niedziela, 20 lipca 2014

Jajecznica po Słupsku



Był konflikt. Potem spłonęły samochody i omal nie wybuchł dom z dwójką ludzi. Czy miał z tym związek facet z jajami, jak mówi o sobie wieloletni prezydent Słupska?

Ryszarda Socha

Adwokatka Anna Bogucka-Skowrońska nie ma wątpliwości: - Od kilku tygodni mam świado­mość, że żyję w mieście, w którym jest gorzej, niż przypuszczałam. Obroń­czyni solidarnościowej opozycji, senator, sędzia Trybunału Stanu, od lat słupska radna (bezpartyjna, klub PO), włączyła się pro bono w sprawę Aleksandra Jacka. To miejscowy przedsiębiorca i działacz Sto­warzyszenia Nasz Słupsk, które dwukrot­nie (2012 i 2013 r.) angażowało się w akcję referendalną, aby odwołać prezydenta Macieja Kobylińskiego. Rok temu Aleksan­drowi Jackowi podpalono dwa samocho­dy. Śledztwo się ślimaczyło, więc poszko­dowany i prawniczka zaczęli dochodzić prawdy na własną rękę. Teraz oboje mówią o słupskim „układzie zamkniętym”. Bogucka-Skowrońska napisała do prokurato­ra generalnego Andrzeja Seremeta skargę na bierność prokuratury. Przekazała ją też ministrowi sprawiedliwości.
Prezydent Słupska jest oburzony tym, że - jak powiada-włącza się go w gang­sterskie porachunki. Twierdzi, że to dla tego, że walczy z układem i wrogów ma całą masę.

sobota, 19 lipca 2014

Kontrreformacja 2.1



Ta historia zacznie się śmiesznie - od żartów z papieża i od złotego byka, który nie stanie na warszawskim placu Trzech Krzyży. A skończy strasznie - wizją państwa wyznaniowego, w którym prawo ma być zgodne z doktryną Kościoła. Oto sześć pierwszych przykazań tego prawa.

WOJCIECH STASZEWSKI
I
Nie będziesz stawiać byka przy kościele
Amerykański rzeźbiarz Arturo di Modica zakłada się w nocy przed budynek nowo­jorskiej giełdy. Jest grudzień 1989 r. Nie­legalnie stawia wykonaną przez siebie rzeźbę byka. To symbol hossy na giełdzie, hołd dla amerykańskiej gospodarki, któ­ra właśnie pokonała kryzys. Mieszkańcy Nowego Jorku pokochają symbol, stanie się atrakcją miasta, turyści będą go chcieli poklepać na szczęście.
Pięć odlewów z tej samej formy może być uznanych za oryginał. Jeden z nich jest w Polsce, anonimowy biznesmen za­proponował ustawienie go przed budyn­kiem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Rzecznik Giełdy Maciej Wewiór przy­gotował prezentację o byku i poszedł do sąsiadującej z giełdą parafii św. Aleksan­dra. Zdążył tylko powiedzieć dwa zda­nia. - Ależ to jest cielec! - przerwał mu ksiądz prałat. Po czym zmobilizował wier­nych. Rada duszpasterska wydała stano­wisko: „Powstanie wrażenie, że rzeźby są integralnie złączone z budynkiem kościo­ła, co może budzić mylne przekonanie, iż są symbolem biblijnego cielca spod góry Synaj, symbolu pogańskiego kultu”.
- Chcieliśmy, żeby byk stał blisko mini­sterstw gospodarki, skarbu, pracy, kance­larii Sejmu i Senatu, a także samej giełdy i kościoła - kluczowych instytucji życia społecznego. Żeby wszystkim przypomi­nał: „Gospodarka, głupcze” - tłumaczy Wewiór. - Może postawimy byka w innym miejscu. Ale trzeba się zastanowić, czy to nie za duże ryzyko. Ta rzeźba jest warta miliony dolarów.
Z księdzem prałatem nie udało mi się skontaktować. Ale w rolę jego adwokata wcielił się ks. prof Andrzej Draguła z Uni­wersytetu Szczecińskiego: - Byk może oznaczać bożka mamony. Ale ja bym się na byka zgodził. I pokazywałbym parafia­nom - oto symboliczny wyraz, jak giełda może stać się religią.

piątek, 18 lipca 2014

Konwent Jarosława



Operacja zjednoczenia prawicy pod sztandarem Jarosława Kaczyńskiego zakończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Początek czerwca 2014 r., war­szawskie mieszkanie znajomego Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz prezesa PiS przy stole siedzi Jaro­sław Gowin. Spotkanie wstępnie umówiono półtora roku temu, kiedy Gowin był jeszcze ministrem sprawiedliwości, ale już myślał o odejściu z PO. Dokładnie wtedy, gdy toczyły się dyskusje na temat reformy sądów. Gowin miał wtedy deklarować chęć opuszczenia Platformy i nawiązania współpracy z Prawem i Sprawiedliwością. Prezes PiS zaproponował natomiast, by do kolejnego spotkania doszło już po wyborach do europarlamentu.
I tak też się dzieje. Jarosław Gowin spę­dza w towarzystwie prezesa siedem godzin. Główne ustalenie to zwołanie kongresu zjednoczeniowego prawicy pod koniec wakacji albo na początku września. Były szef resortu sprawiedliwości wychodzi pod wrażeniem lidera opozycji. - Jarek przeżywa to, co wszyscy oczarowani przez prezesa. Na po­czątku zawsze jest fascynacja - mówi współ­pracownik Gowina. - Po spotkaniu opowiadał zachwycony, jak bardzo różni się Kaczor od Donalda. Powtarzał, że pierwszy troszczy się o państwo, a drugi jedynie o czystą władzę. Jeden umie rozmawiać o reformach, drugiego takie dysputy nudzą, a jedyne, czego chce się dowiedzieć, to jak można ładnie opakować decyzje polityczne i jaki będzie z tego zysk - dodaje polityk Polski Razem.
trzeba zorganizować już w połowie lipca. Nie informują o tym Zbigniewa Ziobry. Lider Solidarnej Polski podobno dowiaduje się o pomyśle dopiero z telewizji. Zaproszenie na spotkanie z prezesem PiS przychodzi w ostatniej chwili. Do jego rozmowy z Kaczyńskim dochodzi w poniedziałek tydzień temu. Po kilkudziesięciu minutach wzajemnego czarowania Ziobro wyjmuje kartkę i przed­stawia swoje żądania. Konkretne: chce bardzo dobrych miejsc na listach samorządowych dla 16 działaczy terenowych oraz kilku jedynek wszystkich czwórek w wyborach parlamentarnych dla obecnych posłów SP. - To nie były wygórowane oczekiwania - przekonują współpracownicy Ziobry.
Ale według polityków PiS, żądania Ziobry wydały się Kaczyńskiemu niebezpieczne. Uznał on bowiem, że stronnicy byłego mi­nistra sprawiedliwości urośliby w przyszłym parlamencie w zbyt dużą siłę. Mogliby nawet po wyborach stworzyć oddzielne koło albo klub.
- Tymczasem zjednoczenie musi się odbyć na naszych warunkach. Nie może być tak, że Gowin czy Ziobro wejdą z naszych list do Sejmu, a potem będą budować odrębne podmioty polityczne - zgodnie przyznają współpracownicy Kaczyńskiego.
W trakcie rozmowy prezes PiS daje jasno do zrozumienia Ziobrze, że na takie warunki zgody nie będzie. Obiecuje jednak, że się z nim skontaktuje za kilka dni. Zamiast osobistego kontaktu, dwa dni później Kaczyński przysyła do klubu Solidarnej Polski odręcznie podpisane zaproszenia na sobotni kongres. Dostają je wszyscy posłowie z wyjątkiem... Ziobry. Takie same zaproszenia otrzymują również posłowie związani z Gowinem. Ale tu też jest pewna selekcja - pominięci zostają z kolei politycy PJN, na czele z Pawłem Kowa­lem. - Nie ma zgody na Kowala, bo zdradził, a poza tym jako były współpracownik Lecha Kaczyńskiego kreował się na kogoś lepszego niż my. Zresztą prezes nie lubi PJN-owców - mówi współpracownik Jarosława Kaczyń­skiego.
Na listach PiS nie ma też miejsca dla Adama Bielana, który współpracuje z Gowinem. - Prezes uznał, że Adam tylko by nam szkodził, codziennie w gazetach czytalibyśmy przecieki z tego, co się u nas dzieje - tłumaczy polityk PiS.

czwartek, 17 lipca 2014

Ryzykowne interesy Marka Falenty



W jaki sposób aresztowany w aferze podsłuchowe] biznesmen doszedł tak szybko do wielkich pieniędzy? I co go łączy z tygodnikiem „Wprost”, który opublikował materiały z afery podsłuchowej?

RADOSŁAW OMACHEL

Wiosna 2012 roku. Do Prokura­tury Okręgowej w Bydgoszczy przychodzi elegancka urzędo­wa koperta. Wewnątrz zawiadomienie, że zajmująca się sprzedażą detaliczną węgla spółka Skladywęgla.pl to pralnia pienię­dzy na wielką skalę. Mechanizm prze­stępstwa polega na sprzedawaniu byle jakiego węgla o niskiej wartości opałowej i niewiadomego pochodzenia jako pocho­dzącego z polskich kopalń pełno­wartościowego paliwa. Według auto­ra doniesie­nia firma legalizuje uzyska­ne z tego procede­ru pienią­dze, między innymi in­westując we własny rozwój. Niżej podpis generalnego in­spektora informacji finansowej, państwo­wego nadzorcy powo­łanego do kontrolowania przepływów finansowych. W 2012 roku był nim wicemi­nister finansów Andrzej Parafianowicz, dziś jeden z głównych bohaterów afery podsłuchowej.

środa, 16 lipca 2014

Wszystkie maski Romana



Roman Giertych pokazywał, że gotów jest służyć każdej władzy i przywdziewać dowolne maski. Najnowsza operacja zrobienia z niego oświeconego konserwatysty może się jednak nie powieść.

Cezary Łazarewicz

Plan na najbliższe lata: zarobić dużo pieniędzy i wystartować w wyborach na prezydenta Polski - zdradził kilka lat temu swoim zaufanym współpracow­nikom Roman Giertych.
Czy nadal ma takie ambicje? - pytam jego bliskiego współpracownika z dawnych lat, byłego posła LPR Zygmunta Wrzodaka. - Nie wiem, ale on się nawet na sołtysa nie nadaje - mówi.
Po Warszawie krążą nawet plotki, że to mecenas Giertych zastąpi Bartłomieja Sienkiewicza na stanowisku ministra spraw wewnętrznych.
- Te informacje rozpuszczają jego pracownicy z kancelarii prawnej, żeby napompować Romana - przypuszcza Wrzodak. - Bo on im jest ważniejszy, tym ma więcej zleceń.

wtorek, 15 lipca 2014

Politycy przy kielichu



Jako politycy jesteśmy zwierzyną łowną i publikowanie naszych rozmów sprawia wielu osobom nie lada satysfakcję. Ale przecież to, co dziś dotyka polityków, jutro może dotknąć każdego z nas - mówi szef MSZ Radosław Sikorski

Rozmawiają TOMASZ LIS i JACEK PAWLICKI

NEWSWEEK: Jest panu wstyd?
RADOSŁAW SIKORSKI: Wszystko, co mó­wiłem, było przeznaczone dla Jacka Rostowskiego, a nie dla całej Polski, i jego nie raniło. Przeprosić powinni ci, którzy naj­pierw przestępczo podsłuchali, a potem przestępczo udostępnili nagranie naszej rozmowy.

Na wstyd przestępców nie liczymy, pytamy o wstyd szefa dyplomacji.
- To jest chyba jedyne przestępstwo, które wyzwala więcej agresji wobec poszkodo­wanego niż wobec sprawcy.

A wracając do pytania?
- Mamy tsunami hipokryzji ze strony ludzi, którym przy kielichu też zdarzyło się użyć mocniejszych sformułowań. Nie życzę tym arbitrom stylu, aby nagrano ich w sytua­cjach intymnych lub choćby podczas nara­dy w redakcji.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Z buta



Prezes PiS kusił Gowina i Ziobrę, ale okazało się, że to tylko gra pozorów. Zostali sami.
I zjednoczenia prawicy nie będzie.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Negocjacje Jarosława Kaczyń­skiego z Jarosławem Gowinem zaczęły się dwa dni po wybu­chu afery taśmowej. Pierwsze spotka­nie odbyło się wieczorem w poniedziałek 16 czerwca w mieszkaniu jednego ze wspólnych znajomych obu polityków. Atmosfera była wyśmienita: gospodarz podał kolację, wino i zostawił gości sam na sam. Rozmowa przeciągnęła się do trzeciej nad ranem.
Drugie spotkanie - doszło do niego po upływie kilkunastu dni - trwało oko­ło dwóch godzin i było równie owocne. Gowin opuszczał je w przekonaniu, że do uzgodnienia zostały już tylko szczegóły. Kaczyński też wyglądał na zadowolone­go. Wydawało się, że kongres zjednocze­niowy prawicy zakończy się sukcesem.

niedziela, 13 lipca 2014

Dzieci stracone



- Powiedziałem w sądzie, że mnie już została wymierzona najwyższa z możliwych kar: straciłem dziecko - opowiada ojciec, który niechcący przejechał swojego syna. Co roku w Polsce ginie tysiąc dzieci, często z winy rodziców.

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, EWELINA LIS

Krzysztof Ś. - inżynier z elektro­wni Rybnik - miał rano zawieźć córkę do przedszkola. Z domu to 11 minut jazdy. Później z przedszko­la do pracy - trzy minuty. Nie umie prokuratorowi wyjaśnić, jak to się stało, że od razu podjechał na parking elektrowni, za­trzasnął drzwi, zapomniał o córce. Upalny dzień, 30 stopni, a w samochodzie może nawet i 70. Zorientował się, że zostawił dziecko, gdy po ośmiu godzinach pracy miał wracać do domu, zszedł na parking...
Szef Prokuratury Rejonowej w Ryb­niku Jacek Sławik twierdzi, że nie uda­ło się określić dokładnej godziny śmierci dziecka. Na razie tylko przyczynę: udar cieplny. Ojciec wciąż w szpitalu psychia­trycznym. - Ma bardzo duże poczucie winy. Nawet nie stara się podawać oko­liczności, które by go usprawiedliwiały - mówi prokurator. Nigdy wcześniej takiej sprawy nie prowadził. - Tragedia - wzdy­cha, bo ciężko patrzeć na tak zrozpaczo­nego ojca, a zarzut trzeba postawić. Za nieumyślne spowodowanie śmierci grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

sobota, 12 lipca 2014

Wartownik Kaczyńskiego



Mariusz Kamiński po latach trzymania straży w partii wraca do pierwszego szeregu


ANNA GILEWSKA

Ze spuszczoną głową Mariusz Kamiński czekał w ostatni wtorek na wynik głosowania. - Siedział zbity i w pierwszej chwili w ogóle do niego nie dotarło, że ocalał - opisuje jeden z posłów. Kiedy wynik po­jawił się na tablicy, na sali plenarnej Sejmu zapadła cisza. Dopiero po chwili poderwali się Antoni Macierewicz z wypiekami na twarzy i Joachim Brudziński. Zaczęli podska­kiwać i potrząsać Kamińskim: - Wygrałeś, wygrałeś!
Pogratulował mu też prezes Jarosław Ka­czyński. Były szef CBA nie dowierzał. Takiego wyniku głosowania w sprawie odebrania poselskiego immunitetu Kamińskiemu nie spodziewał się zresztą nikt. Sprawa wyda­wała się przesądzona, a praska prokuratura szykowała się do postawienia mu zarzutów.
Decydujące znaczenie miało wystąpienie Kamińskiego w czasie tajnych obrad. Po­nownie oskarżył w nim Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich o zakup willi w Kazimierzu Dolnym w niejasnych okolicznościach i ze źródeł niewiadomego pochodzenia. Po rewelacjach byłego szefa CBA niektórzy posłowie PO, PSL, a nawet SLD wstrzymali się od głosu. - To było chłodne, rzeczowe wystąpienie, bez politycznej retoryki. Ka­miński odczytał je zresztą z kartki. Zrobiło wrażenie - przyznaje nam jeden z polityków Sojuszu. Tym bardziej że posłowie nie znali nawet stanowiska prokuratury, która chciała postawić zarzuty Kamińskiemu; wniosek o uchylenie mu immunitetu i uzasadnienie przeczytało raptem kilkoro z 460 parlamen­tarzystów.
Polityk PiS: - To był dzień zwrotny dla Mariusza. Dostał nagle nowego paliwa. PiS idzie teraz za ciosem i składa wniosek o powołanie komisji śledczej mającej zbadać majątek Kwaśniewskich. Od razu ruszyły też spekulacje, jak Kamiński może wykorzystać ten potencjał. Czy wystartuje w jesiennych wyborach na prezydenta Warszawy? Nie­którzy zobaczyli w nim wręcz kolejnego potencjalnego delfina. - Którego brakuje po odejściu Zbigniewa Ziobry - uważa jeden z naszych rozmówców.

piątek, 11 lipca 2014

Polska dygotalna



Afera jest, choć nie bardzo jeszcze wiadomo, czego dotyczy. Na przeszkodzie jak zawsze stanęła tradycyjna polska histeria.

RAFAŁ KALUKIN

Jak w filmowym klasyku, są dwie praw­dy: prawda czasu i prawda ekranu. Prawda czasu to odpowiedź na pytanie, dlaczego polskie państwo jest tak przeraźliwie słabe, że jego wysocy funkcjona­riusze dają się nagrywać, a nagranie z ich spot­kania destabilizuje życie polityczne.
Prawda ekranu to z kolei odpowiedź na py­tanie, jaki jest polityczny sens podsłuchanej rozmowy prezesa NBP z szefem MSW i czy w knajackim dialogu doszło do złamania prawa albo wręcz naruszenia konstytucyjnych reguł.
Obie prawdy są istotne, choć ta pierwsza - z perspektywy długofalowych interesów pań­stwa, nieobciążonych doraźnie politycznymi aspektami - wydaje się daleko ważniejsza. Obie jednak powinny dziś stanowić przed­miot równoległych dociekań.
Tak się nie stało. Pytanie „kto i po co na­grywał” jest dziś kwestią podejmowaną niemal wyłącznie przez władzę. Nie było­by w tym niczego niestosownego, gdyby nie fakt, że jednocześnie władza zbaga­telizowała treści ujawnione na nagra­niu. Odpuściła je, uznając za politycznie niewygodne, umniejszyła ich znaczenie, za nic mając publiczne zgorszenie. Tb poważny błąd premiera.
Pytanie „o czym rozmawiali Belka z Sienkiewiczem” zostało więc zmonopoli­zowane przez media. Postawione w oskarżycielskim tonie zbulwersowało opinię publiczną. I słusznie - tyle że przy okazji bagatelizuje się pytania o to, kto i dlaczego upublicznił nagrania. A tym, którzy są na tyle rozsądni, że to czynią, zarzuca się dzie­lenie włosa na czworo bądź - w ostrzejszej wersji - wysługiwanie się rządowi. W tym sezonie politycznym prorządowość, choć­by tylko insynuacyjnie komuś przypi­sywana, jest opcją niepopularną nawet w ośrodkach do tej pory odległych o lata świetlne od PiS-owskiej prawicy.
Tymczasem odklejanie od siebie obu tych kwestii, a już zwłaszcza ich kon­frontowanie, zaciemnia tzw. aferę taśmo­wą. Potęguje polityczny chaos i stymuluje publiczny dygot.

czwartek, 10 lipca 2014

Wróg i zdrajca według Kaczyńskiego



Andrzej Saramonowicz

Porozmawiajmy o faktach. Tym wszystkim, którzy wierzą w nieomylność prezesa Jarosława Kaczyńskiego i trafność jego wyborów politycznych, oraz tym wszystkim, którym marzy się jego rząd składający się z fachowców i właściwie dobranych ludzi, chciałbym przypomnieć kilka danych
W dniu zaprzysiężenia 14 lipca 2006 r. w rządzie premiera Kaczyńskiego znaleźli się:

1. Ludwik Dorn - wiceprezes Rady Ministrów, minister spraw wewnętrznych i administracji - DZIŚ WRÓG, ZDRAJCA i RENEGAT

2. Roman Giertych - wiceprezes Rady Ministrów, minister edukacji narodowej - DZIŚ WRÓG, ZDRAJCA i RENEGAT

3. Andrzej Lepper - wiceprezes Rady Ministrów, minister rolnictwa i rozwoju wsi - WRÓG, KTÓREGO CBA OSKARŻYŁO O PRZESTĘPSTWO

4. Radosław Sikorski - minister obrony narodowej - DZIŚ WRÓG, ZDRAJCA i RENEGAT

środa, 9 lipca 2014

Mój przyjaciel Donald



Ratowanie ojczyzny to jedyny powód, który mógłby mnie ściągnąć do polityki i skłonić do porzucenia kancelarii - mówi byty wicepremier.

Rozmawia PIOTR NAJSZTUB

NEWSWEEK: Kiedy ukaże się ten wywiad, plotka może będzie już faktem i w sieci znajdzie się nagranie pańskiej rozmowy z Piotrem Nisztorem, współautorem tekstów podsłuchowych. Kiedy pan się z nim spotkał?
ROMAN GIERTYCH: Trzy lata temu, w mo­jej kancelarii.

Po co?
- Jeden z moich klientów, blisko współ­pracujący z Janem Kulczykiem, zlecił mi pośrednictwo w „wykupie” książki autor­stwa Piotra Nisztora, w całości poświęco­nej rodzinie Kulczyków. Być może chciał panu Kulczykowi zrobić przyjacielski prezent.

Jak to motywował?
- Niepokojem o stan zdrowia chorego ojca Jana Kulczyka, który mógł ciężko przeżyć tę publikację. Także chęcią prze­ciwdziałania uderzeniu w samego Jana Kulczyka.

Pytał pan, dlaczego Nisztor miałby chcieć sprzedać książkę?
- Usłyszałem, że sam zgłosił się do Kulczy­ka, ale do transakcji nie doszło z powodu
jego wygórowanych oczekiwań finanso­wych. Moja rola miała polegać na wyne­gocjowaniu niższej ceny.

Korzystał pan z pośredników, by umówić się z Nisztorem?
- Umówił to spotkanie redaktor Jan Piński [obecnie redaktor naczelny tygo­dnika „Uważam Rze” - przyp. red].

wtorek, 8 lipca 2014

Taśma Giertycha



Roman Giertych, nadworny adwokat rządu Donalda Tuska, chciał tworzyć grupę, która będzie wymuszała pieniądze od najbogatszych Polaków: Jana Kulczyka, Zygmunta Solorza, Leszka Czarneckiego i Michała Sołowowa.

SYLWESTER LATKOWSKI, MICHAŁ MAJEWSKI

Lato 2011 r. Pracujący wówczas dla „Rzeczpospolitej” Piotr Nisztor szykuje książkę o miliarderze Janie Kulczyku. Sprawa nie jest tajemni­cą, wie o niej światek dziennikarzy i PR-owców. Relacja Nisztora: - W sierpniu 2011 r. byłem na urlopie w Egipcie. Kontaktu ze mną szukał dziennikarz Jan Piński. Spo­tkaliśmy się na warszawskim Żoliborzu zaraz po moim powrocie. Piński nagabywał mnie, żebym sprzedał prawa autorskie do książki o Kulczyku. Zaproponował 300 tys. zł. Odmówiłem. Wtedy Piński powiedział, że chce się ze mną spotkać „Długi” i on takie spotkanie zaaranżuje.
„Długi” to, wedle nomenklatury Piń­skiego, mecenas Roman Giertych. Piński, dziś naczelny pisma „Uważam Rze” jest z Giertychem blisko zakolegowany. Kilka lat temu, gdy kierowana przez Giertycha Liga Polskich Rodzin miała wpływy w TVP, był szefem telewizyjnych „Wiadomości”.
Do spotkania Giertych-Nisztor-Piński dochodzi wieczorem, w czwartek 18 sierpnia 2011 r. Miejsce? Kancelaria adwokacka byłego wicepremiera przy warszawskim Nowym Świecie. Nisztor: - Postanowiłem zareje­strować to spotkanie. Dlaczego? Ponieważ propozycja złożona przez Pińskiego była podejrzana. Spodziewałem się, że w trakcie spotkania padną kolejne podejrzane propozycje. Nie myliłem się. Byłem w podobnej sytuacji co Adam Michnik, który postanowił nagrać Rywina.
Dlaczego nagranie pojawia się dopiero teraz? Nisztor uzasadnia, że miało być ono elementem książki, którą szykuje o najbogat­szym Polaku. - Zdecydowałem się je ujawnić teraz, bo jestem zajadle atakowany. Posądza się mnie, że sprzedałem książkę o Kulczyku, co jest kłamstwem - tłumaczy.

poniedziałek, 7 lipca 2014

PKP donosi CBA na wydawcę "Wprost". Ten mówi o zemście za niewygodne publikacje



Sebastian Kucharski

PKP zawiadomiły CBA o podejrzanych działaniach Michała M. Lisieckiego, wydawcy tygodników "Wprost" i "Do Rzeczy".
Jak napisała w piątek "Gazeta Finansowa", Lisiecki składał PKP i Totalizatorowi Sportowemu oferty reklamowo-promocyjne, za które chciał otrzymać kilka milionów złotych. W tym czasie dziennikarze należących do niego tytułów szukali nieprawidłowości w tych spółkach.

Point Group, której prezesem jest Lisiecki, wydało oświadczenie, że te działania wpisują się w trwające od kilku tygodni naciski na wydawcę "Wprost", aby wymienił kierownictwo redakcji.

1,7 mln zł od PKP i 2 mln zł od Totalizatora Sportowego

Z informacji "Gazety Finansowej" wynika, że prezes Point Group chciał 1,7 mln zł od PKP i 2 mln zł od Totalizatora Sportowego. Gazeta opisuje sposób działania prezesa Lisieckiego na przykładzie Totalizatora. W 2012 roku prezes stara się o fundusze w tej firmie. "Po odmowie w grudniu rozpoczęto krytyczne publikacje na temat działań zarządu TS. Po dwóch krytycznych tekstach o Totalizatorze wpłynęła oferta reklamowa od wydawcy 'Wprost'. Lisiecki chciał otrzymać za dwie imprezy 2 mln zł" - podała "GF".

Totalizator zlecił audyt tej oferty, z którego wyszło, że maksymalnie były one warte dużo mniej - w sumie 320 tys. zł. Dlaczego władze TS zleciły audyt? - Dobre praktyki TS przewidują ocenę składanej oferty przez zewnętrznego audytora - firmę specjalizującą się w ocenie efektywności sponsoringu w przypadku, gdy kwota sponsoringu przekracza 100 tysięcy zł, a spółka mogłaby być nią potencjalnie zainteresowana - tłumaczy Agnieszka Libor, rzecznik prasowy TS.

niedziela, 6 lipca 2014

Robespierre Kaczyńskiego



W politycznej biografii Mariusza Kamińskiego stałe są tylko trzy rzeczy. Nienawiść do postkomuny, antykorupcyjna obsesja i ateizm.

Michał Krzymowski

Tajne posiedzenie Sejmu, 10 czerwca. Wyniki, które właś­nie pojawiły się na elektronicz­nej tablicy, to doskonała wiadomość dla byłego szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Mariusz Kamiński niespo­dziewanie ocalił immunitet. Rezultat - 160 głosów przeciw jego uchyleniu plus 46 osób wstrzymujących się - jest Szo­kiem dla całej sali. W obronie byłego sze­fa CBA, który kilka minut temu wygłosił przemówienie na temat finansów pań­stwa Kwaśniewskich, musieli opowie­dzieć się nie tylko partyjni koledzy, ale także niektórzy posłowie koalicji.
W PO konsternacja. W ławach PiS zrywają się brawa, ktoś z końca sali - najpewniej poseł Krzysztof Lipiec, zna­ny z zamiłowania do pieśni patriotycznych - intonuje hymn państwowy. Po chwili śpiewa już cały klub, włącznie z prezesem. Gdy Mazurek milknie, drobna sylwetka Kamińskiego tonie w uściskach. Z gratu­lacjami pierwszy leci Antoni Macierewicz, na co dzień jego partyjny przeciwnik.
Mówi znajomy byłego szefa CBA: - Dla Mariusza to wielkie zwycięstwo. Całe życie kierowały nim dwa instynkty. Dziki anty- komunizm i antykorapcyjne przeczulenie. W sprawie Kwaśniewskich mógł wskoczyć na oba koniki jednocześnie.

sobota, 5 lipca 2014

Nietykalni



Co roku Skarb Państwa wypłaca ok. 5 min zł za niesłuszne aresztowania. Prokuratorzy za błędne decyzje praktycznie nie ponoszą odpowiedzialności.

Krzysztof Wójcik

Brudna i zimna cela z soplem zwisają- cym na wewnętrznej stronie okna pa­mięta jeszcze początek XX w. Na dworze siarczysty mróz - ponad 20 stopni poni­żej zera, a w środku śmierdzi mieszanka potu, moczu i starych petów. Wzdłuż sza­rych ścian unoszą się chmury pary, ulatu­jące z ust dwóch mężczyzn siedzących na brudnych pryczach. Z kranu kapie zimna woda. Cela mieści się w narożniku i jest przygotowana dla szczególnie niebez­piecznych bandytów - meble są na stale wbetonowane w podłogę.
Jak mówią klawisze, cela ma tradycje - w stanie wojennym siedział w niej An­drzej Milczanowski (późniejszy minister spraw wewnętrznych III RP). Na 14 więź­niów w tym pionie połowa siedzi za za­bójstwa.
Jest Wigilia 1995 r. w ciężkim Zakła­dzie Karnym w Braniewie.

Cela
Piotr Zaleski - kilkanaście godzin wcze­śniej król życia - jednego dnia zamienia skórzany fotel szefa świetnie prosperują­cego gdańskiego kantoru Conti na 12 me­trów kwadratowych kryminału. Branie­wo to ostatnie polskie miasteczko na trasie do Kaliningradu. Choć z prokura­tury, która decyduje o aresztowaniu Za­leskiego, do aresztu na Kurkowej w cen­trum Gdańska jest spacerkiem 10 minut, śledczy umieszczają właściciela kantoru pod granicą z Rosją (w 1995 r. to prokura­tor, a nie sąd decydował o aresztowaniu). Z Gdańska to 104 kilometry.
Decyzję o skierowaniu do więzienia w Braniewie podpisuje prokurator, któ­ry nie prowadzi jego sprawy. Potem po­wie, że nie wie, dlaczego. Zaleski wie: - Tak wygląda typowy areszt wydobyw­czy. Gdy tam siedziałem, miałem wra­żenie, że czas się tu zatrzymał 50 lat temu. To wyjątkowe miejsce. Na wolno­ści nieźle mi się żyło, a tu człowiek spa­da na samo dno. Jest traktowany gorzej niż pies. Jak pies chce siku, to staje pod drzwiami i człowiek może z nim wyjść. W Braniewie były zasady. Otwiera się klapa i ktoś krzyczy: „spacer”! Jest pan gotowy, zdąży założyć buty czy kurtkę, to pan wychodzi. Jeśli nie zdąży - nie wychodzi. Proste.
Zaleski nie ma kontaktu ze światem - gazety dostaje po tygodniu, o radiu i tele­wizji może zapomnieć. Otrzymuje status więźnia niebezpiecznego i początkowo nie może nawet wychodzić do świetlicy. Wyjazd do szpitala w Elblągu to konwój pod bronią antyterrorystów.
- Prowadząc biznes żyłem w perma­nentnym stresie - mówi Zaleski. - liczyły się coraz większe zyski i obroty. Złodziej
zakłada, że może wpaść, a ja prowadziłem normalny interes i nagle znalazłem się w innej rzeczywistości. Po kilku dniach odsiadki zjawili się funkcjonariusze z przestępczości zorganizowanej. Rzucili kilka zdjęć, w tym „Nikosia” (domniema­nego szefa pomorskiej mafii). Tłumaczyli, że jak mam jakiś temat na tych gości, to zaraz uwolnią mnie od zarzutów i wyjdę.
Zaleski milczy. Jego wspólnik w interesach, Adrian Nowak, ma więcej szczę­ścia: podczas pokazowej akcji policji jest akurat za granicą. Postanawia nie wracać i unika aresztu.

piątek, 4 lipca 2014

Blondynka na węglowym grillu



Z takim nazwiskiem wkrótce gdzieś wypłynę - żartowała Grażyna Piotrowska-Oliwa, gdy przed rokiem Donald Tusk odwoływał ją z funkcji prezesa Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Po tym, co premier powiedział w zeszłym tygodniu, żarty się skończyły.

MAREK RABU

Teoretycznie nic się nie stało. W zeszłą środę w Sej­mie Donald Tusk nie wymienił nawet nazwiska Grażyny Piotrowskiej-Oliwy. Oznajmi! jedynie, że w aferze podsłuchowej palce maczali ludzie związani z sektorem węglowym i gazowym. - Każdy, kto interesował się na tej sali problemem tzw. pieremyczki, czyli połącze­nia gazowego, które miało omijać Ukrainę, pamięta także zdarzenia, z którymi związane są niektóre osoby pojawia­jące się w kontekście afery podsłuchowej - powiedział, od razu zastrzegając, że na razie nie ma twardych dowodów, ale jedynie poszlaki.
- Pierwszy telefon od dziennikarza proszącego o komen­tarz do tych słów odebrałam kilkanaście minut później - mówi Piotrowska-Oliwa. - Znamienne, że ani ze mną, ani z mężem do dziś nie skontaktował się nikt z policji, proku­ratury czy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Może dowiedziałabym się od nich, co dokładnie mi się zarzuca.

czwartek, 3 lipca 2014

Kac prezydencki



Złoty chłopak lewicy, za wcześnie wygrał całą pulę. Gdy upłynęło i o lat w Pałacu, nie potrafił się pozbierać, tracił popularność i wpływy. Dziś politycy wolą udawać, że słabo znają Aleksandra Kwaśniewskiego.

PAWEŁ RESZKA

WAŻNY POLITYK LEWICY: - No więc panu powiem. Przemówienie Ma­riusza Kamińskiego przed Sejmem było świetne. Kapitalnie napisane, bardzo do­brze wygłoszone. Na sali grobowa cisza. Posłowie wstrząśnięci tym, co usłyszeli o interesach rodziny Kwaśniewskich.
Minister w rządzie Jarosława Kaczyńskie­go: - Kamiński dokonał ciekawej rzeczy. Przekonał posłów, że w głosowaniu nie cho­dzi o uchylenie jego immunitetu. Nie o to, czy Kamiński stanie przed sądem za swoją działalność w CBA, czy nie. Uwierzyli, że chodzi o majątek Kwaśniewskiego. Efekt wzmocniła jeszcze tajność posiedzenia Sej­mu. Wszyscy dziennikarze interesowali się głównie tą sprawą. Zaś Mariusz Kamiński mógł bez przeszkód zdradzać tajemnicę pro­wokacji CBA przeciwko Kwaśniewskim.
Uzasadnienia prokuratorów domagają­cych się uchylenia immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu na posiedzeniu nie odczyta­no. Leżało spokojnie w tajnej kancelarii Sej­mu. Zapoznało się z nim dziewięciu parla­mentarzystów.
PiS domaga się komisji śledczej. Tak samo jak ujawnienia przemówienia Kamiń­skiego. A jest co ujawniać, bo były szef CBA cytował soczyste kawałki z podsłuchanych rozmów. Mają one świadczyć, że państwo Kwaśniewscy kupili drogi dom w Kazimie­rzu na „słupa”, czyli niebogatą, znajomą emerytkę. Trzymali w tym domu swoje rze­czy, podejmowali gości. Jolanta Kwaśniew­ska instruowała „właścicielkę”, że w pakie­cie kablówki mają być kanały sportowe „dla Olka”.
Gdy zaś na nieruchomość pojawił się ku­piec (był nim podstawiony przez CBA agent Tomek) i zaoferował 3,1 min zł, panie roz­mawiały przez telefon: „Klient mówi, że 350 złotych za te buty to za drogo. Trzeba obni­żyć cenę”.

środa, 2 lipca 2014

Przeklinać trzeba umieć



Spotkali się politycy, którzy na co dzień posługują się nowomową stworzoną dla mediów. Rozochocili się przy winie i starają się poluzować krawaty na językach, dlatego ich rozmowa wygląda groteskowo - pisarz Wojciech Kuczok o podsłuchach, przekleństwach i biznesmenach.

Rozmawia WOJCIECH STASZEWSKI

NEWSWEEK: W jakich okolicznościach rzuca pan kurwami?
WOJCIECH KUCZOK: Przede wszystkim przez sen. Wtedy też śpiewam obleśne piosenki albo wyję jak duch w przeście­radle. Przed pierwszą nocą uprzedzi­łem partnerkę, że moje emocje znajdują upust w specyficznej formie językowego somnambulizmu.

Faceci z restauracji Sowa i Przyjaciele używają wulgaryzmów inaczej, bez złości.
- Duzi chłopcy się rozochocili przy wi­nie i starają się poluzować krawaty na językach.
Z przyjacielem przeklina się spontanicz­nie, a jeżeli chce się kogoś oswoić, przejść na ty, zbratać na chybcika, to przycho­dzą do głowy takie fajerwerki jak „dupa
pogłębiająca się”. Może my zresztą też przeszlibyśmy na „ty”?

Lepiej niż na „mości książę”, jak mówił na taśmach Marek Belka, dodając zaraz „ch... stary”.
- Nie układaj ą im się te przekleństwa w us­tach. Spotkali się panowie, którzy na co dzień posługują się nowomową stworzoną dla mediów, takim werbalnym odpowied­nikiem gestu złożonych dłoni, którego nauczają na kursach socjotechnicznych, żeby się wyglądało na eksperta. Przez to ich niby normalna rozmowa przy winie wygląda tak groteskowo. Nie mam prob­lemu z wulgaryzmami jako ornamentami rozmowy. Chodzi o to, czy sposób ich nad­używania nie świadczy o tym, że poczucie nieograniczonej władzy odebrało komuś
rozum i skasowało instynkt samozacho­wawczy, tak jak kiedyś Rywinowi. W tym, jak Belka wkłada ch... do zdania, wyczu­wam bezkarność i pogardę wobec wszyst­kich, których on uważa za „zbyt krótkich”.

wtorek, 1 lipca 2014

Ucho od śledzia



Romans polityków z ekskluzywnym restauratorstwem okazał się związkiem tragicznym. Kiedy już nauczyli się jeść dwoma nożami i widelcami, to branża wbiła im nóż w plecy.

Juliusz Ćwieluch

Restauracja Sowa & Przyjaciele, ostatnio bardziej znana jako Pol­skie Nagrania, wyznacza pery­feria warszawskiej gastronomii. Peryferia w sensie dosłownym, bo trend jest taki, żeby otwierać lokale w cen­trum. Sowa i tajemniczy przyjaciele wy- kalkulowali, że będą odwracać trendy. Położona na Czerniakowie restauracja przyciągać miała nie bliskością, ale in­tymnością i bezpieczeństwem. Lokal jest tak zaaranżowany, że główna sala dla go­ści wydaje się tylko przystawką dla czte­rech vip roomów, czyli samodzielnych bytów restauracyjnych, z których dwa są na głębokim zapleczu, a jeden w piw­nicy. Oddzielne wejście, zero kontaktu ze zwykłymi gośćmi restauracji i zaufa­na obsługa miały dawać vipom poczucie pełnego bezpieczeństwa. No i dawały. Co słychać na ujawnionych nagraniach.
W sobotę po południu pierwsi dzien­nikarze już stali pod lokalem. Tego dnia w restauracji odbyły się jeszcze, zaplano­wane wcześniej, 50 urodziny Roberta Oli­wy, męża byłej prezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa (PGNiG). Im­preza z tych bardziej zapamiętanych niż udanych. W charakterze niespodzianki pojawili się agenci ABW. W lokalu jeszcze na parę dni pozostał porzucony piękny skuter Vespa, prezent dla jubilata.
W niedzielę już trzeba było zapalać świa­tło na sali, bo okna przesłonięto drewnia­ną aranżacją, żeby klientów nie peszyły kamery. A w poniedziałek prokuratura zatrzymała, a następnie postawiła dwa zarzuty związane z nielegalnymi podsłu­chami Łukaszowi N., który obsługiwał vip roomy u Sowy. Można uznać, że po areszto­waniu menedżera Robert Sowa miał prawo poczuć się oszukany, a nawet ugotowany. - Łukasz zajmował wcześniej podobne sta­nowisko w restauracji Lemongrass. Kiedy Lemongrass zamknięto, zatrudniliśmy go na próbę u znajomych w Ole Tapas Bar. Sprawdził się, więc wziąłem go do siebie -wspomina restaurator. N. był młody, ob­rotny, kontaktowy. Szybko skracał dystans z klientami. Ale potrafił robić to umiejętnie. Ludzie się nie obrażali, choć zdarzało mu się przechodzić na ty. W Ole razem z Łu­kaszem pracował jego brat Dawid, które­go wprowadzał na rynek i do towarzystwa. Z Ole odeszli w podobnym czasie ponad rok temu. Łukasz poszedł pracować do Ro­berta Sowy. A Dawid do restauracji Amber Room w Pałacu Sobańskich. Tak się skła­da, że to właśnie z tych dwóch restauracji pochodzą wszystkie ujawnione dotych­czas podsłuchy.
W restauracji Amber Roompo wymie­nieniu nazwiska N. zapada głucha cisza.
- Dawid już tu nie pracuje, nie ten adres. Łukasz w restauracji Sowa & Przyjaciele też już się nie pojawił. Jego komórka mil­czy. Co zresztą zrozumiałe, bo śledczy mu ją zatrzymali jako ewentualny do­wód w sprawie. Ludzie, którzy chodzili do restauracji Roberta Sowy, dopiero te­raz zaczynają kojarzyć pewne wydarze­nia. - Łukasz po trafił zadzwonić do mnie i spytać, czy coś się stało, bo zdradziłem go na rzecz innego lokalu. Nie dość, że wiedział, gdzie i kiedy byłem, to jeszcze z kim - mówi jeden ze stałych klientów restauracji. Przed aferą nie wzbudzało większych podejrzeń. Po aferze ludzie zastanawiają się, jak mogli być tak głupi, żeby nie kojarzyć faktów.