sobota, 21 kwietnia 2012
Krzysztof Łoziński: Ekspert… od bredni
Na czym oparte są te schizofreniczne teorie o bezśladowym zamachu i samolocie co ścina brzozy i leci dalej? Na przedziwnej ekspertyzie Wiesława Biniendy przedstawianego jako „profesor fizyki pracujący w USA, ekspert NASA”. Dziwi mnie, czemu nikt z dziennikarzy nie zainteresował się dotąd, kim naprawdę jest Wiesław K. Binienda, bo według moich ustaleń, nie jest ani profesorem w polskim tego słowa znaczeniu, ani fizykiem, ani ekspertem NASA i obecnie wcale w NASA nie pracuje. Jedyne z tej wizytówki, co jest prawdą, to to, iż pracuje w USA.
Od początku zwróciło moją uwagę to, że człowiek przedstawiany jako profesor fizyki z USA wygaduje, na temat fizyki właśnie, takie bzdury, iż nie powinien nie tylko uzyskać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jednocześnie używa skomplikowanych programów komputerowych do obliczenia wytrzymałości brzozy i skrzydła samolotu, nie znając dokładnej budowy tego skrzydła, wymiarów, przekroi, materiałów, kształtu profili konstrukcji… Jakim cudem fizyk, może obliczać wytrzymałość czegoś, o czym nie wie, jak jest zbudowane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna różnica w kształcie profilu i w składzie stopu, z którego jest wykonany, może radykalnie zmieniać jego właściwości? Co to za fizyk, który nie wie, że w przypadku prowadzenia obliczeń, w których dane wyjściowe znane są w przybliżeniu (Binienda ani PiS nie mają dokumentacji technicznej tego samolotu), następuje zjawisko mnożenia błędu i błąd końcowy może nawet przekroczyć sto procent uzyskanego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teoria jest błędna, jeśli przeczą jej fakty empiryczne (brzoza została złamana, a skrzydło odpadło, więc wszelkie teorie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie uderzyło w brzozę, są do bani i już)?
Zacząłem szukać. Najpierw znalazłem list otwarty w „Kontratekstach”, o którym już nie pamiętałem. Jest to „Petycja w sprawie dyskryminacji obywateli polskich” z dnia 13 stycznia 2008, w której grupa sygnatariuszy użala się, iż nie mogą być zatrudniani na polskich uczelniach, bo pracują za granicą, gdzie nie istnieje habilitacja i stopień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrudnienia potrzebna jest habilitacja lub „znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej”. Jednym z sygnatariuszy jest: „Wiesław K. Binienda, The University of Akron, Akron, OH, USA”.
A to ci dopiero! Profesor fizyki, Wiesław Binienda, jak sam uważa, nie ma habilitacji oraz „znacznych i twórczych osiągnięć w pracy naukowej”. Zaznaczam, to nie ja tak uważam, to on sam się pod tym podpisał.
No to szperamy dalej i… bingo! Wiesław Binienda ukończył w 1980 roku Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Nie jest więc fizykiem, tylko inżynierem od samochodów i traktorów. Fizyki nie studiował, przynajmniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).
No dobrze, a może nauczył się później? W końcu ja też nie studiowałem dziennikarstwa i politologii, a od 30 lat się tym zajmuję, tylko właśnie matematykę i fizykę. Czemu więc odmawiać prawa bycia fizykiem Biniendzie? A no temu, że z jego publicznych wypowiedzi wyziera kompromitujący wręcz brak znajomości elementarnych praw fizyki i to takich ze szkoły średniej (o tym dalej).
A jak to jest z tym profesorem? W systemie amerykańskim słowo „profesor” nie oznacza stopnia naukowego, tylko etat wykładowcy na uczelni. W znaczeniu amerykańskim Binienda profesorem jest, bo rzeczywiście pracuje w Colegium of Engineering (Szkole Inżynierskiej) University of Akron, w Akron w stanie Ohio. Po angielsku brzmi to niemal jak Oxford lub Sorbona, ale jest to typowa prowincjonalna szkółka prywatna, która w amerykańskich rankingach wyższych uczelni nawet nie jest notowana (a przynajmniej nie znalazłem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym polskie Skierniewice, choć pod względem liczby mieszkańców, to co najmniej Radom. Nie wielkość miasta jest tu jednak istotna (Berkeley to też nie gigant, a uczelnia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kolegów fizyków spytał, to o ośrodku badawczym fizyki w Akron nie słyszał.
Owszem, w języku angielskim, w USA, Binienda ma prawo używać tytułu „profesor”, ale źle jest, jeśli przenosi ten tytuł do Polski i nie protestuje, gdy na konferencjach PiS przedstawiany jest jako „profesor fizyki”. Uczciwie powinien powiedzieć: - Sorry, nie jestem fizykiem i profesorem, jestem inżynierem i mam tylko doktorat. I nikt by nie miał do niego pretensji. Ale wykorzystywanie w Polsce tego, że słowo profesor po angielsku znaczy co innego, niż po polsku, jest po prostu nieuczciwe. Podobnie jest ze słowem „student”, które po angielsku oznacza ucznia, a nie studenta, a mimo to uczniowie amerykańskich szkół średnich nie twierdzą w Polsce, że są studentami wyższych uczelni. Doktor inżynier na pewno nie jest profesorem doktorem habilitowanym fizyki, więc niech takowego nie udaje.
Kim zatem jest Wiesław Binienda w tej Szkole Inżynierskiej (Colegium of Engineering) Uniwersytetu w Acron? Jest dziekanem Department of Civil Engineering, co po przetłumaczeniu na język polski oznacza Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej (civil engineering – inżynieria lądowa i wodna; słownik angielsko-polski).
Reasumując: Wiesław K. Binienda nie jest amerykańskim odpowiednikiem profesora na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, tylko inżynierem doktorem, dziekanem Wydziału Inżynierii Lądowej na amerykańskim odpowiedniku Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu. Nie mam nic przeciw WSI w Radomiu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.
I tu zaczyna być coraz dziwniej. Dziekan inżynierii lądowej twierdzi, że „brzoza to miękkie drewno”. To pan inżynier dziekan nie wie o istnieniu tablic wytrzymałości materiałów używanych przez inżynierów budowlanych? Ja bez trudu znalazłem odpowiednia tabelę twardości drewna:
Twardość drewna w MPa
- świerk 27 MPa,
- sosna 30 MPa,
- jodła 30 MPa,
- modrzew 38 MPa,
- brzoza 49 MPa,
- jesion 56 MPa,
- dąb 60 MPa.
Jak widać z przytoczonych danych, twardość drewna brzozowego jest tylko niewiele mniejsza, o 7 MPa, od twardości jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacznie większa (niemal dwa razy) od twardości świerku, z którego wykonuje się większość drewnianych konstrukcji w budownictwie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzozowe jest „miękkie”. Zgodzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyjmiemy twardość dębu za 100%, to twardość brzozy wyniesie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Niestety panie inżynierze, teoria o „miękkim patyku” leży gruzach. Zresztą nie trzeba być inżynierem ani fizykiem. Każdy polski wieśniak rąbiący drewno na opał wie, że piłowanie i rąbanie brzozy to ciężka robota, a miękkie są tylko cienkie tegoroczne gałązki, ale nie pień o grubości 46 centymetrów!
I tu kolejne twierdzenie pana doktora inżyniera: Na wiosnę w drzewie są soki i skutki zderzenia powinny być mniejsze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inżynier doktor nie wie, że ciężar właściwy (więc i całkowity) mokrego drewna jest istotnie większy, niż suchego? To pan inżynier doktor nie wie, że skutki zderzenia z masywniejszą przeszkodą są groźniejsze, niż z przeszkodą lżejszą? Do tej wiedzy nie trzeba być fizykiem ani inżynierem. W liceum uczą. Z mechaniki Newtona to wynika.
Pan doktor inżynier twierdzi też, że zderzenie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzydło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spadło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samolot miał prędkość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzydło z wysokości ok. 6 m spadło 11 m dalej, jego prędkość po zderzeniu musiałaby być znikoma. Taka prędkość człowiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Oznacza to, że niemal cała energia kinetyczna skrzydła została pochłonięta przy zderzeniu, a to z kolei znaczy, że siły działające w tym momencie musiały być gigantyczne. No to jak panie inżynierze, zderzenie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprzecza sam sobie.
Mógłbym tak znęcać się dalej. Lektura strony internetowej Wiesława Biniendy też jest ciekawa. Słowo profesor powtarza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet niezły kompleks. Wykaz bibliografii imponujący, 148 pozycji, bóg wojny w nauce, Einstein wysiada! Tylko jak się temu przyjrzymy krytycznie, to bardzo to blednie. Są dwie książki, ale obie pod identycznym tytułem, tylko w innym częściowo składzie autorów. W pierwszej jest trzech autorów, w drugiej sam Binienda. Druga różnica, to rok wydania. Czy aby nie są to dwa wydania tej samej pozycji? Treści żadnej z tych 148 publikacji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.
Dalej są 4 artykuły wstępne, 40 artykułów prasowych (w prasie specjalistycznej), 66 sprawozdań i innych publikacji, 20 publikacji NASA i 6 aplikacji patentowych. W sumie 148. Niemal wszystko to prace zbiorowe. Przyglądając się temu szumowi zauważam, że niektóre pozycje są chyba sztucznie rozmnożone. Np. w publikacjach NASA znajdujemy dwie pozycje:
1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-C racked Plate: Part I - Theoretical Development,” NASA TM 1 05766, 1992.
2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Implementation,” NASA TM 105823, 1992.
Nie trudno zauważyć, iż są to dwie części jednej publikacji. Po co robić z tego dwie pozycje w bibliografii? Dalej w wielu miejscach, sądząc po bardzo podobnych tytułach i identycznym składzie autorów, odnoszę wrażenie, że mogą to być powtórzone te same artykuły w różnych czasopismach. Szkoda, że nie można ocenić treści, bo jest niedostępna.
Niestety znów mam wrażenie, iż pan inżynier ma wielką potrzebę brylowania i podkreślania swojej wielkości.
A jak to jest z tym „ekspertem NASA”. Wiesław Binienda niewątpliwie pracował dla NASA w wieloosobowym zespole badającym wytrzymałość materiałów. W żadnej z publikacji NASA nie występuje samodzielnie. Moi informatorzy twierdzą, iż zespół ten wykonywał typowo pomiarowe prace laboratoryjne. Co by to nie było, dla NASA pracował, tylko czy jako ekspert?
Wchodzę na strony NASA i szukam nazwiska Binienda. Odpowiedź wyszukiwarki za każdym razem brzmi: Invalid Request – w wolnym tłumaczeniu: błędna prośba. Jednym słowem w zasobach stron NASA takiego nazwiska nie ma. Reasumując: Binienda niewątpliwi uczestniczył w jakiś pracach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stronach NASA go nie ma. Czy więc nazywanie go „ekspertem NASA” to nie przesada?
No i teraz, co ja o tym wszystkim myślę. Jakoś nie wierzę, by absolwent Politechniki Warszawskiej i pracownik nawet najbardziej prowincjonalnej uczelni amerykańskiej do tego stopnia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest inaczej. Myślę, że Wiesław Binienda, z powodu albo ideologicznego zaślepienia, albo z powodu chęci brylowania i leczenia kompleksów, robi rzecz w nauce niedopuszczalną. Założył sobie z góry kompletnie nieprawdziwą tezę, że w Smoleńsku był zamach, i kombinując jak koń pod górę, naginając fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udowodnić. W oczach ludzi wykształconych kompromituje się i ośmiesza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gromady nieuków i ćwierćinteligentów z PiS-u. Ci ignoranci, ale jakże wszechstronni, z Kaczyńskim i Giżyńskim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci panowie, z powodu swego nieuctwa, nie wiedzą, że w każdej nauce istnieją ludzie głoszący tak zwane poglądy odosobnione. Środowiska naukowe nie traktują ich poważnie. Co innego takie ciała, jak zespół Macierewicza, które mają ideologiczne zamówienie na udowodnienie kompletnej nieprawdy. Dedykuję twierdzenie Petera: „Nawet największa liczba ćwierćinteligentów nie daje jednego inteligenta”.
Na koniec przytoczę pewną znamienną anegdotkę krążącą na Wydziale Fizyki w moich czasach studenckich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wróblewski, na egzaminie z fizyki doświadczalnej, postawił na biurku szklankę z wodą i spytał studenta: - Proszę pana, dlaczego ta szklanka jest cieplejsza nie z tej strony, z której pada na nią światło słoneczne, tylko z przeciwnej? Student zaczął kombinować o załamaniu, odbiciu i tak dalej, aż w końcu wyprodukował teorię tłumaczącą zjawisko. Wówczas profesor powiedział: - Nie, bo ją obróciłem.
Ta anegdota pokazuje rzeczywiste zjawisko występujące w pseudonauce. Jeśli robi się to, co robi Wiesław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selekcjonując fakty i naginając prawa, można udowodnić każdą bzdurę. Internet jest pełen tego rodzaju dowodów i takich ekspertów.
Kaczyński o "Titanicu" - cała prawda o katastrofie
Dokładnie wiek temu, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 r., ok. 385 mil morskich na południe od Nowej Fundlandii, doszło do najbardziej znanej katastrofy morskiej w historii. W świetle słów znanego polskiego polityka Jarosława Kaczyńskiego zatonięcie RMS Titanic nabiera nowego sensu.
Mainstreamowe media uporczywie przedstawiają tę tajemniczą i dotychczas niewyjaśnioną katastrofę jako romantyczną opowiastkę o milionerach żegnających wsiadające do nielicznych łodzi ratunkowych żony i w spokoju idących wypalić cygaro i wypić ostatnią brandy w oczekiwaniu na śmierć oraz o damach i dżentelmenach bawiących się na tonącym po zderzeniu z górą lodową statku przy dźwiękach do końca grającej orkiestry.Kłamstwo Hollywood
Dziś wiemy, że wersja ta jest kłamliwa. Pomimo wielomilionowego wsparcia udzielonego m.in. przez Hollywood oraz ludzi, którym zależy na ukryciu prawdy, to bezczelne kłamstwo zostało odkryte. Dziś coraz więcej faktów wskazuje na niewyjaśnione okoliczności zatonięcia transatlantyku.
Dziwne jest, jak bardzo szybko przyjęto, że "Titanic" zatonął po zderzeniu z górą lodową. Wciąż nie wiadomo jednak, jak góra z zamarzniętej wody i to taka, która szybko topniała w wiosennej temperaturze, mogła rozerwać stalowe poszycie potężnego liniowca. Według znanego polskiego specjalisty, doktora nie-fizyki Jarosława Kaczyńskiego wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment, biorąc metalową łyżkę do lodów i wbijając ją w porcję lodów - to przecież lody są przecięte, nie łyżka.
Kolejną tajemnicą jest sam moment zderzenia. Jak mogło dojść do tego, że pomimo zauważenia góry lodowej statek - wcześniej swobodnie manewrujący w wąskich portach - nie mógł wykonać uniku? Czyżby wcześniej został "obezwładniony" w wyniku dwóch silnych wstrząsów?
Bez wraku!
Dziwne jest także, że tak silnie lansowaną hipotezę o górze lodowej stworzono bez znalezienia wraku, i to pomimo tego, że pozycja statku w momencie zderzenia była znana. Według opracowanych w polskim parlamencie, przy udziale znanych amerykańskich profesorów, nowoczesnej teorii żadnej katastrofy nie da się całkowicie wyjaśnić, nie posiadając wraku.
Nie wyjaśniono także innych okoliczności - nie przebadano ciał ofiar, nie przeprowadzono w ogóle sekcji zwłok! Nie przekopano miejsca zdarzenia! Co więcej, dopuszczono, aby zarówno wrak, jak i ciała zostały dokładnie obmyte przez ocean, niszcząc w ten sposób kluczowe dowody w sprawie.
Przyjęta przez mainstreamowe media hipoteza o śmierci kapitana "Titanica" w katastrofie bez formalnego aktu zgonu i nawet bez odnalezienia ciała musi dziś budzić zastrzeżenia. Dlaczego śledczym tak spieszyło się zakończyć śledztwo i stwierdzić, że główny świadek zdarzenia nie żyje? Dlaczego już dzień po tajemniczym zatonięciu założyli, że kapitan nie przeżył zatonięcia transatlantyku? Nie od wczoraj mówi się o świadkach, którzy widzieli, jak szybka milicyjna motorówka odwozi go do Stoczni Gdańskiej...
Seria nieprawidłowości
Cały czas na wyjaśnienie oczekuje być może najbardziej tajemniczy wątek katastrofy - opisanie jej ze wszystkimi szczegółami przez amerykańskiego pisarza Morgana Robertsona w powieści wydanej już 14 lat przed zatonięciem statku. Znaczące jest całkowite pominięcie tego wątku w prowadzonym śledztwie.
Ważniejszy jest jednak szerszy kontekst tej tajemniczej katastrofy. Bez żadnych wątpliwości należy stwierdzić, że stanowi ona ilustrację kryzysu państwa, w jakiej w drugiej dekadzie XX w. pogrążyła się Wielka Brytania i jaki trwa po dziś dzień.
Ówczesny brytyjski rząd Herberta H. Asquitha nie potrafił zapewnić bezpieczeństwa nie tylko swojemu największemu, sztandarowemu Statkowi Poczty Królewskiej (Royal Mail Steamer), ale także znajdującej się na jego pokładzie nieomalże całej elicie oraz przewożonym setkom paczek, w tym zawierającym ważne dokumenty. Śledztwo, choć ukierunkowane na z góry przyjętą tezę o zderzeniu z górą lodową, ujawniło szereg nieprawidłowości - statek nie miał dostatecznej liczby łodzi ratunkowych, procedur nakazujących radiotelegrafistom przekazywanie ostrzeżeń o górach lodowych na mostek, a sami telegrafiści nie dysponowali jasnymi regułami, jaki sygnał - CQD czy SOS - powinni nadawać w przypadku niebezpieczeństwa.
Statek zamiast czerwonych wystrzelił z niewiadomego powodu białe rakiety, potwierdzona została obecność drugiego statku w zasięgu wzroku "Titanica", który oddalił się, nie udzielając pomocy. Tuż przed zdarzeniem oficer pokładowy wydał rozkaz "prawo na burt" na rumpel, a nie na ster. Czy mogło to zmylić sternika?
Kolumnę Nelsona zdemontować!
W każdym cywilizowanym kraju seria takich nieprawidłowości zakończyłaby się nie tylko dymisją premiera, ale także dymisją twórców brytyjskiej potęgi morskiej królowej Elżbiety I i jej kapitana F. Drake'a oraz demontażem kolumny admirała Nelsona, który tę potęgę ugruntował.
Wiele niechętnych Wielkiej Brytanii rządów czy grup politycznych miało powody, aby doprowadzić do spektakularnej katastrofy sztandarowego statku brytyjskiej marynarki handlowej - mogła być to zarówno zemsta Hiszpanów za odwrót Wielkiej Armady czy Francuzów za Trafalgar, jak i efekt rywalizacji z Niemcami o panowanie na morzach i oceanach, odwet za kryzys marokański. W Wielkiej Brytanii duże znaczenie miały grupy polityczne godzące się na politykę ustępliwości, nieprzywiązane do idei obrony suwerenności Zjednoczonego Królestwa. Czyżby pasażerowie "Titanica" zostali zdradzeni po zachodzie?
Wrak Royal Mail Steamer "Titanic", odkryty w 1985 r., w dalszym ciągu nie został zwrócony Wielkiej Brytanii, co więcej - prawo do niego uzyskała spółka amerykańsko-francuska. Jest to niebywała kompromitacja rządu sprawującej wówczas funkcję brytyjskiego premiera Margaret Thatcher i jej polityki zagranicznej. Dla jej oceny nie mają przecież znaczenia takie szczegóły jak wzrost gospodarczy, zawarte umowy międzynarodowe czy reformy budżetowe - o skuteczności polityki decydują wraki i sprowadzenie tychże do kraju. Popularność Żelaznej Damy w brytyjskim społeczeństwie i jej wygraną w kolejnych wyborach w Wielkiej Brytanii tłumaczyć można tylko bezczelnym kłamstwem establishmentu.
Kłamstwo to upadnie niczym domek z kart w dniu, w którym ujawniona zostanie cała prawda o katastrofie RMS Titanic.
W ogóle w wyniku katastrofy "Titanica" i jej następstw do dymisji powinni podać się wszyscy premierzy świata poza Jarosławem Kaczyńskim - ich rządy skompromitowały się w stopniu tak dalekim, że w każdym cywilizowanym kraju tego samego dnia otrzymałyby dymisję.
Nie ulega wątpliwości, że opozycja brytyjska nie podniosła wszystkich tych wątpliwości w trakcie śledztw po katastrofie "Titanica" ani po odnalezieniu wraku.
Nie ulega wątpliwości, że na czele brytyjskiej opozycji stoją ludzie poważni, nie błazny.
Źródło
poniedziałek, 17 października 2011
czwartek, 22 września 2011
piątek, 16 września 2011
PIS PARTIA PRZEGRANYCH!
Kolejny przegrany proces działacza PIS, Zbigniewa Ziobro o zniesławienie konkurenta politycznego potwierdza skłonności liderów tej partii do budowania własnego image kosztem pomawiania konkurentów politycznych o różne przewiny i nieprawości.
Trzeba przypomnieć, że w ostatnich dwóch miesiącach miały miejsce przegrane procesy o pomówienia:
- Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 7 lipca nakazujący przeprosić wydawnictwo Agora za porównanie "GW" do "Trybuny Ludu z 1953 r." (organu KC PZPR w okresie stalinizmu), oraz twierdzenia, że Agora jest "pod kontrolą postkomunistycznej oligarchii" i "ma związki finansowe z układem oligarchicznym".
Sąd stwierdził, że Kaczyński nawet nie podjął próby dowiedzenia swoich twierdzeń. - Prawa i Sprawiedliwości – wyrok z 24 sierpnia orzekający, że PiS musi publicznie sprostować wszystko, co posłowie tej partii mówili złego o kampanii informacyjnej Platformy "Polska w budowie".
- Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 8 sierpnia.Sąd stwierdził, że Jarosław Kaczyński ma zaprzestać rozpowszechniania informacji, że PSL lub część posłów ugrupowania głosowało za legalizacją miękkich narkotyków. Dodatkowo na antenie TVP Info w ciągu 48 godzin, w godzinach od 12 do 14 ma być wystosowane sprostowania na całym ekranie odczytane wolno i wyraźnie o treści: Jarosław Kaczyński oświadcza, że jego wypowiedź, że PSL lub część jego posłów głosowało ws. miękkich narkotyków, żeby zalegalizować ich użytkowanie, jest nieprawdziwe.
- Zbigniewa Ziobro – wyrok z 17 września – Sąd zdecydował, że Zbigniew Ziobro musi przeprosić Grzegorza Schetynę za nazwanie go „człowiekiem, który odpowiada za ciemne sprawki i nadużycie wobec opozycji”. Przeprosiny ma wyemitować Radio ZET i Radio Maryja. Ponadto Ziobro musi wpłacić 20 tys zł. na konto fundacji „Kogo?”.
Należy jeszcze dodać, że w ubiegłej kampanii prezydenckiej Jarosław Kaczyński musiał oficjalnie przeprosić Bronisława Komorowskiego za wypowiedzi sugerujące, że jako kandydat PO na prezydenta jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali.
W świetle tylu przegranych procesów liderów PIS o pomówienia śmiało można powiedzieć, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią przegranych.
Trzeba zapytać: Czy w sytuacji kiedy liderzy partii stosujący w walce politycznej pomówienia szkalujące politycznych konkurentów mają predyspozycje moralne do ubiegania się o zdobycie władzy w państwie?
Odpowiedź może być tylko jedna.
NIE MAJĄ!
wtorek, 13 września 2011
Smoleńsk. Zapis śmierci, Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski
Z książki:Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski, Smoleńsk. Zapis śmierci, The Facto, Warszawa 2011
sobota, 10 września 2011
Kontek: 7 kłamstw o rządzie PO-PSL
Pewien profesor, jest dumny, że porównał Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się "przebiła". Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej - pisze Tomasz Kontek, publicysta Faktu.
Jest kampania wyborcza, politycy kłamią więc na potęgę. A im łgarstwo bardziej bezczelne, tym łatwiej trafia do wyborców. Najłatwiej oczywiście kłamać opozycji, która z niecnego procederu tłumaczy się jak dzieci: „A oni się przedrzeźniają...”.
Żadna międzynarodowa agenda nie prowadzi jeszcze takiego rankingu, ale w ośmieszaniu instytucji własnego państwa zajmowalibyśmy z pewnością czołowe miejsca na świecie. Przykład idzie z góry, czyli od jaśnie oświeconych. Pewien aktywny nad wyraz profesor, którego nazwiska nawet nie warto wymieniać, jest dumny, że zdobył się na porównanie Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się „przebiła”. Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej.
Kłamstwo pierwsze: państwo przestało działać
Teza ta, w sytuacji stabilizacji niespotykanej w historii współczesnej Polski (tej po 1918 roku), jest wyjątkowo bezczelna. A jednak żywotna. Kłamców, którzy ją powtarzają, trudno zliczyć. Jaka jest prawda? Bez większych turbulencji rządzi pełną kadencję ta sama koalicja z tym samym premierem. Wymiana – z powodów losowych – na stanowisku prezydenta, przebiegła sprawnie i bez nadzwyczajnych zawirowań. Już słyszę ten ryk: „To Ruscy do spółki z Tuskiem zabili nam prezydenta [o, przepraszam: Prezydenta]! Nawet jeśli ta niedorzeczna hipoteza byłaby prawdziwa, co można zarzucić wyborom prezydenckim, które wyłoniły następcę zmarłego? Do tego podatki zbierane są sprawnie, pensje i świadczenia wypłacane u czas, u granic wróg się nie czai, a bandyci siedzą w więzieniach. Czego więcej chcieć, by uznać, że MAMY działające państwo? Wiem wiem... Kaczyńskiego u władzy.
Kłamstwo drugie: mamy państwo, ale quasitotalitarne
Nic to, że zwolennikami tej tezy są ci sami, którzy twierdzą jednocześnie: „państwa nie ma”. Da się to wyjaśnić. I to nawet na gruncie logiki. ICH państwa nie ma, nie może więc działać. To państwo, które jest, nie jest ICH, nie jest więc demokratyczne, ale quasitotalitarne właśnie. Proste? Stratą czasu jest wyjaśnianie, co oznacza termin „quasitotalitarny”. Im mniej wiemy, tym bardziej się przecież boimy. Wspomniany profesor może więc pleść, że straszono jego żonę, bo on krytykował rządzących. Kto straszył? „Ja nie powiem kto”, bo „takich rzeczy się nie mówi”. Ze strachu przed siepaczami? Boi się, więc startuje w wyborach? Ci źli rządzący już wcześniej ponoć próbowali go przekupić. Kto konkretnie? „Ja tego nie powiem” – znów odpowiada na to oczywiste przecież pytanie. Tak... To „tylko” insynuacja czy zwyczajne kłamstwo? Quasitotalitaryzm to brzmi dumnie!
Kłamstwo trzecie: żyjemy w kondominium
Kolejny trudny termin, którym można mieszać ludziom w głowach. Niech tam sobie „jakiś” Sikorski powtarza, że żyjemy w najlepszym polskim państwie, jedynym jakie mamy. Jesteśmy jednak nie tylko pokornymi sługusami Berlina i Moskwy, które współpracują ponad naszymi głowami, ale i odgrywamy się za to na słabszych, czyli na braciach Litwinach... Marzy nam się Polska od morza do morza, zbrojna po zęby i wybranka Boga (czy ktoś jeszcze pamięta tego poetę)? Może i kiedyś taka będzie, skoro już przecież była. A Bóg z pewnością kocha swoje głupkowate dzieci. Trzeba Mu jednak pomóc i te kilka, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat ciężko pracować, by los, który przytomnie kupiliśmy na loterii, w końcu przyniósł główną wygraną. Jest i inne wyjście. Hajże na Moskala! Klęska murowana. Ale za to ci, którzy przeżyją, z podniesioną głową będą mogli rozpamiętywać bohaterskie czyny.
Kłamstwo czwarte: gsopodarka zaraz zrobi bęc
Kto by tam wierzył Rostowskiemu? To przecież, jak już słyszeliśmy, ledwo bakalarz, na ekonomii zna się więc od niego lepiej byle pętak z PiS. Że co? Że statystyki, że wśród państw zagrożonych bankructwem w instytucjach finansowych mówi się o Włoszech czy Hiszpanii, a o Polsce nie? Nie damy sobie zamydlić oczu! Jest źle, bardzo źle. Tak źle, że tylko Joanna d'Arc polskiej ekonomii, może doprowadzić nas do raju, w którym przecież – za jej przyczyną – już raz byliśmy. Kiedy? Jak to?! W czasach, gdy Polska mlekiem i miodem płynęła. Teraz już nie będzie eksperymentów z jakimiś tam Marcinkiewiczami. Zyta d'Arc Gilowska zapewni od razu koronację Prezesowi. Co nas wówczas czeka? Przyszły monarcha milczy. Król to wszak król i gdzie tam nam, kmiotom oceniać jego zamiary. A jeszcze twierdzić, że kłamie?
Kłamstwo piąte: młodzi to stracone pokolenie
Jak żyć?! Mieć dwadzieścia lat i nie mieć mieszkania, samochodu, ulubionego klubu z używkami i pensji, która pozwala brać kredyty na to wszystko? Rozczulili mnie „młodzi z SLD”, którzy nie chcą pozostać bez rodzin, wykształcenia i pracy (w tej właśnie kolejności). A co im przeszkadza? Gzić się na kocią łapę mogą, ale żenić się i płodzić dzieci, by być rodziną, już nie? A uczyć się? Nigdy nie było tak łatwo. Tylko chcieć. Pracować? No tak... Żeby mieć pracę, trzeba coś umieć. Prawo do pracy mają wszyscy, ale nie wszyscy do takiej, jakiej by chcieli. Jeśli w to nie wierzą, niech pogadają ze „starymi”. Za komuny to było... Moi rodzice „dostali” na przykład mieszkanie w spółdzielni. Po dwudziestu latach oczekiwania. Tak, mieszkanie powinno być prawem, a nie towarem. I wysoka pensja za pracę na umowę, która może być rozwiązana wyłącznie, gdy znajdzie się robotę lepiej płatną. Taki kit wciska młodym „lewica”.
Kłamstwo szóste: umrzeć musimy zdrowo
Chorować nie jest zdrowo. Bo widział kto szpital, którym rządzi Kopacz? Brud, smród i ubóstwo. I widocznie tym głupkowatym dziennikarzom znudziło się o tym pisać (albo quasitotalitaryzm zrobił z nimi porządek...), bo jakoś tzw. służba zdrowia nie wywołuje już takich emocji jak kiedyś. Lekarze nie strajkują. Pielęgniarki narzekają, ale jakby ciszej. Rzeczywiście, coś ta Kopacz musiała nabroić, skoro taka cisza jest nad tą trumną. A może nie stać nas, by chorować, dlatego żyjemy coraz dłużej? Państwo nie chce płacić za nasze leczenie, więc robimy to sami? To skandal? To nie róbmy tego. I zdychajmy pod płotem. Jeśli coraz więcej sami wydajemy na zdrowie, to znaczy, że je mamy. A do tego zmądrzeliśmy i zrozumieliśmy, co w życiu jest ważne. Szlachetne zdrowie, ten tylko się dowie itd. Może w szkołach już tego „nie przerabiają”?
Kłamstwo siódme: autostrad nie dożyjemy
Świat się skończy, jeśli na piłkarskie Euro nie będzie mógł do nas przyjechać autostradami. Bo komu by przecież się chciało odwiedzać swój pępek (jesteśmy przecież pępkiem świata!), gdy nie kopią na nim piłki? A tubylcy? Niemal każdy ma auto, ale przecież już dziś chciałby pruć do roboty ze dwie setki na godzinę. I jeszcze, żeby korków w miastach nie było. Drożyzna z tą benzyną... Jest najtańsza w Europie? Ale za droga. Wystarczy pogonić Tuska i Grabarczyka (tego rzeczywiście warto) i marzenia się spełnią. Kaczyński w trymiga zagoni Chińczyków do roboty. Jego namiestnikiem nie będzie już Polaczek (musi odpokutować za zdradę), który – gdyby był ministrem choć rok dłużej – zostawiłby Polskę „zdrogowaną”, a nawet i „skoleizowaną”. Przecież ponoć te budujące się z lewa i z prawa drogi, obwodnice, a nawet i autostrady, to jego zasługa.
I takich bajań słuchamy codziennie. Jest źle, a opozycja wie, co zrobić, by na pstryk było dobrze. Czy rząd PO i PSL jest dobry? Może i ledwie średni. Z rozbrajającą szczerością sam przyznaje, że „nie wszystko” mu się udało. Ale pcha jakoś ten wózek. Łgarstwa, że wszystko psuje, bo ma złą wolę, albo po prostu jego ministrowie z premierem na czele nic nie potrafią, między bajki trzeba włożyć. Opozycji zaś warto przypomnieć, że im kto głośniej krzyczy, tym ma mniej do powiedzenia. Czego i państwu nie życzę.
czwartek, 8 września 2011
Nowotwór źrenicy
1. Źdźbło:
PiS twierdzi, że pozew złożony w trybie wyborczym, jest oznaką tchórzostwa PO, która otrzymałą od nich – PiSu – szansę na rzeczową publiczną rozmowę, ale nie potrafi z niej skorzystać.
Belka:
PiS odrzucił zaproszenie Platformy do publicznej telewizyjnej debaty, która miała na celu ustalenie faktów i rzeczową dyskusję na temat najbliższej przyszłości Polski. Tłumaczył to w sposób tak zawiły, że nawet salonowe pisowskie pittbule nie są w stanie poprzeć uzasadnień Kaczyńskiego i wymyślają swoje.
2. Źdźbło:
PiS twierdzi, że PO chwali się nie swoimi osiągnięciami.
Belka:
Swego czasu, kiedy PiS był u władzy, nawet LPR funkcjonował w sposób bardziej efektywny. Słynne i łatwe do odnalezienia na youtube jest wystąpienie, który punkt po punkcie zmiażdzył raport Kurskiego. Kurski w swym wystąpieniu chwalił się rzekomo pisowskimi sukcesami, podczas gdy żaden z nich pisu udziałem nie był. Co więcej, partia Kaczyńskiego od dawna podtrzymuje mit, jakoby obniżyła podatki za swych rządów. A tymczasem nie dość, że do takiego działania potrzeba większości sejmowej – czyli co najwyżej sejm obniżył podatki – to jeszcze projekt ustawy złożył klub Platformy Obywatelskiej.
3. Źdźbło:
PiS co chwilę urąga minister Kopacz i narzeka na polską służbę zdrowia.
Belka:
Za rządów PiS mieliśmy największy kryzys w służbie zdrowia od '89. Wszyscy pamiętamy słynne namiotowe miasteczka, zagłuszanie telefonów pielęgniarek i usuwanie ich siłą z sejmu. Wszyscy pamiętamy największy w historii strajk lekarzy, gdzie ponad połowa z nich wzięła bezpatne urlopy albo zwyczajnie odeszła z pracy i nie było komu leczyć ludzi.
4. Źdźbło:
PiS narzeka na stronniczość mediów w Polsce. Twierdzi, że są prorządowe, co stanowi poważny gwałt na polskiej demokracji.
Belka:
Kaczyński i spółka ignorują zupełnie fakt, że za ich rządów (a także później, do czasu, kiedy zarządy TVP i PR zostały wyczyszczony przez pisowskich funkcjonariuszy) Telewizja Publiczna i Polskie Radio były nadawcami pisowskimi i zwalniano w nich dziennikarzy, którzy się temu sprzeciwiali – np. Wiktora Batera czy Dobrosława Rodziewicza. Każdy prezes każdego publicznego nadawcy miał nadanie od Kaczyńskiego. Niejaka Patrycja Kotecka zarabiała ogromne pieniądze za cenzurę informacji wypluwanych przez TVP. W TVP pojawiłą się z nadania Leha Kaczyńskiego i Ziobry. Szybko awansowała: z szeregowego pracownika Agencji, na jej wicedyrektora Reporterzy "Wiadomości" opowiadali, że Kotecka blokując jakąś informację argumentowała, że ... może to zaszkodzić PiS. Przez nią pracę w "Wiadomościach" straciło wielu dziennikarzy, prezenterów i wydawców. Wystarczyło, że zakwestionowali jej decyzje dotyczące cenzurowania informacji. Pisowski prezes - Urbański zawsze jej bronił. Nawet wtedy, gdy jeden z reporterów - Łukasz Słapek - ujawnił, że przed wyborami w 2007 r. proponowała mu wysokie honorarium za przygotowanie materiału uderzającego w PO, czyli głównego konkurenta PiS (Kotecka wytoczyła Słapkowi proces, ale zeznający świadkowie potwierdzają słowa Słapka).
Osobną zupełnie sprawą jest casus Pospieszalskiego, któremu nie przedłużono umowy na autorski program Warto Rozmawiać. Pisowska banda z miejsca rzuciła się do boku o demokrację i wolność słowa. Trwało to do czasu, kiedy okazało się, że Pospieszalski najzwyczajniej w świecie zażądał od TVP takich pieniędzy, że zarząd TVP go pogonił. Również zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakoś na pisowskich mudżahedinach wrażenia nie robiły.
5. Źdźbło:
PiS pieni się nad stanem polskiej gospodarki. Zarzucają, że PKB maleje, dług publiczny rośnie.
Belka:
Co rzecz jasna jest bzdurą. PKB rośnie, tylko w mniejszym tempie, niż za PiS. Przy czym politycy tej ostatniej partii doskonale widzą (tylko najzwyczajniej w świecie kłamią), że rządzili w czasach europejskiej prosperity. Dług publiczny rósł bardzo szybko mimo wzrostku PKB i braku jakichkolwiek inwestycji. Platforma rządzi w czasie kryzysu, a Polska jest jedynym europejskim krajem, którego PKB wciąż rośnie. Dług publiczny skoczył, co jest jednak zrozumiałe przy niższym wzroście PKB i wielu wydatkach. Warto jednak zaznaczyć, że na tle Europy nasz dług publiczny bynajmniej nie jest tragiczny. Dużo gorzej jest w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Portugalii czy irandii. Że o Włochach i Grecji nie wspomnę – tam dług publiczny przekracza 100 (a w przypadku Grecjii nawet 125) procent PKB. My zaś jesteśmy na poziomie Holandii, Hiszpanii, Finlandii i Austrii.
6. Źdźbło:
Z najnowszych: Lud pisowski zarzuca Klichowi autopromocję z pomocą Katastrofy Smoleńskiej.
Belka:
Od kwietnia 2010 PiS na Smoleńsku odbudował swoją siłę. Wykorzystują tę niewątpliwą tragedią na niemal każdej płaszczyźnie swojej działalności. I wprawdziw twierdzą, że Smoleńska dla własnych potrzeb nie zawłąszczają, to jednak najwyraźniej niektórzy mają prawo się wypadkiem promować, a inni nie.
7. Źdźbło:
PiS zarzuca rządowi indolencję w działaniach infrastrukturalnych.
Belka:
Obecnie powstaje 77 nowych dworców kolejowych. Ponad 2000 km nowych/remontowanych szyn i również 2000 km nowych/remontowanych dróg. Wobec działań pisu stanowi to progres około tysiąca procent w przypadku dróg. O szynach i dworcach nie wspominam, bo trudno się odnieść do zera.
8. Źdźbło:
PiS zarzuca rządowi agresję wobec opozycji i używanie języka nienawiści.
Belka:
A tymczasem insytuty badań agresji w mediach nie pozostawiają złudzeń. Kaczyński i PiS każdego roku zaliczają ponad 2 razy więcej agresywnych wypowiedzi niż wszystkie pozostałe ugrupowania razem wzięte. Prócz tego PiS przy każdej okazji uprawia samogwałt, twierdząc, że rząd i samorządy wykorzystuje resorty siłowe (policja, straż miejska) do zwalczania opozycji, podczas gdy to oni sami powołali za wielkie pieniądze CBA, których w pierwszych latach funkcjonowania używano do szukania, a wręcz wymuszania haków nie tylko na rywalach politycznych (Sawicka), ale nawet na własnych, z jakichś powodów niewygodnych ludziach (Lipiec).
9. Źdźbło:
PiS zarzuca PO manipulowanie i oszukiwanie opinii publicznej.
Belka:
A tymczasem doskonale ma się poseł Kurski, który nie tylko nazwał swój elektorat „ciemnym ludem”, ale też – w zgodzie z retoryką samogwałtu – wyreżyserował rzekome pobicie Cugier-Kotki i słynną, ale zupełnie nieprawdziwą aferę billboardową. Dla władzy wszystko.
10. Źdźbło:
PiS twierdzi, że PO poprowadziłą szereg działań niekorzystnych dla Polski (np. Rurociąg Północny) a w kraju panuje drożyzna (cukier, benzyna)
Belka:
A tymczasem okazuje się, że benzyna, która dziś jst bardzo dorga, ma w sobie o 7% mniej podatków niż za czasów PiS, a cena baryłki tego surowca na światowym rynku podrożała o ponad 100%. Drogi cukier to wynik indolencji Jurgla. To on odpowiadał za negocjacje z Unią dotyczące limitów w produkcji cukru. Wcześniej mieliśmy dużą nadwyżkę. Po popisach pisowskiego niedojdy mamy spory niedobór, co w połączeniu z cenami surowców i ogólnoświatową sytuacją na rynku, a także paniką wywołaną przez czarnowidztwo Kaczyńskiego, musiało zaowocować podwyżkami. A Nord Stream? Nie tylko powstał w wyniku permanentnej polityki antyrosyjskiej Kaczyńskiego, ale przede wszystkim za rządów PiS odbył się szereg paneli dyskusyjnych pomiędzy inwestorami, na których polski rząd mógł zgłaszać swoje uwagi. Ale PiS żadnych nie zgłosił.
To tylko kilka przykładów. Można je mnożyć i mnożyć. Postępujący nowotwór źrenicy zabija zdolność percypowania rzeczywistości przez PiS. I tacy ludzie chcą nami rządzić. Jesteśmy na to gotowi? Przypuszczam, że wątpię.
Czy Kaczyński jest jeszcze?
Czy ktoś, kto niemal codziennie się kompromituje, kto nieustannie dostarcza mediom tandetnej rozrywki, kto złą polszczyzną obraża lepszych od siebie, a siebie ustawia na wyżynach intelektu w istocie będącym na mniej niż średnim poziomie, kto daje nieustanne dowody, że nie rozumie pojęcia moralność, a moralność chrześcijańska jest mu w ogóle obca, czy ktoś tak głupio zarozumiały i arogancki – czy ktoś taki jest jeszcze politykiem?
Wszystko, czego się tknie rozpada się w pył.W brudzie i niesławie.
Z pełnych butnej ignorancji wypowiedzi zostaje ich kwintesencja – KŁAMSTWO.
Dlaczego Kaczyński nieustająco kłamie?
Bo inaczej nie umie. Bo prawda jest dla niego największym wrogiem, ponieważ obnaża jego intelekt, życiorys, całą fałszywą legendę, jaką zbudował wokół siebie, swojego brata i reszty rodziny.
Kolejne kłamstwo Kaczyńskiego przed sądem w trybie wyborczym. Jak w 2007 roku. Jak w 2010 roku. Tym razem skargę wnosi pomówiony PSL. Kolejny raz sąd będzie nakazywać Kaczyńskiemu prostowanie kłamstw, zakazywać ich rozpowszechniania i kolejny raz jego zwolennicy nic z tego nie pojmą, bo przyzwyczaili się i zaakceptowali fakt, że kłamstwo w PiS jest prawem i sprawiedliwością, bez kłamstwa nie ma PiS.
Kaczyński jest zawodowym posłem, na garnuszku sejmu (sowita pensja plus poselska dieta) niezatrudnionym nigdzie indziej i niewykazującym w swoim oświadczeniu majątkowym z tego roku, żadnych innych dochodów, nawet jako szef PiS. I jest jedynym posłem, który przyznaje sobie prawo do łamania prawa. On, prawnik, nic to, że z komunistycznym doktoratem – ale jednak prawnik. Wielokrotnie dający dowody swojej ignorancji prawnej lub lekceważenia prawa i stawiania się ponad nim. Kiedyś, gdy chroniła go pozycja brata i sporo odpowiedzialności za decyzje Jarosława można było zwalić na Lecha – mógł sobie pozwolić na wmawianie Polakom nie tylko własnej i brata genialności, ale i jakości ludzi, którymi się wraz z bratem otaczali.
Dzisiaj, spadają maski i jakość ta okazuje się żałosną bezczelnością, kompromitującą bylejakością, niekompetencją, niewiedzą, smętnym dowodem poczucia, ze wszystko można, gdy ma się władzę.
Anna Fotyga może uważać treść opublikowanych przez WikiLeaks depesz dyplomatycznych USA za komplement – ale każdy dyplomata na jej miejscu spaliłby się ze wstydu.
Teraz widać, że towarzyszenie Antoniemu Macierewiczowi podczas wyprawy do Stanów nie wiązało się z jej możliwościami z czasów, gdy była ministrem Spraw zagranicznych rządu Kaczyńskiego, bo jak widać, nikt jej w Stanach nie traktował poważnie podczas sprawowania przez nią urzędu,. Tym bardziej nie ma żadnego znaczenia politycznego ani dyplomatycznego jako osoba prywatna. Zatem pojechała z Macierewiczem wyłącznie po to, by olśnić ogłupianą od dawna Polonię, wyciągnąć trochę kasy, oraz pozostawić wrażenie na co głupszych Polakach w Ameryce, jaki to ich zaszczyt kopnął.
Dzisiaj Fotyga – to już nikt. Nie obroniła swojej fałszywej, narzuconej Polakom przez Kaczyńskich, pozycji.
Obroniła za to swoją pozycję i dwadzieścia parę tysięcy złotych miesięcznego wynagrodzenia Zyta Gilowska, oświadczając, że nie zamierza rozjechać ministra Rostowskiego dla przyjemności szeregowego posła Kaczyńskiego, zwłaszcza, gdy usłyszała, że jako pisowska hulajnoga może się rozbić raczej na peowskim czołgu. Czołg okazał się człowiekiem prawa, bowiem minister Rostowski oświadczył, że podebatuje z hulajnogą Gilowską, jeśli zrezygnuje ona z zasiadania w Radzie Polityki Pieniężnej – bo on ręki do łamania prawa nie przyłoży.
Najwidoczniej również inni prawnicy wypowiedzieli się w tej kwestii na tyle jasno, że kluseczki i teczki Kaczyńskiego okazały się niewystarczającym argumentem, by profesor Gilowska uznała, że opłaca jej się skórka za wyprawkę.
Kaczyńskiemu sypie się cała kampania – wszystkie argumenty okazują się strzałem Panu Bogu w okno, na dodatek pistolecik się zacina.
„Wielka nadzieja białych” ekonomista Rybiński, pozornie niezwiązany z PiS, posuwa się do wydumanych kłamstw, bez dowodów, w odniesieniu do otoczenia premiera, równocześnie wyrażając wolę spotkania się z premierem, by mu przekazać to, co dawno powinien przekazać prokuratorowi – oczywiście jeśli mówi prawdę. Powtórzenie tandetnej prowokacji Mariusza Kamińskiego wobec premiera Tuska, wzbudza jedynie śmiech.
Śmiech wzbudza poseł PiS wychwalający Łukaszenkę i uznający wyższość demokracji Białorusi nad demokracją w Polsce – dopełnia tylko żałosnego obrazka zer, których jedyną formą „istnienia białka”, jest bełkotanie powtarzanych po swoim prezesie bredni i kłamstw.
Obserwując kampanię wyborczą PiS – czyli coś czego nie ma, coś, co nie istnieje w żadnym pozytywnym sensie, coś, co jest jedynie negacją wszystkiego i wszystkich – pytam: czy ten Kaczyński jeszcze jest?
wtorek, 6 września 2011
Ludwik Dorn eunuchem?
"Zdaniem Dorna, obecny zespół kierowniczy PiS przypomina sułtana otoczonego przez dwór eunuchów. Jarosław Kaczyński stworzył krąg zaufanych. By do niego trafić, trzeba zdać test na bycie łatwym, a potem jeszcze łatwiejszym - dodał w wywiadzie dla "Dziennika".
LINK
poniedziałek, 29 sierpnia 2011
European Voice z 31 sierpnia 2006 roku
Oto treść:
"„In order to concentrate more on external affairs, Kaczynski said that the EU should restructure its budget and “phase out” agricultural subsidies. He admitted, however, that getting agreement to this as part of the Union’s planned review of spending in 2008-09 would be the “toughest element of the plan”’.
A więc:
"By skoncentrować wysiłki Unii bardziej na sprawach zewnętrznych, Kaczyński stwierdził, że UE powinna zrestrukturyzować swój budżet i „stopniowo wycofywać się” z dopłat rolniczych. Przyznał jednak, że uzyskanie na to zgody w ramach planowanej reformy wydatków Unii w latach 2008-9 będzie „najtrudniejszą częścią planu”.
sobota, 27 sierpnia 2011
Chamska wypowiedz Adama Hofmana o PSL-u
czwartek, 25 sierpnia 2011
Wiceszef CBA, Maciej Wąsik ukradł paliwo na stacji!
Więcej
http://www.se.pl/wydarzenia/kraj/wiceszef-cba-maciej-wasik-ukrad-paliwo-na-stacji_201770.html
Wilanowie. Wąsik zatankował do swojego auta ok. 50 litrów paliwa za ok. 220 zł. Wszedł do sklepu na stacji, pokręcił się między półkami, kupił m.in. papierosy i odjechał. Po tym zdarzeniu pracownik stacji Grzegorz Wierzchoń zaalarmował policję.
- W takich przypadkach po kilku minutach w systemie wyświetla się informacja o niezapłaconym paliwie. Natychmiast zawiadamiamy policję i przekazujemy jej nagranie z monitoringu - opowiada Wierzchoń.
Rozpoczęły się poszukiwania wiceszefa CBA. - Komisariat Policji Warszawa Wilanów po zgłoszeniu zawiadomienia o kradzieży paliwa 6 listopada 2010 r. ze stacji przy ul. Powsińskiej prowadził postępowanie wyjaśniające w sprawie o wykroczenie - mówi mł. insp. Maciej Karczyński, rzecznik prasowy komendanta stołecznego policji.
Wąsik kandyduje do Sejmu z PiS-u
Sprawa jednak utknęła w miejscu, bowiem Wąsik nie odbierał wezwań. O tym, że polityk PiS trafił jednak na komisariat, zdecydował przypadek. 10 czerwca br. podczas demonstracji pod Pałacem Prezydenckim policjanci wylegitymowali byłego wiceszefa CBA. Okazało się, że jest poszukiwany.Na komisariacie Wąsik przyznał się do winy. - Na podstawie zebranych w sprawie materiałów sporządzono do sądu wniosek o ukaranie - dodaje Maciej Karczyński, rzecznik prasowy stołecznej policji. Grozi mu areszt, pozbawienie wolności albo grzywna.
Wczoraj w rozmowie z "Super Expressem" były wiceszef CBA kajał się jak tylko mógł. - Zapłaciłem za inne rzeczy. Zapomniałem o paliwie. Później tego nie sprawdziłem. Jestem gapą, nie złodziejem. Jest mi przykro. Poddam się karze z nawiązką. Zapłacę 500 złotyh - mówi były wiceszef CBA.
O dalszym losie Wąsika zdecyduje sąd... i wyborcy. Kandyduje bowiem do Sejmu. Ma trzecie miejsce na liście PiS w Płocku.
LINK
niedziela, 21 sierpnia 2011
niedziela, 7 sierpnia 2011
Obchody 67. rocznicy PW. "Kto zarobił na tej polskiej krwi? Żydzi!"
Wczoraj podczas obchodów 67. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego premier Donald Tusk i Władysław Bartoszewski zostali wygwizdani podczas składania kwiatów pod pomnikiem Gloria Victis na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Prezesa PiS przywitały gromkie brawa. To jednak nie koniec. Przy wejściu na cmentarz demonstrował Andrzej Zakrzewski z Ruchu Suwerenności Narodu Polskiego, który krzyczał, że to "Żydzi zarobili na polskiej krwi" - pisze "Gazeta Wyborcza".
Zakrzewski "zasłynął" akcją "Wykopmy Geremka z Powązek". Podczas obchodów 67. rocznicy Powstania Warszawskiego postanowił o sobie przypomnieć stojąc z transparentem przy wejściu do Powązek o treści: "Kto zarobił na tej polskiej krwi". I sam odpowiadał na to pytania krzycząc przez megafon: "No kto? Żydzi! Żydokomuna i żydomasoneria". Doszło do szarpaniny z uczestnikami obchodów, musiała interweniować policja.
Doszło także do incydentów politycznych. Choć jak co roku proszono o spokój podczas obchodów, to nic to nie dało. Gdy premier Donald Tusk i Władysław Bartoszewski złożyli już kwiaty pod pomnikiem Gloria Victis, to gdy odchodzili, zostali wygwizdani. Oklaski natomiast dostawali senator PiS Zbigniew Romaszewski oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński
W tym roku, w 67. rocznicę godziny "W", rozpoczynającą w Warszawie powstańcze walki, pod pomnikiem stawili się m.in.: premier Donald Tusk, przedstawiciele Kancelarii Prezydenta z jej szefem Jackiem Michałowskim, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski, prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Stanisław Oleksiak i prezes Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK Stanisław Krakowski. Licznie zgromadzili się kombatanci, harcerze i mieszkańcy miasta.
Po krótkiej modlitwie kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego oddała hołd powstańcom trzykrotną salwą honorową. Na zakończenie uroczystości kwiaty i wieńce pod pomnikiem złożyli przedstawiciele m.in. władz państwowych i samorządowych oraz organizacji powstańczych.
piątek, 5 sierpnia 2011
Szczygło czy Klich? Kto zrezygnował ze szkoleń na symulatorach
- Nie wiadomo dlaczego minister Bogdan Klich zrezygnował ze szkoleń na symulatorach Tupolewa - zastanawiają się "Wiadomości" TVP, z ministrem nie rozmawiając. - Jak minister Klich może nieść takie brzemie? Nie kupił samolotów i równocześnie zaoszczędził na szkoleniach? Co na to premier Tusk - grzmiał w radiu spindoktor PiS Adam Bielan. Ministerstwo Obrony Narodowej prostuje: - Polska zrezygnowała ze szkoleń gdy resortem kierował Aleksander Szczygło.
Wiadomości dodały komentarz Tomasza Hypkiego, sekretarza Krajowej Rady Lotnictwa: "W okresie ponad 2 lat rządów Bogdana Klicha w MON w katastrofach lotniczych niezwiązanych z wykonywaniem zadań bojowych zginęło 121 osób, w tym dwaj Prezydenci RP i najwyżsi rangą dowódcy. Ilu ludzi jeszcze zginie, zanim Klich opuści MON?"
Wiadomości z Klichem nie rozmawiały, cytują tylko jego wypowiedź, że "katastrofy zdarzają się na całym świecie". Całe zdanie wygłoszone podczas uroczystości rocznicy katastrofy wojskowej Casy brzmiało: "Tak samo jak wtedy próbuję szukać słów, żeby wyrazić bezkres i rozmiar tej katastrofy. Katastrofy zdarzają się na całym świecie, ale zawsze pozostaje pytanie, czy tak musiało być, czy tak się musiało stać".
Zastanawiają się za to nad dymisją Klicha (wyklucza ją rzecznik rządu Paweł Graś) podsumowują: "Nie wiadomo dlaczego minister Bogdan Klich zrezygnował ze szkoleń na symulatorach Tupolewa. Stało się to 2 lata temu podczas podpisywania nowej umowy serwisowej. Punkt dotyczący szkoleń pominięto od tego czasu pilotom musi wystarczyć trening podczas mniej istotnych lotów".
Wieczorem zareagował na to MON: "W związku z nieprawdziwymi informacjami podanymi przez Wiadomości TVP, w dniu 15.05.2010 o godz. 19.30 informuję, że strona polska zrezygnowała ze szkoleń naszych lotników na symulatorach w Moskwie w kwietniu 2007 r. gdy Ministrem Obrony Narodowej był Aleksander Szczygło" - napisał Janusz Sejmej, rzecznik resortu.
Szkolenia na symulatorach przez całą sobotę lekceważył w wystąpieniach medialnych szef wyszkolenia sił powietrznych Wojska Polskiego generał dywizji Anatol Czaban: One miałyby sens gdyby nasze samoloty Tu były standardowe, takie jak te na jakich latają szkolący się na symulatorach Rosjanie. Tymczasem nasze były wielokrotnie modernizowane i modyfikowane. Szkolenie pilotów polskich Tu na tych symulatorach nie miało żadnego sensu
Z ostatniej chwili: Wiadomości przeprosiły w niedzielę min.Klicha podając, że treningi na symulatorze zatrzymał A.Szczygło.
czwartek, 4 sierpnia 2011
Największe ucho IV RP
2011-08-04, ostatnia aktualizacja 2011-08-03 21:05
Ponad 6,2 tys. razy Maciej Wąsik jako zastępca byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego podsłuchiwał, o czym rozmawiają Polacy. Najbardziej był ciekawski przed wyborami 2007 r.
O tym, że Maciej Wąsik zainstalował w swoim gabinecie tzw. stanowisko odsłuchowe - specjalną aparaturę umożliwiającą w czasie rzeczywistym (online) podsłuchiwanie inwigilowanych przez CBA Polaków - ujawniliśmy w styczniu 2010 r. Skąd taka pasja u Wąsika, wówczas niespełna 40-letniego archeologa, byłego wiceszefa straży miejskiej, a dziś radnego PiS w Warszawie?
W czerwcu przed komisją naciskową mówił o tym tak: - To był bieżący nadzór nad podległymi funkcjonariuszami. Nadzorowałem pion operacyjny. Wykorzystywałem tę wiedzę do kierowania moimi funkcjonariuszami.
W następnym zdaniu Wąsik dodał: - System, który to umożliwiał, jest w pełni rozliczalny. Można sprawdzić, które obiekty i które rozmowy były przeze mnie odsłuchane.
Komisja naciskowa zapytała więc o to w ostatni piątek szefa CBA Pawła Wojtunika. Szczegółów dotyczących konkretnych podsłuchiwanych osób nie podał. Ale ogólne dane o aktywności podsłuchowej kierownictwa CBA za czasów Mariusza Kamińskiego - tak.
Skala zainteresowania Wąsika poraża. Kamiński logował się do systemu podsłuchowego ledwo kilkanaście razy w ciągu ponad trzech lat kierowania Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Drugi z jego zastępców - kilkadziesiąt razy. A Wąsik - zdaje się - bez słuchawek nie wyobrażał sobie życia.
Jeśli liczbę ponad 6,2 tys. zarejestrowanych wejść Wąsika do systemu podzielić przez nieco ponad trzy lata jego obecności na stanowisku zastępcy szefa CBA (ok. 1,2 tys. dni) daje to cztery, pięć logowań dziennie. Świątek, piątek. Jego teoria o nadzorze - w świetle danych CBA - wydaje się wątła. Funkcjonariusze operacyjni "pracujący" z podsłuchami mają wielokrotnie mniej wejść do systemu niż on.
Jeśli założymy, że Wąsik po każdym logowaniu słuchał rozmów tylko ##przez 10##, to i tak daje to astronomiczne liczby minut, godzin i dni roboczych. Tyle czasu poświęconego na wyławiane korupcyjnych skłonności polityków czy celebrytów. A przecież musiał mieć jeszcze czas na narady z Kamińskim. - Niektóre rozmowy analizowaliśmy w gronie kierownictwa - przyznał Wąsik przed komisją naciskową.
- Albo jest to patologiczna nieufność do swoich podwładnych, albo... - nie kończy zdania Janusz Krasoń (SLD), członek komisji śledczej. Zapowiada, że pasji Wąsika poświęci poczesne miejsce w swoich uwagach do sprawozdania komisji śledczej.
Sprawozdanie przewodniczącego komisji Andrzeja Czumy (PO) poznamy już dziś. - Przygotowałem blisko sto stron autorskiej refleksji - mówi nam Czuma. Szczegółów odmawia. Dodaje tylko: - Widzę głupotę, ignorancję, nie widzę spisków.
Na jednym z ostatnich posiedzeń komisji Czuma deklarował się jeszcze mocniej: - Nie pozwolę z tej komisji uczynić lawety do strzelania do żadnej partii politycznej, zwłaszcza do PiS.
Przypomnijmy, że zadaniem komisji naciskowej było wyświetlenie: czy w okresie rządów PiS dochodziło do nielegalnych nacisków na szefa policji, szefów służb specjalnych, prokuratorów w sprawach z udziałem lub przeciwko członkom Rady Ministrów, posłom i dziennikarzom.
- Nie wykluczam przygotowania odrębnego sprawozdania. Prace komisji były chaotyczne, czasem przypominały teatralną farsę, ale materiał jaki, zgromadziliśmy, potwierdza, że naciski były. Można niektórych liderów PiS pociągnąć do odpowiedzialności konstytucyjnej. Bez wątpienia niektóre osoby powinny odpowiadać karnie. Obawiam się, że poseł Czuma tego nie widzi. Jest miękki. Dlatego nie wykluczam przedstawienia odrębnego sprawozdania - zapowiada Krasoń.
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
Pytanie do posła PiS: Ile trwało Powstanie Warszawskie?
Panie pośle, ile trwało Powstanie Warszawskie? - to pytanie reporterki TOK FM do posła Adama Hofmana. Co odparł polityk Prawa i Sprawiedliwości?
Kluby popierają tę inicjatywę, choć niektórzy posłowie mają wątpliwości, czy nowe święto to właściwy sposób upamiętnienia tragedii 1944 roku. Wątpliwości nie ma Adam Hofman z PiS - Pierwszego sierpnia należy odłożyć tego typu dywagacje i należy zająć się upamiętnieniem tej heroicznej walki ludzi, którzy nie zastanawiali się czy to dobre, czy nie dobre, tylko jak wywalczyć wolną Polskę - mówił poseł radiu TOK FM. I wtedy padło podchwytliwe pytanie: Ile trwało Powstanie?
- Dwadzieścia osiem dni? Ale proszę nie róbmy takich testów, bo to nic nie daje - zirytował się poseł Adam Hofman.
LINK

