wtorek, 26 listopada 2013
ALBO SIĘ ZMIENICIE, ALBO WAS ZAMKNIEMY
Mówię TVP: Jeśli nie przywrócicie obiektywizmu, to po zdobyciu władzy zlikwidujemy was i powołamy nową telewizję publiczną
Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z ADAMEM HOFMANEA , rzecznikiem Prawa i Sprawiedliwości
Ten wywiad przeprowadzamy bez zgody biura prasowego. Będziemy mogli go wydrukować?
Złośliwość. Rozumiem, że nawiązujecie panowie do naszej nowej regulacji.
Tak. Tej, według której politycy PiS nie mogą przyjąć zaproszenia do telewizji czy radia bez zgody partii. Pana konkretnie.
Doprecyzujmy: chodzi wyłącznie o udział w ogólnopolskich programach w radiu i telewizji. Nie chodzi o jakieś wypowiedzi ad hoc, o komentarze udzielane na gorąco np. na korytarzu w Sejmie czy w mediach regionalnych.
Skąd w ogóle taki pomysł?
Media w Polsce, zwłaszcza prorządowe, są elementem gry politycznej. Są stroną sporu. A skoro tak jest, to uznaliśmy, że musimy jako Prawo i Sprawiedliwość suwerennie decydować o tym, kto reprezentuje nas w mediach. Na dobrą wolę mediów liczyć bowiem nie możemy.
Media mogą przestać was zapraszać w ogóle.
Jeśli komuś ta zasada będzie przeszkadzała, bo nie da się już zaprosić gościa, który nie pasuje pod tezę, albo łatwo zderzyć go z kimś w danej dziedzinie bardziej kompetentnym, to oczywiście może z nas zrezygnować. Może nie zapraszać przedstawiciela partii, która idzie po władzę. My przeżyjemy.
Macie problem z kadrami? Ławka polityków dobrze wypadających w telewizji czy radiu jest bardzo krótka i chcecie ukryć tych mniej utalentowanych lub wyszkolonych?
W każdej dużej zbiorowości są ludzie, którzy np. lepiej sprawdzają się w czasie pracy merytorycznej w komisjach sejmowych czy przy pisaniu ustaw niż w mediach. I odwrotnie - są utalentowani mówcy, którzy w komisjach są mniej widoczni. To zupełnie normalne. Każdy ma jakieś zalety, każdy coś daje partii, ale tym wszystkim trzeba lepiej zarządzać.
Ten problem mają wszystkie ugrupowania, a jednak nie wprowadzają takich, jawnych przynajmniej, regulacji.
Bo inne partie nie są traktowane przez media jako struktura, którą się zwalcza. W przypadku ugrupowania rządzącego środki przekazu wiedzą, kto jest właściwy dla danego tematu, kto sprawnie argumentuje. Są panowie pewni, że PO nie ma takich regulacji? Dziwnym trafem tuż przed rekonstrukcją w mediach zaczęła pojawiać się Kluzik-Rostkowska. W naszym przypadku media polują na nasze błędy, zastawiają na nas pułapki.
Kto wpadł na pomysł scentralizowania polityki medialnej? Pan?
Ten problem analizowaliśmy od dawna. Sytuacja dojrzała do tego, by coś zmienić, by lepiej kierować kadrami. Musimy dostosować przekaz do naszych priorytetów - emocje będą tam, gdzie być powinny, i fachowe, chłodne analizy też tam, gdzie ich miejsce.
My, czyli kto?
Tak poważnych decyzji nie podejmuje samodzielnie rzecznik partii. Na problem chaotycznych, nie zawsze adekwatnych komunikatów ze strony PiS zwracał uwagę Jarosław Kaczyński, także ludzie, którzy mu doradzają, z różnych środowisk. Centralizacja to jedyne skuteczne wyjście z tej sytuacji.
Jarosław Kaczyński zdefiniował problem, ale to Adam Hofman trzyma kluczyki?
Przypominam panom, że to była decyzja Komitetu Politycznego. To prezes Kaczyński kieruje partią i odpowiada za całość, a decyzje władz ugrupowania w obszarze medialnym realizuje rzecznik partii, czyli ja.
Politycy PiS odbierają tę regulację jako silny cios w ich autonomię. A prawo wysyłania ludzi do mediów to olbrzymia władza.
To władza ograniczona przez wspólne ustalenia kierownictwa. A po drugie, jeżeli chcemy wszyscy w PiS osiągnąć cel, to musimy wszyscy zrezygnować z części własnej autonomii. Albo mamy wspólne plany i temu wiele podporządkowujemy, albo zapomnijmy o sukcesach i realizujmy własne, wąskie interesy. Prosty wybór.
Napięcia jednak będą.
Zdaję sobie sprawę, wiem, że będę atakowany w nowej roli. Ale nic nie poradzę. Też chciałbym funkcjonować w warunkach mniej ostrego sporu, jednak dziś się nie da. Dostałem zadanie i dobrze je wykonam.
Nie będzie pan tego narzędzia używał do budowania własnej pozycji politycznej, do wyrównywania rachunków.
Chciałbym, żeby to narzędzie umożliwiło nam pokazanie wielu naszych merytorycznych, świetnie przygotowanych posłów, których media nie chciały do tej pory zapraszać. Proszę, by rozliczano mnie po efektach. Dzięki nowym zasadom możemy zyskać co najmniej kilka punktów procentowych. Dobre skutki już widać, nie tylko w sondażach.
Jakie to skutki?
Choćby dyskusja wokół wydarzeń z 11 listopada. Po niezbyt udanym wpisie posła Bartosza Kownackiego [ogłosił na Facebooku, że „płonie pedalska tęcza”; wpis później skasował - przyp. red.] próbowano skierować medialny atak w jego, czyli naszą stronę, byle nie zajmować się zaniedbaniami policji czy nawet Ruchem Narodowym, byle uderzyć w PiS. Kownackiego zaproszono do wszystkich ważnych programów. Gdyby obowiązywały stare regulacje, zaproszenia, co naturalne, zapewne by przyjął i sprawę
rozdmuchano by na wiele dni. Nowe zasady pozwoliły tego uniknąć. Umówiłem się z posłem Kownackim, że odpowie na zarzuty w wywiadzie prasowym. I okazało się, że z sytuacji kryzysowej można wyjść.
W TELEWIZJI PUBLICZNEJ AGITKA GONI AGITKĘ. JEST GORZEJ NIŻ ZA ROBERTA KWIATKOWSKIEGO
Zaraz pewnie ustalicie, że posłowie mają autoryzować w biurze prasowym także swoje wpisy w Internecie?
Wszystko można sprowadzić do absurdu. Musimy postępować rozsądnie i pamiętać o celu, jak również o tym, że z każdego naszego słowa można zrobić pretekst do ataku na PiS. Jeśli chcemy wygrać, musimy mówić jednym głosem we wszystkich środkach komunikacji, także w Internecie.
Złośliwcy w tym kontekście przypominają, że to po wypowiedziach Jarosława Kaczyńskiego - nie zawsze precyzyjnych, ale zawsze trochę zmanipulowanych - media atakowały z największą furią. Choćby po wzmiance o Angeli Merkel czy o Ślązakach.
Oczywiście można przekonywać, że Jarosław Kaczyński powinien wypowiadać tylko gładkie zdania, wcześniej przygotowane. Wówczas jednak przestałby być autentyczny. Za tym wezwaniem do zbanalizowania przekazu prezesa kryje się wezwanie, żebyśmy przymilali się mitycznemu centrum. Nie.
Dlaczego?
Pójście do centrum nie ma sensu, bo nikt na nas tam nie czeka. To są zużyte, nieprzystające do dzisiejszych czasów teorie marketingowe. To fikcyjne wyobrażenie, że na kanapie siedzą Michnik, Pieczyński oraz inni i serdecznie zapraszają, przytulają, prosząc tylko o złagodzenie języka. I tak będziemy atakowani, tylko za inne sprawy. Już nie za twarde stawianie sprawy Smoleńska, ale za samo jej wspomnienie. Ta kaskada roszczeń nie ma końca i nie ma co jej ulegać.
Idziecie w drugą stronę. Antoni Macierewicz został wiceprezesem PiS.
W ten sposób pokazujemy również, że kwestia Smoleńska to element naszej tożsamości. Nie będziemy się tej sprawy wstydzili, nie będziemy jej chowali. Kłamstwo smoleńskie jest elementem wielkiego kłamstwa, które nas otacza, kłamstwa o wspaniałej ekipie, świetnie rządzącej „zieloną wyspą”.
Chcecie porzucić centrum?
Nie, my chcemy - jako szeroki obóz - centrum kształtować. I to robimy. Są efekty. Przecież to nie przypadek, że dziś oznaką buntu, także ludzi o przekonaniach w sumie lewicowych, jest powstańcza kotwica. Nawet ekolodzy sięgają po ten symbol, nawet oni wywieszają biało-czerwone flagi. Dziś sztandarem buntu są prawicowe symbole. Inny przykład: zdumiewająco duża część warszawiaków, którzy głosowali za odwołaniem Hanny Gronkiewicz-Waltz, to osoby z wyższym wykształceniem. Skutecznie kształtujemy postawy.
Patrząc jednak na sondaże, można zapytać, dlaczego w sytuacji takiej zapaści państwa, takiej biedy, PiS ma tylko trzydzieści parę punktów poparcia. Powinno mieć więcej.
Powinno i miałoby, gdyby nie nakładka na system, naprawdę mocna. Mówię o sferze liderów opinii, mediów, instytucji publicznych - o tym wszystkim, co znajduje się między światem polityki a rzeczywistością. Mieliśmy klasyczny przykład w referendum warszawskim. Tuska schowano, bo przestał już być, również w oczach swojego zaplecza, jakimkolwiek atutem. Stał się premierem w formalinie. Jak zareagowały na tę sytuację media? Jawnie, jak nigdy, weszły w rolę władzy. Tusk wygrał bitwę bez jednego wystrzału. W jego imieniu walczyli dziennikarze i celebryci, Kuźniar, Gozdyra, Lis, Sobieniowski... To nowa strategia lidera PO: gdy się schowam, media za mnie „walczą”. Nowa jakość i uchwała, od której zaczęliśmy rozmowę, wynika także z tego.
Dlaczego owi dziennikarscy celebryci tak zażarcie walczę o zwycięstwa Tuska?
Bo walczą jednocześnie o trwanie świata, w którym mają się bardzo dobrze, o swoje kariery i biznesy właścicieli swoich mediów.
PiS uważa dziennikarskie gwiazdy III RP za funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej? Funkcjonalnie - tak. Spójrzmy zresztą na rynek mediów. Mamy w Polsce dwie duże prywatne telewizje i jedną dużą telewizję publiczną, trzech dużych graczy. Jeśli chodzi o TVN, ITI, to moim zdaniem sytuacja jest zero jedynkowa.
To znaczy?
To sytuacja czysta. Oni wiedzą, że jeżeli my wygramy, w Polsce skończy się pewien sposób uprawiania biznesu, w którym przypodobanie się władzy jest sposobem na otrzymywanie rządowych pieniędzy w postaci reklam. Wiedzą też, że ich sytuacja finansowa jest kiepska, że bez zastrzyków z publicznych środków w takim kształcie by nie przetrwali. Broniąc Tuska, bronią więc siebie. Oni to wiedzą, my to wiemy i obserwatorzy również to wiedzą.
Jest też Polsat.
To telewizja, która próbuje niuansować. Na razie niuansuje 5 proc. przekazu, żeby się zabezpieczyć na wypadek wygranej opozycji. Ale znów: zasadniczej linii przekazu nie zmieniają, chcą dokonać zabezpieczenia minimalnym, symbolicznym kosztem. Nie przywrócono elementarnej równowagi. Jeśli tak się stanie, będzie to źródło optymizmu.
Jak na tym tle ocenia pan TVP?
Tu mamy sytuację najciekawszą i najbardziej skandaliczną jednocześnie. Do tej pory było bowiem tak, że TVP sprzyjała tej partii, która akurat rządziła na Woronicza. Ale jednocześnie zawsze pokazywała inne punkty widzenia. W „Wiadomościach”, w TVP Info czy w publicystyce dostrzegano istnienie opozycji, nie pokazywano jej tylko w złym świetle. A dziś mamy tam nową jakość: jest tylko jeden punkt widzenia, jedna gazeta, jeden marsz, jedna słuszna linia. I dwóch ludzi: prezydent Komorowski i premier Tusk. A w sytuacjach kryzysowych, dla władzy kluczowych, TVP jest jeszcze mniej obiektywna i jeszcze bardziej agresywna niż TVN czy Polsat. Agitka goni agitkę, złośliwość konkuruje ze złośliwością. Tego się już nie da oglądać. Jest gorzej niż za Roberta Kwiatkowskiego. To już nie przechył, to już monogłos.
Może chcą być jak TVN, bo to im imponuje?
Władze TVP zachowują się dziś jak autokanibale, piłują gałąź, na której siedzą. Wiedzą, że obecny system wykończy w końcu TVP, bo forsuje interesy telewizji komercyjnych. Do tego brakuje im pieniędzy, muszą wyrzucać ludzi. A mimo to idą ślepo za władzą, atakując niesłychanie agresywnie PiS - jedyną partię, która chce i jest w stanie ocalić media publiczne w Polsce. To działania absurdalne.
Prezes Juliusz Braun wie, że PiS nie utrzyma go na stanowisku. A Tusk utrzyma.
Sytuacja dojrzała do tego, by powiedzieć, że jeżeli się nie poprawi, nie będzie sensu wymieniać prezesów. To nic nie da.
To co zrobicie?
Jeśli nie zostanie przywrócona elementarna równowaga w programach informacyjnych i publicystyce telewizji publicznej, nie ma sensu stosować starych reguł. Dziś one nie obowiązują i nie my je wypowiedzieliśmy. Wypowiedziały je obecne władze telewizji.
Co pan sugeruje? Jakie są konkretne skutki wypowiedzenia reguł gry?
Proste: będziemy musieli powołać nową telewizję publiczną, polską BBC. Telewizję naprawdę wypełniającą swoje obowiązki, bez względu na to, kto rządzi. Ale oczywiście bez ludzi, którzy zajmowali się brudną robotą. Dla nich będzie wilczy bilet. Naprawdę, nie brakuje w Polsce młodych, zdolnych ludzi, a także doświadczonych, lecz przyzwoitych, którzy tego wyzwania się podejmą.
Mówicie mediom publicznym: zmieńcie się albo my zmienimy was?
My mówimy: zmieńcie się albo przejdziecie do historii. Będziecie zamykać tę telewizję i wszyscy w Polsce będą wiedzieć, że to przez was.
Teraz dziennikarze TVP mogą atakować was jeszcze mocniej. Tak jak TVN-owcy poczują, że walczą o przetrwanie firmy.
Każdy musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy uważa, że to, co robi, jest w porządku, czy tak powinny zachowywać się media publiczne. Oczywiście nie jestem naiwny i nie liczę na masowe przejścia na stronę dobra. Ale namawiam, by przywrócić dobry obyczaj i te reguły, także niedoskonałe, które zawsze wyróżniały nadawcę publicznego. Dziś ich już nie ma. Jeżeli nie wrócą, możliwości porozumienia zostaną zniszczone. Nie ma co podtrzymywać obecnej fikcji. Powtarzam: nie ma co zmieniać prezesów, trzeba zmienić telewizję.
Platforma również krzyczała o stronniczości, gdy TVP kierowała poprzednia ekipa.
Nigdy nie było sytuacji takiej jak dziś. To naprawdę nowa jakość. Do tego nie zapominajmy, że likwidacja pluralizmu w TVP to likwidacja pluralizmu wśród dużych graczy w ogóle. To domknięcie drzwi. Dlatego będę mówił, że jest bardzo źle, najgorzej w historii III RP, mimo iż wiem, że będę za to atakowany. Mnie też byłoby łatwiej jako politykowi nie stawiać tak trudnych tez, patrzeć na świat przez różowe okulary. Ale polityka to zawód i powołanie. Robię to, bo chcę, by w przyszłości mój syn, kiedy powie, że ma konserwatywne poglądy, nie był nazywany faszystą, a córka, gdy nie będzie się zgadzać z feministkami, miała prawo głosu. Dlatego tak mocno się w to angażuję.
Jeżeli zbudujecie nową TVP, to zapewne natychmiast obsadzicie ją swoimi ludźmi?
Nie chcemy zdrowych mediów publicznych dla siebie. Chcemy normalnej TVP także dla przyszłej opozycji. Nie chcemy telewizji partyjnej, chcemy odbudować media służące wszystkim Polakom. Musi powstać taki system, którego nie da się już zepsuć. Bo to będzie kosztowny proces, również politycznie, wiemy o tym. Może trzeba rozważyć powrót do pomysłu znanego z innych krajów, że opozycja ma wpływy w jednym kanale, a władza w drugim? A może spójna, rzetelna telewizja? Dziś nie mam odpowiedzi, wiem tylko, że jeśli nie da się zmienić tego, co jest, trzeba budować od nowa. To się da zrobić, bo w innych krajach to zrobiono.
Znów atakujecie media, jak to się mówi w III RP „wolne i niezależne”.
Robimy to samo co brytyjska Partia Konserwatywna. Kilka tygodni temu premier David Cameron ostrzegał BBC, że swoimi zachowaniami - wysokimi płacami i wychyleniem na lewo - podważa podstawy swojego istnienia. Ja mówię to samo do TVP: kopiąc opozycję, odchodząc od zasady poszanowania wszystkich dużych ugrupowań, podważacie podstawy swojego bytu. I mówię to zarówno do prezesów, jak i do tych, którzy te polecenia wykonują albo dołączają się do tych manipulacji z własnej woli. Mówię do wszystkich telewizyjnych patriotów: zawróćcie z tej drogi.
Skoro jest tak źle, to może powinniście bojkotować TVP?
Gdybyśmy chcieli bojkotować wszystkie media nieobiektywne, wszystkich, którzy nas atakują, to stracilibyśmy całkowicie możliwość komunikowania się z opinią publiczną.
Czasem marnujecie okazje-politycy Pis nie chodzą do programu Tomasza Lisa w TVP2.
Nie chodzimy i nie będziemy chodzić, dopóki program ten będzie seansem nienawiści. W ten sposób pokazujemy, że po przekroczeniu pewnej granicy odmawiamy współpracy, nie udajemy, że jest w porządku. Red. Tomasz Lis, na marginesie, to w mojej ocenie schodząca gwiazda. Słychać o kłopotach jego medialnych przedsięwzięć, musi też, tak to wygląda, brać udział w niebezpiecznych wojnach w obozie władzy. Jest chyba w narożniku.
Do Lisa chodzi prawica-Solidarna Polska.
Robią to na własną odpowiedzialność i z tego będą rozliczani przy umie wyborczej. Korzystają z naszego bojkotu. Ale ta kroplówka, jak widać po sondażach, niewiele im daje.
POWOŁAMY POLSKĄ BBC. DLA LUDZI, KTÓRZY ZAJMOWALI SIĘ BRUDNĄ ROBOTĄ: WILCZY BILET
Po tym wywiadzie TVP wyłoży na stół podliczenie czasu antenowego, który udostępnia politykom, i powie: mówicie na naszej antenie tyle samo co PO czy SLD.
Nie chodzi o to, że nas nie pokazują. Chodzi o to, jak pokazują wydarzenia. Nawet z raportów przychylnej władzy Fundacji Batorego wynika jasno, że dramatycznie brakuje obiektywizmu. Wystarczy zresztą włączyć telewizor o 19.30 i wszystko jest jasne. Wystarczy zobaczyć wydanie „Wiadomości” z 11 listopada, by wiedzieć, co to manipulacja. Albo ostatnia afera korupcyjna, którą rzecznik CBA nazywa „największą w historii Polski” - zajmuje „znaczące” czwarte miejsce w głównym serwisie TVP.
Jest także - w TVP Info - program Jana Pospieszalskiego prezentujący inny, konserwatywny i patriotyczny punkt widzenia.
Jest, i dobrze, że jest. Ale to rodzynek, spychany na późną porę, przeniesiony z TVP2 do mniejszego kanału, stale zagrożony i jak przekonaliśmy się ostatnio, zdejmowany pod byle pretekstem.
Mówi pan o mediach publicznych. Media prywatne zostawiacie w spokoju?
Wiemy, że dziś obóz władzy wpływa silnie na media komercyjne poprzez reklamy spółek skarbu państwa, te wszystkie ogłoszenia promujące energię elektryczną, wycieczki do lasu, unijne programy czy czołgi. Tych wymyślanych ogłoszeń jest masa. To potężne narzędzie, które ma każda władza.
Użyjecie go po przejęciu władzy?
Wiemy, że to narzędzie istnieje. Wiemy też, że tak dalej w mediach być nie może.
Do wyborów dwa lata. Może teraz powinniście się mediom podlizywać, a nie wypominać im grę po stronie rządu? Bo dziś jesteście w pułapce: bez wygranej mediów się nie zmieni, a wygranej nie będzie bez choćby neutralności wielkich telewizji.
Gramy o dużą zmianę w Polsce. I widzimy, że ta zmiana nadchodzi. Zmiana, do której dojdzie nawet wówczas, gdyby wszystkie media tupały. Przecież, patrząc na duże telewizje, jest 3:0. Już 2:1 wiele by zmieniło. Ludzie rozsądni powinni wyciągać wnioski. Teraz, a nie po wyborach. Po nich będzie za późno.
Bo ci wielcy gracze mają interesy nie tylko medialne?
Mają. Ale nie dam się wciągnąć w ten temat.
Może przechył w mediach to też skutek lewicowo-liberalnych poglądów dziennikarzy?
Dziś jest w Polsce wyjątkowo wielu bardzo zdolnych, bardzo profesjonalnych dziennikarzy, którzy z tą władzą nie idą. Jest ich co najmniej tylu, ilu tych po drugiej stronie. Tylko że oni są zablokowani. Ja nie odmawiam dziennikarzom prawa do poglądów. Chodzi o to, by stosować równą miarę, by opcja lewicowo-liberalna nie nazywała siebie obiektywną, jednocześnie wszystkich o innych poglądach nazywając zaangażowanymi politycznie.
Na koniec pytanie o pana karierę. Dostał pan władzę kierowania ludzi do programów, ogłasza pan ważne projekty partii. Wszystko to tuż po tym, gdy wielu pańską karierę już grzebało.
Nie pierwszy raz tak wróżono. Z pokorą przyjmuję krytykę, staram się robić swoje, wyciągać wnioski z błędów. Zachowuję spokój, polityka to mój zawód i moje powołanie.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Układ finansowy PiS-u
Wokół partii Jarosława Kaczyńskiego zbudowano system finansowania działalności politycznej poza wszelkimi rozliczeniami i kontrolą
BIANKA MIKOŁAJEWSKA
„Albo finansowanie z budżetu, albo korupcja na wielką skalę’' - mówił kiedyś Jarosław Kaczyński, protestując przeciwko zniesieniu państwowych subwencji dla partii politycznych. Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak przekonywał, że pozbawione pieniędzy partie zwrócą się o pomoc do biznesu: „Biznesmeni nie są altruistami, jeżeli fundują kampanie partiom politycznym, to oczekują czegoś w zamian. A więc jest to korupcja”. A Joachim Brudziński roztaczał wizję milionów złotych, które po zmianie prawa zaczęłyby wypływać „z różnego rodzaju rajów podatkowych na kampanię tych, którzy zrobią wszystko, żeby PiS nie wrócił do władzy”.
Odkąd w 2011 r. zmniejszono subwencje dla partii, PiS przejada zgromadzone wcześniej oszczędności. Wydaje więcej niż dostaje z budżetu państwa - głównie na wynagrodzenia pracowników i zaprzyjaźnionych ekspertów, ochronę prezesa, usługi PR, reklamę i sondaże. Tylko śladową część przeznacza na aktywność partii w terenie.
Równocześnie w całej Polsce odbywają się setki imprez - konferencji, wystaw, koncertów i spotkań. podczas których funkcje gospodarzy lub głównych bohaterów pełnią politycy PiS. Często organizowane w reprezentacyjnych miejscach, z rozmachem i bogatą oprawą artystyczną; gromadzą setki, a nawet tysiące osób. Choć to ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego czerpie z nich polityczne korzyści, nie ono je organizuje.
Kto to robi? I skąd bierze na to pieniądze?
Jak ustaliliśmy, wokół PiS powstał układ stowarzyszeń, fundacji i nieformalnych mchów, które wspierają partię. Założycielami i członkami władz tych satelitów są najczęściej działacze Prawa i Sprawiedliwości.
Układając relacje między partią a satelitami, zadbano o to. by nie powtórzyły się problemy z początku lat 90., gdy Fundacja Prasowa Solidarności, której współzałożycielem był Kaczyński, wspierała finansowo jego pierwszą partię - Porozumienie Centrum. Prokuratura postawiła wówczas Kaczyńskiemu zarzut nielegalnego finansowania partii z pieniędzy fundacji; sprawę umorzono w2000r. ze względu na zmianę prawa.
Dziś satelity nie dają PiS-owi pieniędzy, świadczą za to na jego rzecz swego rodzaju usługi outsourcingowe. Finansują wydawnictwa. imprezy i akcje promujące partię Kaczyńskiego. Ma to ogromną przewagę nad finansowaniem z partyjnej kasy- odbywa się poza rozliczeniami i kontrola Państwowej Komisji Wyborczej.
• Zgodnie z prawem, partie nie mogą przyjmować pieniędzy od firm i organizacji. Darczyńcami
muszą być Polacy mieszkający w Polsce. Rocznie mogą wpłacić na konto ugrupowania nie więcej niż 15-krotność minimalnej pensji.
Organizacje satelitarne może finansować bez ograniczeń każdy. Głównym sponsorem satelitów PiS-u są Spółdzielcze Kasy Ószczędnościowo-Kredytowe. Ich budżet marketingowy - z którego wspierane są satelity - znacznie przewyższa kwotę, jaką PiS wydaje rocznie na całą swoją działalność. Krajowa SKÓK. której prezesem do ubiegłego roku był senator PiS Grzegorz Bierecki, w 2012 r. wydala na reklamę blisko 20 min zł. Największa z kilkudziesięciu Kas - SKOK Stefczyka (Bierecki przewodniczy jej radzie nadzorczej) - około 53 mln zł
• Partie mogą prowadzić kampanie wyborcze wyłącznie w ramach komitetów wyborczych, a finansować - tylko ze swojego funduszu wyborczego. Wpłaty na fundusz podlegają takim samym ograniczeniom jak te na konto partii, a wydatki nie mogą przekroczyć wyznaczonego w danych wyborach limitu. Złamanie tych reguł grozi odebraniem państwowej subwencji na trzy lata.
W wyborach prezydenckich i samorządowych w 2010 r. oraz parlamentarnych w 2011 r. pisowskie satelity prowadziły agitację poza komitetami wyborczymi Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Finansowały materiały i imprezy, za jakie inne partie płaciły ze swych funduszy wyborczych dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych.
• Komitety wyborcze nie mogą przyjmować bezpłatnych usług - z wyjątkiem roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów przez sympatyków poszczególnych partii.
W 2010 i 2011 r. satelity PiS organizowały imprezy wspierające kampanie wyborcze w salach użyczonych za darmo przez zaprzyjaźnione firmy i organizacje, a sympatyzujący z prawicą artyści występowali społecznie. Działacze satelitów bezpłatnie tworzyli strony internetowe; wydawali biuletyny i ulotki zachęcające do głosowania na Kaczyńskiego i PiS. Inne partie przeznaczały na to sporą część swoich funduszy wyborczych.
• I najważniejsze: informacje dotyczące finansowania partii są jawne. Co roku muszą one składać sprawozdania do PKW, wykazać wszystkie źródła przychodów i rozliczyć wydatki.
Stowarzyszenia, fundacje i ruchy wspierające PiS nie muszą upubliczniać informacji o sponsorach i pozyskanych środkach. W większości nie składają nawet ogólnych sprawozdań finansowych do sądów, w których są zarejestrowane (jeśli w ogóle są część działa nieformalnie). Często samo ustalenie, jaka organizacja stała za imprezą czy wydawnictwem i kto pokrył koszty, graniczy z cudem.
Gdy spróbowaliśmy uporządkować kolejne kręgi satelitów powstających wokół PiS po katastrofie smoleńskiej i przyjrzeć się ich finansom, okazało się, że jedna z organizacji firmowała wysokonakładowe pismo, choć nie miała osobowości prawnej. Ktoś jednak ponosił koszty wydawnicze i regulował rachunki. Inna zbierała pieniądze na kampanię Kaczyńskiego, nie mając zgody na zbiórkę publiczną ani konta w banku. Kolejna przedstawiana była w mediach jako organizator ogromnych imprez w reprezentacyjnych miejscach, ale jej władze zarzekają się, że nie mają pojęcia, kto pokrywał koszty. Jak ustaliliśmy - płatności wziął na siebie min. chcący zachować anonimowość przedsiębiorca.
Krąg pierwszy; oddolna inicjatywa,
KRĄG PIERWSZY:
CZYLI JAK LUDZIE WYDAWALI WYBORCZĄ GAZETĘ, NIEWIEDZĄ CO TYM
Koniec maja 2010 r., rusza kampania prezydencka. Do skrzynek pocztowych mieszkańców Trójmiasta. trafia „Magazyn Wybrzeże” - bezpłatne, 20-stronicowe pismo w nakładzie 55 tys. egzemplarzy. Artykuły i wywiady zachęcają do glosowania na Jarosława Kaczyńskiego i dyskredytują Bronisława Komorowskiego.
Gazeta opatrzona jest logo Polskiej Racji Stanu 2010, grupy dyskusyjnej na Facebooku. która miała być „centrum wymiany myśli i poglądów na tematy społeczne i gospodarcze”. Założył ją. Adam Stolarz, wiceprezes Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu za rządów PiS.
„Poczuliśmy potrzebę kontynuacji misji, którą rozpoczął Lech Kaczyński. Zaczęło powstawać wiele inicjatyw. Jedną z nich jest Polska Racja Stanu 2010. To właśnie osoby związane z tą inicjatywą oddają w Państwa ręce ten magazyn” - pisze redakcja w pierwszym numerze „MW”. Naczelnym jest Andrzej Jaworski, poseł PiS, niegdyś prezes Stoczni Gdańskiej z nadania tej partii.
Inni członkowie PRS 2010 o zainicjowanej rzekomo przez nich działalności wydawniczej dowiadują się, gdy magazyn trafia do czytelników. Skonsternowanym Stolarz tłumaczy na. Facebooku. że ich grupa i PRS 2010 wydający gazetę „to ten sam projekt”.
W kampanii prezydenckiej ukazało się sześć numerów „Magazynu”, dwa wyszły przed wyborami samorządowymi w 2010 r., gdy Jaworski kandydował na. prezydenta Gdańska. Łącznie wydrukowano co najmniej 440 tys. egzemplarzy. Koszty musiały sięgać co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie mogła ich pokryć PRS 2010. bo formalnie nie istniała.
Produkcję „Magazynu” Jaworski zlecił spółce Dom Prasy, której wspólnikiem był Jacek Pauli
- za rządów PiS wiceprezes państwowej Energi. W redakcyjnej stopce enigmatycznie podawano, że pismo jest „produktem specjalnym GD”. To skrót wydawanej przez Dom Prasy bezpłatnej „Gazety Gdańskiej”. Dzięki temu zabiegowi, choć „Magazyn” miał cechy materiału wyborczego, nie został zaliczony do kosztów kampanii Jarosława Kaczyńskiego i PiS.
Gdy ukazał się pierwszy numer. Jaworski twierdził, że „Magazyn” finansowany jest z reklam. Publikowano w nim głównie reklamy SKOK i obszerne płatne wywiady z ich władzami. Ze sprawozdania Krajowej SKOK za 2010 r. wynika, że „Magazyn” był jedynym doraźnie ukazującym się pismem, któremu płaciła ona. Za reklamę. W ten sposób, choć Kasy - jako podmioty gospodarcze
- nie mogły finansować kampanii wyborczych Kaczyńskiego i jego partii, pośrednio je wsparły.
Wiosną 2011 r. przed rocznicą katastrofy smoleńskiej Jaworski ogłosił nowe otwarcie PRS 2010 pod nieco zmienioną nazwą: Instytut Polska Racja Stanu 2010 im. Lecha Kaczyńskiego. Miał on być gospodarczym think-tankiem PiS i działać jako fundacja. Poseł PiS Maks Kraczkowski mówił wówczas portalowi myPiS.org: „Udało nam się zdobyć pewną pulę środków, nawet dość pokaźnych”.
Rok później Jaworski twierdził, że Instytut. PRS 2010 im. L. Kaczyńskiego działa w' ramach Fundacji Stoczni Gdańskiej, której on szefuje. I że mają już spore grono darczyńców.
Dziś przekonuje, że Instytut „nie funkcjonowali nie funkcjonuje w ramach FSG” i żadnych darczyńców nigdy nie było. Kto zatem zapłacił za zorganizowane w2011 r. przez Instytut konferencje: o budowie elektrowni atomowej, o służbach specjalnych (prowadzoną przez „agenta Tomka”) oraz o katastrofie smoleńskiej (z udziałem Antoniego Macierewicza i około tysiąca słuchaczy)? Kraczkowski przyznaje, że zwłaszcza w przypadku konferencji o atomie koszty druku materiałów, projektów multimedialnych i cateringu były „niemałe”, a. uczestnicy byli przekonani, że „zorganizowana ze sporym rozmachem inicjatywa była finansowana ze środków jakiejś większej instytucji”. Zapewnia jednak, że za. wszystko zapłacili z Jaworskim z własnych kieszeni.
Krąg drugi:
społeczne komitety,
CZYLI JAK PROWADZIĆ KAMPANIĘ POZA KOMITETEM WYBORCZYM
W maju 2010 r. część powstałych po katastrofie smoleńskiej oddolnych i nie całkiem oddolnych inicjatyw, przerodziła, się w społeczne komitety poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Jednym z najaktywniejszych był komitet trójmiejski (TSKP). Tworzyli go członkowie stowarzyszenia Godność, którego prezesem jest były poseł PC Czesław Nowak, oraz pracownicy SKOK.
Zwykle aktywność takich komitetów ogranicza się do publicznego ogłoszenia poparcia dla kandydata. TSKP przypominał komitet wyborczy, który prowadzi finansuje kampanię. Tyle że -jak wspomnieliśmy - sposób finansowania komitetu wyborczego jest ściśle określony, a wydatki kontrolowane. TSKP nie musiał przejmować się ograniczeniami ani rozliczać przed PKW.
Uroczysta inauguracja odbyła się 20 maja2010 r. w Sali Wielkiej Dworu Artusa w Gdańsku. Za wynajęcie sali zapłaciło stowarzyszenie Godność - prawie 4 tys. zł. choć kiedyś prosiło o zwolnienie z kilkuset złotych wpisowego w sądzie rejestrowym, argumentując, że jego członkowie utrzymują się „ze świadczeń emerytalno-rentowych”.
W 2010 r. jego sytuacja finansowa musiała się znacznie poprawić, bo Godność wspierała TSKP w organizacji koncertów i spotkań promujących Kaczyńskiego. Nie wiadomo, jakie były koszty, ale w aktach rejestrowych przeczytać można, że w ubiegłym roku honorowymi członkami stowarzyszenia zostali ówczesny prezes Krajowej SKOK
- Grzegorz Bierecki i jego brat - Jarosław (także związany z Kasami).
Czy Kasy wspierały Godność ?- Tak. jesteśmy z tego dumni. Dokładam wszelkich starań, by formy wsparcia (...) były możliwie obszerne i skuteczne - odpowiedział nam rzecznik Krajowej SKOK Andrzej Dunajski.
W wydawanym przez TSKP „Biuletynie” z nad-tytułem „Polska jest najważniejsza” (hasło wyborcze Jarosława Kaczyńskiego) można było przeczytać relacje z kampanii prezesa PiS oraz artykuły o sukcesach jego rządów w latach 2006-07. Profesjonalna strona internetowa komitetu informowała o przedwyborczych spotkaniach z kandydatem. Publikowała jego wystąpienia, wywiady oraz sondaże. Można było z niej pobrać program wyborczy, plakat i ulotkę szefa PiS.
TSKP apelował o wsparcie finansowe „akcji informacyjnych prowadzonych przez komitet”. Pieniądze zbierano „na. dziko” - bez wymaganej urzędowej zgody na zbiórkę publiczną i rozliczenia, kwot. Ponieważ TSKP był ciałem nieformalnym i nie miał konta bankowego, swoich rachunków użyczyły mu stowarzyszenie Godność oraz Fundacja Stoczni Gdańskiej.
TSKP wspierała też sekcja emerytów gdańskiej „Solidarności”. Kilka dni przed I turą wyborów zorganizowały wspólnie darmowy koncert Jana Pietrzaka i Lecha Makowieckiego, połączony ze spotkaniem sympatyków Kaczyńskiego. Według działaczy związku artyści grali pro bono. Gdyby imprezę organizował komitet, wyborczy Kaczyńskiego, nie mógłby przyjąć darmowych świadczeń.
Podobną działalność prowadziły inne spośród setki społecznych komitetów poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Wrocławski komitet także miał swój „Biuletyn” i stronę internetową, kolportował gazetkę „Bibuła Wrocławska” oraz prowadził jak to określali jego członkowie - „kampanię informacyjną” na forach internetowych. Agencje PR takie działania zaliczają do u sług marketingowych.
Krąg trzeci:
ruch społeczny,
CZYLI ZAPLECZE WYBORCZE ZA PIENIĄDZE TAJEMNICZYCH SPONSORÓW
Po przegranej Kaczyńskiego komitety utworzyły federację - Ruch Społeczny im. Prezydenta. RP Lecha Kaczyńskiego.
„Jesteśmy reprezentantami środowisk społecznych identyfikujących się z programem tragicznie przerwanej prezydentury śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego” - pisali w zaproszeniach organizatorzy zjazdu, który miał zapoczątkować działalność Ruchu. Zaproszenia rozesłał w imieniu organizatorów Maciej Łopiński - były szef gabinetu zmarłego prezydenta, dziś poseł PiS i prezes Ruchu (w zarządzie zasiadają jeszcze trzej posłowie i jeden samorządowiec PiS oraz Marta Kaczyńska, córka Lecha).
Zjazd połączony z konferencją „Lech Kaczyński - pamięć i zobowiązanie" odbył się 10 grudnia. 2010 r. w ekskluzywnym Windsor Pałace Hotel & Conference Center w Jachrance pod Warszawą. Za wynajęcie sali konferencyjnej w Windsorze, obsługę techniczną, występy artystów oraz przekąski i obiad dla uczestników (według różnych relacji od 700 do tysiąca osób) zapłacił PiS.
„Ruch nie jest partią polityczną. My partię już mamy. Tą partią, jest PiS” - mówił później Łopiński. I tłumaczył, że organizacja ma „wspierać PiS w jego działalności politycznej”, koordynować lokalne inicjatywy i czuwać nad jednolitością ich politycznej linii. Oraz że „partia ma. swoje ograniczenia i uwarunkowania, których Ruch nie ma”.
Tym, co odróżnia Ruch od PiS-u, jest przede wszystkim pełna swoboda w finansowaniu działalności i pozyskiwaniu sponsorów. Kosztów kolejnych imprez Ruchu, po zjeździe w Jachrance, nie musiała już więc pokrywać partia.
W lutym 2011 r. Ruch zwołał konferencję organizacyjną. w gdańskim Dworze Artusa z udziałem czołowych polityków PiS oraz byłych członków komitetów poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Kto i ile zapłacił za wynajęcie sal? Monika Krygier, rzeczniczka zarządzającego Dworem gdańskiego Muzeum Historycznego, tłumaczy, że udostępniono je w ramach umowy między muzeum a SKOK-ami sponsorującymi jedną z wystaw. Zgodnie z nią SKOK-i mogą za darmo organizować swoje imprezy w Dworze Artusa. Zlot Ruchu przedstawiły władzom muzeum jako „konferencję Instytutu Stefczyka” - działającego przy Kasach.
W marcu ubiegłego roku Łopiński - etatowy doradca prezesa Krajowej SKOK (od października 2011 r. na urlopie bezpłatnym) - zorganizował kolejne spotkanie Ruchu na Fbmorzu. Tym razem dwudniowe, dla 90 osób: samorządowców, posłów PiS i Marty Kaczyńskiej. Wynajęcie pokoju w należącej do SKOK-ów Villi Dominik we Władysławowie kosztuje 110 zł za dobę. Korzystanie z sali szkoleniowej - kilkaset złotych za godzinę.
Skarbnik Ruchu Paweł Mucha twierdzi, że impreza. nie była finansowana ze środków tej organizacji. Niewykluczone, że oficjalnie była kolejną konferencją SKOK Jak relacjonował „Fakt”, w programie znalazła się m.in. prelekcja prezesa Kasy Stefczyka - „Oferta produktowa grapy SKOK”.
Gdy o wsparcie udzielane Ruchowi zapytaliśmy rzecznika SKOK Andrzeja Dunajskiego, odpowiedział: „Dokładamy wszelkich starań, by formy wsparcia były możliwie obszerne i skuteczne”.
Zagadką jest też. kto pokrył koszty największej dotąd imprezy Ruchu -jego uroczystej inauguracji. W pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej do Sali Kongresowej PKiN w Warszawie przybyło 3 tys. członków komitetów poparcia Kaczyńskiego i działaczy PiS. Audytorium bogato udekorowano flagami i patriotycznymi symbolami. Imprezę prowadził Jerzy Zelnik. Były filmy i prezentacje multimedialne oraz książka „Lech Kaczyński - pamięć i zobowiązanie” w prezencie dla wszystkich uczestników. Porządku pilnowali wynajęci ochroniarze.
Według rzeczniczki PKiN Eweliny Dudziak-Stalęgi Kongresową wynajęła za prawie 40 tys. zł „osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą”. Rzeczniczka nie dostała zgody na ujawnienie jej danych.
Całość mu siała kosztować kilkaset tysięcy złotych (za godzinną imprezę zorganizowaną w Sali Kongresowej w tym samym roku PiS zapłacił 300 tys. zł). Dokładne koszty nie są znane - nikt nie przyznaje się do zorganizowania i sfinansowania uroczystości.
Paweł Mucha zapewnia, że nie zapłacił za nią Ruch, bo Stowarzyszenie Ruch Społeczny im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego zostało zarejestrowane w sądzie dopiero w listopadzie 2011 r. Nie mogło więc regulować rachunków ani za imprezę w PKiN w kwietniu 2011 r„ ani za późniejsze uroczyste inauguracje w poszczególnych miastach, ani za spotkanie w warszawskim Hotelu Victoria w maju 2011 r., podczas którego powołano komisję organizacyjną i programową Ruchu. Władze PiS twierdzą, że partia również nie była organizatorem ani nie pokrywała kosztów tych spotkań.
Jedno wiadomo na pewno: powołanie Ruchu i wszystkie przedsięwzięcia z tym związane stały się preludium kampanii parlamentarnej PiS w 2011 r. Im bliżej kolejnych wyborów, tym większa aktywność Ruchu w organizowaniu rozmaitych spotkań i konferencji. Głównym bohaterem jest zwykle Jarosław Kaczyński.
Krąg czwarty:
„niezależne” organizacje,
CZYLI JAK DZIAŁAJĄC NA WIELE FRONTÓW, REALIZOWAĆ JEDEN CEL
Społeczne komitety poparcia. Kaczyńskiego nie rozwiązały się. Część działa jako nieformalne grapy (m.in. wrocławski i trójmiejski), inne przekształciły się w rozmaite organizacje (np. warszawskie stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, którego prezesem został Jan Żaryn). Jedne i drugie ściśle współpracują z Ruchem, który często firmuje ich akcje i imprezy.
Jedną z najaktywniejszych jest trójmiejska Fundacja Tożsamość i Solidarność, która zgodnie ze statutem ma. „inspirować i organizować ruch społeczny sprzyjający realizacji celów fundacji”. Wiceprezesem jest Tomasz Rakowski - działacz Ruchu Społecznego.
Fundacja często działa wspólnie z nieformalnym Klubem Dobrego Państwa założonym przez Jerzego Milewskiego. Za rządów PiS był on prezesem państwowego Polskiego Holdingu Farmaceutycznego, obecnie jest społecznym asystentem posła Macieja Łopińskiego i pomorskim koordynatorem Ruchu Społecznego.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r. FTiS i Klub Dobrego Państwa zorganizowały cykl konferencji o Lechu Kaczyńskim - Andrzej Nowak mówił o historycznych korzeniach wizji politycznej prezydenta, Maciej Łopiński o jego polityce wschodniej, a. Ryszard Legutko o współpracy ze światem nauki. Sponsorem były SKOK-i.
Na finiszu kampanii z inicjatywy Milewskiego FTiS przygotowała wystawę „Lech Kaczyński w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”. W sopockim Parku im. Lecha i Marii Kaczyńskich rozstawiono kilkanaście dużych tablic ze zdjęciami prezydenta i fragmentami jego wypowiedzi (opatrzonych nagłówkami - hasłami wyborczymi: „Polska państwo solidarne” „Prawda - prawo i sprawiedliwość” „Rodzina - przyszłość narodu”). Wy-stawę otwierali Marta Kaczyńska i Łopiński - wówczas kandydat PiS do Sejmu.
Od 2011 r. ekspozycja objeżdża Polskę. Wszędzie otwierają je z pompą politycy PiS, a relacjonują obszernie lokalne media. Trudno o lepszą okazję do promocji partii
Jak u staraliśmy, przygotowanie wystawy sponsorował SKOK Stefczyka, a jej objazd po kraju finansuje Fundacja im. Franciszka Stefczyka.
Ta ostatnia wyłożyła również pieniądze na konferencję „Lech Kaczyński - człowiek »Solidamości«” zorganizowaną przez FTiS we wrześniu 2012 r. Impreza anonsowana była jako Krajowa Konferencja. Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego z udziałem Marty Kaczyńskiej i Jarosława Kaczyńskiego. Ściągnęła do sali BHP gdańskiej stoczni tłumy sympatyków PiS i dziennikarzy.
Najgłośniejszą akcją FTiS była jednak przeprowadzona w ubiegłym roku zbiórka pieniędzy na tablicę upamiętniającą Lecha i Marię Kaczyńskich. Datki można było WTZucać do skarbonek w trójmiejskich oddziałach Kasy Stefczyka i sopckiej siedzibie PiS. Zebrano ponad 17 tys. zł. Obelisk jednak nie powstał, bo władze Sopotu nie wyraziły zgody na postawieniu go w miejscu wskazanym przez Fundację i radnych PiS.
Krąg piąty:
nowy kierunek.
CZYLI PIS WSPIERA FUNDACJĘ CZY FUNDACJA PIS
Szczególną rolę w układzie organizacji satelitarnych wokół PiS odgrywa, (a w każdym razie odgrywała do niedawna) Fundacja Nowy Kierunek.
Gdy powoływano ją w2011 r., prezesem został Bartłomiej Rajchert (wówczas dyrektor zarządzający PiS), a w radzie zasiedli skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski i Grzegorz Pierzchalski. Dyrektor biura eurodeputowanych PiS.
„Newsweek” pisał, że FNKjest częścią stworzonego przez Jarosława. Kaczyńskiego „polityczno--biznesowego mechanizmu zasilanego państwowymi pieniędzmi” - żyje z tego, co zapłaci jej PiS. Faktycznie Fundacja, otrzymywała wynagrodzenie za rozmaite usługi świadczone na rzecz partii. m.in. produkcję filmików do internetu. organizację konwencji i wieczora wyborczego.
Ale, jak ustaliliśmy, zbierała też fundusze na własną rękę. I finansowała albo dofinansowywała z nich akcje wspierające działalność PiS. W ubiegłym roku, na wzór wystawy zorganizowanej przez Fundację Tożsamość i Solidarność, przygotowała własną-„Warto być Polakiem ”. Na kilkudziesięciu przenośnych tablicach prezentuje ona działalność i dorobek Lecha Kaczyńskiego.
Latem 2012 r. informowała na Facebooku, że w odpowiedzi na „ogromne zainteresowanie projektem” zamówiła, drugi zestaw tablic, dzięki czemu wystawa, odwiedzi więcej miast, „Realizowany przez nas projekt, wiąże się z dużymi nakładami finansowymi (...). Dotychczas uzyskane wsparcie od SKOK oraz gospodarzy kolejnych ekspozycji (...) nie pokrywa więcej niż połowy dotychczasowych kosztów” - pisała. I apelowała o darowizny.
Od kwietnia ub. roku do sierpnia br. wystawa odwiedziła 61 miast. Otwierali ją. zwykle posłowie PiS. W dragą rocznicę katastrofy smoleńskiej na. warszawskim Ursynowie otwierała ją Marta Kaczyńska, a parę dni później (w rocznicę pogrzebu prezydenckiej paiy) w Krakowie - Marta i Jarosław Kaczyńscy. W tym roku w dniu urodzin braci Kaczyńskich zawitała do Radomia, gdzie odsłaniano pomnik prezydenckiej pary. a kilka dni później w Sosnowcu towarzyszyła kongresowi PiS.
Do sukcesów Fundacji Nowy Kierunek zaliczyć można również zorganizowany w listopadzie ub. roku koncert węgierskiego zespołu Karpatia grającego patriotyczno-religijnego rocka. Darmowe wejściówki rozeszły się błyskawicznie. Trafiły m. in. do działaczy Forum Młodych PiS i Młodzieżowego Klubu Gazety Polskiej. Transmisję w internecie oglądało podobno kilka tysięcy osób. Inicjatorem koncertu był poseł PiS Artur Górski. Sponsorem Fundacja im. F. Stefczyka.
Kolejne imprezy pisowskich satelitów już 10 i l1 listopada.
ŹRÓDŁO
wtorek, 5 listopada 2013
Chcą zabić prawdę
Uważam, że zamach w Smoleńsku przygotowały polskie i
rosyjskie służby specjalne. Środowiska, które wywodzą się ze służb specjalnych
PRL
Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z mecenas MARIĄ SZONERT-BINIENDĄ
Jak doszło do tego, że trafiliście państwo do Stanów Zjednoczonych?
Jesteśmy emigracją polityczną, a nie ekonomiczną. Wyjechaliśmy w 1982 r., gdy byliśmy jeszcze piękni i młodzi. Dostaliśmy bilet w jedną stronę.
Już piękni i młodzi.
(śmiech) Mąż był wówczas na studiach doktoranckich na Politechnice Warszawskiej, wcześniej skończył Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych. Ja robiłam podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego byłam na dziennikarstwie.
Gorzej być nie mogło. Nieprzypadkowo śp. Jacek Maziarski dał wówczas słynne ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy”.
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Te studia rozpoczęłam jeszcze w czasie odwilży solidarnościowej. Na własne oczy i uszy doświadczyłam więc, jak błyskawicznie działa zniewolenie polityczne. Z dnia na dzień po 13 grudnia 1981 r. większość moich profesorów zmieniła poglądy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Natychmiast zaczęli śpiewać tak, jak WRONA kazała.
Po czymś takim łatwo zwątpić w ludzi.
Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z mecenas MARIĄ SZONERT-BINIENDĄ
Jak doszło do tego, że trafiliście państwo do Stanów Zjednoczonych?
Jesteśmy emigracją polityczną, a nie ekonomiczną. Wyjechaliśmy w 1982 r., gdy byliśmy jeszcze piękni i młodzi. Dostaliśmy bilet w jedną stronę.
Już piękni i młodzi.
(śmiech) Mąż był wówczas na studiach doktoranckich na Politechnice Warszawskiej, wcześniej skończył Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych. Ja robiłam podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego byłam na dziennikarstwie.
Gorzej być nie mogło. Nieprzypadkowo śp. Jacek Maziarski dał wówczas słynne ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy”.
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Te studia rozpoczęłam jeszcze w czasie odwilży solidarnościowej. Na własne oczy i uszy doświadczyłam więc, jak błyskawicznie działa zniewolenie polityczne. Z dnia na dzień po 13 grudnia 1981 r. większość moich profesorów zmieniła poglądy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Natychmiast zaczęli śpiewać tak, jak WRONA kazała.
Po czymś takim łatwo zwątpić w ludzi.
środa, 23 października 2013
Niezatapialny rzecznik
Adam Hofman na Stanowisku rzecznika Prawa i Sprawiedliwości - wynika z
informacji „Wprost”. Mimo obyczajowych wpadek i frekwencyjnej porażki PiS w
stołecznym referendum.
Hofman ma zatem dużo szczęścia, bo po ujawnieniu przez „Wprost” nagrań, w których chwalił się długością swojego penisa w towarzystwie podległych sobie pracownic partii i składał niedwuznaczne propozycje, losy jego dalszej kariery nie były jasne. Zwłaszcza że nagrania zrobiły sporą medialną karierę.
ZMIĘKCZANIE PREZESA
Ale nie tylko szczęściu zawdzięcza Hofman swoje ocalenie. Z naszych informacji wynika, że w związku z ujawnieniem przez „Wprost” słynnych nagrań podjął zabiegi, by uratować własną pozycję. Już we wrześniową noc poprzedzającą publikację „Wprost” pojawił się w domu prezesa PiS o pierwszej w nocy, by go przygotować na nadchodzące wydarzenia i błagać o wybaczenie. Choć na takie zachowania nie odważali się dotąd nawet najwierniejsi współpracownicy Kaczyńskiego, Hofman osiągnął zamierzony cel - udało mu się nieco zmiękczyć prezesa. W efekcie nie doszło do udzielenia Hofmanowi nawet partyjnej nagany, choć były takie pomysły. Rzecznik miał się bronić, że jeśli on miałby zostać ukarany, to kara należałaby się także innym osobom widocznym na nagraniach, a więc Tomaszowi Kaczmar –kowi czy Adamowi Lipińskiemu. Wiadomo zaś, że zwłaszcza tego ostatniego Kaczyński nie ruszy.
Drugim ruchem Hofmana było wystąpienie wobec prezesa z propozycją ostrego włączenia się PiS w warszawską kampanię referendalną. Według tej propozycji znaczący udział miał w niej wziąć też sam Kaczyński. W efekcie partia i prezes zajęli się referendum, a rozliczenia z Hofmanem zostawiono na później. Bo co prawda Kaczyński na posiedzeniu komitetu politycznego partii miał zapowiadać wszczęcie wobec rzecznika postępowania dyscyplinarnego, ale nie nadał temu formalnego biegu. A w sprawach skandali czas, jak wiadomo, działa na korzyść ich bohaterów.
Merytoryka i strzępy
Piotr Gliński uważa, że trwa na niego nagonka. Dziennikarze robią z niego wariata, mówią, że na wszystko chce kandydować. A przecież to tylko trzy stanowiska.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Telewizja TVN to łobuzy - profesor mości się w swoim ulubionym fotelu i zagryza nerkowcem. Siedzimy w jego domu na Saskiej Kępie. Gospodarz nie ma najlepszego zdania o dziennikarzach. W telewizji nieustannie się go ośmiesza. Nasza rozmowa, jak słyszę, też może skończyć się w sądzie, ale najgorsi i tak są ci z TVN. - Kłamią i manipulują. Jestem tam formatowany, wycina się strzępy i podrzuca ludziom dla zabawy.
Lista zarzutów profesora jest długa. Na przykład: gdy kandydował na premiera, nigdy nie pokazano jego wystąpienia w całości. A ostatnio Janusz Piechociński perorował w telewizji przez godzinę. Na żywo ibez montażu.
Albo to. Pan Sobieniowski, reporter „Faktów”, przysłał asystentkę, która uparła się, żeby zadać pytanie: „Czy gdyby wygrał pan wybory prezydenckie, to chciałby pan być prezydentem wszystkich Polaków?’. Profesor za czwartym razem wreszcie odpowiedział, chyba na odczepnego: „Jeślibym już został tym prezydentem, to oczywiście, że chciałbym być prezydentem wszystkich Polaków. I potem puścili w „Faktach”, że Gliński chce być prezydentem wszystkich Polaków, ha, ha!
- Poza tym - ciągnie profesor - nigdy nie zaproszono mnie do żadnej dłuższej rozmowy. Jakichś Palikotów się zaprasza, a mnie - me.
- Nigdy pan nie był w „Faktach po faktach’? Wydawało mi się, że pana tam widziałem - pytam
- Byłem, ale bardzo rzadko, to jest cięte, krótkie. Najpierw Kalisz gada przez 20 minut, a potem ja mam krótkie wejście z prof. Śpiewakiem.
- Do „Kropki nad i” też nigdy pana nie zapraszano?
- Raz na samym początku, ale akurat nie odpowiadał mi dzień.
- Ale u Bogdana Rymanowskiego w to chyba był pan - mówię.
Profesor przyznaje, że był, ale prosi, żeby nie porównywać tego z „Kropką nad i”.
Lojalność
Przy ul. Nowogrodzkiej, gdzie mieści się główna siedziba PiS, żale Glińskiego budzą mieszane uczucia.
Mówi jeden z posłów PiS: - W wieczór referendalny zaprosili go do TVN24. Facet dostał prime time, mógł podziękować ludziom, którzy poszli zagłosować, a zaczął się kłócić i oskarżać dziennikarzy o kłamstwa. No, można tak, tylko po co?
Kaczyński nie wierzy w zamach
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby udział prof. Rońdy w zespole Macierewicza był kolejną prowokacją Jerzego Urbana, a profesor odgrywał rolę współczesnej Anastazji P. - mówi nam Michał Kamiński, eurodeputowany, były polityk PiS.
Rozmawia MICHAŁ KRZYMOWSKI
NEWSWEEK: Dobrze pan zna Jarostawa Kaczyńskiego. Co on może myśleć o ekspertach Antoniego Macierewicza? Trotyl w żelatynie, bomba w gaśnicy, blefy prof. Rońdy, problemy z obsługą Skype’a...
MICHAŁ KAMIŃSKI: Na ostatniej konferencji Macierewicza widziałem wkurzonego prezesa. Proszę mi wierzyć. Ewidentnie miał poczucie, że to, co się tam wyprawia, jest skandalem. Jakkolwiek by na to patrzeć, ta kompromitacja odbywa się kosztem jego nieżyjącego brata.
Przecież to nie Antoni Macierewicz dzwonił jako Władimir Putin. To internauci.
- Ale Macierewicz i jego ludzie sami się o to prosili! Skype’a obsługują dziś nawet przedszkolaki, dosłownie.
Niech pan sam się nad tym zastanowi: Antoni Macierewicz najpierw podaje numer do publicznej wiadomości, a potem skarży się do prokuratury, że ktoś na ten numer zadzwonił. Czy to nie dowód na to, jak daleko ten człowiek odleciał?
W tym, co PiS robi w sprawie Smoleńska, nie ma żadnej racjonalności?
- Cóż, gołym okiem widać, że to, co wyprawia zespół Macierewicza, jest haniebną grą śmiercią 96 ludzi, którzy zginęli w strasznej katastrofie lotniczej. Najsmutniejsze jest jednak to, że Jarosław Kaczyński żyru je Antoniego Macierewicza w ten sam sposób, w jaki żyruje Adama Hofmana biegającego po polach Podkarpacia i robiącego to wszystko, co widzieliśmy w internecie. Na ile go znam, on zdaje sobie sprawę z ogromu zła, które popiera. Takiego zła w najbardziej elementarnym tego słowa znaczeniu. Jego kluczową motywacją jest utrzymanie przywództwa na prawicy, a Macierewicz i Hofman, zdaniem prezesa, są tego gwarantami. Dlatego musi ich autoryzować.
Kaczyński wie, że Macierewicz i Hofman są złem, ale wspiera ich, bo boi się zagrożenia na prawicy? Chyba pan przesadza.
- To mocna teza, wiem o tym, ale ja naprawdę tak uważam. Gdybym miał wytłumaczyć to inaczej, musiałbym zanegować dla mnie dość ewidentne intelektualne kompetencje Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński podobnie jak większość Polaków doskonale widzi, że ludzie z zespołu Macierewicza kompletnie się kompromitują, robią ludziom wodę z mózgu, a jednocześnie odzierają śmierć jego brata z powagi. Widzi też, że Hofman jest kompletnie zdemoralizowaną osobą, która ośmiesza i deprecjonuje PiS jako partię
O charakterze, powiedzmy, chrześcijańsko-patriotycznym. A jednak broni Macierewicza i Hofmana. Jeśli to nie jest cynizm i tolerowanie zła, to co to jest?
W jaki sposób Macierewicz i Hofman mogliby zagrozić jego przywództwu?
- Macierewicz ma niezwykle silną pozycję w prawicowym elektoracie i wypchnięty z PiS, mógłby napsuć Kaczyńskiemu sporo krwi. A strącenie Hofmana oznaczałoby przyznanie się do kolejnej personalnej porażki i jednocześnie wzięcie także na siebie odpowiedzialności za przegrane referendum. Przecież Kaczyński działał w tej kampanii na pierwszej linii frontu razem z Hofmanem. A wbrew temu, co się sądzi, Kaczyński bardzo się boi utraty autorytetu w partii.
Czyli pana zdaniem on w ogóle nie wierzy w zamach?
czwartek, 10 października 2013
Szef "Gazety Polskiej", uczeń Macierewicza. Tomasz Sakiewicz
Zagorzały katolik po rozwodzie. Zwolennik lustracji, który współpracuje z
byłymi działaczami PZPR. Dobry współpracownik, ale tylko dla tych,
którzy myślą tak jak on. Gdy odchodzą, zostają "ruskimi agentami".
Ma 46 lat i od trzech z sukcesem ciągnie medialny "kombajn" pisowskiej prawicy. Paliwem stała się katastrofa smoleńska i teoria zamachu, która znalazła tak wielu wyznawców, że Sakiewicz zaczął się rozpychać na rynku mediów.
Niszowy dotychczas tygodnik "Gazeta Polska" zanotował ogromny wzrost sprzedaży (w 2008 r. sprzedawano średnio 25 tys. egz., a w styczniu 2011 już prawie 90 tys.). Sakiewicz zrealizował swoje marzenie: dwa lata temu założył dziennik. Z rozmachem wszedł też na telewizyjny rynek jako współtwórca TV Republika.
Polityka i biznes
Sakiewicz to chłopak z żoliborskiego osiedla. Jego 14-letni ojciec wstąpił do AK pod koniec II wojny światowej. W wojnie walczył też dziadek Tomasza Sakiewicza. Zginął w 1942 roku w Auschwitz. Czas powojenny to dla ojca Sakiewicza powrót do szkoły, potem praca w stołecznym biurze projektów.
Matka - księgowa - zajmowała się domem. Sakiewicz chwali się babcią ze szlacheckiego rodu Raba. Może dlatego młody Sakiewicz zaczytywał się w "Trylogii" Henryka Sienkiewicza. Jego brat Michał jest starszy o dwa lata, w Warszawie prowadzi księgarnię prawniczą. Co miesiąc dba o nagłośnienie w czasie smoleńskich marszów na Krakowskim Przedmieściu.
Bracia byli bardzo religijni, jako nastolatkowie przekonali rodziców do odmawiania modlitwy przed posiłkiem.
Ministrantem został w podstawówce, co nie spodobało się ojcu. Obawiał się, że syn poczuje powołanie, a on chciał przedłużenia rodu. Potem był modlitewny ruch oazowy Światło i Życie zwalczany przez władze PRL. Kto miał na niego największy wpływ w dzieciństwie? Odpowiada: - Koledzy z oazy i książki.
Ukończył liceum im. Ludowego Lotnictwa Polskiego na warszawskich Bielanach. Tam próbował założyć organizację konspiracyjną. Jako 17-latek poznał Antoniego Macierewicza, wówczas wydawcę opozycyjnego "Głosu". Od niego chciał się uczyć opozycyjnej działalności. Ich przyjaźń trwa do dziś, poseł PiS jest ojcem chrzestnym syna Sakiewicza.
Studiował psychologię na UW. Dyplomu nie zrobił, skończył z absolutorium.
Na studiach zaczął tkać swoją opozycyjną legendę. Pod koniec lat 80. działał w NZS. Miał 22 lata, gdy za namową Macierewicza wstąpił do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. To był jednak tylko epizod.
Sakiewicz jest zagorzałym katolikiem. Praktycznie w każdą niedzielę można go spotkać na warszawskiej Woli u redemptorystów na mszy odprawianej w starym tradycyjnym rycie łacińskim. O swoim rozwodzie i drugiej żonie mówi niechętnie. Być może dlatego, że pierwszy ślub był kościelny, a drugi już nie. - Katolicy też grzeszą - ucina.
Z pierwszego małżeństwa ma córki Alicję i Marię. Pisał dla nich bajki, które po latach wydał. Jego druga żona jest ginekologiem. Dwa lata temu adoptowali bliźnięta - Konstantego i Mateusza. W 2008 r. Sakiewicz wciągnął teścia do swoich interesów. Razem założyli spółkę Rejtan, która rok temu wydała i sprzedawała raport o katastrofie smoleńskiej sejmowego zespołu Macierewicza.
Zapewnia, że nie chce być politykiem. Ale wygłasza płomienne przemówienia: "Mam prosty program polityczny dla wszystkich, którzy chcą zmiany!", i pisze: "W odpowiednim momencie wbijemy kołek osikowy w zmurszały układ". W PiS ma opinię człowieka budującego swoje polityczne zaplecze, przyczajonego, który czeka na to, co stanie się z partią, gdy Jarosław Kaczyński nie będzie nią już kierował.
Na razie Sakiewicz robi biznes. Zasiada we władzach dwóch spółek medialnych: w Niezależnym Wydawnictwie Polskim jest prezesem (wydaje "Gazetę Polską", miesięcznik "Nowe Państwo" i portal Niezalezna.pl.), w Telewizji Niezależnej (właściciel TV Republika) jest wiceprezesem. Jest też redaktorem naczelnym dwóch tytułów - "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie" (wydaje ją spółka zależna od Jarosława Kaczyńskiego i PiS). Jeszcze rok temu żalił się: - Czasem zaglądam do listów z banku informujących o debecie na moim koncie, patrzę na ponaglenia zapłaty rachunków i zastanawiam się, czy było warto.
W obu gazetach próżno szukać tekstów krytycznych o PiS.
Mistrza trzeba zabić
Z Piotrem Wierzbickim poznali się na początku lat 90. w dzienniku „Nowy Świat”, w1993 r. wspólnie założyli „Gazetę Polską”. Miała być potęgą prawicowej prasy. Z „Gazetą Polską” Sakiewicz już się nie rozstał, mimo że za rządów PiS posypały się inne propozycje: prowadził wywiady w radiowych „Sygnałach dnia”, dostał też swoją popołudniową. audycję, a w TVP weekendowy program „Pod prasą”.
Kariera Sakiewicza nabrała tempa w czerwcową noc 2005 r. Wierzbicki, ówczesny redaktor naczelny „GP”, oskarżył Sakiewicza (szefa działu krajowego, członka zarządu spółki) o to, że przyszedł do niego z propozycją kryptoreklamy: gazeta miała publikować korzystne dla firmy komunikacyjnej teksty bez informacji, że są sponsorowane. Sakiewicz odrzuca te zarzuty. Jeszcze tej samej nocy obaj jadą do drukarni. Wierzbicki dojeżdża pierwszy, ściąga z łamów tekst Sakiewicza i wstawia. swój pt, „Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego”. Gdy wychodzi, Sakiewicz zdejmuje tekst i w to miejsce daje własny pt.. „Koniec ery Michnika”.
Dziś Wierzbicki obiecuje: - Przyjdzie czas, że we własnym tekście opowiem o zamachu na „Gazetę Polską”.
Sakiewicz tylko wzrusza ramionami: - Rozwody są trudne.
Trzy lata po nocnej zmianie w małym piśmie studenckim Sakiewicz powie o Wierzbickim: „Był moim mistrzem. To on nauczył mnie dziennikarstwa. Ale musiałem zabić swojego mistrza. Okoliczności nie pozostawiły mi wyboru”. Czy powtórzyłby te słowa? - Redakcja to uprościła, dziś mogę powiedzieć: to, co Piotr zrobił dobrego dla gazety, zostanie docenione
- odpowiada.
Jest bezwzględny, nawet wobec tych, których kiedyś nazywał przyjaciółmi. O Januszu Miernickim. byłym prezesie Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, który był świadkiem na jego ślubie, „Gazeta Polska” pisała, gdy się pokłócili: „Mrożące krew w żyłach informacje dochodzą do nas o tym, co robił w latach sześćdziesiątych”.
W 2004 r. z dziennikarką Elizą Michalik razem napisali książkę „Układ”. Dwa lata później Sakiewicz napisał w jej wypowiedzeniu, że była rosyjską agentką o pseudonimie „Natasza” i działała na szkodę redakcji. „Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na wa
runkach podyktowanych przeze mnie” - wspominała w „Polityce”.
Do katastrofy smoleńskiej paliwem mediów Sakiewicza była lustracja. Sakiewiczowi ani nie przeszkadzało wtedy, ani nie przeszkadza dziś to, że publikują u niego byli działacze PZPR Marcin Wolski i Jerzy Targalski, a pieniądze z kasy PiS wypłaca mu skarbnik Stanisław Kostrzewski, również z przeszłością w PZPR: tylko w 2010 r. do wydawnictwa Sakiewicza poszło 170 tys. zł.
- Nigdy nie mówiłem, że członek PZPR nie może współpracować z moją gazetą, jedynie napominałem, żeby tego nie ukrywać - mówi Sakiewicz.
Ma mieszkanie na kredyt w Warszawie i kilkunastoletnie auto, którym jeździ jego żona. Sam nie ma prawa jazdy. Bezskuteczne próby jego zdobycia tłumaczy spiskowo, np. w Płocku wykreślono go z listy zdających, bo pojawiły się informacje, że ma zostać aresztowany za jedną z publikacji lustracyjnych.
W tym roku Sakiewicz po raz pierwszy zorganizował własny bal dla „dziennikarzy niepokornych”. Mottem były słowa Jacka Kaczmarskiego: „Jestem postacią na wskroś tragiczną / Najtrudniejszegom dokonał wyboru / Między obozem dla nieprawomyślnych / A honorami i łaską dworu”
ŻRÓDŁO
Ma 46 lat i od trzech z sukcesem ciągnie medialny "kombajn" pisowskiej prawicy. Paliwem stała się katastrofa smoleńska i teoria zamachu, która znalazła tak wielu wyznawców, że Sakiewicz zaczął się rozpychać na rynku mediów.
Niszowy dotychczas tygodnik "Gazeta Polska" zanotował ogromny wzrost sprzedaży (w 2008 r. sprzedawano średnio 25 tys. egz., a w styczniu 2011 już prawie 90 tys.). Sakiewicz zrealizował swoje marzenie: dwa lata temu założył dziennik. Z rozmachem wszedł też na telewizyjny rynek jako współtwórca TV Republika.
Polityka i biznes
Sakiewicz to chłopak z żoliborskiego osiedla. Jego 14-letni ojciec wstąpił do AK pod koniec II wojny światowej. W wojnie walczył też dziadek Tomasza Sakiewicza. Zginął w 1942 roku w Auschwitz. Czas powojenny to dla ojca Sakiewicza powrót do szkoły, potem praca w stołecznym biurze projektów.
Matka - księgowa - zajmowała się domem. Sakiewicz chwali się babcią ze szlacheckiego rodu Raba. Może dlatego młody Sakiewicz zaczytywał się w "Trylogii" Henryka Sienkiewicza. Jego brat Michał jest starszy o dwa lata, w Warszawie prowadzi księgarnię prawniczą. Co miesiąc dba o nagłośnienie w czasie smoleńskich marszów na Krakowskim Przedmieściu.
Bracia byli bardzo religijni, jako nastolatkowie przekonali rodziców do odmawiania modlitwy przed posiłkiem.
Ministrantem został w podstawówce, co nie spodobało się ojcu. Obawiał się, że syn poczuje powołanie, a on chciał przedłużenia rodu. Potem był modlitewny ruch oazowy Światło i Życie zwalczany przez władze PRL. Kto miał na niego największy wpływ w dzieciństwie? Odpowiada: - Koledzy z oazy i książki.
Ukończył liceum im. Ludowego Lotnictwa Polskiego na warszawskich Bielanach. Tam próbował założyć organizację konspiracyjną. Jako 17-latek poznał Antoniego Macierewicza, wówczas wydawcę opozycyjnego "Głosu". Od niego chciał się uczyć opozycyjnej działalności. Ich przyjaźń trwa do dziś, poseł PiS jest ojcem chrzestnym syna Sakiewicza.
Studiował psychologię na UW. Dyplomu nie zrobił, skończył z absolutorium.
Na studiach zaczął tkać swoją opozycyjną legendę. Pod koniec lat 80. działał w NZS. Miał 22 lata, gdy za namową Macierewicza wstąpił do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. To był jednak tylko epizod.
Sakiewicz jest zagorzałym katolikiem. Praktycznie w każdą niedzielę można go spotkać na warszawskiej Woli u redemptorystów na mszy odprawianej w starym tradycyjnym rycie łacińskim. O swoim rozwodzie i drugiej żonie mówi niechętnie. Być może dlatego, że pierwszy ślub był kościelny, a drugi już nie. - Katolicy też grzeszą - ucina.
Z pierwszego małżeństwa ma córki Alicję i Marię. Pisał dla nich bajki, które po latach wydał. Jego druga żona jest ginekologiem. Dwa lata temu adoptowali bliźnięta - Konstantego i Mateusza. W 2008 r. Sakiewicz wciągnął teścia do swoich interesów. Razem założyli spółkę Rejtan, która rok temu wydała i sprzedawała raport o katastrofie smoleńskiej sejmowego zespołu Macierewicza.
Zapewnia, że nie chce być politykiem. Ale wygłasza płomienne przemówienia: "Mam prosty program polityczny dla wszystkich, którzy chcą zmiany!", i pisze: "W odpowiednim momencie wbijemy kołek osikowy w zmurszały układ". W PiS ma opinię człowieka budującego swoje polityczne zaplecze, przyczajonego, który czeka na to, co stanie się z partią, gdy Jarosław Kaczyński nie będzie nią już kierował.
Na razie Sakiewicz robi biznes. Zasiada we władzach dwóch spółek medialnych: w Niezależnym Wydawnictwie Polskim jest prezesem (wydaje "Gazetę Polską", miesięcznik "Nowe Państwo" i portal Niezalezna.pl.), w Telewizji Niezależnej (właściciel TV Republika) jest wiceprezesem. Jest też redaktorem naczelnym dwóch tytułów - "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie" (wydaje ją spółka zależna od Jarosława Kaczyńskiego i PiS). Jeszcze rok temu żalił się: - Czasem zaglądam do listów z banku informujących o debecie na moim koncie, patrzę na ponaglenia zapłaty rachunków i zastanawiam się, czy było warto.
W obu gazetach próżno szukać tekstów krytycznych o PiS.
Mistrza trzeba zabić
Z Piotrem Wierzbickim poznali się na początku lat 90. w dzienniku „Nowy Świat”, w1993 r. wspólnie założyli „Gazetę Polską”. Miała być potęgą prawicowej prasy. Z „Gazetą Polską” Sakiewicz już się nie rozstał, mimo że za rządów PiS posypały się inne propozycje: prowadził wywiady w radiowych „Sygnałach dnia”, dostał też swoją popołudniową. audycję, a w TVP weekendowy program „Pod prasą”.
Kariera Sakiewicza nabrała tempa w czerwcową noc 2005 r. Wierzbicki, ówczesny redaktor naczelny „GP”, oskarżył Sakiewicza (szefa działu krajowego, członka zarządu spółki) o to, że przyszedł do niego z propozycją kryptoreklamy: gazeta miała publikować korzystne dla firmy komunikacyjnej teksty bez informacji, że są sponsorowane. Sakiewicz odrzuca te zarzuty. Jeszcze tej samej nocy obaj jadą do drukarni. Wierzbicki dojeżdża pierwszy, ściąga z łamów tekst Sakiewicza i wstawia. swój pt, „Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego”. Gdy wychodzi, Sakiewicz zdejmuje tekst i w to miejsce daje własny pt.. „Koniec ery Michnika”.
Dziś Wierzbicki obiecuje: - Przyjdzie czas, że we własnym tekście opowiem o zamachu na „Gazetę Polską”.
Sakiewicz tylko wzrusza ramionami: - Rozwody są trudne.
Trzy lata po nocnej zmianie w małym piśmie studenckim Sakiewicz powie o Wierzbickim: „Był moim mistrzem. To on nauczył mnie dziennikarstwa. Ale musiałem zabić swojego mistrza. Okoliczności nie pozostawiły mi wyboru”. Czy powtórzyłby te słowa? - Redakcja to uprościła, dziś mogę powiedzieć: to, co Piotr zrobił dobrego dla gazety, zostanie docenione
- odpowiada.
Jest bezwzględny, nawet wobec tych, których kiedyś nazywał przyjaciółmi. O Januszu Miernickim. byłym prezesie Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, który był świadkiem na jego ślubie, „Gazeta Polska” pisała, gdy się pokłócili: „Mrożące krew w żyłach informacje dochodzą do nas o tym, co robił w latach sześćdziesiątych”.
W 2004 r. z dziennikarką Elizą Michalik razem napisali książkę „Układ”. Dwa lata później Sakiewicz napisał w jej wypowiedzeniu, że była rosyjską agentką o pseudonimie „Natasza” i działała na szkodę redakcji. „Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na wa
runkach podyktowanych przeze mnie” - wspominała w „Polityce”.
Do katastrofy smoleńskiej paliwem mediów Sakiewicza była lustracja. Sakiewiczowi ani nie przeszkadzało wtedy, ani nie przeszkadza dziś to, że publikują u niego byli działacze PZPR Marcin Wolski i Jerzy Targalski, a pieniądze z kasy PiS wypłaca mu skarbnik Stanisław Kostrzewski, również z przeszłością w PZPR: tylko w 2010 r. do wydawnictwa Sakiewicza poszło 170 tys. zł.
- Nigdy nie mówiłem, że członek PZPR nie może współpracować z moją gazetą, jedynie napominałem, żeby tego nie ukrywać - mówi Sakiewicz.
Ma mieszkanie na kredyt w Warszawie i kilkunastoletnie auto, którym jeździ jego żona. Sam nie ma prawa jazdy. Bezskuteczne próby jego zdobycia tłumaczy spiskowo, np. w Płocku wykreślono go z listy zdających, bo pojawiły się informacje, że ma zostać aresztowany za jedną z publikacji lustracyjnych.
W tym roku Sakiewicz po raz pierwszy zorganizował własny bal dla „dziennikarzy niepokornych”. Mottem były słowa Jacka Kaczmarskiego: „Jestem postacią na wskroś tragiczną / Najtrudniejszegom dokonał wyboru / Między obozem dla nieprawomyślnych / A honorami i łaską dworu”
ŻRÓDŁO
środa, 9 października 2013
Hofman na włosku
Warszawskie referendum to dla Adama Hofmana być albo
nie być.
Jeśli PiS przegra, partia zażąda jego głowy A prezes nie będzie go bronić.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Dom pielgrzyma Amicus przy
parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu to dla szefa Prawa i Sprawiedliwości miejsce szczególne. Za komuny Jarosław Kaczyński przychodził do tutejszego kościoła na msze odprawiane przez księdza Jerzego Popiełuszkę, a dziewięć miesięcy temu żegnał tu matkę - w domu pielgrzyma odbyła się stypa po jej pogrzebie.
Litera W i afera centymetrowa
Czwartek, około godziny 19. Na parkingu przed kościołem św. Stanisława Kostki stoją autokary, którymi zwieziono posłów. PiS ostatnio upatrzyło sobie dom pielgrzyma jako miejsce wyjazdowych posiedzeń klubu. Trwa dyscyplinujące przemówienie prezesa na temat wykorzystania litery W w kampanii referendalnej.
- Wiem, że budzi to kontrowersje także wewnątrz partii, bo przychodziły do mnie w tej sprawie różne osoby, ale nie wycofamy się z tej strategii. Proszę, żeby z nią nie polemizować, tylko ją realizować - mówi Kaczyński. Posłowie nie mają wątpliwości: broniąc kampanii, prezes tak naprawdę broni jej autora Adama Hofmana, który jakby przeczuwając, że stanie się tematem wieczoru, nie pojawił się na Żoliborzu. W sali są tylko jego współpracownicy.
Słuchają prezesa, robią notatki.
Głos zabiera Zbigniew Dolata, partyjny rywal Hofmana w okręgu konińskim.
- W moim regionie do partii przyjęto byłego funkcjonariusza ORMO, a kierownictwo okręgu powierzyło mu funkcję pełnomocnika komitetu terenowego. Czy
tacy ludzie powinni być w PiS? - pyta.
Nazwisko Hofmana nie pada, ale dla wszystkich jest jasne, że awansowanie ormowca to jego sprawka. Rozumie to też prezes, który za dwa dni ma wizytować Tarek, jedno z miast okręgu konińskiego. - Jeśli zobaczę tego ormowca w sali, to przerwę spotkanie i wyjdę. Dla takich ludzi nie ma miejsca w naszych szeregach
- mówi twardo.
Po Dolacie do dyskusji zapisuje się Jan Dziedziczak, były rzecznik rządu Jarosława Kaczyńskiego i bliski współpracownik Adama Bielana. Wiadomo, że będzie o Hofmanie.
- Polityka medialna klubu jest zła. Mamy 137 posłów, w tym wiele merytorycznych osób, profesorów, a do mediów chodzi zaledwie kilku ludzi. Poza tym nie może być tak, że największym obciążeniem wizerunkowym partii jest nasz rzecznik.
- Dziedziczak lekko się miesza. Mówiąc o aferze centymetrowej, ma na myśli wybryki Hofmana, który podczas kampanii na Podkarpaciu opowiadał pracownicom
biura PiS o długości swojego przyrodzenia. - To nawet księża i zakonnicy się od nas odwracają. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma. Coraz bardziej skłaniają się w stronę Gowina - dodaje Dziedziczak.
Wreszcie głos zabiera Kaczyński. - Nasi profesorowie zostaną wykorzystani, jak dojdziemy do władzy. Ale czy poradziliby sobie w ostrych dyskusjach? Tam jest przecież pięciu na jednego. Czterech polityków i dziennikarz przeciw posłowi PiS.
Jako dowódca wolę mieć wojsko rozpite, ale bitne niż grzeczne i ostrożne - mówi.
Posłowie są zaskoczeni. Nie dość, że prezes spostponował profesorów i pod-szczypał Dziedziczaka, zdeklarowanego abstynenta, to jeszcze rozgrzeszy! pijaństwo Hofmana.
Pytam jednego z posłów sympatyzujących z rzecznikiem partii o wrażenia z ostatniej wizyty w Amicusie: - Dziedziczak się przeliczył, myślał, że ludzie przyłączą się do grillowania Hofmana, a tak się nie stało. Kiedy mówił o aferze centymetrowej, prezes patrzył na niego z pobłażaniem. Znam miny szefa, więc wiem, co mówię.
- Adam dostał parasol ochronny do referendum. Jeśli będzie sukces, winy zostaną mu odpuszczone.
- A jeśli przegracie?
- Wtedy ludzie zażądają rozliczeń. Czyjaś głowa będzie musiała spaść. Nagle okaże się, że W wymyślone przez Hofmana jednak zaszkodziło, że za partią cały czas ciągnie się sprawa jego popisów na Podkarpaciu...
- Ale przecież sam pan powiedział, że prezes Kaczyński położył na szali tej kampanii własny autorytet, więc może jednak...
- a pamięta pan wybory parlamentarne w 2011roku? W ostatnim tygodniu kampanii najbardziej zaszkodziły nam wypowiedzi na temat Angeli Merkel i to,
że prezesa poniosły nerwy. A wie pan, jaka dziś obowiązuje wersja? Że przegraliśmy, bo Platforma wypuściła spot straszący ludźmi spod krzyża i kibolami.
Szafot dla Hofmana został już nawet ustawiony. Na ostatnim posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że wybryki z Podkarpacia zostaną „wyjaśnione w postępowaniu dyscyplinarnym”. Na czas po referendum przełożono też posiedzenie
rady politycznej, która wybierze nowy komitet polityczny partii. Hofman dziś w nim jest, ale czy będzie, jeśli PiS przegra?
Poseł PiS: - Po wyborach na Podkarpaciu atmosfera wokół Hofmana zrobiła się fatalna. Prezes, co tu dużo mówić, jest pruderyjny i rozmowy z kobietami o długości członka musiały go zniesmaczyć. A w sprawie tego incydentu interweniowali też duchowni związani z Toruniem. Podobno padł nawet postulat: „Panie prezesie, tego człowieka nie można dłużej żyrować”.
Pozycji Hofmana z pewnością nie poprawił też opublikowany przez „Super Express” sondaż Homo Homini. Wynika z niego, że aż 34 proc. respondentów widzi w rzeczniku PiS następcę Kaczyńskiego.
Badanie było jednak tendencyjne, bo uwzględniono w nim tylko Piotra Glińskiego, Beatę Szydło, Joachima Brudzińskiego i Adama Lipińskiego, a Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego już nie.
Część polityków PiS mówi, że publikacja tego badania to nie przypadek i przypomina historię podobnego sondażu, który w 2009 r. zamówiła „Gazeta Wyborcza”. Wyszło wówczas, że gdyby na czele PiS stał Zbigniew Ziobro, to notowania partii skoczyłyby o siedem procent. Wynik poszedł w świat i się zaczęło. Najpierw Ziobro
dostał od Mariusza Błaszczaka zakaz występów w mediach. Kiedy poszedł na skargę do Kaczyńskiego, dowiedział się, że powinien zabierać głos tylko na temat śledztw trwających w jego sprawie. Potem biuro klubu parlamentarnego zaczęło mu robić problemy za zwoływanie konferencji prasowych w Sejmie, a na koniec usłyszał od prezesa: - Pana chód jest zbyt pewny. Powinien pan go zmienić, bo źle to wygląda.
Ludzie Ziobry mówili wówczas, że sondaż został zainspirowany przez jego głównego przeciwnika w partii Adama Bielana, który był blisko prezesa i dobrze znał jego czułe punkty. Dziś podobne hipotezy snuje Hofman wraz ze swoimi współpracownikami. - Od czasu taśm z Podkarpacia Bielan nie wychodzi z telewizji. Dziennikarze go pytają, czy wraca do PiS, a on robi cielęce oczy i mówi, że bardzo by chciał, że żałuje za grzechy, ale przecież to nie od niego zależy. Sondaż to na pewno jego robota. Pominięcie Macierewicza i Kamińskiego pokazuje, że komuś zależało na tym, żeby to Hofman został nowym delfinem - mówi jeden z posłów. Jeśli prezes zareaguje na ten sondaż tak jak w przypadku badań dotyczących Ziobry, to w partii rozpocznie się proces powolnej, ale metodycznej marginalizacji obecnego rzecznika PiS. A wtedy Bielan może wskoczyć na miejsce Hofmana. W PiS i jego okolicach nie ma innego równie utalentowanego spin doktora.
Przepraszam to za mato
Dwa dni po wycieku taśm z Podkarpacia zebranie z pracownikami biura klubu PiS.
- Proszę, żeby od tej zgłaszać wszystkie przypadki spoufalania się posłów - zarządza szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
Kilka godzin później zostaje zwołane posiedzenie klubu parlamentarnego. Hofmana nie ma, ale dyskusja na jego temat trwa w najlepsze. Do głosu zapisało się z dziesięć osób, wszyscy w tej samej sprawie: „Zachowanie naszego rzecznika było niedopuszczalne”, „Na Podkarpaciu zdeklasowaliśmy rywali, a wszyscy i tak mówią o Hofmanie”, „Czy nasz rzecznik w ogóle autoryzował wywiad prezesa dla »Rzeczpospolitej«, który ukazał się w czasie Forum Ekonomicznego w Krynicy? Czy może był zbyt zajęty innymi sprawami?”. Wreszcie dyskusje przerywa Błaszczak. - To, co się stało, nie jest winą pracowników biura klubu. To posłowie muszą skończyć fraternizowanie się z nimi
- mówi. Nazwisko Hofmana nie pada, ale jak na Błaszczaka, który zawsze trzyma się z daleko od partyjnych konfliktów, to i tak odważna deklaracja.
Dwa dni później dochodzi do kolejnego posiedzenia klubu. Tym razem Hofman się zjawia. Pod koniec spotkania prosi o głos i przeprasza posłów. Odpowiada mu milczenie, tylko z tylnego rzędu ktoś krzyczy: - To za mało!
Mówi poseł PiS: - Lista osób, które chciałyby zmiany rzecznika partii, jest długa. Są na niej politycy rywalizujący z nim o miejsce w najważniejszych programach telewizyjnych. Posłowie, których biuro prasowe całkowicie powycinało z mediów. Ludzie sympatyzujący z Bielanem, starzy działacze zazdrośni o dostęp do prezesa.
Jednym z głównych antagonistów Hofmana jest rzecznik klubowej dyscypliny PiS Marek Suski. Wzajemna niechęć trwa od 2007 roku, gdy Suski, rozliczając Hofmana z sejmowych nieobecności, kazał mu przedstawić zaświadczenie
o pogrzebie babci. Kiedy Hofman je przyniósł, Suski powiedział, że to mało i zażądał pisma przewodniego. Czas zemsty nadszedł dwa i pół roku temu. Hofman został rzecznikiem partii i nałożył na Suskiego zakaz występów w mediach. Te relacje mają też drugie dno: Suski zabiega
o powrót do partii Bielana, który zatrudnia jego ludzi w swoim biurze poselskim. Jeśli PiS poniesie porażkę w referendum, Suski z pewnością chętnie się zajmie postępowaniem dyscyplinarnym wobec Hofmana.
Zwolennikiem powrotu Bielana jest także europoseł Ryszard Czarnecki. On z kolei ma dług wdzięczności wobec dawnego spin doktora, który w 2008 r. wprowadził go do PiS. W partii nie jest też tajemnicą, że rywalizuje z Hofmanem o występy w mediach i dostęp do prezesa. Dziś na dworze Kaczyńskiego mają podobną pozycję i są dla siebie przeciwwagą: pomysły Hofmana prezes omawia z Czarneckim, a o kontakty Czarneckiego z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim wypytuje Hofmana.
Jeden ze starych działaczy PiS: - Rysiek przebył długą drogę. Pamiętam, że jeszcze w 2008 r. wystawał pod drzwiami szefa godzinami. Zdarzało się, że widząc jego i szeregowych pracowników biura, prezes spoglądał na tych drugich i mówił: „Panowie, zapraszam”.
Czarnecki się tym nie zrażał, był cierpliwy. Siedział długo, aż wyrąbał sobie obecną pozycję. Dziś jest częstym gościem Kaczyńskiego. Jednym z jego sojuszników w PiS jest Błaszczak, który także ma nie najlepsze relacje z Hofmanem. Głównie dlatego, że został wypchnięty z „Siódmego dnia tygodnia” w Radiu Zet i „Kawy na ławę” w TVN 24 - Czarnecki i Błaszczak grają przeciw Hofmanowi razem. Rysiu to stary lis. Wie, że w Sejmie najluźniejsze są poniedziałki, bo wszyscy posłowie siedzą w swoich okręgach. Dlatego rano przyjeżdża na Wiejską, wkłada głowę do gabinetu Błaszczaka i pyta: „Co słychać?”. Jak nic, to wchodzi. Czasem jeszcze zaprasza Mariusza na obiad na mieście. Jest europosłem, więc stać go - opowiada jeden z polityków PiS.
Na wynik warszawskiego referendum z niecierpliwością czekają też pozostali współpracownicy Kaczyńskiego: Joachim Brudziński, Stanisław Kostrzewski i Marek Kuchciński. Jeśli będzie niekorzystny, przyjdą po Hofmana. W tej sytuacji prezes nie będzie go bronić.
ŹRÓDŁO
Jeśli PiS przegra, partia zażąda jego głowy A prezes nie będzie go bronić.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Dom pielgrzyma Amicus przy
parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu to dla szefa Prawa i Sprawiedliwości miejsce szczególne. Za komuny Jarosław Kaczyński przychodził do tutejszego kościoła na msze odprawiane przez księdza Jerzego Popiełuszkę, a dziewięć miesięcy temu żegnał tu matkę - w domu pielgrzyma odbyła się stypa po jej pogrzebie.
Litera W i afera centymetrowa
Czwartek, około godziny 19. Na parkingu przed kościołem św. Stanisława Kostki stoją autokary, którymi zwieziono posłów. PiS ostatnio upatrzyło sobie dom pielgrzyma jako miejsce wyjazdowych posiedzeń klubu. Trwa dyscyplinujące przemówienie prezesa na temat wykorzystania litery W w kampanii referendalnej.
- Wiem, że budzi to kontrowersje także wewnątrz partii, bo przychodziły do mnie w tej sprawie różne osoby, ale nie wycofamy się z tej strategii. Proszę, żeby z nią nie polemizować, tylko ją realizować - mówi Kaczyński. Posłowie nie mają wątpliwości: broniąc kampanii, prezes tak naprawdę broni jej autora Adama Hofmana, który jakby przeczuwając, że stanie się tematem wieczoru, nie pojawił się na Żoliborzu. W sali są tylko jego współpracownicy.
Słuchają prezesa, robią notatki.
Głos zabiera Zbigniew Dolata, partyjny rywal Hofmana w okręgu konińskim.
- W moim regionie do partii przyjęto byłego funkcjonariusza ORMO, a kierownictwo okręgu powierzyło mu funkcję pełnomocnika komitetu terenowego. Czy
tacy ludzie powinni być w PiS? - pyta.
Nazwisko Hofmana nie pada, ale dla wszystkich jest jasne, że awansowanie ormowca to jego sprawka. Rozumie to też prezes, który za dwa dni ma wizytować Tarek, jedno z miast okręgu konińskiego. - Jeśli zobaczę tego ormowca w sali, to przerwę spotkanie i wyjdę. Dla takich ludzi nie ma miejsca w naszych szeregach
- mówi twardo.
Po Dolacie do dyskusji zapisuje się Jan Dziedziczak, były rzecznik rządu Jarosława Kaczyńskiego i bliski współpracownik Adama Bielana. Wiadomo, że będzie o Hofmanie.
- Polityka medialna klubu jest zła. Mamy 137 posłów, w tym wiele merytorycznych osób, profesorów, a do mediów chodzi zaledwie kilku ludzi. Poza tym nie może być tak, że największym obciążeniem wizerunkowym partii jest nasz rzecznik.
- Dziedziczak lekko się miesza. Mówiąc o aferze centymetrowej, ma na myśli wybryki Hofmana, który podczas kampanii na Podkarpaciu opowiadał pracownicom
biura PiS o długości swojego przyrodzenia. - To nawet księża i zakonnicy się od nas odwracają. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma. Coraz bardziej skłaniają się w stronę Gowina - dodaje Dziedziczak.
Wreszcie głos zabiera Kaczyński. - Nasi profesorowie zostaną wykorzystani, jak dojdziemy do władzy. Ale czy poradziliby sobie w ostrych dyskusjach? Tam jest przecież pięciu na jednego. Czterech polityków i dziennikarz przeciw posłowi PiS.
Jako dowódca wolę mieć wojsko rozpite, ale bitne niż grzeczne i ostrożne - mówi.
Posłowie są zaskoczeni. Nie dość, że prezes spostponował profesorów i pod-szczypał Dziedziczaka, zdeklarowanego abstynenta, to jeszcze rozgrzeszy! pijaństwo Hofmana.
Pytam jednego z posłów sympatyzujących z rzecznikiem partii o wrażenia z ostatniej wizyty w Amicusie: - Dziedziczak się przeliczył, myślał, że ludzie przyłączą się do grillowania Hofmana, a tak się nie stało. Kiedy mówił o aferze centymetrowej, prezes patrzył na niego z pobłażaniem. Znam miny szefa, więc wiem, co mówię.
Cielęce oczy spin doktora
- To znaczy, że winy Hofmana zostały wybaczone? - zwracam
się do członka komitetu politycznego PiS, zaufanego- Adam dostał parasol ochronny do referendum. Jeśli będzie sukces, winy zostaną mu odpuszczone.
- A jeśli przegracie?
- Wtedy ludzie zażądają rozliczeń. Czyjaś głowa będzie musiała spaść. Nagle okaże się, że W wymyślone przez Hofmana jednak zaszkodziło, że za partią cały czas ciągnie się sprawa jego popisów na Podkarpaciu...
- Ale przecież sam pan powiedział, że prezes Kaczyński położył na szali tej kampanii własny autorytet, więc może jednak...
- a pamięta pan wybory parlamentarne w 2011roku? W ostatnim tygodniu kampanii najbardziej zaszkodziły nam wypowiedzi na temat Angeli Merkel i to,
że prezesa poniosły nerwy. A wie pan, jaka dziś obowiązuje wersja? Że przegraliśmy, bo Platforma wypuściła spot straszący ludźmi spod krzyża i kibolami.
Szafot dla Hofmana został już nawet ustawiony. Na ostatnim posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że wybryki z Podkarpacia zostaną „wyjaśnione w postępowaniu dyscyplinarnym”. Na czas po referendum przełożono też posiedzenie
rady politycznej, która wybierze nowy komitet polityczny partii. Hofman dziś w nim jest, ale czy będzie, jeśli PiS przegra?
Poseł PiS: - Po wyborach na Podkarpaciu atmosfera wokół Hofmana zrobiła się fatalna. Prezes, co tu dużo mówić, jest pruderyjny i rozmowy z kobietami o długości członka musiały go zniesmaczyć. A w sprawie tego incydentu interweniowali też duchowni związani z Toruniem. Podobno padł nawet postulat: „Panie prezesie, tego człowieka nie można dłużej żyrować”.
Pozycji Hofmana z pewnością nie poprawił też opublikowany przez „Super Express” sondaż Homo Homini. Wynika z niego, że aż 34 proc. respondentów widzi w rzeczniku PiS następcę Kaczyńskiego.
Badanie było jednak tendencyjne, bo uwzględniono w nim tylko Piotra Glińskiego, Beatę Szydło, Joachima Brudzińskiego i Adama Lipińskiego, a Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego już nie.
Część polityków PiS mówi, że publikacja tego badania to nie przypadek i przypomina historię podobnego sondażu, który w 2009 r. zamówiła „Gazeta Wyborcza”. Wyszło wówczas, że gdyby na czele PiS stał Zbigniew Ziobro, to notowania partii skoczyłyby o siedem procent. Wynik poszedł w świat i się zaczęło. Najpierw Ziobro
dostał od Mariusza Błaszczaka zakaz występów w mediach. Kiedy poszedł na skargę do Kaczyńskiego, dowiedział się, że powinien zabierać głos tylko na temat śledztw trwających w jego sprawie. Potem biuro klubu parlamentarnego zaczęło mu robić problemy za zwoływanie konferencji prasowych w Sejmie, a na koniec usłyszał od prezesa: - Pana chód jest zbyt pewny. Powinien pan go zmienić, bo źle to wygląda.
Ludzie Ziobry mówili wówczas, że sondaż został zainspirowany przez jego głównego przeciwnika w partii Adama Bielana, który był blisko prezesa i dobrze znał jego czułe punkty. Dziś podobne hipotezy snuje Hofman wraz ze swoimi współpracownikami. - Od czasu taśm z Podkarpacia Bielan nie wychodzi z telewizji. Dziennikarze go pytają, czy wraca do PiS, a on robi cielęce oczy i mówi, że bardzo by chciał, że żałuje za grzechy, ale przecież to nie od niego zależy. Sondaż to na pewno jego robota. Pominięcie Macierewicza i Kamińskiego pokazuje, że komuś zależało na tym, żeby to Hofman został nowym delfinem - mówi jeden z posłów. Jeśli prezes zareaguje na ten sondaż tak jak w przypadku badań dotyczących Ziobry, to w partii rozpocznie się proces powolnej, ale metodycznej marginalizacji obecnego rzecznika PiS. A wtedy Bielan może wskoczyć na miejsce Hofmana. W PiS i jego okolicach nie ma innego równie utalentowanego spin doktora.
Przepraszam to za mato
Dwa dni po wycieku taśm z Podkarpacia zebranie z pracownikami biura klubu PiS.
- Proszę, żeby od tej zgłaszać wszystkie przypadki spoufalania się posłów - zarządza szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
Kilka godzin później zostaje zwołane posiedzenie klubu parlamentarnego. Hofmana nie ma, ale dyskusja na jego temat trwa w najlepsze. Do głosu zapisało się z dziesięć osób, wszyscy w tej samej sprawie: „Zachowanie naszego rzecznika było niedopuszczalne”, „Na Podkarpaciu zdeklasowaliśmy rywali, a wszyscy i tak mówią o Hofmanie”, „Czy nasz rzecznik w ogóle autoryzował wywiad prezesa dla »Rzeczpospolitej«, który ukazał się w czasie Forum Ekonomicznego w Krynicy? Czy może był zbyt zajęty innymi sprawami?”. Wreszcie dyskusje przerywa Błaszczak. - To, co się stało, nie jest winą pracowników biura klubu. To posłowie muszą skończyć fraternizowanie się z nimi
- mówi. Nazwisko Hofmana nie pada, ale jak na Błaszczaka, który zawsze trzyma się z daleko od partyjnych konfliktów, to i tak odważna deklaracja.
Dwa dni później dochodzi do kolejnego posiedzenia klubu. Tym razem Hofman się zjawia. Pod koniec spotkania prosi o głos i przeprasza posłów. Odpowiada mu milczenie, tylko z tylnego rzędu ktoś krzyczy: - To za mało!
Mówi poseł PiS: - Lista osób, które chciałyby zmiany rzecznika partii, jest długa. Są na niej politycy rywalizujący z nim o miejsce w najważniejszych programach telewizyjnych. Posłowie, których biuro prasowe całkowicie powycinało z mediów. Ludzie sympatyzujący z Bielanem, starzy działacze zazdrośni o dostęp do prezesa.
Jednym z głównych antagonistów Hofmana jest rzecznik klubowej dyscypliny PiS Marek Suski. Wzajemna niechęć trwa od 2007 roku, gdy Suski, rozliczając Hofmana z sejmowych nieobecności, kazał mu przedstawić zaświadczenie
o pogrzebie babci. Kiedy Hofman je przyniósł, Suski powiedział, że to mało i zażądał pisma przewodniego. Czas zemsty nadszedł dwa i pół roku temu. Hofman został rzecznikiem partii i nałożył na Suskiego zakaz występów w mediach. Te relacje mają też drugie dno: Suski zabiega
o powrót do partii Bielana, który zatrudnia jego ludzi w swoim biurze poselskim. Jeśli PiS poniesie porażkę w referendum, Suski z pewnością chętnie się zajmie postępowaniem dyscyplinarnym wobec Hofmana.
Zwolennikiem powrotu Bielana jest także europoseł Ryszard Czarnecki. On z kolei ma dług wdzięczności wobec dawnego spin doktora, który w 2008 r. wprowadził go do PiS. W partii nie jest też tajemnicą, że rywalizuje z Hofmanem o występy w mediach i dostęp do prezesa. Dziś na dworze Kaczyńskiego mają podobną pozycję i są dla siebie przeciwwagą: pomysły Hofmana prezes omawia z Czarneckim, a o kontakty Czarneckiego z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim wypytuje Hofmana.
Jeden ze starych działaczy PiS: - Rysiek przebył długą drogę. Pamiętam, że jeszcze w 2008 r. wystawał pod drzwiami szefa godzinami. Zdarzało się, że widząc jego i szeregowych pracowników biura, prezes spoglądał na tych drugich i mówił: „Panowie, zapraszam”.
Czarnecki się tym nie zrażał, był cierpliwy. Siedział długo, aż wyrąbał sobie obecną pozycję. Dziś jest częstym gościem Kaczyńskiego. Jednym z jego sojuszników w PiS jest Błaszczak, który także ma nie najlepsze relacje z Hofmanem. Głównie dlatego, że został wypchnięty z „Siódmego dnia tygodnia” w Radiu Zet i „Kawy na ławę” w TVN 24 - Czarnecki i Błaszczak grają przeciw Hofmanowi razem. Rysiu to stary lis. Wie, że w Sejmie najluźniejsze są poniedziałki, bo wszyscy posłowie siedzą w swoich okręgach. Dlatego rano przyjeżdża na Wiejską, wkłada głowę do gabinetu Błaszczaka i pyta: „Co słychać?”. Jak nic, to wchodzi. Czasem jeszcze zaprasza Mariusza na obiad na mieście. Jest europosłem, więc stać go - opowiada jeden z polityków PiS.
Na wynik warszawskiego referendum z niecierpliwością czekają też pozostali współpracownicy Kaczyńskiego: Joachim Brudziński, Stanisław Kostrzewski i Marek Kuchciński. Jeśli będzie niekorzystny, przyjdą po Hofmana. W tej sytuacji prezes nie będzie go bronić.
ŹRÓDŁO
piątek, 4 października 2013
Tradycje głupoty polskiej (prof. Rońda w tygodniku NIE)
Po kolejnej porcji lektury Pańskiego wspaniałego tygodnika "NIE" z
przerażeniem stwierdziłem, że głupota leaderów polskiej prawicy jest
wieczna i nie podlega modyfikacji od 75 lat. Nawet tytuły gazecin, jakie
są wydawane dla zwolenników tej opcji widzenia Świata, są podobne jak
te przedwojenne, np. "Nasz Dziennik" teraz i "Mały Dziennik" przed
wojną.
Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.
Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-
-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?
W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M
dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.
Jacek Ronda,
Cape Town, South Africa
ŻRÓDŁO
Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.
Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-
-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?
W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M
dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.
Jacek Ronda,
Cape Town, South Africa
ŻRÓDŁO
czwartek, 3 października 2013
KOSTRZEWSKI EFEKTYWNIE WSPIERAM MACIEREWICZA
Wydatki na politykę oceniam z punktu widzenia
efektywności, czyli jak to się przekłada na wzrost poparcia dla PiS. Aktywność Macierewicza jest nam bezwzględnie potrzebna - uważa skarbnik PiS
Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska:
Media, w tym także „Gazeta”, opisywały wydatki PIS, które budzą wątpliwości: koszty związane z samym prezesem PIS Jarosławem Kaczyńskim, dawanie zleceń zaprzyjaźnionym z partią agencjom, które nie mają renomy na rynku.
Stanisław Kostrzewski: Senator PO Filip Libicki złożył zawiadomienie do prokuratur}'; donosząc o nieprawidłowościach w zarządzaniu pieniędzmi PiS. Pani prokurator wystąpiła do mnie
o wszystkie dokumenty związane ze sprawą: wyciągi bankowe, rachunki, umowy, faktury, protokoły odbioru, wszystko. Prokuratura pracowała nad tym 2 miesiące, w efekcie odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, bo nie znalazła znamion czynu zabronionego.
Niektóre zlecenia pracownicy PIS mogliby sami zrobić, nie trzeba Ich zlecać na zewnątrz. Dlatego to wyglądało na wyprowadzanie pieniędzy do nieznanych firm.
-A to nie jest takie proste. Czasami musimy robić to przez pośredników, bo jak ktoś usłyszy nazwę „PiS”, to od razu odmawia współpracy. Tak było np. z próbą wynajęcia sali w Galerii Porczyńskich, gdzie miał się odbyć panel dyskusyjny na temat bezrobocia. W ostatniej chwili nie wpuszczono nas na teren muzeum mimo wcześniejszych ustaleń.
Teraz myślę już o umowach dotyczących billboardowi czasu antenowego. I wiem, że mogą mi zawyżać ceny, bo nie lubią PiS. Wolę więc wynająć agencję, która wszystko za mnie wynegocjuje, zanim się okaże, co na tych billboardach będzie.
Jednak Jarosław Kaczyński żyje właściwie za pieniądze partyjne, obsługa prezesa Jest bardzo kosztowna.
-1 Państwowa Komisja Wyborcza to szczegółowo sprawdzała. Rzeczywiście opłacamy ochronę prezesa, ale to jest rzecz konieczna i bezdyskusyjna. Ja muszę postawić na ochronę najwyższej jakości, a nie na leśnych dziadków w uniformach. Szczególnie po zamordowaniu działacza PiS w Łodzi.
Ryszard Cyba po zabójstwie krzyczał, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. W jedną z miesięcznic smoleńskich był nawet pod Pałacem Prezydenckim i przyznał, że nie udało mu się zbliżyć na odległość pewnego strzału do Jarosława Kaczyńskiego, bo prezes miał dobrą ochronę.
Funkcjonowanie polityka takiej klasy jak Jarosław Kaczyński stawa określone wymagania. Zawsze oczekiwania wobec takich polityków mieszczą się w górnych rejestrach, przegranie procesu i umieszczenie przeprosin w mediach zamyka się kwotą kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet w sytuacji zamieszczania nekrologów po katastrofie smoleńskiej zamykało się kwotami od 10 do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pewnie zrobię paniom przyjemność, podając jeden przykład absolutnie niespotykany: otóż był jeden człowiek, którego osobiście nie znam, ale szanuj ę go za jego wcześniejszą walkę i za ten odruch - otóż ten człowiek wziął za nekrolog w gazecie o krajowym zasięgu 1 zł. Nazywa się Adam Michnik. Ale to wyjątek.
Prezes Kaczyński osobiście zarobił na swojej książce „Polska naszych marzeń” 160 tys. zł, chociaż sprzedała się marnie. „Newsweek” odkrył, że PIS przelał wydawcy książki 186 tys. zł. To tak, Jakby pan dał prezesowi te 160 tys. zł via wydawnictwo.
-Absolutnie nie! Po pierwsze, książka sprzedała się bardzo dobrze. Po drugie, sprawę tę też szczegółowo badała prokuratura. W 40 okręgach, czyli w całej Polsce, będzie szedł film „Lider”. Nie mamy jeszcze kampanii wyborczej, ale staramy się cały czas promować naszych polityków. Bo to, czego nie zrobisz między kampaniami, musisz w bardzo intensywny sposób zrobić w czasie wyborów. A przecież są limity wydatków. Co gorsza, coś, co normalnie kosztuje złotówkę, w kampanii wyborczej kosztuje 5 zł.
Elementem składowym tej książki jest bardzo dobry film z punktu widzenia takty ld wyborczej. I my zapłaciliśmy tak naprawdę za prawa do emisji filmu dołączonego do książki. Zresztą, jak widzę, ile tego typu rzeczy kosztują, to myślę o rozkręceniu naszej własnej telewizji PiS z pomocą Małgorzaty Raczyńskiej.
Ale ona Już robi dla PIS wywiady I to Jest śmiertelnie nudne. Taka partyjna propaganda.
- Dla pań nudne, ale muszę szukać nowych, możliwych kanałów komunikacji z wyborcami, bo w wielu
mediach nie mamy szans na przebicie się.
PIS płacił też Radiu Wnet Krzysztofa Skowrońskiego.
Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska:
Media, w tym także „Gazeta”, opisywały wydatki PIS, które budzą wątpliwości: koszty związane z samym prezesem PIS Jarosławem Kaczyńskim, dawanie zleceń zaprzyjaźnionym z partią agencjom, które nie mają renomy na rynku.
Stanisław Kostrzewski: Senator PO Filip Libicki złożył zawiadomienie do prokuratur}'; donosząc o nieprawidłowościach w zarządzaniu pieniędzmi PiS. Pani prokurator wystąpiła do mnie
o wszystkie dokumenty związane ze sprawą: wyciągi bankowe, rachunki, umowy, faktury, protokoły odbioru, wszystko. Prokuratura pracowała nad tym 2 miesiące, w efekcie odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, bo nie znalazła znamion czynu zabronionego.
Niektóre zlecenia pracownicy PIS mogliby sami zrobić, nie trzeba Ich zlecać na zewnątrz. Dlatego to wyglądało na wyprowadzanie pieniędzy do nieznanych firm.
-A to nie jest takie proste. Czasami musimy robić to przez pośredników, bo jak ktoś usłyszy nazwę „PiS”, to od razu odmawia współpracy. Tak było np. z próbą wynajęcia sali w Galerii Porczyńskich, gdzie miał się odbyć panel dyskusyjny na temat bezrobocia. W ostatniej chwili nie wpuszczono nas na teren muzeum mimo wcześniejszych ustaleń.
Teraz myślę już o umowach dotyczących billboardowi czasu antenowego. I wiem, że mogą mi zawyżać ceny, bo nie lubią PiS. Wolę więc wynająć agencję, która wszystko za mnie wynegocjuje, zanim się okaże, co na tych billboardach będzie.
Jednak Jarosław Kaczyński żyje właściwie za pieniądze partyjne, obsługa prezesa Jest bardzo kosztowna.
-1 Państwowa Komisja Wyborcza to szczegółowo sprawdzała. Rzeczywiście opłacamy ochronę prezesa, ale to jest rzecz konieczna i bezdyskusyjna. Ja muszę postawić na ochronę najwyższej jakości, a nie na leśnych dziadków w uniformach. Szczególnie po zamordowaniu działacza PiS w Łodzi.
Ryszard Cyba po zabójstwie krzyczał, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. W jedną z miesięcznic smoleńskich był nawet pod Pałacem Prezydenckim i przyznał, że nie udało mu się zbliżyć na odległość pewnego strzału do Jarosława Kaczyńskiego, bo prezes miał dobrą ochronę.
Funkcjonowanie polityka takiej klasy jak Jarosław Kaczyński stawa określone wymagania. Zawsze oczekiwania wobec takich polityków mieszczą się w górnych rejestrach, przegranie procesu i umieszczenie przeprosin w mediach zamyka się kwotą kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet w sytuacji zamieszczania nekrologów po katastrofie smoleńskiej zamykało się kwotami od 10 do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pewnie zrobię paniom przyjemność, podając jeden przykład absolutnie niespotykany: otóż był jeden człowiek, którego osobiście nie znam, ale szanuj ę go za jego wcześniejszą walkę i za ten odruch - otóż ten człowiek wziął za nekrolog w gazecie o krajowym zasięgu 1 zł. Nazywa się Adam Michnik. Ale to wyjątek.
Prezes Kaczyński osobiście zarobił na swojej książce „Polska naszych marzeń” 160 tys. zł, chociaż sprzedała się marnie. „Newsweek” odkrył, że PIS przelał wydawcy książki 186 tys. zł. To tak, Jakby pan dał prezesowi te 160 tys. zł via wydawnictwo.
-Absolutnie nie! Po pierwsze, książka sprzedała się bardzo dobrze. Po drugie, sprawę tę też szczegółowo badała prokuratura. W 40 okręgach, czyli w całej Polsce, będzie szedł film „Lider”. Nie mamy jeszcze kampanii wyborczej, ale staramy się cały czas promować naszych polityków. Bo to, czego nie zrobisz między kampaniami, musisz w bardzo intensywny sposób zrobić w czasie wyborów. A przecież są limity wydatków. Co gorsza, coś, co normalnie kosztuje złotówkę, w kampanii wyborczej kosztuje 5 zł.
Elementem składowym tej książki jest bardzo dobry film z punktu widzenia takty ld wyborczej. I my zapłaciliśmy tak naprawdę za prawa do emisji filmu dołączonego do książki. Zresztą, jak widzę, ile tego typu rzeczy kosztują, to myślę o rozkręceniu naszej własnej telewizji PiS z pomocą Małgorzaty Raczyńskiej.
Ale ona Już robi dla PIS wywiady I to Jest śmiertelnie nudne. Taka partyjna propaganda.
- Dla pań nudne, ale muszę szukać nowych, możliwych kanałów komunikacji z wyborcami, bo w wielu
mediach nie mamy szans na przebicie się.
PIS płacił też Radiu Wnet Krzysztofa Skowrońskiego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)