poniedziałek, 26 lutego 2018

Stąd do przeszłości



Aby zrozumieć, dlaczego populizm tak łatwo demoluje demokratyczny system, nie trzeba na nowo odkrywać Ameryki. Wiele już na ten temat wiadomo. Tyle że panuje powszechna niechęć do historycznych porównań.

Załamanie się europejskich demokracji liberalnych w la­tach 20. i 30. XX w. oraz rozpanoszenie się na ich zglisz­czach krwawych reżimów totalitarnych, autorytarnych i dyktatorskich było zjawiskiem równie tragicznym, jak traumatycznym. Przyczyny, które do tego doprowadziły, i mechanizmy, jakie to umożliwiły, stały się przedmiotem gorzkiej refleksji, ale też wnikliwych analiz. Najtęższe umysły badaczy z róż­nych obszarów nauki zaangażowały się w zadanie zrozumienia i wyjaśnienia, jak mogło dojść do największych tragedii stulecia.
   Trzeba stanowczo stwierdzić, że temu wyzwaniu sprostali, dzięki czemu dysponujemy wszechstronną i starannie rozpracowaną wiedzą o korzeniach totalitaryzmu (Hannah Arendt), mechani­zmach ucieczki od wolności (Erich Fromm), cechach i funkcjo­nowaniu osobowości autorytarnych (Theodor Adorno), działaniu psychologii tłumu (Le Bon - to jeszcze u schyłku XIX w.), groźby wynikającej ze ślepego buntu mas (Ortega y Gasset), oddziaływa­niu języka totalitarnej propagandy (Victor Klemperer, u nas Michał Głowiński), poddawaniu się procesowi zniewolenia umysłów (Cze­sław Miłosz), genealogii i perfidii wrogów otwartego społeczeń­stwa (Karl Popper), powstawaniu zbrodniczych hierarchii i syste­mów uzależnień (eksperymenty Zimbardo i Milgrama), staczaniu się demokracji w formy totalitarne (Jacob Tolman) oraz wieloma innymi opracowaniami dotyczącymi tej problematyki.

Alergia na analogie
Powstawały one nie tylko, czy nie przede wszystkim, po to, by zrozumieć, jak do tego doszło, lecz także, by do tego nie do­puścić w przyszłości. Mają więc niewątpliwy walor prognostyczno-ostrzegawczy, bo wskazując źródła, przyczyny pewnych zjawisk i procesów społecznych i politycznych, pozwalają rozpoznawać potencjalną ich recydywę w momencie początkowym, w formach zalążkowych, umożliwiając zapobieżenie ich rozwinięciu w sta­dia nieodwracalne.
   Cóż z tego, skoro otwarcie i stanowczo zabrania się sięgania do tych zasobów wiedzy, kwestionując wszelkie podobieństwa czy analogie form historycznych do wydarzeń aktualnych i pro­cesów bieżących?
   Wskazywanie wszelkich paraleli między autorytaryzmami i dyk­taturami dawnymi a obecnie się rodzącymi jest oprotestowywane jako nieuprawnione, pochopne, przesadne lub wręcz oszczercze. Bo przecież Kaczyński to nie Mussolini, a tym bardziej Hitler czy Stalin, PiS to nie NSDAP czy WKP(b), nikogo się nie zsyła do obozów koncentracyjnych czy Gułagu, opozycja jest legalna, cenzury nie ma... A poza tym na mocy tzw. prawa Godwina (nie mylić z Gowinem) użycie porównania do Hitlera prowadzi do dyskwalifikacji uczestnika debaty.
   Przyjmując ponadto dziwacznie rozumianą zasadę indywiduali­zmu metodologicznego (nakazującą traktowanie każdego zjawi­ska i procesu jako osobnego i niepowtarzalnego), kwestionuje się podobieństwa między sposobem rozprawienia się z Trybunałem Konstytucyjnym w dzisiejszej Polsce i Austrii lat 30., instalowaniem autorytaryzmu w III RP i salazarowskiej Portugalii, klerykalizacją pisowskiej Polski i frankistowskiej Hiszpanii, likwidacją trójpodzia­łu władz oraz wprowadzaniem doktryny jednolitości władzy przez obecną ekipę rządzącą i komunistów po II wojnie światowej, proku­raturą dziś i w PRL, propagandą uprawianą przez TVP za Jacka Kurskiego i Macieja Szczepańskiego, komisją Jakiego a Komisją Specjal­ną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem, marszami dzisiejszych nacjonalistów z płonącymi racami i przedwojennych faszystów z płonącymi pochodniami oraz wiele innych analogii, łatwo do­strzegalnych dla każdego choćby trochę zorientowanego w historii. Zaprzeczanie im to nie tylko demobilizowanie i usypianie czujności, ale też rozbrajanie z narzędzi analityczno-prognostycznych wypra­cowanych i wypróbowanych na takich przypadkach w przeszłości.
   Amerykański filozof George Santayana ostrzegał, że kto nie chce pamiętać historii, skazuje się na jej ponowne przeżywanie. Aby tego uniknąć, nie wystarczy jednak sama pamięć, potrzebne jest także zrozumienie. Dla uświadomienia sobie tego, co się dzieje dziś, waż­ne jest zrozumienie tego, co i jak stało się niegdyś. Utrudnianie lub uniemożliwianie tego sobie i innym, poprzez argumentację o nie- adekwatności i niedopuszczalności porównań, jest przybliżaniem nas do powtórki tego, co już się kiedyś zdarzyło.

Wypieranie i zaprzeczanie
Mechanizm zaprzeczania i wypierania (też dobrze rozpoznany i zanalizowany przez badaczy) zadziałał jeszcze przed wyborami 2015 r. Analitycy i komentatorzy zaznajomieni przynajmniej z czę­ścią opracowań poświęconych powstawaniu i rozwojowi systemów autorytarnych i totalitarnych przestrzegali przed zagrożeniami stwarzanymi przez prące do władzy siły polityczne wykazujące takie skłonności. Im głośniej jednak ostrzegali, tym bardziej byli bagatelizowani, a nawet wyśmiewani. „Nie straszcie pisem, bo to nie działa” - z rozbrajającą dezynwolturą recytowali swój frazes zarówno ci naiwni, jak ci cyniczni, a może po prostu niedouczeni.
   Dzisiaj już każdy choć trochę zorientowany w pro­cesach społeczno-politycznych widzi, że bodaj żadne z ówczesnych ostrzeżeń nie było przesadzone. Ale za­przeczanie i wypieranie w niektórych środowiskach wy­stępuje nadal. Jedni uparcie trwają na stanowisku, że nic specjalnie niepokojącego się nie dzieje i nie stanie, wciąż ma miejsce jedynie demokratyczna rywalizacja, może jedynie w nieco ostrzejszej formie; w ten sposób ratują się przed przyznaniem do pomyłki i błędu (choć nie wsty­dzili się do nich przyznać intelektualiści rangi lub pozycji Jadwigi Staniszkis czy Ryszarda Bugaja).
   To zdumiewające, że wśród uparcie zaprzeczających zagrożeniom są niekiedy znani i niezależni, a w każdym razie dobrze wykształceni politolodzy i socjologowie, zapraszani w roli uspokajaczy do wygłaszania niefrasobliwych komentarzy („demokracja nie musi być liberalna”, „są różne systemy sądow­nictwa”) w renomowanych stacjach radiowych i telewizyjnych. Inni twierdzą, że wciąż jeszcze nie czas na alarmistyczne opinie i oceny, że nie zostały przekroczone granice, że nadal wiele nas dzieli od przełomowego momentu, po którym nie będzie odwrotu, że daleko do ostatecznego upadku demokracji i praworządności. Poniekąd więc przyznają, że sprawy idą w złym i niebezpiecznym kierunku, ale nie zaszły na tyle daleko, by lamentować i protesto­wać. Jakoś nie mogą pojąć, że gdy zajdą one dostatecznie daleko, protesty staną się bezcelowe lub po prostu niemożliwe.
   Są wreszcie tacy, którzy gotowi byliby przyznać, że system się domyka, pętla się zaciska i autorytaryzm jest blisko, ale o ułatwie­nie tego oskarżają tych, którzy zbyt wcześnie przed tym ostrzegali. Skoro bowiem dwa lata temu mówili i pisali o nadchodzącej dykta­turze, bezprawiu, zniewoleniu i niszczeniu demokracji, to wyczer­pali leksykalne zasoby przestróg i sprawili, że dziś nie ma już języka do adekwatnego opisu tego, co się dzieje i nadchodzi. Współwinni są więc ci, którzy byli bardziej przenikliwi i przezorni.
   Pewna czołowa symetrystka, dla oddalenia zarzutów formułowa­nych pod jej i jej pobratymców adresem, używa określenia „alarmiści”, mającego dezawuować tych, którzy przedwcześnie i prze­sadnie ostrzegali przed nadchodzącym autorytaryzmem. Różnica jednak w tym, że bieg wydarzeń niemal codziennie przyznaje im rację, gdy symetryści - oględnie mówiąc - niebezpieczeństwo ba­gatelizowali i nadal usiłują to robić bałamutnymi wygibasami retorycznymi. Czy wydarzenia w podwodzisławskim lesie i erupcja an­tysemityzmu po nowelizacji ustawy o IPN nadal pozwalają uprawiać symetryzm i zaprzeczać złowieszczym analogiom historycznym?

Wiedza zapoznana
Może jednak najbardziej zdumiewające i deprymujące jest to, że wspomniany zasób analiz i opracowań XX-wiecznych autorytaryzmów i totalitaryzmów znany jest przynajmniej częściowo niektórym liderom i funkcjonariuszom ustanawianego obecnie w Polsce reżimu. Z całą pewnością można to powiedzieć o jego profesorsko-akademickim zapleczu oraz o samym, jednak nie­źle oczytanym, przywódcy. Po internecie krąży nagranie z lat 90., w którym uskarżał się na występujące w ówczesnej postkomuni­stycznej Polsce zjawisko ucieczki od wolności, otwarcie odwołując się do analiz i pojęć Fromma.
   Dziwić musi siła zaprzeczania i wypierania, która pozwala tym ludziom nie przyjmować do świadomości swojego uczestnictwa w działaniach i poczynaniach, których mechanikę i dynamikę znają, a w każdym razie niegdyś poznali, wielu zaś walczyło z ich ówczesnymi peerelowskimi formami. Obecnie sami je współurzeczywistniają w podobnej postaci, oburzając się na wytykanie im takich analogii i paraleli, w czym wspierają ich niektórzy komentatorzy uważający się za niezależnych.
   Tak obezwładnieni zostajemy z naszą wiedzą bez­bronni i bezradni. Obserwując zjawiska i procesy dobrze znane z historycznych opracowań i teoretycznych analiz oraz będąc świadomymi, do czego prowadzą, jesteśmy nakłaniani do samoograniczania się we wskazywaniu złowieszczych analogii, które aż kłują w oczy, i stawianiu prognoz, które narzucają się z przerażającą oczywistością.
Ta bezbronność i bezsilność wydają się coraz bardziej de­prymujące. Wygląda bowiem na to, że cały intelektualny dorobek, który miał nam pozwolić na uświadamianie źró­deł i istoty zagrożeń dla liberalnej demokracji oraz wypo­sażać w narzędzia dla przeciwstawiania się im, okazuje się nieprzydatny. Jeśli tak, to możemy się okazać rzeczywiście skazani na to, aby przeżyć te wszystkie koszmarne historie jeszcze raz.
Janusz A. Majcherek
jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz