poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Wszyscy kumple Lecha Poznań

Od kilku lat marketingowym symbolem Poznania jest niebieska gwiazdka odsyłająca do stów „miasto know-how”, czyli „wiemy jak”. Hasło miało oznaczać, że „w Poznaniu wszystko się udaje, każdy znajdzie swój pomysł na rozwiązanie problemów”. W postawie władz wobec kiboli Lecha należałoby dopisać: „może i wiemy jak, ale lepiej o tym nie mówmy”.
8 sierpnia, tuż przed meczem z Zalgirisem Wilno, stadionowy monitoring rejestruje scenę: pod trybuną, gdzie siedzą najbardziej głośni kibole, kilkunastu ludzi w niebiesko-białych koszulkach Lecha niesie flagę, która po rozłożeniu układa się za chwilę w napis „Litewski chamie, klęknij przed polskim panem". Stadionowa ochrona nie reaguje, wzburzony wojewoda wychodzi ze stadionu, wybucha międzynarodowy skandal.
Ryszard Grobelny, prezydent Poznania (na zdjęciu), komentuje: - To było głupie, chamskie i bezmyślne.
Pytany o konsekwencje wobec klubu dodaje:
- Poznań nie potrzebuje nagłaśniania tej sprawy
Układ kiełbasiany
By zrozumieć, jak poznańscy kibole stali się nietykalni, musimy cofnąć się o 12 lat. Lech tliła się wtedy w drugiej lidze, a po trybunach hula wiatr.
Kibole, jak sami z dumą o sobie mówią, zrzeszają się w stowarzyszeniu Wiara Lecha. Wśród nich są studenci, prawnicy, lekarze. - To kibice wyszli z inicjatywą uzdrowienia sytuacji w klubie. To była oddolna inicjatywa, której przyklaskiwałem
-  wspomina Krzysztof „Grabaż” Grabowski, Lider zespołu Strachy na Lachy, od ponad 40 lat dopingujący Lecha.
Wiara akcentuje przywiązanie do regionu, barw klubowych i tradycji. Odpala race, śpiewa głośno i równo, jak podczas wojskowej musztry, rozwija olbrzymie flagi zwane sektorówkami. Kibolskie widowiska przyciągają na stadion po kilkanaście tysięcy widzów, rośnie sprzedaż biletów. Dla wielu ludzi doping to widowisko bardziej atrakcyjne niż gra piłkarzy.
Klub zarabia, pojawia się inwestor - producent kuchenek Amica Jacek Rutkowski. Lech zaczyna grać w europejskich pucharach, kibole robią furorę na zachodnich stadionach.
Rosną w siłę. Są świadomi swojej atrakcyjności. Na trybunach, którymi rządzi Wiara Lecha, porządku pilnują bojówkarze zaprawieni w bijatykach na gołe pięści z kibolami innych drużyn. Gdy problemy ma „Rolnik”, kibol postrzelony w bandyckich porachunkach i oskarżony o handel narkotykami, Wiara Lecha wystawia mu w liście do sądu laurkę. Pisze, że to jej ceniony wolontariusz.
Zatrudniona przez klub firma ochroniarska kibolskiej trybuny woli nie zauważać. Rządzi tam „Olaf’, oskarżony o stworzenie gangu i handel narkotykami. - Niegrzeczni chłopcy mają autorytet. Także dzięki temu na stadionie jest spokój - tłumaczy nam wtedy Jarosław Kiliński z Wiary Lecha.
Jednak dopiero przejęcie władzy w stowarzyszeniu przez Krzysztofa Markowicza, „Litara”, niepozornego, o młodzieńczej urodzie, ale wspieranego przez „Olafa”, rozzuchwala kiboli. Układ oparty na dopingu zamienia się w biznes, którego fundamentem stają się sprzedawane na stadionie przez „Litara” kiełbaski.
Markowicz ma wyrok za udział w kibolskiej bójce, w której jedna osoba zginęła, a kilkanaście zostało rannych. Klub powierza jednak jego stowarzyszeniu sprzedaż biletów na mecze wyjazdowa („do wszelkiej maści polonusów próbujących kupić bilety - Wypierdalać na Wisłę, kadrę i Małysza!!!!” - informował „Litar” w 2008 roku przed meczem z Feyenoordem Rotterdam). Firma „Litara” karmi też VTP-ów, z prezydentem Poznania, wojewodą i urzędnikami na czele, za co płacą mu władze klubu. Zostaje szefem Ogólnopolskiego Związku Stowarzyszeń Kibiców1; organizacji przyjmowanej i hołubionej przez urzędników kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Polskiego Związku Piłki Nożnej. Jest partnerem w dyskusjach nad ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych.
Kiedy policja zatrzymuje bojówkarzy Lecha za kibolskic bijatyki, „Litar” pisze w intenecic: „My nie jesteśmy politykami i w ramach obrony wizerunku nie będziemy odsuwać się od osób, które znamy wiele lat i które zrobiły wiele dla środowiska kibicowskiego. Jeśli ktoś wybiera wizerunek a nic kolegę, niech się trzyma z daleka od nas, bo my reprezentujemy inne wartości i zawsze tak
Lech dziękuje za rozmach
Patologiczne powiązania kiboli z klubem opisujemy  w „Gazecie” od pięciu lat
•    Gdy ujawniamy, że bojówkarze wyręczają ochronę na drugiej trybunie, Arkadiusz Kasprzak, wtedy wiceszef Lecha, ucina w telewizyjnym wywiadzie: - To wewnętrzna sprawa klubu i stowarzyszenia.
•    Wśród Judzi, którym klub powierza organizację jednego z meczów, są „Gadoma” i „Gruby Marcin”. Pierwszy bil się w kibolskich ustawkach, zarzucono mu handel narkotykami. Drugi napadł na ciężarówkę. miał przykładać kierowcy pistolet do głowy. Joanna Dzios, wówczas rzeczniczka Lecha, pytana o ich obowiązki, odpowiada: - To wewnętrzna sprawa klubu.
•    Ukrytą kamerą nagrywamy, jak bojówkarze wschodzą na stadion bez kontroli, bo ochrona wpuszcza ich bocznymi bramami. Klub oświadczą, że to niedopuszczalne, ale agencji ochrony nie wymienia. Stadionu pilnuje firma Bokser, której właściciel trenował bojówkarza „Olafa” w klubie bokserskim.
•    Dwa lata temu ujawniamy nagranie ze stadionowego monitoringu: „Litar” bije i opluwa rodzinę, która przyszła na stadion obejrzeć mecz reprezentacji Polski. Lech potępia szefa kiboli, ale konsekwencji nie wyciąga, - Lech jest poważnym klubem i nie podejmuje decyzji ot, tak sobie - mówi wiceprezes Arkadiusz Kasprzak. Dopiero kiedy „Litar” dostaje prokuratorskie zarzuty; klub zrywa z nim kontrakt na stadionowy' catering. Ale zaraz podpisuje nową umowę z życiową partnerką „Litara”. Kibol zostaje skazany, przez dwa lata nie może wzejść na stadion, ale pozostaje szefem Wiary Lecha. Klub twierdzi, że prezes z wyrokiem to wewnętrzna sprawa stowarzyszenia.
•    Kibole Lecha notorycznie przemycają na stadion zakazane przez prawo race. Pół roku temu na meczu ze Śląskiem Wrocław' odpalają ich ponad 170. Henryk Szlachetka, były policjant, teraz szef ds. bezpieczeństwa Lecha, sugeruje, że to złudzenie, bo „ochroniarzom wpuszczającym kibiców patrzono na ręce, nikt nic mógł przejść z racami".
•    8 sierpnia kibole rozwieszają olbrzymi antylitewski transparent. Szlachetka nie tłumaczy już tego złudzeniem. Przyznaje szczerze, że dostał nawet SMS-a od „Litara”, że taki transparent zawiśnie. Ale zamiast zgarnąć płachtę, wdał się z nim w SMS-ową pogadankę, przekonując, że taka akcja zaszkodzi polskiej mniejszości na Litwie.
Nic dziwnego, że Szlachetka był bezradny. Magazyn Wiary Lecha, w którym kibole ukryli flagę, jest na stadionie wybudowanym przez miasto za ponad750 min zł eksterytorialny. Ochrona nie mogła go przeszukać, bo jak ujawnił wojewoda wielkopolski  tytko kibole mają do niego klucze.
-    Jak nie wiadomo, o co chodzi to chodzi o pieniądze - mówi Andrzej Białas, poznański społecznik, którego ojciec, Edmund,jest legendą Lecha. Grał i działał w klubie przez blisko 60 lat.
Pieniądze i strach. Bo Jacek Rutkowski, właściciel Lecha, boi się, by kibole nie zepsuli mu biznesu. Lepiej się z nimi ułożyć: dać im władzę na części stadionu, dać im zarobić.
Taki układ gwarantuje Lechowi pełne trybuny i widowiskowy doping. „Litar”, pilnując swojego interesu, potrafi skutecznie zmotywować kiboli. Na forum Wary Lecha kilka lat temu ogłosił zasadę dyscyplinowania; komfort oglądania meczów ma w „dupie”, a temu, kto za cicho kibicuje, grozi „masażem twarzy”. Nic więc dziwnego, że kibol-ska trybuna rytmicznie podskakuje, co podziwia reszta stadionu.
Gdy Lech próbował wierzgnąć, luzując układ z kibolami, „Litar” ogłosił zakończenie dopingu i trybu ny karnie zamilkły. Stadion opustoszał, bo wielu kibiców wolało oglądać mecze w telewizji niż na cichym stadionie, bez „atmosfery”.
Na Facebooku powstała wtedy grupa Kolej orz
-    pozytywni, stojąca w kontrze do Wiary Lecha. Skupieni w' niej kibice próbowali dopingować drużynę, gdy trybu na „Litara” milczała, kup ił i nawet sprzęt nagłaśniający, ale nie zyskali wsparcia klubu.
Właściciel Lecha, obawiając się o frekwencję i doping, stanął z kibolską ekstremą w jednym szeregu. Na stronic internetowej klubu opublikował poddańczy list „Kibice z błahych powodów są nękani przez policję i karani mandatami, a rząd działa przeciwko klubom i kibicom (...) Nasi piłkarze zawsze mogli na was liczyć. Realizowane przez was oprawy meczowe wzbudzały podziw za pomysłowość, rozmach i wielkość zarówno w kraju, jak i za granicą. Rozumiem wasze rozgoryczenie i wściekłość, ale uważam, że bojkotowanie meczów' ukochanej drużyny, brak wsparcia i dopingu szkodzi klubowi".
Antylitewski transparent władze Lecha potępiły, ale dzień później usiadły z „Litarem” do stołu, by omawiać szczegóły nowej akcji promocyjnej - sprzedawania wej ściówek na mecz za złotówkę. Sam „Litar” na trybuny nic może wchodzić, bo sąd ukarał go zakazem stadionowym.
Prezydent „cicho sza”
Nie tylko władze Lecha darzą kiboli szczególnymi względami. Firma „Litara” dostarczała catering na wieczór wyborczy prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego. Gdy trzy lata temu Lech zdobył tytuł mistrza Polski, prezydent zaprosił kibola do urzędu i dał okolicznościowy puchar.
Nim Grobelny wręczył puchar, wziął udział w fecie na Starym Rynku, która skończyła się demolką kawiarnianych ogródków. Prezydent w szaliku Lecha, odpalił nawet racę.
Rok później kibole Lecha zdemolował i stadion w Bydgoszczy. Grobelny wziął ich w obronę, pisząc na blogu, że to „wyraźna prowokacja, która miała doprowadzić do zamieszek”. Odpowiedzialnością za chuligaństwo obarczył ochronę.
Prezydent często powtarza, że na poznański stadion zaprasza cale rodziny. Ale gdy chcieliśmy pokazać mu nagranie z monitoringu, na którym „Litar” atakuje rodzinę z dziećmi, nie znalazł czasu. Z laptopem w rękach goniliśmy go po korytarzach urzędu.
-    Nie wszyscy kibice są grzecznymi chłopcami, a utrzymanie porządku wśród nich nie jest łatwe
-    tłumaczył później Grobelny w wywiadzie dla „Gazety”. Alak „Litara” na rodzinę potępił, ale dodał, że nadal będzie z nim rozmawiał: - Relacje z kibicami są delikatne. Tu chodzi także o to, by nic tworzyć jeszcze większych konfliktów.
-    Czy jest pan szachowany przez Wiarę Lecha?
-    spytaliśmy wtedy.
-    Nie szachują mnie. Po prostu widzę też dobre strony ich działalności.
Skąd ta uległość? Grobelny wydal z publicznych pieniędzy ponad 750 min zł na budowę nowej areny, którą dzisiaj zarządza Lech. Gdyby stała pusta, klub nic zarobiłby na jej utrzymanie. Koszty spadłyby na barki miasta. Nie brakuje dowodów, że Grobelny boi się takiego scenariusza. Lech miał zapłacić miastu rok temu ponad 2 min zł kary, bo jako zarządca stadionu nic dostarczył w terminie wymaganych dokumentów bankowych. Grobelny obniżył karę do 200 tys. zł. Potem miasto kredytowało klub, płacąc rachunki za wodę, prąd i ogrzewanie na stadionie. Nikt nie spieszył się z egzekucją tych długów, dopóki nie napisała
o  nich „Gazeta”.
Za korzystanie ze stadionu Lech miał płacić miastu ponad 3 min zl rocznic. Zażądał zmiany umowy. Miasto bez szemrania obniżyło czynsz pięciokrotnie.
Medialną gwiazdą Wiary Lecha jest podwładny Grobelnego - Jarosław Pucek, szef Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych. Niespełna 40--letni prawnik, jastrząb w rozgrywce z zadłużonymi lokatorami i zwolennik eksmitowania ich do kontenerów socjalnych, w godzinach pracy widziany jest często na Facebooku, gdzie oddaje się swojej pasji - kibicowaniu Lechowi.
Kilka tygodni temu spotkałem się z nim w telewizyjnym studiu, by skomentować zarzuty wobec kibiców Lecha, którzy odpalili na stadionie zakazane race. - Pan opowiada pierdoły, jest pan moralnym dziwakiem! - krzyczał na mnie szef Zarządu Komunalnych Zasobów Lokalowych. Link do nagrania wrzucił potem na Facebooka z komentarzem „Tylko Lech Poznań!”.
Wsparli go inni kibole. „Jarek, co to za k... redaktorzyna? Podziwiam Cię, że nie dałeś mu w papę przed kamerami” - pisał jeden z nich. Pucek nie reagował.
Grobelny nic komentuje kibolskiej pasji podwładnego. Sam dawał wiele dowodów, jak bardzo zależy mu na elektoracie w szalikach Lecha.
And rzej Białas kilka lat temu, tuż przed wyborami, słyszał, jak Grobelny obiecuje kibicom przebudowę stadionu. - Zapytałem go, kto go upoważnił do takich deklaracji. Inwestycja to setki milionów złotj^ch. budżet Poznania był w kryzysie - wspomina Białas. Grobelny nie odpowiedział.
Ale słowa prezydenta, że nie należy głośno mówić o antylitewskim transparencie, bo zaszkodzi to miastu, dowodzą też poznańskiej mentalności. Pisał o niej dwa lata temu Wojciech Bartkowiak, były szef „Gazety” w Poznaniu. Nawiązując do słów reżysera Filipa Bajona, nazwał ją chorobą „zasłoniętych firanek”, która polega na instynktownym hołdowaniu kilku zasadom: nieprzyjemne sprawy najlepiej załatwiać po cichu i robić wszystko, by umknąć wstydu. Bo najgorsze jest kalanie własnego gniazda.
„Tym zasadom wierny był Poznań, kiedy milczał w sprawie dyrygenta Polskich Słowików' Wojciecha Kroloppa skazanego za pedofilię. Tak było w sprawie molestującego kleryków abp. Juliusza Paetza. Tak jest i teraz” - pisał Bartkowiak, gdy w rocznicę powstania wielkopolskiego kibole Lecha maszerowali pod hasłami... serbskich nacjonalistów.
Poznaniacy nie lubią zmian
Dwa lata temu, po tym gdy „Litar” zaatakował rodzinę z dziećmi i pozostał szefem Wiary, Andrzej Białas opublikował emocjonalny list, w którym przyznał, że wstydzi się za poznańskich kibiców: „Niech Wiara Lecha brzmi dumnie! Niech Wiara Lecha będzie gwarantem spokoju na trybunach i dumy z poznańskich kibiców!”
-    napisał.
Nikt nie przyłączył się do jego wzburzenia. Poznańscy politycy radni i posłowie nie zabierają publicznie głosu, gdy kibole po raz kolejny kompromitują ich miasto.
Białas ma swoją teorię: - Czasem zapraszają mnie na trybunę VIP. Kto tam nie bywa! Prezydent, urzędnicy, policjanci, generałowie, politycy z PO i PiS. Gdy chodzi o Lecha Poznań, wszyscy są kumplami. Wychodzą ze stadionu i nikt nic chce skrzywdzić klubu.
Spytałem Waldyego Dzikowskiego, posła PO z Poznania, jak ocenia incydent z antylitewskim transparentem. „Historia Polski i Litwy zależy od Litwy i Polski, nie od piłki:)” - napisał mi na Twitterze.
Europosła PO Filipa Kaczmarka spytałem, dlaczego publicznie nie zareaguje. Odpisał, że wiele razy polemizował na Facebooku z urzędnikiem
kibolem Jarosławem Puckiem, jakby to załatwiało sprawcę.
Maciej Krzywoszyński z publicznego Radia Merkury skomentował sprawę transparentu na Facebooku: - Dajcie sobie siana z tą histerią.
Spytałem, czy pisał to jako kibol, czy dziennikarz. - Na razie jestem kibolem, dziennikarzem będę po południu - odparł.
Nawet „Grabaż”, który uważa, że kibole powinni skupić się na kibicowaniu, a nie politycznych hasłach, broni ich niezależności: - Nie uważam, by ktokolwiek powinien ingerować w wewnętrzne sprawy Wiary Lecha.
Ewa Wójciak, szefowa Teatru Ósmego Dnia, uważa, żę to przykłady zblatowania poznańskich elit: - Prezydent ten sam od czterech kadencji, wokół te same twarze, wszyscy się znaj ą i kochają, nikt nikomu nie zrobi krzywdy. Lech i jego kibole są częścią tego układu. Poznaniacy nie lubią zmian, bo zmiany mogą być niebezpieczne.
Gdy w dniu wyboru Jorge Bergoglia na papieża Wójciak wpisała na swoim profilu na Facebooku: „No i wybrali ch..., który donosił wojskowym na lewicujących księży”, Dariusz Jaworski, wiceprezydent Poznania odpowiedzialny za sport i kulturę, publicznie ją potępił. W sprawie transparent kiboli publicznie nie zajął stanowiska.
Wójciak: - Władze Poznania potrafią być stanowrcze, ale tylko wobec wybranych.
Stanowczość wobec kiboli demonstrowana jest niezwykle rzadko. Przed rokiem „Litar”. elegancko ubrany, przyszedł na spotkanie z wojewodą, by debatować o bezpieczeństwie na stadionie. Szef wielkopolskiej policji Krzysztof Jarosz, wyprosił go wtedy za drzwi. - Nie rozmawiam z osobami, którym postawiono zarzuty - stwierdził.
Ksiądz Eda Jaworski, który od lat organizuje w' Poznaniu kwesty na rzecz renowacji jednego z wileńskich cmentarzy, już pod konieclipca skrytykował kiboli, którzy przed meczem wvjazdowym z Żalgirisem wznosili okrzyki „Polskie Wilno”. - A gdyby Niemcy we Wrocławiu czy w Opolu śpiewał „Deutschland, Deutschland iiberalles”? - pytał ksiądz. Jaworski. Skrytykował też. antylitewski transparent.
Gościem trybuny VIP jest wojewoda wielkopolski Piotr Florek. Gd}' kibole Lecha zdemolowali stadion w Bydgoszczy. zamknął poznańską arenę na jeden mecz. Na jeden mecz zamknął też kibolską trybunę po odpaleniu 170 rac. Po wywieszeniu antylitewskiego transparentu zrobił to ponownie. Za każdym razem powtarzał, że „to ostatnie ostrzeżenie”. Podczas ostatniego meczu - w' niedzielę z Koroną Kielce - kibole dostali od Lecha inną trybunę, by pozdrawiać stamtąd Piotra Florka słowami: „Ch... ci na imię, Florek, ch... ci na imię!”
i    radzić: „Florek, weź sznur i powieś się, a od Lecha odp... się!”
Wojewoda siedział na trybunie VIP. Pytany o obelgi, odpowiedział: - Nie słyszałem. Była słaba akustyka. •
PS
-Ci kibice nie są kibicami Lecha Poznań, oni są kibicami samych siebie i nie liczą się z klubem. Wiara Lecha podkopała swój autorytet społeczny - powiedział ksiądz Eda Jaworski w Telewizji WTK. W czwartek Litar skomentował to na internetowym forum Wiary Lecha:
„Eda daj na luz, od atakowania nas kwesta Ci nie wzrośnie, a nasza nie zmaleje" :o)

ŻRÓDŁO

niedziela, 11 sierpnia 2013

Wiadomo, dlaczego PiS zapłaciło wydawcy książki Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński w 2011 roku napisał książkę, na której zarobił 160 tys. zł. W tym samym roku PiS przelało na konto jego wydawcy podobną kwotę. Za co? Za prawo do 200 emisji filmu dołączonego do książki – wynika z dokumentów, które przeanalizował „Newsweek”. Problem w tym, że w Internecie można znaleźć informacje jedynie o trzech takich pokazach.

Sprawę książki Kaczyńskiego opisaliśmy w „Newsweeku” dwa i pół miesiąca temu. Pozycję wydała Drukarnia Akapit, mało znana firma z Lublina należąca do znajomego Grzegorza Czeleja, senatora PiS. Historia wyglądała zagadkowo, bo suma zarobiona przez Kaczyńskiego była zbliżona do kwoty przelanej wydawnictwu przez PiS. Na dodatek prezes wydawnictwa nie był sobie w stanie przypomnieć, czego ten przelew dotyczył. W efekcie sprawa trafiła do prokuratury – zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył senator Platformy Jan Filip Libicki.
Śledczy przestępstwa się nie dopatrzyli, ale podczas postępowania sprawdzającego wystąpili do PiS o komplet dokumentów dotyczących książki. „Newsweek” zapoznał się z tymi materiałami. Wynika z nich, że PiS zapłaciło Akapitowi za prawo do 200 emisji 25-minutowego filmu „Lider” dołączonego do książki. Według pokwitowania wystawionego przez partię Kaczyńskiego film miał być pokazywany w 41 okręgach wyborczych, czyli w całej Polsce. Tyle tylko, że w Internecie można znaleźć informacje jedynie o trzech takich pokazach: o premierze w jednym z warszawskich kin oraz o dwóch emisjach na Śląsku, w Zabrzu i Jaworznie.

– Żadnych dyspozycji w tej sprawie nie było. Pierwsze słyszę, by partia miała promować ten film – mówi „Newsweekowi” Beata Kempa, która w 2011 roku zasiadała w komitecie politycznym PiS i kierowała świętokrzyskimi strukturami partii. Śledczy niestety nie sprawdzili, czy emisje faktycznie się odbyły. Zadowolili się jedynie kopią umowy zawartej między PiS i Akapitem.
W aktach postępowania prokuratorskiego znalazły się za to dokumenty dotyczące jeszcze innych wydatków PiS: na ochronę prezesa oraz na współpracę z MTML, małą spółkę kierowaną przez Tomasza Pierzchalskiego, dyrektora warszawskiego biura europosłów Prawa i Sprawiedliwości. Z materiałów wynika na przykład, że, rozliczając się z PiS, firma ochroniarska domagała się zwrotu pieniędzy za wizyty w aptece (zakup m.in. 10 opakowań Ibupromu Zatoki, leku na biegunkę, kropli do nosa i No-spy) i w Biedronce (zakup schabu bez kości, włoszczyzny, ćwiartek z kurczaka czy musztardy). Z kolei MTML zarabiała gigantyczne pieniądze na organizacji konferencji prasowych. Za miesięczny wynajem ścianki plazmowej PiS płaciło spółce 60 tys. złotych a za przygotowanie jednej konferencji w Sejmie – 5 tysięcy. To o tyle zastanawiające, że pozostałe partie nikomu nie płacą za organizację takich konferencji.
MTML przygotowało też za 12,5 tys. zł broszurę „Tajniki wystąpień publicznych”. Mimo szumnej nazwy dokument okazał się jednak zbiorem frazesów. Oto kilka cytatów: „polityka jest grą emocji, sprytu i pozorów”, „polityk musi być lwem i lisem”, „opanowanie techniki oddychania jest warunkiem opanowania kunsztu retorycznego”, „prelegent powinien sprawiać wrażenie, że mówi a nie czyta”.

 ŹRÓDŁO

wtorek, 6 sierpnia 2013

Rzeź świętych krów

Formalnie należy do nich 2,5 min Polaków. Ale według części polityków PO uległy wynaturzeniu. Czy związki zawodowe są jeszcze komukolwiek potrzebne?

PKP przeznacza na związki 25 min zł rocznie. Z tej sumy 15 min pochłaniają wynagrodzenia dla ich działaczy. Józef Wilk, maszynista PKP Cargo, a obecnie szef tamtejszej „Solidarności”, zarabia miesięcznie od 33 do 39 tys. zł. Więcej niż prezes spółki. W dodatku jest zwolniony z wykonywania pracy kolejarza, bo pracuje wyłącznie jako działacz.
W Katowickim Holdingu Węglowym normą stało się wysyłanie związkowców na różnego rodzaju szkolenia. Rzecz jasna, za pieniądze firmy. Na czterodniowe seminarium w Wielkiej Brytanii dla 3 O działaczy przeznaczono 133 tys. zł. Na dwutygodniowy wyjazd do Kambodży dla czterech innych - blisko 21 tys. zł. Przy czym, według NIK, nie wskazano nawet celów wyjazdu. Katowicki holding nie oszczędza też na uro -
czystościach ku czci organizacji pracowniczych. Na jedną z imprez jubileuszowych przeznaczono 440 tys. zł!
W KGHM członek związku oprócz pensji dostaje premie, nagrody kwartalne i roczne, zwyczajową „trzynastkę”, czternastą pensję oraz nagrodę roczną z okazji Barbórki lub Dnia Hutnika. Związkowcy mają służbowe telefony komórkowe. Rekordzista wydzwonił za pieniądze spółki 23 tys. zł.

„Święte krowy” - mówią o liderach związkowych politycy PO z parlamentarnego Zespołu ds. Wolnego Rynku. I zaczynają zbierać podpisy pod ustawą antyzwiązkową. Na czele skierowanej m.in. w „Solidarność” i OPZZ krucjaty staje senator Jan Filip Libicki.
-    Zdarza się, że nawet najbardziej pozytywne instytucje ulegają wynaturzeniu - wyjaśnia powody swojej inicjatywy. W najbliższym tygodniu rozpocznie prezentowanie jej założeń na swoim blogu. - Panie Duda, masz pan kłopot! - ostrzega szefa „Solidarności”.
I wzywa premiera do działania: - Rozprawmy się z przywilejami, gangsterskimi metodami i ukradzionymi firmom etatami.

WOJNA TRWA

Już teraz wiadomo, że projekt przewiduje m.in. likwidację etatów związkowych w firmach, pozbawienie związków prawa do pomieszczenia na terenie przedsiębiorstwa i przywileju zbierania składek przez pracodawcę. Szefowie organizacji pracowniczych odpowiadają, że to polityczna zemsta. Na wrzesień „Solidarność” zapowiedziała bowiem gigantyczne protesty, które mają wstrząsnąć rządem. - Z gabinetem Donalda Tuska nie można rozmawiać, bo premier to
tchórz i kłamca - grzmiał niedawno szef NSZZ „Solidarność” Piotr Duda, który był gościem kongresu PiS. Ale to nie pierwsza odsłona jego wojny z obozem władzy. Już 26 czerwca zerwał posiedzenie Komisji Trój- stronnej i zapowiedział, że na razie rezygnuje z udziału w tym gremium.
Co na to zwykli Polacy? Według sondażu CBOS prawie 80 proc. Polaków pracujących w firmach, w których działają związki zawodowe, nie zauważa, aby z tego powodu w jakikolwiek sposób poprawiły się ich warunki pracy. Do organizacji pracowniczych należy zaledwie co dwudziesty. To najniższy odsetek odnotowany od początku lat 90.
- W obliczu obecnego prawa, dającego związkom mnóstwo przywilejów i mocną pozycję, współpraca z ich przedstawicielami jest czystą fikcją - tłumaczy Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej.
-    Szczególnie w dużych firmach, zwłaszcza państwowych lub tych, które do niedawna do państwa należały - dodaje. I tłumaczy, że nawet jeżeli związkowcy mówią o dialogu, w rzeczywistości zwykle stawiają ultimatum, które zarząd ma spełnić. Inaczej zrobią strajk i narażą firmę na straty. - Wiedzą, że są bezkarni i nie będzie można wyciągnąć w stosunku do nich żadnych konsekwencji. To przystawianie ekonomicznego pistoletu do głowy pracodawcy - bulwersuje się Zagórowski. - Związki przyzwyczaiły się do tego, że otrzymują wszystko, czego sobie zażyczą. Przez tę postawę liderównie ma dziś w Polsce Ursusa, stoczni, FSO, a za chwilę zapewne nie będzie też górnictwa - dodaje.
Zgadza się z nim Katarzyna Mazurkiewicz, rzeczniczka PKP. W spółkach kolejowych działa kilkaset związków, w tym 20 ogólnopolskich. Zatrudniają blisko 200 etatowych związkowców. - To jedna z najbardziej uzwiązkowionych organizacji w Polsce
- narzeka Mazurkiewicz. Od kilkunastu miesięcy PKP ma problemy z wypracowaniem porozumienia ze związkami. W rozmowy między ich przedstawicielami a władzami firmy włączył się nawet rząd. Dotychczas podpisano protokół rozbieżności i referendum, w którym działacze opowiedzieli się za strajkiem. W ubiegłym tygodniu rozpoczęły się mediacje, traktowane jako rozmowy ostatniej szansy. PKP Cargo jest zdania, że zaproponowane pracownikom warunki porozumienia, w tym trzyletnia gwarancja zatrudnienia, premia prywatyzacyjna w wysokości niemal połowy zeszłorocznego zysku spółki (ok. 125 min zł) i 15 proc. wpływów z prywatyzacji na fundusz własności pracowniczej, powinny działaczom wystarczyć.
Kolejarze są jednak innego zdania i już zapowiadają strajk generalny. - Brak zmian w PKP przez ostatnie 20 lat pozostawił związki mentalnie w poprzednim systemie. Nieraz trudno im się pogodzić ze zmianami jakie proponujemy w Grupie, ale te są proponowane z myślą o pracownikach i interesie firmy, która musi się rozwijać i być konkurencyjna - ocenia Mazurkiewicz.

SZKOLENIE W KAMBODŻY

Wizerunkowi organizacji pracowniczych
szkodzą także doniesienia o coraz liczniejszych aferach związanych z ich funkcjonowaniem. Przykład? Jesienią 2012r. zwolniono związkowca z PKP Intercity, który prowadził działalność gospodarczą, sprzedając bilety konkurencyjnym spółkom. W tym samym czasie był dyrektorem biura audytu i człon -kiem rady nadzorczej spółki. W listopadzie tego samego roku prokuratura wszczęła z kolei śledztwo w kopalni Sośnica-Makoszowy. Chodziło o poświadczenie nieprawdy w dokumentach przez członków komisji zakładowej „Solidarności” i wyprowadzanie przez nich pieniędzy z funduszu socjalnego kopalni. Prokuratura podejrzewa, że działacze, organizując wyjazdy i imprezy finansowane przez spółkę, zawyżali liczbę uczestników lub wyjazdów nie realizowali, a wyłudzone pieniądze przelewali na własne konta. Doniesienie do prokuratury złożył zresztą były członek „Solidarności”, który chciał zostać szefem komisji zakładowej.
Stojący na czele antyzwiązkowej krucjaty senator Libicki podkreśla, że chce walczyć właśnie z takimi nadużyciami. Przekonuje, że związkowe darmozjady w gruncie rzeczy działają przeciwko pracownikom. Zapowiada, że ograniczenia ich przywilejów to jedynie początek drogi. - Odrębną ustawą chciałbym zlikwidować społeczną inspekcję pracy - zapowiada. Chce też uniemożliwić prowadzenie przez organizacje pracownicze działalności gospodarczej.
Zdaniem dr. Piotra Ostrowskiego, socjologa
pracy z Uniwersytetu Warszawskiego, walcząc z nadużyciami związkowców, nie można jednak wylewać dziecka z kąpielą. Bo przecież w przypadku wielu zakładów pracy organizacje pracownicze to jedyne instytucje, które jeszcze bronią praw zatrudnionych.
- Związki stały się chłopcem do bicia - przekonuje Ostrowski. Jego zdaniem uwypukla się nieprawidłowości i nadużycia w wielkich przedsiębiorstwach, takich jak KGHM czy PKP, a zapomina chociażby o sprawnie działających komórkach „ Solidarności” w małych
zakładach, w których dzięki staraniom działaczy udaje się uniknąć licznych patologii.
- Spójrzmy na niewielkie firmy, w których w ogóle nie ma organizacji broniących praw pracowniczych. Nie wypłaca się tam na czas pensji, powszechne są umowy śmieciowe, o poziomie bezpieczeństwa i higieny pracy nie wspominając. To pokazuje, jak funkcjonowałyby relacje pracownicy - pracodawcy bez związków - podkreśla socjolog.

ŻRÓDŁO

poniedziałek, 22 lipca 2013

Ojciec Rydzyk kontra Republika

Wojna na prawicy trwa już trzeci miesiąc i jest tak zażarta, że zaczyna dzielić PiS. Dlaczego ojciec Rydzyk wojuje z „Gazetą Polską”? Powód jest ważny - telewizja.

Tomasz Sakiewicz po raz pierwszy wszedł ojcu dyrektorowi w szkodę jesienią 2011 r., kiedy jego „Gazeta Polska Codziennie” przejęła część czytelników „Naszego Dziennika”. Redemptorysta - mówi mi polityk związany z Radiem Maryja - zmilczał to, choć już wtedy w nim wzbierało. Kiedy powstała TV Republika, milczeć nie mógł. Założenie konkurencyjnej telewizji zostało w Toruniu uznane za casus belli.
Osoba zbliżona do zakonu redemptorystów: - Ojcu Tadeuszowi puściły nerwy. Gdyby chodziło o samą „Gazetę Polską”, to pół biedy, ale on obawia się, że to Kaczyński chciał go osłabić i dlatego napuścił na niego Sakiewicza. Gdyby Telewizja Trwam nie dostała miejsca na multipleksie, to Republika by ją wykończyła. Zdaniem o. Rydzyka takie było założenie tego projektu. Człowiek związany z wydawnictwem „Gazety Polskiej”: - Ojciec Rydzyk dostał multipleks, zdobył finansowanie
SKOK-ów. A to przecież nie koniec, bo do Telewizji Trwam podobno mają wejść bracia Karnowscy. Jak tak dalej pójdzie, wykończą nas.
Wojna na prawicy trwa już trzeci miesiąc i jest tak zażarta, że zaczyna dzielić PiS. - Kilka tygodni temu jedna z naszych posłanek usłyszała od redemptorystów: „Pani Elu, nie będziemy pani zapraszać, bo pani chodzi do Republiki”. Ja tego błędu nie zamierzam popełnić. Dla mnie priorytetem jest Toruń, od wizyt w Republice na razie udaje mi się wymigiwać - mówi mi jeden z polityków PiS. Inny dodaje: - Przy Nowogrodzkiej [główne biuro PiS - przyp. red.] już analizowano, którzy z gości Republiki przestali być zapraszani do Trwam.

Ojcze Tadeuszu, spotkajmy się ! 
Wojna rozpoczęła  się 25kwietnia. Sygnał do ataku dał o.Rydzyk, zarzucając Sakiewiczowi zaszczucie abp. Stanisława Wielgusa i zniesławienie rozgłośni: „Jakiś czas temu »Gazeta Polska« opublikowała tekst, w którym sugerowano, że Radio Maryja współpracuje z rosyjskim wywiadem, czego potwierdzeniem miały być nadajniki radiowe za Uralem. To nie były nasze nadajniki, wynajmowaliśmy je na kilka godzin dziennie w sposób zupełnie legalny. Jeśli dobrze pamiętam, »GP« nigdy nie sprostowała tych swoich sensacji, a one były później powtarzane nie tylko w Polsce, ale i na świecie. To jest odbieranie dobrego imienia”.
Sakiewicz odpowiedział na ten atak z pokorą. Najpierw w swoim felietonie przekazał rodzinie Radia Maryja znak pokoju. Gdy o. Rydzyk oskarżył Sakiewicza o konszachty z Zygmuntem Solorzem i udzielenie wywiadu portalowi Tomasza Lisa, szef „Gazety Polskiej” dodatkowo opublikował uniżony list do redemptorysty: „Ojcze Tadeuszu, spotkajmy się! (...) Wielu wrogów naszej Ojczyzny i Kościoła zaciera ręce, widząc, jak się dzielimy”. Na niewiele się to zdało. Miesiąc temu o. Rydzyk wystosował oświadczenie, w którym wyprosił z marszów w obronie Telewizji Trwam środowisko „Gazety Polskiej”. A w tym czasie Radio Maryja zaczęło promować książkę „Zamach na arcybiskupa” związanego z „Naszym Dziennikiem” Sebastiana Karczewskiego. Autor dowodzi, że artykuł „Gazety Polskiej” dotyczący abp. Wielgusa był „wielką mistyfikacją” i „jednym z największych kłamstw w Kościele katolickim w skali międzynarodowej”.
Po trzech miesiącach wojny widać zresztą, że to o. Rydzyk jest górą. Republika cienko przędzie - nie zdobyła miejsca w ramówkach UPC i Vectry, dwóch dużych sieci kablowych, a dziennikarze skarżą się, że w stacji zaczyna brakować pieniędzy nawet na taksówki dla gości.
Z kolei fundacja Lux Veritatis nadająca Telewizję Trwam zdobyła miejsce na mul
tipleksie, głównie dzięki temu, że uzyskała od SKOK-ów promesę na 15 min zł kredytu. Niestety, nie wiadomo, kiedy może dojść do jej realizacji, bo fundacja zastrzegła poufność umowy ze SKOK-ami i jej treść znają jedynie urzędnicy Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji przyznającej koncesje. Relacje między o. Rydzykiem a Kasami muszą być jednak bliskie. - Kiedy ważyły się losy koncesji dla Trwam, Apella, czyli jedna ze spółek zależnych od SKOK-ów, wystąpiła do Krajowej Rady z własnym wnioskiem o miejsce na multipleksie. Zrobiła to, żeby w razie czego oddać kanał redemptorystom - mówi nam osoba związana z Kasami. Jednymi z głównych rzeczników Trwam są związani 1 ze SKOK-ami bracia Karnowscy i ich media: portal wPolityce.pl oraz tygodnik „Sieci”, któremu o. Rydzyk chętnie udziela wywiadów. Mówi jeden z prawicowych polityków: - Ojciec Tadeusz jest oczarowany braćmi, a szczególnie Jackiem, który jest zapraszany do „Rozmów niedokończonych”, pokazuje się na marszach, przemawia.
Jacek Karnowski rzeczywiście wystąpił na niedawnej manifestacji w Warszawie w obronie Telewizji Trwam. Czuł się jak ryba w wodzie, jego przemowie nie tłum kilkakrotnie przerywał brawami.
- Są media nadane Polsce, które pilnują Polaków, żeby nie podskoczyli, żeby szli ku przepaści jak inne narody, ku bezdzietności, zaprzeczeniu tradycji. Ale są też media z Polski i dla Polski, które troszczą się o Polaków - mówił.
Kilkoro moich rozmówców z PiS i okolic twierdzi zresztą, że to dopiero początek zbliżenia Karnowskich do toruńskiego środowiska. Po wejściu na multipleks Trwam podobno ma rozpocząć współpracę z braćmi, którzy mieliby zająć się publicystyką w stacji. - Nie chcę się do tego odnosić, bo nie zajmuję się komentowaniem plotek. Nie ma w tej chwili takiego tematu - mówi „Newsweekowi” Michał, drugi z bliźniaków. Po chwili jednak dodaje: - Oczywiście, gdyby padła propozycja np. dotycząca produkcji jakiegoś programu przez Fratrię [spółka powiązana ze SKOK-ami, wydawca „Sieci” - przyp. red.] dla któregoś z nadawców, to z pewnością byśmy ją rozważyli, ale to tylko gdybanie. Nic takiego nie miało miejsca.
W Polsce czuć macą i cebulą W całym sporze najciekawsze jest jednak co innego. Każdy z zarzutów wysuwanych przez o. Rydzyka równie dobrze mógłby zostać skierowany pod adresem Jarosława Kaczyńskiego i jego nieżyjącego brata. Żeby to zrozumieć, trzeba się cofnąć o półtorej dekady.
Jest kwiecień 1998 r. Poseł niezrzeszony Jarosław Kaczyński udziela obszernego wywiadu „Gazecie Polskiej”. Rozmowę przeprowadzają redaktor naczelny tygodnika Piotr Wierzbicki i Tomasz Sakiewicz, wtedy czołowy dziennikarz „Gazety”. Wywiad sprawia wrażenie bardzo szczerego. Kiedy pada pytanie o Radio Maryja, Kaczyński stwierdza: „Po naszej stronie działają aktywnie rosyjskie służby specjalne. Radio Maryja jest dziś głęboko antyzachodnie, niechętnie nastawione do hierarchii kościelnej, prorosyjskie, wcale nie nieżyczliwe PRL, ma nadajniki na Uralu. W Rosji panuje wprawdzie bałagan, ale niektórych rzeczy pilnują tam jednak dość dobrze”. W odpowiedzi na kolejne pytanie idzie jeszcze dalej. Porównuje toruńską rozgłośnię do Targowicy: „Prorosyjskość ubrana jest tam w maskę patriotyczną. (...) Problem w tym, w którym miejscu kończą się pospolici głupcy, a zaczyna zwyczajna agentura”.
Ocena Radia Maryja - choć bardzo śmiała - musiała być przez Kaczyńskiego gruntownie przemyślana, bo zostaje powtórzona trzy lata później w kolejnym dużym wywiadzie dla „Gazety Polskiej”: „Prorosyjskie lobby kwitnie nie tylko po lewej stronie. Funkcjonuje i umacnia się także na prawicy. Jest to słynny paradygmat targowicki, o którym już mówiłem”. Tym razem nazwa rozgłośni nie pada, ale i tak wszyscy wiedzą, że chodzi o Radio Maryja.
To, czego Kaczyński nie mówi wprost, dopowiadają zresztą sami dziennikarze
„Gazety Polskiej” Eliza Michalik i Piotr Lisiewicz, dziś jeden z najbardziej rozpoznawalnych autorów tygodnika. Nie zostawiają na stacji suchej nitki, a w jej programie widzą zlepek antysemityzmu, rusofilii, socjalizmu, strachu przed masonerią oraz niechęci do Unii Europejskiej i USA.
Artykuł jest dobrze udokumentowany, pada wiele cytatów z audycji Radia Maryja: „Oświęcim nie był obozem zagłady, lecz obozem pracy, posiłki bywały trzy razy dziennie, a Żydzi często pełnili różne funkcje obozowe, na przykład kapo”; „Wielka szkoda, że Hitler nie wyniszczył tych krwiopijców [Żydów - przyp. red.]”; „Tak długo, jak od większości polskich ministrów będzie czuć macą i cebulą, tak Polska nigdy nie będzie Polską”. Najciekawszy fragment tekstu - ten, o który o. Rydzyk ma dziś pretensje - jest jednak rozwinięciem wątku sygnalizowanego wcześniej przez Kaczyńskiego. Autorzy piszą, że stacja korzysta ze znajdujących się w Samarze i Krasnodarze nadajników, których właścicielem jest rosyjskie ministerstwo łączności. Twierdzą też, że na przyjęciu z okazji ósmych urodzin rozgłośni bawiła delegacja rosyjskiej ambasady, której ojciec Rydzyk miał głośno dziękować. Tekst nie zostawia miejsca na domysły - dziennikarze, parafrazując znane hasło Radia Maryja, nazywają je „rosyjskim głosem w waszych domach”.
Styczeń 2007 r., pełnia rządów PiS. Tygodnik Tomasza Sakiewicza podaje, że nowo mianowany metropolita warszawski abp Stanisław Wielgus był agentem PRL-owskiego wywiadu. Toruńskie media stają w obronie hierarchy, ale jego ingres zostaje odwołany w dużej mierze za sprawą interwencji ówczesnego prezydenta w Watykanie. Kiedy abp Wielgus ogłasza rezygnację, w katedrze rozlegają się okrzyki radości wymieszane z buczeniem rozczarowanych sympatyków Radia Maryja. Telewizyjne kamery pokazują pierwsze ławki. Jedyną osobą, która w nich klaszcze, jest Lech Kaczyński. W tamtym czasie Radio Maryja jednak nie atakowało środowiska PiS zbyt ostro. Pierwszy ostrzejszy zarzut pod adresem partii Kaczyńskiego, pojawił się dopiero kilka miesięcy temu w książce Karczewskiego: „Niezadowolone z papieskiej nominacji były również prawicowe elity władzy, które zdawały sobie sprawę, że przy abp. Stanisławie Wielgusie jako metropolicie warszawskim nie da się z Kościoła uczynić przystawki do partii rządzącej”.
Dar ołtarza
Mówi polityk PiS: - Sprawa abp. Wielgusa i nadajników na Uralu to tylko pretekst. Gdyby naprawdę o to chodziło, ojciec dyrektor musiałby zaatakować nas. A nie robi tego, bo jego prawdziwym problemem jest Republika.
To, że o. Rydzyk atakuje „Gazetę Polską”, a nie PiS, nie oznacza oczywiście, że stosunki między Toruniem a Nowogrodzką są idealne. - W radiu panuje przekonanie, że relacje PiS ze środowiskiem Sakiewicza są bardziej szczere, serdeczne. Wystarczy spojrzeć na spółkę Srebrna, która zainwestowała w „Gazetę Polską Codziennie”. A Toruń? Ojciec Tadeusz prosił, żeby partia zaczęła zamawiać ekspertyzy w jego uczelni, ale Kaczyński go nie posłuchał. Sami posłowie PiS też nie chcą sypać groszem. Na Jasną Górę przyjeżdżają chętnie, pełnymi autokarami, ale jak przychodzi do daru ołtarza, to razem uzbierają 10 tys. złotych. A są Polonusi, spośród których każdy daje po 20 tys. doi. - twierdzi jeden z rozmówców związanych z Toruniem.
Jak dalej potoczy się konflikt między o. Rydzykiem a Republiką? Na razie nic nie wskazuje, by telewizja Sakiewicza była w stanie zagrozić pozycji toruńskiego imperium. Osoby zbliżone do Republiki przebąkują zresztą, że jak tak dalej pójdzie, to stacja zostanie odsprzedana Solorzowi, który na wypadek rządów PiS może szukać politycznej osłony dla swoich interesów.
Wtedy dopiero redemptorysta miałby używanie.

sobota, 20 lipca 2013

Taśmy nieprawdy

Na dwa dni przed zakończeniem kampanii wyborczej na prezydenta Elbląga do internetu wyciekło pikantne nagranie rozmowy Jerzego Wilka ze współpracownikami. W kwiecistym, pełnym wulgaryzmów języku kandydatpartii Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta Elbląga opisuje kulisy kampanii referendalnej, która doprowadziła do przedterminowych wyborów. Przyznaje się do sojuszuz najwięk-szymwrogiem PiS, czyli Ruchem Palikota.
„Razem pracowaliśmy w referendum, tak? Jeden cel mieliśmy. Wypier...lić Nowaczyka [odwołany prezydent Elbląga - red.], tak? On teraz przeprasza za mnie? Jak ja byłem jego, no, nie przyjacielem, ale osobą, która go wspierała. Ile my zrobili -śmy? Więcej niżon” - mówi nataśmie Wilk. Przyznaje też, że działacze PiS zapłacili za nagranie spotu i przekazali go głównemu organizatorowi referendum Kazimierzowi Falkiewiczowi, działaczowi Ruchu Palikota, by ten puścił go w mediach. „Mieliśmy wspólny cel - wypier.. .lić tych z Platformy. Teraz jest szansa to wziąć. Idę tam na pięć lat” - dodaje Wilk.
Kandydat PiS opisuje też plany na przyszłość. Mówi, co zrobi, gdy zostanie prezydentem Elbląga. „Ja urząd znam. Ja wiem, kto tam jest szują, a kto nie, kto lody kręcił, a kto nie kręci. A sątakie gnidy, które trzeba wypier...lić. Za przeproszeniem. Im szybciej, tym lepiej” - mówi do swoich współpracowników. Później przyznaje: „Ja mam swoją prywatną czarną listę”.
Przedterminowe wybory na prezydenta Elbląga skupiały uwagę całej Polski, bo miały być kolejnym dowodem upad-kupolitycznego Platformy Obywatelskiej, z której wywodził się odwołany w referendum prezydent Grzegorz Nowaczyk, a potwierdzić rosnącą hegemonię PiS. Dlatego bezpośrednio przed wyborami Elbląg odwiedzali i Jarosław Kaczyński, i premier Donald Tusk. Kaczyński miał zresztą dodatkowy powód - Elbląg jest bliski jego sercu. To stąd po raz pierwszy został senatorem w 1989 r., tu zakładał pierwsze struktury poprzedniej partii - Porozumienia Centrum. Tu też nieraz w przeszłości przyjeżdżał, by wraz z wiernym miejscowym towarzyszem Leonardem Krasulskim raczyć się niesprzedawanym już w Polsce miejscowym piwem EB.
UBECKIE METODY
Dlatego sprawę nagrań Wilka szybko pod -chwyciły ogólnopolskie media. Jednak nie zaszkodziły one kandydatowi PiS, który wygrał drugą turę wyborów z Elżbietą Gelert z Platformy. Nasirozmówcy z PiS już w dniu ujawnienia nagrań przyznawali, że cała akcja była wyreżyserowana. - Wilk został na -grany na spotkaniu ze współpracownikami u siebie w firmie. Nie było tam nikogo obcego - mówi nasz rozmówca.
Według naszych źródełna kilka dni przed drugąturąwyborów PiS zamówiło sondaż. Wynikało z niego, że Wilk przegra wybory z kandydatką PO. - Wizerunkowa porażka. Pierwsza tura zdecydowane zwycięstwo, a w drugiej kaplica - mówi polityk PiS. W partii zaczęto się więc zastanawiać, jak ewentualną klęskę przekuć w sukces i jak wytłumaczyć ją w mediach. - Nie wiem, czybył to pomysł Warszawy, czy lokalny, ale wymyślono, że Wilk zostanie nagrany w ta -jemnicy i wypuści się te nagrania do mediów
-    opowiada osoba z otoczenia Wilka. Do spotkania Wilka ze współpracownikami, na którym został nagrany, doszło już po zamówionych sondażach. - Nie wiedział, że jest nagrywany. Dzięki temu uzyskano au -tentyczność - mówi działacz PiS. - Zresztą spotkanie odbywało się przy piwku. Pocięte izmontowane na szybko nagranie przekazano jednemu z portali internetowych w Elblągu. - Celowo wybrano taki, w którym naczelnym jest osoba w przeszłości pracująca podczas jednej z kampanii dla Elżbiety Gelert - opowiada nasz informator. Dlaczego tak zrobiono?
Pomysł, jak twierdzą działacze PiS, był prosty. Gdyby Wilk przegrał drugą turę, partia Kaczyńskiego chciała oskarżyć PO
o nieczystą i nieuczciwą kampanię. Zresztą już w dniu publikacji nagrań Wilk mówił:
-    To ubeckie metody. Wtórowałmurzecznik PiS AdamHofman. - Drugastrona posunęła się do ostateczności, sięgając po najniższe chwyty, jakie można w kampanii zastosować - ocenił. Pytany o to, kto jego zdaniem stoi za publikacją nagrań, odpowiedział, że w kampanii wyborczej sątylko dwie strony.
-    Stary układ się broni, a stary układ jest związany z Platformą - sugerował.
Jednocześnie sprzyjający PiS portal Niezależna.pl ujawnił przeszłość redaktora naczelnego portalu, który opublikował nagrania. - Wszystko od samego początku do końca było pod kontrolą - twierdzą nasi rozmówcy. - Proszę zobaczyć, nikt nie szuka winnych. Nikt nie robi z tego powodu
afery, nie wydala nikogo z partii. A przecież łatwo jest ustalić, kto nagrał Wilka, skoro na spotkaniu było pięć osób - dodaje nasz informator.
Dziś nazwiska osób, które brały udział w spotkaniu, są w PiS ściśle strzeżoną tajemnicą. Jednak w elbląskim PiS nic nie dzieje się bez wiedzy wspomnianego posła Leonarda Krasulskiego, bliskiego współpracownika Kaczyńskiego. Twierdzi on, że taśmy to nie jest sprawka PiS. - A kogo, jeśli na spotkaniu byli tylko działacze waszej partii? - pytamy. - Wilk powinien dokładniej dobierać sobie współpracowników - odpowiada ze śmiechem Krasulski. Sam Jerzy Wilk nie odbierał telefonu.
Niemniej akcja PiS w Elblągu nie może dziwić. Historia taśm - audio albo wideo
- w polskiej polityce jest długa i burzliwa. Na ogół taśmy strącały polityków w niebyt. Zdarzało się też jednak, że tak jak w Elblągu politycy potrafili się przed ich śmiercionośnym działaniem obronić. A nawet wyjść z tego wzmocnieni.

 ŹRÓDŁO


Kaczyński rusza w Polskę

KACZYŃSKI RUSZA W POLSKĘ




W powietrzu pachną lipy i czuć wakacje, a służbowa skoda oktavia z prezesem i dwie czarne furgonetki z ochroną mkną szosą z Warszawy na Węgrów. W upalną sobotę Jarosław Kaczyński rusza w teren. Sześć spotkań we wschodniej Polsce, przerwa na tydzień w Sejmie, i znów spotkania z elektoratem. Dziś teren, na którym tradycyjnie wygrywa PiS.
Powietrze faluje z gorąca.

Podsłuchiwani, wystąp!

Najpierw Węgrów, ośrodek kultury. Czterysta osób. Ścisk. Średnia wieku wysoka. Miejsc brakuje nawet na schodach. Publiczność się poci w oczekiwaniu na prezesa. W centralnym punkcie sceny stoi mównica ze złotym logo partii.
Poseł Arkadiusz Czartoryski, szef okręgu siedlecko-ostrołęckiego PiS, przez mikrofon rozgrzewa zebranych. - Były ciężkie chwile. Wielu członków PiS ze względu na przynależność traciło pracę - mówi. - Ale już niedługo odsuniemy Platformę od władzy, czego państwu i naszej kochanej ojczyźnie życzę.
Dostaje oklaski, ale sala czeka na kogoś innego. Czas się dłuży.
Poseł Krzysztof Tchórzewski zdradza powody, dla których PiS nie jest u władzy: - Przegraliśmy, bo się kierujemy uczciwością.
Stawia diagnozę: nie ma kryzysu, bo nie ma wojny. Jest złe gospodarzenie w Polsce i oszukaństwo. Mówi się, że PiS podsłuchiwało. - Czy ktoś na tej sali był podsłuchiwany?! - woła poseł.
Sala milczy wstydliwie. Ten i ów patrzy na zegarek, bo minęło już pół godziny spotkania z Kaczyńskim bez Kaczyńskiego. Na szczęście są atrakcje. Działacze wchodzą na widownię razem z widzami przez drzwi. Nagle na scenie pojawia się Ryszard Czarnecki, nie wiedzieć czemu przez scenę chce dotrzeć do swojego krzesła na widowni. Z wysokości sceny zerka na zgromadzonych, jakby na coś czekał. Dostaje oklaski.
Wreszcie wchodzi prezes.

Obraza przez asocjację

Nie czeka nawet, aż umilkną brawa. Zaczyna ostro. O pracy: - Gdyby nie emigracja, bezrobocie mielibyśmy dzisiaj na poziomie 26-28 procent (dane zmieniają się ze spotkania na spotkanie, na ostatnim potencjalne bezrobocie poszybuje do ponad 30 procent).
Ludzie klaszczą. Przekaz jest prosty: krytyka rządów Platformy i plan rządzenia PiS. Z naciskiem na ktytykę.
W Londynie Polacy mają najniższe stawki (to nieprawda) - tymczasem na państwową spółkę Inwestycje Polskie ma iść 40 miliardów. Przeciętny Polak nie będzie z tego miał nic.
Potrzebna jest reindustrializacja. To pierwsze z trudnych słów. Kaczyński nie przejmuje się tym, że część publiczności za nim nie nadąża. „Refeudalizacja rolnictwa”, „repulsja wobec partii”, „obraza przez asocjację”, „dać konstytucji jednoznaczną aksjologię”, „wtórna feudalizacja”, „immunizować na kryzys” - padną w tym i następnych przemówieniach.
W pierwszym rzędzie słuchają księża.

Poniżają nas

Prezes wskazuje: fatalnie jest w oświacie, w kulturze. Najgorsze jest poniżanie Polaków. Weźmy ten film niemiecki - nie potrafiono zorganizować kontrataku. Ci, którzy prowadzą niemiecką politykę historyczną, próbują na nas zrzucić odpowiedzialność za zbrodnie. Skutek? Każdy Polak, który wyjeżdża jako turysta na Zachód, traktowany jest jako gorszy.
Oklaski.
Jarosław Kaczyński punktuje: Czesi z wioski Lidice zrobili ikonę [Niemcy wymordowali jej mieszkańców - przyp. red.]. - A w Polsce było, wiecie państwo, ile takich wsi?
Milczenie.
-    Aż 814 takich wsi! Około 200 tysięcy ludzi zginęło. Polski rząd powinien robić wszystko, żeby Europa o tym wiedziała.
Ale przecież wiadomo, co to za rząd. Te związki partnerskie, przynoszenie szkodliwych mód. Na szczęście już trzęsą portkami: - Zobaczyli, Że jest źle. Zobaczyli zjazd katolików w Częstochowie. Że się organizujemy. Polska nie może być krajem o charakterze wyznaniowym, ale w Polsce większość to katolicy.
Podsumowanie: jeśli tylko PiS dojdzie do władzy, to zło się skończy.
Duże brawa. Czas na pytania.

My jesteśmy panami

Pytań nie można zadawać osobiście. Trzeba napisać na karteczce. Wrzuca się ją do szklanego dzbanka. Potem jeden z działaczy odczyta prezesowi i publiczności. Z tym że karteczek brakuje. Długopisów też.
Wyborcy jakby się umówili, że będą pytać o reformę emerytalną, wojsko. Na każdym z sześciu spotkań Kaczyńskiego powtarzają się te same pytania. Nie ma karteczek z pytaniami o drogi, o lokalną politykę, o Smoleńsk. Pierwsze pytanie: „Jaką rolę widzi pan dla Glińskiego?”.
-    Ja myślę, że dobrze by było, gdyby Polska miała przyzwoitego prezydenta
-    prezes robi pauzę na oklaski. - Profesora bez powiązań z WSI.
Na sali są dziennikarze. News o Glińskim zaraz idzie w świat.
Jest trochę jak w „Wielkiej grze”. Działacz wyciąga karteczkę i czyta: - Pytanie z dziedziny wojskowości: co z polską armią? - Musimy być krajem, o którym wiadomo, że jak ktoś napadnie, to będzie wojna. Jedna celebrytka śpiewała ostatnio, że jakby co, to będzie uciekać. Postawy takie trzeba zwalczać.
Pierwsze (i ostatnie w czasie wizyty prezesa) pytanie o Smoleńsk. Czy są realne szanse na wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej? - Tak, ale musi się zmienić władza - ucina Kaczyński.
-    Powinniśmy mieć mentalność panów, bo jesteśmy panami - przekonuje prezes.
-    Tak mówią o nas na Wschodzie, powinni też na Zachodzie.
Prezes dostaje kwiaty i album o Węgrowie. Nie rozmawia z wyborcami. W asyście ochrony i działaczy wychodzi z sali.

Skąd oni naprawdę pochodzą

Godzinę później - Sokołów Podlaski. W salce ośrodka kultury pięćset osób. Na dworze 30 stopni, w sali brakuje powietrza. Jarosław Kaczyński się spóźnia. Nikt nie narzeka. W pierwszym rzędzie tradycyjnie księża.
Na scenie tradycyjnie Ryszard Czarnecki. Znów dostaje oklaski.
W gazetce „Jaka Polska’', którą PiS rozdaje w czasie wizyty, krzyżówka. Hasło na 13 liter pionowo: „Mówienie prawdy, cechuje członków PiS”. Na cztery, pionowo: „Imię posłanki Fotygi’'.
Wreszcie jest prezes. Owacje na stojąco. Dużo o służbie zdrowia, która idzie w kierunku prywatnej i płatnej. To się wiąże z kryzysem, który wywołała władza. Która teraz szuka pieniędzy, więc sięga do kieszeni ludzi. To okradanie Polaków. Za tym, oczywiście, stoją interesy tych, którzy doszli do fortun nie dlatego, że byli Gatesami. To ludzie, którzy korzystali z układów. To się kładzie straszliwym cieniem. Za rządów PiS było lepiej.
- Próbują wam wmówić, że to był straszny czas, ale dla kogo? Dla tych, którym rząd PiS stworzył 1,3 mln miejsc pracy? - grzmi prezes.
Pan w niebieskiej koszulce krzyczy:
- Dla Barbary Blidy!
Prezes jakby nie słyszał: - Kto się w Polsce musiał bać? Złodzieje!
Oklaski.
O elitach: - Skąd ich majątki, skąd oni naprawdę pochodzą? Dla nich to był straszny czas. Jesteśmy odpornym i twardym społeczeństwem, tylko musimy skończyć z tą okupacją łajdacką.

Boga damy do konstytucji

Czas na pytania z sali. Znowu karteczki. Co najbardziej trapi mieszkańców Sokołowa? „Tusk powiedział, że nie odda władzy bez walki. Czy nie ma obawy, że przyszykują jakąś prowokację?”. - Musimy być odporni na różne metody - wzdycha prezes. - Słyszymy teraz o faszyzmie.
Z tego, że ktoś pokrzyczał na wykładzie, robi się wydarzenie. Czy to wymaga tal\: histerycznych reakcji?
Inny ważny problem sokołowian: „Czy gdy PiS dojdzie do władzy, zmieni konstytucję?". Kaczyński wzdycha: - Piękna wizja...
Oklaski.
- Chcemy, żeby konstytucja zaczynała się od słów: ,y.1 imię Boga wszechmogącego”. Obecna konstytucja waruje prawa różnych korporacji, a prawa do życia nie.
A jeśli prezydent i premier to nie są bracia bliźniacy, to się muszą kłócić. Jak nie będzie można zmienić konstytucji, to też sobie damy radę.
Pytanie o wojsko (identyczne jak w Węgrowie). - Polska musi być przygotowana na długotrwałą obronę. Narody tchórzliwe nie mają szans. Wszyscy nimi gardzą.
Oklaski.
Prezes kończy. Nie rozmaawia z wyborcami. Znika za kulisami. 

Michnik już nas nie pozwie
 
W tym roku lider PiS odwiedził już ponad 100 powiatów. W sztabie partii zakładają, że do końca roku objedzie wszystkie 380.
Ze spotkań na Podlasiu widać, w którą stronę idzie PiS. To marsz po pełną władzę, bez przypadkowych koalicji. To wymaga schowania kontrowersyjnych tematów. Smoleńsk nie istnieje. Dopieszczany jest ojciec Rydzyk i środowisko „Gazety Polskiej”.
Z pytań na karteczkach: „Jak odnosi się PiS do TV Trwam na multipleksie?”. - Cieszę się, że to miejsce dostał ojciec Rydzyk. I że oni musieli ustąpić. Ale Radio Maryja i „Gazeta Polska” muszą iść razem, żeby się nie dało sfałszować wyborów.
Z serii pytań na karteczkach: „Co pan myśli o Republika?’'. - Nie mam dostępu, mam telewizję z talerza, a tam nie ma Republiki. Oni zdaje się przyjęli taktykę, żeby wychodzić do tych nieprzekonanych. Ale dobrze, że powstają nowe media.
„Czy możliwe jest ucywilizowanie sceny politycznej ?”. - Był przemysł pogardy. Temu będziemy się przeciwstawiać. Ale nie będziemy odbierać wolności.
I po chwili: - Wycofamy przepisy o ochronie dóbr niematerialnych. Michnik mógł wytaczać procesy i wygrywał, Gudzowaty mógł wytaczać procesy i wygrywał. Jak wszyscy zobaczą, Że można o nich mówić ostro, to może się uspokoją.

Elity jak najgorsze parobki

Jeśli PiS szykuje na kogoś bicz, to na elity, a dokładnie - na tak :zwane elity. - Takie same kary dla profesora i milionera jak dla prostych ludzi - postuluje prezes Kaczyński.
Elita to grupa, która uważa, że ma prawo o wszystkim decydować. Elity wywodzące się z poprzedniego systemu. Elity, a właściwie tak zwane elity, które zachowuj ą się jak najgorsze parobki. Przykład? Sprawa niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Jesteśmy obrażani, a część tak zwanych elit przyłącza się do tego. - Jak nie lubią Polski, to niech sobie jadą gdzie indziej. Jak ktoś chce być w Polsce i być Polak em, musi kochać ten naród - mówi Kaczyński i dostaje oklaski.
Nie będzie zgody na robienie z nas pomocników Hitlera. Na dziwne eksperymenty, filmy jak „Pokłosie”, gdzie Polaków się obraża za polskie pieniądze.
Musimy zmienić opinię o Polsce. Niemcy doprowadzili do wojny, do komunizmu, dlaczego mają przywileje? W kulturze panuje haniebna pedagogika wstydu. Niemcy próbują się przedstawiać jako ofiary. Opinię o Polakach się niszczy.

Czas wybierać

Wieczór. Domanowo, mała wioska pod Brańskiem. Sala gimnastyczna w nowoczesnej szkole. W pierwszym rzędzie czterech księży. Mównica podróżuje razem z prezesem. Już rozstawiona. Rozłożone kartki. Dwie szklanki - po prawej stronie cola, po lewej woda.

Jarosław Kaczyński się spóźnia. Miejscowy zespół zawodzi: „Jestem Podlasianka, mam słodkie oczęta, ten, kto na mnie spojrzy, ten mnie zapamięta”.
Poseł Krzysztof Jurgiel zachwala swój rolniczy program w Trwam. - Podaję godzinę i zachęcam - mówi. - Staramy się przekazywać rzetelne informacje.
Wreszcie jest prezes. Dużo o rolnictwie: - Bardzo dziękuję, że PiS wygrywa na wsi. Jesteśmy formacją, która odwołuje się po prostu do Polaków. Wieś jest dyskryminowana. Tusk zapowiadał, że ruszy w Polskę, i co? Zmienił zdanie, nie pojechał, bo musiałby powiedzieć: będę teraz dawał te pieniądze na Warszawę.
Oklaski.
Prezes nie pozostawia złudzeń. W Polsce są dwie opcje, PO i PiS. Czas wybierać. A przy wyborach pilnować, żeby były uczciwe.

Kaczyniaków pamiętamy

Chór gospodyń niemal wskakuje mu w słowo na ludową nutę: „Z radością witamy pana prezesa Prawa i Sprawiedliwości, jest nam miło i przyjemnie, że na Podlasiu dziś gości”.
Znów pytania na karteczkach. Do mikrofonu po raz pierwszy (i ostatni) dopycha się ktoś z sali: - PiS wygląda tak, że zamknięta grupa działaczy dzieli stołki. Czy PiS to zmieni? Czy się rozszczelni?
- Wielkiego pędu do partii nie zauważamy. Raczej odrzucenie partyjności. Wielu prawicowych dziennikarzy ciągnie ten wątek, a to niedobrze. Nie ma demokracji bez partyjności.
Ktoś krzyczy do mikrofonu: - Dziękuję za to, co pan robi dla naszej ojczyzny. Bóg zapłać!
Gospodynie śpiewają: „Na pożegnanie wszyscy razem, hip, hip, hurra, hip, hip, hurra!” i „Sto lat!’'.
Prezes zostaje jeszcze w szkole na naradzie z działaczami. Widzowie idą do domów. I do spożywczaka. Kilkunastu mężczyzn omawia spotkanie. - Dobrze mówił. Tamci nic tylko wina i cygara kupują - mówi jeden z nich. - I jeszcze żeby Tusk na garsonkę dla żony nie miał? Tale mężczyzna nie robi.
Dla domanowian prezes PiS to krajan. - Kaczyniaki? Tu! - macha ręką jeden z mężczyzn. - Tu niedaleko do wujka przyjeżdżali. Kaczyniaków wszyscy tu pamiętają.

Trzymaj pan tak!

Niedziela. Prezes modli się na mszy w sanktuarium w Sokółce. Potem sam przy bocznym ołtarzu. Młode małżeńsko chrzci dziecko, robią pamiątkowe zdjęcie, mały Kubuś na rękach u prezesa.
Znowu upał. Jarosław Kaczyński znowu się spóźnia, został na plebanii. Któryś z działaczy mówi o tym w sali gimnastycznej pobliskiej szkoły. Odpowiada mu niechętne buczenie.
Wreszcie jest prezes. Od razu ostro. O wszystkim - praca, mieszkania, perspektywy, służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości, oświata. Rolnicy są okradani przez wielkie sieci. Likwidacja KRUS oznacza, że na polskiej wsi wielu ludzi będzie chodziło boso. Projekt stworzenia w ciągu kilku lat 1,2 mln miejsc pracy autorstwa PiS został odrzucony. A popierali go wszyscy, nawet ci od tego z Biłgoraja.
Trzeba kontrolować wybory. W gruncie rzeczy nie wiadomo, gdzie są serwery, które liczą głosy. Siwy pan w drugim rzędzie potakuje: - Sondaże zaniżane są.
PiS musi rządzić samodzielnie, żeby można było zmienić konstytucję. Trzeba podnieść głowy i pójść do przodu.
Znów pytania z karteczek. Prezes szybko kończy. Nie rozmawia z wyborcami. Znika. Ale przed budynkiem czekają najwierniejsi. Kiedy wsiada do octavii, starszy człowiek podnosi kciuk: - Trzymaj pan tak, trzymaj!

Platforma rozkłada Lasy

W Łapach (spóźnionego) prezesa wita owacja na stojąco. Widać, że się przygotował. Mówi o upadłych zakładach kolejowych w Łapach, o wielkiej cukrowni:
- Jest nieprawdopodobna korupcja, złodziejstwo i marnotrawstwo. Już niedługo nie będziemy mieć własnej poczty we własnym kraju. Oni się po prostu nie nadają, nie powinni rządzić.

Pytania na karteczkach nie dotyczą Łap, dotyczą Polski. Czy władze zostaną rozliczone? - Nie będziemy się mścić. Choć ja sam straciłem przez to pośrednio najbliższych. I pośrednio mamę. Ale abolicji nie będzie. Nie będzie grubej kreski.
Oklaski.
Kolejne pytanie z karteczki. O wiek emerytalny. Prezes jakby zaczął odgadywać prawdę o karteczkach. Wzdycha.
-    Chyba na każdym spotkaniu jestem o to pytany. Wróci to, co było.
Co PiS zaproponuje Polsce i czy będzie zmiana konstytucji? Będzie. Pan obok mnie jakby się ocknął: - Właśnie, skąd ten Kwaśniewski wziął majątek?!
Żegnają go okrzyki: „Jarosław, Jarosław!” i słoik miodu od pana Bogdana.
Jest okropny upał, a w Wysokiem Mazowieckiem PiS ma konkurencję. Międzynarodowy Dzień Mleka. To święto miasta. Kiedyś występowała tu sama Doda ( - Wie pan, co powiedziała? Że tylu wieśniaków naraz nigdy nie widziała
-    żali się jeden z wyborców).
Na ulicznym festynie konkurs picia na czas. Pan Karol wypija litr mleka w 12,23 sekundy.
Mimo atrakcji do salki miejscowej szkoły walą tłumy. Prezes ma 25 minut spóźnienia. Na sali czterysta osób, jak zwykle są księża. Po spotkaniu pytania. Wśród pytań o wojsko i wiek emerytalny trafia się jedno świeże. - Strasznie tną polskie lasy. Co pan na to? Prezes jak zawodowy leśnik: - Platforma Obywatelska doprowadziła lasy do rozkładu.
Na szczęście Polakom spadają łuski z oczu. Czas półsnu, ciepłej wody w kranie się skończył.
Powietrze faluje od upału.

 ŹRÓDŁO

wtorek, 16 lipca 2013

Jedna koncesja Dla katolików to za mało

 Media tzw. mętnego nurtu kierują się zasadą SMS, czyli „seks, muzyka, sensacja". U nas jest inny SMS: przede wszystkim sens, też dobra muzyka, i rzeczy ciekawe, nawet sensacyjne. Ale zawsze musi to formować człowieka

Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z o.Tadeuszem Rydzykiem CSsR
twórcą i dyrektorem Radia Maryja oraz Telewizji Trwam



Ojcze dyrektorze, a jednak dali tę koncesję Telewizji Trwam.

Jeszcze nie dali, dopiero obiecali. Była uchwala, ale kilka schodków wciąż przed nami. Trzeba zachować ostrożność, bo w tym systemie wszystko jest możliwe. Ile było w przeszłości obiecanek! Natomiast oczywiście, nie wyobrażam sobie, by nie dotrzymali danego słowa. To, że musieli dać tę koncesję, jest wielkim zwycięstwem ludzi modlących się w tej intencji i działających. Za to wszystko serdecznie, także za pośrednictwem tygodnika „Sieci”, dziękuję.

W wymiarze politycznym i społecznym to wydarzenie przełomowe, przełamanie monopolu strony lewicowej na multipleksie. Dlaczego władza uległa?

To już zostawiłbym politykom i socjologom. Z mojego punktu widzenia to wielkie, pozytywne zwycięstwo zjednoczonych Polaków, ludzi dobrej woli. Widać, ile możemy dokonać, jeśli jesteśmy razem. I widać, że również w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji są różni ludzie, różne opcje i można się porozumieć. Zawsze nawoływałem do uczciwej, spokojnej rozmowy. Udało się do tego doprowadzić i to jest owoc. A o pewnych złych sprawach, które też się pojawiły, mnie mówić nie wypada. Bo to była droga przez mękę.

Trudno to zrozumieć. Byle jakie stacje z głupawymi teledyskami dostały koncesję od ręki, a Trwam musiała walczyć dwa lata.

Ja też tego nie rozumiem. Często zastanawiam się, skąd bierze się ta nienawiść. Ta niechęć do Kościoła, do Radia Maryja i Telewizji Trwam, a najczęściej do drugiego człowieka jest świadomie wywoływana. Przypadkiem w TVN widziałem, jak napuszcza się ludzi na abp. Henryka Hosera, który wysłał na emeryturę ks. Wojciecha Lemańskiego. Tego ostatniego też mi szkoda, wpadł w jakąś pętlę emocjonalną i trudno mu wyjść. A przecież każdy ksiądz wie, że w Kościele obowiązuje posłuszeństwo, jesteśmy jak wojsko. Inaczej to nie ma sensu. W tym samym materiale przeciwstawiano mnie Ojcu Świętemu. Bo ja, rzekomo wbrew papieżowi Franciszkowi, bogaty jestem. A to nieprawda, wszystko to zbudowali ludzie, za swoje pieniądze. To nie jest nasze, ja nic nie mam, to należy do zakonu i służy ludziom. My mamy radość, realizację powołania, narzędzie do ewangelizacji.

Większość Polaków zapewne do dzisiaj jest przekonana, że ojciec dyrektor jeździ najdroższym samochodem świata, maybachem.  

Nawet nie wiedziałem, co to jest ten maybach. Jeden z naszych ojców zadzwonił do „Gazety Pomorskiej”, która to podała. Zapytał, dlaczego piszą nieprawdę. A redaktor na to cynicznie odpowiedział, że może to i nieprawda, ale już fakt prasowy. Czyli to nadal działa tak jak w czasach komunistycznych. 


To czym ojciec dyrektor jeździ?

Tym, co akurat jest w radiu, które jak każde medium potrzebuje samochodów, by organizować transmisje, spotkania. Kiedyś mi zarzucali, że kupuję helikopter. To nie była prawda. Ale jeśli uznamy, że jest on nam konieczny do pracy, do ewangelizacji, do rozwoju radia czy telewizji, wówczas dlaczego mamy go nie kupić? Czy my, katolicy, jesteśmy gorsi? Ma helikopter TVN, ma Polsat, może mieć i Telewizja Trwam. Ale to odległa sprawa, chcę tylko pokazać, że nie możemy pozwolić na wmówienie nam, iż ewangelizację należy hamować.

Jakie zachowania według ojca mają charakter takiego wmawiania?

Cała sprawa z koncesją to właśnie dyskryminacja katolików. To jest jawna, krzycząca niesprawiedliwość. Szczególny ból sprawiało mi to, że zajmowali się tym ci, którzy sami siebie przedstawiali jako katolików. Nie wiem, co myśleli, jak to sobie w sumieniu poukładali, ale to pewnie nie było proste. A jeszcze bardziej boli, gdy słyszę i widzę, jak niektórzy duchowni idą na układy z tym światem. Jak mogą występować przeciw dobru Kościoła?!

Oni twierdzą, że inaczej to dobro interpretują, a ojciec jest zbyt wyrazisty.

Ksiądz musi być wyrazisty, jednak nie może oczywiście nikogo przekreślać. Niestety, większość argumentów, którymi posługują się ludzie tak mocno czasami Radio Maryja i mnie atakujący, jest nieprawdziwa, wyprodukowana w maszynach kłamstwa. Ciągle coś mi przypisują, wymyślają, a nie dają nawet możliwości odpowiedzi. Kiedy odpowiadam, wyjaśniam sam - nie cytują. Tak też jest z tym zarzutem, że rzekomo nazwałem panią prezydentową, śp. Marię Kaczyńską, czarownicą. To nieprawda.

Jak było naprawdę?

Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem. Nie zgadzałem się czasem w niektórych sprawach ze śp. Lechem Kaczyńskim, ale bardzo go szanowałem, tak jak i jego małżonkę. Był jednak najlepszym naszym prezydentem po wojnie. Zdarzyła się raz sytuacja, którą odebrałem bardzo niedobrze. Pani prezydentowa przyjęła osoby, które brutalnie występowały przeciwko życiu, lansowały aborcję, a w przeddzień spotkania jedna z nich promowała eutanazję. A pamiętałem, że przed wyborami rozmawiałem z oboma braćmi Kaczyńskimi i pytałem Lecha Kaczyńskiego m.in. o to, czy jest za życiem. Odpowiedział zdecydowanie, że jest przeciw aborcji, przeciw zabijaniu. Gdy doszło do tego mitingu u pani prezydento-wej, poczułem się oszukany. Bo przyjmowanie w Pałacu Prezydenckim takich osób sugeruje akceptację ich poglądów.

To był błąd prezydentowej?

Dziś myślę, że to wynikało z otwartości pani prezydentowej. Lech Kaczyński też wielokrotnie próbował rozmawiać, przekonywać. A często wykorzystywano to przeciwko niemu. Tak za życia, jak i po jego śmierci.

W tej nagranej ojca dyrektora wypowiedzi pada jednak słowo „czarownica”?

Padło słowo „czarownice” w odniesieniu do niektórych osób, które tam gościły. Samo nagranie było zmanipulowane. To były posklejane fragmenty rozmowy z grupą studentów, którym musiałem zwrócić uwagę na niewłaściwe zachowanie. Pewnie byli na to źli, może jakieś służby też ich podpuściły, że się na to zdecydowali. I tak bywa, gdy się wychowuje młodzież, niektórzy zawodzą. Ale nie może nas to zniechęcać.

BĘDZIEMY WALCZYLI, BY NA MULTIPLEKSIE ZNALAZŁA SIĘ STACJA DLA MŁODZIEŻY, KTÓRĄ POWOLI BUDUJEMY. TRZEBA IŚĆ DO MŁODYCH Z MĄDRĄ I DOBRĄ OFERTĄ. TO, CO TERAZ SIĘ JEJ SERWUJE, JEST PŁYCIZNĄ

A propos zniechęcenia, miał ojciec moment, gdy pomyślał, że nie uda się wywalczyć koncesji?  

Raz, kiedy wszystko szło jak po grudzie, pomyślałem: „Matko Boża, może ty jednak nie chcesz, by była taka telewizja?”. Ale takie chwile szybko mijają. Przecież o radio też od lat trwa ciężka walka, bo Radio Maryja jest dyskryminowane. Wyraźnie stwierdziła to w swoim raporcie z 1999 r. Najwyższa Izba Kontroli. Popatrzmy na moce nadawania dwóch ogólnopolskich stacji prywatnych. Jedna ma ok. 1600 kW, druga 1800, a Radio Maryja, po wielkich bojach, ma niecałe 1200 kW.

Lewicowi publicyści piszą często, że gdy jadą przez Polskę samochodem, w wielu miejscach jedyną stacją, którą odbierają, jest Radio Maryja.

To Bogu dzięki! Może to Pan Bóg zabiega, by się nawrócili? Jeśli komuś tak się zdarza, powinien to przemyśleć i przyjąć tę ofertę.

Jan Dworak odpowiadał ostatnio na komisji sejmowej, że od 2008 r. KRRiT pozytywnie rozpatrzyła 12 wniosków o zwiększenie mocy nadawania.

Wiele rzeczy pan przewodniczący pięknie mówi... To nie żadne przywileje, lecz walka
O to, by nasze nadajniki nie były rażąco słabsze. Jak to wygląda, już panom powiedziałem.
I dlatego, gdy obiecuje, że dostaniemy koncesje na multipleks, to się cieszę, jednak czekam na dokumenty. Właśnie przed chwilą otrzymaliśmy na piśmie uchwałę rady, czekamy na pozostałe pisma.

Prasa rządowa pisze, że ta koncesja to dowód, iż ni RP jest pluralistyczna, a KRRiT nie jest stronnicza, bo przecież koncesję dała.  

Straciliśmy dwa lata. Ale nie tylko o to chodzi. Nie dokonało się w tym czasie także wiele dobra, bo przecież nam chodzi o docieranie do ludzi z przekazem Ewangelii, Prawdy. To ta sama sytuacja co z odebraniem Kościołowi majątku przez komunistów, w tym szpitali, ochronek, szkół itd. Dziś mówi się tylko o majątku, a przecież to była wielka strata dla narodu, bo ileś dobra się nie dokonało. Wracając do koncesji: ona jest jedna na kilkadziesiąt miejsc. To nie jest sprawiedliwość, to nie jest normalność. Nie możemy być jak dzieci, które zadowalają się lizakiem ofiarowanym na odczepnego, by dały spokój.

Można wywalczyć więcej?

Trzeba. Dlatego nie zamykamy sprawy niesprawiedliwego rozstrzygnięcia w pierwszym konkursie koncesyjnym i walczymy do końca w sądzie o przyznanie nam także tamtego miejsca. Mamy do tego prawo, wtedy nas skrzywdzono. Złożyliśmy dobry, merytoryczny, wiarygodny wniosek, a pod byle pretekstem nas skasowano. Będziemy też walczyli, by na multipleksie znalazła się stacja dla młodzieży, którą powoli budujemy. Trzeba iść do młodych z dobrą, mądrą ofertą. To, co teraz się jej serwuje, jest płycizną i złem. Nie jestem przeciw rozrywce, sam się lubię pośmiać, pożartować, ale to nie może człowieka degradować, poniżać.

Jak będzie wyglądała Telewizja Trwam na multipleksie?

Na pewno musimy iść do przodu, rozwijać się. Zachowamy to, co najlepsze, jednak postaramy się, by program był atrakcyjny, ciekawy. Do wszystkiego oczywiście potrzebni są ludzie i pieniądze. Na pewno będziemy pilnowali, by była to telewizja służąca do społecznego komunikowania, wzajemnej rozmowy, wymiany opinii. A nie, jak było w komunizmie i często pozostaje dziś, że słuchacz czy widz jest pod rurą, z której ciekną różne brudne rzeczy. Media tzw. mętnego nurtu kierują się zasadą SMS, czyli „seks, muzyka, sensacja”. U nas zasady są inne, przede wszystkim sens, dobra muzyka także, i musi też być ciekawie, nawet sensacyjnie, ale zawsze musi to wszystko formować człowieka. A więc też SMS, jednak inny, służący dobru. Musi być i humor, marzę o dobrych audycjach satyrycznych. Mamy dobre wzorce. Proszę spojrzeć na pisma wydawane przed wojną przez o.
Maksymiliana Kolbego. Tam była formacja, ale
i humor, rzeczy ciekawe, nawet sensacyjne. I ludzie czytali, masowo, chętnie.

A filmy?

Też są bardzo ważne, choć bardzo drogie. Nie zawsze warto kupować, lepiej byłoby produkować własne. Powstaje wiele dobrych produkcji, jest wiele pomysłów, scenariuszy, choćby przedstawionych w poprzednim numerze panów tygodnika. Liczę na ludzi, na dobre pomysły, na twórców. Telewizja Trwam będzie również otwarta na produkcje filmowe, które z powodu cenzury nie mogą się ukazać gdzie indziej. Jest także Wyższa Szkoła Kultury Medialnej i Społecznej, gdzie są wspaniali młodzi ludzie, niezwykle utalentowani. Im też trzeba dać szansę, by się rozwijali, tworzyli.

Członek KRRiT Krzysztof Luft powiedział, że w Telewizji Trwam na multipleksie ma nie być „jednostronnej, zaangażowanej publicystyki, także religijnej”. Jak ojciec dyrektor rozumie te słowa?

Nie rozumiem, nie wiem, o co chodzi. Nauka Kościoła katolickiego jest jedna, choć oczywiście występują u nas w ramach budowania wspólnego dobra i muzułmanie, i Żydzi,
i protestanci, i prawosławni. Ale wtedy jasno mówimy, kto z jakich pozycji występuje. Dla katolika prawda jest jedna.

To może być zapowiedź ciągłych monitoringów, kontroli, pouczeń?

Nawet jeśli tak będzie, to może w ten sposób pomogą być nam lepszymi? Byle tylko nie nękali. Taki do tego mamy stosunek.

Jak dziś ojciec dyrektor patrzy na telewizję Republika?

Na pewno powinno być w Polsce jak najwięcej mediów dobrych, katolickich, niekoniecznie w tym znaczeniu, że kościelnych, ale opartych na wartościach naszej cywilizacji. I z tego punktu widzenia to dobrze, że ludzie się organizują, działają. Jednak nie można iść na skróty, a taka wątpliwość pojawiła się, gdy dowiedziałem się, że Republika dostała transmisję satelitarną, bardzo kosztowną, od pana Zygmunta Solorza. Trzeba patrzeć, od kogo co się bierze, czy nie powstaje uzależnienie. Potem zdarzyły się nieszczęśliwe posunięcia w czasie manifestacji poparcia dla Telewizji Trwam. Pojawiali się tam ludzie, którzy rozprowadzali jakieś karty telewizji Republika, dość drogie, i mówili, że już jest telewizja, że nie trzeba już walczyć o Trwam. To było - nie wiem, czy świadome -szkodliwe działanie.

Ogląda ojciec dyrektor tę stację?

Nie, nie mam takiej możliwości. Myślę, że są tam też bardzo wartościowi ludzie, jednak zawsze musimy widzieć całość.


Dlatego Radio Maryja wydało instrukcję o zasadach organizowania marszów w obronie stacji?

To nie jest przeciwko komukolwiek, po prostu musi być jasność. Tu się pojawiła sprawa z panem Tomaszem Sakiewiczem. Patrzyłem na pewne zachowania z dużym zdziwieniem. Czytam: „Ojcze Tadeuszu to, ojcze Tadeuszu, tamto”. A przecież nie jesteśmy z panem Sakiewiczem po imieniu, ja nie mówię do niego „panie Tomku”. Zawsze potrzebny jest wzajemny szacunek. Niestety, dalej są pewne sytuacje niewyjaśnione, jak list pana Sakiewicza do Benedykta XVI, z opisem, co ma z nami zrobić.

Nie słyszeliśmy o takim liście.

Ale pojawił się, ja takich rzeczy nie nagłaśniam, nie lubię konfliktów, jednak coś takiego było. Pan Sakie-wicz nie wyjaśnił, dlaczego brał udział w zamachu na ks. abp. Wielgusa. Uczynił wielką krzywdę Kościołowi, biskupowi i Polsce. Nie odwołał także zarzutu, postawionego kiedyś w „Gazecie Polskiej”, iż rzekomo współpracujemy z Rosją, bo tam mieliśmy swoje nadajniki.

To też mówił kiedyś Jarosław Kaczyński  

Ale wycofał się z tego, powiedział, że to była pomyłka, i mnie przeprosił. Tak się załatwia takie sprawy, uczciwie. Gdy się pomylimy, trzeba odwołać, przeprosić.

A dlaczego, zdaniem ojca dyrektora, PiS i Solidarna Polska idą osobno? Mogą się jeszcze porozumieć?

Powinni. Patrzę na te rozłamy i pytam się: czy to są emocje, ambicje, czy jeszcze coś innego? Przecież tu chodzi o wiarę i naszą cywilizację, inne różnice powinny iść na bok. Trzeba tylko rozmawiać na argumenty prawdy, miłości, dobra wspólnego.

Przełom w Polsce, dobra zmiana, jest możliwa?  

To marzenie nas wszystkich. Ale siły zła są potężne. Nie tylko w kraju, mamy do czynienia z międzynarodową wojną cywilizacyjną. Polska jest tu jednym z elementów. Musimy to wszystko rozumieć, jednak jednego nam nie wolno - poddać się. I jeśli będziemy konsekwentnie z Panem Bogiem, zwyciężymy. Zwycięży Pan Bóg w nas i przez nas, dla dobra każdego człowieka.    ■

piątek, 12 lipca 2013

Krystyna Pawłowicz Ze mną trzeba grzecznie


Krystyna Pawłowicz
Ze mną trzeba grzecznie

Ktoś napisał na mojej stronie poselskiej, że życzy mi, aby mnie zajebano. Wcale się tym nie przejmuję. Naprawdę nie jestem wredna i nie wstaję rano z zamiarem przyłożenia komuś



Porwałem z lady ostatni słoik powideł i pobiegłem do kościoła św. Wawrzyńca, aby posłuchać - jak zapowiadał sochaczewski PiS - niezłomnej felietonistki Radia Maryja, wybitnej profesor prawa, wiernej Ojczyźnie parlamentarzystki:
„Hańbą dla parlamentu są ludzie pokroju Palikota i im podobni, na przykład ksiądz Ko-tliński, który już nie jest księdzem, będzie się on smażył w piekle. Solą egzorcyzmowaną trzeba ich potraktować. Dostałam sól od sióstr, które sprawdziły ją na tym Dalajlamie, kiedy przyjechał do Wrocławia. Słuchajcie, te jego wierzenia nie mają nic wspólnego z chrześcijaństwem -reinkarnacje, zwalczanie sił szatańskich, własne doskonalenie się... Szkoda gadać. No więc siostry posypały solą fotel, na którym miał usiąść Dalajlama. I kiedy już rozsiadł się wygodnie, podskoczył raz, podskoczył drugi. Działa!
Nie wiem tylko, jak miałabym wnieść sól egzorcyzmowaną do Sejmu; tam wszędzie są kamery”.
Po godzinnym wykładzie były długie brawa i długa kolejka z kwiatami ciętymi. Tylko ja miałem powidła śliwkowe i pewnie dzięki nim nie wracałem do Warszawy pociągiem, ale samochodem, na tylnym siedzeniu, obok poseł.
W okolicy Bieniewa-Parceli dowiedziałem się, że Polska jest wynarodowiona przez premiera Donalda Tuska; przed Ożarowem Mazowieckim, że Ziobro perfidnie wykorzystał Kaczyńskiego; w Ursusie, że jako dziennikarz powinienem stanąć po słusznej stronie i myśleć o dobru Polski.
A potem była herbata.

Gdy z Krystyną Pawłowicz piłem herbatę w ogródku kawiarnianym na Mokotowie:

- Młodo pani wygląda, pani poseł.
- Dziękuję. A mnie siódmy krzyżyk już idzie. Ostatnio w autobusie facet mi mówi: „Proszę pani, jaka pani młodziutka!”. Powiedziałam mu, że to oświetlenie, że gdybym stanęła w pełnym świetle, to efekt byłby inny.
- W pełnym świetle też pani młodo wygląda.
- To geny. Mój tatuś do śmierci chodził wyprostowany. Poza tym prawie 40 lat pracy z młodzieżą na uniwersytecie robi swoje. Gdybym pracowała w domu opieki, od samego patrzenia bym się zestarzała.
Ale muszę wziąć się za siebie, bo na Facebooku wyzywają mnie od grubasów. W Sejmie utuczyłam się dziesięć kilo, przez zasiadanie w komisjach. A na przerwach siedzę w bufecie, do mieszkania w Ursusie nie opłaca mi się jechać. Zdecydowałam się na dietę tysiąc kalorii dziennie. I tak oszukuję - jak mi się chce lodów, to bez skrupułów kupuję pięć gałek.
(Poseł wpatruje się nerwowo w każdego, kto mija nasz stolik, jakby chciała spytać: „Kim jesteś?”).
- Co składa się na ten tysiąc kalorii?
- O tym też pan będzie pisał?
- Przecież to interesujące.
- Na szczęście w kuchni nie muszę siedzieć
- gotowanie czy pieczenie nigdy nie było moją mocną stroną. Co rano gotowe porcje dostarcza mi kurier - pięć posiłków7. Są owoce, warzywa, sałatki, mięso, szynka, chleb. Nawet banan w czekoladzie jest.
W tym wieku trudniej zadbać o linię. Kiedyś uprawiałam sporty - rzucałam oszczepem, biegałam. Człowiek wtedy wyglądał. No i gdyby nie te sporty, to wylądowałabym w poprawczaku. Mnie ze sprawowania zawrze wychodziła czwóra. Dostałam raz piątkę, ale bez nagrody, to był warunek. Inne dzieci z piątką miały nagrodę. Ja mogłam pomarzyć. To dlatego, że między chłopakami chodziłam, dość agresywna byłam. Nikt mnie nie zaczepiał, wszyscy wiedzieli, że ze mną trzeba grzecznie.
(Z porcelanowych dzbanków' nalewamy herbatę do filiżanek. Poseł drżą dłonie i oblewa sobie garsonkę; wyciągam z torby chusteczki i śpieszę z pomocą.
- Mam nadzieję, że nie zalałam panu dyktafonu.
Na szczęście ocalał).
- Dzisiaj też wszyscy wiedzą, że z panią trzeba grzecznie? Tak zwane lobby homoseksualne czy nawet dziennikarze nie zawsze postępuj ą z panią „grzecznie”. Wielu nie może pani wybaczyć słów o homoseksualistach - no,
tych, że ich związki są jałowe i nieużyteczne dla społeczeństwa.
- To zaangażowane środowiska pedalskie podnoszą wrzawę.
- A może uraziła pani niezaangażowanego rolnika homoseksualistę spod Grójca?
- Proszę mi wierzyć, że mam dla homoseksualistów najgłębsze współczucie. Pytałam nawet ministra zdrowia, czy jest dla nich program pomocy, na przykład terapia w ramach NFZ. Niestety, nie ma. A przecież życie homoseksualistów musi być straszne - jeszcze wielokrotnie zdewiowane, jak u tego Grodzkiego, który myśli, że jest kobietą. Zaburzenie tożsamości płciowej, podstawkowego instynktu życiowego człowieka, to niewyobrażalna męka. Jak człowiek jest ścięty u korzenia, to on nie wie, kogo ma kochać, czy chce mieć dzieci, czy nie, nie wie, jak ma się ubrać. Pomóżmy tym ludziom!
Z księdzem Dariuszem Oko chcieliśmy w Sejmie zrobić konferencję na temat problemu homoseksualizmu, ale PiS idzie na fali zwyżkowej i nie chcemy tego przytłumiać, żeby ktoś nam nie zarzucił, że zajmujemy się tylko wytykaniem, kto z kim śpi. Przeczekać trzeba.
Proszę pana, przesiądźmy się do innego stolika. Ta kobieta obok nadstawia uszy.
(Nie ma innego stolika, przenosimy dalej ten, przy którym siedzimy).
Do mnie zwracają się w listach homoseksualiści. Piszą, że bardzo cierpią i chcieliby wrócić do naturalności. Jeden z nich napisał, że poseł Robert Biedroń nic nie robi, tylko grzeje się w świetle jupiterów. Homoseksualiści powinni mieć świadomość, że to ja jestem ich obrońcą. Ci od Palikota robią na gejach i lesbijkach kariery, trzymają w ciemności, żeby stracili nadzieję i nie wierzyli, że można z tego wyjść. Ku światłości należy ich wreszcie wyprowadzić, modlić się do Boga o zdrowie psychiczne dla nich.
- Przeprosiła pani poseł Annę Grodzką za porównanie jej twarzy do twarzy boksera?
- Mogę przeprosić bokserów za to porównanie.
Choć sama nie mam męża, bronię fundamentów rodziny. Mam do tego prawo, tak jak papież, biskup, ksiądz, czy każdy człowiek, któremu na sercu leży dobro rodziny - podstawkowej komórki społeczeństwa.
- A propos męża. Czytałem, że pani chłopak uciekł na Pomorze, a pani spakowała walizkę i za nim pojechała.
- Pewnie pan to w „Newsweęku” wyczytał? Nie ma w tym krzty prawdy. „Newsweek” napisał mi drugi życiorys.
Wybrałam życie samotne, przez co mogę strzec na przykład wspomnianych fundamentów. Mam dobre wzorce, bo moja mamusia pochodzi z wielodzietnej rodziny. Było ich jedenaścioro, bardzo zżyci ze sobą. Ach, jak mi się podobają duże klany. Nadawałabym się do Afryki, tam jak się rodzina zjedzie, to jak szarańcza, i choćby nie wiem co, musisz wszystkich ugościć...
Nie, tak to bym jednak nie chciała.
Moja mamusia i tatuś byli w harcerstwie. Mamusia, żeby dostać się do liceum w Łowiczu, napisała pracę „Mój bohater Piłsudski”. Bardzo to panie nauczycielki pochwaliły. Jak człowiek ma takie tradycje, to interesuje go to, co się z Polską dzieje.
-A dziennikarze?
- Co dziennikarze?
- Uwzięli się na panią?
- Mam taki potencjał, że rozjeżdżam wszystkich, w studiu musi być walka. Badania pokazały, że to mnie telewidzowie Oglądają chętniej niż prezesa Kaczyńskiego. Nie dałam się Czajkowskiej z TVP, nie dałam się Kuźniarowi z TVN 24. Do takiej Olejnik bym poszła, jej trzeba wreszcie coś powiedzieć, skopać. Nawet do Lisa bym poszła i rozpierniczyła ten jego teatr. Ale ani Lisowi, ani Olejnik nie dam tej przyjemności.
Pamiętam, jak pierwszy raz wita! się ze mną Jarosław Kuźniar. Myślał, że do studia przyszła jakaś tam głupiutka paniusia w lnianej sukience i włosem spiętym w warkocz. O, jakże się pomylił, jakże się przeliczył. Kiedy kończyliśmy program, miał łzy w oczach. A widział pan, jak w Polsat News storpedowałam dziennikarkę? No i jak wypadłam?
Naprawdę nie jestem wredna i naprawdę nie wstaję rano z zamiarem przyłożenia komuś. Jeśli zapraszają mnie do studia, żeby mnie skompromitować - a co za tym idzie skompromitować
wartości, których bronię - to muszę odpowiadać na zaczepki dziennikarzy. Oni woleliby, żebym schyliła głowię, przytaknęła, wyszła zakłopotana. Nie ze mną te numery.
Poruszam wciągające tematy, dlatego dziennikarze lubią mnie zapraszać, rosną im słupki. Mam tale zwane gadane, mówię barwnie. W końcu dydaktyka polega na tym, żeby bawiąc, uczyć.
Pseł odbiera telefon. „Przyjdę, ale muszę zobaczyć, czy ktoś z mamunią będzie mógł zostać”.
- Ta komórka to stary model - tłumaczy mi
- umiem włączyć, ale SMS-a nie umiem wysłać. Komputerem też nie umiem się posługiwać).
- Przez ile lat miała pani zajęcia na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego?
(- Ten facet dziwnie mi się przypatrywał, widział pan? - wodzi nerwowo wyrokiem za mężczyzną w białej koszuli, dopóki nie zniknie na końcu ulicy).
- Prawie 40. W 2011 napisałam prośbę o rozwiązanie umowy. Woźni jak odchodzą, to dostają kwiaty. Mnie po tylu latach nikt nie podziękował. Pani rektor napisała do mnie tylko jedno zdanie: „Przed odejściem proszę nie zapomnieć oddać legitymacji służbowej”.
Musiałam odejść, bo Hania Gronkiewicz-Waltz odbierała mi zajęcia. Jest prezydentem miasta, ale wciąż kieruje Zakładem Administracyjnego Prawa Gospodarczego i Bankowego na Wydziale Prawa i Administracji.
Piszą, że myśmy się kiedyś przyjaźniły. Nie byłyśmy przyjaciółkami, ale koleżankami z pracy. Zaczęło się od tego, że jej pomogłam. Hania siedziała w domu zawekowana, więc zgłosiłam ją do NBP. Inaczej nikt by jej nie dostrzegł. Później w ramach wdzięczności, w rocznicę wyboru, zapraszała mnie do restauracji - miałam sobie wybrać miejsce i danie z karty. Posiedziałyśmy, pogadałyśmy, pojadłyśmy; Tak było przez kilka lat.
Potem ona zasiedziała się w banku, tamten świat ją wyciągnął, była kupiona posadami. Doszły osobiste urazy - ja dużo publikowałam, mnie studenci lubili, biedniejszym kupowałam podręczniki, mieli mój domowy telefon. Pamiętam, jak dzwonili nocą. Taki jeden student, który pracował w policji, miał dyżur nocny i zadzwonił o pierwszej. Bo nie wie-
dział, co ma napisać w tytule pracy. Oczywiście przepraszał, że tale późno. Powiedziałam, że wcale nie jest późno, że czekałam na telefon od niego.
No i nie byłam zawistna, w ankiecie oceniającej moją pracę studenci dali mi ze sprawiedliwości pięć. Kiedyś kazano mi oblać na poprawce krewnego znanego komunisty. Nie oblałam, umiał na cztery, to dostał cztery.
Szkoda, że mój wydział stał się platformerski. Utrudniano mi życie, nie chciano dopuścić do habilitacji. Raz już miałam zarezerwowany obiad w restauracji dla komisji, ale w ostatniej chwili odwołano obronę, złośliwie, żeby tylko mi dopiec. Musiałam odwołać obiad i gości.
- A przygoda z polityką? Jak to się zaczęło?
- Zadzwonił do mnie prezes Jarosław Kaczyński z pytaniem, czy zechciałabym w wyborach zasilić Prawno i Sprawiedliwość. Wiedział, że jestem czasowa ograniczona, bo opiekuję się mamą. Powiedział, że to rozumie, bo też opiekuje się mamą. Naw'et zaoferował pomoc. Bardzo mi to zaimponowało. Po Smoleńsku miał tyle spraw^ na głowie, a taki ludzki.
Dostałam wschodnią Polskę. Zgarnęłam około 21 tysięcy głosów, drugi wynik. Trochę przez Radio Maryja, gdzie mam felietony. Ale i tak nie było łatwo, na przykład PSL - szkodnik jeden - zaklejał mi plakaty.
Polityka interesowała mnie od zawrze. Pracowałam przy Okrągłym Stole nad ustawą
o zgromadzeniach. Na przestrzeni lat pomagałam różnym politykom, ale zawsze wokół prawicy. W 2004 roku zgłosił się do mnie Roman Giertych z Ligi Polskich Rodzin, bo nikt nie był w stanie napisać mu skargi na traktat akcesyjny. Powiedziałam, że bezpłatnie napiszę, bo to również moja sprawa. No i napisałam. Dostałam za to bukiet róż i płytę z koncertem chopinowskim. A dzisiaj Giertych mówi w programie Moniki Olejnik: „Strzeżcie się PiS, bo kiedy wróci, będziecie mieli taki rząd, że ministrem spraw' wewnętrznych będzie Macierewicz, a Pawłowicz sprawiedliwości”.
Nie zapisałam się do PiS, nie lubię iść stadnie. Taka już jestem. Podczas zajęć na aplikacji w 1969 roku uniewinniłam morderczynię męża. Zabiła go nożem od kotletów, bo ją bił. Cała moja grupa ją skazała, poszła utartym śladem, a ja z tych samych faktów wyciągnęłam inne wnioski. Dostałam za to od sędziny pięć.
- Ma pani koleżanki?
- Nie mam czasu na koleżanki, więc przestały mnie zapraszać na imieniny. Wyobraża pan sobie mnie, jak siedzę za stołem, piję kawę i plotkuję?
- Słyszałem, że grożono pani śmiercią. Jak się pani odstresowuje?
- Odstresowuję się moją mamunią. Siedzę przy niej w każdej walnej chwili, ma 90 lat.
Filmów' nie oglądam, za to czytam gazety: „Nasz Dziennik”, „Gazeta Polska Codziennie”,
„Gazeta Polska Tygodnik”, „Niedziela”. Oglądam Telewizję Trwam, słucham Radia Maryja
- miód na serce. Włączam też Radio Classic, lubię Cesarię Evorę, orkiestrę Glenna Millera. Mam mnóstwo pamiątek - wpatruję się w ścianę, wiszą na niej zdjęcia w sepii, na nich mój dziadek i babcia. Wiszą stare szable.
- Te szable należały do dziadka?
- Nie, kupione na starociach.

Krystyna Pawłowicz:
-Mam taki potencjał, że rozjeżdżam wszystkich, w studiu musi być walka. Badania pokazały, że to mnie telewidzowie oglądają chętniej niż prezesa Kaczyńskiego

A co do tych pogróżek; ktoś napisał na mojej stronie poselskiej, że życzy mi, aby mnie zajebano. Wcale się tym nie przejmuję. Gdy człowiek jest przekonany, że robi dobrze, to ma dookoła siebie pancerz ochronny. Rano trzeba się przeżegnać, pomodlić do Michała Archanioła, niech diabły przepędza. Poza tym, dostałam relikwie księdza Jerzego Popiełuszki, mam też fragment sutanny Jana Pawła II. A w sercu noszę świadomość, że moi wrogowie pracują na moje niebo.
Zamówi mi pan taksówkę?

Zanim Krystyna Pawłowicz zadzwoniła do mnie z prośbą, abym nie rozmawiał z jej rodziną, bo czuje się osaczona, usłyszałem:

Pryszczata Krysia przyjechała z mamą na wakacje do dziadków? w Łowiczu. Była po ospie albo odrze. Świeże powietrze miało jej pomóc w rekonwalescencji, warszawskie nie dawało rady. A i czysta woda miała swoje zrobić. Dziewczynka lubiła kąpać się w Bzurze, biec łąką do wody (podwórko dziadków wychodziło na rzekę), szukać pod kamieniami raków'. Towarzyszyła jej armia dzieciaków, ona przewodziła - wysoka, pyzata i pyskata.
Potrafiła przylać z otwartej ręki marudnemu kuzynostwu. I zaw'sze podczas zabawy była „panią nauczycielką”.
Jej mama, też Krystyna, z łowickich Gawrońskich. Gawrońscy przed wojną zarzynali krowy i świnie. Robili najlepsze w Łowiczu kiełbasy, przez co mieli przekonanie o swojej wyższości, a i wierzyli, że płynie w nich błękitna krew7. Po-magierom słabo płacili.
Krystyna wychowywała się ze starszym bratem i młodszą siostrą w Ursusie. Ojciec pracował w Wedlu, matka w geodezji. Oboje skryci, chroniący swoją prywatność. Kto nie zapowiedział swojej wizyty, mógł nietakt etykiety poczuć na własnej skórze. Posiedziało się 15 minut i szło do siostry matki, ciotki Jadźki, która mieszka w tym samym bloku. Do niej można było wejść bez zapowiedzi, o każdej porze. Kawy' zaparzyła, pobiegła do sklepu po coś słodkiego, a jak w sklepie nie było, to narobiła drożdżowych placków'.
Krystyna Pawłowicz nadal mieszka w' Ursusie. Do niedawna w opiece nad matką pomagała jej ciotka Jadźka, ale od częstego dźwigania opadła z sił. Teraz poseł musi płacić pielęgniarkom.
Chętnie pomaga rodzinie, kuzynce w potrzebie wysłała na święta 1000 złotych. Nawet rodzina niewiele wie o jej kontaktach z młodszą siostrą i starszym bratem. Na pogrzebie wujka w Łowiczu powiedziała tylko, że siostra popiera „Walcówę” [Hannę Gronkiewicz-Waltz].

Gdy słuchałem Radia Maryja, usłyszałem Krystynę Pawłowicz stawiającą pytania:

Dlaczego pan premier Tusk stał się ostentacyjnym lewakiem walczącym z polskim Kościołem, pogardzającym polskimi bohaterami narodowymi i polskimi męczennikami?
Dlaczego uśmiecha się pokornie i przymilnie do niemieckiej kanclerz Merkel, a wysyła nienawistne spojrzenia posłom w polskim Sejmie?
Dlaczego premier Tusk ciągle harata w gałę, czyli gra w' piłkę, albo biega sobie alejkami dla poprawienia układu muskułów, albo opala się w ogródku? Dlaczego pan premier wszedł w' posiadanie Polski przez rosyjskie serwery?
Dlaczego pan premier Donald Tusk nigdy nie śpiewa patriotycznych, polskich pieśni? Czy pana Donalda Tuska można sobie wyobrazić jako warszawskiego powstańca?
Czy pan premier Donald Tusk w ogóle zna, rozumie i kocha Polskę?
Boże, nie spuszczaj z oka polskiego premiera, pozwól nam pilnować Polski.

Gdy w Sejmie debatowano nad ustawą antyaborcyjną, Krystyna Pawłowicz powiedziała do posła Marka Balta trzy zdania:

Nie poniżaj ich.
Spierdalaj.
Siadaj.

Gdy z Krystyną Pawłowicz przez telefon rozmawiałem:

- Jestem wdzięczna mamuni za wychowanie, pamiętam, jak w dzieciństwie czytywała mi „Życie świętej Genowefy”. Teraz to ja czytam jej tę książkę, odwdzięczam się za trud wychowania.
„»Życie świętej Genowefy«, napisane dla rodziców dzieci trudnych. Wydanie rozszerzone, Wydawnictwo Maria Vincit”, s. 34 i 76.
„Po laiku dniach przyprowadziła Genowefa synka do gniazdka, w którym już w' miejsce jajek były młode pisklęta, i rzekła: »Widzisz, mój synu, jak te ptaszki są jeszcze słabiuchne: nie mają piórek, nie mogą z gniazdka wylecieć«. »Ach, rzekł chłopczyna, biedne ptaszki; jeszcze prawie całe gołe; ale czy też tu nie zmarzną lub z głodu nie umrą?«. »Nie, kochany synu! odpowiedziała matka; już temu Pan Bóg zaradził, aby nie cierpiały głodu albo zimna. (...)«.
Gdy Genowefa kończyła te słowa, przyleciał stary ptaszek i usiadł na krawędzi gniazdka. Wszystkie młode ptaszki podniosły główki do góry i pootwierały' dziobki, a stary ptaszek każde z nich osobno karmił. Chłopiec, widząc to, mocno się zadziwił i rozradował, klaszcząc małymi rączkami: »Ach, jak to pięknie, jak to wybornie?^ »Widzisz, moje dziecię, rzekła Genowefa, że małe pisklęta jeszcze sobie nie umieją szukać żywności, przeto je żywi ten stary ptaszek. Ponieważ ziarnka byłyby jeszcze dla nich za twarde, dlatego przegryza je najpierw i rozmiękcza w swym dziobku i dopiero je rozdziela dorosły ptaszek. A co! Nie dobrze ż to Pan Bóg uczynił (...)«.
Pobożność Genowefy, jej cierpienia i okazana w nich cierpliwość anielska, jej bogobojne słowa i budujący przykład były wielkim błogosławieństwem dla całego kraju. Toteż ludzie w całej okolicy stawiali się pobożniejsi, cnotliwsi, a w niejednej chacie ustały swary, a niezgoda ustępowała miejsca jedności, miłości i powszechnej szczęśliwości”.
Schowałem do torby zeszyt oraz dyktafon.



Na spotkanie w kawiarni Krystyna Pawłowicz kazała na siebie czekać trzy godziny. Kiedy już przyszła, powiedziała, że nie ma wiele czasu, bo ciążą jej ważniejsze sprawy na głowie, jak choćby przygotowanie felietonu dla Radia Maryja. Zapytała, czy nie podsunąłbym jej jakiegoś tematu.
Powiedziałem: A może o tym, jak trudno Polakom ze sobą rozmawiać?