaleli. Przeżyli do roku 1944, ostatnio ukrywając się pod Warszawą. Pew­nego dnia zostali rozpoznani i zdradzeni w czasie jazdy kolejką na linii otwockiej, wyprowadzeni z wagonu na oczach Tadeusza Płońskiego, który im towarzyszył, ale był bezsilny. Nie mógł wysiąść z nimi i stracił ich z oczu na zawsze. Prawdopodobnie spoczywają w zbio­rowym grobie w Radości. W czasie okupacji egzekucje w miejscowościach na linii otwockiej, takich jak Wa­wer, Falenica, Józefów, Śródborów, były zjawiskiem codziennym. Dalsze okoliczności śmierci moich ro­dziców pozostają nieznane. Nazwisk tych, którzy wy­prowadzili moich rodziców (według Płońskiego było ich dwóch), nie usiłowałem ustalić, nigdy ich nie po­znałem. W takich okolicznościach ludzie się nie przed­stawiali ani nie wręczali swoim ofiarom wizytówek. Dowodów brak, jedyny i ostatni świadek - Tadeusz Płoński - nie żyje. Nie mogę powiedzieć nic więcej, poza tym, że mnie ocalili Polacy i Żydzi, a moich rodzi­ców zdradzili Polacy. Jedni i drudzy byli obywatelami państwa polskiego.
    Piszę o tym dlatego, że nie wiem, czy publikowa­nie tego typu osobistych i „nieudokumentowanych” wspomnień i uogólnień będzie w przyszłości możliwe, a mnie już nie zostało dużo czasu.
Daniel Passent

Kartka od szóstego

Afisz był chytrze wymyślony. Miał wymiary 10x15 cm, więc prawie każdy podcho­dził do słupów ogłoszenio­wych, by wśród wielkich plakatów przeczytać: „Uwaga inteligenci! Powstał nowy kabaret. Nazywa się Owca. Sam program marny, ale bardzo drogie bilety. Nie wypada tego nie zobaczyć”. 24 kwietnia 1966 r. daliśmy premierę pt. „Dla mnie bomba”. W szatni redakcji „Szpi­lek” przy pl. Trzech Krzyży, gdzie graliśmy, był nadkomplet widzów - 100 siedzących i 11 stojących. Gomułka miał wte­dy już tylko cztery lata mlaskania z trybun, że partia i rząd wprowadzają dla ożywienia gospodarki „system bodźców i zachęt materialnego zainteresowania”. G... to pomogło i Gomułce, i gospodarce. Czarny Marzec ’68, dziś propono­wany w wersji PiS, tragiczny Grudzień ’70 i wreszcie 10 lat rządów Gierka doprowadziły Polskę do ruiny.
    Ale wrócę do Owcy. Jej pomysłodawcą i głównym au­torem był Jerzy Dobrowolski, mój nauczyciel, a przede wszystkim przyjaciel. Facet niezwykle wrażliwy, który ukrywał tę „słabość” pod płaszczem szyderstwa, fechtując szpadą cynizmu. Poczuciem humoru przerastał innych o głowę, a celnością o dwie. Wchodząc kiedyś na kolegium redakcyjne czy wywiadówkę córki, przy­witał zebranych słowami: „Dzień dobry państwu. Tej wiosny, wcześniej niż zwykle, zazieleniła się kiełbasa”.
    Aktorzy Owcy mieli do niego zaufanie, ale gdy im pierwszy raz przeczytał tekst, zachwytu nie było. Do­piero na dalszych próbach odkryli, ośmielę się to na­zwać, rewolucyjność Dobrowolskiego. Tę gigantyczną kpinę z codzienności przypieczętowanej socjalistycz­nym ustrojem. Nadętej, bezczelnej i wypieszczonej przez partyjnych nieuków.
    Wykonawców była szóstka. Poza Jurkiem i mną - Józef Nowak, Wojciech Pokora, Andrzej Stockinger, Jerzy Turek.
    Parę dni temu zmarł Wojtek Pokora. Z Dobrowolskim pasowali do siebie jak klucz do zamka. Kto jest kluczem, a kto zamkiem, było im obojętne. Wojtek umiał wszyst­ko. Miał w sobie smużkę autoironii, której żadna szko­ła teatralna nie nauczy. Aktora komediowego, jak sam żartował, odkrył w nim Wiesław Gołas. Bezlitosny w swoich umie­jętnościach rozśmieszania, po­trafił Wojtka tak zgotować, że ten musiał zejść ze sceny w trakcie przedstawienia. Zdarzy­ło się pewnego razu, że dusząc się ze śmiechu, wpadł prosto na dyrektora teatru, który stał za kulisami. Usły­szał wtedy: „Panie Wojciechu, jeżeli to pana tak bardzo śmieszy, to są inne teatry o specjalnym profilu dla pana, można zmienić teatr, tu nie ma miejsca na wygłupy”.
    Może będę nieelegancki, ale muszę się pochwalić, że ja też zgotowałem Pokorę i to tak, że nawet nie mógł zejść ze sceny. A wszystko zaczęło się tak: w 1969 r. Marek Pi­wowski szukał amatorów do swojego „Rejsu”. Przesłucha­nia kandydatów urządził w warszawskiej Hali Gwardii. Zjechało się narodu prawie tysiąc osób. Wśród nich - mło­dy człowiek w okularach, który zaśpiewał a cappella zna­ną wtedy pieśń „Missisipi” Paula Robesona, czarnoskóre­go komunisty. Kończył pierwszą zwrotkę, gdy Piwowski mu przerwał i poprosił o inną pieśń. Ja mam taki niski głos, że mogę śpiewać tylko „Missisipi” - odparł prze­słuchiwany i... dostał się do filmu. Z roli niewydarzonego poety poznała go cała Polska.

Na jedno z przedstawień wspominanej już Owcy przygotowałem szatański numer. Sprowadziłem w tajemnicy pana Missisipiego i ukryłem na 1,5 godzi­ny za kulisami. Potem, zamiast w stosownym miejscu sam wyjść na scenę, wpuściłem go, szepcąc: Śpiewaj pan swoją pieśń tak długo, jak pan dasz radę. Na widok Poety pierwszy na podłogę runął Wojtek Pokora. Reszta kolegów starała się wyczołgać ze sceny. Missisipi śpie­wał, publiczność szalała, a Wojtek leżał. Spytał mnie potem, czy wiem, co go ścięło z nóg. Wiem, odpowie­działem, widok Poety. Nie, odparł Pokora. Uświadomi­łem sobie, ile musiałeś się, Stachu, nakombinować, żeby ci się ten żart udał.
    Z szóstki aktorów kabaretu Owca zostałem tylko ja. Dlatego potomnym mówię, jak było.
Stanisław Tym

Orka

Z ubiegłego tygodnia najmocniej mi zapadły w pamięć dwa obrazki: wielkiej ciężarówki na płaskowyżu Nazca i pewnego skurwiela kopią­cego w brzuch konia. Obie sceny zobaczyłem w telewizji, przy czym ta druga wskoczyła mi przed oczy bez ostrzeże­nia, o co mam głęboki żal do stacji TVN. Ale po kolei.
   Nazca to cud. Aż chciałoby się napisać „cud natury”, ale nie - ktoś to stworzył własnymi rękami. Rozległa pe­ruwiańska równina, pokryta dwudziestocentymetrową warstwą czerwonego żwiru, pod którym kryje się żółtawa, twarda ziemia. Dwa i pół tysiąca łat temu ktoś użył tego miejsca jako tworzywa w sztuce i rozgarniając żwir, utwo­rzył metrowej szerokości ścieżki. Było ich mnóstwo. Oka­zały się długimi jasnymi liniami na brunatnym tle, co dało się zobaczyć dopiero z lotu ptaka, kiedy zjawisko odkryto sto lat temu. Człowiek stojący na równinie widział jedynie bruzdy usypanego żwiru i oczyszczone z niego ścieżki, jakby jakiś pradawny rolnik jechał sobie spychaczem i rozgar­nął ten żwir. I tu się pojawia szkopuł.
   Jasne linie tworzą wielgachne, bajeczne grafiki, które są widoczne jedynie z dużej wysokości. Gigantyczne rysun­ki zwierząt, roślin, jest ogromny pająk gigant, jest kondor o rozpiętości skrzydeł 140 metrów, jest koliber, są małpy, kaktusy, kwiaty, ryby, jest pies. Obrazki zapierające dech w piersiach, ciągnące się przez 50 kilometrów - rzecz w tym, że kiedy powstawały, nie było dronów, samolotów ani balonów. Ludzie je tworzący nigdy ich nie zobaczyli, bo nie potrafili wzbić się w powietrze.
   Kiedy współczesna cywilizacja odkryła rysunki Nazca, badacze natychmiast zadali pytanie: jak można było wyko­nać tak precyzyjne obrazy, stojąc na ziemi, skoro zobaczyć je można tylko z pułapu chmur? Teorie były różne. Według szwajcarskiego pisarza Ericha von Danikena stworzyli je przybysze z kosmosu i w ten sposób oznakowali swoje lą­dowisko. Daniken całe życie poświęcił na szukanie prapoczątków religii i twierdzi, że owi kosmici zostali przez ludzi uznani za bogów.
   Zostawmy teorie.
   Rysunki z Nazca są arcydziełami epoki wpisanymi na li­stę światowego dziedzictwa UNESCO, podobnie jak pira­midy egipskie czy Wielki Mur Chiński. Są dla ludzkości miejscami świętymi. T teraz to sobie wyobraźmy: na żwi­rową równinę Nazca wjeżdża koleś wielkim tirem, bo (jak twierdzi policja) chce uniknąć opłat za jazdę szosą. Jego opony ryją prastare żwirowe rysunki, przecinają je świe­żymi koleinami, powstają nowe żółte zawijasy na tle ma­jącego ponad dwa tysiące lat kondora. To mnie właśnie zamurowało. Ten widok tira i jego kretyńskie zniszczenie dorobku. Morderczej pracy tysięcy ludzi. Czegoś, co prze­trwało ponad dwa tysiące lat.
   I teraz - uwaga - będzie gwałtowna zmiana tematu. Do­kładnie tak wygląda przeoranie, coś, co zapowiedział na­szemu krajowi Jarosław Kaczyński. Wjazd tirem w nasze życie, w polską historię, kulturę, prawo, w dorobek wielu wspaniałych ludzi, mędrców i bohaterów narodowych.
   Zaczął od Wawelu, gdzie obok królów, Piłsudskiego i kró­lowej Jadwigi ulokował swojego brata. Potem zajął się spo­twarzeniem bohaterskich żołnierzy AK, Bartoszewskiego, pozbawił czci tysiące sędziów, rozsławił Polaków jako na­ród antysemitów, wygrzebując na wierzch naszą najgorszą przeszłość, z czego się nie wykaraskamy przez dziesiątki lat. Wkrótce zajmie jeden z najważniejszych placów w sto­licy. Tir Kaczyńskiego szaleje po Polsce i wychodzi na to, że ludziom się to podoba. Dla mnie to niepojęte.
   Zapowiedział, że potrzebuje dwunastu lat, by zrobić z nami porządek. „By Polskę przeorać całkowicie”. By kobietom wybić z głów ich prawa, by przetworzyć nowe pokolenia dzieci na pisowskich pionierów, a ich rodzi­ców sponiewierać, bo nikt się tu nietknięty nie ostanie. By z Polaków uczynić wyznawców nowej, fałszywej hi­storii, w której każdy dotychczasowy bohater zostanie splugawiony, a szemrane typy wejdą na cokoły. By lu­dzie ze strachu przed policją przestali mówić, co myślą. By każdy żołnierz, lekarz czy sędzia wiedział, że zosta­nie dopadnięty. By nasze rysunki Nazca znikły pod koła­mi jego tira całkiem.
   Oto druga scena. Facet w waciaku stoi obok przepięk­nego karego konia, który został zaprzęgnięty do wlecze­nia ściętych bali drewna. Koni jest kilka, ale ten jeden nie daje rady, jest śnieg, kopyta się ślizgają. Wściekły właści­ciel podbiega i z całej siły kopie konia w brzuch. Zwierzę kuli się z bólu, próbuje się poderwać, nie daje rady, wtedy zaczyna się katowanie batem. I to jest przed nami, jeśli się nie opamiętamy.
Zbigniew Hołdys
ŹRÓDŁO

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz