PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 7 lutego 2018

Szydło w ruinie



Beata Szydło jest przybita i rozgoryczona. Nie pogodziła się z utratą fotela premiera. Ani z tym, że jej szefem został podwładny, z którym rywalizowała

Renata Grochal

Gdy zostajesz premierem, to jest tak, jakbyś zażył wielokrotnie wzmocnio­ny narkotyk - opowiada ważny polityk Zjednoczo­nej Prawicy. - Jesteś w centrum wyda­rzeń, masz dostęp do tajnych informacji, podejmujesz ważne decyzje. Nawet jeśli to było ograniczone przez Jarosława Ka­czyńskiego, to Beata i tak czuła, że wiele od niej zależy - dodaje.
   Szydło spadła z wysokiego konia. Ci, którzy przebywają z nią na co dzień, mó­wią, że jest załamana i rozgoryczona. Nie może się pogodzić z tym, że Mate­usz Morawiecki nie zasuwał w kampanii wyborczej, a został premierem. Ciągle się zastanawia, jak mu się udało podejść Kaczyńskiego i ją zdetronizować.

TAK JĄ PRZECZOŁGALI
W Przecieszynie koło Oświęcimia, rodzinnej miejscowości Beaty Szyd­ło, liczącej około 300 domów, trwa ko­lęda. Przed jasną willą stoi kościelny z ministrantami, ksiądz jest w środku na obiedzie. Kościelny opowiada mi, że kil­ka dni temu byli po kolędzie u Szydłów. Czekali z wizytą na piątkowy wieczór, aż była premier przyjedzie z Warsza­wy. - Pani Szydło była smutna, ale było widać, że poczuła ulgę, że jej to wszyst­ko już spadło z ramion. Ostatnio przy­chodziła bardzo przybita do kościoła, z mężem Edwardem pod rękę, w obsta­wie sześciu BOR-owców. Ciężko prze­żywała ten serial z rekonstrukcją rządu, to, że tak ją przeczołgali. Czy pogodzi się z dymisją? A jakie ma wyjście? Przecież tam o wszystkim jedna głowa decyduje - mówi mój rozmówca.
   Wieś w ocenie dymisji Szydło jest po­dzielona. Danuta Bułka-Morończyk, re­zolutna blondynka, właścicielka sklepu w Przecieszynie, zna Szydło od lat. Obie należą do Ochotniczej Straży Pożarnej. Według niej styl odwołania Szydło był fatalny.
   - Było mi przykro, że pani premier zo­stała tak potraktowana, bo to jest dobry człowiek - mówi.
   Z kolei pan Józef ceni Szydło za 500+ i obniżenie wieku emerytalnego, ale uważa, że Morawiecki jest lepszy: - Zna języki i będzie potrafił się w Unii doga­dać. Poza tym jest bardziej dostojny.

PRZESADZANIE WICEPREMIERÓW
Dla Szydło okoliczności są psy­chologicznie trudne, bo została pod­władną swojego ministra. Kilku moich rozmówców uważa, że nie najlepiej ra­dzi sobie z tą sytuacją. Nie pogodziła się z tym, że nie jest już osobą numer je­den. Wciąż nie wyprowadziła się z premierowskiej willi przy ul. Parkowej. Jej współpracownik Rafał Bochenek, były rzecznik rządu, mówi mi, że zgod­nie z przepisami ma na to trzy miesią­ce i „jest w trakcie wyprowadzania się”. Szydło nie zgadza się porozmawiać z „Newsweekiem”.
   Co chwila w kancelarii premiera do­chodzi do spięć między jej ludźmi a ekipą Morawieckiego na przykład o ga­binety. Gdy Morawiecki został zaprzy­siężony i zajął gabinet premiera, Szydło nie chciała się wprowadzić do jego ga­binetu, chociaż to wydawało się najbar­dziej naturalne.
   - To było małostkowe. Beata Kempa musiała przeprowadzić się do starego gabinetu Morawieckiego i oddać jej swój pokój - opowiada jeden z moich roz­mówców. Żeby Szydło nie musiała sie­dzieć na posiedzeniach rządu na miejscu Morawieckiego, pracownicy kancelarii premiera musieli przesadzić wicepre­mierów Glińskiego i Gowina.

SPOTKANIE W SZEŚĆ OCZU
To Kaczyński namówił Szydło, żeby została wicepremierem. Ona sama po­czątkowo chciała odejść z rządu. Pierw­szą propozycją, jaką dostała od prezesa PiS, było objęcie funkcji wicemarszał­ka Sejmu po Joachimie Brudzińskim, ale się nie zgodziła. Współpracownikom mówiła, że nie chce żadnego stanowiska, że usiądzie w ostatnim rzędzie i będzie recenzować Morawieckiego. Jednak gdy tuż przed rekonstrukcją rządu padła propozycja, żeby została wicepre­mierem do spraw społecznych, Szydło ją przyjęła, ku zaskoczeniu swoich współpracowni­ków.
   - Prezes namawiał Beatę kilka dni. Za­leżało mu na tym, żeby przekazała swoją popularność nowemu rządowi - wyjaśnia mi bliski doradca Kaczyńskiego. Poziom nieufności między Szydło i Morawieckim był tak duży, że wymusiła na Kaczyń­skim spotkanie „w sześć oczu” z nowym premierem. Chciała, żeby w obecności prezesa potwierdził, że odda jej tekę wi­cepremiera. Ten sam rozmówca dodaje, że Szydło wyciągnęła lekcję z historii Ka­zimierza Marcinkiewicza, który po odwo­łaniu z funkcji premiera dał się ponieść emocjom i dziś jest poza polityką. A Szyd­ło z polityki wypaść nie chce. Zamierza kandydować do Parlamentu Europejskie­go wiosną 2019 roku. Jednak część osób w partii uważa, że wchodząc do nowego rządu, popełniła błąd.
   - Gdyby Beata myślała na serio o polity­ce, to zrobiłaby tak jak Waldemar Pawlak czy Leszek Miller, czyli usiadła w ostat­nim rzędzie i czekała. Ale ona za bardzo przyzwyczaiła się do premierowskiej willi na Parkowej, do limuzyn i ochro­ny. Jakby wróciła do Sejmu, wszystko by straciła - mówi mi polityk PiS.

PO CO BEATA TAK JEŹDZI
Szydło liczyła, że dzięki funkcji w rządzie łatwiej jej będzie utrzymać polityczną pozycję. Nie chciała znik­nąć z mediów. Od razu po odwołaniu zaczęła jeździć po kraju i spotykać się z mieszkańcami. Tuż po Nowym Roku zorganizowała spotkanie ze strażakami, wójtami i kołami gospodyń wiejskich w Graboszycach koło Oświęcimia.
   - Trzymała fason, uśmiechała się. Mówiła, że musimy dbać o naszą małą ojczyznę i zaangażować się w obcho­dy 100-lecia niepodległości - opowiada uczestnik spotkania.
   Do swojego gabinetu w kancelarii premiera ściągnęła osoby z Centrum Informacyjnego Rządu, żeby przekazy­wały wiadomości w mediach społecznościowych o jej spotkaniach. Jednak jej aktywność nie spodobała się w kierowni­ctwie PiS.
   - Zaczęły się wycieczki do preze­sa i podszepty, że po co Beata jeździ, że ciągle chce być konkurencją dla Morawieckiego, a przecież PiS na niego teraz stawia. Prezes jest bardzo czuły na takie głosy - opowiada ważny polityk PiS. Gdy Szydło ogłosiła w Lesznie, że być może w 2019 r. uda się rozszerzyć program 500+ także na pierwsze dziecko, kance­laria premiera natychmiast się od tego odcięła. Szef gabinetu premiera Marek Suski powiedział, że to jest pomysł Bea­ty Szydło, a premier Morawiecki dowie­dział się o nim z mediów. Szydło została pouczona, że ma się nie wychylać.

POSZETKA ZAMIAST BROSZKI
Jej relacje z Morawieckim są bardzo chłodne. Prawie ze sobą nie rozmawiają. On pamięta jej, że kiedy była premierem, walczyła z nim w rządzie i blokowała jego projekty, żeby za bardzo nie urósł. Ale jego współpracownicy mówią mi, że Morawiecki, który do polityki przyszedł z biznesu, dostał od Szydło cenną lekcję.
- Dla polityków wrogowie są zawsze we­wnątrz obozu politycznego. Na zewnątrz są przeciwnicy, którzy nie są tak groźni jak koledzy z tej samej partii - podkreśla jeden z rozmówców.
   Ostatnia środa w kancelarii premie­ra. Po raz pierwszy spotyka się Komitet Społeczny Rady Ministrów, utworzo­ny specjalnie dla Szydło. Atmosfera jest drętwa. Widać, że między Szydło i Mo­rawieckim nie ma chemii. Była premier ma smętną minę. Zamiast broszki, któ­ra przez ostatnie dwa lata była jej zna­kiem rozpoznawczym, ma w kieszeni żakietu poszetkę. Nie patrzy na Morawieckiego. Premier nerwowo poprawia stojącą na stole filiżankę. Oboje pod­kreślają, że sprawy społeczne są ważne dla rządu PiS. Szydło dodaje, że wszyst­kie projekty społeczne będą konsulto­wane z jej komitetem. Ale gdy kilka dni wcześniej Morawiecki mówił o polityce senioralnej, towarzyszyła mu minister pracy Elżbieta Rafalska. Szydło w ogóle nie została zaproszona na konferencję prasową.
   Współpracownik Morawieckiego przyznaje, że nie bardzo wiadomo, czym Szydło ma się zajmować, bo jest wicepre­mierem bez teki. Morawiecki nie chciał jej oddać Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, bo ceni Rafalską, która kieruje resortem.
   - W PiS silne jest przekonanie, że nie można źle potraktować kobiety. Dlate­go wymyślono coś dla Beaty Szydło, któ­rą ludzie kochają, żeby mogła zachować przywileje i wygodne życie. Ale ten Ko­mitet Społeczny to nie będzie szczegól­nie aktywne ciało doradcze - śmieje się współpracownik Morawieckiego.

OBÓZ SZYDŁO ROZBROJONY
W PiS krąży teoria, że Beata Szydło weszła do rządu, bo liczy, że Morawieckiemu powinie się noga, i wtedy ona wróci na stanowisko premiera. Ale to jest raczej nierealne. Bliski doradca Ka­czyńskiego zwraca mi uwagę, że obóz Szydło został całkowicie rozbrojony i nie był to przypadek. Szydło nie będzie miała z kim knuć przeciwko Morawieckiemu. Jej najbliższy współpracownik w rządzie, Henryk Kowalczyk, został mi­nistrem środowiska.   Szefowa jej gabine­tu, Elżbieta Witek, w ogóle nie dostała stanowiska w nowym rozdaniu, a najbliż­szy doradca, Witold Olech, który in­terpretował dla Szydło sondaże, został wiceprezesem firmy Tauron-Sprzedaż, spółki córki państwowego giganta ener­getycznego.
Szefową sekretariatu pani wicepre­mier jest teraz Natalia Grządziel. Na Nowogrodzkiej zajmowała się robie­niem prezesowi Kaczyńskiemu maki­jażu przed występami telewizyjnymi i wklepywaniem do komputera ankiet członkowskich. W kampanii wyborczej odpowiadała za to, żeby Szydło zabiera­ła na wyjazdy odpowiednie stroje, a gdy Szydło została premierem, wybrała ją na swojego głównego doradcę, co wy­woływało w partii ironiczne komenta­rze. Podsekretarzem stanu w gabinecie Szydło został były rzecznik rządu Ra­fał Bochenek, człowiek bez polityczne­go doświadczenia. Zanim zaangażował się w kampanię PiS, zapowiadał pogodę w lokalnej telewizji.
   - Szydło nie ma doradców, z którymi mogłaby robić politykę. Ci, którzy są wo­kół niej, mogą jej najwyżej doradzić, jaką wybrać broszkę. Jest skazana na Kaczyń­skiego - mówi współpracownik prezesa.
   Ludzie Morawieckiego najchętniej po­zbawiliby byłą premier wpływów w spółkach skarbu państwa. Ona i minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wciąż mają swoich ludzi w PZU, Pekao, a także w spółkach energetycznych. Jednak, jak słychać na Nowogrodzkiej, jeśli Szydło będzie lojalna, to czyszczenia spółek nie będzie. Na mocy porozumienia między Kaczyńskim, Morawieckim i Szydło pre­mier utrzyma wpływy w spółkach. Cho­ciaż - jak słyszę w kancelarii premiera - Morawiecki ma zastrzeżenia do kom­petencji jej ludzi. W radzie nadzorczej Pekao zasiada koleżanka Szydło - Sabina Bigos-Jaworowska. To dyrektorka szpi­tala powiatowego w Oświęcimiu, z którą Szydło przyjaźni się ponad 20 lat. Bigos-Jaworowska dostała stanowisko, mimo że nie ma doświadczenia w bankowości. Gdy pytam, czy obawia się odwołania, odpowiada: - Nie jestem przywiązana do stołka.

WSZYSCY O NIEJ ZAPOMNĄ
Szanse Szydło na powrót do pierwsze­go szeregu są nikłe także dlatego, że am­bicje Mateusza Morawieckiego są coraz większe. Swoim ludziom mówi, że marzy o tym, żeby być premierem przez dwie kadencje jak Tusk. W wyborach pre­zydenckich w 2020 r. kandydować nie zamierza, bo realna władza jest w kance­larii premiera.
   - Żeby być prezydentem, trzeba do­brze jeździć na nartach, a premier spor­tów nie uprawia. Ma w domu rower stacjonarny, ale rzadko z niego korzysta, bo pracuje po 20 godzin na dobę - mówi półżartem bliski współpracownik Mo­rawieckiego, nawiązując do narciarskiej pasji prezydenta Andrzeja Dudy.
Na otarcie łez prezes PiS obiecał Szyd­ło pierwsze miejsce na liście w wyborach do Parlamentu Europejskiego w Małopolsce, co praktycznie gwarantuje man­dat. W walce o schedę po Kaczyńskim Szydło raczej nie będzie się liczyć. Więk­sze szanse mają Joachim Brudziński, Morawiecki, a nawet Ziobro.
   - Nie widzę w niej chęci walki. Nie ma możliwości rzucenia rękawicy Kaczyń­skiemu. Przez dwa miesiące nie było jej w mediach i Morawiecki wyprzedził ją w sondażach, a co dopiero będzie po pię­cioletniej kadencji w europarlamencie. Wszyscy o niej zapomną - mówi bliski doradca prezesa PiS.

POLITYCZKA POWIATOWA
Szydło popełniła błąd, bo uwierzyła, że dzięki wysokiemu poparciu społecz­nemu jest nie do odwołania. - Apetyt rośnie w miarę jedzenia. To zaczęło się jeszcze w kampanii prezydenckiej. Gdy Beata zobaczyła, że polityk z trze­ciego szeregu, taki jak Andrzej Duda, może zostać głową państwa, uznała, że ona też może awansować do pierwszej ligi. A jak poparcie dla jej rządu wystrze­liło, to odleciała - ocenia współpracow­nik prezesa.
   Dla Kaczyńskiego Szydło pozosta­ła polityczką powiatową. W jego oto­czeniu panuje przekonanie, że powinna być wdzięczna prezesowi, bo to dzię­ki niemu z szeregowej posłanki stała się politykiem rangi krajowej i była premie­rem przez dwa lata. To Kaczyński zrobił Szydło wiceprezesem partii.
   Wielu uważa, że Szydło podpisała na siebie wyrok, gdy zaczęła wojnę z Mora­wieckim. Rząd PiS ma problem ze spa­dającymi inwestycjami, a Szydło przez ponad rok blokowała projekty Morawie­ckiego wprowadzające ułatwienia dla biznesu. Wicepremier skarżył się Ka­czyńskiemu, że jeśli PiS nie przekona do siebie przedsiębiorców, to będą trzymać pieniądze na kontach w bankach, za­miast inwestować. Sytuacja gospodarcza się pogorszy, popsują się nastroje spo­łeczne i PiS przegra kolejne wybory. Na dodatek Szydło sprzymierzyła się z Ziobrą i walczyła z Morawieckim o kontrolę nad spółkami. To także nie podobało się prezesowi.
   Gdy pojawiły się kłopoty z Unią, któ­ra uruchomiła przeciwko Polsce art. 7., Kaczyński doszedł do wniosku, że Szyd­ło temu nie podoła i trzeba wymienić premiera na kogoś bardziej obeznanego w świecie. Postawił na Morawieckiego, którym jest zafascynowany. Mówi, że to jest najzdolniejszy człowiek, jaki pojawił się w polskiej polityce po 1989 r.
   Szydło próbowała się jeszcze rato­wać, szukając pomocy u prezydenta. On mógłby zablokować jej dymisję. Ale An­drzej Duda miał żal do pani premier o to, że nie pomogła mu w konflikcie z Anto­nim Macierewiczem. Uważał, że Szyd­ło, która była szefową jego kampanii, go zdradziła. I nie zamierzał kiwnąć w jej sprawie palcem. Ale - jak mówią w PiS - Szydło ma być wykorzystana w kam­panii samorządowej. Będzie jeździć po kraju i mówić, jak dużo rząd zrobił dla polskich rodzin.

OWCZAREK PANA SZYDŁO
Krótko po wymianie premiera na spotkaniu w Oświęcimiu zbiera się Sto­warzyszenie Gospodarcze Ziemi Oświę­cimskiej. Edward Szydło, który jest jego członkiem, żali się kolegom, że jego żona została upokorzona.
   - Mówił, że najgorszy był ten cyrk. Rano całowali ją po rękach i wychwalali w Sejmie, a wieczorem została odwołana - opowiada mi uczestnik spotkania.
   Dom Beaty i Edwarda Szydłów jest na końcu Przecieszyna. Jadę asfaltem, któ­ry gmina wylała tuż po tym, gdy Szydło została premierem. Ale Edward Szydło nie chce rozmawiać z „Newsweekiem”. Gdy uznaje, że jestem zbyt namolna i zadaję za dużo pytań, otwiera bramę i wypuszcza owczarka niemieckiego.
   - Dalej chce pani wejść do domu? - pyta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz