wtorek, 16 lipca 2013

Jedna koncesja Dla katolików to za mało

 Media tzw. mętnego nurtu kierują się zasadą SMS, czyli „seks, muzyka, sensacja". U nas jest inny SMS: przede wszystkim sens, też dobra muzyka, i rzeczy ciekawe, nawet sensacyjne. Ale zawsze musi to formować człowieka

Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z o.Tadeuszem Rydzykiem CSsR
twórcą i dyrektorem Radia Maryja oraz Telewizji Trwam



Ojcze dyrektorze, a jednak dali tę koncesję Telewizji Trwam.

Jeszcze nie dali, dopiero obiecali. Była uchwala, ale kilka schodków wciąż przed nami. Trzeba zachować ostrożność, bo w tym systemie wszystko jest możliwe. Ile było w przeszłości obiecanek! Natomiast oczywiście, nie wyobrażam sobie, by nie dotrzymali danego słowa. To, że musieli dać tę koncesję, jest wielkim zwycięstwem ludzi modlących się w tej intencji i działających. Za to wszystko serdecznie, także za pośrednictwem tygodnika „Sieci”, dziękuję.

W wymiarze politycznym i społecznym to wydarzenie przełomowe, przełamanie monopolu strony lewicowej na multipleksie. Dlaczego władza uległa?

To już zostawiłbym politykom i socjologom. Z mojego punktu widzenia to wielkie, pozytywne zwycięstwo zjednoczonych Polaków, ludzi dobrej woli. Widać, ile możemy dokonać, jeśli jesteśmy razem. I widać, że również w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji są różni ludzie, różne opcje i można się porozumieć. Zawsze nawoływałem do uczciwej, spokojnej rozmowy. Udało się do tego doprowadzić i to jest owoc. A o pewnych złych sprawach, które też się pojawiły, mnie mówić nie wypada. Bo to była droga przez mękę.

Trudno to zrozumieć. Byle jakie stacje z głupawymi teledyskami dostały koncesję od ręki, a Trwam musiała walczyć dwa lata.

Ja też tego nie rozumiem. Często zastanawiam się, skąd bierze się ta nienawiść. Ta niechęć do Kościoła, do Radia Maryja i Telewizji Trwam, a najczęściej do drugiego człowieka jest świadomie wywoływana. Przypadkiem w TVN widziałem, jak napuszcza się ludzi na abp. Henryka Hosera, który wysłał na emeryturę ks. Wojciecha Lemańskiego. Tego ostatniego też mi szkoda, wpadł w jakąś pętlę emocjonalną i trudno mu wyjść. A przecież każdy ksiądz wie, że w Kościele obowiązuje posłuszeństwo, jesteśmy jak wojsko. Inaczej to nie ma sensu. W tym samym materiale przeciwstawiano mnie Ojcu Świętemu. Bo ja, rzekomo wbrew papieżowi Franciszkowi, bogaty jestem. A to nieprawda, wszystko to zbudowali ludzie, za swoje pieniądze. To nie jest nasze, ja nic nie mam, to należy do zakonu i służy ludziom. My mamy radość, realizację powołania, narzędzie do ewangelizacji.

Większość Polaków zapewne do dzisiaj jest przekonana, że ojciec dyrektor jeździ najdroższym samochodem świata, maybachem.  

Nawet nie wiedziałem, co to jest ten maybach. Jeden z naszych ojców zadzwonił do „Gazety Pomorskiej”, która to podała. Zapytał, dlaczego piszą nieprawdę. A redaktor na to cynicznie odpowiedział, że może to i nieprawda, ale już fakt prasowy. Czyli to nadal działa tak jak w czasach komunistycznych. 


To czym ojciec dyrektor jeździ?

Tym, co akurat jest w radiu, które jak każde medium potrzebuje samochodów, by organizować transmisje, spotkania. Kiedyś mi zarzucali, że kupuję helikopter. To nie była prawda. Ale jeśli uznamy, że jest on nam konieczny do pracy, do ewangelizacji, do rozwoju radia czy telewizji, wówczas dlaczego mamy go nie kupić? Czy my, katolicy, jesteśmy gorsi? Ma helikopter TVN, ma Polsat, może mieć i Telewizja Trwam. Ale to odległa sprawa, chcę tylko pokazać, że nie możemy pozwolić na wmówienie nam, iż ewangelizację należy hamować.

Jakie zachowania według ojca mają charakter takiego wmawiania?

Cała sprawa z koncesją to właśnie dyskryminacja katolików. To jest jawna, krzycząca niesprawiedliwość. Szczególny ból sprawiało mi to, że zajmowali się tym ci, którzy sami siebie przedstawiali jako katolików. Nie wiem, co myśleli, jak to sobie w sumieniu poukładali, ale to pewnie nie było proste. A jeszcze bardziej boli, gdy słyszę i widzę, jak niektórzy duchowni idą na układy z tym światem. Jak mogą występować przeciw dobru Kościoła?!

Oni twierdzą, że inaczej to dobro interpretują, a ojciec jest zbyt wyrazisty.

Ksiądz musi być wyrazisty, jednak nie może oczywiście nikogo przekreślać. Niestety, większość argumentów, którymi posługują się ludzie tak mocno czasami Radio Maryja i mnie atakujący, jest nieprawdziwa, wyprodukowana w maszynach kłamstwa. Ciągle coś mi przypisują, wymyślają, a nie dają nawet możliwości odpowiedzi. Kiedy odpowiadam, wyjaśniam sam - nie cytują. Tak też jest z tym zarzutem, że rzekomo nazwałem panią prezydentową, śp. Marię Kaczyńską, czarownicą. To nieprawda.

Jak było naprawdę?

Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. Nie zgadzałem się czasem w niektórych sprawach ze śp. Lechem Kaczyńskim, ale bardzo go szanowałem, tak jak i jego małżonkę. Był jednak najlepszym naszym prezydentem po wojnie. Zdarzyła się raz sytuacja, którą odebrałem bardzo niedobrze. Pani prezydentowa przyjęła osoby, które brutalnie występowały przeciwko życiu, lansowały aborcję, a w przeddzień spotkania jedna z nich promowała eutanazję. A pamiętałem, że przed wyborami rozmawiałem z oboma braćmi Kaczyńskimi i pytałem Lecha Kaczyńskiego m.in. o to, czy jest za życiem. Odpowiedział zdecydowanie, że jest przeciw aborcji, przeciw zabijaniu. Gdy doszło do tego mitingu u pani prezydento-wej, poczułem się oszukany. Bo przyjmowanie w Pałacu Prezydenckim takich osób sugeruje akceptację ich poglądów.

To był błąd prezydentowej?

Dziś myślę, że to wynikało z otwartości pani prezydentowej. Lech Kaczyński też wielokrotnie próbował rozmawiać, przekonywać. A często wykorzystywano to przeciwko niemu. Tak za życia, jak i po jego śmierci.

W tej nagranej ojca dyrektora wypowiedzi pada jednak słowo „czarownica”?

Padło słowo „czarownice” w odniesieniu do niektórych osób, które tam gościły. Samo nagranie było zmanipulowane. To były posklejane fragmenty rozmowy z grupą studentów, którym musiałem zwrócić uwagę na niewłaściwe zachowanie. Pewnie byli na to źli, może jakieś służby też ich podpuściły, że się na to zdecydowali. I tak bywa, gdy się wychowuje młodzież, niektórzy zawodzą. Ale nie może nas to zniechęcać.

BĘDZIEMY WALCZYLI, BY NA MULTIPLEKSIE ZNALAZŁA SIĘ STACJA DLA MŁODZIEŻY, KTÓRĄ POWOLI BUDUJEMY. TRZEBA IŚĆ DO MŁODYCH Z MĄDRĄ I DOBRĄ OFERTĄ. TO, CO TERAZ SIĘ JEJ SERWUJE, JEST PŁYCIZNĄ

A propos zniechęcenia, miał ojciec moment, gdy pomyślał, że nie uda się wywalczyć koncesji?  

Raz, kiedy wszystko szło jak po grudzie, pomyślałem: „Matko Boża, może ty jednak nie chcesz, by była taka telewizja?”. Ale takie chwile szybko mijają. Przecież o radio też od lat trwa ciężka walka, bo Radio Maryja jest dyskryminowane. Wyraźnie stwierdziła to w swoim raporcie z 1999 r. Najwyższa Izba Kontroli. Popatrzmy na moce nadawania dwóch ogólnopolskich stacji prywatnych. Jedna ma ok. 1600 kW, druga 1800, a Radio Maryja, po wielkich bojach, ma niecałe 1200 kW.

Lewicowi publicyści piszą często, że gdy jadą przez Polskę samochodem, w wielu miejscach jedyną stacją, którą odbierają, jest Radio Maryja.

To Bogu dzięki! Może to Pan Bóg zabiega, by się nawrócili? Jeśli komuś tak się zdarza, powinien to przemyśleć i przyjąć tę ofertę.

Jan Dworak odpowiadał ostatnio na komisji sejmowej, że od 2008 r. KRRiT pozytywnie rozpatrzyła 12 wniosków o zwiększenie mocy nadawania.

Wiele rzeczy pan przewodniczący pięknie mówi... To nie żadne przywileje, lecz walka
O to, by nasze nadajniki nie były rażąco słabsze. Jak to wygląda, już panom powiedziałem.
I dlatego, gdy obiecuje, że dostaniemy koncesje na multipleks, to się cieszę, jednak czekam na dokumenty. Właśnie przed chwilą otrzymaliśmy na piśmie uchwałę rady, czekamy na pozostałe pisma.

Prasa rządowa pisze, że ta koncesja to dowód, iż ni RP jest pluralistyczna, a KRRiT nie jest stronnicza, bo przecież koncesję dała.  

Straciliśmy dwa lata. Ale nie tylko o to chodzi. Nie dokonało się w tym czasie także wiele dobra, bo przecież nam chodzi o docieranie do ludzi z przekazem Ewangelii, Prawdy. To ta sama sytuacja co z odebraniem Kościołowi majątku przez komunistów, w tym szpitali, ochronek, szkół itd. Dziś mówi się tylko o majątku, a przecież to była wielka strata dla narodu, bo ileś dobra się nie dokonało. Wracając do koncesji: ona jest jedna na kilkadziesiąt miejsc. To nie jest sprawiedliwość, to nie jest normalność. Nie możemy być jak dzieci, które zadowalają się lizakiem ofiarowanym na odczepnego, by dały spokój.

Można wywalczyć więcej?

Trzeba. Dlatego nie zamykamy sprawy niesprawiedliwego rozstrzygnięcia w pierwszym konkursie koncesyjnym i walczymy do końca w sądzie o przyznanie nam także tamtego miejsca. Mamy do tego prawo, wtedy nas skrzywdzono. Złożyliśmy dobry, merytoryczny, wiarygodny wniosek, a pod byle pretekstem nas skasowano. Będziemy też walczyli, by na multipleksie znalazła się stacja dla młodzieży, którą powoli budujemy. Trzeba iść do młodych z dobrą, mądrą ofertą. To, co teraz się jej serwuje, jest płycizną i złem. Nie jestem przeciw rozrywce, sam się lubię pośmiać, pożartować, ale to nie może człowieka degradować, poniżać.

Jak będzie wyglądała Telewizja Trwam na multipleksie?

Na pewno musimy iść do przodu, rozwijać się. Zachowamy to, co najlepsze, jednak postaramy się, by program był atrakcyjny, ciekawy. Do wszystkiego oczywiście potrzebni są ludzie i pieniądze. Na pewno będziemy pilnowali, by była to telewizja służąca do społecznego komunikowania, wzajemnej rozmowy, wymiany opinii. A nie, jak było w komunizmie i często pozostaje dziś, że słuchacz czy widz jest pod rurą, z której ciekną różne brudne rzeczy. Media tzw. mętnego nurtu kierują się zasadą SMS, czyli „seks, muzyka, sensacja”. U nas zasady są inne, przede wszystkim sens, dobra muzyka także, i musi też być ciekawie, nawet sensacyjnie, ale zawsze musi to wszystko formować człowieka. A więc też SMS, jednak inny, służący dobru. Musi być i humor, marzę o dobrych audycjach satyrycznych. Mamy dobre wzorce. Proszę spojrzeć na pisma wydawane przed wojną przez o.
Maksymiliana Kolbego. Tam była formacja, ale
i humor, rzeczy ciekawe, nawet sensacyjne. I ludzie czytali, masowo, chętnie.

A filmy?

Też są bardzo ważne, choć bardzo drogie. Nie zawsze warto kupować, lepiej byłoby produkować własne. Powstaje wiele dobrych produkcji, jest wiele pomysłów, scenariuszy, choćby przedstawionych w poprzednim numerze panów tygodnika. Liczę na ludzi, na dobre pomysły, na twórców. Telewizja Trwam będzie również otwarta na produkcje filmowe, które z powodu cenzury nie mogą się ukazać gdzie indziej. Jest także Wyższa Szkoła Kultury Medialnej i Społecznej, gdzie są wspaniali młodzi ludzie, niezwykle utalentowani. Im też trzeba dać szansę, by się rozwijali, tworzyli.

Członek KRRiT Krzysztof Luft powiedział, że w Telewizji Trwam na multipleksie ma nie być „jednostronnej, zaangażowanej publicystyki, także religijnej”. Jak ojciec dyrektor rozumie te słowa?

Nie rozumiem, nie wiem, o co chodzi. Nauka Kościoła katolickiego jest jedna, choć oczywiście występują u nas w ramach budowania wspólnego dobra i muzułmanie, i Żydzi,
i protestanci, i prawosławni. Ale wtedy jasno mówimy, kto z jakich pozycji występuje. Dla katolika prawda jest jedna.

To może być zapowiedź ciągłych monitoringów, kontroli, pouczeń?

Nawet jeśli tak będzie, to może w ten sposób pomogą być nam lepszymi? Byle tylko nie nękali. Taki do tego mamy stosunek.

Jak dziś ojciec dyrektor patrzy na telewizję Republika?

Na pewno powinno być w Polsce jak najwięcej mediów dobrych, katolickich, niekoniecznie w tym znaczeniu, że kościelnych, ale opartych na wartościach naszej cywilizacji. I z tego punktu widzenia to dobrze, że ludzie się organizują, działają. Jednak nie można iść na skróty, a taka wątpliwość pojawiła się, gdy dowiedziałem się, że Republika dostała transmisję satelitarną, bardzo kosztowną, od pana Zygmunta Solorza. Trzeba patrzeć, od kogo co się bierze, czy nie powstaje uzależnienie. Potem zdarzyły się nieszczęśliwe posunięcia w czasie manifestacji poparcia dla Telewizji Trwam. Pojawiali się tam ludzie, którzy rozprowadzali jakieś karty telewizji Republika, dość drogie, i mówili, że już jest telewizja, że nie trzeba już walczyć o Trwam. To było - nie wiem, czy świadome -szkodliwe działanie.

Ogląda ojciec dyrektor tę stację?

Nie, nie mam takiej możliwości. Myślę, że są tam też bardzo wartościowi ludzie, jednak zawsze musimy widzieć całość.


Dlatego Radio Maryja wydało instrukcję o zasadach organizowania marszów w obronie stacji?

To nie jest przeciwko komukolwiek, po prostu musi być jasność. Tu się pojawiła sprawa z panem Tomaszem Sakiewiczem. Patrzyłem na pewne zachowania z dużym zdziwieniem. Czytam: „Ojcze Tadeuszu to, ojcze Tadeuszu, tamto”. A przecież nie jesteśmy z panem Sakiewiczem po imieniu, ja nie mówię do niego „panie Tomku”. Zawsze potrzebny jest wzajemny szacunek. Niestety, dalej są pewne sytuacje niewyjaśnione, jak list pana Sakiewicza do Benedykta XVI, z opisem, co ma z nami zrobić.

Nie słyszeliśmy o takim liście.

Ale pojawił się, ja takich rzeczy nie nagłaśniam, nie lubię konfliktów, jednak coś takiego było. Pan Sakie-wicz nie wyjaśnił, dlaczego brał udział w zamachu na ks. abp. Wielgusa. Uczynił wielką krzywdę Kościołowi, biskupowi i Polsce. Nie odwołał także zarzutu, postawionego kiedyś w „Gazecie Polskiej”, iż rzekomo współpracujemy z Rosją, bo tam mieliśmy swoje nadajniki.

To też mówił kiedyś Jarosław Kaczyński  

Ale wycofał się z tego, powiedział, że to była pomyłka, i mnie przeprosił. Tak się załatwia takie sprawy, uczciwie. Gdy się pomylimy, trzeba odwołać, przeprosić.

A dlaczego, zdaniem ojca dyrektora, PiS i Solidarna Polska idą osobno? Mogą się jeszcze porozumieć?

Powinni. Patrzę na te rozłamy i pytam się: czy to są emocje, ambicje, czy jeszcze coś innego? Przecież tu chodzi o wiarę i naszą cywilizację, inne różnice powinny iść na bok. Trzeba tylko rozmawiać na argumenty prawdy, miłości, dobra wspólnego.

Przełom w Polsce, dobra zmiana, jest możliwa?  

To marzenie nas wszystkich. Ale siły zła są potężne. Nie tylko w kraju, mamy do czynienia z międzynarodową wojną cywilizacyjną. Polska jest tu jednym z elementów. Musimy to wszystko rozumieć, jednak jednego nam nie wolno - poddać się. I jeśli będziemy konsekwentnie z Panem Bogiem, zwyciężymy. Zwycięży Pan Bóg w nas i przez nas, dla dobra każdego człowieka.    ■

piątek, 12 lipca 2013

Krystyna Pawłowicz Ze mną trzeba grzecznie


Krystyna Pawłowicz
Ze mną trzeba grzecznie

Ktoś napisał na mojej stronie poselskiej, że życzy mi, aby mnie zajebano. Wcale się tym nie przejmuję. Naprawdę nie jestem wredna i nie wstaję rano z zamiarem przyłożenia komuś



Porwałem z lady ostatni słoik powideł i pobiegłem do kościoła św. Wawrzyńca, aby posłuchać - jak zapowiadał sochaczewski PiS - niezłomnej felietonistki Radia Maryja, wybitnej profesor prawa, wiernej Ojczyźnie parlamentarzystki:
„Hańbą dla parlamentu są ludzie pokroju Palikota i im podobni, na przykład ksiądz Ko-tliński, który już nie jest księdzem, będzie się on smażył w piekle. Solą egzorcyzmowaną trzeba ich potraktować. Dostałam sól od sióstr, które sprawdziły ją na tym Dalajlamie, kiedy przyjechał do Wrocławia. Słuchajcie, te jego wierzenia nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem -reinkarnacje, zwalczanie sił szatańskich, własne doskonalenie się... Szkoda gadać. No więc siostry posypały solą fotel, na którym miał usiąść Dalajlama. I kiedy już rozsiadł się wygodnie, podskoczył raz, podskoczył drugi. Działa!
Nie wiem tylko, jak miałabym wnieść sól egzorcyzmowaną do Sejmu; tam wszędzie są kamery”.
Po godzinnym wykładzie były długie brawa i długa kolejka z kwiatami ciętymi. Tylko ja miałem powidła śliwkowe i pewnie dzięki nim nie wracałem do Warszawy pociągiem, ale samochodem, na tylnym siedzeniu, obok poseł.
W okolicy Bieniewa-Parceli dowiedziałem się, że Polska jest wynarodowiona przez premiera Donalda Tuska; przed Ożarowem Mazowieckim, że Ziobro perfidnie wykorzystał Kaczyńskiego; w Ursusie, że jako dziennikarz powinienem stanąć po słusznej stronie i myśleć o dobru Polski.
A potem była herbata.

Gdy z Krystyną Pawłowicz piłem herbatę w ogródku kawiarnianym na Mokotowie:

- Młodo pani wygląda, pani poseł.
- Dziękuję. A mnie siódmy krzyżyk już idzie. Ostatnio w autobusie facet mi mówi: „Proszę pani, jaka pani młodziutka!”. Powiedziałam mu, że to oświetlenie, że gdybym stanęła w pełnym świetle, to efekt byłby inny.
- W pełnym świetle też pani młodo wygląda.
- To geny. Mój tatuś do śmierci chodził wyprostowany. Poza tym prawie 40 lat pracy z młodzieżą na uniwersytecie robi swoje. Gdybym pracowała w domu opieki, od samego patrzenia bym się zestarzała.
Ale muszę wziąć się za siebie, bo na Facebooku wyzywają mnie od grubasów. W Sejmie utuczyłam się dziesięć kilo, przez zasiadanie w komisjach. A na przerwach siedzę w bufecie, do mieszkania w Ursusie nie opłaca mi się jechać. Zdecydowałam się na dietę tysiąc kalorii dziennie. I tak oszukuję - jak mi się chce lodów, to bez skrupułów kupuję pięć gałek.
(Poseł wpatruje się nerwowo w każdego, kto mija nasz stolik, jakby chciała spytać: „Kim jesteś?”).
- Co składa się na ten tysiąc kalorii?
- O tym też pan będzie pisał?
- Przecież to interesujące.
- Na szczęście w kuchni nie muszę siedzieć
- gotowanie czy pieczenie nigdy nie było moją mocną stroną. Co rano gotowe porcje dostarcza mi kurier - pięć posiłków7. Są owoce, warzywa, sałatki, mięso, szynka, chleb. Nawet banan w czekoladzie jest.
W tym wieku trudniej zadbać o linię. Kiedyś uprawiałam sporty - rzucałam oszczepem, biegałam. Człowiek wtedy wyglądał. No i gdyby nie te sporty, to wylądowałabym w poprawczaku. Mnie ze sprawowania zawrze wychodziła czwóra. Dostałam raz piątkę, ale bez nagrody, to był warunek. Inne dzieci z piątką miały nagrodę. Ja mogłam pomarzyć. To dlatego, że między chłopakami chodziłam, dość agresywna byłam. Nikt mnie nie zaczepiał, wszyscy wiedzieli, że ze mną trzeba grzecznie.
(Z porcelanowych dzbanków' nalewamy herbatę do filiżanek. Poseł drżą dłonie i oblewa sobie garsonkę; wyciągam z torby chusteczki i śpieszę z pomocą.
- Mam nadzieję, że nie zalałam panu dyktafonu.
Na szczęście ocalał).
- Dzisiaj też wszyscy wiedzą, że z panią trzeba grzecznie? Tak zwane lobby homoseksualne czy nawet dziennikarze nie zawsze postępuj ą z panią „grzecznie”. Wielu nie może pani wybaczyć słów o homoseksualistach - no,
tych, że ich związki są jałowe i nieużyteczne dla społeczeństwa.
- To zaangażowane środowiska pedalskie podnoszą wrzawę.
- A może uraziła pani niezaangażowanego rolnika homoseksualistę spod Grójca?
- Proszę mi wierzyć, że mam dla homoseksualistów najgłębsze współczucie. Pytałam nawet ministra zdrowia, czy jest dla nich program pomocy, na przykład terapia w ramach NFZ. Niestety, nie ma. A przecież życie homoseksualistów musi być straszne - jeszcze wielokrotnie zdewiowane, jak u tego Grodzkiego, który myśli, że jest kobietą. Zaburzenie tożsamości płciowej, podstawkowego instynktu życiowego człowieka, to niewyobrażalna męka. Jak człowiek jest ścięty u korzenia, to on nie wie, kogo ma kochać, czy chce mieć dzieci, czy nie, nie wie, jak ma się ubrać. Pomóżmy tym ludziom!
Z księdzem Dariuszem Oko chcieliśmy w Sejmie zrobić konferencję na temat problemu homoseksualizmu, ale PiS idzie na fali zwyżkowej i nie chcemy tego przytłumiać, żeby ktoś nam nie zarzucił, że zajmujemy się tylko wytykaniem, kto z kim śpi. Przeczekać trzeba.
Proszę pana, przesiądźmy się do innego stolika. Ta kobieta obok nadstawia uszy.
(Nie ma innego stolika, przenosimy dalej ten, przy którym siedzimy).
Do mnie zwracają się w listach homoseksualiści. Piszą, że bardzo cierpią i chcieliby wrócić do naturalności. Jeden z nich napisał, że poseł Robert Biedroń nic nie robi, tylko grzeje się w świetle jupiterów. Homoseksualiści powinni mieć świadomość, że to ja jestem ich obrońcą. Ci od Palikota robią na gejach i lesbijkach kariery, trzymają w ciemności, żeby stracili nadzieję i nie wierzyli, że można z tego wyjść. Ku światłości należy ich wreszcie wyprowadzić, modlić się do Boga o zdrowie psychiczne dla nich.
- Przeprosiła pani poseł Annę Grodzką za porównanie jej twarzy do twarzy boksera?
- Mogę przeprosić bokserów za to porównanie.
Choć sama nie mam męża, bronię fundamentów rodziny. Mam do tego prawo, tak jak papież, biskup, ksiądz, czy każdy człowiek, któremu na sercu leży dobro rodziny - podstawkowej komórki społeczeństwa.
- A propos męża. Czytałem, że pani chłopak uciekł na Pomorze, a pani spakowała walizkę i za nim pojechała.
- Pewnie pan to w „Newsweęku” wyczytał? Nie ma w tym krzty prawdy. „Newsweek” napisał mi drugi życiorys.
Wybrałam życie samotne, przez co mogę strzec na przykład wspomnianych fundamentów. Mam dobre wzorce, bo moja mamusia pochodzi z wielodzietnej rodziny. Było ich jedenaścioro, bardzo zżyci ze sobą. Ach, jak mi się podobają duże klany. Nadawałabym się do Afryki, tam jak się rodzina zjedzie, to jak szarańcza, i choćby nie wiem co, musisz wszystkich ugościć...
Nie, tak to bym jednak nie chciała.
Moja mamusia i tatuś byli w harcerstwie. Mamusia, żeby dostać się do liceum w Łowiczu, napisała pracę „Mój bohater Piłsudski”. Bardzo to panie nauczycielki pochwaliły. Jak człowiek ma takie tradycje, to interesuje go to, co się z Polską dzieje.
-A dziennikarze?
- Co dziennikarze?
- Uwzięli się na panią?
- Mam taki potencjał, że rozjeżdżam wszystkich, w studiu musi być walka. Badania pokazały, że to mnie telewidzowie Oglądają chętniej niż prezesa Kaczyńskiego. Nie dałam się Czajkowskiej z TVP, nie dałam się Kuźniarowi z TVN 24. Do takiej Olejnik bym poszła, jej trzeba wreszcie coś powiedzieć, skopać. Nawet do Lisa bym poszła i rozpierniczyła ten jego teatr. Ale ani Lisowi, ani Olejnik nie dam tej przyjemności.
Pamiętam, jak pierwszy raz wita! się ze mną Jarosław Kuźniar. Myślał, że do studia przyszła jakaś tam głupiutka paniusia w lnianej sukience i włosem spiętym w warkocz. O, jakże się pomylił, jakże się przeliczył. Kiedy kończyliśmy program, miał łzy w oczach. A widział pan, jak w Polsat News storpedowałam dziennikarkę? No i jak wypadłam?
Naprawdę nie jestem wredna i naprawdę nie wstaję rano z zamiarem przyłożenia komuś. Jeśli zapraszają mnie do studia, żeby mnie skompromitować - a co za tym idzie skompromitować
wartości, których bronię - to muszę odpowiadać na zaczepki dziennikarzy. Oni woleliby, żebym schyliła głowię, przytaknęła, wyszła zakłopotana. Nie ze mną te numery.
Poruszam wciągające tematy, dlatego dziennikarze lubią mnie zapraszać, rosną im słupki. Mam tale zwane gadane, mówię barwnie. W końcu dydaktyka polega na tym, żeby bawiąc, uczyć.
Pseł odbiera telefon. „Przyjdę, ale muszę zobaczyć, czy ktoś z mamunią będzie mógł zostać”.
- Ta komórka to stary model - tłumaczy mi
- umiem włączyć, ale SMS-a nie umiem wysłać. Komputerem też nie umiem się posługiwać).
- Przez ile lat miała pani zajęcia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego?
(- Ten facet dziwnie mi się przypatrywał, widział pan? - wodzi nerwowo wyrokiem za mężczyzną w białej koszuli, dopóki nie zniknie na końcu ulicy).
- Prawie 40. W 2011 napisałam prośbę o rozwiązanie umowy. Woźni jak odchodzą, to dostają kwiaty. Mnie po tylu latach nikt nie podziękował. Pani rektor napisała do mnie tylko jedno zdanie: „Przed odejściem proszę nie zapomnieć oddać legitymacji służbowej”.
Musiałam odejść, bo Hania Gronkiewicz-Waltz odbierała mi zajęcia. Jest prezydentem miasta, ale wciąż kieruje Zakładem Administracyjnego Prawa Gospodarczego i Bankowego na Wydziale Prawa i Administracji.
Piszą, że myśmy się kiedyś przyjaźniły. Nie byłyśmy przyjaciółkami, ale koleżankami z pracy. Zaczęło się od tego, że jej pomogłam. Hania siedziała w domu zawekowana, więc zgłosiłam ją do NBP. Inaczej nikt by jej nie dostrzegł. Później w ramach wdzięczności, w rocznicę wyboru, zapraszała mnie do restauracji - miałam sobie wybrać miejsce i danie z karty. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy, pojadłyśmy; Tak było przez kilka lat.
Potem ona zasiedziała się w banku, tamten świat ją wyciągnął, była kupiona posadami. Doszły osobiste urazy - ja dużo publikowałam, mnie studenci lubili, biedniejszym kupowałam podręczniki, mieli mój domowy telefon. Pamiętam, jak dzwonili nocą. Taki jeden student, który pracował w policji, miał dyżur nocny i zadzwonił o pierwszej. Bo nie wie-
dział, co ma napisać w tytule pracy. Oczywiście przepraszał, że tale późno. Powiedziałam, że wcale nie jest późno, że czekałam na telefon od niego.
No i nie byłam zawistna, w ankiecie oceniającej moją pracę studenci dali mi ze sprawiedliwości pięć. Kiedyś kazano mi oblać na poprawce krewnego znanego komunisty. Nie oblałam, umiał na cztery, to dostał cztery.
Szkoda, że mój wydział stał się platformerski. Utrudniano mi życie, nie chciano dopuścić do habilitacji. Raz już miałam zarezerwowany obiad w restauracji dla komisji, ale w ostatniej chwili odwołano obronę, złośliwie, żeby tylko mi dopiec. Musiałam odwołać obiad i gości.
- A przygoda z polityką? Jak to się zaczęło?
- Zadzwonił do mnie prezes Jarosław Kaczyński z pytaniem, czy zechciałabym w wyborach zasilić Prawno i Sprawiedliwość. Wiedział, że jestem czasowa ograniczona, bo opiekuję się mamą. Powiedział, że to rozumie, bo też opiekuje się mamą. Naw'et zaoferował pomoc. Bardzo mi to zaimponowało. Po Smoleńsku miał tyle spraw^ na głowie, a taki ludzki.
Dostałam wschodnią Polskę. Zgarnęłam około 21 tysięcy głosów, drugi wynik. Trochę przez Radio Maryja, gdzie mam felietony. Ale i tak nie było łatwo, na przykład PSL - szkodnik jeden - zaklejał mi plakaty.
Polityka interesowała mnie od zawrze. Pracowałam przy Okrągłym Stole nad ustawą
o zgromadzeniach. Na przestrzeni lat pomagałam różnym politykom, ale zawsze wokół prawicy. W 2004 roku zgłosił się do mnie Roman Giertych z Ligi Polskich Rodzin, bo nikt nie był w stanie napisać mu skargi na traktat akcesyjny. Powiedziałam, że bezpłatnie napiszę, bo to również moja sprawa. No i napisałam. Dostałam za to bukiet róż i płytę z koncertem chopinowskim. A dzisiaj Giertych mówi w programie Moniki Olejnik: „Strzeżcie się PiS, bo kiedy wróci, będziecie mieli taki rząd, że ministrem spraw' wewnętrznych będzie Macierewicz, a Pawłowicz sprawiedliwości”.
Nie zapisałam się do PiS, nie lubię iść stadnie. Taka już jestem. Podczas zajęć na aplikacji w 1969 roku uniewinniłam morderczynię męża. Zabiła go nożem od kotletów, bo ją bił. Cała moja grupa ją skazała, poszła utartym śladem, a ja z tych samych faktów wyciągnęłam inne wnioski. Dostałam za to od sędziny pięć.
- Ma pani koleżanki?
- Nie mam czasu na koleżanki, więc przestały mnie zapraszać na imieniny. Wyobraża pan sobie mnie, jak siedzę za stołem, piję kawę i plotkuję?
- Słyszałem, że grożono pani śmiercią. Jak się pani odstresowuje?
- Odstresowuję się moją mamunią. Siedzę przy niej w każdej walnej chwili, ma 90 lat.
Filmów' nie oglądam, za to czytam gazety: „Nasz Dziennik”, „Gazeta Polska Codziennie”,
„Gazeta Polska Tygodnik”, „Niedziela”. Oglądam Telewizję Trwam, słucham Radia Maryja
- miód na serce. Włączam też Radio Classic, lubię Cesarię Evorę, orkiestrę Glenna Millera. Mam mnóstwo pamiątek - wpatruję się w ścianę, wiszą na niej zdjęcia w sepii, na nich mój dziadek i babcia. Wiszą stare szable.
- Te szable należały do dziadka?
- Nie, kupione na starociach.

Krystyna Pawłowicz:
-Mam taki potencjał, że rozjeżdżam wszystkich, w studiu musi być walka. Badania pokazały, że to mnie telewidzowie oglądają chętniej niż prezesa Kaczyńskiego

A co do tych pogróżek; ktoś napisał na mojej stronie poselskiej, że życzy mi, aby mnie zajebano. Wcale się tym nie przejmuję. Gdy człowiek jest przekonany, że robi dobrze, to ma dookoła siebie pancerz ochronny. Rano trzeba się przeżegnać, pomodlić do Michała Archanioła, niech diabły przepędza. Poza tym, dostałam relikwie księdza Jerzego Popiełuszki, mam też fragment sutanny Jana Pawła II. A w sercu noszę świadomość, że moi wrogowie pracują na moje niebo.
Zamówi mi pan taksówkę?

Zanim Krystyna Pawłowicz zadzwoniła do mnie z prośbą, abym nie rozmawiał z jej rodziną, bo czuje się osaczona, usłyszałem:

Pryszczata Krysia przyjechała z mamą na wakacje do dziadków? w Łowiczu. Była po ospie albo odrze. Świeże powietrze miało jej pomóc w rekonwalescencji, warszawskie nie dawało rady. A i czysta woda miała swoje zrobić. Dziewczynka lubiła kąpać się w Bzurze, biec łąką do wody (podwórko dziadków wychodziło na rzekę), szukać pod kamieniami raków'. Towarzyszyła jej armia dzieciaków, ona przewodziła - wysoka, pyzata i pyskata.
Potrafiła przylać z otwartej ręki marudnemu kuzynostwu. I zaw'sze podczas zabawy była „panią nauczycielką”.
Jej mama, też Krystyna, z łowickich Gawrońskich. Gawrońscy przed wojną zarzynali krowy i świnie. Robili najlepsze w Łowiczu kiełbasy, przez co mieli przekonanie o swojej wyższości, a i wierzyli, że płynie w nich błękitna krew7. Po-magierom słabo płacili.
Krystyna wychowywała się ze starszym bratem i młodszą siostrą w Ursusie. Ojciec pracował w Wedlu, matka w geodezji. Oboje skryci, chroniący swoją prywatność. Kto nie zapowiedział swojej wizyty, mógł nietakt etykiety poczuć na własnej skórze. Posiedziało się 15 minut i szło do siostry matki, ciotki Jadźki, która mieszka w tym samym bloku. Do niej można było wejść bez zapowiedzi, o każdej porze. Kawy' zaparzyła, pobiegła do sklepu po coś słodkiego, a jak w sklepie nie było, to narobiła drożdżowych placków'.
Krystyna Pawłowicz nadal mieszka w' Ursusie. Do niedawna w opiece nad matką pomagała jej ciotka Jadźka, ale od częstego dźwigania opadła z sił. Teraz poseł musi płacić pielęgniarkom.
Chętnie pomaga rodzinie, kuzynce w potrzebie wysłała na święta 1000 złotych. Nawet rodzina niewiele wie o jej kontaktach z młodszą siostrą i starszym bratem. Na pogrzebie wujka w Łowiczu powiedziała tylko, że siostra popiera „Walcówę” [Hannę Gronkiewicz-Waltz].

Gdy słuchałem Radia Maryja, usłyszałem Krystynę Pawłowicz stawiającą pytania:

Dlaczego pan premier Tusk stał się ostentacyjnym lewakiem walczącym z polskim Kościołem, pogardzającym polskimi bohaterami narodowymi i polskimi męczennikami?
Dlaczego uśmiecha się pokornie i przymilnie do niemieckiej kanclerz Merkel, a wysyła nienawistne spojrzenia posłom w polskim Sejmie?
Dlaczego premier Tusk ciągle harata w gałę, czyli gra w' piłkę, albo biega sobie alejkami dla poprawienia układu muskułów, albo opala się w ogródku? Dlaczego pan premier wszedł w' posiadanie Polski przez rosyjskie serwery?
Dlaczego pan premier Donald Tusk nigdy nie śpiewa patriotycznych, polskich pieśni? Czy pana Donalda Tuska można sobie wyobrazić jako warszawskiego powstańca?
Czy pan premier Donald Tusk w ogóle zna, rozumie i kocha Polskę?
Boże, nie spuszczaj z oka polskiego premiera, pozwól nam pilnować Polski.

Gdy w Sejmie debatowano nad ustawą antyaborcyjną, Krystyna Pawłowicz powiedziała do posła Marka Balta trzy zdania:

Nie poniżaj ich.
Spierdalaj.
Siadaj.

Gdy z Krystyną Pawłowicz przez telefon rozmawiałem:

- Jestem wdzięczna mamuni za wychowanie, pamiętam, jak w dzieciństwie czytywała mi „Życie świętej Genowefy”. Teraz to ja czytam jej tę książkę, odwdzięczam się za trud wychowania.
„»Życie świętej Genowefy«, napisane dla rodziców dzieci trudnych. Wydanie rozszerzone, Wydawnictwo Maria Vincit”, s. 34 i 76.
„Po laiku dniach przyprowadziła Genowefa synka do gniazdka, w którym już w' miejsce jajek były młode pisklęta, i rzekła: »Widzisz, mój synu, jak te ptaszki są jeszcze słabiuchne: nie mają piórek, nie mogą z gniazdka wylecieć«. »Ach, rzekł chłopczyna, biedne ptaszki; jeszcze prawie całe gołe; ale czy też tu nie zmarzną lub z głodu nie umrą?«. »Nie, kochany synu! odpowiedziała matka; już temu Pan Bóg zaradził, aby nie cierpiały głodu albo zimna. (...)«.
Gdy Genowefa kończyła te słowa, przyleciał stary ptaszek i usiadł na krawędzi gniazdka. Wszystkie młode ptaszki podniosły główki do góry i pootwierały' dziobki, a stary ptaszek każde z nich osobno karmił. Chłopiec, widząc to, mocno się zadziwił i rozradował, klaszcząc małymi rączkami: »Ach, jak to pięknie, jak to wybornie?^ »Widzisz, moje dziecię, rzekła Genowefa, że małe pisklęta jeszcze sobie nie umieją szukać żywności, przeto je żywi ten stary ptaszek. Ponieważ ziarnka byłyby jeszcze dla nich za twarde, dlatego przegryza je najpierw i rozmiękcza w swym dziobku i dopiero je rozdziela dorosły ptaszek. A co! Nie dobrze ż to Pan Bóg uczynił (...)«.
Pobożność Genowefy, jej cierpienia i okazana w nich cierpliwość anielska, jej bogobojne słowa i budujący przykład były wielkim błogosławieństwem dla całego kraju. Toteż ludzie w całej okolicy stawiali się pobożniejsi, cnotliwsi, a w niejednej chacie ustały swary, a niezgoda ustępowała miejsca jedności, miłości i powszechnej szczęśliwości”.
Schowałem do torby zeszyt oraz dyktafon.



Na spotkanie w kawiarni Krystyna Pawłowicz kazała na siebie czekać trzy godziny. Kiedy już przyszła, powiedziała, że nie ma wiele czasu, bo ciążą jej ważniejsze sprawy na głowie, jak choćby przygotowanie felietonu dla Radia Maryja. Zapytała, czy nie podsunąłbym jej jakiegoś tematu.
Powiedziałem: A może o tym, jak trudno Polakom ze sobą rozmawiać?

poniedziałek, 1 lipca 2013

Byle dobiec (Tomasz Lipiec)


Na swoim profilu w klubie biegacza w podwarszawskim Aninie napisał: „Lubię te chwile (czasem dłuższe chwile) podczas zawodów, kiedy myślę tylko o jednym - byle dobiec. Wtedy osiągnięcie mety jest celem życia, a ono wydaje się takie proste ... Życie oczywiście, a nie osiągnięcie mety''. Klub, w którym od kilku lat amatorsko ściga się były minister sportu Tomasz Lipiec, nazywa się Byledobiec. Ale prawdziwe życie tego biegacza jest bardzo skomplikowane. W jego historii j est wszystko. Sukces, sport, polityka, upadek, korupcja, rodzinny dramat, kilka możliwych zakończeń. Na razie nie ma happy endu. W wakacje Lipiec będzie się musiał zameldować w zakładzie karnym, żeby odsiedzieć półtora roku za grzechy, które popełniał jako urzędnik.

 Miałem dwa zarzuty

Na biegowych forach i blogu w internecie Tomasz Lipiec pozostaj e najczęściej anonimowy. Dzieli się doświadczeniami, udziela fachowych rad. Jak często i j ak intensywnie trenować. Jakie stosować technilti. Widać, że internauta „Beztlen" zna się na rzeczy. Widać, Że inni biegacze szanują go za wiedzę i ekspresowe czasy w wyścigach. Tylko lulku z nich wie, kim jest. O tym, za co ma trafić do 'vięzienia, wypowiada się tylko raz, zaczepiony przez jednego z biegaczy: „Miałem dwa zarzuty drugi opiera się jedynie na zeznaniach świadka, który w głównym śledztwie („100 mln dla PiS") został uznany przez prokuraturę za konfabulanta''. Biegacz dopytuje: „Czy mogę zapytać wprost: czy jesteś winien czterech zarzutów korupcyjnych? Czy będąc ministrem rządu RP przyjąłeś łącznie 100 tys. łapówki? Czy zatrudniałeś za państwowe pieniądze opiekunkę do swojego dziecka?". Tomasz Lipiec na to pytanie już nieodpowiada.
„Newsweekowi" nie odpowiedział na prośbę o spotkanie i rozmowę.

Zajść daleko

Dom Lipców w podwarszawskiej Wesołej: piętrowy, ładny, na niewielkim osiedlu, z dala od głównej ulicy. To właśnie tu za czasów rządu PiS, w którym Lipiec był ministrem, jego kierowca służbowym autem przywoził z warszawskiej Pragi opiekunkę do dziecka. Choć Lipiec jako minister zarabiał kilkanaście tysięcy, opiekunce nie płacił z własnej kieszeni. Załatwił jej lewe umowy, wynagrodzenie wypłacał Warszawski Ośrodek Sportu i Rekreacji, któremu wcześniej szefował. Zatrudnianie niani na lewo to jedyny punkt aktu oskarżenia, do którego Lipiec się przyznał. - To jednak dziwne - skrobie się w głowę znajomy rodziny. - Miał ministerialną pensję, jego żona posadę w dziale marketingu w Wedlu, a potem w LOT. Pieniędzy mieli aż nadto. Inny znaj omy: - Może to chciwość. A może głupota. Nie wiem. To chłopak z dobrej rodziny, brat znanej reżyserki były harcerz, świetny chodziarz. Mógł, że tak powiem, zajść daleko.

Co on tutaj robi?

Do dzisiaj dokładnie nie wiadomo, kto wpadł na pomysł, żeby z byłego chodziarza zrobić ministra. Opowiada polityk PiS: - Szukaliśmy nowego ministra wśród ludzi Lecha Kaczyńskiego z ratusza. Padło
na Artura. - Na Artura?  - Artura Piłkę, szefa biura sportu. Był pewniakiem. Do własnego dołączył też CV
przyszłego zastępcy. To była kartka z życiorysem jego kolegi, Tomasza Lipca, szefa Warszawskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. I nagle - bęc! Ministrem zostaje Lipiec. Mieliśmy niezły ubaw. - Dlaczego ?
- No, proszę pana, szefWOSiR? ! Kompletnie spoza polityki ? Piłka też był zdziwiony. Od tamtej pory miał ksywkę Prawie Minister. Były polityk PiS: - Kadrowymi tamtej ekipy byli Michał Kamiński i Adam Bielan.
Ale to nie oni przyprowadzili Lipca. To był pomysł Andrzej a Urbańskiego, zastępcy Lecha w ratuszu.
Były polityk PiS: - Ten resort to inny świat. Duże pieniądze, wokół paramafijne związki sportowe, alkoholicy co krok. O ludziach, z którymi musiałem pracować, śmiało można powiedzieć: półświatek. Może pomysł partii na Lipca był taki: zna ich wszysilich, rozumie ten język, weźmie to wszystko za twarz?

Doping, którego nie było

W latach 90. Tomasz Lipiec ma rewelacyjne wyniki i pecha: kolegę, który jest szybszy, Roberta Korzeniowskiego. Przed mistrzostwami świata w 1993 r. komisja prof. Jerzego Smorawińskiego (zwalczająca doping w polsltim sporcie) łapie Lipca na dopingu. Chodziarz zostaje zawieszony. Trzy lata później, tuż przed olimpiadą w Atlancie, zostaje oczyszczony z zarzutów, wraca do sportu. Ale zapamięta tamto badanie - gdy zostanie ministrem, nie powoła Smorawińskiego na następną kadencję komisji. Z kolei rzekomego dopingu nie zapomną koledzy: w środowisku lekkoatletów zawodowców o Lipcu po cichu mówi się „koksiarz''. W karierze ma trzy tytuły mistrza Polski, zwycięstwo w Pucharze Europy i dwa medale
Pucharu Świata. Na początku XXI w. przygotowuje się do końca kariery - pisuje do gazet, ima się marketingu. Jest oczkiem w głowie Ireny Szewińskiej, szefowej Polskiego Związku Lekltiej Atletyki.

Chcesz kontrakt? Daj w łapę

W 2003 r. Warszawą rządzi PiS. Lipiec zostaje szefem Warszawskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Właśnie wtedy, pod bokiem partii walczącej z układami i korupcją w Warszawie, cementuje się grupa
skorumpowanych urzędników. Tworzą ją podwładni Lipca. Sport wymaga inwestycji. Boiska, baseny,
stadiony. Urzędnicy Lipca wiedzą, od kogo wymusić łapówkę, jak wyprać ją przez :fikcyjne faktury. Ustawianiem przetargów i organizowaniem lewych zleceń zajmują się Tadeusz M. i KrzysztofS., współpracownicy Lipca. Wokół nich kręci się Arkadiusz Ż., współpracownik Andrzeja Urbańskiego. Standardowa łapówka to 8 procent wartości konh·aktu. Kasę dzielą między sobą. Styczeń 2005 r. Kawiarnia Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. W tłumie studentów widać kilku mężczyzn w marynarkach. Dwaj współpracownicy Lipca rozmawiają z inwestorem, który chce remontować tor łyżwiarslti. Inwestor dostanie zlecenie, ale musi zapłacić 170 tys. zł łapówki. Mężczyzna waha się, w końcu po jakimś czasie przekazuje pieniądze. W Warszawie rusza program budowy orlików. Przetargi trzeba dopasować do boisk, jakie produkuje firma Tamex. Ludzie Lipca dopasowują. Tym razem chcą
tylko 4 proc. z kontralctu. Wakacje 2004 r. ją. Kobieta żąda umowy o dzieło, płacenia ZUS i płatnego urlopu. Lipiec jako szef WOSiR załatwia jej fikcyjne umowy na ponad 30 tys. zł.

Tadeusz M. otwiera bagażnik

Jesienią 2005 r. Tomasz Lipiec ma w kieszeni nominację. W ośrodku sportu na warszawskim Rozbracie spotyka się z Arkadiuszem Ż., Tadeuszem M. i Markiem R., wiceszefem ZHR. Według prokuratury
właśnie tam ustalają, kogo Lipiec powoła do władz Centralnego Ośrodka Sportu. To łakomy kąsek, bo przez COS-y przechodzą miliony na remonty i inwestycje. Lipiec słucha, ale nie wtrąca się do rozmowy.
Wkrótce zaczyna urzędowanie. W resorcie i w COS zatrudnia uczestników narady z Rozbratu. Mówi jeden z warszawskich prokuratorów: - Z akt sprawy Lipca wynika jasno, że choć jako szef firmował tę grupę, to nie ma dowodów, że osobiście żądał łapówek. Wiosna 2006 roku. Filmowa scena: na dziedzińcu gmachu Ministerstwa Sportu do służbowej skody Lipca podchodzi Tadeusz M. Otwiera bagażnik. Do torby
z rzeczami ministra wkłada 70 tys. zł. Tak to spotkanie Tadeusz M . opisał podczas śledztwa. W tym czasie Lipiec ma w ministerstwie z ramienia ABW anioła stróża, agencja wie o dziwnych biznesach, jakie robią jego ludzie. Kilka razy minister jedzie na Rakowiecką, do siedziby ABW, gdzie dostaje sygnały o nadużyciach podwładnych. To dziwne, że w tym samym czasie przyimuje łapówki w bagażniku. W czerwcu 2007 r. właśnie w ABW Lipiec słyszy, że Tadeusz M. i Krzysztof S. są na celowniku służb. Że dostaną zarzuty.
Lipiec zwalnia swoich dyrektorów. Miesiąc później Tadeusz M . i KrzysztofS. zostają zatrzymani. Obaj wpadają w ministerstwie, mają przy sobie łapówkę za wynajęcie sali na Torwarze.

Przeciek od Kaczyńskiego

9 lipca na Okęciu minister sportu, jeszcze przy drzwiach samolotu, zostaje wezwany do gabinetu premiera Jarosława Kaczyńskiego. Jest problem. Zatrzymany Tadeusz M. go obciąża. Lipiec zgadza się na dymisję. Na odchodne dostaje od szefa PiS poradę jak strzał w potylicę: niech załatwi sobie adwokata
i złoży 'VY.jaśnienia w prokuraturze. Wpada w panikę. Umawia się z Mariuszem Kamiilskim, szefem CBA. Pyta o akcję CBA. Słyszy: - Powinien pan się cieszyć, że dokonano tego zatrzymania na dole budynku, a nie na górze. Pod koniec października, nad ranem, słyszy dzwonek do drzwi. To CBA. Następne
dziewięć miesięcy Lipiec spędzi w areszcie.W pierwszym podejściu dostaje 3,5 roku więzienia. W drugim sąd apelacyjny zmniejsza wyrok. Ale podtrzymuje :metodą „na bagażnik" miał wziąć w sumie 100 tys. zł łapówki. Były minister w rządzie PiS: - Wiem, jak to brzmi dzisiaj, ale Jarosław Kaczyński mu ufał. Pamiętam, jał: po jego zatrzymaniu pokręcił głową: „A myślałem, że to jedyny biały człowiek w tym rządzie''.

W tej grupie był nikim

Najbardziej rozmowny w śledztwie jest Tadeusz M. Opowiada, że ,,ferajna z WOSiR" miała przekazywać pieniądze z łapówe na potrzeby PiS. Przy okazji budowy Stadionu Narodowego miały zarabiać firmy powiązane z PiS, a ukręcone w ten sposób lody, 100 mln zł, trafić do PiS. Prokuratura
ten wątek umorzyła. - Czy Lipiec był szefem „ferajny z WOSiR"? - pytam prawnika znaj ącego akta
sprawy. - Nie. W tej grupie był nikim. Jeśli wierzyć Tadeuszowi M., nawet o działkę z łapówek musiał poprosić pozostałych. Styl jego przekrętów oddaje historia z nianią. Jak to ujął sąd: Żenujące. Według znajomych Lipca po wyjściu z aresztu były minister długo szuka pracy. Zaczepia się na chwilę w firmie znajomego. Zaczyna biegać. Wychodzi z dołka. Bieganie staje się jego pasją: półmaraton potrafi przebiec w godzinę i piętnaście minut. Ostatnio trenuje w chodziarstwie Katarzynę Kwokę - pod jego okiem ustanowiła
już rekord Polski. Z dołkiem finansowym jest gorzej. Od kilku lat Lipiec jest dyrektorem festiwalu
biegowego, który odbywa się podczas corocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy.
Znajomy biegacz: - Do standardu, w jakim żył przed aferą, ma bardzo daleko. To nie są kokosy, a muszą utrzymać dwójkę dzieci i chorego ojca. Trzyma się z daleka od profesjonalnego sportu. I może dobrze. Tam do dziś nikt nie wyzerował sytuacji.Tamex, który w aferze Lipca wręczał łapówki i ustawiał przetargi, jest dziś sponsorem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Lipiec biegacz co jakiś zderza się z Lipcem ministrem. Choćby wtedy, gdy po biegu na mecie zawodnicy przybij aj ą sobie piątki. Mówi j eden z warszawskich
biegaczy: - Zobaczyłem go kiedyś po biegu na Kabatach. Zmartwiałem. Przybijać, nie przybijać? Odszedł tak szybko, że nie zdążyłem przybić.

ŹRÓDŁO

Układ scalony

Dom Jarosława Kaczyńskiego na warszawskim Żoliborzu jest otoczony z każdej strony. Od frontu i tyłu pilnują go ochroniarze z agentji Grom Group. Byli komandosi i funkcjonariusze służb specjalnych. Po bokach zadekowała się Srebrna, spółka będąca własnością Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.

Prenumerata zza płotu

Posesję znajdującą się po prawej stronie domu prezesa (patrząc od strony ul. Mickiewicza) Srebrna zajmuje od czterech lat, a tę po lewej - od roku. W domu po lewej Srebrna przez lata prowadziła swoje biuro rachunkowe. Tak przynajmniej twierdzi jej prezes Kazimierz Kujda, wierny współpracownik Jarosława Kaczyńskiego. Także tu przez długi czas mieściły się siedziby jej spółki córki Słowo Niezależne, właściciela portalu Niezalezna.pl, oraz zaprzyjaźnionej z PiS firmy Rej tan, która prowadzi internetową księgarnię „Gazety Polskiej ". Wynajem 120-metrowego domu z biznesowego punktu widzenia to szaleństwo. Srebrna j est właścicielem dwóch atrakcyj nie położonych budynków w centrum Warszawy i powierzchni biurowej jej nie brakuje. A domy przy Mickiewicza poza przyjemną okolicą wiele zalet
nie mają. Są drogie, gorzej skomunikowane i na dodatek leżą w zalewowej części miasta. Dla firm, które chcą trzymać tu dokumenty księgowe, komputery czy książki gotowe do wysyłki, to ogromne ryzyko. Wystarczy kilka dni intensywnego deszczu i towar z piwnicy idzie pod wodę.W sprawie domu przy Mickiewicza kalkulacj a ryzyka to jednak nie wszystko Okazuje się, Że w czasie gdy spółka Rejtan" działała w sąsiedztwie Kaczyńskiego, PiS dokonywało przelewów na jej konto Płat-
naści były regularne i równe: przychodziły mniej więcej raz w miesiącu i wynosiły najpierw 6626 zł (w 2010 r.), a w potem - 6639 zł (w 2011 r.).Dzwonię do Ryszarda Gitisa, prezesa Rejtana. To teść Tomasza Sakiewicza, szefa sprzyjającej PiS „Gazety Polskiej''.
- Za co PiS płaciło pana firmie? - pytam.
- Za prenumeratę miesięcznika „Nowe
Państwo". Partia zamawiała ją dla swoich
posłów i senatorów.
- A dlaczego przelewy ustały w 2012 r. ?
- PiS zaczęło oszczędzać. Teraz parlamentarzyści muszą płacić sami.
Roczna prenumerata „Nowego Państwa" kosztuje dziś 163 zł, co daje 13,5 zł
za jedno wydanie. Oznacza to, że w samym 2010 r. PiS, dokonując

comiesięcznych przelewów na kwotę 6626 zł, mogło zakupić aż 490 rocznych abonamentów „Nowego Państwa''. Wygląda więc na to, że nie tylko posłowie dostawali miesięcznik.
- Otrzymywał pan kiedyś prenumeratę „NP"? - pytam Marka Suskiego. To wieloletni poseł PiS, członek ścisłego kierownictwa partii i szef struktur w Radomiu. Kto jak kto, ale Suski musiał być na liście wysyłkowej Rejtana.
- Nie.
- Nigdy nie przysyłano panu tej prenumeraty?
- dziwię się.
- Nie tylko nie dostawałem prenumeraty, ale też nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek dostał pojedynczy egzemplarz.

Holender, woda nam weszła do piwnicy

Za co w takim razie płaciło PiS? Rzecznik partii Adam Hofman niestety nie odpisał na moje pytania. Odpowiedzi postanowiłem
więc poszukać sam w Krajowym Rejestrze Sądowym. Zamiast śladów
współpracy z PiS znalazłem w nim coś innego: dokument dotyczący posesji przy Mickiewicza znajdującej się po prawej stronie od domu prezesa. Tej, w której działała księgarnia internetowa „Gazety Polskiej". To umowa podnajmu z 2009 roku. Wynika z niej, Że pod bokiem Jarosława Kaczyńskiego wyrosła mała piramidka: nieruchomość wynajmowana przez Srebrną została podnajęta przez Rejtana. Miesięczny koszt : 5 tys. zł (w kolejnych latach stawka miała być waloryzowana). Oznacza to więc, że z pieniędzy
otrzymywanych z PiS firma Gitisa mogła spokojnie opłacać czynsz za dom sąsiadujący z posesją Jarosława Kaczyńskiego. W 2012 r. Rejtan i Słowo Niezależne (ta druga spółka w latach 2010-2011 także otrzymywała przelewy z PiS) wyprowadziły się z Mickiewicza. Srebrna jednak została. Czyżby jej biuro rachunkowe tak się rozrosło, Że potrzeba na nie teraz całego domu? Nic z tych rzeczy. Najnowszy pomysł spółki jest inny: w domu, w którym do niedawna działała księgarnia „Gazety Polskiej", ma powstać izba pamięci nie żyjącego prezydenta. To jednak o tyle zastanawiające, że jeszcze rok  temu pamiątki po głowie państwa gromadzono w drugim z wynajmowanych przez Srebrną domów. Tym na lewo od posesji Jarosława Kaczyńskiego. - Skąd ta zmiana? - dzwonię do Kazimierza Kujdy, szefa Srebrnej. Pan prezes na początku instrnuje mnie, by w stosunku do żadnego z domów przy Mickiewicza nie używać słowa „willa", bo ich stan jest zły, wręcz fatalny. ·w końcu to budowle z czasów Gomułki: najgorsze pustaki,
prowiz01yczne ogrodzenia ... - Jak zaczęliśmy sprowadzać te pamiątki z Gdańska - Kujda płynnie przechodzi do rzeczy - to okazało się, że jest ich tyle, że potrzeba nie jednego domu, ale dwóch. - Czyli teraz izba pamięci będzie mieścić się po obu stronach posesji prezesa PiS?
- Tak, docelowo powstanie tam też siedziba Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego.
- Czy izba będzie otwarta dla zwiedzających?
- Nie, to nie będzie muzeum. Chodzi
tylko o to, żeby wszystko zinwentaryzować
i zebrać w jednym miejscu.
- A dlaczego to wszystko tyle trwa? Te
przygotowania ciągną się już prawie rok
- dopytuję.
- Szczupłość środków, panie redaktorze.
Poza tym, holender, kilka tygodni temu woda nam weszła do piwnicy. Zalało część kartonów, obecnie trwa suszenie.  

PiS sięga po miliony

Powody, dla których prezes PiS po obu stronach swoj ej posesji chce mieć zaprzyjaźnione firmy, mogą być tylko dwa: niechęć do sąsiadów albo strach o własne bezpieczeństwo. To, co Jarosław Kaczyński myśli o sąsiadach, wie oczywiście tylko on sam, ale jego obawy o bezpieczeństwo są już faktem ogólnie znanym. Świadczy o tym chociażby obecność ochroniarzy w pobliżu jego domu. „Newsweek" dysponuje fakturami, z których wynika, Że w 2011 r. agencj a Grom Group podnaj mowała kiosk, w którym kiedyś działała wypożyczalnia kaset wideo. Budka ma dziś w oknach lustra weneckie i z powodzeniem może służyć jako punkt do obserwacjiokolicy. Grom Group jest opłacany z pieniędzy PiS. W odróżnieniu od spółki Rejtan, tu przelewy idą już nie w tysiące, ale w miliony. Agencję w marcu 2010 r. założyli dwaj emerytowani snajperzy. Jak wynika z jej sprawozdania finansowych, spółka nie odnosi wielkich sukcesów na rynku komercyjnym. W 2011 r. 85 proc. jej przychodów stanowiły wpłaty z PiS. Ludzie z Nowogrodzkiej maj ą jednak do niej pełne zaufanie
- część jej ochroniarzy w czasie IV RP pracowała w CBA, a jej usługi polecał prezesowi podobno sam Mariusz Kamiński - i płacąjej fortunę. W 2010 r. było to 654 tys. zł (tylko za okres od sierpnia do grndnia), w 2011 - ponad 1,6 mln zł, a w 2012 - 1,1 mln. Razem daje to astronomiczną sumę co najmniej 3,4 mln złotych. W sprawie wypłat dla ochroniarzy metoda PiS jest prosta: jeśli nie ma wyborów, przelewy wychodzą z konta podstawowego partii, regularnie zasilanego państwową subwencją. Gdy zaczyna się kampania, wydatki są przerzucane na rachunek wyborczy. Tak było w 2011 r. : gdy prezydent ogłosił rozpoczęcie kampanii, PiS zaczęło płacić pieniędzmi wyborczymi. Kampania się skończyła, minęło pięć dni i Grom Group wrócił na rachunek podstawmvy partii. Po co ta Żonglerka?Być może skarbnik PiS wolał dmuchać na zimne, bo bał się zastrzeżeń Państwowej Komisji Wyborczej . A może po prostu chodziło o to, że koszty kampanijne są zwracane z państwowej kasy i nie obciążają budżetu partii ?
Na pytania o ochronę Jarosława Kaczyńskiego większość polityków PiS odpowiada w ten sam sposób: obstawa jest konieczna, bo Ryszard Cyba, który zabił działacza PiS Marka Rosiaka, polował na samego prezesa. I nie da się wykluczyć, że będzie miał naśladowców. Abstrahującod tego, że koszty tej ochrony są ogromne, samo tłumaczenie brzmi nawet przekonująco. Tyle tylko że przeczy temu chronologia zdarzeń. Morderstwo w Lodzi miało miejsce 19 października 2010 r., a w tym czasie PiS od dwóch miesięcy płaciło już za ochronę. Pierwszy przelew na konto Grom Group, który udało nam się znaleźć w dokumentacji PiS, nosi datę 13 sierpnia i opiewa na 105 tys. zł. Wydatków związanych z osobistą obsługą Kaczyńskiego jest w PiS więcej. Partia w ostatnich latach płaciła na przykład gdańskiej kancelarii adwokackiej Gotkowicz Kosmus Kuczyński, specjalizującej się m.in. w ochronie dóbr osobistych. I to płaciła sowicie: w 2010 r. - 295 tys. zł, w 2011 - 454 tysiące, a w 2012 - 183 tysiące. Łącznie to ponad 900 tysięcy złotych. Z archiwum tytułów prasowych wynika, że trójmiejscy prawnicy koncentrowali się niemal wyłącznie na reprezentowaniu Kaczyńskiego. Bronili go np. w sprawach z Januszem Kaczmarkiem (proces o sformułowanie „agent-śpioch"), Ludwikiem Dornem (o sugestię dotyczącą niepłacenia alimentów), Romanem Giertychem (o zarzut kłamstwa) czy ITI (o wypowiedź w sprawie budowy stadionu Legii). Prezes korzystał też z ich usług, kiedy sam wytaczał procesy: Januszowi Palikotowi(za wypowiedź dotyczącą „spreparowania afery hazardowej"), „ Super Expressowi" (za artykuły o badaniach psychiatrycznych, na które chciał go wysłać sąd) czy Radiu Zet (za sondaż dotyczący jego zdrowia psychicznego).  

Zły algorytm

W historii rachunku bankowego PiS jest jeszcze parę innych tropów prowadzących do spółki Srebrna. Chociażby takich jak bezpośrednie przelewy z konta podstawowego partii: w samym 2011 r. było ich kilkanaście, na łączną kwotę 28 tys. złotych. Za co? Z faktur, którymi dysponuje „Newsweek", wynika, że w czasie kampanii wyborczej PiS korzystało z linii telefonicznych spółki. Poza tym na liście płac partii Kaczyńskiego jest cała plejada podmiotów, których siedziby mieszczą się w biurowcach Srebrnej. Dla przykładu: PiS od lat współpracuje z małą lrancelarią adwokacką Marcina Palusiaka, która
regularnie otrzymywała przelewy opiewające na równe kwoty 6,1 tys. zł. Kancelaria jeszcze do niedawna działała w biurowcu Srebrnej przy Al. Jerozolimskich, w lokalu numer 510. Dziś Palusialra już tam nie ma.
Jest za to inna kancelaria współpracująca z PiS: prof Piotra Pogonowskiego. Jej biuro mieści się tuż obok, w lokalu 511. W dokumentacji PiS najciekawsze jest jednak co innego. Partia Kaczyńskiego
od kilku lat współpracuje ze znanym warszawskim fotografem Maciejem Nabrdalikiem. Nabrdalik to przyjaciel Bartłomieja Rajcherta, byłego pracownika PiS, który z Nowogrodzką pożegnał się po tekstach „Newsweeka''. Nabrdałik w ciągu ostatnich trzech lat przyjął od PiS kilkanaście przelewów na łączną sumę ponad 700 tys. zł. Z historii transferów wynika, Że zarabiał nie tylko w kampaniach wyborczych , ale także poza nimi. Kogo w tym czasie fotografował ? I gdzie można zobaczyć jego prace? Chcieliśmy o to spytać, ale Nabrdalik nie zgodził się na rozmowę.Jeszcze dłuższą historię współpracy z PiS ma podmiot o tajemniczo brzmiącej nazwie Guru Control Systems. Firma w ciągu ostatnich trzech lat otrzymała z PiS kilkadziesiąt przelewów na ponad 2,7 mln zł. Guru istnieje od 30 lat, ale jej Siedziby nie wyglądają zbyt okazale: jednamieści się w obdrapanej kamienicy na Żoliborzu, a druga w małym bloku w podwarszawskich Łomiankach. Firma prowadzi nietypową działalność. Sprzedaje lramery przemysłowe, wodoszczelne klawiatury czy systemy do obsługi linii produkcyjnych.PiS nie odpowiedziało na nasze pytania
dotyczące współpracy z Guru, ale wiadomo, Że w czasie kampanii w 2011 r. firma"'Po Życzała partii Kaczyńskiego laptopy, telefony i drukarki oraz robiła sondaże. Szef Guru Krzysztof.Kamiński twierdzi, że ta współpraca zaczęła się od obsługi informatycznej partii w 2005 r. i sukcesywnie się rozwijała. Nie chce jednak zdradzić, kto konkretnie z PiS zamawia u niego badania. 'Twierdzi za to, że firma wykonujeje samodzielnie: ma swoje call centre i ankieterów. Mimo milionów, jakie PiS przeznacza na własne sondaże, wiara w ich wyniki bywa zwodnicza. Kiedy po wyborach w 2011 r. dziennikarze spytali prezesa, dlaczego wbrew zamawianym przez PiS badaniom jego partia jednak przegrała,Kaczyński przyznał: „Chyba był nieodpowiedni algorytm tych badań".

ŹRÓDŁO

niedziela, 23 czerwca 2013

Wydatki PISu

Fundusz ekspercki na adwokatów - na co PiS wydał subwencję

PiS wydaje olbrzymie pieniądze na ochronę Jarosława Kaczyńskiego i prawników, którzy reprezentują go w procesach smoleńskich
O wydatkach partii pisaliśmy już kilkakrotnie - to skutek mozolnego przekopywania się przez sprawozdania finansowe składane w PKW.

Dziś o tym, na co PiS wydał budżetową subwencję w 2010 r. Na samą ochronę poszło blisko 600 tys. zł. Zarobiła je firma Grom Group. Skarbnik partii Stanisław Kostrzewski przekonuje "Gazetę", że takie wydatki są konieczne, bo partia dostaje wiele anonimów z pogróżkami.

Blisko 87 tys. zł zainkasowała w 2010 r. kancelaria adwokacka Rafała Rogalskiego. Rogalski był pełnomocnikiem szefa PiS w śledztwie smoleńskim w latach 2010-13. Kilka miesięcy temu przestał nim być. Tyle samo - blisko 87 tys. zł - zainkasował inny prawnik, Bartosz Kownacki, jednocześnie poseł PiS. Po jednej z publikacji "Newsweeka" rzecznik PiS Adam Hofman przekonywał, że "smoleńscy" prawnicy są finansowani ze składek parlamentarzystów tej partii, a nie ze środków publicznych. Jednak według informacji uzyskanych w PKW adwokatów opłacono z tzw. funduszu eksperckiego. Ten fundusz jest tworzony z subwencji, jaką partie dostają z budżetu.

Sporo zainkasowała także kancelaria Gotkowicz Kosmus Kuczyński z Gdańska - ok. 200 tys. zł.

Sondaże

W 2010 r. były wybory prezydenckie. PiS, podobnie jak inne partie, zamawiał wiele sondaży. Zdziwienie budzi fakt, że owszem, korzystał z renomowanych sondażowni, ale najwięcej zlecał mało znanej na rynku firmie Guru Control Systems. Za jej usługi - według skarbnika Kostrzewskiego były to sondaże - PiS zapłacił blisko 1,1 mln zł. W kolejnym, 2011 r. - 1,4 mln zł, a w 2012 r. - 800 tys. zł. Firmy nie kojarzą jednak ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego. W 2010 r. OBOP i SMG/KRC zgarnęły za sondaże dla PiS po blisko 300 tys. zł, a ABM Agencja Badań Marketingowych - 960 tys. zł.

SOS Music, która zajmuje się organizacją imprez artystycznych, a także produkcją reklamówek dla partii, zainkasowała ponad 1 mln zł, QLCO Agencja Reklamowo-Wydawnicza (banery) - 700 tys. zł, Goldfinger Fabryka Innowacyjnych Rozwiązań (druk, ale też obsługa tzw. eventów) - 430 tys. zł. PiS skorzystał także z usług fotografa (40 tys. zł) oraz powietrznej taksówki - 110 tys. zł.

Think-tanki i media Sakiewicza

PiS wspiera także niektóre think-tanki. Instytut Sobieskiego, któremu zlecono wykonanie różnych analiz, za swoje usługi dostał ok. 190 tys. zł. - Jesteśmy niezależnym instytutem, bo mamy zdywersyfikowane finansowanie. Bez zleceń PiS też damy sobie radę - powiedział "Gazecie" Jan Filip Staniłko z instytutu.

Po macoszemu PiS potraktował Instytut Kościuszki, bo dał mu zarobić raptem ok. 60 tys. zł.

Spółka Słowo Niezależne, która prowadzi prawicowy portal Niezalezna.pl (w jej zarządzie jest Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i wieceszef TV Republika) - ok. 24 tys. zł, a Niezależne Wydawnictwo Polskie będące współwłaścicielem takich tytułów jak "Gazeta Polska Codziennie" i "Gazeta Polska" - kolejne 170 tys. zł. Te pozycje pojawiają się także w sprawozdaniach za 2011 i 2012 r.
ŹRÓDŁO

████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░

PiS płaci miliony. Komu i za co?

Sprawdziliśmy, kto był na liście płac PiS w 2011 r. I ile zarobił. Ciekawe pozycje to Guru Control Systems i niepokorni twórcy. Oraz nieustanne badania opinii publicznej
Prawie 1,4 mln zł PiS przelało w wyborczym 2011 roku do Guru Control Systems. W 2012 r. - ok. 800 tys. zł, a w 2010 r. - blisko 1,1 mln zł. Tak wynika ze sprawozdań partii dla Państwowej Komisji Wyborczej.

Gdy tydzień temu napisaliśmy o płatnościach dla Guru Control Systems, skarbnik partii Stanisław Kostrzewski tłumaczył, że to za sondaże. Poseł PiS Joachim Brudziński mówił, że "ma związek z różnymi projektami IT i obsługą naszej sieci komputerowej".

Pytamy byłego polityka PiS, czy zna firmę Guru Control Systems. - Nie znam. Jeśli chodzi o sondaże, to się odbywało tak, że Tomek Pierzchalski sadzał kilka dziewczyn na Nowogrodzkiej i robił swoje call center. One obdzwaniały 200-300 osób dziennie i PiS miał na bieżąco notowania partii i opinie na inne bieżące tematy. Ale też prawda jest taka, że mało kto w PiS posiada tę wiedzę tajemną, komu Staszek Kostrzewski przelewa pieniądze.

Wczoraj Kostrzewski nie chciał z nami rozmawiać przez telefon o Guru Control Systems. - Zapraszam do biura w przyszłym tygodniu, to pokażę rachunki - obiecał. Firma dostawała też pieniądze w 2010 r., ale nie kojarzą jej ani Joanna Kluzik-Rostkowska, ani Elżbieta Jakubiak, które odpowiadały wówczas za kampanię prezydencką Jarosława Kaczyńskiego.

Informacje o Guru Control Systems są jedynie w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej. Ale nie ma w niej informacji o tym, że firma robi sondaże. Jej podstawowa działalność to sprzedaż komputerów, oprogramowania i kamer. A sondaże? - Jest to jedna z gałęzi naszej działalności, ale jej nie promujemy. - Dlaczego nie piszecie o tym w Ewidencji Działalności Gospodarczej? - To musiało być przeoczenie przy okazji zmiany siedziby firmy. Na pewno to poprawimy - mówi Kacper Kamiński, współwłaściciel firmy.

Twierdzi, że z PiS współpracują od 2005 r. Zaczęło się od niedużych prac informatycznych. - A ponieważ walczymy o każdego klienta, chcieliśmy go utrzymać i okazało się, że możemy dla nich robić także sondaże - dodaje. Sondaże można w firmie zamawiać od 2007 r. - Informacja o tym rozeszła się po rynku pocztą pantoflową. Rozwinęliśmy trochę skrzydła, mamy małe biuro call-center. Współpracujemy z pracownikami naukowymi, socjologami. To drobna część naszego biznesu, która jednak sama się finansuje - opowiada. Z PiS do Guru Control Systems pieniądze idą z konta podstawowego partii, ale także z funduszu eksperckiego. Ten drugi jest ciekawszy, bo pokazuje, że w styczniu PiS zapłacił guru System Controls 73 tys. zł, a znanej sondażowni SMG KRC - 53 tys. zł. Podobne pieniądze na konto Guru Control System PiS przelał w lutym i kwietniu. W maju przelewy były dwa: ponad 74 tys. zł i 70 tys. zł, w czerwcu też dwa, po 73 tys. zł, we wrześniu znów dwa: 73 tys. zł i ponad 127 tys. zł, w listopadzie: 73 tys. zł i 151 tys. zł, w grudniu - 147 tys. zł. - Nie pamiętam takich kwot ani jakie to były zlecenia - mówi.

Przyznaje, że PiS jest jedyną partią na liście klientów Guru Control Systems.

Na liście płac jest też pozarządowa organizacja Instytut Sobieskiego. W 2011 r. z funduszu eksperckiego PiS zapłacił za jego usługi ponad 184 tys. zł. Z rachunku podstawowego partii do Instytutu wyszły trzy przelewy: dwa po 184 tys. zł i jeden -156 tys. zł. W zeszłym roku - ok. 468 tys. zł na organizację kongresu Polska Wielki Projekt oraz 216 tys. zł za ekspertyzy. W sumie - ponad 670 tys. zł, a nie ponad milion, jak "Gazeta" napisała w poprzednim odcinku o finansach PiS.

- PiS nie wspiera Instytutu Sobieskiego, ale kupuje usługi, jakie Instytut oferuje w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. PiS nie jest fundatorem Instytutu i nie jest nawet darczyńcą - mówi Paweł Soloch, członek zarządu Instytutu, pytany, dlaczego IS dostaje od PiS regularne wpłaty co miesiąc rzędu kilkunastu tysięcy złotych.

Na liście płac PiS jest też agencja reklamowa PANPLAN. W 2011 r. partia przelała na jej konto ponad 3,5 mln zł. - To był zakup mediów, emisja w telewizji, radiu, prasie - mówi Marcin Brzuchalski, właściciel firmy.

A jak PiS do was dotarł? - pytam.

- Teraz prowadzę samochód i nie mogę rozmawiać - kończy rozmowę Brzuchalski.

2011 r. to również przelewy do zaprzyjaźnionych z PiS. W maju portal wpolityce.pl informował o powstaniu Stowarzyszenia Twórców dla Rzeczypospolitej, "żeby literatura była literaturą, nauka nauką, film filmem". A wszystko "w imię prawdy". Założyli je m.in. poeta Jarosław Marek Rymkiewicz, publicyści Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, prof. Zdzisław Krasnodębski. Pięć miesięcy PiS wsparł stowarzyszenie kwotą ponad 53 tys. zł. Chociaż większej aktywności stowarzyszenia nie widać. Na Facebooku jego profil "lubi" zaledwie 38 osób. A ostatni wpis jest z października 2012 r.

Prawie 20 tys. zł PiS przelał na konto spółki Słowo Niezależne wydającej prawicowy portal niezalezna.pl. W jej zarządzie są Tomasz Sakiewicz, naczelny tygodnika "Gazeta Polska" i dziennika "Gazeta Polska Codziennie" oraz wiceszef TV Republika.

Do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich z partyjnego konta poszło 19,6 tys. zł. A do Radia Wnet, któremu szefuje Krzysztof Skowroński (szef SDP) - 73 tys. zł.

235 tys. zł PiS zapłacił łącznie firmie Picaresque, której właścicielem jest Maciej Pawlicki. To publicysta tygodnika "Sieci" braci Karnowskich, producent filmu o Smoleńsku, b. szef telewizyjnej Jedynki za czasów prezesury Wiesława Walendziaka, współautor programów "Polacy" i Jana Pospieszalskiego "Warto rozmawiać".

Ponad 261 tys. zł PiS zapłaciło związanego z partią firmie Roberta Stachowicza (był grafikiem w prawicowym piśmie "Nowe Państwo", którym kierował Adam Lipiński, dziś wiceprezes PiS).



Finanse PO

"Gazeta" prześwietlała finanse partii z 2012 roku. "Newsweek" prześwietlił także finanse PO w 2010 i 2011 roku. Oto niektóre pozycje: Paradise Group, sprzedająca markowe ubrania, w tym garnitury, zarobiła w PO w ciągu 3 lat 250 tys. zł. "Fakt" napisał, że kupowano też stroje dla Małgorzaty Tusk m.in. u projektantki Gosi Baczyńskiej. PO twierdzi, że zapłaciła za to ze swoich składek i darowizn, których w samym 2012 roku nazbierała 1,6 mln zł. Członkowie partii pokrywają koszty reprezentacji, bo w kancelarii premiera nie ma już funduszu reprezentacyjnego,

W ciągu trzech lat w salonie win i cygar Platforma zostawiła ok. 100 tys. zł, przy czym PO zapewnia, że jest tam także zwykły sklep spożywczy i kupowano oprócz wina na np. spotkania opłatkowe także żywność. Cygar nie kupowano. PO wynajmowała boiska do piłki nożnej za 6 tys. zł (to też ze składek członkowskich).

ŻRÓDŁO

 ████▓▓▓▓▒▒▒▒░░░░

 Dziwnie hojne PiS

W kampanii w 2011 r. PiS wydało w lokalnym tygodniku - efemerydzie istniejącej tylko w okresie wyborów - ok. 500 tys. zł na reklamy promujące m.in. kandydata tej partii na senatora. Kandydatem był Grzegorz Bierecki, wówczas prezes SKOK, dziś jeden z bogatszych parlamentarzystów. POLITYKA ma skany umowy komitetu wyborczego PiS, podpisane przez skarbnika tej partii Stanisława Kostrzewskiego,
opiewającej na niespotykane na rynku medialnym kwoty. „za każdą publikację reklam w poszczególnym
wydaniu »Monitora Tygodnia« zleceniodawca zapłaci zleceniobiorcy kwotę 90 tys. zł powiększoną o 23 proc. VAT, czyli łącznie 110 700 zł. Łączna kwota wszystkich wiadczeń wyniesie 4SO tys. zł netto" - czytamy w umowie zawartej 4 września 201 1 r. Po doliczeniu podatku VAT wychodzi ponad 500 tys. zł za promocję w pięciu numerach tygodnika, który nie był nawet zarejestrowany w Związku Kontroli Dystrybucji Prasy. I który był wydawany przez mikroskopijną spółkę Fusion Media z Krakowa o kapitale założycielskim 50 tys. zł. Umowa precyzowała, że reklam nie może być mniej niż jedna całostronicowa
w każdym z pięciu wydań tygodnika. -To cena z kosmosu. Strona reklamowa w tygodniku
lokalnym kosztuje 3-5 tys. zł- mówi POLITYCE naczelny „Kuriera Słupeckiego" (Wielkopolska) Janusz Ansion. Partie nie mogą na kampanię wydawać dowolnych sum. Limit w 201 1 r. wynosił 30,6 mln zł. Ze sprawozda ń komitetów wyborczych na stronie PKW wynika, że PiS wydało 30,1 mln, z czego 2,9 mln na reklamy w prasie. Oznacza to, że aż jedną szóstą wszystkich pieniędzy na reklamę w prasie PiS wydało
w kilku powiatach na promocję w tygodniku, po którym w Internecie nie ma nawet śladu. Na internetową kampanię reklamową w Polsce PiS przeznaczyło 1 ,1 mln zł. Co dziwniejsze, okręg bialskopodlaski, w którym startował Bierecki, był d la PiS raczej bezpieczny. Na jego obszarze w 2007 r. trzej startujący
tu kandydaci partii Jarosława Kaczyńskiego (wówczas okręg obejmował więcej powiatów, a wybieranych było trzech senatorów, a nie jeden jak w 201 1 r.) pokonali kandydatów PO 75 tys. do 61 tys. głosów. W 20 1 1 r. Bierecki wygrał z Józefem Bergierem 31 tys. do 22 tys. głosów. W tym samym czasie większość innych kandydatów mogła wydawać na kampanię najwyżej kilkanaście tysięcy złotych, tak by komitet
wyborczy nie przekroczył ustawowego limitu. Rzeczni k PiS Adam Hofman odesłał nas o skarbnika partii. Kostrzewski był dla nas niedostępny. Pyta nia o umowę z Fusion Med ia, „Monitor Tygodnia" i czy ten wydatek był racjonalny, zad a liśmy Biereckiemu. Senator je zignorował, napisał tyl ko, że nie zna spółki
Fusion Media. - To historia jak z bajki - ironizuje polityk, który przekazał nam skany umowy. - Pan z Krakowa wymyślił, że założy tygodnik w Białej Podlaskiej, jak wiadomo miejscowości silnie związanej z Małopolską. Idzie do PiS, mówi, że chce pół miliona, i pół miliona dostaje. O „Monitor Tygodnia" pytamy na rynku prasy lokalnej. O tytule nie słyszeli ani w redakcji „Słowa Podlasia", ani w „Tygodniku Podlaskim".
- Ta umowa budzi wątpliwości, dlaczego tak ogromną kwotę zapłacono za promocję w lokalnym piśmie. To nie pierwszy taki przypadek w historii PiS, że duże pieniądze dostaje firma, o której niewiele wiadomo. W 2005 r. firma niemająca strony internetowej ani stałej siedziby dostała 390 tys. zł za druk niemal 12 tys. plakatów. Monitorowaliśmy kilka kampanii- komentuje Grażyna Kopińska z Fundacj i Batorego. - Wniosek
jest oczywisty: kontrola PKW nad wydatkami komitetów jest za słaba. Za słaba jest też kontrola społeczna, pełne sprawozdania finansow partii i komitetów wyborczych powinny być publikowane w Internecie, a teraz można je przeglądać tylko w siedzibie PKW

ŹRÓDŁO

niedziela, 16 czerwca 2013

SKOK nad przepaścią

Sytuacja finansowa spółdzielczych kas
oszczędnościowo-kredytowych, którym
swe oszczędności - w sumie prawie 16 mld
zł oszczędności - powierzył co dziesiąty dorosły
Polak, była ostatnio jedną z najpilniej strzeżonych
tajemnic państwowych. Wiedziało o niej kilkanaście
osób w rządzie i w instytucjach odpowiadających za
stan finansów państwa, od Narodowego Banku Polskiego
po Komisj ę Nadzoru Finansowego (KNF),
przed którymi szefowie SKOK-ów musieli odkryć
karty.
Musieli odkryć, bo ich imperium - wcześniej
strzegące swoich sekretów - poddane zostało jesienią
zeszłego roku nadzorowi KNF. Ale dopiero
w końcu zeszłego tygodnia KNF ujawniła swój raport.
Wynika z niego, że spora część z 55 istniejących
kas jest zagrożona bankructwem, a liczba kas
na granicy finansowej zapaści rośnie lawinowo - od
końca zeszłego roku prawie się podwoiła! Większość
kas wymaga pilnych działań ratunkowych.
Folwarki prezesów
Obrońcy SKOK-ów (a takich nie brakuje, dowodem
są wpisy na prawicowych portalach o tym, jak pod
dyktando obcego kapitału niszczy się polskie kasy)
przypominają, że oferują one klientom wysokie odsetki
od lokat - znacznie atrakcyjniejsze niż w bankach
komercyjnych. To prawda - nawet ostatnio,
gdy większość banków zeszła z oprocentowaniem
do najwyżej 3 proc. w skali roku, wiele SKOK-ów
dawało 5-6 proc. Problem w tyn1, że na wypłacanie
talach odsetek bank musi zarobić - przede wszystkim
udzielając wyżej oprocentowanych kredytów.
Kasy robiły to, lekceważąc rosnące w czasach kryzysu
ryzyko, że nie zostaną one spłacone. Skończyło
się tym, że co trzecia pożyczona przez nie złotówka
(w sumie ok. 3,5 mld zł) może nie być nigdy
zwrócona.
Dla poró,vnania - w bankach komercyjnych tych tak zwanych złych kredytów jest ok. 8 proc. Mniej
niż w SKOK-ach jest ich nawet w Providencie, parabanku
nastawionym na lichwiarsko oprocentowane
pożyczki, z natury rzeczy trudniejsze do odzyskania.
Jeszcze bardziej „skokowcy" lekceważyli ryzyko,
udzielając kredytów hipotecznych. W całym sektorze
bankowym są one najsolidniej spłacane (zagrożone
jest niespełna 3 proc.), bo ludzie boją się stracić
mieszkanie czy dom, będące zabezpieczeniem kredytu.
W SKOK-ach zagrożona jest spłata niemal co
siódmej złotówki z takich kredytów!
O tym, jak funkcjonowały SKOK-i, wiele mówi
historia opowiedziana na appfunds.blogspot.com.
Anonymous 48 opowiada: „Pracowałem przez pewien
czas w centrali jednego z największych SKOKÓW,
do którego trafiłem po I O latach pracy w dużym
banku. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, bo jak
się okazało, tylko ja miałem doświadczenie w ban-
kowości. Zarząd i duża część pracowników tej kasy
to była rodzina - brat, kuzyn, siostra, szwagier itp.,
ludzie sympatyczni, ale bez przygotowania. Przez
moje biurko przechodziły wszystkie znaczące kredyty.
Zacząłem wprowadzać procedury i metody rzetelnej
oceny kredytobiorców, bo wcześniej wszystko
było uznaniowe. I takie jednak pozostało. Ja dawałem
odmowę, bo nie było sensownych dochodów czy
zabezpieczeń, ale zarząd zmieniał decyzję i kredytu
udzielano. Popularną metodą ( ... ) był też np. zakup
kamienicy, w której miała być placówka SKOK-u.
Zakupu dokonuje członek zarządu (np. brat prezesa)
na kredyt udzielony przez ten sam SKOK, po
czym nowy właściciel wynajmuje lokal placówce
swojego SKOK-u, która płaci czynsz w wysokości
3-4 razy większej niż rata kredytu. Interes się kręci,
a środki kasy stopniowo stają się prywatnym majątltiem
prezesa i jego zaufanych. Sporadyczne kontrole
placówki przeprowadzał sam prezes, będący we
władzach Kasy Krajowej, do niedawna jedynego organu
nadzorującego SKOK-i, bądź kuzyn prezesa
z tejże Kasy''.
Parę takich spraw trafiło do prokuratury. Na przykład
w SKOK-u Kujawiak z Włocławka rencista
otrzymujący z ZUS 500 zł miesięcznie dostał kredyt,
którego sama rata była trzy razy wyższa! - Komitet
kredytowy SKOK negatywnie zaopiniował wniosek
o udzielenie tego kredytu, a mimo to prezes samodzielnie
decydował, że kredyt się należy - mówi
Bogdan ·wesołowski z włocławskiej prokuratury
okręgowej.
Skrypty z Luksemburga
Sprawa Kujawiaka to w sumie drobiazg. Poważniejsze
rzeczy działy się w SKOK-u w Wołominie, gdzie
np. jeden z klientów dostał kilka milionów złotych
pod zastaw działki wartej ok. 30 tys. zł. Kredyt nie
jest spłacany. Podobnych spraw w Wołominie jest
więcej. - Śledztwo jest bardzo rozwojowe i wielowątkowe
- mówi nam Mariusz Piłat, pienvszy zastępca
prokuratora okręgowego w Prokuraturze
Warszawa-Praga.
Wołomiński SKOK - drugi co do wielkości w kraju
- to, przynajmniej teoretycznie, jedna z najlepiej
prosperujących kas. Chwali się ponad 40 mln zł czystego
zysku za zeszły rok. - Jesteśmy w doskonałej
kondycji finansowej . Mamy bardzo niski wskaźnik
przeterminowanych pożyczek - mówiła niedawno
wiceprezes Joanna Przewoźna. To dziwne, biorąc
pod uwagę lawinowy wzrost wartości pożyczek
i kredytów, co potwierdza niedawny audyt. Czy to
jakaś księgowa ebvilibrystyka? Wiele na to wskazuje,
także w innych SKOK-ach.
Dokonana przez KNF ocena kondycji kas na koniec
2012 r. bazuje na sprawozdaniach finansowych
samych kas, niezweryfikowanych przez ze,vnętrznych
biegłych rewidentów. Rzeczywistość może być
jeszcze czarniejsza. - Faktyczną sytuację
finansową kas poznamy dopiero po weryfikacji
ich sprawozdaf1 - powiedział nam
jeden z wysokich urzędników resortu finansów.
- NaJwiększe zastrzeżenia budzi
kwestia wyceny aktyv.rów, zwłaszcza przeterminowanych
pożyczek i kredytów oraz
stworzonych na nie rezerw. SKOK-i podeszły
do tego mało rygorystycznie.
Szefowie imperium SKOK, od lat powiązani
z PiS, próbują różnych sztuczek,
by odgonić widmo katastrofy finansowej.
Wykorzystują do tego spółkę z Luksemburga
SKOK Holding - zarejestrowali ją
w 2007 r., tuż przed wygranymi przez PO
wyborami parlamentarnymi. To wehikuł
biznesowy służący do zamiatania pod dy
wan kredytów, których nie spłacają klienci
kas. SKOK Holding kupuje od nich całe
portfele złych kredytów, płacąc podejrzanie
wysoko 'vycenianymi tzw. skryptami
dłużnymi. Taki skrypt to po prostu zobowiązanie
luksemburskiej spółki, że odkupi
go po spłacie kredytów przez klientów.
Tyle że szanse na to są znikome.
W zeszłym roku ta sztuczka poprawiła
wyniki finansowe SKOK-ów o ponad pół
miliarda złotych - o tyle wyżej wyceniono
otrzymane skrypty od kwoty, za jaką luksemburska
spółka nabyła kredyty. Operacja
przypomina to, co przed kilku laty
robiły amerykańskie banki, z Lehman
Brothers na czele, zamieniaj ąc utracone
kredyty na nowe instrumenty finansowe.
- Zasada jest podobna. 'fyle że SKOK-i nie
próbują sprzedawać swych skryptów na
rynku - komentuje nasz rozmówca z Ministerstwa
Finansów.
Wiadomo, jak się skończyło w przypadku
Lehman Brothers - na samym końcu
okazało się, że król j est nagi, a „papiery
wartościowe" są całkowicie bezwartościowe.
To bomba z opóźnionym zapłonem.
Zapewne m.in. obawa przed jej eksplozją
skłoniła Grzegorza Biereckiego do rezyg-
dynacji
w październiku zeszłego roku z funkcji
prezesa Krajowej Kasy SKOK. Było to
tuż przed poddaniem SKOK-ów pod nadzór
KNF, przeciwko czemu protestowali
politycy PiS.
Etos i pieniądze
SKOK-i to dziecko Biereckiego, kiedyś bliskiego
współpracownika Lecha Wałęsy,
dyrektora w Komisji Kraj owej NSZZ Solidarność.
Prochu nie wymyślił. Podpatrywał
funkcjonowanie spółdzielczych kas
podczas podróży po USA i zachodniej Europie,
grzebał w historii przedwoj ennych
Kas Stefczyka, brał nawet pod uwagę doświadczenia
PRL-owskich kas zapomogowo-
pożyczkowych.
Na początku lat 9 0 . p ierws ze
SKOK-i powstawały przy wielkich zakładach
przemysłowych, jak Huta Katowice.
Ale turbodoładowanie zapewniła im dopiero
ustawa z 1995 r., pozwalając działać
na peryferiach sektora bankowego, bez
kontroli nadzoru finansowego i bez wpłacania
pieniędzy do Bankowego Funduszu
Gwarancyj nego. A potem j eszcze doszło
zwolnienie z podatku dochodowego, bo
Bierecki i jego współpracownicy wmówili
politykom, że SKOK-i działają na zasadzie
non profit. W dodatku ustawa narzuciła lokalnym
kasom przymus przynależności do
Kasy Krajowej, jako czapki systemu, która
je kontrolowała i obciążała rozmaitymi
opłatami, a od której decyzji nie było
odwołania.
Grzegorz Bierecki, który stanął na j ej
czele, stał się władcą absolutnym. Przez
prawie dwie dekady umacniał swą władzę,
tworząc spółki zależne zajmujące się
ubezpieczeniami, inwestycjami, nawet
zbieraniem składek na emerytury. Spora
grupa powiązanych z nim menedżerów
z rodzinami czuła się coraz pewniej i coraz
bardziej bezkarnie na swych lokalnych
włościach.
Sam Bierecki, szef biznesu formalnie
nienastawionego na zysk, też niczego sobie
nie żałował. Jego zarobki - jako szefa
Kasy Krajowej oraz członka rad nadzorczych
wielu satelickich spółek - sięgały
kilku milionów złotych rocznie, tyle co wynagrodzenia
najlepiej opłacanych prezesów
największych banków.
Wszechwładzę Biereckiego w Kasie
Krajowej, dotąd absolutnie zdominowanej
przez SKOK Stefczyka, miała ukrócić ustawa
o SKOK-ach z października 2012 r.
- Nic z tego nie wyszło, statut KK nadal
gwarantuje tej największej kasie dominującą
pozycję i możliwość blokowania
wszelkich reform - mówi Antoni Stadnicki,
prezes SKOK Kopernik z Ornontowic
na Śląsku, któiy w konflikt z KK wszedł
już kilka lat temu, gdy centrala próbowała
odwołać jego zarząd i wprowadzić swoich
ludzi.
Wiele SKOK-ów burzy się przeciw coraz
większemu drenażowi ich kas przez KK.
Punktem spornym staje się m.in. obowiązkowa
składka na fundusz marketingowo-
promocyjny SKOK. - Wydajemy na ten
cel prawie ćwierć miliona złotych rocznie
i niewiele z tego mamy. Sami te pieniądze
wydalibyśmy znacznie efektywniej - mówi
Marek Rosiński, prezes SKOK im. Stefana
Wyszyńskiego z Wrześni.
Zbuntowanym przeciw B iereckiemu
szefom lokalnych kas nie podoba się,
że środki z tego funduszu Kasa Krajowa
SKOK przeznacza na reklamy w prawicowych
mediach. - Jesteśmy jednoznacznie
kojarzeni z PiS. To zaangażowanie polityczne
nie pomaga w prowadzeniu biznesu
- twierdzi Rosiński.
Kasa polityczna
Szefowie Kasy Krajowej SKOK od lat manifestują
swe poparcie dla „patriotycznej
prawicy''. Już w latach 90. w ich spółkach
czy w tworzonej przez Lecha Kaczyńskiego
Fundacji SKOK znajdowali zatrudnienie
politycy powiązani z nim i z jego
bratem - zwłaszcza gdy tracili mandaty
i zarobki poselskie.
Dziś spora część kilkunastomilionowego
funduszu marketingowo-promocyjnego
SKOK trafia do prawicowych i kościelnych
mediów, głównie w postaci reklam: od
„Naszego Dziennika" o. Rydzyka i „Gościa
Niedzielnego", przez Telewizję Tnvam,
„Gazetę Polską" i „Gazetę Polską Codziennie';
aż po przedsięwzięcia medialne braci
Karnowskich, portal wPolityce i tygodnik
„Sieci''.
Z budżetu SKOK sponsorowanych jest
także wiele imprez i uroczystości organizowanych
przez PiS, z aktywnym udziałem
politykówtej partii - od wystaw (np. w 2011
r. w Sopocie „Lech Kaczyński w służbie
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej"), przez
rozmaite przedsięwzięcia klubów „Gazety
Polskiej'', po uroczyste koncerty w hołdzie
ofiarom katastrofy smoleńskiej ze strony
PiS. Zapytany o tak jednoznaczne zaangażowanie
po jednej stronie sceny politycznej
Grzegorz Bierecki odpowiedział w jednym
z vvywiadów: - W spieramy przedsięwzięcia
patriotyczne, bo tego oczekuj ą nasi
członkowie. A kto miałby to robić - Deutsche
Bank?
To polityczne zaangażowanie centrali
SKOK przez lata kuło w oczy polityków
PO. W 2009 r. posłowie Platformy przeforsowali
ustawę oddającą kasy pod nadzór
bankowy, mimo protestów polityków
prawicy przeciwko zamachowi na niezależność
niezależność
kas. Lech Kaczyński skierował ją
do Trybunału KonstytucJ.:inego, ale w lipcu
2012 r. Bronisław Komorowski wycofał
prezydenckie zastrzeżenia iją podpisał.
W połowie maja podpisał też jej nowelizację,
nakładającą na SKOK-i jeszcze większe
rygory (choć zamierza skierować do
TK część budzących największe kontrowersje
zapisów).
Szefowie SKOK i posłowie PiS burzą się
przeciw dodatkowym uprawnieniom dla
Komisji Nadzoru Finansowego, która miałaby
prawo wprowadzać w kasach zarząd
komisaryczny, a nawet łączyć je z bankami.
- Ta nowelizacja nadaje się tylko do kosza
- nie przebiera w słowach Grzegorz Bierecki.
Ale politycy PO obstają przy swoim.
- To nie jest żaden zamach na pieniądze
SKOK- ów. Chodzi o to, żeby klienci zagrożonych
kas nie bali się o powierzone im
depozyty. Żeby nie było tak jak w wypadlm
Amber Gold, że jak będą chcieli wycofać
pieniądze, to zobaczą zamknięte drzwi
- tłumaczy wiceminister zdrowia i poseł
PO Sławomir Neuman, który przygotowywał
ustawę z 2009 r.
Do tej pm}' szefowie SKOK-ów mieli silny
argument na obronę swej autonomii
- w ciągu 20 lat działalności żadna kasa nie
zbankrutowała, choć kilka było zagrożonych
i przejmowała je wówczas inna, najczęściej
dominująca Kasa Stefczyka. Teraz,
po publikacji raportu KNF, wygląda na to,
że problemy mogą być poważniejsze. Tyle
dobrego, że depozyty ciułaczy nie są zagrożone,
bo za chwilę SKOK-i zostaną objęte
ochroną Bankowego Funduszu GwarancJ.:inego.
Zagrożone za to mogą być stanowiska
szefów znacznej części SKOK-ów.
Ale ich nie ma chyba co żałować.

poniedziałek, 20 maja 2013

Kasa i Sprawiedliwość

 W PiS pieniędzy nie brakuje. Milion na ochronę Jarosława Kaczyńskiego, milion dla zaprzyjaźnionej 
firmy. I jeszcze 180 tysięcy dla wydawcy, u którego prezes zarobił na książce

PiS w zeszłym roku dostało z budrzetu państwa 47 mln
złotych. Mogłoby się wydawać, Ze wydałacałą subwencję
i jeszcze musiała podebrać z kupki zaoszczędzonej w poprzedneich
latach.

"Newsweek" postanowił sprawdzić, na co się rozeszły pie-
niądze PiS. Okazuje się, że w piurze przy ul.Nowogrodzkiej
mają do pieniędzy lekką rękę.

Jaki przelew?Jest piękna pogoda
Analizując finansową dokumentację PIS zazeszły ro, na
pierwszy interesujący wątek natrafiamy od razu. To sprawa
książki "Polska naszych marzeń", którą Jarosław Kaczyński
wydał w drugiej połowi 2011r.

Gdy publikacja trafia do księgarń, trwa kampania. Politycy
PiS nie ukrywają, że "Polska naszych marzeń" ma nie tylko
dobrze się sprzedać, ale też dać wyborcze zwycięstwo - reklamoujące
ją billbordy, z których spoglądasympatyczna twarz prezesa,
w ciągu paru dni zalewają cały kraj.

Książka jednak nie pomag. Prezes napisał w niej, że Angela
Merkel została kanclerzem Niemiec nie przez przypadek,
więc dziennikarze dopytują, co miał na myśli. Kaczyński nie
zaprzecza, że chodzi mu o udział Stasi, enerdowskiej bespieki.
Kiedy sprawa robi sięgłośna, całkiempuszczają mu nerwy.
PiS przegrywa kolejne wybory.

Wydanie książki ma też dobre strony. W najnowszym oświadczeniu
majątkowym prezes podał, że w2012 r. na "Polska naszych marzeń"
zarobił ok. 160 tyś.złotych. Biorąc pod uwagę trudną sytuację na rynku wydawniczym, to wynik więcej niż przyzwoity. W sprawie książki
Kaczyńskiego jest jednak coś dziwnego. "Newsweek" odkrył
że w styczniu 2012 r. PiS przelało ze swojego konta podstawowego
Wydawcy "Polska naszych marzeń" 186 tyś. złotych, czyli sumę
zadziwiająco zbliżoną do tej, którą dostał prezes.



Dzieło prezesa wydała drukarnia Akapit,
mało znana firma z Lublina, która,
jak sama nazwa wskazuje, na co dzień zajmuje
się głównie poligrafią, a nie książkami.
Akapit to spółka nieprzypadkowa
- jej właściciel jest znajomym senatora PiS
Grzegorza Czeleja, który prowadzi w Lublinie
prężne wydawnictwo. Część pozycji
Czeleja jest nawet drukowana w Akapicie.
Czelej to z kolei dobry kolega Adama
Hofmana, rzecznika PiS i jednego
z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego.
W PiS mówią, że panowie grywają
razem w tenisa, ale Czelej to precyzuje.
- Adam jest bardziej moim kumplem niż
tenisowym partnerem - mówi. I ma rację.
Znajomość chyba rzeczywiście jest zażyła,
bo Hofman, choć w 2011 r. startował do
Sejmu z Piły, to druk ulotek zlecił w jednej
z firm założonych przez Czeleja.
To, za co PiS płaciło Akapitowi, jest zagadką.
W partii teorie na ten temat krążą
różne. Jeden z moich rozmówców twierdzi,
że sama partia wykupiła część nakładu
i prowadziła sprzedaż podczas spotkań
z wyborcami. To jednak mało prawdopodobne,
bo nikt nie słyszał o tym, by
PiS handlowało książkami prezesa. Drugi
z informatorów twierdzi, że pieniądze
były przeznaczone na produkcję filmu „Lider';
który dołączono do książki, a jeszcze
inny - że chodziło o sfinansowanie kampanii
reklamowej książki. Ale czy PiS mogłoby
płacić za reklamę książki wydanej przez
prywatną firmę? Żadna z tych wersji nie
trzyma się kupy.
Dzwonię do prezesa Akapitu Grzegorza
Kielocha. Jego numer telefonu dostaliśmy
od Czeleja.
- Za co PiS przelało drukarni 186 tys.
złotych? - pytam szefa drukarni.
- Wie pan, że nie pamiętam. Złapał mnie
pan w trasie. Jadę samochodzikiem, piękna
pogoda ... No, nie pamiętam.
- Może po prostu partia wykupiła część
nakładu książki swojego prezesa?
- Nie, tak nie było.
- A wersje o sfinansowaniu produkcji filmu
i wykupieniu billboardów?
- Też nie. Na pewno nie.
- To może zapłacono panu za druk jakichś
innych materiałów?
- Drukujemy czasem coś dla PiS, ale nie
pamiętam, czy ten przelew był za to.
- A pamięta pan chociaż, ile tej książki
się sprzedało? Słyszeliśmy, że 35 tysięcy
egzemplarzy.
- To akurat śledzę na bieżąco. Mniej
więcej 35 tysięcy. No, może trochę mniej,
bo mieliśmy zwroty.
Sprawę przelewu próbowaliśmy też
zweryfikować w samym PiS. Bezskutecznie.
Stanisław Kostrzewski, który musiał
ciężko przeżyć naszą zeszłoroczną publikację
opisującą spółki i fundacje działające
na zapleczu partii, nie odpowiedział
na nasze pytania. Kiedy do niego zadzwoniłem,
bardzo się zdenerwował: - Panie
Krzymowski, nie mam z panem przyjemnych
wspomnień, poza tym jestem bardzo
zajęty. Proszę przysłać pytania na piśmie.
�słaliśmy, ale niestety bez odzewu.
To cyfry. Nie znam się na tym
Jednym ze stałych wydatków PiS jest
ochrona Kaczyńskiego. PiS niezmiennie
korzysta z usług firmy Grom Group. Spółkę
założyło dwóch emerytowanych snajperów
jednostki Grom, a w ich ofercie
są usługi byłych komandosów, oficerów
służb specjalnych i funkcjonariuszy BOR.
Obstawa Kaczyńskiego to poważna
sprawa. W porywach pracuje w niej
nawet do dwudziestu funkcjonariuszy
- strzegą prezesa wszędzie. Jeżdżą z nim
po Polsce, zabezpieczają spotkania z sympatykami,
pojawiają się na wyborczych
konwencjach i pilnują jego domu.
Usługi Grom Group nie należą do najtańszych.
Jak ustalił „Newsweek'; w 20 12
roku PiS wydało na ochronę prezesa prawie
1,1 mln zł: średnio daje to ok. 90 tys.
miesięcznie. Z naszych ustaleń wynika,
że to stawka rzadko spotykana w branży
ochroniarskiej.
Dla Grom Group pieniądze z PiS stanowią
podstawę egzystencji. Firma jest
nowa na rynku - działa od marca 2010 r.
- i raczej nie narzeka na nadmiar klientów.
Z jej sprawozdań finansowych wynika,
że w 2011 r. przychody firmy wyniosły
ok. 1,8 mln zł, a biorąc pod uwagę, że był
to rok wyborczy i prezes miał dużo spotkań
w terenie, to PiS mogło wydać na
ochronę szefa jeszcze więcej niż w roku
ubiegłym. Innymi słowy: gdyby nie PiS,
spółka mogłaby cienko prząść.
Wiceprezes Grom Group Wojciech Grabowski
nie chce powiedzieć, dlaczego PiS
płaci tak słono. Nie zdradza też, ile pieniędzy
przynoszą do firmy inni klienci. - To
cyfry. Nie znam się na tym - zbywa nas.
Z dokumentacji, którą widzieliśmy, wynika,
że partia opłaca też prawników Jaro-
sława Kaczyńskiego. W zeszłym tygodniu
ujawniliśmy, że wbrew temu, co opowiadali
politycy PiS, za Rafała Rogalskiego,
byłego pełnomocnika w śledztwie smoleńskim,
zapłacił nie prezes, ale klub PiS.
Współpracownicy Kaczyńskiego tłumaczyli
później, Że pieniądze na mecenasa
pochodziły nie z pieniędzy Kancelarii
Sejmu, którymi zasilany jest klub, ale ze
składek odprowadzanych od parlamentarzystów.
Nie zmienia to jednak faktu, że
legenda biednego prezesa, który musiał
zaciągnąć kredyt, żeby spłacić prawnika,
okazała się nieprawdziwa. A to, czemu
z taką energią zaprzeczali politycy PiS,
czyli opłacanie adwokatów z pieniędzy
podatników, i tak ma miejsce.
W dokumentacji PiS znaleźliśmy na
przykład informacje o regularnych przelewach
wykonanych z podstawowego
konta partii na rzecz gdańskiej
kancelarii Kosmus Sobina i Partnerzy
Radcy Prawni.W samym 2012 r. dokonano
co najmniej trzech takich transferów,
każdy na kwotę 36,9 tys. złotych.
Dodatkowo w czasie ostatniej kampanii
wyborczej kancelaria wystawiła PiS fakturę
za „zryczałtowaną obsługę prawną"
na dodatkowe 20 tysięcy. Gdańska kancelaria
nie chciała nam powiedzieć za
co brała pieniądze od PiS, ale wiadomo,
że jej częstym klientem jest właśnie prezes.
W mediach bez trudu można znaleźć
relacje z jego kolejnych rozpraw. I tak
Kosmus i Partnerzy reprezentowali go
w procesach, które wytoczyli mu Janusz
Kaczmarek i Roman Giertych, ale także
w sprawach, które do sądu kierował sam
Kaczyński: przeciw „Super Expressowi"
czy przeciw Januszowi Palikotowi.
Pytam jednego z byłych współpracowników
prezesa, czy Kosmus reprezentuje
również innych członków PiS. - Niechętnie
- odpowiada mój rozmówca. - Kostrzewski
przy wódeczce powiedział mi
kiedyś, że z księgowaniem procesów prezesa
ma spory problem, bo nie jest jasne,
czy partia w ogóle powinna płacić za takie
rzeczy.
Cygaretki i nogi na stole
Porządku w partyjnych papierach od lat
pilnuje przy Nowogrodzkiej ten sam człowiek.
To Stanisław Kostrzewski, prawa
ręka prezesa. Na pierwszy rzut oka do PiS
pasuje średnio: przed 1989 r. był członkiem
PZPR, nigdy nie należał do Porozumienia Centrum, a na dodatek jego
córka Małgorzata Rozenek, znana jako
perfekcyjna pani domu, to stała bywalczyni
warszawskich salonów i bohaterka kolorowych
magazynów.
Kostrzewski jest człowiekiem majętnym,
co część polityków PiS razi. Sam
skarbnik o swoich pieniądzach mówi niechętnie.
W prywatnych rozmowach tłumaczy,
że jego majątek pochodzi jeszcze
z czasu rządów A WS i PiS, gdy zasiadał
w zarządzie Banku Ochrony Środowiska.
Prezes nie tylko ufa skarbnikowi, ale
też toleruje jego samodzielność - Kostrzewski
to jeden z niewielu ludzi w PiS
potrafiących sprzeciwić się Kaczyńskiemu
- i przymyka oko na różne wyskoki.
W sierpniu 2012 r. szczegółowo opisaliśmy
w „Newsweeku" finansowy mechanizm,
któremu patronował Kostrzewski:
w 2011 r. pod bokiem PiS wyrosła fundacja
Nowy Kierunek, w jej radzie zasiedli
właśnie Kostrzewski i Tomasz Pierzchalski,
dyrektor biura eurodeputowanych
PiS. Prezesem został Bartłomiej Rajchert,
młody dyrektor zarządzający PiS i jeden
z najbliższych współpracowników Kostrzewskiego.
Rajchert to w PiS postać
równie nietuzinkowa co jego promotor.
Pod biuro partii zajeżdżał luksusowym
volkswagenem phaetonem, a pracownikami
dyrygował, trzymając nogi na stole
i popalając cygaretki.
Fundacja usadowiła się kilkadziesiąt
metrów od siedziby PiS - wynajęła kilkunastometrowy
pokoik w budynku należącym
do powiązanej z Kaczyńskim spółką
Srebrna - i podczas ostatniej kampanii
parlamentarnej zaczęła zdobywać od PiS
lukratywne zlecenia. W ciągu paru miesięcy
skasowała 800 tys. złotych . Rola
Kostrzewskiego była w tym wszystkim
dwuznaczna: z jednej strony jako skarbnik
i pełnomocnik finansowy PiS akceptował
faktury fundacji Nowy Kierunek,
a z drugiej - działał w jej radzie.
Po naszym tekście Rajchert pożegnał
się z PiS. Choć stracił stanowisko dyrektora
zarządzającego (z dokumentacji wynika,
że jego wynagrodzenie wahało się
od 7,9 tys. zł do 46 tys. zł), to nie stracił
kontaktu z Kostrzewskim. W przesłanym
nam e-mailu twierdzi, że w ciągu ostatnich
dwunastu miesięcy jego fundacja
nie organizowała dla PiS żadnych imprez,
kongresów ani eventów. Tymczasem, jak
ustalił „Newsweek': partia przelała w zeszłym
zeszłym roku na konto Nowego Kierunku
89 tys. zł. Za co ? Nie wiadomo. Rajchert
co prawda zapowiedział, że nie chce, by
w kontekście jego nazwiska pojawiły się
sformułowania w rodzaju „unika odpowiedzi"
i „zasłania się przepisami ustawy':
ale gdy zaczęliśmy dopytywać o przelewy,
przestał odbierać telefon, nie odpisał nam
też na e-mail. Sprawy współpracy z Nowym
Kierunkiem nie chciał wyjaśnić także
Kostrzewski.
Milion? O, Jezu ...
Pieniądze dla Nowego Kierunku to jednak
drobne w porównaniu z pozostałymi
wydatkami PiS. W dokumentacji partii
znaleźliśmy na przykład ślady po pięciu
wypłatach na łączną kwotę ok. 1,2 mln
złotych. Wszystkie przelewy trafiły na
konto niewielkiej spółki MTML, której
prezesem i współwłaścicielem jest Pierzchalski.
Ten sam, który zasiada w radzie
NK i kieruje biurem europosłów PiS.
Według corocznych sprawozdań finansowych
MTML funkcjonuj e od 2003 r.,
zajmuje się działalnością sportowo-rekreacyjną
oraz świadczy usługi marketingowe.
Tyle że przez długie lata firma istniała
tylko na papierze: nie prowadziła żadnej
aktywności i regularnie przynosiła straty.
Ruch w interesie poj awił się dopiero
w zeszłym roku, wraz z nawiązaniem
współpracy z PiS. Niestety, nie wiadomo,
za co partia Kaczyńskiego przelała firmie
swojego współpracownika ponad milion
złotych, bo na nasze pytania nie odpowiedzieli
ani Pierzchalski, ani Kostrzewski.
Od polityków PiS nieoficjalnie można
jedynie usłyszeć, że Pierzchalski kręcił się
w zeszłym roku przy obsłudze debat pro(
Piotra Glińskiego. Miał się też chwalić, że
PiS wynajmuje od niego plazmę pojawiającą
się na konferencjach polityków tej
partii. Ale czy to możliwe, że za zorganizowanie
kilku debat i wypożyczenie ekranu
PiS zapłacił ponad milion złotych ?
Chcieliśmy zapytać o to europosła Tomasza
Porębę, szefa kampanii PiS w 2011
roku, który zna Pierzchalskiego z warszawskiego
biura frakcji Europej skich
Konserwatystów i Reformatorów. Poręba
nie miał jednak pojęcia o interesach
swojego młodszego kolegi, a gdy usłyszał
o milionie przelanym na konto jego spółki,
tylko jęknął: - O, Jezu ...
Mimo pieniędzy z PiS trudno powiedzieć,
żeby firma Pierzchalskiego tętniła
życiem. Nie ma strony internetowej,
jej telefon nie odpowiada, a biuro mieści
się w mieszkaniu w PRL-owskim bloku
na warszawskim Mokotowie. Jest piątek,
godzina jedenasta. Jesteśmy na miejscu,
ale próba kontaktu z władzami firmy
spala na panewce. Nikt nie podchodzi
do domofonu.
MTML to niejedyna firma z listy płac
PiS powiązana z Nowym Kierunkiem .
W radzie fundacji od niedawna zasiada Michał Lewandowski, 26-latek, który
- jak słyszymy przy Nowogrodzkiej - jeszcze
niedawno biegał z kamerą i nagrywał
polityków PiS dla jednego z partyjnych
portali . Lewandowski od 2010 r. prowadził
działalność gospodarczą pod nazwą
H20 Media. W zeszłym roku PiS wypłaciło
jego firmie 60 tys. zł, a podczas ostatniej
kampanii parlamentarnej - 32 tysiące. Za
co? Między innymi za prowadzenie przed
wyborami fan page'u komitetu wyborczego
PiS na Facebooku i utworzenie oficjalnego
konta na Twitterze. Dodatkowo po
słynnym spotkaniu Donalda Tuska z hodowcą
papryki H20 Media dostało zlecenie
na stworzenie serwisu Paprykowa.pl.
Efekty pracy Lewandowskiego nie były
piorunujące: jedyny profil KW PiS na Facebooku,
jaki udało nam się odnaleźć, odwiedziło
dziewięć osób.
Dziś po H20 Media nie ma już śladu.
Firma niedawno została zamknięta. Może
reaktywuje się przed kolejnymi wyborami.


niedziela, 19 maja 2013

Żona Adama Hofmana, Joanna Hofman kim jest kobieta stojąca u boku polityka PiS?

Kim jest Joanna Hofman, żona Adama Hofmana, rzecznika PiS? Przypadek Joanny Hofman jest jaskrawym przykładem dwóch polskich patologii: wykorzystywania politycznych znajomości dla osiągania korzyści finansowych i wyciągania z ZUS pieniędzy na nienależne zwolnienia lekarskie.

Joanna Hofman, atrakcyjna, 32-letnia blondynka, jest żoną posła PiS Adama Hofmana. Oboje pochodzą z Kalisza. Joanna Hofman jest matką dwojga dzieci - niespełna 5-letniego syna i 2,5-letniej córki. Jedną ciążę poroniła.

Nie wiedzielibyśmy o niej zapewne nic więcej, gdyby jej małżonek nie wykorzystał swoich politycznych znajomości dla załatwienia żonie dobrze płatnej posady w KGHM. To jedna z najbogatszych i najlepiej płacących polskich firm. Gdy PiS było u władzy, prezesem spółki został Krzysztof Skóra, członek tej partii. To wtedy, w 2007 roku, dla żony posła Hofmana stworzono w KGHM specjalne stanowisko w dziale komunikacji korporacyjnej w centrali firmy w Warszawie z pensją ok. 6000 złotych.

Zdaniem pracowników spółki KGHM, było to stanowisko kompletnie bezużyteczne i niepotrzebne. Po kilku miesiącach pani Joanna Hofman zaszła w ciążę i poszła na zwolnienie lekarskie. Nie pojawiła się w pracy przez dwa lata, wykorzystując po kolei: zwolnienie lekarskie, świadczenie rehabilitacyjne, urlop macierzyński i urlop wypoczynkowy.

We wrześniu 2009 roku pojawiła się na chwilę, żeby wręczyć kolejne zwolnienie lekarskie. Wtedy KGHM - rządzone już przez innego prezesa i zarząd - wystąpiło do ZUS o sprawdzenie zwolnienia. ZUS przeprowadził kontrolę. Inspektorzy orzekli, że żona posła PiS jest zdrowa i zwolnienie lekarskie jest bezpodstawne. Wkrótce po tym Joanna Hofman dostarczyła firmie kolejne zwolnienie, tym razem od... psychiatry.
ŻRÓDŁO

Adam Hofman – Wikipedia, Hofman igra z prawem, Joanna Hofman, KGHM, Kim jest Joanna Hofman, Pierdzące Usteczka Prezesa, Mercedes, Kim jest żona Adama Hofmana, POSEŁ PIS, rzecznik PiS, Sylwetka Adama Hofmana, żona Adama Hofmana, żona polityka PIS zatrudniona w KGHM, żona posła PiS