czwartek, 8 lutego 2018

Zapaść



Międzynarodowa pozycja Polski jest najsłabsza od 1989 roku. Jak PiS tego dokonało? Jak można to zmienić?

Sześć lat temu, 29 maja 2012 r., prezydent USA Ba­rack Obama, nadając pośmiertnie Janowi Kar­skiemu najwyższe amerykańskie odznaczenie Medal Wolności, powiedział „polski obóz śmier­ci”. Byłem wówczas rzecznikiem MSZ, pamiętam 48 godzin twardych wysiłków władz Polski, by jak najszybciej naprawić ten idiotyczny błąd. Spowo­dowany zresztą przypadkiem przez młodego speechwritera.
   Dyplomacja amerykańska przeprosiła i sprostowała już na­stępnego dnia. W wyniku naszych dalszych nacisków przeprosił na piśmie sam Obama, dodając, że „Polska od lat słusznie prowa­dziła kampanię, by wyeliminować tę frazę z dyskursu publicznego na całym świecie”. Media światowe mówiły nie tylko o gafie Oba- my, ale też o bezprecedensowych przeprosinach prezydenta USA. W sumie więc cała sprawa rozpowszechniła w świecie wiedzę, że żadnych „polskich obozów” nie było, a Polacy byli w II wojnie ofia­rami, a nie współsprawcami zbrodni niemieckich nazistów.
   I tym różni się tamta sytuacja sprawnej Polski, powiązanej in­stytucjonalnymi i osobistymi więzami z ważnymi sojusznikami, od sytuacji obecnej - Polski osamotnionej, pozbawionej sojusz­ników, z całkowicie zszarganą reputacją. Polski nikt nie broni.
Jak do tego doszło?

PIS JAK PARTACKI BURMISTRZ
Prześledźmy najpierw sprawę ustawy o IPN. Zakładając nawet, co moim zdaniem jest wątpliwe, że PiS tą ustawą rze­czywiście chciało walczyć na świecie ze szkalowaniem Polski, z PR-owskiego punktu widzenia popełniono katastrofalny błąd.
   W komunikacji kryzysowej, odpowiadając na zarzuty, nie strzela się bowiem z armat do wróbli.
   Jakie znaczenie dla reputacji Polski ma kwestia „polskich obo­zów”? Można to porównać do sytuacji burmistrza miasta po­mawianego raz na jakiś czas przez lokalny portalik internetowy o gwałt. Ponieważ sprawa jest absolutnie czysta, a burmistrz ma świadków swej niewinności, powinien wyjaśniać ją konsekwen­tnie w lokalnych mediach. Od winnego portalu zażądać prze­prosin, ostatecznie - podać do lokalnego sądu. Burmistrz jednak przeprowadził w radzie miejskiej uchwałę nie tylko o tym, że jest niewinny, ale że każdego, kto będzie powtarzał plotki, czeka kara. Po czym nagłośnił uchwałę w mediach w całym państwie. Efekt jest taki, że dowiadują się o sprawie wszyscy mieszkańcy kraju. A co najmniej 20 procent z nich (taki jest mniej więcej wszędzie na świecie odsetek ludzi skłonnych wierzyć w spiski i zmowy) za­czyna podejrzewać, że burmistrz w istocie uczestniczył w gwałcie. No bo jeśli w tak gwałtowny sposób zaprzecza...
   To dokładnie stało się w poprzedni weekend ze sprawą „pol­skich obozów”. Z przykrej, upierdliwej kwestii, która co jakiś czas pojawiała się gdzieś na świecie, głównie w niszowych mediach, parlament PiS uczynił kwestię globalną.
   Ta kwestia, niestety, już nie zniknie. Z „polskich obozów” się na­turalnie otrząśniemy - bo po prostu prawda jest jasna jak słońce i jest po naszej stronie. Ale już z wywołanymi obecną awanturą pytaniami: ile jest winy Polaków jako świadków Holokaustu? (gdzie ra­cje nie są czarno-białe, nawet jeśli my mamy ogrom argumentów), będziemy się zmagać - nie tylko w Izraelu - przez długie lata. I to na skalę całkowicie nieporównywalną do dotychczasowej.

PROBLEM DOKUCZLIWY, ALE NIE OGROMNY
PiS twierdzi, że od lat mieliśmy do czynienia z ogromem fałszywych oskarżeń wobec Polski, a fala oszczerstw, której symbolem były „polskie obozy”, wzbierała. Otóż to nieprawda. To PiS na użytek wewnętrzny zrobiło z tego ogromny problem. A teraz - wskutek swej amatorszczyzny - doprowadziło do spo­pularyzowania pojęcia „polskie obozy śmierci” na skalę globalną. Gdyby sensowne działania tej władzy przynosiły tak potężne efekty jak jej działania destrukcyjne, nie byłoby chyba na świecie kraju mającego lepszy wizerunek niż Polska.
   Mamy jednak globalną wizerunkową katastrofę na własne ży­czenie, a z igły zrobiliśmy megawidły. O „polskich obozach” pi­sano z rzadka i raczej z ignorancji niż zlej woli. Gdy już pisano, to w efekcie interwencji polskich ambasad w ponad 80 proc. przypadków przepraszano.
   A co ważniejsze - począwszy od 2010 r., gdy zrobił to „Wall Street Journal” - wiele czołowych mediów amerykańskich („New York Times”, Yahoo!, agencja AP, ale też media niemieckie czy ka­nadyjskie) zakazało swym dzien­nikarzom używania frazy „polskie obozy”. Przekonaliśmy (czę­sto z udziałem Polonii) kluczo­we redakcje, by zgodnie z uchwałą UNESCO używały terminu „nie­mieckie nazistowskie obozy w okupowanej Polsce”.
   W efekcie zasięg kłamstw był niewielki, interwencje dotyczy­ły przeważnie lokalnych radiostacji i portali. Teraz za sprawą nie­szczęsnych działań polskich władz o kryzysie piszą największe światowe media. Wielu Żydów w Izraelu i USA ma o Polsce zda­nie bardzo złe, krzywdzące, niektórzy kultywują obsesje, co było w ostatnich dniach widać po wielu wpisach internetowych.
   Przez dwie dekady takie głosy udawało się spychać na margi­nes dyskusji polsko-żydowskiej, podobnie jak na marginesie byli w Polsce antysemici. Udawało się to dzięki rozsądkowi więk­szości elity żydowskiej oraz przemyślanej i delikatnie prowa­dzonej polskiej polityce. Opierała się ona na trzech podstawach rozmowy o przeszłości:
   1. Podkreślaniu wspaniałych kart - zwłaszcza Żegoty, wyroków na szmalcowników itd. Tu niezwykle pomagała wielka postać Władysława Bartoszewskiego;
   2. Otwarciu na dyskusję o sprawach trudnych np. Jedwanem nawet jeśli w ocenie faktów toczyliśmy spór;
   3. Całkowitym braku tolerancji władz RP dla współczesnych postaw szowinistycznych czy antysemickich.
   PiS od pierwszych tygodni swych rządów zanegowało wszyst­kie te trzy podstawy polityki. Organizując nagonkę na Barto­szewskiego, łącznie z tolerowaniem oskarżeń o kolaborację. Dialog o trudnych kartach historii nazywając „pedagogiką wsty­du” i próbując budować narrację o niepokalanej czystości narodu polskiego. Wreszcie - tolerując skrajną prawicę aż do zachwytów nad „patriotycznymi tłumami demonstrantów”. To wszystko raportują swym stolicom dyplomaci z Warszawy. O tym wszystkim piszą światowe media.

GŁUPCY CZY CYNICY?
Polska - ponadpartyjnie od lewa do prawa - od 1989 do 2015 roku umiała stworzyć sobie światowe lobby przyjaciół poma­gających także na wielu wizerunkowych zakrętach. Również przy niektórych interwencjach w sprawie „polskich obozów” poma­gali nam przedstawiciele organizacji żydowskich. Ta chęć pomo­cy Polsce gwałtownie zmalała wraz z działaniami PiS. Pamiętam rozmowę z wpływowym działaczem żydowskim z Kanady sprzed dwóch lat: „Po wypowiedziach takich jak waszej nowej minister edukacji [chodziło o minister Zalewską, negującą wszelki udział Polaków w zbrodniach w Jedwabnem i Kielcach - red.] jest mi coraz ciężej was w mojej społeczności bronić”. A był to człowiek, z którym organizowaliśmy w Kanadzie duże wydarzenia sławią­ce Witolda Pileckiego czy rodzinę Ulmów - grubo wcześniej, nim PiS wzięło ich na swe sztandary.
   Obecny kryzys z Izraelem i USA jak w soczewce pokazuje ogrom niebezpieczeństwa, jakim dla mię­dzynarodowej pozycji i interesów Polski są rządy partii Jarosława Kaczyńskiego.
   Polityka zagraniczna państwa przypomina sieć. W tej sieci waż­ne są stosunki z innymi krajami, kwestie ekonomiczne, wizeru­nek, sprawy wojskowe i wywiadowcze, atrakcyjność kultury... Dla polskiej sieci kluczowe są relacje z Unią Europejską, zwłaszcza z Niemcami, USA, regionem, Ukrainą, Izraelem i Żydami. Moż­na sobie pozwolić na osłabienie nici z jednym z tych podmiotów, gdy mamy mocne powiązania z innymi. Nie można mieć sieci ze­rwanych ze wszystkimi naraz, bo wówczas nasza pozycja słabnie wszędzie - a tak dzieje się teraz.
   Czy PiS tego nie rozumie? Czy też na zimno ryzykuje osłabie­nie interesów kraju, by populistycznie grać dla najbardziej rady­kalnego elektoratu kolejnymi kartami „wroga zewnętrznego”: antyniemiecką, antyeuropejską, antyukraińską? Czy mamy do czynienia z głupcami, czy z cynikami?
   Uważam, że prawdziwe są obie odpowiedzi.
   PiS ma nieprawdopodobnie słabe kadry do polityki zagranicz­nej. Obecnym szefem MSZ nie jest, wbrew legendzie, wytraw­ny dyplomata, lecz urzędnik, który w życiu ani jednego dnia nie przepracował za granicą, walcząc o polskie interesy jako ambasa­dor czy przedstawiciel kraju w ważnej instytucji międzynarodo­wej. Wyśniony kandydat na szefa dyplomacji, minister Szczerski, ma te same wady. Plus jeszcze jedną - z jego tekstów przebija dość naiwna antyunijność i antyniemieckość.
   Źródłem problemów jest naturalnie całkowity brak wiedzy o świecie prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego, człowieka, który w życiu nie przeczyta) żadnego tekstu w obcym języku i nie spędził za granicą nawet jednych wakacji. Oraz poziom niekompetencji i serwilizmu jego otoczenia, które nie potrafi prezesowi powie­dzieć: myli się pan, trzeba inaczej, nawet gdy jest to oczywiste.
   Politycy PiS en masse mają właściwą ludziom zakompleksio­nym postawę uniesionych pięści zamiast wyciągniętej dłoni. Autentycznie wierzą, że politykę międzynarodową uprawia się jak spory w piaskownicy: kto kogo bardziej przestraszy krzykiem.
   Gdy obraz choć trochę się komplikuje, głupieją do szczętu. Ka­czyński jest autentycznie przerażony awanturą o ustawę o IPN, której nie przewidział. Podobnie jak tydzień wcześniej był otuma­niony ofensywą tanich uczuć ze strony dyplomacji USA. Nie rozu­miał, że przyjazd szefa Departamentu Stanu na Nowogrodzką czy taktyczne wycofanie krytyki wobec upartyjnienia sądów służą tyl­ko temu, by Polsce sprzedać systemy uzbrojenia - jak najszybciej i jak najdrożej.
   Ale zaściankowość szefostwa PiS to tylko połowa prawdy. Dru­gą jest polityczny cynizm - wybieranie złych dla interesu Polski rozwiązań tylko po to, by doraźnie zyskać w sondażach.
Wiemy już dziś, że decydując się na przepychanie ustawy o IPN, Kaczyński miał wiedzę, że może to wywołać międzynaro­dową burzę - i nie zawahał się jej rozpętać.
   Tę cyniczną strategię widać we wszystkich sprawach. Od początków prezydentury kancelaria Andrzeja Dudy próbo­wała wpychać do odznaczeń kandydatury otwartych anty­semitów i szowinistów ze środowisk emigracyjnych. Gdy ambasadorowie (byłem wśród nich) oponowali, jasno mówiąc, że utrudni to stosunki z krajami urzędowania, gdzie ci kandydaci mają fatalną opinię, słyszeli od przedstawicieli prezydenta: jest wola dowartościowania przedstawicieli takich środowisk.
   Jeśli chodzi o sedno polityki zagranicznej, nie ma więc w PiS żad­nych różnic między profesorskim Czaputowiczem a politycznym młotkowym Mularczykiem. Między piszącym paranoiczne anali­zy o „antypolskim spisku” autorem ustawy o IPN panem Świrskim a „zaledwie” broniącym ustawy panem Szczerskim. Wszyscy oni będą realizować szkodliwe pomysły Kaczyńskiego. I wszyscy goto­wi są dla interesów swej partii poświęcić interesy Polski.
   Mówiąc obrazowo - nawet gdyby prezydent Duda nauczył się angielskiego i w Davos nie dukał, to i tak nie jest w stanie poprawić pozycji Polski bez zmiany polityki.
   Polska za politykę PiS płaci i zapłaci więcej, bo otoczenie nasze­go kraju nie składa się z bezwarunkowych przyjaciół. Są ujawnieni w ostatnich dniach antypolscy obsesjonaci, są też po prostu rywa­le. A najczęściej - pragmatycy współpracujący z nami, gdy jeste­śmy silni, ale gotowi dla swych interesów wykorzystać czas, gdy jesteśmy słabi - i tak będzie np. w dyskusjach o budżecie UE.
   Jako państwo potrafiliśmy do 2015 roku realizować główne cele Polski. Dziś ekipa PiS porwała niemal wszystkie nitki, a interesy Polski poddaje. I każdy miesiąc rządów PiS przynosi straty nie do odrobienia przez lata.
Marcin Bosacki
Autor był rzecznikiem MSZ i ambasadorem RP w Kanadzie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz