PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 2 czerwca 2018

Kłamstwo symetryczne,Lech Kaczyński i owoce jego rewolucji,Do Wiktora Z.,Kulawe państwo,Nie zabierzemy i oddamy,25 postulatów,Odważny upór,Przypadek i Stalin w USA



Kłamstwo symetryczne

Istotą sporu o Polskę jest spór o to, co się w niej dzieje, a więc o PiS i o opis. Słowa mają tu znacze­nie fundamentalne. W tym słowo symetryzm.
   Spór o symetryzm jest w części dziennikarską, środowisko­wi naparzanką i w tym sensie jest bez znaczenia. W swej isto­cie jest jednak sporem o kwestie zasadnicze, Gdy się pojawił, nadano mu sens pejoratywny. Uznano go za formę relatywi­zmu i bagatelizowania ekscesów PiS. Od zarzutu relatywizmu był już tylko krok do oskarżenia symetrystów o tchórzo­stwo i oportunizm, Gdy oskarżenia padły, symetryści. czując ich wagę. przystąpili do kontrataku. Antysymetrystom za­rzucili symplicyzm i emocjonalność. sobie zaś przypisali ra­cjonalizm i obiektywizm. Spór o symetryzm szybko stał się sporem o to. co najważniejsze. O rzeczywistość, czyli o prawdę i o moralność.
    „Kwestię rozpatrzę wpierw priorytetową, czyli właściwe nadam rzeczy słowo” - pisze Konfucjusz. I dodaje: „Jeśli nie mamy właściwego słowa, wyzuta z sensu będzie nasza mowa”. Słowa, jak wiadomo, mogą służyć mówieniu prawdy lub jej ukrywaniu.
   Symetryzm zakłada na przykład, by zacytować jednego z sy­metrystów. dumnego ze swoich poglądów, że fakt, iż w Polsce łamana jest konstytucja, nie oznacza, że nie należy widzieć pozytywnych rzeczy, które robi obecna władza. Oczywiście. Konstytucja została podarta, Trybunał Konstytucyjny ośmie­szony, sądy są deptane, a publiczna telewizja zamieniona w rynsztok, ale przecież jest 500+. Prawda, to podobnie jak z generałem Jaruzelskim: wprowadził wprawdzie stan wojen­ny, ale zapewnił także bezpieczeństwo na ulicach. Hitler z ko­lei. zachowując wszelkie proporcje, zabił wprawdzie miliony ludzi, ale zlikwidował bezrobocie i poradził sobie z inflacją.
   Nikt tu nie porównuje Kaczyńskiego do Hitlera ani PiS do NSDAP. Idzie wyłącznie o to. że ocena każdej władzy musi się opierać na jakichś kryteriach podstawowych. Są bowiem rzeczy i czyny, które władzę i polityka dyskwalifikują abso­lutnie i ostatecznie. W czasach, jakie mamy dziś w Polsce, dziennikarstwo polityczne, które z niszczenia demokracji, konstytucji i państwa prawa nie czyni sprawy bezwzględnie najważniejszej, jest albo skrajnie niekompetentne, albo jest cynicznym nadużyciem i zwykłym oszustwem. Niedostrzega­nie tego jest ślepotą. A ubieranie swego oportunizmu w szal­ki obiektywizmu jest intelektualnym nadużyciem. W czasach wielkiego moralnego wyzwania zaniechanie jest bowiem przestępstwem, a milczenie zbrodnią.
   Część symetrystów w jakimś autoerotycznym odruchu za­częła wypowiadać sądy skrajnie niemądre, byle kontrower­syjne w stopniu zapewniającym rozgłos. To jednak margines.
Jeśli symetryzm jest wielkim zagrożeniem, to nie przez nar­cyzm symetrystów. ale przez zrównanie grzechów śmiertel­nych z niewinnymi grzeszkami, co jest formą rozgrzeszania tych pierwszych.
   Wprawdzie złamali konstytucję, ale za to PO miała do niej czasem lekceważący stosunek. Wprawdzie podeptali nieza­wisłość sądów, ale dobrze z tymi sądami wcześniej nie było. Może reputacja Polski jest teraz katastrofalna, ale czyż wcześ­niej była idealna? Każdy z powyższych „symetrycznych są­dów” jest po prostu intelektualnie nieuczciwy. Ponieważ rozgrzeszają one władzę, są dla niej wielkim wsparciem. Sy­metryzm nie jest więc zachowaniem dystansu wobec władzy, ale w praktyce opowiedzeniem się za nią, bo to jej służy.
   Dziś w Polsce kluczowe jest zrozumienie, o co się toczy batalia. Stawką nie jest demokratyczne rozstrzygnięcie, ale sama demokracja: nie wybór wynikający z wolności, ale wol­ność; nie wyrok tego czy owego sądu. ale praworządność.
   W PRL symetryści byli w PAX albo w PRON. Dziś są dobrze usadowieni w mediach. A jako użyteczni dla władzy i władzy niewadzący, będą w nich wkrótce jeszcze bardziej ekspono­wani. Prywatne media w końcu też czują, skąd wiatr wieje. Czy nie byłoby jednak lepiej, gdyby symetrysta powiedział po prostu uczciwie: „Jak będę zbyt krytyczny wobec władzy, to PiS-owcy przestaną do mnie przychodzić i mój program spadnie z anteny”? Powiedzmy wprost - symetryści nie są żadnymi szermierzami prawdy, pilnują tylko swojego kramu. Mają prawo, ale nazywajmy to po imieniu cwaniactwem albo bardziej elegancko - pragmatyzmem.
   Prawda nie zmieni jednak swego oblicza i położenia tyl­ko dlatego, że lepiej będzie tym. którzy jej wolą nie widzieć. Grzech pozostanie grzechem nawet wtedy, gdy sam siebie na­zwie cnotą; relatywizm nie przestanie nim być, gdy sam siebie uzna za obiektywizm.
   Zgoda, mówienie prawdy i obrona prawdy nie sprzyjają dziś w Polsce karierze. Jak powiedział Konfucjusz, „milczenie jest przyjacielem, który nigdy nie zdradza”. Uczciwość prze­ciwnie: „Kto trzęsie drzewem prawdy, temu padają na głowę obelgi i nienawiść”.
   Prawda, że symetryzm jest wygodniejszy. Bywają jednak w życiu chwile, gdy troska o wygodę jest więcej niż występ­kiem. Jest grzechem ciężkim.
Tomasz Lis

Lech Kaczyński i owoce jego rewolucji

Gdyby Lech Kaczyński żył, musiałby się tłumaczyć, dlaczego 18 lat temu przesądził o winie 23-letniego Tomasza Komendy skazanego po jego słowach na 25 lat więzienia za gwałt i zabójstwo, których nie popełnił.

„Są ślady zębów tego zbira, ślady DNA, wszelkie możliwe znaki – i nie można postawić zarzutu. Taki sposób interpretacji praw człowieka, które czynią przestępców bezkarnymi, a ofiary bezbronnymi, stanowi zagrożenie dla porządku społecznego”.

Gdy 18 lat temu ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński w wywiadzie dla „Wyborczej” wypowiadał te słowa, nie mógł wiedzieć, że pisze dla siebie symboliczny akt oskarżenia.

Sprawę zbrodni w Miłoszycach Lech Kaczyński wziął na sztandary rewolucji w wymiarze sprawiedliwości. Osobiście nadzorował śledztwo. Tak długo wymieniał prokuratorów i ich przełożonych, aż akt oskarżenia był zgodny z jego wolą. W wywiadzie Kaczyński oceniał nawet prowadzącego sprawę prokuratora: „Gdyby człowiek zdrowy moralnie ścigał morderców tej dziewczynki, na pewno zaangażowałby się w to z całej siły, a nie szukał sposobów chronienia degeneratów”. I dalej: „W sprawach oczywistych najmniejsze, wręcz wymyślone, wątpliwości są tarczą dla wyjątkowo okrutnych i zdegenerowanych przestępców”.

A więc: Komenda to „zbir i degenerat”. Prokurator go chroni i nie jest „zdrowy moralnie”.

Ówczesne słowa i czyny Lecha Kaczyńskiego to nacisk, z którego późniejszy prezydent był dumny: „Wykorzystujemy instytucję nadzoru dla wywierania nieustannego nacisku na zaostrzenie działań prokuratury. Ster został przestawiony, choć oczywiście przed okrętem jeszcze długa droga” – głosił swoje credo.

W tym wywiadzie są wszystkie obsesje PiS, które legły u podstaw rozprawy z sądami i prokuraturą. Kaczyński mówi, że sędziowie „mają powiązania ze światem przestępczym”, a „wymiar sprawiedliwości, jak zresztą cały aparat państwowy, wymaga zasadniczej naprawy”.

Skąd my to znamy? Albo zdanie o tym, że „różne działy aparatu państwowego mogą znajdować się w rękach korporacji zawodowych”, a „środowisko nie potrafi reagować na sędziów, których wyczyny przekraczają wszelką miarę”. I dodaje: „Są sędziowie, którzy funkcjonują w środowiskach gangsterskich”.

Przykładów brak. Dziś wiemy, że był jeden taki sędzia w Toruniu. Obecny rząd znalazł sędziów, którzy ukradli kiełbasę oraz części do wiertarki. Tyle, jeśli chodzi o „zepsucie sądownictwa”.

Ze słów Lecha Kaczyńskiego sprzed 18 lat jasno widać, kiedy zaczęła się wojna PiS (partii, którą zakładał) z wymiarem sprawiedliwości. Ta wojna wyniosła Kaczyńskiego do prezydentury, a partię brata do władzy.

Za kontynuatora rewolucji Kaczyńskiego uważa się Zbigniew Ziobro. W 2007 r. ręcznie sterował prokuraturą i służbami, by dopaść posłankę SLD Barbarę Blidę. Skończyło się to jej śmiercią.

Po ponownym zdobyciu władzy Ziobro zlikwidował niezależną prokuraturę i podporządkował ją ministrowi sprawiedliwości. Zmienił ustawę, by jego ingerencja w śledztwo była możliwa na każdym etapie.

Dał sobie prawo do publikowania materiałów ze śledztw oraz zadbał, by ani jemu, ani jego prokuratorom nie groziła odpowiedzialność za nadużycia.

Ręczne sterowanie to specjalność obecnej władzy. Na polecenie Ziobry wznawiane są stare śledztwa. Sprawa byłego prezydenta Kwaśniewskiego to jeden z przykładów. Ziobro ściga polityków PO – Stanisława Gawłowskiego, Sławomira Neumanna i Andrzeja Biernata. Na Tuska szykuje „zdradę dyplomatyczną”, wywraca rzetelne śledztwo smoleńskie i wbrew rodzinom wywleka z grobów szczątki ofiar. Wycofuje akty oskarżenia wobec antysemitów Międlara i Rybaka.

Ziobro dyscyplinuje sędziów, np. Dominika Czeszkiewicza z Suwałk, który uniewinnił działaczy KOD. Albo sędzię Justynę Koskę-Janusz, u której przegrał proces o nadużywanie władzy za czasów „pierwszego PiS”. Ręczne sterowanie nie ma granic. Prokuratura Ziobry z urzędu przystąpiła jako strona do procesu w sprawie błędu lekarskiego, który 13 lat temu miał być przyczyną śmierci ojca ministra.

Nie miejmy złudzeń. Sprawa Tomasza Komendy i koszmarna wpadka ojca PiS-owskiej rewolucji niczego tu nie zmienią. Ten okręt płynie dalej.
Wojciech Czuchnowski

Do Wiktora Z.

Siedzisz w Piszu na karniszu i nie wiesz, że ćwierć wieku temu kamienne serca utłu­kły polskie rolnictwo. Mówił o tym w radiu premier Morawiecki. Chodziło mu o PGR-y, które - jak pamiętamy - były perłą w koronie naszej gospodarki. Gdybyśmy je dziś mieli, drogi Wiktorze, protestu rodziców niepełno­sprawnych w Sejmie by nie było. Rozumiesz?
   Od czasu, gdy prezes ogłosił klauzulę skromności we wszystkich dziedzinach, również wyrzutów sumienia, uznałem, że nic nie jest w stanie mnie zdziwić. Powiem Ci nawet, że czekałem, aż ktoś z władzy, tak życzliwie i po­ważnie mediującej z protestującymi, w końcu nie wytrzy­ma. Nie wytrzymało wielu, z Żalkiem i Krynicką na czele, a strażnik sejmowy poturbował matkę niepełnosprawne­go. Zrobił to prywatnie, bo był w swoim garniturze. Tchó­rzostwo i podłość wydającego takie polecenie marszałka Kuchcińskiego nie jest, zapewniam Cię przyjacielu, granicą możliwości naszej władzy. Nie po to pan zza sześciu kotar i kilka kawałków dykty uzbroił Straż Marszałkowską w broń palną i paralizatory, by z tego nie skorzystać.
   Teraz uważaj, piszę Ci to szeptem. Prokuratura Ziobry - bo innej nie ma - ściga organizację Kobiety w Sieci, po­nieważ rozmawiały w internecie o aborcji. A powinny o zu­pie pomidorowej. Do „Szkła Kontaktowego” zadzwoniła matka niepełnosprawnego dziecka. Opowiadała, że kilka dni temu czekający w przychodni pacjenci przepuścili ją bez kolejki do lekarza. Po raz pierwszy bez krzyków i zło­śliwych komentarzy. Stary, popatrz, wśród ludzi rodzi się życzliwość, znikają podziały. To bez wątpienia działalność antypaństwowa. Nie o taką Polskę... Prokuratura Ziobry - bo innej nie ma - będzie tu miała łatwe zadanie. Lista pacjentów z tego dnia jest na pewno dostępna. Można ich oskarżyć o zachowanie sprzyjające nielegalnym protestom.

Dobra, już mnie w gardle drapie od tego pisania szeptem. Czytaj, Wiktorze, normalnie. Prokuratura Ziobry - bo innej długo nie będzie - dostała kolejny donos na prof. Pawła Machcewicza. Wyobraź sobie, że były dy­rektor Muzeum II Wojny Światowej kupił trzy lata temu za drogie regały. Za drogie, rozumiesz? Mógł za te same pieniądze kupić tańsze. W1985 r. wywalano mnie z dy­rekcji Teatru Bardzo Dramatycznego w Elblągu. Wiesz, że też poszło o regały? No, prawie. Wezwał mnie pro­kurator na przesłuchanie. Siadajcie, ile macie drewna w teatrze? Jakiego drewna? - a on na to: To ja was py­tam, nie wy mnie. Powiedziałem, że w magazynie mam 3 m sześć, desek na budowę dekoracji. Prokurator był wyraźnie zadowolony z mojej odpowiedzi. A więc de­ski zalegają w magazynie. Tymczasem w niedalekim od waszego teatru przedszkolu dzieci muszą siedzieć na podłodze, bo nie mają ławek. Wiecie o tym? Nie - od­parłem - to nie moja sprawa. Tak, nie wasza. Wyjaśnimy sobie te deski i jeszcze to, co o was Jan Rem w „Trybunie Ludu” pisał, że walczycie z komunizmem. I z szuflady wyjął gazetę z triumfalnym „O!”. Ale aresztujemy was tymczasowo na trzy miesiące za niegospodarność, no, chyba że złożycie rezygnację ze stanowiska. A wtedy wy­jeżdżajcie. Nie zastanawiałem się długo i już za kilka dni byłem na Suwalszczyźnie. Drogi Zborowski, wydaje mi się, że masz samochód. A może obok Ciebie mieszka do­bra znajoma - ot, choćby prokuratora Piotrowicza, który walczył z komunizmem i wygrał? Ta kobieta nie ma czym dojeżdżać do pracy. Czy muszę Ci mówić więcej?
   PS Niepełnosprawni i ich opiekunowie zawiesili pro­test w Sejmie. PiS odniósł kolejne zwycięstwo 1:27. Piekło się cieszy.
Stanisław Tym

Kulawe państwo

Nie wiem, czy„kolano prezesa” będzie tematem „Ucha prezesa”, ale powinno, bo to jest przykład, jak groteskowe staje się polskie państwo. Dość banalna - jeśli wierzyć oficjalnym zapewnie­niom - przypadłość starszego pana prawie unieruchomiła polską politykę, a zarząd kraju przeniósł się do szpitalnej izolatki. Nie zamierzam podrzucać fachowcom pomysłów scenariuszowych, ale aż by się prosiło pokazać tę niekończącą się pielgrzymkę dygnitarzy do nogi prezesa, z uniżonymi życzenia­mi, dowcipnymi upominkami, a przede wszystkim z donosami na nielojalnych towarzyszy. Jeśli Joachim Brudziński, osoba zapewne nr 2 w partii, uznał za stosowne publicznie, przed kameralni, pogrozić samozwańczym „delfinom”, liczącym na nie­dyspozycję szefa, to już jesteśmy w kremlowskich klimatach późnego breżniewizmu.
   To byłoby nawet śmieszne, gdyby nie odbywający się w tym samym czasie sejmowy protest rodzin osób niepełnosprawnych. Po początkowych chaotycznych ruchach system wszedł w tryb niedecyzyjności, przeczekiwania, stuporu, skupiając się głównie na coraz bardziej dokuczliwych dla protestujących szykanach.
W tej sytuacji kontynuowanie trwającej 40 dni okupacji sejmo­wego korytarza rzeczywiście już traciło sens. Władza zapewne sądzi, że przetrzymała, złamała protest, ale to sukces - przepra­szam za dosłowność - wyjątkowo kulawy. Mała grupka, ledwie 9 osób, uzyskała i tak więcej, niż można było oczekiwać: nie chodzi nawet o skromny dodatek finansowy do renty socjalnej, ale nagłośnienie, a właściwie wykrzyczenie dramatu setek tysięcy niepełnosprawnych, do tej pory wegetujących na obrzeżach spo­łeczeństwa. Wreszcie stali się widoczni, zyskali podziw, sympatię i - może na dłużej - sojuszników. Obnażyli też arogancję, niekie­dy zwykłe chamstwo i zapiekłą małostkowość „ludowej władzy”.

Czy ten protest musiał tak przebiegać? Chyba tak, bo w tej sprawie, jak właściwie w każdej, o której ostatnio rozmawiamy, jesteśmy uczestnikami skrajnej polaryzacji. Żebyśmy nie wiem jak ubolewali, trudno znaleźć tematy wymykające się ze sporu, który podzielił polską politykę i, co gorsza, polskie społeczeństwo. Taka polaryzacja, gdzie nie ma miejsca na kompromis, i w ogóle na rze­czową debatę, jest zabójcza dla demokracji - mówi w rozmowie z Jackiem Żakowskim prof. Steven Levitsky. Jeśli wielkie grupy obywateli nie chcą już ze sobą rozmawiać, negocjować, to znaczy, że nie chcą też dzielić wspólnego państwa i dzielić się tym państwem. Wtedy społeczeństwo wchodzi nieodwołalnie w niszczący cykl przemocy i odwetu. Politolodzy, którzy ostat­nio intensywnie zajmują się kryzysem liberalnej demokracji i wzrostem populizmu - bo nie ma ważniejszego tematu - raczej zgodnie uważają metodę nieustannego podgrzewania sporów i podziałów za przynależną do politycznej technologii populistów.
I zalecają demokratom, aby w miarę możności nie wpisywali się w tę logikę, a przede wszystkim bronili tych instytucji państwa i społeczeństwa, które mogą pełnić rolę mediatora i moderatora w przypadku nieuniknionych przecież konfliktów społecznych. Patrząc na „spór wokół niepełnosprawnych”, sami możemy ocenić, jak daleko zaszliśmy już na ścieżce do ciężkiej niewydolności pol­skiego państwa, niezdolności do zarządzania kryzysami.

Niezależne społeczne autorytety, które (jak u nas w przypadku sejmowego protestu Janina Ochojska) mogłyby czasem peł­nić rolę mediatorów, dziś z zasady nie są uznawane przez stronę rządową, która nie oczekuje od nich żadnych misji ani w ogóle niczego. Media, zwłaszcza publiczne, których powinnością jest uzgadnianie społecznego konsensu, u nas są narzędziem ordynarnej partyjnej propagandy. Popularni artyści, wszędzie w świecie kształtujący style bycia i myślenia masowej publicz­ności, dziś - jeśli nie daj Boże wypowiadają się przeciw władzy - są dezawuowani hejtem, pomówieniami, jawnie lekceważeni lub ignorowani przez aparat państwowy (najnowsze ilustracje: Pawlikowski, Tokarczuk). Instytucje państwa? Tu rolę mediatora ponad podziałami konstytucja przypisuje głównie prezydentowi państwa, a obowiązek ucierania kompromisów - parlamentowi. Jak jest - każdy widzi. Sądy - chyba najważniejsza instytucja społecznego arbitrażu - doświadczają ciężkiej próby łamania ich niezależności i podporządkowania partyjnym politykom (według groteskowego modelu).
   Cóż, Polska w ciągu 100 lat po odzyskaniu niepodległości de­mokrację praktykowała tylko przez kilka pierwszych lat do prze­wrotu majowego, a potem dopiero od 1990 r. Instytucje demokratyczne, które III RP zbudo­wała na licencji zachodniej, nie okazały się zbyt odporne na atak od wewnątrz, dokonany przez wykraczające poza wyborczy mandat, antydemokratyczne władze. Więc mamy, jak mamy.

W przeszłości, kiedy nie istniały w Polsce struktury niezależ­nego, demokratycznego państwa, rolę arbitra w sytuacji konfliktów społecznych pełnił wielokrotnie Kościół katolicki. Poprzez jawną i dyskrecjonalną działalność moderował napięcia, ułatwiał osiąganie kompromisu. Teraz Kościół głośno, rozpaczli­wie milczy. Święto Bożego Ciała, także poprzez procesje, obcho­dzi się jako manifestację „publicznej obecności Kościoła”, lecz instytucjonalny Kościół polski już dawno z tej funkcji abdykował. Większość społecznej energii episkopatu skupia się wokół tematu aborcji (który nawet ultrakatolicka Irlandia postanowiła w referendum wyprowadzić ze sfery prawa bożego). Gdzie był Kościół - nie licząc kurtuazyjnej wizyty metropolity warszaw­skiego - kiedy można było i trzeba było upominać się o szacu­nek i pomoc dla niepełnosprawnych? Służyć pomocą w god­nym zakończeniu desperackiej okupacji sejmowego korytarza.
A gdzie jest Kościół, jeśli statystycznie ponad połowa Polaków, a więc pewnie i katolików, twierdzi, że władze łamią konstytu­cję, obrażają ich, odbierają prawo do patriotyzmu, kwestionują ich prawa polityczne i obywatelskie? A sprawa sądów? A bar­barzyńskich ekshumacji? Tak, Kościół milczy albo jawnie staje po stronie władzy.
   Nasza wspólnota nie ma dziś prawie żadnych pokojowych mechanizmów rozładowywania konfliktów. To źle wróży, także tej władzy. Jeszcze kilka takich zwycięstw jak nad niepełnosprawny­mi i nawet najtwardszy elektorat może zwątpić w moralną słusz­ność Sprawy i nieomylność Prezesa.
Jerzy Baczyński

Nie zabierzemy i oddamy

Przed transakcją cenne pamiątki znajdowały się w Polsce, pod kontrolą rządu, a 500 mln zł spoczywało w budżecie. Po transakcji cenne pamiątki nadal znajdują się w Polsce, pod kontrolą rządu, natomiast 500 mln zł jest w Liechtensteinie, do wydania na potrzeby rodziny Czartoryskich.

Dwa tygodnie temu w Sejmie odbyła się burzliwa debata nad wnioskiem o odwołanie ministra kultury Piotra Glińskiego. Ministrowi opozycja postawiła szereg zarzutów, ale debatę zdomi­nowała sprawa transakcji z Adamem Czartoryskim (na marginesie: co to za maniera, aby nazywać tego pana „księciem”?!). Obie strony zadawały ciężkie ciosy. Posłanka Pasławska z PSL wyprowadziła lewy sierpowy: „Pan nienawidzi (!) kultury!”. Gliński zachwiał się, bo po takim ciosie - minister kultury nienawidzący kultury to jed­nak ewenement na światową skalę - trudno utrzymać równowagę. Na szczęście dla ministra na ring wskoczył do pomocy premier Morawiecki, bijąc oponentów z obu rąk i nóg: „Wy w waszym DNA macie coś takiego, żeby polską kulturę wyprzedawać!”. To mogło zakończyć walkę, bo w końcu dowody, oparte na DNA, są decy­dujące. Na szczęście w następnym zdaniu premier jako przykład wyprzedaży dóbr kultury wymienił Stocznię Remontową Marynarki Wojennej w Gdyni, co sprawiło, że potencjalnie groźne ciosy nie wy­rządziły opozycji wielkiej szkody.
   Ataku próbował jeszcze minister Gliński, twierdząc, że - w prze­ciwieństwie do polityków PO, którzy załatwiali sprawy na cmenta­rzu - ta transakcja była „całkowicie transparentna”. Ten cios został jednak sparowany pytaniem, dlaczegóż to ta rzekoma dbałość o transparentność przejawiła się w dwukrotnym żądaniu ministra Glińskiego, aby rozmowy z panem Czartoryskim prowadzić nie w gmachu ministerstwa, ale w restauracji? Trzeba przyznać, że w ogniu walki minister nie zapomniał o kulturze słowa. Gdy poseł Myrcha wspomniał coś o Liechtensteinie, który „wzbogacił się o 500 baniek”, minister Gliński natychmiast skarcił posła; „500 ba­niek? Jak pan się odzywa w polskim Sejmie?”. Ta dbałość o kulturę musi cieszyć. Posłowie mają przecież do dyspozycji gamę dopusz­czalnych zwrotów, jak: zdrajcy, zaprzańcy, targowiczanie, kanalie, zdradzieckie mordy, bydlaki, niemieckie pieski, gorszy sort - i nie muszą uciekać się do tak nieparlamentarnych określeń, jak „bańka”.
   Powstaje jednak pytanie, co z tego sporu zrozumiał suweren? Nie wiem, ale mam pewną propozycję, jak skrótowo i zrozumiale ująć ten problem. Otóż przed transakcją cenne pamiątki znajdo­wały się w Polsce, pod kontrolą rządu, a 500 mln zł spoczywało w budżecie do wydania na ważne potrzeby społeczne. Po transakcji cenne pamiątki nadal znajdują się w Polsce i są pod kontrolą rządu, natomiast 500 mln zł znajduje się w Liechtensteinie, do wydania na potrzeby rodziny Czartoryskich. Może się mylę, ale coś mi się wi­dzi, że kiedyś powstanie jakaś komisja śledcza.

W grudniu ubiegłego roku „Rzeczpospolita” opublikowała wyniki sondażu pokazującego poparcie dla poszczególnych ugrupowań politycznych w wyborach do sejmików województw: wielkopolskiego, dolnośląskiego, zachodniopomorskiego i lubu­skiego. Przeliczyłem procentowe poparcie na mandaty w każdym województwie i wynik nie pozostawił żadnych wątpliwości: jeśli PO, Nowoczesna, SLD i PSL pójdą do wyborów sejmikowych odrębnie, to we wszystkich czterech województwach będzie rządził PiS - sa­modzielnie lub w koalicji z komitetem grupującym tzw. antysystemowców, czyli bezpartyjnych samorządowców i kukizowców.
   Jeśli PO zawarłaby porozumienie z N, a SLD i PSL w dalszym ciągu startowałyby osobno, PiS nadal by wygrywał i rządził w trzech województwach - tylko w Lubuskiem radni PO i N przy poparciu radnych SLD mieliby większość. Rysowała się więc dość nieciekawa perspektywa, tym bardziej że w centrum i na wschodzie PiS ma jeszcze większe poparcie. Gdyby jednak powstała koalicja PO-N-SLD lub PO-N i osobno SLD-PSL, PiS nie rządziłby w żadnym z tych woje­wództw i pewnie w żadnym innym (poza podkarpackim).
   W maju„Rz” przedstawiła wyniki kolejnego badania w tych samych województwach i dała im optymistyczny tytuł:„Na zachodzie są zmiany, PiS słabnie”. Niestety, liczby tego nie potwierdzają. PiS stracił parę punktów poparcia w dwóch województwach, ale w dwóch pozostałych zyskał. Pewien przyrost odnotowali natomiast ciążący do PiS „antysystemowy”. Koalicja Obywatelska (PO+N) zyskała w Wielkopolsce i minimalnie w Zachodniopomorskiem, ale straciła w Lubuskiem i na Dolnym Śląsku. Wyraźnie zyskał tylko SLD i trochę PSL, ale ponieważ obie te partie deklarują osobne listy, prawie wcale nie przekłada się to na mandaty w sejmikach. I tu właśnie - w ordynacji - leży pies pogrzebany. W wyborach do sejmików okręgi są bardzo małe - od 5 do 8 mandatów. W tej sytuacji tylko dwucyfrowe poparcie daje gwarancję mandatów. Mało tego, choć między grudniem a majem poparcie wzrosło zarówno dla SLD (bardziej), jak i dla PSL (mniej), to wprawdzie SLD według sondażu zwiększa liczbę mandatów o osiem, ale PSL traci pięć i pozostaje w tych czterech województwach bez żadnego radnego. Po prostu SLD, rosnąc szybciej niż PSL, zabiera mandaty nie PiS, a ludowcom!
   Dlatego majowy sondaż nie przynosi przełomu: PiS rządził­by w dwóch województwach, a w jednym liczby mandatów PiS i antyPiSu byłyby zbliżone. Radykalna zmiana nastąpiłaby natomiast, gdyby powstała wspólna lista Platformy, Nowoczesnej i SLD lub SLD i PSL. Na razie jednak wygląda na to, że każdy ruszy w bój pod wła­sną flagą, dumnie ogłosi, że jest ważnym graczem na scenie politycz­nej i w zdecydowanej większości sejmików przejdzie do opozycji.

No i po Nowoczesnej. Trochę szkoda, bo do Sejmu weszły z tej partii naprawdę interesujące osoby. Może w przyszłości wzmocnią lewe skrzydło Platformy, a może przejdą do nowego ugrupowania centrolewicowego? Tymczasem Ryszard Petru dekla­ruje zamiar utworzenia nowej partii, która Polakom będzie mówić tylko prawdę: wiek emerytalny trzeba podwyższyć, a 500+ tym co bogatszym zabrać. No cóż, życzę powodzenia. Ja zaś polecam wyjątkowo celne hasło Włodzimierza Czarzastego: nie zabierzemy wam niczego, co wam PiS dał, i oddamy wszystko, co zabrał. Powin­no stać się mottem całej opozycji demokratycznej.
Marek Borowski

25 postulatów

Z okazji zbliżającego się tak zwanego Dnia Dzie­cka, który w istocie rzeczy pełni funkcję wenty­la bezpieczeństwa w zorganizowanym systemie opresji Obywateli Mniejszych („dzieci”) przez Obywate­li Większych („dorośli”), ogłaszamy pogotowie strajkowe polegające na odmowie jedzenia zielonego, ze szczegól­nym uwzględnieniem szpinaku i koperku. W razie niespeł­nienia poniższych postulatów do 1 czerwca ogłosimy strajk generalny wiążący się z okupacją najbliższej lodziarni bądź ciastkarni.
   1. Leżakowanie jest sprzeczne z podstawowymi prawami Obywateli Mniejszych.
   2. Mamy prawo do spania do oporu od poniedziałku do piąt­ku i wstawania o szóstej rano w sobotę i niedzielę. W drugim przypadku mamy prawo do wskakiwania do łóżek rodziców natychmiast po przebudzeniu. Skok nie musi być zapowie­dziany głosowo. Alternatywnie nadejście możemy zakomu­nikować wuwuzelą skierowaną do ucha wybranego rodzica.
   3. Warzywa służą do zabawy, chrupki do jedzenia.
   4. Klocki Lego należą nam się zgodnie z opracowanym przez nas algorytmem wiekowym, czyli czterolatkom wer­sja od lat 6, sześciolatkom wersja od lat 8 itd., przy czym obo­wiązek ich składania spada na rodziców i innych członków rodziny. Analogicznie, do Obywateli Większych należy od­najdywanie zagubionych najmniejszych elementów, szcze­gólnie tych małych, przezroczystych, których prawie nie widać, no bo co, kurczę blade.
   5. Kąpiel w wannie służy do pluskania i chlapania, a nie my­cia, a już w żadnym wypadku do mycia włosów.
   6. Na spacerach, piknikach, w sklepach i restauracjach przysługuje nam prawo do niezapowiedzianej i jednoczes­nej wędrówki w tylu kierunkach, ile w danym miejscu jest Obywateli Mniejszych.
   7. Kałuże są po to, żeby w nie wchodzić.
   8. W przypadku braku deszczu przysługuje nam prawo do zabawy kranami i hydrantami.
   9. Krzyczeć możemy tylko my.
   10. Płakać możemy tylko my.
   11. W trakcie każdego pobytu w restauracji, po umyciu rąk, a dokładnie w momencie przyniesienia zupy mamy prawo do zrobienia kupy. co poprzedzamy stosownym okrzykiem, by nikt ze zgromadzonych w lokalu nie miał wątpliwości co do naszych intencji: „Chce mi się kupę!!!”.
   12. Obywatele Więksi są zobowiązani nam wierzyć, gdy ich informujemy, że nasi koledzy i koleżanki nigdy się nie myją, nigdy nie kładą spać i na każdy posiłek dostają cukier, czeko­ladę i jajko niespodziankę.
   13. Rzeczy leżą na ziemi po to, żeby je podnosić i spraw­dzać, jak smakują.
   14. Komitet strajkowy Obywateli Mniejszych, chcąc wyka­zać wolę kompromisu, jest otwarty na negocjacje dotyczące petów w odniesieniu do punktu nr 13.
   15. Białe ściany są po to. by po nich mazać.
   16. Książki rodziców służą do wycinanek.
   17. Przysługuje nam niezbywalne prawo do korzysta­nia z wszelkich zabawek, ze szczególnym wskazaniem na kosmetyki mamy, narzędzia taty, sprzęt elektroniczny rodziców.
   18. Pomalowanie ekranu laptopa Obywatela Większe­go niezmywalnym markerem, wydłubanie klawiszy ze wzmiankowanego sprzętu, wylanie na parkiet puszki far­by przeznaczonej do odmalowania kuchni, rzucanie piłką kauczukową w ekran telewizora, chowanie kanapek w do­wolnie wybranych szufladach w domu, wygolenie sobie na głowie łysych plam żyletką taty, ucieczka z plaży przez ruchliwą szosę, skrócenie nożyczkami sukienki mamy, żeby ładniej wyglądała (i mama. i sukienka), ewentualnie zszycie kilku kreacji mamy maszyną do szycia babci, nie może być powodem wprowadzania nerwowej atmosfery przez Oby­wateli Większych.
   19. Makaron najlepiej smakuje nieugotowany i nie należy nas straszyć okrzykami, gdy podbieramy go z szafki.
   20. Prawo dojazdy na deskorolce przysługuje również w domu, szczególnie gdy celem jest szklany wazon stojący na podłodze.
   21. Pasta do zębów jest najlepsza, kiedy się ją je.
   22. Bajka nabiera fajności po przynajmniej setnym odczy­taniu przez rodzica. Wszelkie głupawe tzw. żarty polegające na zmianie treści, którą przecież znamy na pamięć, są abso­lutnie niedopuszczalne i mogą skutkować zaostrzeniem po­gotowia strajkowego.
   23. Na poranne ubieranie się powinniśmy mieć każdora­zowo o połowę więcej czasu, niż przewidzieli to Obywatele Więksi, a w przypadku ich pośpiechu uzasadnianego rzeko­mą sytuacją w pracy - dwa razy tyle.
   24. Filmy i słodycze konsumowane u dziadków nie liczą się do puli wynegocjowanej z rodzicami.
   25. Tak w ogóle to życie nie jest fair.
Marcin Meller

Odważny upór

W poprzednim tygodniu pisałem o tchó­rzach. Bardzo bym nie chciał, żeby czy­telnicy odnieśli wrażenie, że otaczają nas wyłącznie ludzie tchórzliwi. Są przykłady bo­haterstwa nadzwyczajnego, bo trudno nie nazwać bohaterem Szymona Kuczyńskiego, który na łu­pince opłynął świat bez zawijania do portu, bez pomocy Polskiej Fundacji Narodowej i naszych obywatelskich milionów. To jest przykład odwagi nadzwyczajnej, która nie mieści się w głowie, po­dobnie jak dramatyczna akcja prowadzona na K2 przez naszych alpinistów czy desperacka walka ratowników o odnalezienie zasypanych górników w kopalni Zofiówka.
   Jest też przykład bohaterstwa codziennego, wy­nikającego z odpowiedzialności i poważnego trak­towania swoich obowiązków mimo nagonki i hejtu. Dożyliśmy czasów, w których bohaterstwem na­zywamy zwykłe działania wynikające z odpowie­dzialności i poważnego stosunku do zawodów, które wykonujemy. Odważny jest prezydent Kato­wic sprzeciwiający się podejrzanym manifestacjom, odważny jest każdy sędzia wydający niezawisły wy­rok mimo grożących mu za to dyscyplinarnych konsekwencji. Podziwiam też odwagę Pana Prezy­denta Dudy i jego upór w sprawie konstytucyjnego referendum. Po pierwsze, dlatego że coś, co wymy­ślił, rozmija się ze zdrowym rozsądkiem. Po dru­gie, że jak pokazało życie, nasz aktualny Prezydent strażnikiem konstytucji nie jest. Potrzecie, że jego nauczyciele prawa zakwestionowali wiedzę Prezy­denta dotyczącą najistotniejszego aktu prawnego. Po czwarte, jak się okazało, dla wielu Polaków kon­stytucja nie jest taka specjalnie ważna. Jeżeli jednak Prezydent będzie trwał w swoim odważnym upo­rze, to do licznych pytań referendalnych chciałbym dorzucić dwa swoje. Po pierwsze, czy wolno łamać konstytucję? Po drugie, czy wolno zmieniać jej para­grafy sejmowymi ustawami bez większości konsty­tucyjnej? Jeżeli odpowiedzi na te dwa pytania będą twierdzące, to Prezydent się dowie, że konstytucja w ogóle nie jest potrzebna.
Krzysztof Materna jest satyrykiem, aktorem, reżyserem i producentem telewizyjnym

Przypadek

Poniższą historyjkę opisałem niedawno w internecie. Od tamtej pory nic się nie zestarza­ła, przytaczam ją więc na początek.
   Wieczorem byłem z Gusią w Ikei. Szukaliśmy kolo­rowych doniczek do naszego nowego klubu, krążyliśmy szlakiem, jak to w Ikei. inni ludzie nas mijali, myśmy ich mijali, kocioł.
   W pewnej chwili zobaczyłem, a właściwie najpierw usłyszałem, pięcioletniego chłopca, który udawał pociąg - szurając butami, posuwał się po podłodze do przodu, do tyłu. zakręcał, okrążał wózek swojego dziadka, wciąż był jakimś pojazdem. Do tego wydawał dźwięki, które mnie zamurowały: była to powtarzana w kółko bardzo czysto nucona melodyjka w rytmie na 5/4, wzbogacona o pufanie i syczenie krótko mówiąc rifi z zawodowym beatem. Na moment zatrzymał się i ruszył znowu, tym razem nucąc inną melodyjkę w rytmie na 7/8. Zamuro­wało mnie. Gusia zerknęła na mnie i się roześmiała: „Co, że fajnie śpiewa?”. Ja: „Zajebisty jest!” - pokręciłem gło­wą i ruszyliśmy dalej.
   W tym momencie dzieciak zatoczył koło i znalazł się za naszymi plecami. Akurat mówiłem Gusi: „To jest na­prawdę bardzo utalentowany dzieciak...”, kiedy szcze­niak zaśpiewał dyszkantem tak czystym i pięknym, jak wiele lat temu śpiewał młodziutki Robertino Loretti. Niesamowite! Trwało to kilka sekund, Gusia znowu wybuchnęła śmiechem, ja nie wytrzymałem i zapyta­łem starszego pana: „To pański wnuczek?”. „Tak, a co?!” - był zaniepokojony. „To bardzo utalentowany muzycz­nie dzieciak, zajmijcie się nim, jestem muzykiem, wiem. co mówię”. Obok szły dwie panie, zareagowały podzię­kowaniem. chyba jedna była mamą małego. Wymienili­śmy uprzejmości i poszły dalej.
   Po kilku minutach podbiegły do mnie: „Ojej. nie roz­poznałyśmy pana!”. Nie mogły, szedłem bez okularów. Nikt mnie bez okularów nie pozna. „Dopiero po głosie rozpoznałyśmy... Naprawdę jest zdolny?”. „Napraw­dę”. „To poślemy go do szkoły muzycznej!”. Zapytały, czy mogą nam dwóm zrobić zdjęcie na pamiątkę. Oczy­wiście. Przybiłem z małym piątkę. Na imię miał Janek. Uważajcie na niego.
   Tyle mój wpis. Kilka dni później świetna pisarka Syl­wia Hutnik, nosicielka barwnej fryzury i autorka ksią­żek pełnych żargonowych powiedzonek, wrzuciła do sieci pracę domową 10-letniego chłopca imieniem Na­tan. Dopisała od siebie: „Chciałabym umieć tak pisać!”. Wypracowanie brzmiało następująco:
    „Kiedy Magda otworzyła oczy. zobaczyła srokę, która stukała dziobem w parapet otwartego okna. Była wiosna, więc przylatywały ptaki. Madzia się zdziwiła, ponieważ przyleciał też numerek dziesięć. Magda zawołała manię, ale zamiast mamy przyszedł kot. Madzia powiedziała: Mamo? A kot: tak. córeczko. Wtedy Magda zawołała tatę. Zamiast taty przyszła panda. Madzia powiedziała: tato. czy to ty? Panda powiedziała: tak. Potem Madzia zeszła na dół do chomika. Zamias tchomika zobaczyła Garfie Ida przed telewizorem. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyła je i zobaczyła iluminati. które dało jej przesył­kę. Madzia pożegnała się z iluminatim. Iluminati poszło i rozjechał go kot-walec. Tymczasem Madzia otworzy­ła paczkę i zobaczyła portal, więc do niego weszła i zna­lazła się w świecie na odwrót. Po godzinie znalazła się w swoim domu. Poszła do kuchni, żeby coś zjeść i się na­pić, a zobaczyła bobra, który smażył na patelni naleśniki. Wzięła z szuflady chleb. Zdziwiła się, ponieważ chleb miał nogi i ręce i wszedł Madzi do buzi. Madzia zjadła go ze smakiem. Zrobiła sobie wodę. która ją oblała. Madzia się obudziła i okazało się, że to wszystko było snem”.
   Niezwykłe, nieprawdaż?
   Sylwia załączyła skan wypracowania: napisane nie­bieskim długopisem, dziecięcą ręką, kulfonami, jak na­leży. Niestety, było też przekreślone czerwoną krechą i opatrzone odręczną uwagą pani nauczycielki: „Proszę poprawić opowiadanie i napisać je sensownie. Ma mieć maksimum 8 zdań”.
   Natychmiast przypomniały mi się najczarniejsze chwile z mojej szkoły. I wszystkie moje śmierci w niej.
   Pośród milionów sygnałów, jakie dzieci wysyłają w kosmos, są ukryte te, które mówią o ich talencie. Nie zawsze je widać. Rodzice mogą ich nie wychwycić, jeśli nie mają właściwej antenki - nauczyciele powinni. Są specjalistami w różnych dziedzinach. Ci, co zauważą, po­winni o tym głośno mówić. A przynajmniej powinni być ostrożni w wydawaniu ocen. Może się bowiem zdarzyć, że zdzielą talent dziecka durną opinią niczym muchę pa­cką. Wtedy jedyna nadzieja w tym, że zjawi się anioł o na­zwisku Sylwia Chutnik i przywróci musze życie.
Zbigniew Hołdys

Stalin w USA

Widmo krąży po świe­cie, widmo antypolonizmu. W ha­niebnej kampanii przeciwko Polsce i Polakom uczestniczą wszyscy - politycy media, uni­wersytety, hojnie finansowane fundacje i działające dys­kretnie, acz bezwzględnie, antypolskie lobby, w Polsce i za granicą. Od senatora McCaina po premiera Netanjahu, od telewizji Russia Today po „Financial Times”, od „pro­fesora” Grossa po laureatkę Pulitzera Anne Applebaum - wszyscy na nas skaczą. Nie zapominajmy o polakożer­cach z „Gazety Wyborczej” i o podstarzałych celebrytkach a la Holland i Janda.
   Polska i Polacy są celem skoordynowanej kampanii oszczerstw, za którą kryją się określone koła lewicowo-liberalno-niemiecko-żydowskie (przypomnijmy kartofla­ną ofensywę gazety „Tageszeitung”). Nasze historyczne osiągnięcia, takie jak wybór na niestałego członka Rady Bezpieczeństwa, są celowo przemilczane, za to nieliczne potknięcia (jak drobne przejęzyczenie premiera Morawieckiego) są wyolbrzymiane do rozmiarów potopu.
   Weźmy pierwszy lepszy zbiór opowiadań amerykań­skiego pisarza Jeffreya Eugenidesa pt. „Nowy dowód”, który ukazał się po polsku w tych dniach. Autor ukończył znane uniwersytety, ma na koncie bestsellerowe powieści oraz (a jakże!) Nagrodę Pulitzera, tę samą, którą została wyróżniona znana z antypolskich poglądów Anne Ap­plebaum, pozostająca pod wpływem męża, Radosława Sikorskiego, znanego germanofila, który wzywał Niemcy, by umocniły swoją pozycję w Europie.
   W jednym z opowiadań znajdujemy opis party „na cześć życia”, wydanego z okazji zapłodnienia in vitro gospodyni przyjęcia, co ma nastąpić zaraz po wyjściu gości. Wśród nich znajduje się m.in. troskliwie dobrany, rosły dawca nasienia, a także niewysoki partner gospodyni z dawnych lat. Życiodajna sperma oraz odpowiednia pipeta, ukryte w łazience, czekają na wyjście gości. Co stanie się dalej - nie wspomnę, żeby nie zdradzać zakończenia. Nato­miast nie sposób milczeć wobec antypolskiego opowia­dania „Wielki eksperyment”. Jest to opowiadanie o dwóch oszustach, z których jeden, inicjator przestępstwa, nazy­wa się - oczywiście - Piasecki. To księgowy i pijaczyna. Drugi to bardziej subtelny i oczytany Kendall. Właśnie czyta w gazecie „Chicago Sun Times” o malwersacjach niejakiego Ebbersa i, oczywiście, Kozłowskiego. Rzecz nie­przypadkowo dzieje się w Chicago, największym skupisku Polaków. Obaj panowie pracują w wydawnictwie bogatego Jimma, który zrobił majątek na pornografii („fotografie cipek”). Jimrny źle wspomina „polskie dzieci, które go biły w drodze ze szkoły do domu”.
    „Gdybyśmy obaj nie byli tacy uczciwi, moglibyśmy zarobić dużo pieniędzy” - zagaja podpity Piasecki w barze. - Co masz na myśli? - pyta niewinny jak lilia Ken­dall. - On niczego nie sprawdza - mówi polski księgowy o swoim szefie. „Co by się złego stało, gdybyśmy zebrali odrobinę śmietanki?”.
   Od słowa do słowa, zakładają fikcyjną firmę, która wysy­ła „faktury” na adres bogatego Jimma, a księgowy Piasecki je płaci i w ten sposób ciągną szefa pieniądze. „On ma 82 lata, siedzi w Kalifornii i bierze viagrę, żeby móc posuwać jakieś dziwki. Nie myśli o fakturach” - uspokaja wspólni­ka Piasecki. „Z ogniem i chciwością w oczach” opowia­da, że Jimmy zarabia milion na kwartał, dla niego mały uszczerbek „to nic”. Okazuje się jednak, że bogaty Jimmy nie jest taki głupi. Jego zaufanie do Piaseckiego jest ograni­czone. „Jeśli coś kombinuje, to się o tym dowiemy. A wtedy ten Polaczek będzie po uszy w gównie”.
   Książka składa się z dziesięciu opowiadań. Jeżeli w jed­nym opowiadaniu pojawia się aż dwóch polskich aferzy­stów, to w całej książce jest ich zapewne około dwudziestu. A ile książek ukazuje się co godzinę w USA?! Dzień i noc sączy się do umysłów antypolonizm.
    „Wielu historyków polskiego pochodzenia od dawna zwraca uwagę na lewicowy przechył na uczelniach ame­rykańskich i zdominowanie badań nad historią Polski przez neostalinowską szkołę” - martwi się M. Rutkow­ska z „Naszego Dziennika” w rozmowie z dr. Jarosławem Szarkiem, prezesem IPN. Pretekstem do rozmowy jest prof. Grover Furr z Uniwersytetu Montclair (USA), który odrzuca prawdę o Katyniu, a tacy jak on kształtują ponoć „myślenie amerykańskich elit”. To, że profesorów nieuków i ignorantów nie sieją, jest prawdą (nie trzeba szukać tak daleko), ale czy to oni kształtują elity? Montclair jest uczel­nią stanową w stanie New Jersey. Uczelnie takie na ogół daleko odbiegają od czołówki, w której kształci się elita. Wystarczy sprawdzić w internecie, jakimi absolwentami szczyci się Montclair. Są to m.in. Eugene Maleska (1937 r.) - kierownik działu krzyżówek w „New York Timesie”, Anna Sheela - główna asystentka hinduskiego guru, któ­ry w 1985 r. przyznał się do morderstwa, a ponadto jeden kongresman i jeden burmistrz miasta Newark, N.J.
   Kilka dni temu prezes Szarek usłyszał „bardzo ciekawą propozycję”, żeby każdy dyplomata rozpoczynał swoją misję w Polsce od wizyty w Muzeum Katyńskim w Warszawie. „To jest minimum. Potrzebna jest elementarna wie­dza o państwie, w którym się pracuje na placówce dyplo­matycznej”. Próbkę tej elementarnej wiedzy daje prezes Szarek. Ujmuje się mianowicie za społecznością Jedwab­nego, która wedle raportów NKWD stawiała antysowiecki opór, „natomiast na całym świecie przylgnęło do nich jed­no określenie [prezes nie mówi, jakie - D.P]. To jest wobec społeczności Jedwabnego wyjątkowa niesprawiedliwość”. „Musimy dzisiaj stanąć w obronie mieszkańców Jedwab­nego, bo niegodne zachowanie grupy ludzi stało się po­wodem napiętnowania całej społeczności”. (Prezes nie mówi, o jakie niegodne zachowanie jakiej grupy chodziło).

Pomysł, aby każdego dyplomatę w Polsce zaprowadzić minimum do Muzeum Katyńskiego, znajdzie zapewne uznanie na całym świecie. Nasi polscy dyplomaci będą zwiedzać gułag, kopalnię złota w Afryce Południowej, Babi Jar, bazę Guantanamo, Teresin, stadion w Santiago, dowództwo Marynarki w Buenos Aires i inne katownie. Lepiej raz zobaczyć, niż dziesięć razy usłyszeć.
Daniel Passent

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz