Dom Jarosława Kaczyńskiego na warszawskim Żoliborzu jest otoczony z każdej strony. Od frontu i tyłu pilnują go ochroniarze z agentji Grom Group. Byli komandosi i funkcjonariusze służb specjalnych. Po bokach zadekowała się Srebrna, spółka będąca własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.
Prenumerata zza płotu
Posesję znajdującą się po prawej stronie domu prezesa (patrząc od strony ul. Mickiewicza) Srebrna zajmuje od czterech lat, a tę po lewej - od roku. W domu po lewej Srebrna przez lata prowadziła swoje biuro rachunkowe. Tak przynajmniej twierdzi jej prezes Kazimierz Kujda, wierny współpracownik Jarosława Kaczyńskiego. Także tu przez długi czas mieściły się siedziby jej spółki córki Słowo Niezależne, właściciela portalu Niezalezna.pl, oraz zaprzyjaźnionej z PiS firmy Rej tan, która prowadzi internetową księgarnię „Gazety Polskiej ". Wynajem 120-metrowego domu z biznesowego punktu widzenia to szaleństwo. Srebrna j est właścicielem dwóch atrakcyj nie położonych budynków w centrum Warszawy i powierzchni biurowej jej nie brakuje. A domy przy Mickiewicza poza przyjemną okolicą wiele zalet
nie mają. Są drogie, gorzej skomunikowane i na dodatek leżą w zalewowej części miasta. Dla firm, które chcą trzymać tu dokumenty księgowe, komputery czy książki gotowe do wysyłki, to ogromne ryzyko. Wystarczy kilka dni intensywnego deszczu i towar z piwnicy idzie pod wodę.W sprawie domu przy Mickiewicza kalkulacj a ryzyka to jednak nie wszystko Okazuje się, Że w czasie gdy spółka Rejtan" działała w sąsiedztwie Kaczyńskiego, PiS dokonywało przelewów na jej konto Płat-
naści były regularne i równe: przychodziły mniej więcej raz w miesiącu i wynosiły najpierw 6626 zł (w 2010 r.), a w potem - 6639 zł (w 2011 r.).Dzwonię do Ryszarda Gitisa, prezesa Rejtana. To teść Tomasza Sakiewicza, szefa sprzyjającej PiS „Gazety Polskiej''.
- Za co PiS płaciło pana firmie? - pytam.
- Za prenumeratę miesięcznika „Nowe
Państwo". Partia zamawiała ją dla swoich
posłów i senatorów.
- A dlaczego przelewy ustały w 2012 r. ?
- PiS zaczęło oszczędzać. Teraz parlamentarzyści muszą płacić sami.
Roczna prenumerata „Nowego Państwa" kosztuje dziś 163 zł, co daje 13,5 zł
za jedno wydanie. Oznacza to, że w samym 2010 r. PiS, dokonując
comiesięcznych przelewów na kwotę 6626 zł, mogło zakupić aż 490 rocznych abonamentów „Nowego Państwa''. Wygląda więc na to, że nie tylko posłowie dostawali miesięcznik.
- Otrzymywał pan kiedyś prenumeratę „NP"? - pytam Marka Suskiego. To wieloletni poseł PiS, członek ścisłego kierownictwa partii i szef struktur w Radomiu. Kto jak kto, ale Suski musiał być na liście wysyłkowej Rejtana.
- Nie.
- Nigdy nie przysyłano panu tej prenumeraty?
- dziwię się.
- Nie tylko nie dostawałem prenumeraty, ale też nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek dostał pojedynczy egzemplarz.
Holender, woda nam weszła do piwnicy
Za co w takim razie płaciło PiS? Rzecznik partii Adam Hofman niestety nie odpisał na moje pytania. Odpowiedzi postanowiłem
więc poszukać sam w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zamiast śladów
współpracy z PiS znalazłem w nim coś innego: dokument dotyczący posesji przy Mickiewicza znajdującej się po prawej stronie od domu prezesa. Tej, w której działała księgarnia internetowa „Gazety Polskiej". To umowa podnajmu z 2009 roku. Wynika z niej, Że pod bokiem Jarosława Kaczyńskiego wyrosła mała piramidka: nieruchomość wynajmowana przez Srebrną została podnajęta przez Rejtana. Miesięczny koszt : 5 tys. zł (w kolejnych latach stawka miała być waloryzowana). Oznacza to więc, że z pieniędzy
otrzymywanych z PiS firma Gitisa mogła spokojnie opłacać czynsz za dom sąsiadujący z posesją Jarosława Kaczyńskiego. W 2012 r. Rejtan i Słowo Niezależne (ta druga spółka w latach 2010-2011 także otrzymywała przelewy z PiS) wyprowadziły się z Mickiewicza. Srebrna jednak została. Czyżby jej biuro rachunkowe tak się rozrosło, Że potrzeba na nie teraz całego domu? Nic z tych rzeczy. Najnowszy pomysł spółki jest inny: w domu, w którym do niedawna działała księgarnia „Gazety Polskiej", ma powstać izba pamięci nie żyjącego prezydenta. To jednak o tyle zastanawiające, że jeszcze rok temu pamiątki po głowie państwa gromadzono w drugim z wynajmowanych przez Srebrną domów. Tym na lewo od posesji Jarosława Kaczyńskiego. - Skąd ta zmiana? - dzwonię do Kazimierza Kujdy, szefa Srebrnej. Pan prezes na początku instrnuje mnie, by w stosunku do żadnego z domów przy Mickiewicza nie używać słowa „willa", bo ich stan jest zły, wręcz fatalny. ·w końcu to budowle z czasów Gomułki: najgorsze pustaki,
prowiz01yczne ogrodzenia ... - Jak zaczęliśmy sprowadzać te pamiątki z Gdańska - Kujda płynnie przechodzi do rzeczy - to okazało się, że jest ich tyle, że potrzeba nie jednego domu, ale dwóch. - Czyli teraz izba pamięci będzie mieścić się po obu stronach posesji prezesa PiS?
- Tak, docelowo powstanie tam też siedziba Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.
- Czy izba będzie otwarta dla zwiedzających?
- Nie, to nie będzie muzeum. Chodzi
tylko o to, żeby wszystko zinwentaryzować
i zebrać w jednym miejscu.
- A dlaczego to wszystko tyle trwa? Te
przygotowania ciągną się już prawie rok
- dopytuję.
- Szczupłość środków, panie redaktorze.
Poza tym, holender, kilka tygodni temu woda nam weszła do piwnicy. Zalało część kartonów, obecnie trwa suszenie.
PiS sięga po miliony
Powody, dla których prezes PiS po obu stronach swoj ej posesji chce mieć zaprzyjaźnione firmy, mogą być tylko dwa: niechęć do sąsiadów albo strach o własne bezpieczeństwo. To, co Jarosław Kaczyński myśli o sąsiadach, wie oczywiście tylko on sam, ale jego obawy o bezpieczeństwo są już faktem ogólnie znanym. Świadczy o tym chociażby obecność ochroniarzy w pobliżu jego domu. „Newsweek" dysponuje fakturami, z których wynika, Że w 2011 r. agencj a Grom Group podnaj mowała kiosk, w którym kiedyś działała wypożyczalnia kaset wideo. Budka ma dziś w oknach lustra weneckie i z powodzeniem może służyć jako punkt do obserwacjiokolicy. Grom Group jest opłacany z pieniędzy PiS. W odróżnieniu od spółki Rejtan, tu przelewy idą już nie w tysiące, ale w miliony. Agencję w marcu 2010 r. założyli dwaj emerytowani snajperzy. Jak wynika z jej sprawozdania finansowych, spółka nie odnosi wielkich sukcesów na rynku komercyjnym. W 2011 r. 85 proc. jej przychodów stanowiły wpłaty z PiS. Ludzie z Nowogrodzkiej maj ą jednak do niej pełne zaufanie
- część jej ochroniarzy w czasie IV RP pracowała w CBA, a jej usługi polecał prezesowi podobno sam Mariusz Kamiński - i płacąjej fortunę. W 2010 r. było to 654 tys. zł (tylko za okres od sierpnia do grndnia), w 2011 - ponad 1,6 mln zł, a w 2012 - 1,1 mln. Razem daje to astronomiczną sumę co najmniej 3,4 mln złotych. W sprawie wypłat dla ochroniarzy metoda PiS jest prosta: jeśli nie ma wyborów, przelewy wychodzą z konta podstawowego partii, regularnie zasilanego państwową subwencją. Gdy zaczyna się kampania, wydatki są przerzucane na rachunek wyborczy. Tak było w 2011 r. : gdy prezydent ogłosił rozpoczęcie kampanii, PiS zaczęło płacić pieniędzmi wyborczymi. Kampania się skończyła, minęło pięć dni i Grom Group wrócił na rachunek podstawmvy partii. Po co ta Żonglerka?Być może skarbnik PiS wolał dmuchać na zimne, bo bał się zastrzeżeń Państwowej Komisji Wyborczej . A może po prostu chodziło o to, że koszty kampanijne są zwracane z państwowej kasy i nie obciążają budżetu partii ?
Na pytania o ochronę Jarosława Kaczyńskiego większość polityków PiS odpowiada w ten sam sposób: obstawa jest konieczna, bo Ryszard Cyba, który zabił działacza PiS Marka Rosiaka, polował na samego prezesa. I nie da się wykluczyć, że będzie miał naśladowców. Abstrahującod tego, że koszty tej ochrony są ogromne, samo tłumaczenie brzmi nawet przekonująco. Tyle tylko że przeczy temu chronologia zdarzeń. Morderstwo w Lodzi miało miejsce 19 października 2010 r., a w tym czasie PiS od dwóch miesięcy płaciło już za ochronę. Pierwszy przelew na konto Grom Group, który udało nam się znaleźć w dokumentacji PiS, nosi datę 13 sierpnia i opiewa na 105 tys. zł. Wydatków związanych z osobistą obsługą Kaczyńskiego jest w PiS więcej. Partia w ostatnich latach płaciła na przykład gdańskiej kancelarii adwokackiej Gotkowicz Kosmus Kuczyński, specjalizującej się m.in. w ochronie dóbr osobistych. I to płaciła sowicie: w 2010 r. - 295 tys. zł, w 2011 - 454 tysiące, a w 2012 - 183 tysiące. Łącznie to ponad 900 tysięcy złotych. Z archiwum tytułów prasowych wynika, że trójmiejscy prawnicy koncentrowali się niemal wyłącznie na reprezentowaniu Kaczyńskiego. Bronili go np. w sprawach z Januszem Kaczmarkiem (proces o sformułowanie „agent-śpioch"), Ludwikiem Dornem (o sugestię dotyczącą niepłacenia alimentów), Romanem Giertychem (o zarzut kłamstwa) czy ITI (o wypowiedź w sprawie budowy stadionu Legii). Prezes korzystał też z ich usług, kiedy sam wytaczał procesy: Januszowi Palikotowi(za wypowiedź dotyczącą „spreparowania afery hazardowej"), „ Super Expressowi" (za artykuły o badaniach psychiatrycznych, na które chciał go wysłać sąd) czy Radiu Zet (za sondaż dotyczący jego zdrowia psychicznego).
Zły algorytm
W historii rachunku bankowego PiS jest jeszcze parę innych tropów prowadzących do spółki Srebrna. Chociażby takich jak bezpośrednie przelewy z konta podstawowego partii: w samym 2011 r. było ich kilkanaście, na łączną kwotę 28 tys. złotych. Za co? Z faktur, którymi dysponuje „Newsweek", wynika, że w czasie kampanii wyborczej PiS korzystało z linii telefonicznych spółki. Poza tym na liście płac partii Kaczyńskiego jest cała plejada podmiotów, których siedziby mieszczą się w biurowcach Srebrnej. Dla przykładu: PiS od lat współpracuje z małą lrancelarią adwokacką Marcina Palusiaka, która
regularnie otrzymywała przelewy opiewające na równe kwoty 6,1 tys. zł. Kancelaria jeszcze do niedawna działała w biurowcu Srebrnej przy Al. Jerozolimskich, w lokalu numer 510. Dziś Palusialra już tam nie ma.
Jest za to inna kancelaria współpracująca z PiS: prof Piotra Pogonowskiego. Jej biuro mieści się tuż obok, w lokalu 511. W dokumentacji PiS najciekawsze jest jednak co innego. Partia Kaczyńskiego
od kilku lat współpracuje ze znanym warszawskim fotografem Maciejem Nabrdalikiem. Nabrdalik to przyjaciel Bartłomieja Rajcherta, byłego pracownika PiS, który z Nowogrodzką pożegnał się po tekstach „Newsweeka''. Nabrdałik w ciągu ostatnich trzech lat przyjął od PiS kilkanaście przelewów na łączną sumę ponad 700 tys. zł. Z historii transferów wynika, Że zarabiał nie tylko w kampaniach wyborczych , ale także poza nimi. Kogo w tym czasie fotografował ? I gdzie można zobaczyć jego prace? Chcieliśmy o to spytać, ale Nabrdalik nie zgodził się na rozmowę.Jeszcze dłuższą historię współpracy z PiS ma podmiot o tajemniczo brzmiącej nazwie Guru Control Systems. Firma w ciągu ostatnich trzech lat otrzymała z PiS kilkadziesiąt przelewów na ponad 2,7 mln zł. Guru istnieje od 30 lat, ale jej Siedziby nie wyglądają zbyt okazale: jednamieści się w obdrapanej kamienicy na Żoliborzu, a druga w małym bloku w podwarszawskich Łomiankach. Firma prowadzi nietypową działalność. Sprzedaje lramery przemysłowe, wodoszczelne klawiatury czy systemy do obsługi linii produkcyjnych.PiS nie odpowiedziało na nasze pytania
dotyczące współpracy z Guru, ale wiadomo, Że w czasie kampanii w 2011 r. firma"'Po Życzała partii Kaczyńskiego laptopy, telefony i drukarki oraz robiła sondaże. Szef Guru Krzysztof.Kamiński twierdzi, że ta współpraca zaczęła się od obsługi informatycznej partii w 2005 r. i sukcesywnie się rozwijała. Nie chce jednak zdradzić, kto konkretnie z PiS zamawia u niego badania. 'Twierdzi za to, że firma wykonujeje samodzielnie: ma swoje call centre i ankieterów. Mimo milionów, jakie PiS przeznacza na własne sondaże, wiara w ich wyniki bywa zwodnicza. Kiedy po wyborach w 2011 r. dziennikarze spytali prezesa, dlaczego wbrew zamawianym przez PiS badaniom jego partia jednak przegrała,Kaczyński przyznał: „Chyba był nieodpowiedni algorytm tych badań".
ŹRÓDŁO
poniedziałek, 1 lipca 2013
niedziela, 23 czerwca 2013
Wydatki PISu
Fundusz ekspercki na adwokatów - na co PiS wydał subwencję
Dziś o tym, na co PiS wydał budżetową subwencję w 2010 r. Na samą ochronę poszło blisko 600 tys. zł. Zarobiła je firma Grom Group. Skarbnik partii Stanisław Kostrzewski przekonuje "Gazetę", że takie wydatki są konieczne, bo partia dostaje wiele anonimów z pogróżkami.
Blisko 87 tys. zł zainkasowała w 2010 r. kancelaria adwokacka Rafała Rogalskiego. Rogalski był pełnomocnikiem szefa PiS w śledztwie smoleńskim w latach 2010-13. Kilka miesięcy temu przestał nim być. Tyle samo - blisko 87 tys. zł - zainkasował inny prawnik, Bartosz Kownacki, jednocześnie poseł PiS. Po jednej z publikacji "Newsweeka" rzecznik PiS Adam Hofman przekonywał, że "smoleńscy" prawnicy są finansowani ze składek parlamentarzystów tej partii, a nie ze środków publicznych. Jednak według informacji uzyskanych w PKW adwokatów opłacono z tzw. funduszu eksperckiego. Ten fundusz jest tworzony z subwencji, jaką partie dostają z budżetu.
Sporo zainkasowała także kancelaria Gotkowicz Kosmus Kuczyński z Gdańska - ok. 200 tys. zł.
Sondaże
W 2010 r. były wybory prezydenckie. PiS, podobnie jak inne partie, zamawiał wiele sondaży. Zdziwienie budzi fakt, że owszem, korzystał z renomowanych sondażowni, ale najwięcej zlecał mało znanej na rynku firmie Guru Control Systems. Za jej usługi - według skarbnika Kostrzewskiego były to sondaże - PiS zapłacił blisko 1,1 mln zł. W kolejnym, 2011 r. - 1,4 mln zł, a w 2012 r. - 800 tys. zł. Firmy nie kojarzą jednak ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego. W 2010 r. OBOP i SMG/KRC zgarnęły za sondaże dla PiS po blisko 300 tys. zł, a ABM Agencja Badań Marketingowych - 960 tys. zł.
SOS Music, która zajmuje się organizacją imprez artystycznych, a także produkcją reklamówek dla partii, zainkasowała ponad 1 mln zł, QLCO Agencja Reklamowo-Wydawnicza (banery) - 700 tys. zł, Goldfinger Fabryka Innowacyjnych Rozwiązań (druk, ale też obsługa tzw. eventów) - 430 tys. zł. PiS skorzystał także z usług fotografa (40 tys. zł) oraz powietrznej taksówki - 110 tys. zł.
Think-tanki i media Sakiewicza
PiS wspiera także niektóre think-tanki. Instytut Sobieskiego, któremu zlecono wykonanie różnych analiz, za swoje usługi dostał ok. 190 tys. zł. - Jesteśmy niezależnym instytutem, bo mamy zdywersyfikowane finansowanie. Bez zleceń PiS też damy sobie radę - powiedział "Gazecie" Jan Filip Staniłko z instytutu.
Po macoszemu PiS potraktował Instytut Kościuszki, bo dał mu zarobić raptem ok. 60 tys. zł.
Spółka Słowo Niezależne, która prowadzi prawicowy portal Niezalezna.pl (w jej zarządzie jest Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i wieceszef TV Republika) - ok. 24 tys. zł, a Niezależne Wydawnictwo Polskie będące współwłaścicielem takich tytułów jak "Gazeta Polska Codziennie" i "Gazeta Polska" - kolejne 170 tys. zł. Te pozycje pojawiają się także w sprawozdaniach za 2011 i 2012 r.
ŹRÓDŁO
████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░
PiS płaci miliony. Komu i za co?
Sprawdziliśmy, kto był na liście płac PiS w 2011 r. I ile zarobił. Ciekawe pozycje to Guru Control Systems i niepokorni twórcy. Oraz nieustanne badania opinii publicznej
Prawie 1,4 mln zł PiS przelało w wyborczym 2011 roku do Guru Control Systems. W 2012 r. - ok. 800 tys. zł, a w 2010 r. - blisko 1,1 mln zł. Tak wynika ze sprawozdań partii dla Państwowej Komisji Wyborczej.
Gdy tydzień temu napisaliśmy o płatnościach dla Guru Control Systems, skarbnik partii Stanisław Kostrzewski tłumaczył, że to za sondaże. Poseł PiS Joachim Brudziński mówił, że "ma związek z różnymi projektami IT i obsługą naszej sieci komputerowej".
Pytamy byłego polityka PiS, czy zna firmę Guru Control Systems. - Nie znam. Jeśli chodzi o sondaże, to się odbywało tak, że Tomek Pierzchalski sadzał kilka dziewczyn na Nowogrodzkiej i robił swoje call center. One obdzwaniały 200-300 osób dziennie i PiS miał na bieżąco notowania partii i opinie na inne bieżące tematy. Ale też prawda jest taka, że mało kto w PiS posiada tę wiedzę tajemną, komu Staszek Kostrzewski przelewa pieniądze.
Wczoraj Kostrzewski nie chciał z nami rozmawiać przez telefon o Guru Control Systems. - Zapraszam do biura w przyszłym tygodniu, to pokażę rachunki - obiecał. Firma dostawała też pieniądze w 2010 r., ale nie kojarzą jej ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały wówczas za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego.
Informacje o Guru Control Systems są jedynie w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Ale nie ma w niej informacji o tym, że firma robi sondaże. Jej podstawowa działalność to sprzedaż komputerów, oprogramowania i kamer. A sondaże? - Jest to jedna z gałęzi naszej działalności, ale jej nie promujemy. - Dlaczego nie piszecie o tym w Ewidencji Działalności Gospodarczej? - To musiało być przeoczenie przy okazji zmiany siedziby firmy. Na pewno to poprawimy - mówi Kacper Kamiński, współwłaściciel firmy.
Twierdzi, że z PiS współpracują od 2005 r. Zaczęło się od niedużych prac informatycznych. - A ponieważ walczymy o każdego klienta, chcieliśmy go utrzymać i okazało się, że możemy dla nich robić także sondaże - dodaje. Sondaże można w firmie zamawiać od 2007 r. - Informacja o tym rozeszła się po rynku pocztą pantoflową. Rozwinęliśmy trochę skrzydła, mamy małe biuro call-center. Współpracujemy z pracownikami naukowymi, socjologami. To drobna część naszego biznesu, która jednak sama się finansuje - opowiada. Z PiS do Guru Control Systems pieniądze idą z konta podstawowego partii, ale także z funduszu eksperckiego. Ten drugi jest ciekawszy, bo pokazuje, że w styczniu PiS zapłacił guru System Controls 73 tys. zł, a znanej sondażowni SMG KRC - 53 tys. zł. Podobne pieniądze na konto Guru Control System PiS przelał w lutym i kwietniu. W maju przelewy były dwa: ponad 74 tys. zł i 70 tys. zł, w czerwcu też dwa, po 73 tys. zł, we wrześniu znów dwa: 73 tys. zł i ponad 127 tys. zł, w listopadzie: 73 tys. zł i 151 tys. zł, w grudniu - 147 tys. zł. - Nie pamiętam takich kwot ani jakie to były zlecenia - mówi.
Przyznaje, że PiS jest jedyną partią na liście klientów Guru Control Systems.
Na liście płac jest też pozarządowa organizacja Instytut Sobieskiego. W 2011 r. z funduszu eksperckiego PiS zapłacił za jego usługi ponad 184 tys. zł. Z rachunku podstawowego partii do Instytutu wyszły trzy przelewy: dwa po 184 tys. zł i jeden -156 tys. zł. W zeszłym roku - ok. 468 tys. zł na organizację kongresu Polska Wielki Projekt oraz 216 tys. zł za ekspertyzy. W sumie - ponad 670 tys. zł, a nie ponad milion, jak "Gazeta" napisała w poprzednim odcinku o finansach PiS.
- PiS nie wspiera Instytutu Sobieskiego, ale kupuje usługi, jakie Instytut oferuje w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. PiS nie jest fundatorem Instytutu i nie jest nawet darczyńcą - mówi Paweł Soloch, członek zarządu Instytutu, pytany, dlaczego IS dostaje od PiS regularne wpłaty co miesiąc rzędu kilkunastu tysięcy złotych.
Na liście płac PiS jest też agencja reklamowa PANPLAN. W 2011 r. partia przelała na jej konto ponad 3,5 mln zł. - To był zakup mediów, emisja w telewizji, radiu, prasie - mówi Marcin Brzuchalski, właściciel firmy.
A jak PiS do was dotarł? - pytam.
- Teraz prowadzę samochód i nie mogę rozmawiać - kończy rozmowę Brzuchalski.
2011 r. to również przelewy do zaprzyjaźnionych z PiS. W maju portal wpolityce.pl informował o powstaniu Stowarzyszenia Twórców dla Rzeczypospolitej, "żeby literatura była literaturą, nauka nauką, film filmem". A wszystko "w imię prawdy". Założyli je m.in. poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, publicyści Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, prof. Zdzisław Krasnodębski. Pięć miesięcy PiS wsparł stowarzyszenie kwotą ponad 53 tys. zł. Chociaż większej aktywności stowarzyszenia nie widać. Na Facebooku jego profil "lubi" zaledwie 38 osób. A ostatni wpis jest z października 2012 r.
Prawie 20 tys. zł PiS przelał na konto spółki Słowo Niezależne wydającej prawicowy portal niezalezna.pl. W jej zarządzie są Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i dziennika "Gazeta Polska Codziennie" oraz wiceszef TV Republika.
Do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z partyjnego konta poszło 19,6 tys. zł. A do Radia Wnet, któremu szefuje Krzysztof Skowroński (szef SDP) - 73 tys. zł.
235 tys. zł PiS zapłacił łącznie firmie Picaresque, której właścicielem jest Maciej Pawlicki. To publicysta tygodnika "Sieci" braci Karnowskich, producent filmu o Smoleńsku, b. szef telewizyjnej Jedynki za czasów prezesury Wiesława Walendziaka, współautor programów "Polacy" i Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać".
Ponad 261 tys. zł PiS zapłaciło związanego z partią firmie Roberta Stachowicza (był grafikiem w prawicowym piśmie "Nowe Państwo", którym kierował Adam Lipiński, dziś wiceprezes PiS).
Finanse PO
"Gazeta" prześwietlała finanse partii z 2012 roku. "Newsweek" prześwietlił także finanse PO w 2010 i 2011 roku. Oto niektóre pozycje: Paradise Group, sprzedająca markowe ubrania, w tym garnitury, zarobiła w PO w ciągu 3 lat 250 tys. zł. "Fakt" napisał, że kupowano też stroje dla Małgorzaty Tusk m.in. u projektantki Gosi Baczyńskiej. PO twierdzi, że zapłaciła za to ze swoich składek i darowizn, których w samym 2012 roku nazbierała 1,6 mln zł. Członkowie partii pokrywają koszty reprezentacji, bo w kancelarii premiera nie ma już funduszu reprezentacyjnego,
W ciągu trzech lat w salonie win i cygar Platforma zostawiła ok. 100 tys. zł, przy czym PO zapewnia, że jest tam także zwykły sklep spożywczy i kupowano oprócz wina na np. spotkania opłatkowe także żywność. Cygar nie kupowano. PO wynajmowała boiska do piłki nożnej za 6 tys. zł (to też ze składek członkowskich).
ŻRÓDŁO
████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░
opiewającej na niespotykane na rynku medialnym kwoty. „za każdą publikację reklam w poszczególnym
wydaniu »Monitora Tygodnia« zleceniodawca zapłaci zleceniobiorcy kwotę 90 tys. zł powiększoną o 23 proc. VAT, czyli łącznie 110 700 zł. Łączna kwota wszystkich wiadczeń wyniesie 4SO tys. zł netto" - czytamy w umowie zawartej 4 września 201 1 r. Po doliczeniu podatku VAT wychodzi ponad 500 tys. zł za promocję w pięciu numerach tygodnika, który nie był nawet zarejestrowany w Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. I który był wydawany przez mikroskopijną spółkę Fusion Media z Krakowa o kapitale założycielskim 50 tys. zł. Umowa precyzowała, że reklam nie może być mniej niż jedna całostronicowa
w każdym z pięciu wydań tygodnika. -To cena z kosmosu. Strona reklamowa w tygodniku
lokalnym kosztuje 3-5 tys. zł- mówi POLITYCE naczelny „Kuriera Słupeckiego" (Wielkopolska) Janusz Ansion. Partie nie mogą na kampanię wydawać dowolnych sum. Limit w 201 1 r. wynosił 30,6 mln zł. Ze sprawozda ń komitetów wyborczych na stronie PKW wynika, że PiS wydało 30,1 mln, z czego 2,9 mln na reklamy w prasie. Oznacza to, że aż jedną szóstą wszystkich pieniędzy na reklamę w prasie PiS wydało
w kilku powiatach na promocję w tygodniku, po którym w Internecie nie ma nawet śladu. Na internetową kampanię reklamową w Polsce PiS przeznaczyło 1 ,1 mln zł. Co dziwniejsze, okręg bialskopodlaski, w którym startował Bierecki, był d la PiS raczej bezpieczny. Na jego obszarze w 2007 r. trzej startujący
tu kandydaci partii Jarosława Kaczyńskiego (wówczas okręg obejmował więcej powiatów, a wybieranych było trzech senatorów, a nie jeden jak w 201 1 r.) pokonali kandydatów PO 75 tys. do 61 tys. głosów. W 20 1 1 r. Bierecki wygrał z Józefem Bergierem 31 tys. do 22 tys. głosów. W tym samym czasie większość innych kandydatów mogła wydawać na kampanię najwyżej kilkanaście tysięcy złotych, tak by komitet
wyborczy nie przekroczył ustawowego limitu. Rzeczni k PiS Adam Hofman odesłał nas o skarbnika partii. Kostrzewski był dla nas niedostępny. Pyta nia o umowę z Fusion Med ia, „Monitor Tygodnia" i czy ten wydatek był racjonalny, zad a liśmy Biereckiemu. Senator je zignorował, napisał tyl ko, że nie zna spółki
Fusion Media. - To historia jak z bajki - ironizuje polityk, który przekazał nam skany umowy. - Pan z Krakowa wymyślił, że założy tygodnik w Białej Podlaskiej, jak wiadomo miejscowości silnie związanej z Małopolską. Idzie do PiS, mówi, że chce pół miliona, i pół miliona dostaje. O „Monitor Tygodnia" pytamy na rynku prasy lokalnej. O tytule nie słyszeli ani w redakcji „Słowa Podlasia", ani w „Tygodniku Podlaskim".
- Ta umowa budzi wątpliwości, dlaczego tak ogromną kwotę zapłacono za promocję w lokalnym piśmie. To nie pierwszy taki przypadek w historii PiS, że duże pieniądze dostaje firma, o której niewiele wiadomo. W 2005 r. firma niemająca strony internetowej ani stałej siedziby dostała 390 tys. zł za druk niemal 12 tys. plakatów. Monitorowaliśmy kilka kampanii- komentuje Grażyna Kopińska z Fundacj i Batorego. - Wniosek
jest oczywisty: kontrola PKW nad wydatkami komitetów jest za słaba. Za słaba jest też kontrola społeczna, pełne sprawozdania finansow partii i komitetów wyborczych powinny być publikowane w Internecie, a teraz można je przeglądać tylko w siedzibie PKW
ŹRÓDŁO
PiS wydaje olbrzymie pieniądze na ochronę Jarosława Kaczyńskiego i prawników, którzy reprezentują go w procesach smoleńskich
O wydatkach
partii pisaliśmy już kilkakrotnie - to skutek mozolnego przekopywania
się przez sprawozdania finansowe składane w PKW. Dziś o tym, na co PiS wydał budżetową subwencję w 2010 r. Na samą ochronę poszło blisko 600 tys. zł. Zarobiła je firma Grom Group. Skarbnik partii Stanisław Kostrzewski przekonuje "Gazetę", że takie wydatki są konieczne, bo partia dostaje wiele anonimów z pogróżkami.
Blisko 87 tys. zł zainkasowała w 2010 r. kancelaria adwokacka Rafała Rogalskiego. Rogalski był pełnomocnikiem szefa PiS w śledztwie smoleńskim w latach 2010-13. Kilka miesięcy temu przestał nim być. Tyle samo - blisko 87 tys. zł - zainkasował inny prawnik, Bartosz Kownacki, jednocześnie poseł PiS. Po jednej z publikacji "Newsweeka" rzecznik PiS Adam Hofman przekonywał, że "smoleńscy" prawnicy są finansowani ze składek parlamentarzystów tej partii, a nie ze środków publicznych. Jednak według informacji uzyskanych w PKW adwokatów opłacono z tzw. funduszu eksperckiego. Ten fundusz jest tworzony z subwencji, jaką partie dostają z budżetu.
Sporo zainkasowała także kancelaria Gotkowicz Kosmus Kuczyński z Gdańska - ok. 200 tys. zł.
Sondaże
W 2010 r. były wybory prezydenckie. PiS, podobnie jak inne partie, zamawiał wiele sondaży. Zdziwienie budzi fakt, że owszem, korzystał z renomowanych sondażowni, ale najwięcej zlecał mało znanej na rynku firmie Guru Control Systems. Za jej usługi - według skarbnika Kostrzewskiego były to sondaże - PiS zapłacił blisko 1,1 mln zł. W kolejnym, 2011 r. - 1,4 mln zł, a w 2012 r. - 800 tys. zł. Firmy nie kojarzą jednak ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego. W 2010 r. OBOP i SMG/KRC zgarnęły za sondaże dla PiS po blisko 300 tys. zł, a ABM Agencja Badań Marketingowych - 960 tys. zł.
SOS Music, która zajmuje się organizacją imprez artystycznych, a także produkcją reklamówek dla partii, zainkasowała ponad 1 mln zł, QLCO Agencja Reklamowo-Wydawnicza (banery) - 700 tys. zł, Goldfinger Fabryka Innowacyjnych Rozwiązań (druk, ale też obsługa tzw. eventów) - 430 tys. zł. PiS skorzystał także z usług fotografa (40 tys. zł) oraz powietrznej taksówki - 110 tys. zł.
Think-tanki i media Sakiewicza
PiS wspiera także niektóre think-tanki. Instytut Sobieskiego, któremu zlecono wykonanie różnych analiz, za swoje usługi dostał ok. 190 tys. zł. - Jesteśmy niezależnym instytutem, bo mamy zdywersyfikowane finansowanie. Bez zleceń PiS też damy sobie radę - powiedział "Gazecie" Jan Filip Staniłko z instytutu.
Po macoszemu PiS potraktował Instytut Kościuszki, bo dał mu zarobić raptem ok. 60 tys. zł.
Spółka Słowo Niezależne, która prowadzi prawicowy portal Niezalezna.pl (w jej zarządzie jest Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i wieceszef TV Republika) - ok. 24 tys. zł, a Niezależne Wydawnictwo Polskie będące współwłaścicielem takich tytułów jak "Gazeta Polska Codziennie" i "Gazeta Polska" - kolejne 170 tys. zł. Te pozycje pojawiają się także w sprawozdaniach za 2011 i 2012 r.
ŹRÓDŁO
████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░
PiS płaci miliony. Komu i za co?
Sprawdziliśmy, kto był na liście płac PiS w 2011 r. I ile zarobił. Ciekawe pozycje to Guru Control Systems i niepokorni twórcy. Oraz nieustanne badania opinii publicznej
Prawie 1,4 mln zł PiS przelało w wyborczym 2011 roku do Guru Control Systems. W 2012 r. - ok. 800 tys. zł, a w 2010 r. - blisko 1,1 mln zł. Tak wynika ze sprawozdań partii dla Państwowej Komisji Wyborczej.
Gdy tydzień temu napisaliśmy o płatnościach dla Guru Control Systems, skarbnik partii Stanisław Kostrzewski tłumaczył, że to za sondaże. Poseł PiS Joachim Brudziński mówił, że "ma związek z różnymi projektami IT i obsługą naszej sieci komputerowej".
Pytamy byłego polityka PiS, czy zna firmę Guru Control Systems. - Nie znam. Jeśli chodzi o sondaże, to się odbywało tak, że Tomek Pierzchalski sadzał kilka dziewczyn na Nowogrodzkiej i robił swoje call center. One obdzwaniały 200-300 osób dziennie i PiS miał na bieżąco notowania partii i opinie na inne bieżące tematy. Ale też prawda jest taka, że mało kto w PiS posiada tę wiedzę tajemną, komu Staszek Kostrzewski przelewa pieniądze.
Wczoraj Kostrzewski nie chciał z nami rozmawiać przez telefon o Guru Control Systems. - Zapraszam do biura w przyszłym tygodniu, to pokażę rachunki - obiecał. Firma dostawała też pieniądze w 2010 r., ale nie kojarzą jej ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały wówczas za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego.
Informacje o Guru Control Systems są jedynie w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Ale nie ma w niej informacji o tym, że firma robi sondaże. Jej podstawowa działalność to sprzedaż komputerów, oprogramowania i kamer. A sondaże? - Jest to jedna z gałęzi naszej działalności, ale jej nie promujemy. - Dlaczego nie piszecie o tym w Ewidencji Działalności Gospodarczej? - To musiało być przeoczenie przy okazji zmiany siedziby firmy. Na pewno to poprawimy - mówi Kacper Kamiński, współwłaściciel firmy.
Twierdzi, że z PiS współpracują od 2005 r. Zaczęło się od niedużych prac informatycznych. - A ponieważ walczymy o każdego klienta, chcieliśmy go utrzymać i okazało się, że możemy dla nich robić także sondaże - dodaje. Sondaże można w firmie zamawiać od 2007 r. - Informacja o tym rozeszła się po rynku pocztą pantoflową. Rozwinęliśmy trochę skrzydła, mamy małe biuro call-center. Współpracujemy z pracownikami naukowymi, socjologami. To drobna część naszego biznesu, która jednak sama się finansuje - opowiada. Z PiS do Guru Control Systems pieniądze idą z konta podstawowego partii, ale także z funduszu eksperckiego. Ten drugi jest ciekawszy, bo pokazuje, że w styczniu PiS zapłacił guru System Controls 73 tys. zł, a znanej sondażowni SMG KRC - 53 tys. zł. Podobne pieniądze na konto Guru Control System PiS przelał w lutym i kwietniu. W maju przelewy były dwa: ponad 74 tys. zł i 70 tys. zł, w czerwcu też dwa, po 73 tys. zł, we wrześniu znów dwa: 73 tys. zł i ponad 127 tys. zł, w listopadzie: 73 tys. zł i 151 tys. zł, w grudniu - 147 tys. zł. - Nie pamiętam takich kwot ani jakie to były zlecenia - mówi.
Przyznaje, że PiS jest jedyną partią na liście klientów Guru Control Systems.
Na liście płac jest też pozarządowa organizacja Instytut Sobieskiego. W 2011 r. z funduszu eksperckiego PiS zapłacił za jego usługi ponad 184 tys. zł. Z rachunku podstawowego partii do Instytutu wyszły trzy przelewy: dwa po 184 tys. zł i jeden -156 tys. zł. W zeszłym roku - ok. 468 tys. zł na organizację kongresu Polska Wielki Projekt oraz 216 tys. zł za ekspertyzy. W sumie - ponad 670 tys. zł, a nie ponad milion, jak "Gazeta" napisała w poprzednim odcinku o finansach PiS.
- PiS nie wspiera Instytutu Sobieskiego, ale kupuje usługi, jakie Instytut oferuje w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. PiS nie jest fundatorem Instytutu i nie jest nawet darczyńcą - mówi Paweł Soloch, członek zarządu Instytutu, pytany, dlaczego IS dostaje od PiS regularne wpłaty co miesiąc rzędu kilkunastu tysięcy złotych.
Na liście płac PiS jest też agencja reklamowa PANPLAN. W 2011 r. partia przelała na jej konto ponad 3,5 mln zł. - To był zakup mediów, emisja w telewizji, radiu, prasie - mówi Marcin Brzuchalski, właściciel firmy.
A jak PiS do was dotarł? - pytam.
- Teraz prowadzę samochód i nie mogę rozmawiać - kończy rozmowę Brzuchalski.
2011 r. to również przelewy do zaprzyjaźnionych z PiS. W maju portal wpolityce.pl informował o powstaniu Stowarzyszenia Twórców dla Rzeczypospolitej, "żeby literatura była literaturą, nauka nauką, film filmem". A wszystko "w imię prawdy". Założyli je m.in. poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, publicyści Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, prof. Zdzisław Krasnodębski. Pięć miesięcy PiS wsparł stowarzyszenie kwotą ponad 53 tys. zł. Chociaż większej aktywności stowarzyszenia nie widać. Na Facebooku jego profil "lubi" zaledwie 38 osób. A ostatni wpis jest z października 2012 r.
Prawie 20 tys. zł PiS przelał na konto spółki Słowo Niezależne wydającej prawicowy portal niezalezna.pl. W jej zarządzie są Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i dziennika "Gazeta Polska Codziennie" oraz wiceszef TV Republika.
Do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z partyjnego konta poszło 19,6 tys. zł. A do Radia Wnet, któremu szefuje Krzysztof Skowroński (szef SDP) - 73 tys. zł.
235 tys. zł PiS zapłacił łącznie firmie Picaresque, której właścicielem jest Maciej Pawlicki. To publicysta tygodnika "Sieci" braci Karnowskich, producent filmu o Smoleńsku, b. szef telewizyjnej Jedynki za czasów prezesury Wiesława Walendziaka, współautor programów "Polacy" i Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać".
Ponad 261 tys. zł PiS zapłaciło związanego z partią firmie Roberta Stachowicza (był grafikiem w prawicowym piśmie "Nowe Państwo", którym kierował Adam Lipiński, dziś wiceprezes PiS).
Finanse PO
"Gazeta" prześwietlała finanse partii z 2012 roku. "Newsweek" prześwietlił także finanse PO w 2010 i 2011 roku. Oto niektóre pozycje: Paradise Group, sprzedająca markowe ubrania, w tym garnitury, zarobiła w PO w ciągu 3 lat 250 tys. zł. "Fakt" napisał, że kupowano też stroje dla Małgorzaty Tusk m.in. u projektantki Gosi Baczyńskiej. PO twierdzi, że zapłaciła za to ze swoich składek i darowizn, których w samym 2012 roku nazbierała 1,6 mln zł. Członkowie partii pokrywają koszty reprezentacji, bo w kancelarii premiera nie ma już funduszu reprezentacyjnego,
W ciągu trzech lat w salonie win i cygar Platforma zostawiła ok. 100 tys. zł, przy czym PO zapewnia, że jest tam także zwykły sklep spożywczy i kupowano oprócz wina na np. spotkania opłatkowe także żywność. Cygar nie kupowano. PO wynajmowała boiska do piłki nożnej za 6 tys. zł (to też ze składek członkowskich).
ŻRÓDŁO
████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░
Dziwnie hojne PiS
W kampanii w 2011 r. PiS wydało w lokalnym tygodniku - efemerydzie istniejącej tylko w okresie wyborów - ok. 500 tys. zł na reklamy promujące m.in. kandydata tej partii na senatora. Kandydatem był Grzegorz Bierecki, wówczas prezes SKOK, dziś jeden z bogatszych parlamentarzystów. POLITYKA ma skany umowy komitetu wyborczego PiS, podpisane przez skarbnika tej partii Stanisława Kostrzewskiego,opiewającej na niespotykane na rynku medialnym kwoty. „za każdą publikację reklam w poszczególnym
wydaniu »Monitora Tygodnia« zleceniodawca zapłaci zleceniobiorcy kwotę 90 tys. zł powiększoną o 23 proc. VAT, czyli łącznie 110 700 zł. Łączna kwota wszystkich wiadczeń wyniesie 4SO tys. zł netto" - czytamy w umowie zawartej 4 września 201 1 r. Po doliczeniu podatku VAT wychodzi ponad 500 tys. zł za promocję w pięciu numerach tygodnika, który nie był nawet zarejestrowany w Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. I który był wydawany przez mikroskopijną spółkę Fusion Media z Krakowa o kapitale założycielskim 50 tys. zł. Umowa precyzowała, że reklam nie może być mniej niż jedna całostronicowa
w każdym z pięciu wydań tygodnika. -To cena z kosmosu. Strona reklamowa w tygodniku
lokalnym kosztuje 3-5 tys. zł- mówi POLITYCE naczelny „Kuriera Słupeckiego" (Wielkopolska) Janusz Ansion. Partie nie mogą na kampanię wydawać dowolnych sum. Limit w 201 1 r. wynosił 30,6 mln zł. Ze sprawozda ń komitetów wyborczych na stronie PKW wynika, że PiS wydało 30,1 mln, z czego 2,9 mln na reklamy w prasie. Oznacza to, że aż jedną szóstą wszystkich pieniędzy na reklamę w prasie PiS wydało
w kilku powiatach na promocję w tygodniku, po którym w Internecie nie ma nawet śladu. Na internetową kampanię reklamową w Polsce PiS przeznaczyło 1 ,1 mln zł. Co dziwniejsze, okręg bialskopodlaski, w którym startował Bierecki, był d la PiS raczej bezpieczny. Na jego obszarze w 2007 r. trzej startujący
tu kandydaci partii Jarosława Kaczyńskiego (wówczas okręg obejmował więcej powiatów, a wybieranych było trzech senatorów, a nie jeden jak w 201 1 r.) pokonali kandydatów PO 75 tys. do 61 tys. głosów. W 20 1 1 r. Bierecki wygrał z Józefem Bergierem 31 tys. do 22 tys. głosów. W tym samym czasie większość innych kandydatów mogła wydawać na kampanię najwyżej kilkanaście tysięcy złotych, tak by komitet
wyborczy nie przekroczył ustawowego limitu. Rzeczni k PiS Adam Hofman odesłał nas o skarbnika partii. Kostrzewski był dla nas niedostępny. Pyta nia o umowę z Fusion Med ia, „Monitor Tygodnia" i czy ten wydatek był racjonalny, zad a liśmy Biereckiemu. Senator je zignorował, napisał tyl ko, że nie zna spółki
Fusion Media. - To historia jak z bajki - ironizuje polityk, który przekazał nam skany umowy. - Pan z Krakowa wymyślił, że założy tygodnik w Białej Podlaskiej, jak wiadomo miejscowości silnie związanej z Małopolską. Idzie do PiS, mówi, że chce pół miliona, i pół miliona dostaje. O „Monitor Tygodnia" pytamy na rynku prasy lokalnej. O tytule nie słyszeli ani w redakcji „Słowa Podlasia", ani w „Tygodniku Podlaskim".
- Ta umowa budzi wątpliwości, dlaczego tak ogromną kwotę zapłacono za promocję w lokalnym piśmie. To nie pierwszy taki przypadek w historii PiS, że duże pieniądze dostaje firma, o której niewiele wiadomo. W 2005 r. firma niemająca strony internetowej ani stałej siedziby dostała 390 tys. zł za druk niemal 12 tys. plakatów. Monitorowaliśmy kilka kampanii- komentuje Grażyna Kopińska z Fundacj i Batorego. - Wniosek
jest oczywisty: kontrola PKW nad wydatkami komitetów jest za słaba. Za słaba jest też kontrola społeczna, pełne sprawozdania finansow partii i komitetów wyborczych powinny być publikowane w Internecie, a teraz można je przeglądać tylko w siedzibie PKW
ŹRÓDŁO
niedziela, 16 czerwca 2013
SKOK nad przepaścią
Sytuacja finansowa spółdzielczych kas
oszczędnościowo-kredytowych, którym
swe oszczędności - w sumie prawie 16 mld
zł oszczędności - powierzył co dziesiąty dorosły
Polak, była ostatnio jedną z najpilniej strzeżonych
tajemnic państwowych. Wiedziało o niej kilkanaście
osób w rządzie i w instytucjach odpowiadających za
stan finansów państwa, od Narodowego Banku Polskiego
po Komisj ę Nadzoru Finansowego (KNF),
przed którymi szefowie SKOK-ów musieli odkryć
karty.
Musieli odkryć, bo ich imperium - wcześniej
strzegące swoich sekretów - poddane zostało jesienią
zeszłego roku nadzorowi KNF. Ale dopiero
w końcu zeszłego tygodnia KNF ujawniła swój raport.
Wynika z niego, że spora część z 55 istniejących
kas jest zagrożona bankructwem, a liczba kas
na granicy finansowej zapaści rośnie lawinowo - od
końca zeszłego roku prawie się podwoiła! Większość
kas wymaga pilnych działań ratunkowych.
Folwarki prezesów
Obrońcy SKOK-ów (a takich nie brakuje, dowodem
są wpisy na prawicowych portalach o tym, jak pod
dyktando obcego kapitału niszczy się polskie kasy)
przypominają, że oferują one klientom wysokie odsetki
od lokat - znacznie atrakcyjniejsze niż w bankach
komercyjnych. To prawda - nawet ostatnio,
gdy większość banków zeszła z oprocentowaniem
do najwyżej 3 proc. w skali roku, wiele SKOK-ów
dawało 5-6 proc. Problem w tyn1, że na wypłacanie
talach odsetek bank musi zarobić - przede wszystkim
udzielając wyżej oprocentowanych kredytów.
Kasy robiły to, lekceważąc rosnące w czasach kryzysu
ryzyko, że nie zostaną one spłacone. Skończyło
się tym, że co trzecia pożyczona przez nie złotówka
(w sumie ok. 3,5 mld zł) może nie być nigdy
zwrócona.
Dla poró,vnania - w bankach komercyjnych tych tak zwanych złych kredytów jest ok. 8 proc. Mniej
niż w SKOK-ach jest ich nawet w Providencie, parabanku
nastawionym na lichwiarsko oprocentowane
pożyczki, z natury rzeczy trudniejsze do odzyskania.
Jeszcze bardziej „skokowcy" lekceważyli ryzyko,
udzielając kredytów hipotecznych. W całym sektorze
bankowym są one najsolidniej spłacane (zagrożone
jest niespełna 3 proc.), bo ludzie boją się stracić
mieszkanie czy dom, będące zabezpieczeniem kredytu.
W SKOK-ach zagrożona jest spłata niemal co
siódmej złotówki z takich kredytów!
O tym, jak funkcjonowały SKOK-i, wiele mówi
historia opowiedziana na appfunds.blogspot.com.
Anonymous 48 opowiada: „Pracowałem przez pewien
czas w centrali jednego z największych SKOKÓW,
do którego trafiłem po I O latach pracy w dużym
banku. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, bo jak
się okazało, tylko ja miałem doświadczenie w ban-
kowości. Zarząd i duża część pracowników tej kasy
to była rodzina - brat, kuzyn, siostra, szwagier itp.,
ludzie sympatyczni, ale bez przygotowania. Przez
moje biurko przechodziły wszystkie znaczące kredyty.
Zacząłem wprowadzać procedury i metody rzetelnej
oceny kredytobiorców, bo wcześniej wszystko
było uznaniowe. I takie jednak pozostało. Ja dawałem
odmowę, bo nie było sensownych dochodów czy
zabezpieczeń, ale zarząd zmieniał decyzję i kredytu
udzielano. Popularną metodą ( ... ) był też np. zakup
kamienicy, w której miała być placówka SKOK-u.
Zakupu dokonuje członek zarządu (np. brat prezesa)
na kredyt udzielony przez ten sam SKOK, po
czym nowy właściciel wynajmuje lokal placówce
swojego SKOK-u, która płaci czynsz w wysokości
3-4 razy większej niż rata kredytu. Interes się kręci,
a środki kasy stopniowo stają się prywatnym majątltiem
prezesa i jego zaufanych. Sporadyczne kontrole
placówki przeprowadzał sam prezes, będący we
władzach Kasy Krajowej, do niedawna jedynego organu
nadzorującego SKOK-i, bądź kuzyn prezesa
z tejże Kasy''.
Parę takich spraw trafiło do prokuratury. Na przykład
w SKOK-u Kujawiak z Włocławka rencista
otrzymujący z ZUS 500 zł miesięcznie dostał kredyt,
którego sama rata była trzy razy wyższa! - Komitet
kredytowy SKOK negatywnie zaopiniował wniosek
o udzielenie tego kredytu, a mimo to prezes samodzielnie
decydował, że kredyt się należy - mówi
Bogdan ·wesołowski z włocławskiej prokuratury
okręgowej.
Skrypty z Luksemburga
Sprawa Kujawiaka to w sumie drobiazg. Poważniejsze
rzeczy działy się w SKOK-u w Wołominie, gdzie
np. jeden z klientów dostał kilka milionów złotych
pod zastaw działki wartej ok. 30 tys. zł. Kredyt nie
jest spłacany. Podobnych spraw w Wołominie jest
więcej. - Śledztwo jest bardzo rozwojowe i wielowątkowe
- mówi nam Mariusz Piłat, pienvszy zastępca
prokuratora okręgowego w Prokuraturze
Warszawa-Praga.
Wołomiński SKOK - drugi co do wielkości w kraju
- to, przynajmniej teoretycznie, jedna z najlepiej
prosperujących kas. Chwali się ponad 40 mln zł czystego
zysku za zeszły rok. - Jesteśmy w doskonałej
kondycji finansowej . Mamy bardzo niski wskaźnik
przeterminowanych pożyczek - mówiła niedawno
wiceprezes Joanna Przewoźna. To dziwne, biorąc
pod uwagę lawinowy wzrost wartości pożyczek
i kredytów, co potwierdza niedawny audyt. Czy to
jakaś księgowa ebvilibrystyka? Wiele na to wskazuje,
także w innych SKOK-ach.
Dokonana przez KNF ocena kondycji kas na koniec
2012 r. bazuje na sprawozdaniach finansowych
samych kas, niezweryfikowanych przez ze,vnętrznych
biegłych rewidentów. Rzeczywistość może być
jeszcze czarniejsza. - Faktyczną sytuację
finansową kas poznamy dopiero po weryfikacji
ich sprawozdaf1 - powiedział nam
jeden z wysokich urzędników resortu finansów.
- NaJwiększe zastrzeżenia budzi
kwestia wyceny aktyv.rów, zwłaszcza przeterminowanych
pożyczek i kredytów oraz
stworzonych na nie rezerw. SKOK-i podeszły
do tego mało rygorystycznie.
Szefowie imperium SKOK, od lat powiązani
z PiS, próbują różnych sztuczek,
by odgonić widmo katastrofy finansowej.
Wykorzystują do tego spółkę z Luksemburga
SKOK Holding - zarejestrowali ją
w 2007 r., tuż przed wygranymi przez PO
wyborami parlamentarnymi. To wehikuł
biznesowy służący do zamiatania pod dy
wan kredytów, których nie spłacają klienci
kas. SKOK Holding kupuje od nich całe
portfele złych kredytów, płacąc podejrzanie
wysoko 'vycenianymi tzw. skryptami
dłużnymi. Taki skrypt to po prostu zobowiązanie
luksemburskiej spółki, że odkupi
go po spłacie kredytów przez klientów.
Tyle że szanse na to są znikome.
W zeszłym roku ta sztuczka poprawiła
wyniki finansowe SKOK-ów o ponad pół
miliarda złotych - o tyle wyżej wyceniono
otrzymane skrypty od kwoty, za jaką luksemburska
spółka nabyła kredyty. Operacja
przypomina to, co przed kilku laty
robiły amerykańskie banki, z Lehman
Brothers na czele, zamieniaj ąc utracone
kredyty na nowe instrumenty finansowe.
- Zasada jest podobna. 'fyle że SKOK-i nie
próbują sprzedawać swych skryptów na
rynku - komentuje nasz rozmówca z Ministerstwa
Finansów.
Wiadomo, jak się skończyło w przypadku
Lehman Brothers - na samym końcu
okazało się, że król j est nagi, a „papiery
wartościowe" są całkowicie bezwartościowe.
To bomba z opóźnionym zapłonem.
Zapewne m.in. obawa przed jej eksplozją
skłoniła Grzegorza Biereckiego do rezyg-
dynacji
w październiku zeszłego roku z funkcji
prezesa Krajowej Kasy SKOK. Było to
tuż przed poddaniem SKOK-ów pod nadzór
KNF, przeciwko czemu protestowali
politycy PiS.
Etos i pieniądze
SKOK-i to dziecko Biereckiego, kiedyś bliskiego
współpracownika Lecha Wałęsy,
dyrektora w Komisji Kraj owej NSZZ Solidarność.
Prochu nie wymyślił. Podpatrywał
funkcjonowanie spółdzielczych kas
podczas podróży po USA i zachodniej Europie,
grzebał w historii przedwoj ennych
Kas Stefczyka, brał nawet pod uwagę doświadczenia
PRL-owskich kas zapomogowo-
pożyczkowych.
Na początku lat 9 0 . p ierws ze
SKOK-i powstawały przy wielkich zakładach
przemysłowych, jak Huta Katowice.
Ale turbodoładowanie zapewniła im dopiero
ustawa z 1995 r., pozwalając działać
na peryferiach sektora bankowego, bez
kontroli nadzoru finansowego i bez wpłacania
pieniędzy do Bankowego Funduszu
Gwarancyj nego. A potem j eszcze doszło
zwolnienie z podatku dochodowego, bo
Bierecki i jego współpracownicy wmówili
politykom, że SKOK-i działają na zasadzie
non profit. W dodatku ustawa narzuciła lokalnym
kasom przymus przynależności do
Kasy Krajowej, jako czapki systemu, która
je kontrolowała i obciążała rozmaitymi
opłatami, a od której decyzji nie było
odwołania.
Grzegorz Bierecki, który stanął na j ej
czele, stał się władcą absolutnym. Przez
prawie dwie dekady umacniał swą władzę,
tworząc spółki zależne zajmujące się
ubezpieczeniami, inwestycjami, nawet
zbieraniem składek na emerytury. Spora
grupa powiązanych z nim menedżerów
z rodzinami czuła się coraz pewniej i coraz
bardziej bezkarnie na swych lokalnych
włościach.
Sam Bierecki, szef biznesu formalnie
nienastawionego na zysk, też niczego sobie
nie żałował. Jego zarobki - jako szefa
Kasy Krajowej oraz członka rad nadzorczych
wielu satelickich spółek - sięgały
kilku milionów złotych rocznie, tyle co wynagrodzenia
najlepiej opłacanych prezesów
największych banków.
Wszechwładzę Biereckiego w Kasie
Krajowej, dotąd absolutnie zdominowanej
przez SKOK Stefczyka, miała ukrócić ustawa
o SKOK-ach z października 2012 r.
- Nic z tego nie wyszło, statut KK nadal
gwarantuje tej największej kasie dominującą
pozycję i możliwość blokowania
wszelkich reform - mówi Antoni Stadnicki,
prezes SKOK Kopernik z Ornontowic
na Śląsku, któiy w konflikt z KK wszedł
już kilka lat temu, gdy centrala próbowała
odwołać jego zarząd i wprowadzić swoich
ludzi.
Wiele SKOK-ów burzy się przeciw coraz
większemu drenażowi ich kas przez KK.
Punktem spornym staje się m.in. obowiązkowa
składka na fundusz marketingowo-
promocyjny SKOK. - Wydajemy na ten
cel prawie ćwierć miliona złotych rocznie
i niewiele z tego mamy. Sami te pieniądze
wydalibyśmy znacznie efektywniej - mówi
Marek Rosiński, prezes SKOK im. Stefana
Wyszyńskiego z Wrześni.
Zbuntowanym przeciw B iereckiemu
szefom lokalnych kas nie podoba się,
że środki z tego funduszu Kasa Krajowa
SKOK przeznacza na reklamy w prawicowych
mediach. - Jesteśmy jednoznacznie
kojarzeni z PiS. To zaangażowanie polityczne
nie pomaga w prowadzeniu biznesu
- twierdzi Rosiński.
Kasa polityczna
Szefowie Kasy Krajowej SKOK od lat manifestują
swe poparcie dla „patriotycznej
prawicy''. Już w latach 90. w ich spółkach
czy w tworzonej przez Lecha Kaczyńskiego
Fundacji SKOK znajdowali zatrudnienie
politycy powiązani z nim i z jego
bratem - zwłaszcza gdy tracili mandaty
i zarobki poselskie.
Dziś spora część kilkunastomilionowego
funduszu marketingowo-promocyjnego
SKOK trafia do prawicowych i kościelnych
mediów, głównie w postaci reklam: od
„Naszego Dziennika" o. Rydzyka i „Gościa
Niedzielnego", przez Telewizję Tnvam,
„Gazetę Polską" i „Gazetę Polską Codziennie';
aż po przedsięwzięcia medialne braci
Karnowskich, portal wPolityce i tygodnik
„Sieci''.
Z budżetu SKOK sponsorowanych jest
także wiele imprez i uroczystości organizowanych
przez PiS, z aktywnym udziałem
politykówtej partii - od wystaw (np. w 2011
r. w Sopocie „Lech Kaczyński w służbie
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej"), przez
rozmaite przedsięwzięcia klubów „Gazety
Polskiej'', po uroczyste koncerty w hołdzie
ofiarom katastrofy smoleńskiej ze strony
PiS. Zapytany o tak jednoznaczne zaangażowanie
po jednej stronie sceny politycznej
Grzegorz Bierecki odpowiedział w jednym
z vvywiadów: - W spieramy przedsięwzięcia
patriotyczne, bo tego oczekuj ą nasi
członkowie. A kto miałby to robić - Deutsche
Bank?
To polityczne zaangażowanie centrali
SKOK przez lata kuło w oczy polityków
PO. W 2009 r. posłowie Platformy przeforsowali
ustawę oddającą kasy pod nadzór
bankowy, mimo protestów polityków
prawicy przeciwko zamachowi na niezależność
niezależność
kas. Lech Kaczyński skierował ją
do Trybunału KonstytucJ.:inego, ale w lipcu
2012 r. Bronisław Komorowski wycofał
prezydenckie zastrzeżenia iją podpisał.
W połowie maja podpisał też jej nowelizację,
nakładającą na SKOK-i jeszcze większe
rygory (choć zamierza skierować do
TK część budzących największe kontrowersje
zapisów).
Szefowie SKOK i posłowie PiS burzą się
przeciw dodatkowym uprawnieniom dla
Komisji Nadzoru Finansowego, która miałaby
prawo wprowadzać w kasach zarząd
komisaryczny, a nawet łączyć je z bankami.
- Ta nowelizacja nadaje się tylko do kosza
- nie przebiera w słowach Grzegorz Bierecki.
Ale politycy PO obstają przy swoim.
- To nie jest żaden zamach na pieniądze
SKOK- ów. Chodzi o to, żeby klienci zagrożonych
kas nie bali się o powierzone im
depozyty. Żeby nie było tak jak w wypadlm
Amber Gold, że jak będą chcieli wycofać
pieniądze, to zobaczą zamknięte drzwi
- tłumaczy wiceminister zdrowia i poseł
PO Sławomir Neuman, który przygotowywał
ustawę z 2009 r.
Do tej pm}' szefowie SKOK-ów mieli silny
argument na obronę swej autonomii
- w ciągu 20 lat działalności żadna kasa nie
zbankrutowała, choć kilka było zagrożonych
i przejmowała je wówczas inna, najczęściej
dominująca Kasa Stefczyka. Teraz,
po publikacji raportu KNF, wygląda na to,
że problemy mogą być poważniejsze. Tyle
dobrego, że depozyty ciułaczy nie są zagrożone,
bo za chwilę SKOK-i zostaną objęte
ochroną Bankowego Funduszu GwarancJ.:inego.
Zagrożone za to mogą być stanowiska
szefów znacznej części SKOK-ów.
Ale ich nie ma chyba co żałować.
oszczędnościowo-kredytowych, którym
swe oszczędności - w sumie prawie 16 mld
zł oszczędności - powierzył co dziesiąty dorosły
Polak, była ostatnio jedną z najpilniej strzeżonych
tajemnic państwowych. Wiedziało o niej kilkanaście
osób w rządzie i w instytucjach odpowiadających za
stan finansów państwa, od Narodowego Banku Polskiego
po Komisj ę Nadzoru Finansowego (KNF),
przed którymi szefowie SKOK-ów musieli odkryć
karty.
Musieli odkryć, bo ich imperium - wcześniej
strzegące swoich sekretów - poddane zostało jesienią
zeszłego roku nadzorowi KNF. Ale dopiero
w końcu zeszłego tygodnia KNF ujawniła swój raport.
Wynika z niego, że spora część z 55 istniejących
kas jest zagrożona bankructwem, a liczba kas
na granicy finansowej zapaści rośnie lawinowo - od
końca zeszłego roku prawie się podwoiła! Większość
kas wymaga pilnych działań ratunkowych.
Folwarki prezesów
Obrońcy SKOK-ów (a takich nie brakuje, dowodem
są wpisy na prawicowych portalach o tym, jak pod
dyktando obcego kapitału niszczy się polskie kasy)
przypominają, że oferują one klientom wysokie odsetki
od lokat - znacznie atrakcyjniejsze niż w bankach
komercyjnych. To prawda - nawet ostatnio,
gdy większość banków zeszła z oprocentowaniem
do najwyżej 3 proc. w skali roku, wiele SKOK-ów
dawało 5-6 proc. Problem w tyn1, że na wypłacanie
talach odsetek bank musi zarobić - przede wszystkim
udzielając wyżej oprocentowanych kredytów.
Kasy robiły to, lekceważąc rosnące w czasach kryzysu
ryzyko, że nie zostaną one spłacone. Skończyło
się tym, że co trzecia pożyczona przez nie złotówka
(w sumie ok. 3,5 mld zł) może nie być nigdy
zwrócona.
Dla poró,vnania - w bankach komercyjnych tych tak zwanych złych kredytów jest ok. 8 proc. Mniej
niż w SKOK-ach jest ich nawet w Providencie, parabanku
nastawionym na lichwiarsko oprocentowane
pożyczki, z natury rzeczy trudniejsze do odzyskania.
Jeszcze bardziej „skokowcy" lekceważyli ryzyko,
udzielając kredytów hipotecznych. W całym sektorze
bankowym są one najsolidniej spłacane (zagrożone
jest niespełna 3 proc.), bo ludzie boją się stracić
mieszkanie czy dom, będące zabezpieczeniem kredytu.
W SKOK-ach zagrożona jest spłata niemal co
siódmej złotówki z takich kredytów!
O tym, jak funkcjonowały SKOK-i, wiele mówi
historia opowiedziana na appfunds.blogspot.com.
Anonymous 48 opowiada: „Pracowałem przez pewien
czas w centrali jednego z największych SKOKÓW,
do którego trafiłem po I O latach pracy w dużym
banku. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, bo jak
się okazało, tylko ja miałem doświadczenie w ban-
kowości. Zarząd i duża część pracowników tej kasy
to była rodzina - brat, kuzyn, siostra, szwagier itp.,
ludzie sympatyczni, ale bez przygotowania. Przez
moje biurko przechodziły wszystkie znaczące kredyty.
Zacząłem wprowadzać procedury i metody rzetelnej
oceny kredytobiorców, bo wcześniej wszystko
było uznaniowe. I takie jednak pozostało. Ja dawałem
odmowę, bo nie było sensownych dochodów czy
zabezpieczeń, ale zarząd zmieniał decyzję i kredytu
udzielano. Popularną metodą ( ... ) był też np. zakup
kamienicy, w której miała być placówka SKOK-u.
Zakupu dokonuje członek zarządu (np. brat prezesa)
na kredyt udzielony przez ten sam SKOK, po
czym nowy właściciel wynajmuje lokal placówce
swojego SKOK-u, która płaci czynsz w wysokości
3-4 razy większej niż rata kredytu. Interes się kręci,
a środki kasy stopniowo stają się prywatnym majątltiem
prezesa i jego zaufanych. Sporadyczne kontrole
placówki przeprowadzał sam prezes, będący we
władzach Kasy Krajowej, do niedawna jedynego organu
nadzorującego SKOK-i, bądź kuzyn prezesa
z tejże Kasy''.
Parę takich spraw trafiło do prokuratury. Na przykład
w SKOK-u Kujawiak z Włocławka rencista
otrzymujący z ZUS 500 zł miesięcznie dostał kredyt,
którego sama rata była trzy razy wyższa! - Komitet
kredytowy SKOK negatywnie zaopiniował wniosek
o udzielenie tego kredytu, a mimo to prezes samodzielnie
decydował, że kredyt się należy - mówi
Bogdan ·wesołowski z włocławskiej prokuratury
okręgowej.
Skrypty z Luksemburga
Sprawa Kujawiaka to w sumie drobiazg. Poważniejsze
rzeczy działy się w SKOK-u w Wołominie, gdzie
np. jeden z klientów dostał kilka milionów złotych
pod zastaw działki wartej ok. 30 tys. zł. Kredyt nie
jest spłacany. Podobnych spraw w Wołominie jest
więcej. - Śledztwo jest bardzo rozwojowe i wielowątkowe
- mówi nam Mariusz Piłat, pienvszy zastępca
prokuratora okręgowego w Prokuraturze
Warszawa-Praga.
Wołomiński SKOK - drugi co do wielkości w kraju
- to, przynajmniej teoretycznie, jedna z najlepiej
prosperujących kas. Chwali się ponad 40 mln zł czystego
zysku za zeszły rok. - Jesteśmy w doskonałej
kondycji finansowej . Mamy bardzo niski wskaźnik
przeterminowanych pożyczek - mówiła niedawno
wiceprezes Joanna Przewoźna. To dziwne, biorąc
pod uwagę lawinowy wzrost wartości pożyczek
i kredytów, co potwierdza niedawny audyt. Czy to
jakaś księgowa ebvilibrystyka? Wiele na to wskazuje,
także w innych SKOK-ach.
Dokonana przez KNF ocena kondycji kas na koniec
2012 r. bazuje na sprawozdaniach finansowych
samych kas, niezweryfikowanych przez ze,vnętrznych
biegłych rewidentów. Rzeczywistość może być
jeszcze czarniejsza. - Faktyczną sytuację
finansową kas poznamy dopiero po weryfikacji
ich sprawozdaf1 - powiedział nam
jeden z wysokich urzędników resortu finansów.
- NaJwiększe zastrzeżenia budzi
kwestia wyceny aktyv.rów, zwłaszcza przeterminowanych
pożyczek i kredytów oraz
stworzonych na nie rezerw. SKOK-i podeszły
do tego mało rygorystycznie.
Szefowie imperium SKOK, od lat powiązani
z PiS, próbują różnych sztuczek,
by odgonić widmo katastrofy finansowej.
Wykorzystują do tego spółkę z Luksemburga
SKOK Holding - zarejestrowali ją
w 2007 r., tuż przed wygranymi przez PO
wyborami parlamentarnymi. To wehikuł
biznesowy służący do zamiatania pod dy
wan kredytów, których nie spłacają klienci
kas. SKOK Holding kupuje od nich całe
portfele złych kredytów, płacąc podejrzanie
wysoko 'vycenianymi tzw. skryptami
dłużnymi. Taki skrypt to po prostu zobowiązanie
luksemburskiej spółki, że odkupi
go po spłacie kredytów przez klientów.
Tyle że szanse na to są znikome.
W zeszłym roku ta sztuczka poprawiła
wyniki finansowe SKOK-ów o ponad pół
miliarda złotych - o tyle wyżej wyceniono
otrzymane skrypty od kwoty, za jaką luksemburska
spółka nabyła kredyty. Operacja
przypomina to, co przed kilku laty
robiły amerykańskie banki, z Lehman
Brothers na czele, zamieniaj ąc utracone
kredyty na nowe instrumenty finansowe.
- Zasada jest podobna. 'fyle że SKOK-i nie
próbują sprzedawać swych skryptów na
rynku - komentuje nasz rozmówca z Ministerstwa
Finansów.
Wiadomo, jak się skończyło w przypadku
Lehman Brothers - na samym końcu
okazało się, że król j est nagi, a „papiery
wartościowe" są całkowicie bezwartościowe.
To bomba z opóźnionym zapłonem.
Zapewne m.in. obawa przed jej eksplozją
skłoniła Grzegorza Biereckiego do rezyg-
dynacji
w październiku zeszłego roku z funkcji
prezesa Krajowej Kasy SKOK. Było to
tuż przed poddaniem SKOK-ów pod nadzór
KNF, przeciwko czemu protestowali
politycy PiS.
Etos i pieniądze
SKOK-i to dziecko Biereckiego, kiedyś bliskiego
współpracownika Lecha Wałęsy,
dyrektora w Komisji Kraj owej NSZZ Solidarność.
Prochu nie wymyślił. Podpatrywał
funkcjonowanie spółdzielczych kas
podczas podróży po USA i zachodniej Europie,
grzebał w historii przedwoj ennych
Kas Stefczyka, brał nawet pod uwagę doświadczenia
PRL-owskich kas zapomogowo-
pożyczkowych.
Na początku lat 9 0 . p ierws ze
SKOK-i powstawały przy wielkich zakładach
przemysłowych, jak Huta Katowice.
Ale turbodoładowanie zapewniła im dopiero
ustawa z 1995 r., pozwalając działać
na peryferiach sektora bankowego, bez
kontroli nadzoru finansowego i bez wpłacania
pieniędzy do Bankowego Funduszu
Gwarancyj nego. A potem j eszcze doszło
zwolnienie z podatku dochodowego, bo
Bierecki i jego współpracownicy wmówili
politykom, że SKOK-i działają na zasadzie
non profit. W dodatku ustawa narzuciła lokalnym
kasom przymus przynależności do
Kasy Krajowej, jako czapki systemu, która
je kontrolowała i obciążała rozmaitymi
opłatami, a od której decyzji nie było
odwołania.
Grzegorz Bierecki, który stanął na j ej
czele, stał się władcą absolutnym. Przez
prawie dwie dekady umacniał swą władzę,
tworząc spółki zależne zajmujące się
ubezpieczeniami, inwestycjami, nawet
zbieraniem składek na emerytury. Spora
grupa powiązanych z nim menedżerów
z rodzinami czuła się coraz pewniej i coraz
bardziej bezkarnie na swych lokalnych
włościach.
Sam Bierecki, szef biznesu formalnie
nienastawionego na zysk, też niczego sobie
nie żałował. Jego zarobki - jako szefa
Kasy Krajowej oraz członka rad nadzorczych
wielu satelickich spółek - sięgały
kilku milionów złotych rocznie, tyle co wynagrodzenia
najlepiej opłacanych prezesów
największych banków.
Wszechwładzę Biereckiego w Kasie
Krajowej, dotąd absolutnie zdominowanej
przez SKOK Stefczyka, miała ukrócić ustawa
o SKOK-ach z października 2012 r.
- Nic z tego nie wyszło, statut KK nadal
gwarantuje tej największej kasie dominującą
pozycję i możliwość blokowania
wszelkich reform - mówi Antoni Stadnicki,
prezes SKOK Kopernik z Ornontowic
na Śląsku, któiy w konflikt z KK wszedł
już kilka lat temu, gdy centrala próbowała
odwołać jego zarząd i wprowadzić swoich
ludzi.
Wiele SKOK-ów burzy się przeciw coraz
większemu drenażowi ich kas przez KK.
Punktem spornym staje się m.in. obowiązkowa
składka na fundusz marketingowo-
promocyjny SKOK. - Wydajemy na ten
cel prawie ćwierć miliona złotych rocznie
i niewiele z tego mamy. Sami te pieniądze
wydalibyśmy znacznie efektywniej - mówi
Marek Rosiński, prezes SKOK im. Stefana
Wyszyńskiego z Wrześni.
Zbuntowanym przeciw B iereckiemu
szefom lokalnych kas nie podoba się,
że środki z tego funduszu Kasa Krajowa
SKOK przeznacza na reklamy w prawicowych
mediach. - Jesteśmy jednoznacznie
kojarzeni z PiS. To zaangażowanie polityczne
nie pomaga w prowadzeniu biznesu
- twierdzi Rosiński.
Kasa polityczna
Szefowie Kasy Krajowej SKOK od lat manifestują
swe poparcie dla „patriotycznej
prawicy''. Już w latach 90. w ich spółkach
czy w tworzonej przez Lecha Kaczyńskiego
Fundacji SKOK znajdowali zatrudnienie
politycy powiązani z nim i z jego
bratem - zwłaszcza gdy tracili mandaty
i zarobki poselskie.
Dziś spora część kilkunastomilionowego
funduszu marketingowo-promocyjnego
SKOK trafia do prawicowych i kościelnych
mediów, głównie w postaci reklam: od
„Naszego Dziennika" o. Rydzyka i „Gościa
Niedzielnego", przez Telewizję Tnvam,
„Gazetę Polską" i „Gazetę Polską Codziennie';
aż po przedsięwzięcia medialne braci
Karnowskich, portal wPolityce i tygodnik
„Sieci''.
Z budżetu SKOK sponsorowanych jest
także wiele imprez i uroczystości organizowanych
przez PiS, z aktywnym udziałem
politykówtej partii - od wystaw (np. w 2011
r. w Sopocie „Lech Kaczyński w służbie
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej"), przez
rozmaite przedsięwzięcia klubów „Gazety
Polskiej'', po uroczyste koncerty w hołdzie
ofiarom katastrofy smoleńskiej ze strony
PiS. Zapytany o tak jednoznaczne zaangażowanie
po jednej stronie sceny politycznej
Grzegorz Bierecki odpowiedział w jednym
z vvywiadów: - W spieramy przedsięwzięcia
patriotyczne, bo tego oczekuj ą nasi
członkowie. A kto miałby to robić - Deutsche
Bank?
To polityczne zaangażowanie centrali
SKOK przez lata kuło w oczy polityków
PO. W 2009 r. posłowie Platformy przeforsowali
ustawę oddającą kasy pod nadzór
bankowy, mimo protestów polityków
prawicy przeciwko zamachowi na niezależność
niezależność
kas. Lech Kaczyński skierował ją
do Trybunału KonstytucJ.:inego, ale w lipcu
2012 r. Bronisław Komorowski wycofał
prezydenckie zastrzeżenia iją podpisał.
W połowie maja podpisał też jej nowelizację,
nakładającą na SKOK-i jeszcze większe
rygory (choć zamierza skierować do
TK część budzących największe kontrowersje
zapisów).
Szefowie SKOK i posłowie PiS burzą się
przeciw dodatkowym uprawnieniom dla
Komisji Nadzoru Finansowego, która miałaby
prawo wprowadzać w kasach zarząd
komisaryczny, a nawet łączyć je z bankami.
- Ta nowelizacja nadaje się tylko do kosza
- nie przebiera w słowach Grzegorz Bierecki.
Ale politycy PO obstają przy swoim.
- To nie jest żaden zamach na pieniądze
SKOK- ów. Chodzi o to, żeby klienci zagrożonych
kas nie bali się o powierzone im
depozyty. Żeby nie było tak jak w wypadlm
Amber Gold, że jak będą chcieli wycofać
pieniądze, to zobaczą zamknięte drzwi
- tłumaczy wiceminister zdrowia i poseł
PO Sławomir Neuman, który przygotowywał
ustawę z 2009 r.
Do tej pm}' szefowie SKOK-ów mieli silny
argument na obronę swej autonomii
- w ciągu 20 lat działalności żadna kasa nie
zbankrutowała, choć kilka było zagrożonych
i przejmowała je wówczas inna, najczęściej
dominująca Kasa Stefczyka. Teraz,
po publikacji raportu KNF, wygląda na to,
że problemy mogą być poważniejsze. Tyle
dobrego, że depozyty ciułaczy nie są zagrożone,
bo za chwilę SKOK-i zostaną objęte
ochroną Bankowego Funduszu GwarancJ.:inego.
Zagrożone za to mogą być stanowiska
szefów znacznej części SKOK-ów.
Ale ich nie ma chyba co żałować.
poniedziałek, 20 maja 2013
Kasa i Sprawiedliwość
W PiS pieniędzy nie brakuje. Milion na ochronę Jarosława Kaczyńskiego, milion dla zaprzyjaźnionej
firmy. I jeszcze 180 tysięcy dla wydawcy, u którego prezes zarobił na książce
PiS w zeszłym roku dostało z budrzetu państwa 47 mln
złotych. Mogłoby się wydawać, Ze wydałacałą subwencję
i jeszcze musiała podebrać z kupki zaoszczędzonej w poprzedneich
latach.
"Newsweek" postanowił sprawdzić, na co się rozeszły pie-
niądze PiS. Okazuje się, że w piurze przy ul.Nowogrodzkiej
mają do pieniędzy lekką rękę.
Jaki przelew?Jest piękna pogoda
Analizując finansową dokumentację PIS zazeszły ro, na
pierwszy interesujący wątek natrafiamy od razu. To sprawa
książki "Polska naszych marzeń", którą Jarosław Kaczyński
wydał w drugiej połowi 2011r.
Gdy publikacja trafia do księgarń, trwa kampania. Politycy
PiS nie ukrywają, że "Polska naszych marzeń" ma nie tylko
dobrze się sprzedać, ale też dać wyborcze zwycięstwo - reklamoujące
ją billbordy, z których spoglądasympatyczna twarz prezesa,
w ciągu paru dni zalewają cały kraj.
Książka jednak nie pomag. Prezes napisał w niej, że Angela
Merkel została kanclerzem Niemiec nie przez przypadek,
więc dziennikarze dopytują, co miał na myśli. Kaczyński nie
zaprzecza, że chodzi mu o udział Stasi, enerdowskiej bespieki.
Kiedy sprawa robi sięgłośna, całkiempuszczają mu nerwy.
PiS przegrywa kolejne wybory.
Wydanie książki ma też dobre strony. W najnowszym oświadczeniu
majątkowym prezes podał, że w2012 r. na "Polska naszych marzeń"
zarobił ok. 160 tyś.złotych. Biorąc pod uwagę trudną sytuację na rynku wydawniczym, to wynik więcej niż przyzwoity. W sprawie książki
Kaczyńskiego jest jednak coś dziwnego. "Newsweek" odkrył
że w styczniu 2012 r. PiS przelało ze swojego konta podstawowego
Wydawcy "Polska naszych marzeń" 186 tyś. złotych, czyli sumę
zadziwiająco zbliżoną do tej, którą dostał prezes.
Dzieło prezesa wydała drukarnia Akapit,
mało znana firma z Lublina, która,
jak sama nazwa wskazuje, na co dzień zajmuje
się głównie poligrafią, a nie książkami.
Akapit to spółka nieprzypadkowa
- jej właściciel jest znajomym senatora PiS
Grzegorza Czeleja, który prowadzi w Lublinie
prężne wydawnictwo. Część pozycji
Czeleja jest nawet drukowana w Akapicie.
Czelej to z kolei dobry kolega Adama
Hofmana, rzecznika PiS i jednego
z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego.
W PiS mówią, że panowie grywają
razem w tenisa, ale Czelej to precyzuje.
- Adam jest bardziej moim kumplem niż
tenisowym partnerem - mówi. I ma rację.
Znajomość chyba rzeczywiście jest zażyła,
bo Hofman, choć w 2011 r. startował do
Sejmu z Piły, to druk ulotek zlecił w jednej
z firm założonych przez Czeleja.
To, za co PiS płaciło Akapitowi, jest zagadką.
W partii teorie na ten temat krążą
różne. Jeden z moich rozmówców twierdzi,
że sama partia wykupiła część nakładu
i prowadziła sprzedaż podczas spotkań
z wyborcami. To jednak mało prawdopodobne,
bo nikt nie słyszał o tym, by
PiS handlowało książkami prezesa. Drugi
z informatorów twierdzi, że pieniądze
były przeznaczone na produkcję filmu „Lider';
który dołączono do książki, a jeszcze
inny - że chodziło o sfinansowanie kampanii
reklamowej książki. Ale czy PiS mogłoby
płacić za reklamę książki wydanej przez
prywatną firmę? Żadna z tych wersji nie
trzyma się kupy.
Dzwonię do prezesa Akapitu Grzegorza
Kielocha. Jego numer telefonu dostaliśmy
od Czeleja.
- Za co PiS przelało drukarni 186 tys.
złotych? - pytam szefa drukarni.
- Wie pan, że nie pamiętam. Złapał mnie
pan w trasie. Jadę samochodzikiem, piękna
pogoda ... No, nie pamiętam.
- Może po prostu partia wykupiła część
nakładu książki swojego prezesa?
- Nie, tak nie było.
- A wersje o sfinansowaniu produkcji filmu
i wykupieniu billboardów?
- Też nie. Na pewno nie.
- To może zapłacono panu za druk jakichś
innych materiałów?
- Drukujemy czasem coś dla PiS, ale nie
pamiętam, czy ten przelew był za to.
- A pamięta pan chociaż, ile tej książki
się sprzedało? Słyszeliśmy, że 35 tysięcy
egzemplarzy.
- To akurat śledzę na bieżąco. Mniej
więcej 35 tysięcy. No, może trochę mniej,
bo mieliśmy zwroty.
Sprawę przelewu próbowaliśmy też
zweryfikować w samym PiS. Bezskutecznie.
Stanisław Kostrzewski, który musiał
ciężko przeżyć naszą zeszłoroczną publikację
opisującą spółki i fundacje działające
na zapleczu partii, nie odpowiedział
na nasze pytania. Kiedy do niego zadzwoniłem,
bardzo się zdenerwował: - Panie
Krzymowski, nie mam z panem przyjemnych
wspomnień, poza tym jestem bardzo
zajęty. Proszę przysłać pytania na piśmie.
�słaliśmy, ale niestety bez odzewu.
To cyfry. Nie znam się na tym
Jednym ze stałych wydatków PiS jest
ochrona Kaczyńskiego. PiS niezmiennie
korzysta z usług firmy Grom Group. Spółkę
założyło dwóch emerytowanych snajperów
jednostki Grom, a w ich ofercie
są usługi byłych komandosów, oficerów
służb specjalnych i funkcjonariuszy BOR.
Obstawa Kaczyńskiego to poważna
sprawa. W porywach pracuje w niej
nawet do dwudziestu funkcjonariuszy
- strzegą prezesa wszędzie. Jeżdżą z nim
po Polsce, zabezpieczają spotkania z sympatykami,
pojawiają się na wyborczych
konwencjach i pilnują jego domu.
Usługi Grom Group nie należą do najtańszych.
Jak ustalił „Newsweek'; w 20 12
roku PiS wydało na ochronę prezesa prawie
1,1 mln zł: średnio daje to ok. 90 tys.
miesięcznie. Z naszych ustaleń wynika,
że to stawka rzadko spotykana w branży
ochroniarskiej.
Dla Grom Group pieniądze z PiS stanowią
podstawę egzystencji. Firma jest
nowa na rynku - działa od marca 2010 r.
- i raczej nie narzeka na nadmiar klientów.
Z jej sprawozdań finansowych wynika,
że w 2011 r. przychody firmy wyniosły
ok. 1,8 mln zł, a biorąc pod uwagę, że był
to rok wyborczy i prezes miał dużo spotkań
w terenie, to PiS mogło wydać na
ochronę szefa jeszcze więcej niż w roku
ubiegłym. Innymi słowy: gdyby nie PiS,
spółka mogłaby cienko prząść.
Wiceprezes Grom Group Wojciech Grabowski
nie chce powiedzieć, dlaczego PiS
płaci tak słono. Nie zdradza też, ile pieniędzy
przynoszą do firmy inni klienci. - To
cyfry. Nie znam się na tym - zbywa nas.
Z dokumentacji, którą widzieliśmy, wynika,
że partia opłaca też prawników Jaro-
sława Kaczyńskiego. W zeszłym tygodniu
ujawniliśmy, że wbrew temu, co opowiadali
politycy PiS, za Rafała Rogalskiego,
byłego pełnomocnika w śledztwie smoleńskim,
zapłacił nie prezes, ale klub PiS.
Współpracownicy Kaczyńskiego tłumaczyli
później, Że pieniądze na mecenasa
pochodziły nie z pieniędzy Kancelarii
Sejmu, którymi zasilany jest klub, ale ze
składek odprowadzanych od parlamentarzystów.
Nie zmienia to jednak faktu, że
legenda biednego prezesa, który musiał
zaciągnąć kredyt, żeby spłacić prawnika,
okazała się nieprawdziwa. A to, czemu
z taką energią zaprzeczali politycy PiS,
czyli opłacanie adwokatów z pieniędzy
podatników, i tak ma miejsce.
W dokumentacji PiS znaleźliśmy na
przykład informacje o regularnych przelewach
wykonanych z podstawowego
konta partii na rzecz gdańskiej
kancelarii Kosmus Sobina i Partnerzy
Radcy Prawni.W samym 2012 r. dokonano
co najmniej trzech takich transferów,
każdy na kwotę 36,9 tys. złotych.
Dodatkowo w czasie ostatniej kampanii
wyborczej kancelaria wystawiła PiS fakturę
za „zryczałtowaną obsługę prawną"
na dodatkowe 20 tysięcy. Gdańska kancelaria
nie chciała nam powiedzieć za
co brała pieniądze od PiS, ale wiadomo,
że jej częstym klientem jest właśnie prezes.
W mediach bez trudu można znaleźć
relacje z jego kolejnych rozpraw. I tak
Kosmus i Partnerzy reprezentowali go
w procesach, które wytoczyli mu Janusz
Kaczmarek i Roman Giertych, ale także
w sprawach, które do sądu kierował sam
Kaczyński: przeciw „Super Expressowi"
czy przeciw Januszowi Palikotowi.
Pytam jednego z byłych współpracowników
prezesa, czy Kosmus reprezentuje
również innych członków PiS. - Niechętnie
- odpowiada mój rozmówca. - Kostrzewski
przy wódeczce powiedział mi
kiedyś, że z księgowaniem procesów prezesa
ma spory problem, bo nie jest jasne,
czy partia w ogóle powinna płacić za takie
rzeczy.
Cygaretki i nogi na stole
Porządku w partyjnych papierach od lat
pilnuje przy Nowogrodzkiej ten sam człowiek.
To Stanisław Kostrzewski, prawa
ręka prezesa. Na pierwszy rzut oka do PiS
pasuje średnio: przed 1989 r. był członkiem
PZPR, nigdy nie należał do Porozumienia Centrum, a na dodatek jego
córka Małgorzata Rozenek, znana jako
perfekcyjna pani domu, to stała bywalczyni
warszawskich salonów i bohaterka kolorowych
magazynów.
Kostrzewski jest człowiekiem majętnym,
co część polityków PiS razi. Sam
skarbnik o swoich pieniądzach mówi niechętnie.
W prywatnych rozmowach tłumaczy,
że jego majątek pochodzi jeszcze
z czasu rządów A WS i PiS, gdy zasiadał
w zarządzie Banku Ochrony Środowiska.
Prezes nie tylko ufa skarbnikowi, ale
też toleruje jego samodzielność - Kostrzewski
to jeden z niewielu ludzi w PiS
potrafiących sprzeciwić się Kaczyńskiemu
- i przymyka oko na różne wyskoki.
W sierpniu 2012 r. szczegółowo opisaliśmy
w „Newsweeku" finansowy mechanizm,
któremu patronował Kostrzewski:
w 2011 r. pod bokiem PiS wyrosła fundacja
Nowy Kierunek, w jej radzie zasiedli
właśnie Kostrzewski i Tomasz Pierzchalski,
dyrektor biura eurodeputowanych
PiS. Prezesem został Bartłomiej Rajchert,
młody dyrektor zarządzający PiS i jeden
z najbliższych współpracowników Kostrzewskiego.
Rajchert to w PiS postać
równie nietuzinkowa co jego promotor.
Pod biuro partii zajeżdżał luksusowym
volkswagenem phaetonem, a pracownikami
dyrygował, trzymając nogi na stole
i popalając cygaretki.
Fundacja usadowiła się kilkadziesiąt
metrów od siedziby PiS - wynajęła kilkunastometrowy
pokoik w budynku należącym
do powiązanej z Kaczyńskim spółką
Srebrna - i podczas ostatniej kampanii
parlamentarnej zaczęła zdobywać od PiS
lukratywne zlecenia. W ciągu paru miesięcy
skasowała 800 tys. złotych . Rola
Kostrzewskiego była w tym wszystkim
dwuznaczna: z jednej strony jako skarbnik
i pełnomocnik finansowy PiS akceptował
faktury fundacji Nowy Kierunek,
a z drugiej - działał w jej radzie.
Po naszym tekście Rajchert pożegnał
się z PiS. Choć stracił stanowisko dyrektora
zarządzającego (z dokumentacji wynika,
że jego wynagrodzenie wahało się
od 7,9 tys. zł do 46 tys. zł), to nie stracił
kontaktu z Kostrzewskim. W przesłanym
nam e-mailu twierdzi, że w ciągu ostatnich
dwunastu miesięcy jego fundacja
nie organizowała dla PiS żadnych imprez,
kongresów ani eventów. Tymczasem, jak
ustalił „Newsweek': partia przelała w zeszłym
zeszłym roku na konto Nowego Kierunku
89 tys. zł. Za co ? Nie wiadomo. Rajchert
co prawda zapowiedział, że nie chce, by
w kontekście jego nazwiska pojawiły się
sformułowania w rodzaju „unika odpowiedzi"
i „zasłania się przepisami ustawy':
ale gdy zaczęliśmy dopytywać o przelewy,
przestał odbierać telefon, nie odpisał nam
też na e-mail. Sprawy współpracy z Nowym
Kierunkiem nie chciał wyjaśnić także
Kostrzewski.
Milion? O, Jezu ...
Pieniądze dla Nowego Kierunku to jednak
drobne w porównaniu z pozostałymi
wydatkami PiS. W dokumentacji partii
znaleźliśmy na przykład ślady po pięciu
wypłatach na łączną kwotę ok. 1,2 mln
złotych. Wszystkie przelewy trafiły na
konto niewielkiej spółki MTML, której
prezesem i współwłaścicielem jest Pierzchalski.
Ten sam, który zasiada w radzie
NK i kieruje biurem europosłów PiS.
Według corocznych sprawozdań finansowych
MTML funkcjonuj e od 2003 r.,
zajmuje się działalnością sportowo-rekreacyjną
oraz świadczy usługi marketingowe.
Tyle że przez długie lata firma istniała
tylko na papierze: nie prowadziła żadnej
aktywności i regularnie przynosiła straty.
Ruch w interesie poj awił się dopiero
w zeszłym roku, wraz z nawiązaniem
współpracy z PiS. Niestety, nie wiadomo,
za co partia Kaczyńskiego przelała firmie
swojego współpracownika ponad milion
złotych, bo na nasze pytania nie odpowiedzieli
ani Pierzchalski, ani Kostrzewski.
Od polityków PiS nieoficjalnie można
jedynie usłyszeć, że Pierzchalski kręcił się
w zeszłym roku przy obsłudze debat pro(
Piotra Glińskiego. Miał się też chwalić, że
PiS wynajmuje od niego plazmę pojawiającą
się na konferencjach polityków tej
partii. Ale czy to możliwe, że za zorganizowanie
kilku debat i wypożyczenie ekranu
PiS zapłacił ponad milion złotych ?
Chcieliśmy zapytać o to europosła Tomasza
Porębę, szefa kampanii PiS w 2011
roku, który zna Pierzchalskiego z warszawskiego
biura frakcji Europej skich
Konserwatystów i Reformatorów. Poręba
nie miał jednak pojęcia o interesach
swojego młodszego kolegi, a gdy usłyszał
o milionie przelanym na konto jego spółki,
tylko jęknął: - O, Jezu ...
Mimo pieniędzy z PiS trudno powiedzieć,
żeby firma Pierzchalskiego tętniła
życiem. Nie ma strony internetowej,
jej telefon nie odpowiada, a biuro mieści
się w mieszkaniu w PRL-owskim bloku
na warszawskim Mokotowie. Jest piątek,
godzina jedenasta. Jesteśmy na miejscu,
ale próba kontaktu z władzami firmy
spala na panewce. Nikt nie podchodzi
do domofonu.
MTML to niejedyna firma z listy płac
PiS powiązana z Nowym Kierunkiem .
W radzie fundacji od niedawna zasiada Michał Lewandowski, 26-latek, który
- jak słyszymy przy Nowogrodzkiej - jeszcze
niedawno biegał z kamerą i nagrywał
polityków PiS dla jednego z partyjnych
portali . Lewandowski od 2010 r. prowadził
działalność gospodarczą pod nazwą
H20 Media. W zeszłym roku PiS wypłaciło
jego firmie 60 tys. zł, a podczas ostatniej
kampanii parlamentarnej - 32 tysiące. Za
co? Między innymi za prowadzenie przed
wyborami fan page'u komitetu wyborczego
PiS na Facebooku i utworzenie oficjalnego
konta na Twitterze. Dodatkowo po
słynnym spotkaniu Donalda Tuska z hodowcą
papryki H20 Media dostało zlecenie
na stworzenie serwisu Paprykowa.pl.
Efekty pracy Lewandowskiego nie były
piorunujące: jedyny profil KW PiS na Facebooku,
jaki udało nam się odnaleźć, odwiedziło
dziewięć osób.
Dziś po H20 Media nie ma już śladu.
Firma niedawno została zamknięta. Może
reaktywuje się przed kolejnymi wyborami.
firmy. I jeszcze 180 tysięcy dla wydawcy, u którego prezes zarobił na książce
PiS w zeszłym roku dostało z budrzetu państwa 47 mln
złotych. Mogłoby się wydawać, Ze wydałacałą subwencję
i jeszcze musiała podebrać z kupki zaoszczędzonej w poprzedneich
latach.
"Newsweek" postanowił sprawdzić, na co się rozeszły pie-
niądze PiS. Okazuje się, że w piurze przy ul.Nowogrodzkiej
mają do pieniędzy lekką rękę.
Jaki przelew?Jest piękna pogoda
Analizując finansową dokumentację PIS zazeszły ro, na
pierwszy interesujący wątek natrafiamy od razu. To sprawa
książki "Polska naszych marzeń", którą Jarosław Kaczyński
wydał w drugiej połowi 2011r.
Gdy publikacja trafia do księgarń, trwa kampania. Politycy
PiS nie ukrywają, że "Polska naszych marzeń" ma nie tylko
dobrze się sprzedać, ale też dać wyborcze zwycięstwo - reklamoujące
ją billbordy, z których spoglądasympatyczna twarz prezesa,
w ciągu paru dni zalewają cały kraj.
Książka jednak nie pomag. Prezes napisał w niej, że Angela
Merkel została kanclerzem Niemiec nie przez przypadek,
więc dziennikarze dopytują, co miał na myśli. Kaczyński nie
zaprzecza, że chodzi mu o udział Stasi, enerdowskiej bespieki.
Kiedy sprawa robi sięgłośna, całkiempuszczają mu nerwy.
PiS przegrywa kolejne wybory.
Wydanie książki ma też dobre strony. W najnowszym oświadczeniu
majątkowym prezes podał, że w2012 r. na "Polska naszych marzeń"
zarobił ok. 160 tyś.złotych. Biorąc pod uwagę trudną sytuację na rynku wydawniczym, to wynik więcej niż przyzwoity. W sprawie książki
Kaczyńskiego jest jednak coś dziwnego. "Newsweek" odkrył
że w styczniu 2012 r. PiS przelało ze swojego konta podstawowego
Wydawcy "Polska naszych marzeń" 186 tyś. złotych, czyli sumę
zadziwiająco zbliżoną do tej, którą dostał prezes.
Dzieło prezesa wydała drukarnia Akapit,
mało znana firma z Lublina, która,
jak sama nazwa wskazuje, na co dzień zajmuje
się głównie poligrafią, a nie książkami.
Akapit to spółka nieprzypadkowa
- jej właściciel jest znajomym senatora PiS
Grzegorza Czeleja, który prowadzi w Lublinie
prężne wydawnictwo. Część pozycji
Czeleja jest nawet drukowana w Akapicie.
Czelej to z kolei dobry kolega Adama
Hofmana, rzecznika PiS i jednego
z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego.
W PiS mówią, że panowie grywają
razem w tenisa, ale Czelej to precyzuje.
- Adam jest bardziej moim kumplem niż
tenisowym partnerem - mówi. I ma rację.
Znajomość chyba rzeczywiście jest zażyła,
bo Hofman, choć w 2011 r. startował do
Sejmu z Piły, to druk ulotek zlecił w jednej
z firm założonych przez Czeleja.
To, za co PiS płaciło Akapitowi, jest zagadką.
W partii teorie na ten temat krążą
różne. Jeden z moich rozmówców twierdzi,
że sama partia wykupiła część nakładu
i prowadziła sprzedaż podczas spotkań
z wyborcami. To jednak mało prawdopodobne,
bo nikt nie słyszał o tym, by
PiS handlowało książkami prezesa. Drugi
z informatorów twierdzi, że pieniądze
były przeznaczone na produkcję filmu „Lider';
który dołączono do książki, a jeszcze
inny - że chodziło o sfinansowanie kampanii
reklamowej książki. Ale czy PiS mogłoby
płacić za reklamę książki wydanej przez
prywatną firmę? Żadna z tych wersji nie
trzyma się kupy.
Dzwonię do prezesa Akapitu Grzegorza
Kielocha. Jego numer telefonu dostaliśmy
od Czeleja.
- Za co PiS przelało drukarni 186 tys.
złotych? - pytam szefa drukarni.
- Wie pan, że nie pamiętam. Złapał mnie
pan w trasie. Jadę samochodzikiem, piękna
pogoda ... No, nie pamiętam.
- Może po prostu partia wykupiła część
nakładu książki swojego prezesa?
- Nie, tak nie było.
- A wersje o sfinansowaniu produkcji filmu
i wykupieniu billboardów?
- Też nie. Na pewno nie.
- To może zapłacono panu za druk jakichś
innych materiałów?
- Drukujemy czasem coś dla PiS, ale nie
pamiętam, czy ten przelew był za to.
- A pamięta pan chociaż, ile tej książki
się sprzedało? Słyszeliśmy, że 35 tysięcy
egzemplarzy.
- To akurat śledzę na bieżąco. Mniej
więcej 35 tysięcy. No, może trochę mniej,
bo mieliśmy zwroty.
Sprawę przelewu próbowaliśmy też
zweryfikować w samym PiS. Bezskutecznie.
Stanisław Kostrzewski, który musiał
ciężko przeżyć naszą zeszłoroczną publikację
opisującą spółki i fundacje działające
na zapleczu partii, nie odpowiedział
na nasze pytania. Kiedy do niego zadzwoniłem,
bardzo się zdenerwował: - Panie
Krzymowski, nie mam z panem przyjemnych
wspomnień, poza tym jestem bardzo
zajęty. Proszę przysłać pytania na piśmie.
�słaliśmy, ale niestety bez odzewu.
To cyfry. Nie znam się na tym
Jednym ze stałych wydatków PiS jest
ochrona Kaczyńskiego. PiS niezmiennie
korzysta z usług firmy Grom Group. Spółkę
założyło dwóch emerytowanych snajperów
jednostki Grom, a w ich ofercie
są usługi byłych komandosów, oficerów
służb specjalnych i funkcjonariuszy BOR.
Obstawa Kaczyńskiego to poważna
sprawa. W porywach pracuje w niej
nawet do dwudziestu funkcjonariuszy
- strzegą prezesa wszędzie. Jeżdżą z nim
po Polsce, zabezpieczają spotkania z sympatykami,
pojawiają się na wyborczych
konwencjach i pilnują jego domu.
Usługi Grom Group nie należą do najtańszych.
Jak ustalił „Newsweek'; w 20 12
roku PiS wydało na ochronę prezesa prawie
1,1 mln zł: średnio daje to ok. 90 tys.
miesięcznie. Z naszych ustaleń wynika,
że to stawka rzadko spotykana w branży
ochroniarskiej.
Dla Grom Group pieniądze z PiS stanowią
podstawę egzystencji. Firma jest
nowa na rynku - działa od marca 2010 r.
- i raczej nie narzeka na nadmiar klientów.
Z jej sprawozdań finansowych wynika,
że w 2011 r. przychody firmy wyniosły
ok. 1,8 mln zł, a biorąc pod uwagę, że był
to rok wyborczy i prezes miał dużo spotkań
w terenie, to PiS mogło wydać na
ochronę szefa jeszcze więcej niż w roku
ubiegłym. Innymi słowy: gdyby nie PiS,
spółka mogłaby cienko prząść.
Wiceprezes Grom Group Wojciech Grabowski
nie chce powiedzieć, dlaczego PiS
płaci tak słono. Nie zdradza też, ile pieniędzy
przynoszą do firmy inni klienci. - To
cyfry. Nie znam się na tym - zbywa nas.
Z dokumentacji, którą widzieliśmy, wynika,
że partia opłaca też prawników Jaro-
sława Kaczyńskiego. W zeszłym tygodniu
ujawniliśmy, że wbrew temu, co opowiadali
politycy PiS, za Rafała Rogalskiego,
byłego pełnomocnika w śledztwie smoleńskim,
zapłacił nie prezes, ale klub PiS.
Współpracownicy Kaczyńskiego tłumaczyli
później, Że pieniądze na mecenasa
pochodziły nie z pieniędzy Kancelarii
Sejmu, którymi zasilany jest klub, ale ze
składek odprowadzanych od parlamentarzystów.
Nie zmienia to jednak faktu, że
legenda biednego prezesa, który musiał
zaciągnąć kredyt, żeby spłacić prawnika,
okazała się nieprawdziwa. A to, czemu
z taką energią zaprzeczali politycy PiS,
czyli opłacanie adwokatów z pieniędzy
podatników, i tak ma miejsce.
W dokumentacji PiS znaleźliśmy na
przykład informacje o regularnych przelewach
wykonanych z podstawowego
konta partii na rzecz gdańskiej
kancelarii Kosmus Sobina i Partnerzy
Radcy Prawni.W samym 2012 r. dokonano
co najmniej trzech takich transferów,
każdy na kwotę 36,9 tys. złotych.
Dodatkowo w czasie ostatniej kampanii
wyborczej kancelaria wystawiła PiS fakturę
za „zryczałtowaną obsługę prawną"
na dodatkowe 20 tysięcy. Gdańska kancelaria
nie chciała nam powiedzieć za
co brała pieniądze od PiS, ale wiadomo,
że jej częstym klientem jest właśnie prezes.
W mediach bez trudu można znaleźć
relacje z jego kolejnych rozpraw. I tak
Kosmus i Partnerzy reprezentowali go
w procesach, które wytoczyli mu Janusz
Kaczmarek i Roman Giertych, ale także
w sprawach, które do sądu kierował sam
Kaczyński: przeciw „Super Expressowi"
czy przeciw Januszowi Palikotowi.
Pytam jednego z byłych współpracowników
prezesa, czy Kosmus reprezentuje
również innych członków PiS. - Niechętnie
- odpowiada mój rozmówca. - Kostrzewski
przy wódeczce powiedział mi
kiedyś, że z księgowaniem procesów prezesa
ma spory problem, bo nie jest jasne,
czy partia w ogóle powinna płacić za takie
rzeczy.
Cygaretki i nogi na stole
Porządku w partyjnych papierach od lat
pilnuje przy Nowogrodzkiej ten sam człowiek.
To Stanisław Kostrzewski, prawa
ręka prezesa. Na pierwszy rzut oka do PiS
pasuje średnio: przed 1989 r. był członkiem
PZPR, nigdy nie należał do Porozumienia Centrum, a na dodatek jego
córka Małgorzata Rozenek, znana jako
perfekcyjna pani domu, to stała bywalczyni
warszawskich salonów i bohaterka kolorowych
magazynów.
Kostrzewski jest człowiekiem majętnym,
co część polityków PiS razi. Sam
skarbnik o swoich pieniądzach mówi niechętnie.
W prywatnych rozmowach tłumaczy,
że jego majątek pochodzi jeszcze
z czasu rządów A WS i PiS, gdy zasiadał
w zarządzie Banku Ochrony Środowiska.
Prezes nie tylko ufa skarbnikowi, ale
też toleruje jego samodzielność - Kostrzewski
to jeden z niewielu ludzi w PiS
potrafiących sprzeciwić się Kaczyńskiemu
- i przymyka oko na różne wyskoki.
W sierpniu 2012 r. szczegółowo opisaliśmy
w „Newsweeku" finansowy mechanizm,
któremu patronował Kostrzewski:
w 2011 r. pod bokiem PiS wyrosła fundacja
Nowy Kierunek, w jej radzie zasiedli
właśnie Kostrzewski i Tomasz Pierzchalski,
dyrektor biura eurodeputowanych
PiS. Prezesem został Bartłomiej Rajchert,
młody dyrektor zarządzający PiS i jeden
z najbliższych współpracowników Kostrzewskiego.
Rajchert to w PiS postać
równie nietuzinkowa co jego promotor.
Pod biuro partii zajeżdżał luksusowym
volkswagenem phaetonem, a pracownikami
dyrygował, trzymając nogi na stole
i popalając cygaretki.
Fundacja usadowiła się kilkadziesiąt
metrów od siedziby PiS - wynajęła kilkunastometrowy
pokoik w budynku należącym
do powiązanej z Kaczyńskim spółką
Srebrna - i podczas ostatniej kampanii
parlamentarnej zaczęła zdobywać od PiS
lukratywne zlecenia. W ciągu paru miesięcy
skasowała 800 tys. złotych . Rola
Kostrzewskiego była w tym wszystkim
dwuznaczna: z jednej strony jako skarbnik
i pełnomocnik finansowy PiS akceptował
faktury fundacji Nowy Kierunek,
a z drugiej - działał w jej radzie.
Po naszym tekście Rajchert pożegnał
się z PiS. Choć stracił stanowisko dyrektora
zarządzającego (z dokumentacji wynika,
że jego wynagrodzenie wahało się
od 7,9 tys. zł do 46 tys. zł), to nie stracił
kontaktu z Kostrzewskim. W przesłanym
nam e-mailu twierdzi, że w ciągu ostatnich
dwunastu miesięcy jego fundacja
nie organizowała dla PiS żadnych imprez,
kongresów ani eventów. Tymczasem, jak
ustalił „Newsweek': partia przelała w zeszłym
zeszłym roku na konto Nowego Kierunku
89 tys. zł. Za co ? Nie wiadomo. Rajchert
co prawda zapowiedział, że nie chce, by
w kontekście jego nazwiska pojawiły się
sformułowania w rodzaju „unika odpowiedzi"
i „zasłania się przepisami ustawy':
ale gdy zaczęliśmy dopytywać o przelewy,
przestał odbierać telefon, nie odpisał nam
też na e-mail. Sprawy współpracy z Nowym
Kierunkiem nie chciał wyjaśnić także
Kostrzewski.
Milion? O, Jezu ...
Pieniądze dla Nowego Kierunku to jednak
drobne w porównaniu z pozostałymi
wydatkami PiS. W dokumentacji partii
znaleźliśmy na przykład ślady po pięciu
wypłatach na łączną kwotę ok. 1,2 mln
złotych. Wszystkie przelewy trafiły na
konto niewielkiej spółki MTML, której
prezesem i współwłaścicielem jest Pierzchalski.
Ten sam, który zasiada w radzie
NK i kieruje biurem europosłów PiS.
Według corocznych sprawozdań finansowych
MTML funkcjonuj e od 2003 r.,
zajmuje się działalnością sportowo-rekreacyjną
oraz świadczy usługi marketingowe.
Tyle że przez długie lata firma istniała
tylko na papierze: nie prowadziła żadnej
aktywności i regularnie przynosiła straty.
Ruch w interesie poj awił się dopiero
w zeszłym roku, wraz z nawiązaniem
współpracy z PiS. Niestety, nie wiadomo,
za co partia Kaczyńskiego przelała firmie
swojego współpracownika ponad milion
złotych, bo na nasze pytania nie odpowiedzieli
ani Pierzchalski, ani Kostrzewski.
Od polityków PiS nieoficjalnie można
jedynie usłyszeć, że Pierzchalski kręcił się
w zeszłym roku przy obsłudze debat pro(
Piotra Glińskiego. Miał się też chwalić, że
PiS wynajmuje od niego plazmę pojawiającą
się na konferencjach polityków tej
partii. Ale czy to możliwe, że za zorganizowanie
kilku debat i wypożyczenie ekranu
PiS zapłacił ponad milion złotych ?
Chcieliśmy zapytać o to europosła Tomasza
Porębę, szefa kampanii PiS w 2011
roku, który zna Pierzchalskiego z warszawskiego
biura frakcji Europej skich
Konserwatystów i Reformatorów. Poręba
nie miał jednak pojęcia o interesach
swojego młodszego kolegi, a gdy usłyszał
o milionie przelanym na konto jego spółki,
tylko jęknął: - O, Jezu ...
Mimo pieniędzy z PiS trudno powiedzieć,
żeby firma Pierzchalskiego tętniła
życiem. Nie ma strony internetowej,
jej telefon nie odpowiada, a biuro mieści
się w mieszkaniu w PRL-owskim bloku
na warszawskim Mokotowie. Jest piątek,
godzina jedenasta. Jesteśmy na miejscu,
ale próba kontaktu z władzami firmy
spala na panewce. Nikt nie podchodzi
do domofonu.
MTML to niejedyna firma z listy płac
PiS powiązana z Nowym Kierunkiem .
W radzie fundacji od niedawna zasiada Michał Lewandowski, 26-latek, który
- jak słyszymy przy Nowogrodzkiej - jeszcze
niedawno biegał z kamerą i nagrywał
polityków PiS dla jednego z partyjnych
portali . Lewandowski od 2010 r. prowadził
działalność gospodarczą pod nazwą
H20 Media. W zeszłym roku PiS wypłaciło
jego firmie 60 tys. zł, a podczas ostatniej
kampanii parlamentarnej - 32 tysiące. Za
co? Między innymi za prowadzenie przed
wyborami fan page'u komitetu wyborczego
PiS na Facebooku i utworzenie oficjalnego
konta na Twitterze. Dodatkowo po
słynnym spotkaniu Donalda Tuska z hodowcą
papryki H20 Media dostało zlecenie
na stworzenie serwisu Paprykowa.pl.
Efekty pracy Lewandowskiego nie były
piorunujące: jedyny profil KW PiS na Facebooku,
jaki udało nam się odnaleźć, odwiedziło
dziewięć osób.
Dziś po H20 Media nie ma już śladu.
Firma niedawno została zamknięta. Może
reaktywuje się przed kolejnymi wyborami.
niedziela, 19 maja 2013
Żona Adama Hofmana, Joanna Hofman kim jest kobieta stojąca u boku polityka PiS?
Kim jest Joanna Hofman, żona Adama Hofmana, rzecznika PiS? Przypadek Joanny Hofman jest jaskrawym przykładem dwóch polskich patologii: wykorzystywania politycznych znajomości dla osiągania korzyści finansowych i wyciągania z ZUS pieniędzy na nienależne zwolnienia lekarskie.
Joanna Hofman, atrakcyjna, 32-letnia blondynka, jest żoną posła PiS Adama Hofmana. Oboje pochodzą z Kalisza. Joanna Hofman jest matką dwojga dzieci - niespełna 5-letniego syna i 2,5-letniej córki. Jedną ciążę poroniła.
Nie wiedzielibyśmy o niej zapewne nic więcej, gdyby jej małżonek nie wykorzystał swoich politycznych znajomości dla załatwienia żonie dobrze płatnej posady w KGHM. To jedna z najbogatszych i najlepiej płacących polskich firm. Gdy PiS było u władzy, prezesem spółki został Krzysztof Skóra, członek tej partii. To wtedy, w 2007 roku, dla żony posła Hofmana stworzono w KGHM specjalne stanowisko w dziale komunikacji korporacyjnej w centrali firmy w Warszawie z pensją ok. 6000 złotych.
Zdaniem pracowników spółki KGHM, było to stanowisko kompletnie bezużyteczne i niepotrzebne. Po kilku miesiącach pani Joanna Hofman zaszła w ciążę i poszła na zwolnienie lekarskie. Nie pojawiła się w pracy przez dwa lata, wykorzystując po kolei: zwolnienie lekarskie, świadczenie rehabilitacyjne, urlop macierzyński i urlop wypoczynkowy.
We wrześniu 2009 roku pojawiła się na chwilę, żeby wręczyć kolejne zwolnienie lekarskie. Wtedy KGHM - rządzone już przez innego prezesa i zarząd - wystąpiło do ZUS o sprawdzenie zwolnienia. ZUS przeprowadził kontrolę. Inspektorzy orzekli, że żona posła PiS jest zdrowa i zwolnienie lekarskie jest bezpodstawne. Wkrótce po tym Joanna Hofman dostarczyła firmie kolejne zwolnienie, tym razem od... psychiatry.
ŻRÓDŁO
Adam Hofman – Wikipedia, Hofman igra z prawem, Joanna Hofman, KGHM, Kim jest Joanna Hofman, Pierdzące Usteczka Prezesa, Mercedes, Kim jest żona Adama Hofmana, POSEŁ PIS, rzecznik PiS, Sylwetka Adama Hofmana, żona Adama Hofmana, żona polityka PIS zatrudniona w KGHM, żona posła PiS
Joanna Hofman, atrakcyjna, 32-letnia blondynka, jest żoną posła PiS Adama Hofmana. Oboje pochodzą z Kalisza. Joanna Hofman jest matką dwojga dzieci - niespełna 5-letniego syna i 2,5-letniej córki. Jedną ciążę poroniła.
Nie wiedzielibyśmy o niej zapewne nic więcej, gdyby jej małżonek nie wykorzystał swoich politycznych znajomości dla załatwienia żonie dobrze płatnej posady w KGHM. To jedna z najbogatszych i najlepiej płacących polskich firm. Gdy PiS było u władzy, prezesem spółki został Krzysztof Skóra, członek tej partii. To wtedy, w 2007 roku, dla żony posła Hofmana stworzono w KGHM specjalne stanowisko w dziale komunikacji korporacyjnej w centrali firmy w Warszawie z pensją ok. 6000 złotych.
Zdaniem pracowników spółki KGHM, było to stanowisko kompletnie bezużyteczne i niepotrzebne. Po kilku miesiącach pani Joanna Hofman zaszła w ciążę i poszła na zwolnienie lekarskie. Nie pojawiła się w pracy przez dwa lata, wykorzystując po kolei: zwolnienie lekarskie, świadczenie rehabilitacyjne, urlop macierzyński i urlop wypoczynkowy.
We wrześniu 2009 roku pojawiła się na chwilę, żeby wręczyć kolejne zwolnienie lekarskie. Wtedy KGHM - rządzone już przez innego prezesa i zarząd - wystąpiło do ZUS o sprawdzenie zwolnienia. ZUS przeprowadził kontrolę. Inspektorzy orzekli, że żona posła PiS jest zdrowa i zwolnienie lekarskie jest bezpodstawne. Wkrótce po tym Joanna Hofman dostarczyła firmie kolejne zwolnienie, tym razem od... psychiatry.
ŻRÓDŁO
Adam Hofman – Wikipedia, Hofman igra z prawem, Joanna Hofman, KGHM, Kim jest Joanna Hofman, Pierdzące Usteczka Prezesa, Mercedes, Kim jest żona Adama Hofmana, POSEŁ PIS, rzecznik PiS, Sylwetka Adama Hofmana, żona Adama Hofmana, żona polityka PIS zatrudniona w KGHM, żona posła PiS
niedziela, 7 kwietnia 2013
AFERA GAZOWA. Wojciech JASIŃSKI, były MINISTER SKARBU w rządach PiS. Co to za minister?! DAŁ ROSJANOM 600 milionów za nic!
Podpisanie wieloletniego kontraktu gazowego bez dokładnego zapoznania się z jego treścią to niejedyny grzech byłego szefa resortu skarbu w rządach PiS Wojciecha Jasińskiego (64 l.). Okazuje się bowiem, że umowa z 2006 roku, na jaką zgodził się Jasiński, nie tylko obciążyła nas droższym gazem na najbliższe lata, ale także wstecz! Jeden z jej zapisów spowodował, że wyższą stawką obłożono też dostawy, jakie Polska już otrzymała. I po zawarciu tego trefnego kontraktu trzeba było dopłacić ponad 600 mln zł za gaz z 2005 roku!
Jak pisaliśmy, wskutek niefrasobliwości ministra skarbu w rządach PiS Wojciecha Jasińskiego Polska do 2022 roku zapłaci o 18 mld zł więcej za gaz. Jasiński bez analizy zgodził się na zawarcie z Rosjanami kontraktu podnoszącego ceny gazu o 10 proc."Ze względu na ograniczony czas do wyrażenia opinii MSP nie miało możliwości analizy przekazanego projektu Umowy. Nie mniej ( ) wyrażam zgodę na zawarcie Umowy sprzedaży gazu ziemnego" - czytamy w piśmie z 15 listopada 2006, podpisanym przez Jasińskiego.
Okazuje się, że ta suma jest o prawie 600 mln zł większa niż przypuszczano. Wszystko dlatego, że zgodnie z umową musieliśmy dopłacić do gazu otrzymanego jeszcze w 2005 r. czyli rok przed podpisaniem kontraktu. - PiS podważał zasadność zawieranych przez nas umów.
Ale to ich minister spowodował, że za gaz płacimy dużo więcej, niż powinniśmy. Sprawą zapisów kontraktu gazowego z 2006 r. będziemy się chcieli zająć na najbliższym spotkaniu podkomisji ds. energetyki - mówi nam wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Gospodarki Andrzej Czerwiński (58 l.).
Poseł nie kryje też, że jeśli okaże się, że minister z PiS faktycznie pozwolił podpisać umowę na niekorzystnych warunkach, to powinien ponieść konsekwencje. Jasiński, szef wymienionej komisji gospodarki, nie ma sobie nic do zarzucenia i twierdzi, że sprawa kontraktu z 2006 ma służyć tylko walce politycznej.
ŹRÓDŁO
sobota, 6 kwietnia 2013
Zamachowcy na tropie
Jedni mówią, że Jarosław Kaczyński wierzył w zamach od 10
kwietnia 2010 r. Inni twierdzą, że uwierzył jesienią 2011 r. I wtedy coś
w nim pękło. Ten moment można wskazać bardzo dokładnie: prezes zobaczył
wyliczenia prof. Biniendy i zrozumiał, że brzoza nie mogła urwać
skrzydła, że to były wybuchy. Wcześniej nie miał pewności, czasem nawet
mówił: „Zabili mi brata”, ale nie należało brać tego dosłownie. Może
zabili, a może zaszczuli. Dziś wiadomo, że zabili. Fizycznie
wyeliminowali.
I Suski, i Pięta dwa tygodnie temu uczestniczyli w posiedzeniu sejmowej komisji spraw zagranicznych, na której przesłuchiwano kandydata na ambasadora w Hiszpanii Tomasza Arabskiego, byłego szefa Kancelarii Premiera. Obrali jednak różne strategie. Suski był aktywny – zabierał głos, zadawał pytania, stawiał zarzuty, a Pięta milczał.
Suski: – Widać, że Arabskiemu grunt pali się pod nogami. Dlatego daje nogę z kraju. Na szczęście w Hiszpanii obowiązuje europejski nakaz zatrzymania.
Pięta: – Przyszedłem bez pytań, bo chciałem poobserwować delikwenta. Usiadłem naprzeciwko i patrzyłem mu prosto w oczy. Był przestraszony, zdradzały to reakcje organizmu. Gesty i mimika. Po pytaniu o samobójstwo Grzegorza Michniewicza, dyrektora Kancelarii Premiera, zaczęły mu latać ręce, a oczy biegały po sali. Gdybym był śledczym, poszedłbym tym tropem.
To, gdzie poseł Pięta by doszedł, z grubsza wiadomo. Dwa lata temu wątkiem śmierci Michniewicza zainteresował się „Nasz Dziennik”. Wyszło mu, że samobójstwo miało miejsce w dniu powrotu tupolewa z Samary.
Oczywiście, nie wszyscy zwolennicy teorii wybuchu są tak radykalni jak Suski i Pięta. Są tacy, którzy wierzą w zamach, a uchodzą za przedstawicieli liberalnego skrzydła PiS. Ba, można znaleźć i takich, którzy wierzą, a są już poza partią. – Moim zdaniem to była zemsta za Możejki. Po ich zakupie do jednego z szefów Orlenu zadzwonił prezes Gazpromu Aleksiej Miller i powiedział: „Gratuluję, ale to się tak nie skończy”. To wtedy Leszek trafił na krótką listę osób niebezpiecznych dla Kremla – mówi jeden z PiS-owskich dysydentów. Nazwiska nie ujawnia, bo boi się, że media zrobią z niego wariata.
Chce pan, żeby nam biegłego zamknęli?
W PiS oczywiście są także wątpiący, ale i oni się boją. Tyle że nie dziennikarzy, ale Macierewicza. Jeden z moich rozmówców, który kilka miesięcy temu wszedł w szkodę kontrowersyjnemu posłowi, opowiada, że szef zespołu w rozmowach z innymi parlamentarzystami zaczął nazywać go piątą kolumną i agentem Tuska. Drugi podał w wątpliwość sens ekshumacji wszystkich pasażerów tupolewa, po czym usłyszał, żeby się nie wtrącał, bo się nie zna. Jeszcze inny, bardzo aktywny i zaangażowany członek zespołu, gdy zakwestionował jedną z decyzji Macierewicza, zaczął być przez niego sekowany. Najpierw dostał zakaz występu podczas sejmowej debaty w sprawie Smoleńska, a potem został zignorowany podczas posiedzeń zespołu. Macierewicz najpierw udawał, że nie widzi jego podniesionej ręki. A kiedy poseł wreszcie dał za wygraną i wyszedł z sali, zza stołu prezydialnego padło pytanie: – Jak to go nie ma? Przecież się zgłaszał.
Mówi jeden ze sceptyków: – Nie kwestionuję teorii zamachu definitywnie, ale uważam, że Antoni dopiął ją za wcześnie. Teraz wygląda to tak, jakby szukał dowodów na jej potwierdzenie. Kolejność powinna być odwrotna.
Inny opowiada: – Kilka miesięcy temu prokuratorzy chcieli zaprosić na spotkanie Biniendę, ale okazało się, że jedyną osobą, która ma z nim kontakt, jest Macierewicz. Najpierw wszystkich zwodził, nie odbierał telefonu, mówił, że profesor ma zaplanowany objazd kraju, a potem nastraszył profesora, że może dojść do zatrzymania. Kiedy jeden z senatorów zapytał go wprost, o co chodzi, Macierewicz na niego napadł: – Na kawę do prokuratury? Nie ma mowy. Chce pan, żeby nam biegłego zamknęli?
Może Chińczycy zrobią ruch
30 października 2012 r., dzień publikacji o trotylu we wraku tupolewa w „Rzeczpospolitej”. Jeszcze przed konferencją prasową prokuratury Jarosław Kaczyński zwołuje nadzwyczajne posiedzenie komitetu politycznego PiS w Sejmie. Doproszony na to spotkanie Macierewicz mówi, że temat trotylu jest mu dobrze znany. Twierdzi, że dysponuje nagraniem specjalisty, który był w Rosji i brał udział w badaniu wraku. Człowiek ma potwierdzać wszystkie ustalenia gazety. Po Macierewiczu głos zabiera prezes. Mówi o tym, co będzie, jak PiS dojdzie do władzy.
– Wojny nikomu nie wypowiemy – uśmiecha się jeden z członków komitetu, wspominając tamten dzień. – Prezes powiedział, że w naszym zasięgu będzie dokładne rozliczenie i ukaranie winnych po polskiej stronie.
– A co z ewentualnymi zleceniodawcami z zagranicy?
– W tej sprawie musimy się uzbroić w cierpliwość. Może w Rosji zmieni się władza i nowy prezydent sam zechce rozliczyć dorobek Putina. Może po odejściu Obamy Amerykanie pokażą swoje zdjęcia satelitarne, bo przecież na pewno je mają. A może Chińczycy zrobią jakiś ruch? Przecież ich wywiad też działa globalnie.
– To nie jest kapitulanckie podejście?
– Taka jest polityka, przecież Brytyjczycy też nie pomścili Litwinienki. Jak na słowo „przepraszam” za Katyń czekaliśmy pół wieku, to i teraz poczekamy.
Na razie pewne są tylko dwie rzeczy. Jeśli PiS dojdzie do władzy, to z placówki w Madrycie ściągnięty zostanie Tomasz Arabski – taką deklarację złożyli posłowie PiS podczas posiedzenia komisji spraw zagranicznych. Dowiemy się też, „czyim ministrem jest Radosław Sikorski” – to z kolei obiecał prezes PiS w wywiadzie dla portalu „Gazety Polskiej”.
– Trybunał Stanu nie zostanie uruchomiony? – pytam Suskiego.
– Trybunał brzmi groźnie, ale jego wyroki są symboliczne. To byłby za mały wymiar kary. W Smoleńsku zginęli ludzie, tu trzeba normalnych wyroków karnych, z odsiadkami.
– A kto powinien pójść siedzieć?
– Na tym etapie nie chcę wymieniać nazwisk. Zresztą od skazywania jest sąd.
– Pana zdaniem zleceniodawca ewentualnego zamachu mógł działać w porozumieniu z polskim rządem?
– Wydaje mi się to mało prawdopodobne, zamachowcy raczej nie dzielą się swoimi planami.
– Czyli gdyby to był zamach, to rząd Tuska jest poza podejrzeniem?
– Chęć ukrycia prawdy jest mocno zastanawiająca i może sugerować winę kogoś z kręgów władzy, ale jeśli zamachu nie było, to tym gorzej dla rządu. Bo to by oznaczało, że tam nie było żadnej odpowiedzialności, że myślano: „A niech prezydent leci na złamanie karku”. W takim wypadku całkowitą winę za zaniedbania ponosi rząd.
Poseł Pięta widzi sprawę nieco inaczej: zamach był, Donald Tusk mógł o nim nie wiedzieć, ale i tak swoje za uszami ma. Przecież gdyby mu zależało, to prokuratorzy nie odstawialiby takiej fuszerki. – On w Polsce jest już skończony i dobrze o tym wie. Sądzę, że podobnie jak Arabski będzie szukał jakiegoś stanowiska za granicą – mówi.
– Boi się pan, że chce uciec przed odpowiedzialnością?
– Nie ucieknie. O to jestem spokojny.
Zauważam, że ze skazaniem Tuska może nie pójść tak łatwo, bo przecież w sądzie trzeba twardych dowodów. Poseł Pięta nie reaguje na te zaczepki, spogląda na mnie z pobłażaniem: – Więcej wiary, panie redaktorze.
CAŁÓŚĆ
niedziela, 10 marca 2013
O "demokracji ciemniaków"
Prezydent Lech Kaczyński spierał się z socjologami na Uniwersytecie Zielonogórskim
XIII Ogólnopolski
Zjazd Socjologiczny w Zielonej Górze będzie trwał do połowy września pod
hasłem "Co nas łączy, co nas dzieli". 600 referatów, blisko 50 grup
tematycznych, pokazy filmów, spotkania z autorami książek. I pierwsza w
historii zjazdów socjologicznych wizyta prezydenta RP. Po wystąpieniu prof. Piotra Glińskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, po auli Uniwersytetu Zielonogórskiego przeszedł szmer.
- Coraz słabiej czujemy się inteligencką elitą, co kiedyś wyróżniało nas od "dyktatury ciemniaków". Nie potrafimy przenieść prawdziwie inteligenckich wartości do wszechogarniającego nas świata, który - przepraszam za określenie - jest "demokracją ciemniaków". Jego częścią jako środowisko być może się stajemy - mówił prof. Gliński. - Mówiąc o "demokracji ciemniaków", odnoszę się nie do masy społecznej, ale raczej do elit, które tą naszą demokracją starają się rządzić, a w każdym bądź razie uzurpują sobie do tego prawo.
Prezydent polemizował. - Niejednokrotnie byłem na różnych zjazdach, ale tak krytycznej oceny własnego środowiska jeszcze nie słyszałem - przyznał. - Polska klasa polityczna jest bardzo zróżnicowana, to rzecz oczywista. W stopniu lepszym lub gorszym odpowiada strukturze naszego społeczeństwa - dodał.
Kaczyński przekonywał, że obecna władza jest w największym stopniu inteligencka od 1989 r. Nie przekreśla tego - jego zdaniem - nawet obecność w polityce i elitach Andrzeja Leppera. - To osoby z kręgów raczej plebejskich, ale jednocześnie nie pobożnych, co niesie ze sobą określone skutki kulturowe - dodał prezydent. Mówił o "układzie", ale także o tym, że socjolodzy powinni stworzyć "realną mapę socjologiczną" Polski. Mogłaby pokazywać zróżnicowanie społeczne, skutki eksplozji edukacyjnej, a także dziedziczenie pewnych cech negatywnych - np. biedy.
Socjolodzy byli zadowoleni. Prof. Kazimierz Krzysztofek z Uniwersytetu w Białymstoku: - Potwierdza się, że wiedza socjologiczna służy politykom jak latarnia. Nie po to, żeby się oświecić, ale się wesprzeć. Pozytywnym akcentem jest to, że prezydent wykazał tu zmysł polemiczny i wdał się w dyskusję. Nawet jeśli powtórzył retorykę układu i nie było w tym żadnej nowości.
Prof. Piotr Sztompka z Uniwersytetu Jagiellońskiego: - Wizytę można traktować jak krok do oczyszczenia atmosfery konfliktu sprowadzonego przez niektórych polityków do sporu z "wykształciuchami". Mam nadzieję, że to mamy za sobą i ten gest prezydenta rozpoczyna jakąś fazę "z powrotem".
Prezydent Kaczyński pojechał potem do zielonogórskiego muzeum z ekspozycją winiarską (w mieście trwa doroczne winobranie), zwiedził znaną w okolicy winnicę państwa Krojcigów w Górzykowie nad brzegiem Odry. Po południu zwiedził odnowioną katedrę w Gorzowie Wlkp.
ŻRÓDŁO
czwartek, 7 marca 2013
Trzeba szczekać
Rozmowa z Elizą Michalik, dziennikarką Superstacji
Trzeba szczekać
O ewolucji, zmianie poglądów i wolności słowa - mówi Eliza Michalik.
Joanna Podgórska: – Od „Gazety Polskiej” i „Gościa
Niedzielnego” do pracy w stacji, którą niedawno ukarano za obrazę uczuć
religijnych. To była ewolucja czy rewolucja?
Eliza Michalik: – Zdecydowanie ewolucja. Czasem jednak mam wrażenie, że zmiana poglądów w Polsce jest przestępstwem. Wiele osób się szczyci, że ma stałe poglądy, a mnie to się nie wydaje naturalne. Inaczej człowiek myśli mając lat 20, a inaczej mając 30. Wyszłam z konserwatywnego domu, gdzie panował tradycyjny podział ról i silny antykomunizm. To mnie zbliżało do prawicy. Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam. Mijały lata, obserwowałam rzeczywistość i zaczęłam dostrzegać, że pewne rzeczy są inne, niż mi się wydawało.
Co było inne?
Choćby kwestia praw kobiet. Kiedyś, jako katoliczce, podobał mi się konserwatywny porządek, który w miarę dobrze sprawdzał się w moim domu. Wydawało mi się też, że szklany sufit to wymysł feministek, bo ja w tamtym czasie się z nim nie zetknęłam. Pracowałam w redakcji, pisałam i zarabiałam, tak jak moi koledzy. Dopiero później, gdy chciałam się rozwijać i awansować, zaczęło do mnie docierać, że coś takiego jednak istnieje. Od pewnego momentu zaczynają się problemy. Tak było z moją przyjaciółką. Miała szansę awansować na stanowisko menedżera, ale cały zarząd i wszyscy menedżerowie byli facetami i w końcu awansowali faceta. Mimo że ona miała wyższe kwalifikacje i większe doświadczenie. Przeszkadzałaby w kultywowaniu męskich obyczajów, bo panowie wspólnie oglądali mecze, umawiali się na wódkę czy do klubów go-go.
Oczywiście to nie tak, że w poniedziałek jest się konserwatywną katoliczką, a we wtorek lewicującą feministką. To był proces. W moim życiu też zachodziły zmiany. Rozwiodłam się, a moje środowisko źle na to zareagowało.
Przecież prawicowi dziennikarze często się rozwodzą.
Mężczyznom w tym środowisku wolno więcej. W pewnym momencie przestałam się tam dobrze czuć. W „Gazecie Polskiej” też zachodziły zmiany. Gdy zaczynałam tam pracować, rządził Piotr Wierzbicki. To była inna gazeta niż dziś. Owszem, prawicowa i konserwatywna, ale było tam miejsce na publicystykę promującą liberalizm gospodarczy. To jest mój pogląd, który się nie zmienił. Nawiasem mówiąc, w „Gościu Niedzielnym” pisałam wyłącznie na tematy gospodarcze. Kiedy władzę w „Gazecie” przejął Tomasz Sakiewicz, z którym się zresztą przyjaźniłam, zaczęły się kłótnie, bo zmienił linię redakcyjną i żądał podporządkowania. Wcześniej na przykład razem z Piotrem Lisiewiczem pisaliśmy krytyczne teksty o ojcu Rydzyku. To było dla mnie ważne, a już nie było wolno.
Chciałam odejść w spokoju, ale się nie udało. Z tego środowiska bardzo ciężko się wychodzi, bo ono nie potrafi człowieka tak po prostu wypuścić. Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Zostałam wyrzucona z pracy, poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na warunkach podyktowanych przeze mnie.
Przy okazji została pani podobno ruską agentką.
W wypowiedzeniu Sakiewicz napisał, że działałam na szkodę redakcji, będąc rosyjską agentką o pseudonimie Natasza. Nawet sędzia w sądzie pracy był zdziwiony, bo jeszcze się z czymś takim nie spotkał. Brzmi zabawnie, ale to mnie kosztowało wiele nerwów. Środowisko odwróciło się ode mnie z dnia na dzień. Koleżanki, z którymi przez lata spotykałam się przy winie, nie chciały ze mną nawet rozmawiać. Na forach internetowych odsądzano mnie od czci i wiary. Dzwoniono do moich miejsc pracy, żeby ostrzec, że jestem ruską agentką i złodziejką, że wykradłam pieniądze z kasy „Gazety Polskiej”. Telefonowano nawet do moich znajomych, żeby ostrzec, jaka ze mnie szemrana postać. Oskarżenie o działanie w służbach to w tym środowisku chleb powszedni.
Nie chcę z siebie robić męczennicy. Poniosłam po prostu konsekwencje swojego wyboru. I tak miałam więcej szczęścia niż rozumu. Znam kilku dziennikarzy, którzy wcale nie myślą tego, co piszą, ale mają problem, bo tkwią w tym środowisku od lat, za dużo powiedzieli, napisali zbyt wiele książek, są szeroko znani i z tego się utrzymują. Religia smoleńska to potężna biznesowa machina. Na samym jeżdżeniu po Polsce zarabia się krocie. Nie mogą wyjść z tych butów, bo nie będą mieli na życie. To jest pułapka. A druga strona też ich nie przyjmie, bo na to za późno. Nie będą wiarygodni. Ja się, na szczęście, wcześnie obudziłam.
Swego czasu było o pani głośno w kontekście plagiatów. To nie była przeszkoda w szukaniu nowej pracy?
W Internecie trwała potworna nagonka na mnie. Powstała nawet strona Eliza Watch, gdzie fragmenty moich tekstów zestawiano z cudzymi. Bardzo efektownie to wyglądało. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w moim tekście był fragment książki Jana Fijora. Tak, tylko że pod tekstem był dopisek, że z tej książki korzystałam, ale na to już nikt nie zwracał uwagi. Raz faktycznie się podłożyłam, bo przygotowując tekst o stanie dróg, wykorzystałam fragment raportu NIK. Nie sięgnęłam do źródła, ale do artykułu we „Wprost”, który się na ten raport powoływał. Ale tu chodziło o dane liczbowe, a nie jakąś konstrukcję intelektualną. Każdy z tych przypadków mogę wytłumaczyć, pisałam sprostowania, wydrukowałam duży tekst w „Życiu Warszawy”, gdzie je kolejno omawiam, ale to przeszło bez echa. Nie chcę wchodzić w spiskowe teorie, ale jestem przekonana, że tę kampanię w Internecie urządzili mi koledzy z „Gazety Polskiej”.
Ciągnie się za panią ta historia?
Takie sprawy zawsze się za człowiekiem ciągną na zasadzie, że jak ktoś chce psa uderzyć, to kij znajdzie. Najbardziej doprowadza mnie do szału postawa ludzi, którzy mówią: może i popełniałaś te plagiaty, ale jesteś fajna i inteligentna, więc wybaczamy ci błąd młodości. Wolę skrajności – albo wierzysz w moją niewinność i mnie szanujesz, albo uważasz mnie za plagiatorkę, twoja sprawa.
Pani ewolucja światopoglądowa to był zwrot radykalny.
Nie chcę się do końca deklarować. W Polsce jest problem szufladek, a ja sama ze sobą mam problem, bo nie pasuję do żadnej szufladki. Kiedyś tkwiłam w szufladce „katolicka dziennikarka” i jako taką zapraszał mnie do swojego programu Janek Pospieszalski. Kiedyś zadzwonił i mówi: słuchaj, Eliza, robimy program o legalizacji domów publicznych, może byś przyszła, bo jesteś świetnym batem na feministki. Powiedziałam, że mogę przyjść, problem w tym, że jestem za legalizacją domów publicznych.
CAŁOŚĆ
Eliza Michalik: – Zdecydowanie ewolucja. Czasem jednak mam wrażenie, że zmiana poglądów w Polsce jest przestępstwem. Wiele osób się szczyci, że ma stałe poglądy, a mnie to się nie wydaje naturalne. Inaczej człowiek myśli mając lat 20, a inaczej mając 30. Wyszłam z konserwatywnego domu, gdzie panował tradycyjny podział ról i silny antykomunizm. To mnie zbliżało do prawicy. Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam. Mijały lata, obserwowałam rzeczywistość i zaczęłam dostrzegać, że pewne rzeczy są inne, niż mi się wydawało.
Co było inne?
Choćby kwestia praw kobiet. Kiedyś, jako katoliczce, podobał mi się konserwatywny porządek, który w miarę dobrze sprawdzał się w moim domu. Wydawało mi się też, że szklany sufit to wymysł feministek, bo ja w tamtym czasie się z nim nie zetknęłam. Pracowałam w redakcji, pisałam i zarabiałam, tak jak moi koledzy. Dopiero później, gdy chciałam się rozwijać i awansować, zaczęło do mnie docierać, że coś takiego jednak istnieje. Od pewnego momentu zaczynają się problemy. Tak było z moją przyjaciółką. Miała szansę awansować na stanowisko menedżera, ale cały zarząd i wszyscy menedżerowie byli facetami i w końcu awansowali faceta. Mimo że ona miała wyższe kwalifikacje i większe doświadczenie. Przeszkadzałaby w kultywowaniu męskich obyczajów, bo panowie wspólnie oglądali mecze, umawiali się na wódkę czy do klubów go-go.
Oczywiście to nie tak, że w poniedziałek jest się konserwatywną katoliczką, a we wtorek lewicującą feministką. To był proces. W moim życiu też zachodziły zmiany. Rozwiodłam się, a moje środowisko źle na to zareagowało.
Przecież prawicowi dziennikarze często się rozwodzą.
Mężczyznom w tym środowisku wolno więcej. W pewnym momencie przestałam się tam dobrze czuć. W „Gazecie Polskiej” też zachodziły zmiany. Gdy zaczynałam tam pracować, rządził Piotr Wierzbicki. To była inna gazeta niż dziś. Owszem, prawicowa i konserwatywna, ale było tam miejsce na publicystykę promującą liberalizm gospodarczy. To jest mój pogląd, który się nie zmienił. Nawiasem mówiąc, w „Gościu Niedzielnym” pisałam wyłącznie na tematy gospodarcze. Kiedy władzę w „Gazecie” przejął Tomasz Sakiewicz, z którym się zresztą przyjaźniłam, zaczęły się kłótnie, bo zmienił linię redakcyjną i żądał podporządkowania. Wcześniej na przykład razem z Piotrem Lisiewiczem pisaliśmy krytyczne teksty o ojcu Rydzyku. To było dla mnie ważne, a już nie było wolno.
Chciałam odejść w spokoju, ale się nie udało. Z tego środowiska bardzo ciężko się wychodzi, bo ono nie potrafi człowieka tak po prostu wypuścić. Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Zostałam wyrzucona z pracy, poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na warunkach podyktowanych przeze mnie.
Przy okazji została pani podobno ruską agentką.
W wypowiedzeniu Sakiewicz napisał, że działałam na szkodę redakcji, będąc rosyjską agentką o pseudonimie Natasza. Nawet sędzia w sądzie pracy był zdziwiony, bo jeszcze się z czymś takim nie spotkał. Brzmi zabawnie, ale to mnie kosztowało wiele nerwów. Środowisko odwróciło się ode mnie z dnia na dzień. Koleżanki, z którymi przez lata spotykałam się przy winie, nie chciały ze mną nawet rozmawiać. Na forach internetowych odsądzano mnie od czci i wiary. Dzwoniono do moich miejsc pracy, żeby ostrzec, że jestem ruską agentką i złodziejką, że wykradłam pieniądze z kasy „Gazety Polskiej”. Telefonowano nawet do moich znajomych, żeby ostrzec, jaka ze mnie szemrana postać. Oskarżenie o działanie w służbach to w tym środowisku chleb powszedni.
Nie chcę z siebie robić męczennicy. Poniosłam po prostu konsekwencje swojego wyboru. I tak miałam więcej szczęścia niż rozumu. Znam kilku dziennikarzy, którzy wcale nie myślą tego, co piszą, ale mają problem, bo tkwią w tym środowisku od lat, za dużo powiedzieli, napisali zbyt wiele książek, są szeroko znani i z tego się utrzymują. Religia smoleńska to potężna biznesowa machina. Na samym jeżdżeniu po Polsce zarabia się krocie. Nie mogą wyjść z tych butów, bo nie będą mieli na życie. To jest pułapka. A druga strona też ich nie przyjmie, bo na to za późno. Nie będą wiarygodni. Ja się, na szczęście, wcześnie obudziłam.
Swego czasu było o pani głośno w kontekście plagiatów. To nie była przeszkoda w szukaniu nowej pracy?
W Internecie trwała potworna nagonka na mnie. Powstała nawet strona Eliza Watch, gdzie fragmenty moich tekstów zestawiano z cudzymi. Bardzo efektownie to wyglądało. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w moim tekście był fragment książki Jana Fijora. Tak, tylko że pod tekstem był dopisek, że z tej książki korzystałam, ale na to już nikt nie zwracał uwagi. Raz faktycznie się podłożyłam, bo przygotowując tekst o stanie dróg, wykorzystałam fragment raportu NIK. Nie sięgnęłam do źródła, ale do artykułu we „Wprost”, który się na ten raport powoływał. Ale tu chodziło o dane liczbowe, a nie jakąś konstrukcję intelektualną. Każdy z tych przypadków mogę wytłumaczyć, pisałam sprostowania, wydrukowałam duży tekst w „Życiu Warszawy”, gdzie je kolejno omawiam, ale to przeszło bez echa. Nie chcę wchodzić w spiskowe teorie, ale jestem przekonana, że tę kampanię w Internecie urządzili mi koledzy z „Gazety Polskiej”.
Ciągnie się za panią ta historia?
Takie sprawy zawsze się za człowiekiem ciągną na zasadzie, że jak ktoś chce psa uderzyć, to kij znajdzie. Najbardziej doprowadza mnie do szału postawa ludzi, którzy mówią: może i popełniałaś te plagiaty, ale jesteś fajna i inteligentna, więc wybaczamy ci błąd młodości. Wolę skrajności – albo wierzysz w moją niewinność i mnie szanujesz, albo uważasz mnie za plagiatorkę, twoja sprawa.
Pani ewolucja światopoglądowa to był zwrot radykalny.
Nie chcę się do końca deklarować. W Polsce jest problem szufladek, a ja sama ze sobą mam problem, bo nie pasuję do żadnej szufladki. Kiedyś tkwiłam w szufladce „katolicka dziennikarka” i jako taką zapraszał mnie do swojego programu Janek Pospieszalski. Kiedyś zadzwonił i mówi: słuchaj, Eliza, robimy program o legalizacji domów publicznych, może byś przyszła, bo jesteś świetnym batem na feministki. Powiedziałam, że mogę przyjść, problem w tym, że jestem za legalizacją domów publicznych.
CAŁOŚĆ
sobota, 16 lutego 2013
Prezydencki lot do Katynia w 2007 r. też mógł skończyć się tragedią Katyń 2007
Kiedy mówi się, że w 2010 r. polskie państwo nie zatroszczyło się o
bezpieczeństwo prezydenta i elity swego kraju, warto przyjrzeć się temu,
jak o to samo zadbano podczas wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu we
wrześniu 2007 r., za rządów PiS.
Rekonstruujemy tę wizytę na podstawie udostępnionych nam dokumentów i raportów Kancelarii Prezydenta, MSZ, BOR, NIK i innych instytucji.
Zapewne na decyzję o wizycie wpłynęła ówczesna sytuacja polityczna. Po wybuchu tzw. afery gruntowej rozpadła się koalicja PiS, LPR i Samoobrony. Wszystkie partie, łącznie z PiS, doszły do wniosku, że nie da się rządzić bez sejmowej większości i 7 września Sejm przyjął uchwałę o skróceniu kadencji, a prezydent zarządził na 21 października przyspieszone wybory.
Zaledwie sześciotygodniowy okres kampanii wyborczej wymagał szczególnej aktywności w pozyskiwaniu elektoratu. Wielkich politycznych emocji nie budziła już kwestia lustracji, dlatego PiS postawiło na kartę historyczną, a ściślej, na nierozwiązaną do dziś w polsko-rosyjskich stosunkach sprawę Katynia. Andrzej Wajda akurat kończył film „Katyń”, którego premierę zaplanowano na 17 września, w rocznicę sowieckiej agresji na Polskę w 1939 r. Minister obrony Aleksander Szczygło ogłosił, że podczas rocznicowych uroczystości wszyscy żołnierze i funkcjonariusze zamordowani w Katyniu i w innych miejscach kaźni w 1940 r. zostaną pośmiertnie awansowani. Zdecydowano też, że prezydent pojedzie do Katynia i złoży wieńce na mogiłach polskich oficerów. Wizytę zaplanowano na 17 września, z napiętym programem, tak aby Lech Kaczyński zdążył wrócić do Warszawy na premierę filmu Wajdy.
W Archiwum Kancelarii Prezydenta RP, w teczce z dokumentami dotyczącymi jej przygotowania i przebiegu, pierwszym dokumentem jest list z 30 sierpnia 2007 r. wysłany przez Mariusza Handzlika, dyrektora prezydenckiego Biura Spraw Zagranicznych, do Jerzego Bahra, ambasadora RP w Moskwie. Handzlik poinformował Bahra o planowanej wizycie prezydenta w Katyniu i o tym, że zaproszono tam również prezydenta Rosji Władimira Putina, o czym 29 sierpnia ambasadora Rosji w Warszawie poinformował szef Gabinetu Prezydenta Maciej Łopiński.
•
Przy organizacji wizyty bardzo liczył się czas. Mimo to jeszcze 4 września nie była uzgodniona treść noty naszej ambasady notyfikującej wizytę prezydenta w Katyniu. W przesłanym do centrali MSZ projekcie noty czytamy: „Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Federacji Rosyjskiej przesyła wyrazy szacunku Ministerstwu Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej i ma zaszczyt poinformować, iż Prezydent Polski, Pan Lech Kaczyński, wyraził życzenie odwiedzenia wraz z Małżonką, Panią Marią Kaczyńską, w dniu 17 września bieżącego roku memorialnego kompleksu w Katyniu. Prezydent Polski chciałby oddać cześć rosyjskim i polskim ofiarom represji, na rosyjskiej części memorialnego kompleksu i na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu. W programie wizyty strona polska chciałaby także umieścić krótkie zwiedzanie miasta Smoleńsk. Strona polska, mając na względzie nadanie symbolicznego znaczenia pobytowi prezydenta RP z małżonką w Katyniu, byłaby bardzo wdzięczna za rozważenie przez stronę rosyjską możliwości udziału Prezydenta FR Pana Władimira Putina wraz z Małżonką w uroczystościach na polskiej i rosyjskiej części memorialnego kompleksu w Katyniu (...)”.
Byłaby to pierwsza wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Rosji, z którą Polska miała wtedy szczególnie napięte stosunki. W 2004 r. wstąpiliśmy do Unii, krytykowaliśmy politykę Rosji w Czeczenii, wsparliśmy rewolucję róż w Gruzji i pomarańczową na Ukrainie, a IPN prowadził katyńskie śledztwo. Rosja po wygranych przez PiS wyborach ogłosiła embargo na dostawy mięsa z Polski i podpisała z Niemcami umowę o budowie Gazociągu Północnego omijającego nasz kraj. My z kolei zablokowaliśmy negocjacje nowej umowy handlowej między Unią a Rosją. Oficjalne wzajemne stosunki prawie ustały, choć minister Siergiej Ławrow przysyłał na urodziny kwiaty naszej minister spraw zagranicznych Annie Fotydze, a wiosną 2007 r. na otwarcie Domu Polskiego w Sankt Petersburgu pojechała prezydentowa Maria Kaczyńska, gdzie spotkała się z Ludmiłą Putinową.
Putin w Katyniu się nie pojawił. Reprezentował go Gieorgij Połtawczenko, przedstawiciel prezydenta FR w Centralnym Okręgu Federalnym, któremu towarzyszył Władimir Titow, wiceminister spraw zagranicznych od spraw polskich („wśród 8 zastępców Ławrowa jest nr 7” – tak nasza ambasada określiła rangę tego urzędnika) oraz miejscowy gubernator.
•
Rosjanie wizytę prezydenta Kaczyńskiego w 2007 r., podobnie jak wizytę w 2010 r. zakończoną katastrofą, traktowali jako nieoficjalną, co przyznał ambasador Jerzy Bahr w rozmowie z Teresą Torańską na łamach „GW”. Były one organizowane „z pominięciem stosowanych w takich przypadkach norm protokolarnych”. Pytany, co oznaczają te słowa, ambasador Bahr mówi, że wizytom przedstawicieli polskich władz w Rosji nie towarzyszył entuzjazm ze strony gospodarzy.
– O terminach wyjazdów do Katynia powiadamiano nas bardzo późno – wspomina. – A przecież zgodnie ze sztuką dyplomacji, najpierw z drugą stroną powinno się rozmawiać o tym, czy ona chce o czymś w ogóle rozmawiać, a tym bardziej się spotykać. Rosjanie długo nie mogli pojąć, dlaczego my zapraszamy ich prezydenta w miejsce, w którym to on jest gospodarzem. Taki tryb załatwiania wizyty władzom rosyjskim nie odpowiadał i stąd ich brak większego zainteresowania. A bez placetu z Moskwy nic nie zrobią władze lokalne ani służby.
W archiwum Kancelarii nie ma dokumentu, z którego by wynikało, kto przygotował wstępny program wizyty i zaproponował skład towarzyszącej prezydentowi delegacji. W teczce znajdziemy kopie zaproszeń do Pałacu Prezydenckiego, gdzie między 31 sierpnia a 14 września kilka razy spotkali się m.in.: szef BOR, dowódca Garnizonu Warszawa, dyrektorzy i wiceministrowie z MSZ, z Ministerstwa Kultury i sekretarz Rady Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa. Nie ma jakichkolwiek protokołów z tych spotkań.
Organizatorom wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego w 2010 r. zarzuca się, że pismo notyfikujące ów wyjazd przekazali Rosjanom dopiero 16 marca (czyli 25 dni przed wylotem do Katynia), co miało wpływ na jego przygotowanie. W 2007 r., kiedy wszystkimi ważnymi urzędami i służbami kierowali ludzie PiS, podobnej noty nasi wysocy urzędnicy nie mieli uzgodnionej jeszcze 13 dni przed wylotem do Katynia.
Wygląda na to, że rosyjskie władze z uwagi na nieoficjalny charakter tej wizyty mało aktywnie angażowały się w pomoc przy jej organizacji. 6 września Ambasada RP zwraca się do dyr. Handzlika o pilne wystąpienie poprzez nasze MSZ o zgodę na lądowanie 10 września na lotnisku w Smoleńsku samolotu specjalnego, którym przyleci nasza grupa rekonesansowa przygotowująca wizytę. Na tym lotnisku do 2009 r. stacjonował pułk samolotów transportowych i lądowanie samolotów cywilnych było tam możliwe po uzyskaniu zgody rosyjskiego ministerstwa obrony. Ambasada prosi o podanie listy członków załogi i numerów paszportów wszystkich członków ekipy.
Nazajutrz Kancelaria zwraca się do ambasadora Władimira Grinina w Warszawie z prośbą o wizy dla 12 członków tej ekipy, a po paru godzinach dyr. Handzlik śle do ambasady w Moskwie pismo z nadrukiem NATYCHMIAST, informujące, że ekipa przygotowawcza nie poleci samolotem specjalnym do Smoleńska, a rejsowym do Moskwy i trzeba jej zorganizować noclegi i transport do Smoleńska. Z zachowanych dokumentów nie wynika, dlaczego nasz samolot w Smoleńsku nie lądował. Czy Rosjanie nie udzielili
CAŁÓŚĆ
Rekonstruujemy tę wizytę na podstawie udostępnionych nam dokumentów i raportów Kancelarii Prezydenta, MSZ, BOR, NIK i innych instytucji.
Zapewne na decyzję o wizycie wpłynęła ówczesna sytuacja polityczna. Po wybuchu tzw. afery gruntowej rozpadła się koalicja PiS, LPR i Samoobrony. Wszystkie partie, łącznie z PiS, doszły do wniosku, że nie da się rządzić bez sejmowej większości i 7 września Sejm przyjął uchwałę o skróceniu kadencji, a prezydent zarządził na 21 października przyspieszone wybory.
Zaledwie sześciotygodniowy okres kampanii wyborczej wymagał szczególnej aktywności w pozyskiwaniu elektoratu. Wielkich politycznych emocji nie budziła już kwestia lustracji, dlatego PiS postawiło na kartę historyczną, a ściślej, na nierozwiązaną do dziś w polsko-rosyjskich stosunkach sprawę Katynia. Andrzej Wajda akurat kończył film „Katyń”, którego premierę zaplanowano na 17 września, w rocznicę sowieckiej agresji na Polskę w 1939 r. Minister obrony Aleksander Szczygło ogłosił, że podczas rocznicowych uroczystości wszyscy żołnierze i funkcjonariusze zamordowani w Katyniu i w innych miejscach kaźni w 1940 r. zostaną pośmiertnie awansowani. Zdecydowano też, że prezydent pojedzie do Katynia i złoży wieńce na mogiłach polskich oficerów. Wizytę zaplanowano na 17 września, z napiętym programem, tak aby Lech Kaczyński zdążył wrócić do Warszawy na premierę filmu Wajdy.
W Archiwum Kancelarii Prezydenta RP, w teczce z dokumentami dotyczącymi jej przygotowania i przebiegu, pierwszym dokumentem jest list z 30 sierpnia 2007 r. wysłany przez Mariusza Handzlika, dyrektora prezydenckiego Biura Spraw Zagranicznych, do Jerzego Bahra, ambasadora RP w Moskwie. Handzlik poinformował Bahra o planowanej wizycie prezydenta w Katyniu i o tym, że zaproszono tam również prezydenta Rosji Władimira Putina, o czym 29 sierpnia ambasadora Rosji w Warszawie poinformował szef Gabinetu Prezydenta Maciej Łopiński.
•
Przy organizacji wizyty bardzo liczył się czas. Mimo to jeszcze 4 września nie była uzgodniona treść noty naszej ambasady notyfikującej wizytę prezydenta w Katyniu. W przesłanym do centrali MSZ projekcie noty czytamy: „Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Federacji Rosyjskiej przesyła wyrazy szacunku Ministerstwu Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej i ma zaszczyt poinformować, iż Prezydent Polski, Pan Lech Kaczyński, wyraził życzenie odwiedzenia wraz z Małżonką, Panią Marią Kaczyńską, w dniu 17 września bieżącego roku memorialnego kompleksu w Katyniu. Prezydent Polski chciałby oddać cześć rosyjskim i polskim ofiarom represji, na rosyjskiej części memorialnego kompleksu i na Polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu. W programie wizyty strona polska chciałaby także umieścić krótkie zwiedzanie miasta Smoleńsk. Strona polska, mając na względzie nadanie symbolicznego znaczenia pobytowi prezydenta RP z małżonką w Katyniu, byłaby bardzo wdzięczna za rozważenie przez stronę rosyjską możliwości udziału Prezydenta FR Pana Władimira Putina wraz z Małżonką w uroczystościach na polskiej i rosyjskiej części memorialnego kompleksu w Katyniu (...)”.
Byłaby to pierwsza wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Rosji, z którą Polska miała wtedy szczególnie napięte stosunki. W 2004 r. wstąpiliśmy do Unii, krytykowaliśmy politykę Rosji w Czeczenii, wsparliśmy rewolucję róż w Gruzji i pomarańczową na Ukrainie, a IPN prowadził katyńskie śledztwo. Rosja po wygranych przez PiS wyborach ogłosiła embargo na dostawy mięsa z Polski i podpisała z Niemcami umowę o budowie Gazociągu Północnego omijającego nasz kraj. My z kolei zablokowaliśmy negocjacje nowej umowy handlowej między Unią a Rosją. Oficjalne wzajemne stosunki prawie ustały, choć minister Siergiej Ławrow przysyłał na urodziny kwiaty naszej minister spraw zagranicznych Annie Fotydze, a wiosną 2007 r. na otwarcie Domu Polskiego w Sankt Petersburgu pojechała prezydentowa Maria Kaczyńska, gdzie spotkała się z Ludmiłą Putinową.
Putin w Katyniu się nie pojawił. Reprezentował go Gieorgij Połtawczenko, przedstawiciel prezydenta FR w Centralnym Okręgu Federalnym, któremu towarzyszył Władimir Titow, wiceminister spraw zagranicznych od spraw polskich („wśród 8 zastępców Ławrowa jest nr 7” – tak nasza ambasada określiła rangę tego urzędnika) oraz miejscowy gubernator.
•
Rosjanie wizytę prezydenta Kaczyńskiego w 2007 r., podobnie jak wizytę w 2010 r. zakończoną katastrofą, traktowali jako nieoficjalną, co przyznał ambasador Jerzy Bahr w rozmowie z Teresą Torańską na łamach „GW”. Były one organizowane „z pominięciem stosowanych w takich przypadkach norm protokolarnych”. Pytany, co oznaczają te słowa, ambasador Bahr mówi, że wizytom przedstawicieli polskich władz w Rosji nie towarzyszył entuzjazm ze strony gospodarzy.
– O terminach wyjazdów do Katynia powiadamiano nas bardzo późno – wspomina. – A przecież zgodnie ze sztuką dyplomacji, najpierw z drugą stroną powinno się rozmawiać o tym, czy ona chce o czymś w ogóle rozmawiać, a tym bardziej się spotykać. Rosjanie długo nie mogli pojąć, dlaczego my zapraszamy ich prezydenta w miejsce, w którym to on jest gospodarzem. Taki tryb załatwiania wizyty władzom rosyjskim nie odpowiadał i stąd ich brak większego zainteresowania. A bez placetu z Moskwy nic nie zrobią władze lokalne ani służby.
W archiwum Kancelarii nie ma dokumentu, z którego by wynikało, kto przygotował wstępny program wizyty i zaproponował skład towarzyszącej prezydentowi delegacji. W teczce znajdziemy kopie zaproszeń do Pałacu Prezydenckiego, gdzie między 31 sierpnia a 14 września kilka razy spotkali się m.in.: szef BOR, dowódca Garnizonu Warszawa, dyrektorzy i wiceministrowie z MSZ, z Ministerstwa Kultury i sekretarz Rady Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa. Nie ma jakichkolwiek protokołów z tych spotkań.
Organizatorom wyjazdu prezydenta Kaczyńskiego w 2010 r. zarzuca się, że pismo notyfikujące ów wyjazd przekazali Rosjanom dopiero 16 marca (czyli 25 dni przed wylotem do Katynia), co miało wpływ na jego przygotowanie. W 2007 r., kiedy wszystkimi ważnymi urzędami i służbami kierowali ludzie PiS, podobnej noty nasi wysocy urzędnicy nie mieli uzgodnionej jeszcze 13 dni przed wylotem do Katynia.
Wygląda na to, że rosyjskie władze z uwagi na nieoficjalny charakter tej wizyty mało aktywnie angażowały się w pomoc przy jej organizacji. 6 września Ambasada RP zwraca się do dyr. Handzlika o pilne wystąpienie poprzez nasze MSZ o zgodę na lądowanie 10 września na lotnisku w Smoleńsku samolotu specjalnego, którym przyleci nasza grupa rekonesansowa przygotowująca wizytę. Na tym lotnisku do 2009 r. stacjonował pułk samolotów transportowych i lądowanie samolotów cywilnych było tam możliwe po uzyskaniu zgody rosyjskiego ministerstwa obrony. Ambasada prosi o podanie listy członków załogi i numerów paszportów wszystkich członków ekipy.
Nazajutrz Kancelaria zwraca się do ambasadora Władimira Grinina w Warszawie z prośbą o wizy dla 12 członków tej ekipy, a po paru godzinach dyr. Handzlik śle do ambasady w Moskwie pismo z nadrukiem NATYCHMIAST, informujące, że ekipa przygotowawcza nie poleci samolotem specjalnym do Smoleńska, a rejsowym do Moskwy i trzeba jej zorganizować noclegi i transport do Smoleńska. Z zachowanych dokumentów nie wynika, dlaczego nasz samolot w Smoleńsku nie lądował. Czy Rosjanie nie udzielili
CAŁÓŚĆ
poniedziałek, 4 lutego 2013
Katyń: Premier 7, Prezydent 10 kwietnia
Szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak powiedział, że MSZ
zwróciło się do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o przewodniczenie
uroczystościom w Katyniu, które odbędą się 10 kwietnia. Premier Donald
Tusk w Katyniu ma być 7 kwietnia.
Stasiak powiedział, że pismo MSZ w sprawie uroczystości w Katyniu,
które odbędą się 10 kwietnia trafiło do Kancelarii Prezydenta w ubiegłym
tygodniu, a prezydent przyjął zaproszenie do przewodniczenia polskiej
delegacji na te uroczystości.
"Prezydent został oficjalnie poproszony przez administrację rządową, konkretnie przez MSZ, o przewodniczenie polskim uroczystościom państwowym, głównym, które będą organizowane 10 kwietnia" - podkreślił szef Kancelarii Prezydenta.
"Współdziałamy przy tym, ustalamy harmonogram, ustalamy scenariusz, wsparcie dla tego całego przedsięwzięcia" - powiedział Stasiak, odnosząc się do uroczystości planowanych na 10 kwietnia. Jak podkreślił, w piśmie do prezydenta napisano, że właśnie tego dnia organizowane są oficjalne, państwowe uroczystości w Katyniu.
Stasiak dodał, że w sprawie uroczystości katyńskich, upamiętniających 70. rocznicę mordu NKWD na polskich oficerach Kancelaria Prezydenta współpracuje z MSZ, Kancelarią Premiera i Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Lech Kaczyński udaje się na uroczystości katyńskie 10 kwietnia samolotem rządowym.
Stasiak powiedział, że prezydent zaprasza do samolotu rządowego przedstawicieli Rodzin Katyńskich i organizacji weteranów, którzy nie będą mogli udać się na uroczystości do Katynia specjalnym pociągiem.
Stasiak zapowiedział, że Kancelaria Prezydenta przygotowuje właśnie listę osób, które udadzą się do Katynia z Lechem Kaczyńskim. Lista - jak zapewnił - będzie gotowa w tym tygodniu albo najpóźniej w przyszłym.
Pod koniec lutego sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik mówił, że na 10 kwietnia przygotowywany jest specjalny pociąg dla 200 przedstawicieli Rodzin Katyńskich, którym mają pojechać na uroczystości katyńskie.
Z kolei szef kancelarii premiera Tomasz Arabski poinformował w czwartek, że premier Donald Tusk będzie w Katyniu 7 kwietnia. Jak dodał, 10 kwietnia są organizowane uroczystości rocznicowe w Katyniu przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, natomiast trzy dni wcześniej odbędzie się wizyta bilateralna z udziałem polskiego premiera na zaproszenie premiera Rosji Władimira Putina.
Stasiak pytany o tę informację podkreślił, że Kancelaria Prezydenta koncentruje się na głównych uroczystościach rocznicowych w Katyniu zaplanowanych na 10 kwietnia, które strona prezydencka współorganizuje i przygotowuje.
Jak dodał, jeśli premierzy Polski i Rosji spotkają się w Katyniu 7 kwietnia, to tak widocznie wynika z ich kalendarzy i uzgodnień. "My nie szukamy jakiegoś pola zdziwienia, zaskoczenia, to nie jest decyzja (dla nas) zaskakująca" - zaznaczył Stasiak.
Arabski powiedział, że Kancelaria Prezydenta przyjęła "bez najmniejszego kłopotu" rozwiązania dotyczące obchodów.
ŻRÓDŁÓ
"Prezydent został oficjalnie poproszony przez administrację rządową, konkretnie przez MSZ, o przewodniczenie polskim uroczystościom państwowym, głównym, które będą organizowane 10 kwietnia" - podkreślił szef Kancelarii Prezydenta.
"Współdziałamy przy tym, ustalamy harmonogram, ustalamy scenariusz, wsparcie dla tego całego przedsięwzięcia" - powiedział Stasiak, odnosząc się do uroczystości planowanych na 10 kwietnia. Jak podkreślił, w piśmie do prezydenta napisano, że właśnie tego dnia organizowane są oficjalne, państwowe uroczystości w Katyniu.
Stasiak dodał, że w sprawie uroczystości katyńskich, upamiętniających 70. rocznicę mordu NKWD na polskich oficerach Kancelaria Prezydenta współpracuje z MSZ, Kancelarią Premiera i Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Lech Kaczyński udaje się na uroczystości katyńskie 10 kwietnia samolotem rządowym.
Stasiak powiedział, że prezydent zaprasza do samolotu rządowego przedstawicieli Rodzin Katyńskich i organizacji weteranów, którzy nie będą mogli udać się na uroczystości do Katynia specjalnym pociągiem.
Stasiak zapowiedział, że Kancelaria Prezydenta przygotowuje właśnie listę osób, które udadzą się do Katynia z Lechem Kaczyńskim. Lista - jak zapewnił - będzie gotowa w tym tygodniu albo najpóźniej w przyszłym.
Pod koniec lutego sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Przewoźnik mówił, że na 10 kwietnia przygotowywany jest specjalny pociąg dla 200 przedstawicieli Rodzin Katyńskich, którym mają pojechać na uroczystości katyńskie.
Z kolei szef kancelarii premiera Tomasz Arabski poinformował w czwartek, że premier Donald Tusk będzie w Katyniu 7 kwietnia. Jak dodał, 10 kwietnia są organizowane uroczystości rocznicowe w Katyniu przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, natomiast trzy dni wcześniej odbędzie się wizyta bilateralna z udziałem polskiego premiera na zaproszenie premiera Rosji Władimira Putina.
Stasiak pytany o tę informację podkreślił, że Kancelaria Prezydenta koncentruje się na głównych uroczystościach rocznicowych w Katyniu zaplanowanych na 10 kwietnia, które strona prezydencka współorganizuje i przygotowuje.
Jak dodał, jeśli premierzy Polski i Rosji spotkają się w Katyniu 7 kwietnia, to tak widocznie wynika z ich kalendarzy i uzgodnień. "My nie szukamy jakiegoś pola zdziwienia, zaskoczenia, to nie jest decyzja (dla nas) zaskakująca" - zaznaczył Stasiak.
Arabski powiedział, że Kancelaria Prezydenta przyjęła "bez najmniejszego kłopotu" rozwiązania dotyczące obchodów.
ŻRÓDŁÓ
wtorek, 22 stycznia 2013
W obronie resortowych dzieci
Dlaczego ludzie IV RP tak
nienawidzą resortowych dzieci? Dlaczego tak się przed nimi bronia,
sięgając po najbrudniejsze ze znanych nam metod?Impulsem do takich działań jest strach.
Wygląda na to, że autorka autorzygazetypolskiej.salon24.pl/480684,resortowe-dzieci
nie znalazła nic złego w działalności dzieci resortowych, więc
zainteresowała się ich rodzicami. Być może przypomniało jej się, iż
środowisko dzieci resortowych opisywało jej konotacje z
przedstawicielami władz IV RP. Przypomnijmy historię pewnych pożyczek,
które według mediów, otrzymywała autorka od lobbysty, obiecując w zamian
pomoc w zwolnieniu z aresztu. Oto stenogramy rozmów:
"Z przesłuchania podczas, którego
dziennikarce przedstawiono korupcyjny zarzut powoływania się na wpływy w
instytucjach państwowych w celu osiągnięcia korzyści materialnej: "Wywołała
przekonanie Aleksandry Dochnal, żony Marka Dochnala, Barbary Pietrzyk,
teściowej Marka Dochnala a także obrońców Marka Dochnala adwokatów
Natalii Ołowskiej-Zalewskiej i Piotra Kruszyńskiego o swoich wpływach w
instytucjach państwowych a potem wielokrotnie powołując się na te
wpływy, zwłaszcza na swoje związki i znajomości o podłożu politycznym
zawodowym i towarzyskim z Prezydentem RP, jego bliskim otoczeniem z
Prezesem Rady Ministrów i jego bliskim otoczeniem z Ministrem
Sprawiedliwości, z Prokuratorem Krajowym z Koordynatorem ds. Służb
Specjalnych oraz z przedstawicielami Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego, podjęła się pośrednictwa w załatwieniu sprawy uchylenia
środka zapobiegawczego w postaci tymczasowego aresztowania stosowanego
wobec Marka Dochnala, przy czym pośrednictwa podjęła się w zamian za
korzyści majątkowe w łącznej kwocie 270 tys. zł. Jednocześnie realizując
rzeczywiste działania w tym podejmując osobiste rozmowy z Ministrem
Sprawiedliwości Prokuratorem Krajowym i doprowadzając do ich rozmów z
adwokatami Marka Dochnala a jako dziennikarka tworząc i publikując w
prasie artykuły korzystne dla Marka Dochnala. Gdy jej działania okazały
się nieskuteczne a sytuacja po przeniesieniu śledztwa do Katowic jeszcze
bardziej dla Dochnala poważna i nie uchylono tymczasowego aresztowania
zwróciła zaciągniętą pożyczkę z rażącą zwłoką w ratach nie z własnej
inicjatywy lecz po wielokrotnych zdecydowanych żądaniach Aleksandry
Dochnal i Barbary Pietrzyk.
Kania (po zapoznaniu się z zarzutami): "W żadnym wypadku się do tego nie przyznaję. Oświadczam, że sprawa od samego początku ma charakter polityczny mający na celu zdeprecjonowanie mnie jako dziennikarza krytycznie piszącego o obecnej władzy. Uważam również, że sprawa ma na celu zdeprecjonowanie mediów, których publikuję. Dlatego odmawiam złożenia wyjaśnień. "
Z zeznania mec. Natalii Ołowskiej- Zalewskiej: "Pamiętam niechęć i obawy Aleksandry Dochnal, związane z pożyczaniem pieniędzy Dorocie Kani. Miała ona obawy, że jeśli nie będzie pożyczała pieniędzy dla Doroty Kani to może się to odbić negatywnie na jej mężu. Bała się też, że Kania tych pieniędzy nigdy nie odda. Dorota Kania jak przyszła do mnie po pieniądze to mnie ta sytuacja nie zdziwiła, bo uprzedziła mnie o tym Aleksandra Dochnal. Na umowie widniało moje nazwisko choć pieniądze nie były moje. Rzeczywistym pożyczkodawcą była Aleksandra Dochnal. Dorota Kania wiedziała, że jestem obrońcą Marka Dochnala, tylko dlatego się ze mną spotykała.Kania wiedziała o pokrewieństwie łączącym Aleksandrę Dochnal i Barbarę Pietrzyk, bo żona Dochnala zwracała się przy dziennikarce do Pietrzyk per "mamo" a jej dzieci mówiły do niej "babciu".Aleksandra Dochnal poinformowała mnie, że zamierza pożyczyć pieniądze dla Doroty Kani, bo to ma pomóc w uwolnieniu jej męża".
Z zeznania mec. Piotra Kruszyńskiego (drugi obrońca Dochnala) o tym, jak w maju 2005r. w jego biurze Kania przeprowadzała wywiad z Aleksandrą Dochnal: "Towarzyszyła jej mama, Barbara Pietrzyk. Kania powiedziała mi, że nowomianowany prokurator krajowy Janusz Kaczmarek chce się ze mną spotkać w celu ewentualnego przeniesienia śledztwa z Łodzi do Katowic. Zaproponowała, żeby działać dwutorowo a drugi obrońca żeby spotkał się ze Zbigniewem Ziobro. Powiedziała, że jest długoletnim dziennikarzem śledczym i zna wielu prokuratorów i polityków".
Z zeznania Barbary Pietrzyk: "Byłam obecna w domu podczas udzielania tego wywiadu . Od momentu tego drugiego wywiadu pani Kania zaczęła się interesować sytuacją życiową córki. Permanentnie wydzwaniała i przychodziła do domu córki co najmniej raz w tygodniu. Podczas spotkań w domu córki wielokrotnie słyszałam jak pani Kania mówiła Aleksandrze, że postara się jej pomóc, że zna bardzo wpływowe osoby w ówczesnym rządzie tj. p. Wassermanna, p. Kaczmarka p. Ziobrę, p Premiera Jarosława Kaczyńskiego i p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz pana Nowek [chodzi o Zbigniewa Nowka, szefa Agencji wywiadu- red.] wymieniała też inne nazwiska ale ich nie zapamiętałam, bo nie były to nazwiska osób mniej dla mnie znanych. Kilka raz p. Kania chwaliła się córce, że idzie na wywiad do Premiera i Prezydenta oraz, że podczas tych wywiadów znajdzie odpowiedni moment, by porozmawiać o naszej sprawie. Mówiła, że od lat utrzymuje z nimi kontakty i ma zawsze wejście. O małżonce p. Prezydenta mówiła "Marysia". Skarżyła się nam na swoją trudną sytuację finansową, że mieszka w jakimś starym rozpadającym się domu i że ma już upatrzony nowy dom. Stwarzała taką atmosferę , że jak nie wpłaci zadatku, to jej przepadnie oraz że na krótki czas potrzebuje pieniędzy.
Ponieważ jej działania zdaniem córki były bardzo energiczne a przy okazji stwarzała atmosferę, że bardzo się stara i współczuje córka nie wyobrażała sobie nie udzielić jej pomocy.Córka była w strasznej depresji a Kania wydawała się jedną z niewielu osób, która może nam pomóc bo ma bardzo duże możliwości.
Później okazywało się , że Kania ma kolejne potrzeby. A to 30 tys. zl. na spłatę kredytu a to kolejne 30 lub 40 tys. zl. Aleksandra bała się, że jak jej nie pożyczy pieniędzy to sytuacja męża pogorszy się. Podczas spotkań z córką a także rozmów telefonicznych mówiła, że właśnie spotkała się np. z p. Wassermannem czy też z p. Kaczmarkiem lub z p. Ziobro i że musi się podzielić informacjami. Mówiła, że jak zięć będzie współpracował na wszystkich możliwych frontach z prokuraturą w Katowicach to wyjdzie na wolność. 100 tys. zwróciła latem 2007r. Drugie 100 tys. tuż przed wyborami. Po wyborach pozostałą kwotę. Spłatę pożyczki wymogłam na Kani poprzez ciągłe wydzwanianie i sms- owanie.
Pani Kania zaczęła się od nas odcinać, gdy zaczęła pracować w tygodniku Wprost oraz wTVP. Chwaliła się, że dużo zarabia i jej sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. Przeniesienie sprawy do Katowic zdecydowanie pogorszyło sytuację męża Aleksandry. Przestała dostawać widzenia a Marek został zamknięty w izolatce. Nie była też dostarczana korespondencja córki. Czuje się przez Kanię oszukana i cynicznie wykorzystana. "
Z zeznań Aleksandry Dochnal: "Kania nie chciała aby na umowach pożyczki widniało nazwisko Dochnal, myślę że mogła się bać, że w przypadku umowy pożyczki ze mną mogłaby mieć kłopoty. Kania nagle potrafiła zmienić temat i prosiła o wsparcie finansowe. Z przyczyn o których już zeznałam, nie potrafiłam jej odmówić. Bałam się, że może się od nas odwrócić. dlatego też dawałam jej te pieniądze. Kwestię pożyczek wiązała ze swoimi wpływami w Ministerstwie, które obiecywała wykorzystać do zwolnienia mojego męża z aresztu. Kania wprost i bezpośrednio mówiła, że pomoże uwolnić mojego męża. Powiedziała tak kilkanaście razy.Mówiła że Zbigniew Wassermann jest poruszony przetrzymywaniem mojego męża w areszcie. Chwaliła się, że bywała w domu Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborzu".
Kania (po zapoznaniu się z zarzutami): "W żadnym wypadku się do tego nie przyznaję. Oświadczam, że sprawa od samego początku ma charakter polityczny mający na celu zdeprecjonowanie mnie jako dziennikarza krytycznie piszącego o obecnej władzy. Uważam również, że sprawa ma na celu zdeprecjonowanie mediów, których publikuję. Dlatego odmawiam złożenia wyjaśnień. "
Z zeznania mec. Natalii Ołowskiej- Zalewskiej: "Pamiętam niechęć i obawy Aleksandry Dochnal, związane z pożyczaniem pieniędzy Dorocie Kani. Miała ona obawy, że jeśli nie będzie pożyczała pieniędzy dla Doroty Kani to może się to odbić negatywnie na jej mężu. Bała się też, że Kania tych pieniędzy nigdy nie odda. Dorota Kania jak przyszła do mnie po pieniądze to mnie ta sytuacja nie zdziwiła, bo uprzedziła mnie o tym Aleksandra Dochnal. Na umowie widniało moje nazwisko choć pieniądze nie były moje. Rzeczywistym pożyczkodawcą była Aleksandra Dochnal. Dorota Kania wiedziała, że jestem obrońcą Marka Dochnala, tylko dlatego się ze mną spotykała.Kania wiedziała o pokrewieństwie łączącym Aleksandrę Dochnal i Barbarę Pietrzyk, bo żona Dochnala zwracała się przy dziennikarce do Pietrzyk per "mamo" a jej dzieci mówiły do niej "babciu".Aleksandra Dochnal poinformowała mnie, że zamierza pożyczyć pieniądze dla Doroty Kani, bo to ma pomóc w uwolnieniu jej męża".
Z zeznania mec. Piotra Kruszyńskiego (drugi obrońca Dochnala) o tym, jak w maju 2005r. w jego biurze Kania przeprowadzała wywiad z Aleksandrą Dochnal: "Towarzyszyła jej mama, Barbara Pietrzyk. Kania powiedziała mi, że nowomianowany prokurator krajowy Janusz Kaczmarek chce się ze mną spotkać w celu ewentualnego przeniesienia śledztwa z Łodzi do Katowic. Zaproponowała, żeby działać dwutorowo a drugi obrońca żeby spotkał się ze Zbigniewem Ziobro. Powiedziała, że jest długoletnim dziennikarzem śledczym i zna wielu prokuratorów i polityków".
Z zeznania Barbary Pietrzyk: "Byłam obecna w domu podczas udzielania tego wywiadu . Od momentu tego drugiego wywiadu pani Kania zaczęła się interesować sytuacją życiową córki. Permanentnie wydzwaniała i przychodziła do domu córki co najmniej raz w tygodniu. Podczas spotkań w domu córki wielokrotnie słyszałam jak pani Kania mówiła Aleksandrze, że postara się jej pomóc, że zna bardzo wpływowe osoby w ówczesnym rządzie tj. p. Wassermanna, p. Kaczmarka p. Ziobrę, p Premiera Jarosława Kaczyńskiego i p. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego oraz pana Nowek [chodzi o Zbigniewa Nowka, szefa Agencji wywiadu- red.] wymieniała też inne nazwiska ale ich nie zapamiętałam, bo nie były to nazwiska osób mniej dla mnie znanych. Kilka raz p. Kania chwaliła się córce, że idzie na wywiad do Premiera i Prezydenta oraz, że podczas tych wywiadów znajdzie odpowiedni moment, by porozmawiać o naszej sprawie. Mówiła, że od lat utrzymuje z nimi kontakty i ma zawsze wejście. O małżonce p. Prezydenta mówiła "Marysia". Skarżyła się nam na swoją trudną sytuację finansową, że mieszka w jakimś starym rozpadającym się domu i że ma już upatrzony nowy dom. Stwarzała taką atmosferę , że jak nie wpłaci zadatku, to jej przepadnie oraz że na krótki czas potrzebuje pieniędzy.
Ponieważ jej działania zdaniem córki były bardzo energiczne a przy okazji stwarzała atmosferę, że bardzo się stara i współczuje córka nie wyobrażała sobie nie udzielić jej pomocy.Córka była w strasznej depresji a Kania wydawała się jedną z niewielu osób, która może nam pomóc bo ma bardzo duże możliwości.
Później okazywało się , że Kania ma kolejne potrzeby. A to 30 tys. zl. na spłatę kredytu a to kolejne 30 lub 40 tys. zl. Aleksandra bała się, że jak jej nie pożyczy pieniędzy to sytuacja męża pogorszy się. Podczas spotkań z córką a także rozmów telefonicznych mówiła, że właśnie spotkała się np. z p. Wassermannem czy też z p. Kaczmarkiem lub z p. Ziobro i że musi się podzielić informacjami. Mówiła, że jak zięć będzie współpracował na wszystkich możliwych frontach z prokuraturą w Katowicach to wyjdzie na wolność. 100 tys. zwróciła latem 2007r. Drugie 100 tys. tuż przed wyborami. Po wyborach pozostałą kwotę. Spłatę pożyczki wymogłam na Kani poprzez ciągłe wydzwanianie i sms- owanie.
Pani Kania zaczęła się od nas odcinać, gdy zaczęła pracować w tygodniku Wprost oraz wTVP. Chwaliła się, że dużo zarabia i jej sytuacja finansowa znacznie się poprawiła. Przeniesienie sprawy do Katowic zdecydowanie pogorszyło sytuację męża Aleksandry. Przestała dostawać widzenia a Marek został zamknięty w izolatce. Nie była też dostarczana korespondencja córki. Czuje się przez Kanię oszukana i cynicznie wykorzystana. "
Z zeznań Aleksandry Dochnal: "Kania nie chciała aby na umowach pożyczki widniało nazwisko Dochnal, myślę że mogła się bać, że w przypadku umowy pożyczki ze mną mogłaby mieć kłopoty. Kania nagle potrafiła zmienić temat i prosiła o wsparcie finansowe. Z przyczyn o których już zeznałam, nie potrafiłam jej odmówić. Bałam się, że może się od nas odwrócić. dlatego też dawałam jej te pieniądze. Kwestię pożyczek wiązała ze swoimi wpływami w Ministerstwie, które obiecywała wykorzystać do zwolnienia mojego męża z aresztu. Kania wprost i bezpośrednio mówiła, że pomoże uwolnić mojego męża. Powiedziała tak kilkanaście razy.Mówiła że Zbigniew Wassermann jest poruszony przetrzymywaniem mojego męża w areszcie. Chwaliła się, że bywała w domu Jarosława Kaczyńskiego na Żoliborzu".
Źródło: http://wyborcza.pl/1,76842,6605063,Jak_Dorota_Kania_wyciagala_pieniadze_od_rodziny_Dochnala.html
źródła:
Załóżmy, że w takim procederze
uczestniczyłby na przykład syn Jodka Mordki, bardziej znany jako Andrzej
Morozowski lub syn prominentnego działacza PZPR‑u, dyrektora Stacji
Hodowli Zwierząt, bardziej znany jako Tomasz Lis. Zapewne ludzie IV RP
nie musieliby posuwać się do grzebania w życiorysach ich przodków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)