czwartek, 29 listopada 2012
PIS prawdy czyli sądowe porażki
w błąd społeczeństwo, podając nieprawdę o przeznaczeniu dla ITI
przez władze Warszawy 460 mln zł na przebudowę stadionu Legii"
2 Jarosław Kaczyński wyrokiem sądu ma przeprosić Ludwika Dorna za
insynuacje jakoby nie płacił alimentów na dzieci z poprzednich małżństw.
3. Sąd Apelacyjny w Warszawie zdecydował, że prezes PiS Jarosław
Kaczyński ma przeprosić za nazwanie SLD organizacją przestępczą'.
Sąd postanowił, że Kaczyński ma też wpłacić 10 tys. zł. na Polski
Czerwony Krzyż.
4. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Jarosław Kaczyński wprowadził
w błąd społeczeństwo, podając nieprawdę o przeznaczeniu dla ITI
przez władze Warszawy 460 mln zł na przebudowę stadionu Legii"
6. Sąd Najwyższy uznał że Jarosław Kaczyński ma przeprosić Agorę za
insynuacje w sprawie finansowania Agory przez
komunistycznych oligarchów.
7. Warszawski Sąd Okręgowy orzekł, że Jarosław Kaczyński
musi na własny koszt opublikować sprostowanie podanej
przez siebie w audycji "Rozmowy niedokończone" na antenie
Radiu Maryja informacji, jakoby Declan Ganley, lider i
założyciel partii Libertas, popierał Traktat Lizboński i twierdził,
że jest on dobry. Sprostowanie ma zostać opublikowane
w TV Trwam i Radiu Maryja.
8. "Prezes PiS Jarosław Kaczyński wyrokiem I instancji ma przeprosić byłego
ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka i wpłacić 10 tys. zł
na cel dobroczynny za to, że nazwał go "agentem-śpiochem"
9. Zgodnie z wyrokiem sądu Prezes PiS Jarosław Kaczyński przeprosił Agorę SA za
porównanie wydawanej przez nią "Gazety Wyborczej" do "Trybuny Ludu z 1953 r.".
10. Zgodnie z wyrokiem sądu Prezes PiS Jarosław Kaczyński musi
przeprosić PSL za stwierdzenie, że posłowie tej partii "opowiedzieli się
za legalizacją miękkich narkotyków".
11. We wrześniu 2002 roku Sąd Rejonowy skazał Kaczyńskiego na 3 tysiące
złotych grzywny, uznając, że w 2001 roku umyślnie zniesławił Aleksandra
Gudzowatego słowami, jego firma Bartimpex w większym stopniu reprezentuje
interesy Rosji niż Polski. Według sądu Kaczyński popełnił przestępstwo umyślne.
12. PiS zgodnie z poniedziałkowym wyrokiem Sądu Apelacyjnego publikuje przeprosiny
za swój spot "Kolesie". Sąd orzekł też, że PiS” musi przeprosić za rozpowszechnianie
nieprawdziwych informacji o tym, że rząd załatwił zlecenia dla Misiaka i żony Grada.
13. Jacek Kurski ma przeprosić Donalda Tuska za sugestię, że kampanię prezydencką
Tuska pośrednio finansował PZU - zdecydował warszawski sąd okręgowy. Kurski ma
też zapłacić 15 tys. zł na Caritas
14. Przeprosiny dla jedenastu osób, które - zgodnie z wyrokiem sądu - zostały pomówione
o współpracę z WSI w "Raporcie o działaniach żołnierzy i pracowników WSI" autorstwa
Macierewicza zostaną opublikowane przez MON w Dzienniku Urzędowym
15. Jacek Kurski będzie musiał sięgnąć głęboko do kieszeni. Musi przeprosić byłego
prezesa PZU Cezarego Stypułowskiego. Przeprosimy przez dwa tygodnie będą wisiały na
5 bilbordach w Warszawie, Gdańsku i Olsztynie. Ponadto Kurski musi
wykupić czas antenowy w TVN.
16. 12 czerwca 2007 Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, iż Jacek Kurski naruszył dobra
osobiste spółki Agora S.A. podczas programu telewizyjnego "Warto rozmawiać" z 8 maja
2006 poprzez wygłaszanie niepotwierdzonych zarzutów zniesławiających firmę.
Sąd nakazał przeproszenie w "Gazecie Wyborczej" i w TVP2 oraz wpłatę 10 tys. zł
na cel społeczny Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok w mocy.
Jacek Kurski, komentując to orzeczenie, twierdził, iż "Gazeta
przy pomocy posłusznych i usłużnych sędziów (...)
może każdego zniszczyć i opluć (...). Za tę wypowiedź został pozwany przez wydawcę,
a następnie ponownie zobowiązany sądownie do publikacji przeprosin. Pozwany, mimo
uprawomocnienia się wyroku i wezwań, uchylał się od wykonania orzeczeń sądu, wobec
czego Agora S.A. sama je zrealizowała w ramach tzw. wykonania zastępczego na koszt dłużnika.
17. Poseł PiS, były bramkarz reprezentacji Polski Jan Tomaszewski ma zapłacić 50 tys. zł
zadośćuczynienia za obraźliwe wypowiedzi pod adresem byłego trenera polskiej reprezentacji
piłkarskiej Franciszka Smudy - zdecydował Sąd Okręgowy w Łodzi.
18. Krakowski sąd zdecydował.Europoseł PIS Ryszard Legutko musi przeprosić licealistów
za nazwanie ich "rozwydrzonymi smarkaczami".
19. Sąd Rejonowy w Warszawie w procesie karnym uznał, że Kaczyński zniesławił
Wachowskiego i skazał go na 10 tys. zł grzywny oraz nawiązkę 5 tys. zł na rzecz PCK
20. Zgodnie z wyrokiem sądu poseł PiS Anrtoni Maciarewicz musi umieścić
przeprosiny skierowane do byłego szefa WSI na pierwszych stronach "Rzeczpospolitej"
i "Gazety Wyborczej" oraz wpłacić 2 tys. zł na cel społeczny.
21. Po przegranym procesie Gosiewski musi przeprosić PO:
- "Ja, Przemysław Gosiewski, poseł na Sejm RP, przepraszam Platformę
Obywatelską za to, że w czasie audycji radiowej [...] w Studiu Politycznym
Radia Kielce pomówiłem PO, naruszając jej dobre imię poprzez zarzucenie
jej związków z grupą przestępczą Pawliszaków"
22. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że minister sprawiedliwości Zbigniew
Ziobro ma przeprosić SLD za stwierdzenie że SLD "ponosi odpowiedzialność
za śmierć Barbary Blidy, ponieważ środowisko tolerowało jej związki z osobami
z mafii węglowej". Sąd nakazał ministrowi przeprosiny poprzez opublikowanie
oświadczenia w Telewizji Trwam i Radiu Maryja.
23. Sąd Okręgowy w Gdańsku orzekł, że poseł PiS Jacek Kurski ma przeprosić
wiceprezydenta Sopotu Pawła Orłowskiego, kandydata PO do Sejmu.
Kurski rozpowszechniał informacje, że wiceprezydent Sopotu miał
odmawiać współpracy z CBA w sprawie udostępnienia danych dotyczących
sprzedaży gminnych nieruchomości Kurski ma przeprosić Orłowskiego
listem poleconym, a także opublikować oświadczenia w lokalnym dodatku
"Gazety Wyborczej", w gazecie "Dziennik Bałtycki", a także na stronie internetowej PiS.
24. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że były koordynator służb specjalnych
w rządzie PiS, ma przeprosić Agorę, wydawcę "Gazety Wyborczej",
za stwierdzenia że toczy "zawziętą wojnę w celu ochrony układu ludzi władzy,
biznesu mafii i służb specjalnych" oraz że "działania i praktyki
"Gazety Wyborczej" wskazują na instrumentalną manipulację polityczną".
25. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że doradca prezydenta
Lecha Kaczyńskiego, Andrzej Zybertowicz ma przeprosić Adama Michnika
za opublikowaną na łamach "Rzeczpospolitej" wypowiedź, że: "Michnik
wielokrotnie ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację".
Sąd oddalił tym samym apelację Zybertowicza od wyroku
Sądu Okręgowego z grudnia 2007 r., który nakazał też Zybertowiczowi wpłacić
10 tys. zł zadośćuczynienia na cel społeczny i zwrócić koszty procesu
26. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że kontrolowany
przez PIS Instytut Pamięci Narodowej ma przeprosić znanego dziennikarza
Tadeusza Sznuka za bezprawne pomówienie go o współpracę z
tajnymi służbami PRL.
27. Sąd nakazał Ludwikowi Dornowi, a wówczas marszałkowi Sejmu,
przeprosić dziennikarza "Super Expressu", Piotra Krysiaka, za użycie w
stosunku do niego określenia "chłystek" w reakcji na zainteresowanie
redaktora sprawą tak zwanego "wieśmaka", którego policjanci
dostarczyli na dworzec koleżance Ludwika Dorna z rządu
28. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Publicysta związany z PIS
Jan Pospieszalski z TVP ma przeprosić "kolegę dziennikarza" Andrzeja
Morozowskiego z TVN za napisanie o nim, że "doniósł co trzeba"
ministrowi ds. służb specjalnych z SLD, gdy dowiedział się, że dziennik
"Życie" w 1997 przygotowuje materiał o Aleksandrze Kwaśniewskim i
jego kontaktach ze szpiegiem KGB, Ałganowem.
29. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że poseł PiS Antoni Macierewicz ma
przeprosić telewizję TVN za słowa, że "z państwowej kasy dobrowolnie
finansuje się TVN", które padły w jego wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".
30. Sąd Okręgowy w Poznaniu nakazał rozgłośni związanej z PIS , Radiu Maryja
przeproszenie europosła PO Tadeusza Zwiefki za stwierdzenie publicysty
rozgłośni, prof. Jerzego Roberta Nowaka, który powtórzył nieprawdziwą
informację niemieckiej telewizji, według której Zwiefka zamiast uczestniczyć
w obradach Parlamentu Europejskiego, pobrał dietę poselską i wyjechał do Polski.
31. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał wydawcy i naczelnemu redaktorowi,
"Tygodnika Solidarność" ,gazety związanej z PIS, przeproszenie Agory, wydawcy
"Gazety Wyborczej" za to, że w sierpniu 2005 r. w tekście Teresy Kuczyńskiej
"To była nagonka" napisał, że "»Gazeta Wyborcza« woła o inwigilację ugrupowań
prawicowych, o delegalizację ich partii".
32. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że kontrolowany przez PIS
IPN ma przeprosić Adama Michnika za podanie nieprawdziwej informacji,
że jego ojca skazano w II RP za szpiegostwo na rzecz ZSRR.
33. Sąd orzekł, że wszystkie wiadomości i rewelacje podane przez "Rzeczpospolitą" ,
związaną z PIS, na temat posłanki PO Lidii Staroń są nieprawdziwe i naruszają
jej dobra osobiste. We wrześniu 2008 r. dziennik w cyklu artykułów
napisał, że posłanka wzbogaciła się dzięki nowelizacji prawa spółdzielczego,
nad którą w Sejmie pracowała.
34. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał, że przytoczone w opublikowanym w 2006
roku reportażu "Gazety Wyborczej" twoje są policzone" informacje o
nękaniu szykanami, pomówieniami i groźbami osób skonfliktowanych z Kasą
Krajową SKOK były wiarygodne i oddalił w całości pozew powiązanej z
działaczami PIS Centrali SKOK, która domagała się kilkustronicowych
przeprosin od "Gazety" i osób opisanych w reportażu. Sąd stwierdził,
że autorzy publikacji zachowali rzetelność i staranność dziennikarską,
a ich dowody i źródła są wiarygodne
35. Sąd Rejonowy w Szczecinie orzekł, że Małgorzata Jacyna-Witt, radna
i przewodnicząca klubu PiS w sejmiku województwa zachodniopomorskiego,
musi przeprosić prezydenta Szczecina Piotra Krzystka z PO za to, że podczas
konferencji prasowej w kwietniu 2009 r. powiedziała między innymi,
że "prezydent próbuje przekonać, że nie jest oszustem,tylko głupkiem"
i że jest "niezłym cwaniakiem" oraz zarzuciła mu kradzież mieszkania.
36. Sąd Okręgowy w Warszwie wydał wyrok w sprawie pozwu sztabu
Jarosława Kaczyńskiego przeciwko sztabowi Bronisława Komorowskiego,
w którym sztab Jarosława Kaczyńskiego domagał się przeprosin za
wypowiedź, w której Bronisław Komorowski mówił między innymi, że
chciałby "przestrzec przed kłamstwem uprawianym regularnie w ramach
kampanii wyborczej, chciał przestrzec kolegów z PiS: nie róbcie tego
rodzaju świństwa". Sąd oddalił pozew sztabu Jarosława Kaczyńskiego
i orzekł, że Bronisław Komorowski nie musi przepraszać, gdyż "sporna
wypowiedź zawierała informację nieprawdziwą, więc Bronisław
Komorowski miał podstawy by nazwać ją kłamstwem".
37. Gdański sąd oddalił powództwo Jacka Kurskiego, który domagał się
przeprosin od prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego, za jego wypowiedź,
że Jacek Kurski kupił swoją leśniczówkę za bezcen i że dobrze by było,
gdyby CBA zajęło się tą sprawą. 14.04.2011 - Sąd Rejonowy w Gdańsku
odrzucił apelację Jacka Kurskiego uznając, że w świetle zgromadzonych
materiałów, w szczególności operatu szacunkowego dotyczącego leśniczówki,
Jacek Karnowski mógł sformułować taką ocenną wypowiedź i w związku
z tym nie musi przepraszać powoda.
38. Sąd Apelacyjny w Gdańsku orzekł, że Wyszkowski musi przeprosić Lecha
Wałęsę za nazwanie go współpracownikiem SB uznając, że "Wyszkowski
nie przedstawił wystarczających dowodów, aby zarzucić Wałęsie agenturalną
przeszłość" i nakazał mu opublikowanie w popołudniowym paśmie TVP 2
oraz w "Faktach" TVN przeprosin.
39. Elżbieta Jakubiak wyrokiem sądu została zobowiązana do publikacji
przeprosin za naruszenie dóbr osobistych, dobrego imienia i wiarygodności
TVN oraz do przekazania 20 tys. złotych na rzecz Warszawskiego Hospicjum
dla Dzieci. W marcu 2010 posłanka PiS zarzuciła stacji TVN,
że jest w relacji biznesowej, w rezultacie której ma dostać pół
miliarda na stadion w Warszawie, a jako nadawca popiera jedną z sił politycznych.
40. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że Antoni Macierewicz
ma przeprosić ITI za swe słowa z 2007 r. o związkach tej spółki z wojskowymi
służbami specjalnymi PRL i o finansowaniu jej ze środków FOZZ. Sąd uznał,
że pozwany nie wykazał prawdziwości swych słów
41. Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł prawomocnie, że Antoni Macierewicz ma
przeprosić szefa ABW Krzysztofa Bondaryka za nazwanie w 2009 roku
"kryminalną sytuacją" pobierania przez niego pieniędzy od operatora telefonii
komórkowej z zakazu konkurencji.
42. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Jarosław Marek Rymkiewicz
ma przeprosić wydawcę "Gazety Wyborczej" za swoje słowa między innymi
o tym, że redaktorzy "GW" nienawidzą Polski i chrześcijaństwa
43. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że dziennikarze "Gazety Wyborczej"
nie muszą przepraszać Jacka Kurskiego za artykuły o leśniczówce,
w których opisali, jak to ówczesny wicemarszałek województwa pomorskiego
kupił budynek po zaniżonej cenie.
44. Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu w trybie wyborczym orzekł, że poseł
PiS Krzysztof Popiołek ma w ciągu 48 godzin przeprosić posłankę PO
Krystynę Skowrońską na łamach mieleckiego tygodnika "Korso" oraz
wpłacić 10 tys. zł na rzecz Stowarzyszenia Chorych na Stwardnienie
Rozsiane w Mielcu, za podanie nieprawdziwych informacji we wrześniowym
biuletynie partyjnym Ruchu Oporu "Kurier Wyborczy". Sprawa dotyczyła
artykułu "Otwarcie rynku, totalna klapa", w którym Popiołek napisał,
że Skowrońska nie wspierała inwestycji przeciwpowodziowych w regionie,
opowiadała się między innymi za niekaraniem posiadaczy narkotyków,
oraz że "posłanka Skowrońska wyręczała w odpowiedzi ministrów
rządu Tuska przy tym kłamiąc".
45. Sąd Okręgowy w Lublinie orzekł, że radna PiS Elżbieta Dados ma
przeprosić strażnika Straży Miejskiej w Lublinie, za publiczne nieprawdziwe
oskarżenia pod jego adresem.
46. Warszawski sąd okręgowy zakazał posłance PiS Jolancie Szczypińskiej
rozpowszechniania nieprawdziwej informacji, jakoby PO nie miała
programu. Szczypińska ma też sprostować tę informację
poprzez opublikowanie w TVP INFO oświadczenia w ciągu 48 godzin
od uprawomocnienia się orzeczenia.
47. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że PiS musi przeprosić Platformę
Obywatelską za wypowiedzi na temat kampanii PO „Polska w budowie”.
Sąd nakazał rzecznikowi PiS Adamowi Hofmanowi, szefowi sztabu PiS
Tomaszowi Porębie i komitetowi wyborczemu PiS sprostowanie na antenie
TVN24 oraz wpłacenie 10 tys. zł na hospicjum w Krakowie.
48. Zbigniew Ziobro przegrał proces z Grzegorzem Schetyną i musi przeprosić
go za nazwanie "ciemną postacią Platformy", która odpowiada za
nasyłanie służb specjalnych na opozycję. Przeprosiny mają się znaleźć
w GW, Radiu ZET i Radiu Maryja. Ma też Ziobro zapłacić 30 tys. zł na rzecz fundacji.
49. Krakowski sąd zdecydował, że były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro
musi przeprosić doktora Mirosława G. za słowa " już nikt nigdy przez tego
pana życia pozbawiony nie będzie" wypowiedziane na konferencji prasowej
po zatrzymaniu lekarza przez CBA
sobota, 10 listopada 2012
PiSprawda
Gdy okazało się, że trotylu ani nitrogliceryny nie znaleziono, redakcja napisała, że się pomyliła, ale potem słowa "pomyliliśmy się" z oświadczenia wypadły.
Oczywiście nie wchodziło w grę stwierdzenie przez Jarosława Kaczyńskiego, że się pomylił. Z bardzo prostego względu. On się nie myli. Gdy prezes dowiedział się, że redakcja się wycofuje z tego co napisała, prezes powiedział, że on się nie wycofuje. Dlaczego? Bo ma swoje źródło. Jakie? Nie powie. Dlaczego? Bo mamy do czynienia z serią niby - samobójstw, źródło byłoby więc zagrożone. Gdy prezesa spytano co on na oświadczenie gazety, powiedział, że świadczy ono o stanie mediów w Polsce.
Ta antylogika jest absolutnie obezwładniająca. Zgodnie z nią można powiedzieć absolutnie każdą bzdurę, bo korzysta się w ten sposób z wolności słowa. Źródeł ujawniać nie tylko nie trzeba, ale nawet nie można, bo źródłom grozi śmierć. Wycofywać się ze bzdur nie można, bo byłoby to niepatriotyczne.
Słucham to i mam, jak pewnie bardzo wielu Polaków, poczucie absolutnej bezradności. Z drugiej strony skłamałbym mówiąc, że jestem zaszokowany. Prezes i jego zwolennicy, nasi patrioci i przedstawiciele sił niepodległościowych, już ponad 20 lat przyzwyczajają nas do takich myślowych wygibasów, że jeden więcej, jeden mniej, nie robi różnicy.
1. Bracia Kaczyńscy brali udział w obradach Okrągłego Stołu. Ale gdy w wyniku tych obrad władzę przejęła "Solidarność", ale nie oni, okazało się, że Okrągły Stół był aktem zdrady.
2. Bracia Kaczyńscy przekonywali, że rząd Mazowieckiego skumał się z komunistami, a dla unicestwienia tej zmowy niezbędne jest polityczne przyspieszenie i zdobycie władzy przez Lecha Wałęsę. Gdy Wałęsa został prezydentem, ale nie jadł Kaczyńskim z ręki, okazało się, że jest zdrajcą i agentem.
3. W 1995 roku, Jarosław Kaczyński, zaciekły antykomunista, pił wino, gdy okazało się, że zgodnie z jego życzeniami, Aleksander Kwaśniewski pokonał w wyborach Wałęsę.
4. W 2004 roku Jarosław Kaczyński oświadczył, że Polska to Rywinland, ale Polska będzie Polską, gdy tylko zdobędzie władzę. Gdy ją zdobył okazało się, że walka z kontrrewolucją musi potrwać.
5. W 2005 roku Jarosław Kaczyński nie pił już wina za Kwaśniewskiego. Powiedział, że teczka Kwaśniewskiego jest w Moskwie, czyli był on agentem SB albo agentem Moskwy albo jednym i drugim.
6. Na początku pierwszej dekady obecnego stulecia Kaczyński mówił, że Samoobrona to partia stworzona przez SB. W 2006 roku szef partii stworzonej przez SB został wicepremierem, a jego partia koalicjantem PIS.
7. W 2005 roku Kaczyński powiedział, że nie zostanie premierem, bo Polacy nie zaakceptują braci bliźniaków na dwóch najważniejszych stanowiskach w państwie. W 2006 roku zmienił zdanie, usuwając ze stanowiska, jak sam mówił wcześniej "najlepszego z premierów", czyli Kazimierza Marcinkiewicza.
8. W 2005 roku Kaczyński powiedział, że Polską rządzi układ. Dwuletnie poszukiwanie układu doprowadziło do sukcesów - do śmierci Barbary Blidy. Wykryto też przedstawiciela układu - szefa MSWiA, ministra w rządzie PiS, Janusza Kaczmarka.
9. W 2010 roku prezes Kaczyński tuż przed wyborami prezydenckimi złagodniał. Po wyborach oświadczył, bo był na proszkach.
11. W następnych latach "łagodniał" jeszcze kilka razy. Nie wiadomo czy na proszkach, wiadomo, że na krótko.
12. Ostatnio prezes odkrył zamach, tak jak wcześniej odkrył, że Polska to kondominium.
To tylko kilka z przykładów. Nie ma takiej rzeczy i takiej obrazy logiki, której prezes Kaczyński by się nie dopuścił, ale ma on poczucie absolutnej bezkarności. I słusznie! Już tyle lat robi w konia Polaków i wszystko mu uchodzi. Już tyle razy traktował ludzi jak kompletnych imbecyli, a jego elektorat uważa, że "nic się nie stało". Jedzie więc dalej, jazda bez trzymanki trwa.
Niektórym, jak słyszę, nie podobała się ostatnia okładka "Newsweeka". Trudno, ktoś musi mieć odwagę, by jednak białe uznać za białe, a czarne za czarne, by jednak rzeczy nazywać po imieniu, zanim będzie za późno, by nie traktować polityka ubiegającego się o władzę jak rozkapryszonego brzdąca, ale człowieka groźnego tak po prostu, by nie dać się szantażować, że zostanie się nazwanym agentem, kapusiem, bydlakiem i kimkolwiek jeszcze.
Poza wszystkim innym skorzystał "Newsweek" z wolności słowa, która prezes wspierał, wspiera i będzie wspierał.
Z moich informacji wynika, że w najbliższym czasie prezes wypowie wiele słów podłych, padnie wiele oskarżeń poniżej pasa i wiele stwierdzeń urągających elementarnej logice. Mam na to aż cztery źródła. Jakie? Nie powiem. Dlaczego? Bo się boją. Czego? Że zginą. Skąd te obawy? Bo Polska to "zewnętrzna dyktatura". Prawda, że ostatni akapit to jedna wielka brednia? A skąd!
To tylko parafraza.
ŻRÓDŁO
wtorek, 30 października 2012
Kto organizował lot do Smoleńska?
Pan Bronisław Komorowski
Marszałek Sejmu RP
Z upoważnienia Pana Prezydenta RP pragnę poinformować, że na uroczystości 70 rocznicy zbrodni katyńskiej w dniu 10.04.2010 w Katyniu Kancelaria Prezydenta RP organizuje przelot samolotu specjalnego. Obok Pana Prezydenta, w skład wchodzą przedstawiciele rodzin katyńskich, wojska, duchowieństwo, osoby zaproszone przez Pana Prezydenta. Liczba miejsc w samolocie jest ograniczona. Odpowiadając jednak na prośbę Pana Marszałka proponuje udostępnienie miejsc w samolocie dla 12 przedstawicieli parlamentu, po trzech z każdego klubu. W związku z koniecznością prowadzenia dalszych prac organizacyjnych proszę o przekazanie listy osób zgłoszonych na uroczystości.
Władysław Stasiak
czwartek, 13 września 2012
Przemysław Wipler: bigos w głowie i brak zasad moralnych
Parę razy ciepło wspomniałem o Wiplerze, bo jak na posła PiS ma dość rynkowe poglądy. Do czasu, gdy wczytałem się dokładnie w to, co on mówi.
Niewątpliwie ma jedną – raczej rzadką u polityków – zaletę: szczerość. Czasami jest to szczerość zdumiewająca. Jak z wyobrażeń przeciętnego sympatyka PiS o „aferałach”.
Oto jego radiowa (dla TOK FM) wypowiedź przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi: „Przez szereg lat w najlepszych polskich firmach, nie chwaląc się, doradzałem w tym, żeby nie płacić podatków w Polsce (…)podatki w Polsce płacą trzy grupy: ludzie biedni, twardzi patrioci ispółki skarbu państwa”.
To jednak tylko drobny grzeszek wobec tego wyznania (podczas IV Kongresu Republikańskiego, 9 kwietnia 2011): „Drugim moim doświadczeniem takim anegdotycznym była sytuacja, w której złamaliśmy wszelkie przepisy, ale przyznam się do tego i to publicznie, ponieważ wszystko się przedawniło. Jako student postanowiłem z kolegami, że będziemy prowadzić biuro obrotu nieruchomościami, co jest działalnością licencjonowaną. Więc uznaliśmy to, obeszliśmy jako cwani prawnicy, że zamiast tego będziemy sprzedawać informację o dostępnych lokalach. No dobra, później mieliśmy założyć spółkę cywilną, ale po wprowadzeniu za rządów AWS-u nowej ustawy o działalności gospodarczej, okazało się że każdy ze wspólników musi być ZUS-owcem, więc uznaliśmy, że to będzie tragedia i że na ZUS nam nie zarobimy. Zbyt duże jest ryzyko, że na ZUS nie zarobimy. Założymy to na ojca naszego kolegi, któremu rozszerzymy zakres PKD. No i trzeci przepis, który już ordynarnie złamaliśmy to jest przepis, że prowadziliśmy tę działalność w siedzibie partii politycznej Unia Polityki Realnej, w której nic się nie działo były wakacje, sierpień, wrzesień. Korwin-Mikke tylko powiedział: wiecie, że my nie możemy tego lokalu, bo to jest lokal z miasta, na działalność gospodarczą. Tak, tak wiemy. I to był okres bonanzy – moich pierwszych dużych doświadczeń jako przedsiębiorcy”.
Ciekawe, dlaczego człowiek z takim podejściem do uczciwości postanowił zostać posłem akurat Prawa i Sprawiedliwości? Może dlatego, że był wtedy dyrektorem departamentu w ministerstwie, a akurat rządziło właśnie PiS? A może uznał, że tam pasuje najbardziej? A może jedno i drugie?
Drugą dominującą cechą Przemysława Wiplera jest umiejętność godzenia kompletnie sprzecznych poglądów. Tu akurat świetnie pasuje do swoich partyjnych towarzyszy, ale i tak wyróżnia się na tle przeciętnej.
W „Liście do koleżanek i kolegów z Nowej Prawicy i UPR” (http://wpolityce.pl/artykuly/16010-list-do-kolezanek-i-kolegow-z-upr-i-nowej-prawicy-nie-popre-zadnej-propozycji-ustawy-podnoszacej-opodatkowanie) opublikowanym (07.10.2011) po decyzji o kandydowaniu do Sejmu napisał: „Nie poprę żadnej propozycji ustawy podnoszącej opodatkowanie naszej pracy ani konsumpcji. Będę inicjował i wspierał aktywnie wszelkie działania mające na celu zmniejszenie ilości naszych pieniędzy wydawanych przez urzędników i zmniejszenie zakresu ich ingerencji w nasze życie”. Jakoś nie przeszkadza mu to w poparciu opodatkowania – i to obrotów, a nie zysku – sklepów: „»Chcemy wprowadzić próg, np. podobnie jak na Węgrzech – 2 mln euro rocznego obrotu, do którego firma będzie z podatku zwolniona. Powyżej niego byłby to 1 proc. od finalnego obrotu«” – mówi poseł PiS Przemysław Wipler, który przewodniczył zespołowi opracowującemu projekt ustawy” (Rzeczpospolita, 31.12.2011).
Wipler domaga się wprowadzenia kolejnego urzędu kontrolującego… inne urzędy (06.06.2012. w klubie „Piwnica pod Harendą”: „Młody poseł PiS mówił m.in. o konieczności powołania instytucji Rzecznika Praw Podatnika. – Obecnie nie ma w administracji polskiej takiego urzędu, który na bieżąco monitorowałby działania ministra finansów, aparatu skarbowego, sądów administracyjnych orzekających w sprawach podatków – zauważył Wipler”), głosząc jednocześnie takie poglądy: „Pisałem pracę magisterską o libertarianiźmie (…) nie miałbym serca dla takich działań, gdybym uważał, że remedium na chore państwo jest rozrost jego agend i większa kontrola nad urzędami” (korespondent.pl, 29.08.2005).
Najwyraźniej tę sprzeczność w poglądach widać tam, gdzie dochodzi do zderzenia osobistych interesów Wiplera i oficjalnych poglądów politycznych. Zgadnijcie, co bierze górę? Gdyby zagadka była za trudna, zamieszczam drobną podpowiedź.
„Chronologicznie, nadzieję na sukces upatruję w poparciu przez: studentów i absolwentów wydziału prawa UW (byłem przewodniczącym zarządu samorządu wydziału), kolegów i koleżanek z KoLibra, byłych członków UPR, czytelników Najwyższego Czasu (prawie dwa lata pracowałem w redakcji i publikowałem regularnie teksty), taksówkarzy (pomagałem im merytorycznie podczas strajków przeciwko montowaniu kas fiskalnych)” (korespondent.pl, 29.08.2005).
„Bez silnych stowarzyszeń, fundacji, obywatelskich mediów – sferę publiczną zawłaszczają osoby i grupy interesów gotowe wykładać środki i podejmować walkę o korzystny dla siebie kształt prawa. W konsekwencji prawo to zabezpiecza interesy tych grup co do zasady kosztem dobra wspólnego. Efektem całościowego procesu jest korporacyjne ukształtowanie życia publicznego – powstawanie kolejnych zamkniętych grup zawodowych niepoddanych realnej zewnętrznej kontroli, ustanawianie przywilejów grupowych czy wreszcie uwłaszczanie się całych (czasem bardzo nielicznych) grup osób i podmiotów nie tylko na mieniu publicznym, ale wręcz na stałych transferach do ich kieszeni podatków i innych danin publicznych” (Niezależna Gazeta Obywatelska, 15.02.2011).
I na koniec prawdziwa perełka: połączenie szczerości i niezmiernie dobrego mniemania o sobie: „Podstawowy problem, który mamy z wolnością gospodarczą to jest problem z politykami, z politycznością (…) na marginesie powiem, jest to strasznie absurdalne przykład ministra Wilczka i to, że został wypromowany na takiego promotora wolności gospodarczej, ojca wolności gospodarczej - jest dla mnie jedną z miar patologii III Rzeczpospolitej. Apogeum dla mnie było to, że kandydat na prezydenta RP Jarosław Kaczyński został wpuszczony przez swoich doradców i podczas debaty prezydenckiej przytaczał, że trzeba wprowadzić ustawę Wilczka” (IV Kongres Republikański, 9 kwietnia 2011).
Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ten wpuszczany przez swoich doradców Jarosław Kaczyński wreszcie zmądrzeje i zacznie się słuchać przede wszystkim Przemysława Wiplera.
Jerzy Skoczylas
środa, 18 lipca 2012
Kuzyn prezydenta na trzech etatach. Wypych: Kaczyński nie zatrudnia rodziny
Więcej niż prezydent
O nieznanym plastyku napisał "Dziennik Gazeta Prawna". Brat cioteczny prezydenta "jednocześnie miał posady w: stołecznych wodociągach (już tam nie pracuje) zarabiał 5-6 tys. zł brutto, w TVP (8 tys. plus premie), w Orlenie około 18 tys. W sumie ponad 30 tys., czyli więcej niż Lech Kaczyński.
Tomaszewski pracował więc na trzech pełnych etatach jednocześnie. Do tego w branżach egzotycznych z punktu widzenia jego kwalifikacji.
Kuzyn od wszystkiego
W warszawskich wodociągach Tomaszewski popisał się niecodziennymi pomysłami na promocję przedsiębiorstwa. Plastyk planował budowę specjalnej kurtyny wodnej do widowisk światło-dźwięk. Instalacje przeszklonych wind i taras widokowy. Pracownicy wodociągów zgodnie powtarzają, że projekty były "niezwykle kosztowne i trudne w realizacji".
Stanowisko miał mu załatwić związany z PiS Stanisław Bortkiewicz, ochrzczony przez prasę "supermanem Kaczyńskich".
- Sam pan Tomaszewski był trudny do uchwycenia. Nawet przez komórkę. Rzadko pojawiał się w pracy - tłumaczy dziennikarzom gazety Joanna Korzeniowska z Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Mimo to zarabiał 2-3 tys. zł więcej niż inni pracownicy na tych samych stanowiskach.
Zatrudniony, nieobecny
W kwietniu 2007 r. prezesem TVP został Andrzej Urbański, były szef kancelarii prezydenta Kaczyńskiego - czytamy. Niedługo potem Tomaszewski został zatrudniony w dziale kadr TVP.
Wiadomo, że zarabiał 8 tys. zł. plus premie motywacyjne. Kuzyn dostał także posadę doradcy prezesa Orlenu. Pensja: 18 tys. zł. W Orlenie Tomaszewski znowuż popisał się odlotowymi pomysłami. Pracował nad wyświetlaniem reklam koncernu na... chmurach. W tym celu chciał ściągnąć speców z Australii.
O pomysłach plastyka wspomina Piotr Kownacki, były szef Kancelarii Prezydenta i były prezes Orlenu. - Zadzwonił do mnie w czasie długiego weekendu i zaproponował kupno tronu Augusta Mocnego - wspomina.
"Chcieli wykorzystać talent Tomaszewskiego"
Doniesieniom gazety nie dowierza prezydencki minister Paweł Wypych. - Nie sądzę, żeby prezydent Kaczyński miał cokolwiek wspólnego z zatrudnianiem rodziny - zapewniał w TVN24 polityk.
- To także pytanie do szefów firm, co skłoniło ich do zatrudniania. Może chęć wykorzystania talentów tego pana jako artysty, jako architekta - dodał.
Źródło
poniedziałek, 16 lipca 2012
Kto zdradza L. Kaczyńskiego o świcie, przy obiedzie i wieczorem
Zagadka pierwsza – co robiło stu posłów PiS w Smoleńsku, 10 kwietnia 2010 roku, w trzy godziny po tragedii? Odpowiedź – jedli obiad. Nie wierzycie Państwo? To się ich zapytajcie. Po tym, jak już się pomodlili za zmarłych i oddali im część, udali się do restauracji, żeby zjeść obiad. Głównym zaganiającym do autobusów i zachęcającym do jak najszybszego wyjazdu ze Smoleńska, był Antoni Macierewicz. Nie potrafię zgadnąć dlaczego setka polskich parlamentarzystów, posiadających paszporty dyplomatyczne, mających immunitety, nie przebiegła tych kilka kilometrów, które dzieliły ich od miejsca katastrofy, i nie pomagała ekipom ratunkowym w akcji. Dlaczego nie pobiegli tam i nie zabezpieczali terenu? Dlaczego nie fotografowali miejsca tragedii? Dlaczego dali się, jak barany, zamknąć w autobusach i zawieźć na obiad? Mam do nich tylko jedno pytanie – smakowało?
A teraz druga zagadka? Kto i w jakim czasopiśmie określił w tym tygodniu Lecha Kaczyńskiego takimi oto słowami – „był żenującym przez swe gafy, lapsusy czy komiczność wystąpień telewizyjnych, z recytatorsko – deklamacyjnym mruczandem i z łapkami Gucia – Pucia trzymanymi przed sobą w manierze szkolnej prymuski.” I dalej: „wypiął” się na obchody rzezi wołyńskiej, bo „akurat podlizywaliśmy się haniebnie probanderowskim Ukraińcom”. Ten sam autor w tym samym tygodniu, parę akapitów dalej, przyznaje rację księdzu Isakowiczowi-Zalewskiemu, kiedy pisał, że „Prezydent Lech Kaczyński dla mnie ikoną nie jest (…) Nie był mężem stanu, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie wykorzystał siły swej prezydentury (…) Miał masę fatalnych posunięć (…) Nie sądzę, że powinien spoczywać na Wawelu”. Nie, to nie jest redaktor Maziarski w Newsweeku, to także nie jest Tomasz Wołek w „Gazecie Wyborczej”. Te słowa napisał Waldemar Łysiak w tygodniku niepokornych pod tytułem „Uważam Rze”. Chciałbym się zapytać, czy w przyszłym tygodniu mają zamiar niepokorni opublikować coś obrzydliwego o ojcu Kaczyńskich? A może coś o Marii Kaczyńskiej – że też nie powinna spoczywać na Wawelu? A może zamówicie i zapłacicie za artykuł Januszowi Palikotowi o Przemysławie Gosiewskim? Dlaczego nie? Jak opublikowaliście ten atak na Lecha, to dlaczego nie macie uderzyć w osoby pomniejsze politycznie? Może jeszcze raz oddacie swoje szpalty Łysiakowi?
Trzecia zagadka – kto w ostatnim czasie mówił o konieczności rewizji polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego? Kto z polskiej klasy politycznej, w zeszłym miesiącu, chciał odebrania Ukrainie możliwości organizowania ME w piłce i przeniesienia ich do Niemiec? Kto przyłączył się do głównego nurtu polityki europejskiej i wraz z nim robił wszystko, by Ukraińcy nigdy już nie mieli szansy na członkostwo u UE ? Nie, to nie był Radosław Sikorski. Nie, to także nie byli Bronisław Komorowski i Donald Tusk (cała trójka aktywnie wspierała naszych ukraińskich partnerów). Tym kimś był Jarosław Kaczyński – brat tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego, twórcy polityki określanej jako „jagiellońska”.
W związku z powyższym mam prośbę do polityków PiS, do redaktorów niepokornych oraz do samego Jarosława Kaczyńskiego – nigdy, ale to już naprawdę nigdy, nie powołujcie się na dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, nie rezerwujcie sobie prawa do niego, nie biczujcie wszystkich swoim bólem i przywiązaniem do byłego prezydenta. Bo zdradziliście go i zdradzacie – o świcie, przy obiedzie i wieczorem
Żródło
sobota, 21 kwietnia 2012
Krzysztof Łoziński: Ekspert… od bredni
Na czym oparte są te schizofreniczne teorie o bezśladowym zamachu i samolocie co ścina brzozy i leci dalej? Na przedziwnej ekspertyzie Wiesława Biniendy przedstawianego jako „profesor fizyki pracujący w USA, ekspert NASA”. Dziwi mnie, czemu nikt z dziennikarzy nie zainteresował się dotąd, kim naprawdę jest Wiesław K. Binienda, bo według moich ustaleń, nie jest ani profesorem w polskim tego słowa znaczeniu, ani fizykiem, ani ekspertem NASA i obecnie wcale w NASA nie pracuje. Jedyne z tej wizytówki, co jest prawdą, to to, iż pracuje w USA.
Od początku zwróciło moją uwagę to, że człowiek przedstawiany jako profesor fizyki z USA wygaduje, na temat fizyki właśnie, takie bzdury, iż nie powinien nie tylko uzyskać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jednocześnie używa skomplikowanych programów komputerowych do obliczenia wytrzymałości brzozy i skrzydła samolotu, nie znając dokładnej budowy tego skrzydła, wymiarów, przekroi, materiałów, kształtu profili konstrukcji… Jakim cudem fizyk, może obliczać wytrzymałość czegoś, o czym nie wie, jak jest zbudowane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna różnica w kształcie profilu i w składzie stopu, z którego jest wykonany, może radykalnie zmieniać jego właściwości? Co to za fizyk, który nie wie, że w przypadku prowadzenia obliczeń, w których dane wyjściowe znane są w przybliżeniu (Binienda ani PiS nie mają dokumentacji technicznej tego samolotu), następuje zjawisko mnożenia błędu i błąd końcowy może nawet przekroczyć sto procent uzyskanego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teoria jest błędna, jeśli przeczą jej fakty empiryczne (brzoza została złamana, a skrzydło odpadło, więc wszelkie teorie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie uderzyło w brzozę, są do bani i już)?
Zacząłem szukać. Najpierw znalazłem list otwarty w „Kontratekstach”, o którym już nie pamiętałem. Jest to „Petycja w sprawie dyskryminacji obywateli polskich” z dnia 13 stycznia 2008, w której grupa sygnatariuszy użala się, iż nie mogą być zatrudniani na polskich uczelniach, bo pracują za granicą, gdzie nie istnieje habilitacja i stopień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrudnienia potrzebna jest habilitacja lub „znaczne i twórcze osiągnięcia w pracy naukowej”. Jednym z sygnatariuszy jest: „Wiesław K. Binienda, The University of Akron, Akron, OH, USA”.
A to ci dopiero! Profesor fizyki, Wiesław Binienda, jak sam uważa, nie ma habilitacji oraz „znacznych i twórczych osiągnięć w pracy naukowej”. Zaznaczam, to nie ja tak uważam, to on sam się pod tym podpisał.
No to szperamy dalej i… bingo! Wiesław Binienda ukończył w 1980 roku Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych Politechniki Warszawskiej. Nie jest więc fizykiem, tylko inżynierem od samochodów i traktorów. Fizyki nie studiował, przynajmniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).
No dobrze, a może nauczył się później? W końcu ja też nie studiowałem dziennikarstwa i politologii, a od 30 lat się tym zajmuję, tylko właśnie matematykę i fizykę. Czemu więc odmawiać prawa bycia fizykiem Biniendzie? A no temu, że z jego publicznych wypowiedzi wyziera kompromitujący wręcz brak znajomości elementarnych praw fizyki i to takich ze szkoły średniej (o tym dalej).
A jak to jest z tym profesorem? W systemie amerykańskim słowo „profesor” nie oznacza stopnia naukowego, tylko etat wykładowcy na uczelni. W znaczeniu amerykańskim Binienda profesorem jest, bo rzeczywiście pracuje w Colegium of Engineering (Szkole Inżynierskiej) University of Akron, w Akron w stanie Ohio. Po angielsku brzmi to niemal jak Oxford lub Sorbona, ale jest to typowa prowincjonalna szkółka prywatna, która w amerykańskich rankingach wyższych uczelni nawet nie jest notowana (a przynajmniej nie znalazłem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym polskie Skierniewice, choć pod względem liczby mieszkańców, to co najmniej Radom. Nie wielkość miasta jest tu jednak istotna (Berkeley to też nie gigant, a uczelnia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kolegów fizyków spytał, to o ośrodku badawczym fizyki w Akron nie słyszał.
Owszem, w języku angielskim, w USA, Binienda ma prawo używać tytułu „profesor”, ale źle jest, jeśli przenosi ten tytuł do Polski i nie protestuje, gdy na konferencjach PiS przedstawiany jest jako „profesor fizyki”. Uczciwie powinien powiedzieć: - Sorry, nie jestem fizykiem i profesorem, jestem inżynierem i mam tylko doktorat. I nikt by nie miał do niego pretensji. Ale wykorzystywanie w Polsce tego, że słowo profesor po angielsku znaczy co innego, niż po polsku, jest po prostu nieuczciwe. Podobnie jest ze słowem „student”, które po angielsku oznacza ucznia, a nie studenta, a mimo to uczniowie amerykańskich szkół średnich nie twierdzą w Polsce, że są studentami wyższych uczelni. Doktor inżynier na pewno nie jest profesorem doktorem habilitowanym fizyki, więc niech takowego nie udaje.
Kim zatem jest Wiesław Binienda w tej Szkole Inżynierskiej (Colegium of Engineering) Uniwersytetu w Acron? Jest dziekanem Department of Civil Engineering, co po przetłumaczeniu na język polski oznacza Wydział Inżynierii Lądowej i Wodnej (civil engineering – inżynieria lądowa i wodna; słownik angielsko-polski).
Reasumując: Wiesław K. Binienda nie jest amerykańskim odpowiednikiem profesora na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, tylko inżynierem doktorem, dziekanem Wydziału Inżynierii Lądowej na amerykańskim odpowiedniku Wyższej Szkoły Inżynierskiej w Radomiu. Nie mam nic przeciw WSI w Radomiu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.
I tu zaczyna być coraz dziwniej. Dziekan inżynierii lądowej twierdzi, że „brzoza to miękkie drewno”. To pan inżynier dziekan nie wie o istnieniu tablic wytrzymałości materiałów używanych przez inżynierów budowlanych? Ja bez trudu znalazłem odpowiednia tabelę twardości drewna:
Twardość drewna w MPa
- świerk 27 MPa,
- sosna 30 MPa,
- jodła 30 MPa,
- modrzew 38 MPa,
- brzoza 49 MPa,
- jesion 56 MPa,
- dąb 60 MPa.
Jak widać z przytoczonych danych, twardość drewna brzozowego jest tylko niewiele mniejsza, o 7 MPa, od twardości jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacznie większa (niemal dwa razy) od twardości świerku, z którego wykonuje się większość drewnianych konstrukcji w budownictwie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzozowe jest „miękkie”. Zgodzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyjmiemy twardość dębu za 100%, to twardość brzozy wyniesie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Niestety panie inżynierze, teoria o „miękkim patyku” leży gruzach. Zresztą nie trzeba być inżynierem ani fizykiem. Każdy polski wieśniak rąbiący drewno na opał wie, że piłowanie i rąbanie brzozy to ciężka robota, a miękkie są tylko cienkie tegoroczne gałązki, ale nie pień o grubości 46 centymetrów!
I tu kolejne twierdzenie pana doktora inżyniera: Na wiosnę w drzewie są soki i skutki zderzenia powinny być mniejsze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inżynier doktor nie wie, że ciężar właściwy (więc i całkowity) mokrego drewna jest istotnie większy, niż suchego? To pan inżynier doktor nie wie, że skutki zderzenia z masywniejszą przeszkodą są groźniejsze, niż z przeszkodą lżejszą? Do tej wiedzy nie trzeba być fizykiem ani inżynierem. W liceum uczą. Z mechaniki Newtona to wynika.
Pan doktor inżynier twierdzi też, że zderzenie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzydło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spadło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samolot miał prędkość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzydło z wysokości ok. 6 m spadło 11 m dalej, jego prędkość po zderzeniu musiałaby być znikoma. Taka prędkość człowiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Oznacza to, że niemal cała energia kinetyczna skrzydła została pochłonięta przy zderzeniu, a to z kolei znaczy, że siły działające w tym momencie musiały być gigantyczne. No to jak panie inżynierze, zderzenie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprzecza sam sobie.
Mógłbym tak znęcać się dalej. Lektura strony internetowej Wiesława Biniendy też jest ciekawa. Słowo profesor powtarza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet niezły kompleks. Wykaz bibliografii imponujący, 148 pozycji, bóg wojny w nauce, Einstein wysiada! Tylko jak się temu przyjrzymy krytycznie, to bardzo to blednie. Są dwie książki, ale obie pod identycznym tytułem, tylko w innym częściowo składzie autorów. W pierwszej jest trzech autorów, w drugiej sam Binienda. Druga różnica, to rok wydania. Czy aby nie są to dwa wydania tej samej pozycji? Treści żadnej z tych 148 publikacji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.
Dalej są 4 artykuły wstępne, 40 artykułów prasowych (w prasie specjalistycznej), 66 sprawozdań i innych publikacji, 20 publikacji NASA i 6 aplikacji patentowych. W sumie 148. Niemal wszystko to prace zbiorowe. Przyglądając się temu szumowi zauważam, że niektóre pozycje są chyba sztucznie rozmnożone. Np. w publikacjach NASA znajdujemy dwie pozycje:
1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-C racked Plate: Part I - Theoretical Development,” NASA TM 1 05766, 1992.
2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Calculation of Stress Intensity Factors in an Isotropic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Implementation,” NASA TM 105823, 1992.
Nie trudno zauważyć, iż są to dwie części jednej publikacji. Po co robić z tego dwie pozycje w bibliografii? Dalej w wielu miejscach, sądząc po bardzo podobnych tytułach i identycznym składzie autorów, odnoszę wrażenie, że mogą to być powtórzone te same artykuły w różnych czasopismach. Szkoda, że nie można ocenić treści, bo jest niedostępna.
Niestety znów mam wrażenie, iż pan inżynier ma wielką potrzebę brylowania i podkreślania swojej wielkości.
A jak to jest z tym „ekspertem NASA”. Wiesław Binienda niewątpliwie pracował dla NASA w wieloosobowym zespole badającym wytrzymałość materiałów. W żadnej z publikacji NASA nie występuje samodzielnie. Moi informatorzy twierdzą, iż zespół ten wykonywał typowo pomiarowe prace laboratoryjne. Co by to nie było, dla NASA pracował, tylko czy jako ekspert?
Wchodzę na strony NASA i szukam nazwiska Binienda. Odpowiedź wyszukiwarki za każdym razem brzmi: Invalid Request – w wolnym tłumaczeniu: błędna prośba. Jednym słowem w zasobach stron NASA takiego nazwiska nie ma. Reasumując: Binienda niewątpliwi uczestniczył w jakiś pracach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stronach NASA go nie ma. Czy więc nazywanie go „ekspertem NASA” to nie przesada?
No i teraz, co ja o tym wszystkim myślę. Jakoś nie wierzę, by absolwent Politechniki Warszawskiej i pracownik nawet najbardziej prowincjonalnej uczelni amerykańskiej do tego stopnia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest inaczej. Myślę, że Wiesław Binienda, z powodu albo ideologicznego zaślepienia, albo z powodu chęci brylowania i leczenia kompleksów, robi rzecz w nauce niedopuszczalną. Założył sobie z góry kompletnie nieprawdziwą tezę, że w Smoleńsku był zamach, i kombinując jak koń pod górę, naginając fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udowodnić. W oczach ludzi wykształconych kompromituje się i ośmiesza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gromady nieuków i ćwierćinteligentów z PiS-u. Ci ignoranci, ale jakże wszechstronni, z Kaczyńskim i Giżyńskim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci panowie, z powodu swego nieuctwa, nie wiedzą, że w każdej nauce istnieją ludzie głoszący tak zwane poglądy odosobnione. Środowiska naukowe nie traktują ich poważnie. Co innego takie ciała, jak zespół Macierewicza, które mają ideologiczne zamówienie na udowodnienie kompletnej nieprawdy. Dedykuję twierdzenie Petera: „Nawet największa liczba ćwierćinteligentów nie daje jednego inteligenta”.
Na koniec przytoczę pewną znamienną anegdotkę krążącą na Wydziale Fizyki w moich czasach studenckich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wróblewski, na egzaminie z fizyki doświadczalnej, postawił na biurku szklankę z wodą i spytał studenta: - Proszę pana, dlaczego ta szklanka jest cieplejsza nie z tej strony, z której pada na nią światło słoneczne, tylko z przeciwnej? Student zaczął kombinować o załamaniu, odbiciu i tak dalej, aż w końcu wyprodukował teorię tłumaczącą zjawisko. Wówczas profesor powiedział: - Nie, bo ją obróciłem.
Ta anegdota pokazuje rzeczywiste zjawisko występujące w pseudonauce. Jeśli robi się to, co robi Wiesław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selekcjonując fakty i naginając prawa, można udowodnić każdą bzdurę. Internet jest pełen tego rodzaju dowodów i takich ekspertów.
Kaczyński o "Titanicu" - cała prawda o katastrofie
Dokładnie wiek temu, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 r., ok. 385 mil morskich na południe od Nowej Fundlandii, doszło do najbardziej znanej katastrofy morskiej w historii. W świetle słów znanego polskiego polityka Jarosława Kaczyńskiego zatonięcie RMS Titanic nabiera nowego sensu.
Mainstreamowe media uporczywie przedstawiają tę tajemniczą i dotychczas niewyjaśnioną katastrofę jako romantyczną opowiastkę o milionerach żegnających wsiadające do nielicznych łodzi ratunkowych żony i w spokoju idących wypalić cygaro i wypić ostatnią brandy w oczekiwaniu na śmierć oraz o damach i dżentelmenach bawiących się na tonącym po zderzeniu z górą lodową statku przy dźwiękach do końca grającej orkiestry.Kłamstwo Hollywood
Dziś wiemy, że wersja ta jest kłamliwa. Pomimo wielomilionowego wsparcia udzielonego m.in. przez Hollywood oraz ludzi, którym zależy na ukryciu prawdy, to bezczelne kłamstwo zostało odkryte. Dziś coraz więcej faktów wskazuje na niewyjaśnione okoliczności zatonięcia transatlantyku.
Dziwne jest, jak bardzo szybko przyjęto, że "Titanic" zatonął po zderzeniu z górą lodową. Wciąż nie wiadomo jednak, jak góra z zamarzniętej wody i to taka, która szybko topniała w wiosennej temperaturze, mogła rozerwać stalowe poszycie potężnego liniowca. Według znanego polskiego specjalisty, doktora nie-fizyki Jarosława Kaczyńskiego wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment, biorąc metalową łyżkę do lodów i wbijając ją w porcję lodów - to przecież lody są przecięte, nie łyżka.
Kolejną tajemnicą jest sam moment zderzenia. Jak mogło dojść do tego, że pomimo zauważenia góry lodowej statek - wcześniej swobodnie manewrujący w wąskich portach - nie mógł wykonać uniku? Czyżby wcześniej został "obezwładniony" w wyniku dwóch silnych wstrząsów?
Bez wraku!
Dziwne jest także, że tak silnie lansowaną hipotezę o górze lodowej stworzono bez znalezienia wraku, i to pomimo tego, że pozycja statku w momencie zderzenia była znana. Według opracowanych w polskim parlamencie, przy udziale znanych amerykańskich profesorów, nowoczesnej teorii żadnej katastrofy nie da się całkowicie wyjaśnić, nie posiadając wraku.
Nie wyjaśniono także innych okoliczności - nie przebadano ciał ofiar, nie przeprowadzono w ogóle sekcji zwłok! Nie przekopano miejsca zdarzenia! Co więcej, dopuszczono, aby zarówno wrak, jak i ciała zostały dokładnie obmyte przez ocean, niszcząc w ten sposób kluczowe dowody w sprawie.
Przyjęta przez mainstreamowe media hipoteza o śmierci kapitana "Titanica" w katastrofie bez formalnego aktu zgonu i nawet bez odnalezienia ciała musi dziś budzić zastrzeżenia. Dlaczego śledczym tak spieszyło się zakończyć śledztwo i stwierdzić, że główny świadek zdarzenia nie żyje? Dlaczego już dzień po tajemniczym zatonięciu założyli, że kapitan nie przeżył zatonięcia transatlantyku? Nie od wczoraj mówi się o świadkach, którzy widzieli, jak szybka milicyjna motorówka odwozi go do Stoczni Gdańskiej...
Seria nieprawidłowości
Cały czas na wyjaśnienie oczekuje być może najbardziej tajemniczy wątek katastrofy - opisanie jej ze wszystkimi szczegółami przez amerykańskiego pisarza Morgana Robertsona w powieści wydanej już 14 lat przed zatonięciem statku. Znaczące jest całkowite pominięcie tego wątku w prowadzonym śledztwie.
Ważniejszy jest jednak szerszy kontekst tej tajemniczej katastrofy. Bez żadnych wątpliwości należy stwierdzić, że stanowi ona ilustrację kryzysu państwa, w jakiej w drugiej dekadzie XX w. pogrążyła się Wielka Brytania i jaki trwa po dziś dzień.
Ówczesny brytyjski rząd Herberta H. Asquitha nie potrafił zapewnić bezpieczeństwa nie tylko swojemu największemu, sztandarowemu Statkowi Poczty Królewskiej (Royal Mail Steamer), ale także znajdującej się na jego pokładzie nieomalże całej elicie oraz przewożonym setkom paczek, w tym zawierającym ważne dokumenty. Śledztwo, choć ukierunkowane na z góry przyjętą tezę o zderzeniu z górą lodową, ujawniło szereg nieprawidłowości - statek nie miał dostatecznej liczby łodzi ratunkowych, procedur nakazujących radiotelegrafistom przekazywanie ostrzeżeń o górach lodowych na mostek, a sami telegrafiści nie dysponowali jasnymi regułami, jaki sygnał - CQD czy SOS - powinni nadawać w przypadku niebezpieczeństwa.
Statek zamiast czerwonych wystrzelił z niewiadomego powodu białe rakiety, potwierdzona została obecność drugiego statku w zasięgu wzroku "Titanica", który oddalił się, nie udzielając pomocy. Tuż przed zdarzeniem oficer pokładowy wydał rozkaz "prawo na burt" na rumpel, a nie na ster. Czy mogło to zmylić sternika?
Kolumnę Nelsona zdemontować!
W każdym cywilizowanym kraju seria takich nieprawidłowości zakończyłaby się nie tylko dymisją premiera, ale także dymisją twórców brytyjskiej potęgi morskiej królowej Elżbiety I i jej kapitana F. Drake'a oraz demontażem kolumny admirała Nelsona, który tę potęgę ugruntował.
Wiele niechętnych Wielkiej Brytanii rządów czy grup politycznych miało powody, aby doprowadzić do spektakularnej katastrofy sztandarowego statku brytyjskiej marynarki handlowej - mogła być to zarówno zemsta Hiszpanów za odwrót Wielkiej Armady czy Francuzów za Trafalgar, jak i efekt rywalizacji z Niemcami o panowanie na morzach i oceanach, odwet za kryzys marokański. W Wielkiej Brytanii duże znaczenie miały grupy polityczne godzące się na politykę ustępliwości, nieprzywiązane do idei obrony suwerenności Zjednoczonego Królestwa. Czyżby pasażerowie "Titanica" zostali zdradzeni po zachodzie?
Wrak Royal Mail Steamer "Titanic", odkryty w 1985 r., w dalszym ciągu nie został zwrócony Wielkiej Brytanii, co więcej - prawo do niego uzyskała spółka amerykańsko-francuska. Jest to niebywała kompromitacja rządu sprawującej wówczas funkcję brytyjskiego premiera Margaret Thatcher i jej polityki zagranicznej. Dla jej oceny nie mają przecież znaczenia takie szczegóły jak wzrost gospodarczy, zawarte umowy międzynarodowe czy reformy budżetowe - o skuteczności polityki decydują wraki i sprowadzenie tychże do kraju. Popularność Żelaznej Damy w brytyjskim społeczeństwie i jej wygraną w kolejnych wyborach w Wielkiej Brytanii tłumaczyć można tylko bezczelnym kłamstwem establishmentu.
Kłamstwo to upadnie niczym domek z kart w dniu, w którym ujawniona zostanie cała prawda o katastrofie RMS Titanic.
W ogóle w wyniku katastrofy "Titanica" i jej następstw do dymisji powinni podać się wszyscy premierzy świata poza Jarosławem Kaczyńskim - ich rządy skompromitowały się w stopniu tak dalekim, że w każdym cywilizowanym kraju tego samego dnia otrzymałyby dymisję.
Nie ulega wątpliwości, że opozycja brytyjska nie podniosła wszystkich tych wątpliwości w trakcie śledztw po katastrofie "Titanica" ani po odnalezieniu wraku.
Nie ulega wątpliwości, że na czele brytyjskiej opozycji stoją ludzie poważni, nie błazny.
Źródło
poniedziałek, 17 października 2011
czwartek, 22 września 2011
piątek, 16 września 2011
PIS PARTIA PRZEGRANYCH!
Kolejny przegrany proces działacza PIS, Zbigniewa Ziobro o zniesławienie konkurenta politycznego potwierdza skłonności liderów tej partii do budowania własnego image kosztem pomawiania konkurentów politycznych o różne przewiny i nieprawości.
Trzeba przypomnieć, że w ostatnich dwóch miesiącach miały miejsce przegrane procesy o pomówienia:
- Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 7 lipca nakazujący przeprosić wydawnictwo Agora za porównanie "GW" do "Trybuny Ludu z 1953 r." (organu KC PZPR w okresie stalinizmu), oraz twierdzenia, że Agora jest "pod kontrolą postkomunistycznej oligarchii" i "ma związki finansowe z układem oligarchicznym".
Sąd stwierdził, że Kaczyński nawet nie podjął próby dowiedzenia swoich twierdzeń. - Prawa i Sprawiedliwości – wyrok z 24 sierpnia orzekający, że PiS musi publicznie sprostować wszystko, co posłowie tej partii mówili złego o kampanii informacyjnej Platformy "Polska w budowie".
- Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 8 sierpnia.Sąd stwierdził, że Jarosław Kaczyński ma zaprzestać rozpowszechniania informacji, że PSL lub część posłów ugrupowania głosowało za legalizacją miękkich narkotyków. Dodatkowo na antenie TVP Info w ciągu 48 godzin, w godzinach od 12 do 14 ma być wystosowane sprostowania na całym ekranie odczytane wolno i wyraźnie o treści: Jarosław Kaczyński oświadcza, że jego wypowiedź, że PSL lub część jego posłów głosowało ws. miękkich narkotyków, żeby zalegalizować ich użytkowanie, jest nieprawdziwe.
- Zbigniewa Ziobro – wyrok z 17 września – Sąd zdecydował, że Zbigniew Ziobro musi przeprosić Grzegorza Schetynę za nazwanie go „człowiekiem, który odpowiada za ciemne sprawki i nadużycie wobec opozycji”. Przeprosiny ma wyemitować Radio ZET i Radio Maryja. Ponadto Ziobro musi wpłacić 20 tys zł. na konto fundacji „Kogo?”.
Należy jeszcze dodać, że w ubiegłej kampanii prezydenckiej Jarosław Kaczyński musiał oficjalnie przeprosić Bronisława Komorowskiego za wypowiedzi sugerujące, że jako kandydat PO na prezydenta jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali.
W świetle tylu przegranych procesów liderów PIS o pomówienia śmiało można powiedzieć, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią przegranych.
Trzeba zapytać: Czy w sytuacji kiedy liderzy partii stosujący w walce politycznej pomówienia szkalujące politycznych konkurentów mają predyspozycje moralne do ubiegania się o zdobycie władzy w państwie?
Odpowiedź może być tylko jedna.
NIE MAJĄ!
wtorek, 13 września 2011
Smoleńsk. Zapis śmierci, Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski
Z książki:Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski, Smoleńsk. Zapis śmierci, The Facto, Warszawa 2011
sobota, 10 września 2011
Kontek: 7 kłamstw o rządzie PO-PSL
Pewien profesor, jest dumny, że porównał Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się "przebiła". Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej - pisze Tomasz Kontek, publicysta Faktu.
Jest kampania wyborcza, politycy kłamią więc na potęgę. A im łgarstwo bardziej bezczelne, tym łatwiej trafia do wyborców. Najłatwiej oczywiście kłamać opozycji, która z niecnego procederu tłumaczy się jak dzieci: „A oni się przedrzeźniają...”.
Żadna międzynarodowa agenda nie prowadzi jeszcze takiego rankingu, ale w ośmieszaniu instytucji własnego państwa zajmowalibyśmy z pewnością czołowe miejsca na świecie. Przykład idzie z góry, czyli od jaśnie oświeconych. Pewien aktywny nad wyraz profesor, którego nazwiska nawet nie warto wymieniać, jest dumny, że zdobył się na porównanie Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się „przebiła”. Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej.
Kłamstwo pierwsze: państwo przestało działać
Teza ta, w sytuacji stabilizacji niespotykanej w historii współczesnej Polski (tej po 1918 roku), jest wyjątkowo bezczelna. A jednak żywotna. Kłamców, którzy ją powtarzają, trudno zliczyć. Jaka jest prawda? Bez większych turbulencji rządzi pełną kadencję ta sama koalicja z tym samym premierem. Wymiana – z powodów losowych – na stanowisku prezydenta, przebiegła sprawnie i bez nadzwyczajnych zawirowań. Już słyszę ten ryk: „To Ruscy do spółki z Tuskiem zabili nam prezydenta [o, przepraszam: Prezydenta]! Nawet jeśli ta niedorzeczna hipoteza byłaby prawdziwa, co można zarzucić wyborom prezydenckim, które wyłoniły następcę zmarłego? Do tego podatki zbierane są sprawnie, pensje i świadczenia wypłacane u czas, u granic wróg się nie czai, a bandyci siedzą w więzieniach. Czego więcej chcieć, by uznać, że MAMY działające państwo? Wiem wiem... Kaczyńskiego u władzy.
Kłamstwo drugie: mamy państwo, ale quasitotalitarne
Nic to, że zwolennikami tej tezy są ci sami, którzy twierdzą jednocześnie: „państwa nie ma”. Da się to wyjaśnić. I to nawet na gruncie logiki. ICH państwa nie ma, nie może więc działać. To państwo, które jest, nie jest ICH, nie jest więc demokratyczne, ale quasitotalitarne właśnie. Proste? Stratą czasu jest wyjaśnianie, co oznacza termin „quasitotalitarny”. Im mniej wiemy, tym bardziej się przecież boimy. Wspomniany profesor może więc pleść, że straszono jego żonę, bo on krytykował rządzących. Kto straszył? „Ja nie powiem kto”, bo „takich rzeczy się nie mówi”. Ze strachu przed siepaczami? Boi się, więc startuje w wyborach? Ci źli rządzący już wcześniej ponoć próbowali go przekupić. Kto konkretnie? „Ja tego nie powiem” – znów odpowiada na to oczywiste przecież pytanie. Tak... To „tylko” insynuacja czy zwyczajne kłamstwo? Quasitotalitaryzm to brzmi dumnie!
Kłamstwo trzecie: żyjemy w kondominium
Kolejny trudny termin, którym można mieszać ludziom w głowach. Niech tam sobie „jakiś” Sikorski powtarza, że żyjemy w najlepszym polskim państwie, jedynym jakie mamy. Jesteśmy jednak nie tylko pokornymi sługusami Berlina i Moskwy, które współpracują ponad naszymi głowami, ale i odgrywamy się za to na słabszych, czyli na braciach Litwinach... Marzy nam się Polska od morza do morza, zbrojna po zęby i wybranka Boga (czy ktoś jeszcze pamięta tego poetę)? Może i kiedyś taka będzie, skoro już przecież była. A Bóg z pewnością kocha swoje głupkowate dzieci. Trzeba Mu jednak pomóc i te kilka, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat ciężko pracować, by los, który przytomnie kupiliśmy na loterii, w końcu przyniósł główną wygraną. Jest i inne wyjście. Hajże na Moskala! Klęska murowana. Ale za to ci, którzy przeżyją, z podniesioną głową będą mogli rozpamiętywać bohaterskie czyny.
Kłamstwo czwarte: gsopodarka zaraz zrobi bęc
Kto by tam wierzył Rostowskiemu? To przecież, jak już słyszeliśmy, ledwo bakalarz, na ekonomii zna się więc od niego lepiej byle pętak z PiS. Że co? Że statystyki, że wśród państw zagrożonych bankructwem w instytucjach finansowych mówi się o Włoszech czy Hiszpanii, a o Polsce nie? Nie damy sobie zamydlić oczu! Jest źle, bardzo źle. Tak źle, że tylko Joanna d'Arc polskiej ekonomii, może doprowadzić nas do raju, w którym przecież – za jej przyczyną – już raz byliśmy. Kiedy? Jak to?! W czasach, gdy Polska mlekiem i miodem płynęła. Teraz już nie będzie eksperymentów z jakimiś tam Marcinkiewiczami. Zyta d'Arc Gilowska zapewni od razu koronację Prezesowi. Co nas wówczas czeka? Przyszły monarcha milczy. Król to wszak król i gdzie tam nam, kmiotom oceniać jego zamiary. A jeszcze twierdzić, że kłamie?
Kłamstwo piąte: młodzi to stracone pokolenie
Jak żyć?! Mieć dwadzieścia lat i nie mieć mieszkania, samochodu, ulubionego klubu z używkami i pensji, która pozwala brać kredyty na to wszystko? Rozczulili mnie „młodzi z SLD”, którzy nie chcą pozostać bez rodzin, wykształcenia i pracy (w tej właśnie kolejności). A co im przeszkadza? Gzić się na kocią łapę mogą, ale żenić się i płodzić dzieci, by być rodziną, już nie? A uczyć się? Nigdy nie było tak łatwo. Tylko chcieć. Pracować? No tak... Żeby mieć pracę, trzeba coś umieć. Prawo do pracy mają wszyscy, ale nie wszyscy do takiej, jakiej by chcieli. Jeśli w to nie wierzą, niech pogadają ze „starymi”. Za komuny to było... Moi rodzice „dostali” na przykład mieszkanie w spółdzielni. Po dwudziestu latach oczekiwania. Tak, mieszkanie powinno być prawem, a nie towarem. I wysoka pensja za pracę na umowę, która może być rozwiązana wyłącznie, gdy znajdzie się robotę lepiej płatną. Taki kit wciska młodym „lewica”.
Kłamstwo szóste: umrzeć musimy zdrowo
Chorować nie jest zdrowo. Bo widział kto szpital, którym rządzi Kopacz? Brud, smród i ubóstwo. I widocznie tym głupkowatym dziennikarzom znudziło się o tym pisać (albo quasitotalitaryzm zrobił z nimi porządek...), bo jakoś tzw. służba zdrowia nie wywołuje już takich emocji jak kiedyś. Lekarze nie strajkują. Pielęgniarki narzekają, ale jakby ciszej. Rzeczywiście, coś ta Kopacz musiała nabroić, skoro taka cisza jest nad tą trumną. A może nie stać nas, by chorować, dlatego żyjemy coraz dłużej? Państwo nie chce płacić za nasze leczenie, więc robimy to sami? To skandal? To nie róbmy tego. I zdychajmy pod płotem. Jeśli coraz więcej sami wydajemy na zdrowie, to znaczy, że je mamy. A do tego zmądrzeliśmy i zrozumieliśmy, co w życiu jest ważne. Szlachetne zdrowie, ten tylko się dowie itd. Może w szkołach już tego „nie przerabiają”?
Kłamstwo siódme: autostrad nie dożyjemy
Świat się skończy, jeśli na piłkarskie Euro nie będzie mógł do nas przyjechać autostradami. Bo komu by przecież się chciało odwiedzać swój pępek (jesteśmy przecież pępkiem świata!), gdy nie kopią na nim piłki? A tubylcy? Niemal każdy ma auto, ale przecież już dziś chciałby pruć do roboty ze dwie setki na godzinę. I jeszcze, żeby korków w miastach nie było. Drożyzna z tą benzyną... Jest najtańsza w Europie? Ale za droga. Wystarczy pogonić Tuska i Grabarczyka (tego rzeczywiście warto) i marzenia się spełnią. Kaczyński w trymiga zagoni Chińczyków do roboty. Jego namiestnikiem nie będzie już Polaczek (musi odpokutować za zdradę), który – gdyby był ministrem choć rok dłużej – zostawiłby Polskę „zdrogowaną”, a nawet i „skoleizowaną”. Przecież ponoć te budujące się z lewa i z prawa drogi, obwodnice, a nawet i autostrady, to jego zasługa.
I takich bajań słuchamy codziennie. Jest źle, a opozycja wie, co zrobić, by na pstryk było dobrze. Czy rząd PO i PSL jest dobry? Może i ledwie średni. Z rozbrajającą szczerością sam przyznaje, że „nie wszystko” mu się udało. Ale pcha jakoś ten wózek. Łgarstwa, że wszystko psuje, bo ma złą wolę, albo po prostu jego ministrowie z premierem na czele nic nie potrafią, między bajki trzeba włożyć. Opozycji zaś warto przypomnieć, że im kto głośniej krzyczy, tym ma mniej do powiedzenia. Czego i państwu nie życzę.
czwartek, 8 września 2011
Nowotwór źrenicy
1. Źdźbło:
PiS twierdzi, że pozew złożony w trybie wyborczym, jest oznaką tchórzostwa PO, która otrzymałą od nich – PiSu – szansę na rzeczową publiczną rozmowę, ale nie potrafi z niej skorzystać.
Belka:
PiS odrzucił zaproszenie Platformy do publicznej telewizyjnej debaty, która miała na celu ustalenie faktów i rzeczową dyskusję na temat najbliższej przyszłości Polski. Tłumaczył to w sposób tak zawiły, że nawet salonowe pisowskie pittbule nie są w stanie poprzeć uzasadnień Kaczyńskiego i wymyślają swoje.
2. Źdźbło:
PiS twierdzi, że PO chwali się nie swoimi osiągnięciami.
Belka:
Swego czasu, kiedy PiS był u władzy, nawet LPR funkcjonował w sposób bardziej efektywny. Słynne i łatwe do odnalezienia na youtube jest wystąpienie, który punkt po punkcie zmiażdzył raport Kurskiego. Kurski w swym wystąpieniu chwalił się rzekomo pisowskimi sukcesami, podczas gdy żaden z nich pisu udziałem nie był. Co więcej, partia Kaczyńskiego od dawna podtrzymuje mit, jakoby obniżyła podatki za swych rządów. A tymczasem nie dość, że do takiego działania potrzeba większości sejmowej – czyli co najwyżej sejm obniżył podatki – to jeszcze projekt ustawy złożył klub Platformy Obywatelskiej.
3. Źdźbło:
PiS co chwilę urąga minister Kopacz i narzeka na polską służbę zdrowia.
Belka:
Za rządów PiS mieliśmy największy kryzys w służbie zdrowia od '89. Wszyscy pamiętamy słynne namiotowe miasteczka, zagłuszanie telefonów pielęgniarek i usuwanie ich siłą z sejmu. Wszyscy pamiętamy największy w historii strajk lekarzy, gdzie ponad połowa z nich wzięła bezpatne urlopy albo zwyczajnie odeszła z pracy i nie było komu leczyć ludzi.
4. Źdźbło:
PiS narzeka na stronniczość mediów w Polsce. Twierdzi, że są prorządowe, co stanowi poważny gwałt na polskiej demokracji.
Belka:
Kaczyński i spółka ignorują zupełnie fakt, że za ich rządów (a także później, do czasu, kiedy zarządy TVP i PR zostały wyczyszczony przez pisowskich funkcjonariuszy) Telewizja Publiczna i Polskie Radio były nadawcami pisowskimi i zwalniano w nich dziennikarzy, którzy się temu sprzeciwiali – np. Wiktora Batera czy Dobrosława Rodziewicza. Każdy prezes każdego publicznego nadawcy miał nadanie od Kaczyńskiego. Niejaka Patrycja Kotecka zarabiała ogromne pieniądze za cenzurę informacji wypluwanych przez TVP. W TVP pojawiłą się z nadania Leha Kaczyńskiego i Ziobry. Szybko awansowała: z szeregowego pracownika Agencji, na jej wicedyrektora Reporterzy "Wiadomości" opowiadali, że Kotecka blokując jakąś informację argumentowała, że ... może to zaszkodzić PiS. Przez nią pracę w "Wiadomościach" straciło wielu dziennikarzy, prezenterów i wydawców. Wystarczyło, że zakwestionowali jej decyzje dotyczące cenzurowania informacji. Pisowski prezes - Urbański zawsze jej bronił. Nawet wtedy, gdy jeden z reporterów - Łukasz Słapek - ujawnił, że przed wyborami w 2007 r. proponowała mu wysokie honorarium za przygotowanie materiału uderzającego w PO, czyli głównego konkurenta PiS (Kotecka wytoczyła Słapkowi proces, ale zeznający świadkowie potwierdzają słowa Słapka).
Osobną zupełnie sprawą jest casus Pospieszalskiego, któremu nie przedłużono umowy na autorski program Warto Rozmawiać. Pisowska banda z miejsca rzuciła się do boku o demokrację i wolność słowa. Trwało to do czasu, kiedy okazało się, że Pospieszalski najzwyczajniej w świecie zażądał od TVP takich pieniędzy, że zarząd TVP go pogonił. Również zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakoś na pisowskich mudżahedinach wrażenia nie robiły.
5. Źdźbło:
PiS pieni się nad stanem polskiej gospodarki. Zarzucają, że PKB maleje, dług publiczny rośnie.
Belka:
Co rzecz jasna jest bzdurą. PKB rośnie, tylko w mniejszym tempie, niż za PiS. Przy czym politycy tej ostatniej partii doskonale widzą (tylko najzwyczajniej w świecie kłamią), że rządzili w czasach europejskiej prosperity. Dług publiczny rósł bardzo szybko mimo wzrostku PKB i braku jakichkolwiek inwestycji. Platforma rządzi w czasie kryzysu, a Polska jest jedynym europejskim krajem, którego PKB wciąż rośnie. Dług publiczny skoczył, co jest jednak zrozumiałe przy niższym wzroście PKB i wielu wydatkach. Warto jednak zaznaczyć, że na tle Europy nasz dług publiczny bynajmniej nie jest tragiczny. Dużo gorzej jest w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Portugalii czy irandii. Że o Włochach i Grecji nie wspomnę – tam dług publiczny przekracza 100 (a w przypadku Grecjii nawet 125) procent PKB. My zaś jesteśmy na poziomie Holandii, Hiszpanii, Finlandii i Austrii.
6. Źdźbło:
Z najnowszych: Lud pisowski zarzuca Klichowi autopromocję z pomocą Katastrofy Smoleńskiej.
Belka:
Od kwietnia 2010 PiS na Smoleńsku odbudował swoją siłę. Wykorzystują tę niewątpliwą tragedią na niemal każdej płaszczyźnie swojej działalności. I wprawdziw twierdzą, że Smoleńska dla własnych potrzeb nie zawłąszczają, to jednak najwyraźniej niektórzy mają prawo się wypadkiem promować, a inni nie.
7. Źdźbło:
PiS zarzuca rządowi indolencję w działaniach infrastrukturalnych.
Belka:
Obecnie powstaje 77 nowych dworców kolejowych. Ponad 2000 km nowych/remontowanych szyn i również 2000 km nowych/remontowanych dróg. Wobec działań pisu stanowi to progres około tysiąca procent w przypadku dróg. O szynach i dworcach nie wspominam, bo trudno się odnieść do zera.
8. Źdźbło:
PiS zarzuca rządowi agresję wobec opozycji i używanie języka nienawiści.
Belka:
A tymczasem insytuty badań agresji w mediach nie pozostawiają złudzeń. Kaczyński i PiS każdego roku zaliczają ponad 2 razy więcej agresywnych wypowiedzi niż wszystkie pozostałe ugrupowania razem wzięte. Prócz tego PiS przy każdej okazji uprawia samogwałt, twierdząc, że rząd i samorządy wykorzystuje resorty siłowe (policja, straż miejska) do zwalczania opozycji, podczas gdy to oni sami powołali za wielkie pieniądze CBA, których w pierwszych latach funkcjonowania używano do szukania, a wręcz wymuszania haków nie tylko na rywalach politycznych (Sawicka), ale nawet na własnych, z jakichś powodów niewygodnych ludziach (Lipiec).
9. Źdźbło:
PiS zarzuca PO manipulowanie i oszukiwanie opinii publicznej.
Belka:
A tymczasem doskonale ma się poseł Kurski, który nie tylko nazwał swój elektorat „ciemnym ludem”, ale też – w zgodzie z retoryką samogwałtu – wyreżyserował rzekome pobicie Cugier-Kotki i słynną, ale zupełnie nieprawdziwą aferę billboardową. Dla władzy wszystko.
10. Źdźbło:
PiS twierdzi, że PO poprowadziłą szereg działań niekorzystnych dla Polski (np. Rurociąg Północny) a w kraju panuje drożyzna (cukier, benzyna)
Belka:
A tymczasem okazuje się, że benzyna, która dziś jst bardzo dorga, ma w sobie o 7% mniej podatków niż za czasów PiS, a cena baryłki tego surowca na światowym rynku podrożała o ponad 100%. Drogi cukier to wynik indolencji Jurgla. To on odpowiadał za negocjacje z Unią dotyczące limitów w produkcji cukru. Wcześniej mieliśmy dużą nadwyżkę. Po popisach pisowskiego niedojdy mamy spory niedobór, co w połączeniu z cenami surowców i ogólnoświatową sytuacją na rynku, a także paniką wywołaną przez czarnowidztwo Kaczyńskiego, musiało zaowocować podwyżkami. A Nord Stream? Nie tylko powstał w wyniku permanentnej polityki antyrosyjskiej Kaczyńskiego, ale przede wszystkim za rządów PiS odbył się szereg paneli dyskusyjnych pomiędzy inwestorami, na których polski rząd mógł zgłaszać swoje uwagi. Ale PiS żadnych nie zgłosił.
To tylko kilka przykładów. Można je mnożyć i mnożyć. Postępujący nowotwór źrenicy zabija zdolność percypowania rzeczywistości przez PiS. I tacy ludzie chcą nami rządzić. Jesteśmy na to gotowi? Przypuszczam, że wątpię.
Czy Kaczyński jest jeszcze?
Czy ktoś, kto niemal codziennie się kompromituje, kto nieustannie dostarcza mediom tandetnej rozrywki, kto złą polszczyzną obraża lepszych od siebie, a siebie ustawia na wyżynach intelektu w istocie będącym na mniej niż średnim poziomie, kto daje nieustanne dowody, że nie rozumie pojęcia moralność, a moralność chrześcijańska jest mu w ogóle obca, czy ktoś tak głupio zarozumiały i arogancki – czy ktoś taki jest jeszcze politykiem?
Wszystko, czego się tknie rozpada się w pył.W brudzie i niesławie.
Z pełnych butnej ignorancji wypowiedzi zostaje ich kwintesencja – KŁAMSTWO.
Dlaczego Kaczyński nieustająco kłamie?
Bo inaczej nie umie. Bo prawda jest dla niego największym wrogiem, ponieważ obnaża jego intelekt, życiorys, całą fałszywą legendę, jaką zbudował wokół siebie, swojego brata i reszty rodziny.
Kolejne kłamstwo Kaczyńskiego przed sądem w trybie wyborczym. Jak w 2007 roku. Jak w 2010 roku. Tym razem skargę wnosi pomówiony PSL. Kolejny raz sąd będzie nakazywać Kaczyńskiemu prostowanie kłamstw, zakazywać ich rozpowszechniania i kolejny raz jego zwolennicy nic z tego nie pojmą, bo przyzwyczaili się i zaakceptowali fakt, że kłamstwo w PiS jest prawem i sprawiedliwością, bez kłamstwa nie ma PiS.
Kaczyński jest zawodowym posłem, na garnuszku sejmu (sowita pensja plus poselska dieta) niezatrudnionym nigdzie indziej i niewykazującym w swoim oświadczeniu majątkowym z tego roku, żadnych innych dochodów, nawet jako szef PiS. I jest jedynym posłem, który przyznaje sobie prawo do łamania prawa. On, prawnik, nic to, że z komunistycznym doktoratem – ale jednak prawnik. Wielokrotnie dający dowody swojej ignorancji prawnej lub lekceważenia prawa i stawiania się ponad nim. Kiedyś, gdy chroniła go pozycja brata i sporo odpowiedzialności za decyzje Jarosława można było zwalić na Lecha – mógł sobie pozwolić na wmawianie Polakom nie tylko własnej i brata genialności, ale i jakości ludzi, którymi się wraz z bratem otaczali.
Dzisiaj, spadają maski i jakość ta okazuje się żałosną bezczelnością, kompromitującą bylejakością, niekompetencją, niewiedzą, smętnym dowodem poczucia, ze wszystko można, gdy ma się władzę.
Anna Fotyga może uważać treść opublikowanych przez WikiLeaks depesz dyplomatycznych USA za komplement – ale każdy dyplomata na jej miejscu spaliłby się ze wstydu.
Teraz widać, że towarzyszenie Antoniemu Macierewiczowi podczas wyprawy do Stanów nie wiązało się z jej możliwościami z czasów, gdy była ministrem Spraw zagranicznych rządu Kaczyńskiego, bo jak widać, nikt jej w Stanach nie traktował poważnie podczas sprawowania przez nią urzędu,. Tym bardziej nie ma żadnego znaczenia politycznego ani dyplomatycznego jako osoba prywatna. Zatem pojechała z Macierewiczem wyłącznie po to, by olśnić ogłupianą od dawna Polonię, wyciągnąć trochę kasy, oraz pozostawić wrażenie na co głupszych Polakach w Ameryce, jaki to ich zaszczyt kopnął.
Dzisiaj Fotyga – to już nikt. Nie obroniła swojej fałszywej, narzuconej Polakom przez Kaczyńskich, pozycji.
Obroniła za to swoją pozycję i dwadzieścia parę tysięcy złotych miesięcznego wynagrodzenia Zyta Gilowska, oświadczając, że nie zamierza rozjechać ministra Rostowskiego dla przyjemności szeregowego posła Kaczyńskiego, zwłaszcza, gdy usłyszała, że jako pisowska hulajnoga może się rozbić raczej na peowskim czołgu. Czołg okazał się człowiekiem prawa, bowiem minister Rostowski oświadczył, że podebatuje z hulajnogą Gilowską, jeśli zrezygnuje ona z zasiadania w Radzie Polityki Pieniężnej – bo on ręki do łamania prawa nie przyłoży.
Najwidoczniej również inni prawnicy wypowiedzieli się w tej kwestii na tyle jasno, że kluseczki i teczki Kaczyńskiego okazały się niewystarczającym argumentem, by profesor Gilowska uznała, że opłaca jej się skórka za wyprawkę.
Kaczyńskiemu sypie się cała kampania – wszystkie argumenty okazują się strzałem Panu Bogu w okno, na dodatek pistolecik się zacina.
„Wielka nadzieja białych” ekonomista Rybiński, pozornie niezwiązany z PiS, posuwa się do wydumanych kłamstw, bez dowodów, w odniesieniu do otoczenia premiera, równocześnie wyrażając wolę spotkania się z premierem, by mu przekazać to, co dawno powinien przekazać prokuratorowi – oczywiście jeśli mówi prawdę. Powtórzenie tandetnej prowokacji Mariusza Kamińskiego wobec premiera Tuska, wzbudza jedynie śmiech.
Śmiech wzbudza poseł PiS wychwalający Łukaszenkę i uznający wyższość demokracji Białorusi nad demokracją w Polsce – dopełnia tylko żałosnego obrazka zer, których jedyną formą „istnienia białka”, jest bełkotanie powtarzanych po swoim prezesie bredni i kłamstw.
Obserwując kampanię wyborczą PiS – czyli coś czego nie ma, coś, co nie istnieje w żadnym pozytywnym sensie, coś, co jest jedynie negacją wszystkiego i wszystkich – pytam: czy ten Kaczyński jeszcze jest?
wtorek, 6 września 2011
Ludwik Dorn eunuchem?
"Zdaniem Dorna, obecny zespół kierowniczy PiS przypomina sułtana otoczonego przez dwór eunuchów. Jarosław Kaczyński stworzył krąg zaufanych. By do niego trafić, trzeba zdać test na bycie łatwym, a potem jeszcze łatwiejszym - dodał w wywiadzie dla "Dziennika".
LINK
