Co roku Skarb Państwa
wypłaca ok. 5 min zł za niesłuszne aresztowania. Prokuratorzy za błędne decyzje
praktycznie nie ponoszą odpowiedzialności.
Krzysztof Wójcik
Brudna i zimna cela z soplem zwisają- cym
na wewnętrznej stronie okna pamięta jeszcze początek XX w. Na dworze
siarczysty mróz - ponad 20 stopni poniżej zera, a w środku śmierdzi mieszanka
potu, moczu i starych petów. Wzdłuż szarych ścian unoszą się chmury pary,
ulatujące z ust dwóch mężczyzn siedzących na brudnych pryczach. Z kranu kapie
zimna woda. Cela mieści się w narożniku i jest przygotowana dla szczególnie
niebezpiecznych bandytów - meble są na stale wbetonowane w podłogę.
Jak mówią klawisze, cela ma
tradycje - w stanie wojennym siedział w niej
Andrzej Milczanowski (późniejszy minister spraw wewnętrznych III RP). Na 14
więźniów w tym pionie połowa siedzi za zabójstwa.
Jest Wigilia 1995 r. w ciężkim
Zakładzie Karnym w Braniewie.
Cela
Piotr Zaleski - kilkanaście godzin
wcześniej król życia - jednego dnia zamienia skórzany fotel szefa świetnie
prosperującego gdańskiego kantoru Conti na 12 metrów kwadratowych kryminału.
Braniewo to ostatnie polskie miasteczko na trasie do Kaliningradu. Choć z
prokuratury, która decyduje o aresztowaniu Zaleskiego, do aresztu na Kurkowej
w centrum Gdańska jest spacerkiem 10 minut, śledczy umieszczają właściciela
kantoru pod granicą z Rosją (w 1995 r. to prokurator, a nie sąd decydował o
aresztowaniu). Z Gdańska to 104 kilometry.
Decyzję o skierowaniu do więzienia
w Braniewie podpisuje prokurator, który nie prowadzi jego sprawy. Potem powie,
że nie wie, dlaczego. Zaleski wie: - Tak
wygląda typowy areszt wydobywczy. Gdy tam siedziałem, miałem wrażenie, że
czas się tu zatrzymał 50 lat temu. To wyjątkowe miejsce. Na wolności nieźle mi
się żyło, a tu człowiek spada na samo dno. Jest traktowany gorzej niż pies.
Jak pies chce siku, to staje pod drzwiami i człowiek może z nim wyjść. W
Braniewie były zasady. Otwiera się klapa i ktoś krzyczy: „spacer”! Jest pan
gotowy, zdąży założyć buty czy kurtkę, to pan wychodzi. Jeśli nie zdąży - nie
wychodzi. Proste.
Zaleski nie ma kontaktu ze światem
- gazety dostaje po tygodniu, o radiu i telewizji może zapomnieć. Otrzymuje
status więźnia niebezpiecznego i początkowo nie może nawet wychodzić do świetlicy.
Wyjazd do szpitala w Elblągu to konwój pod bronią antyterrorystów.
- Prowadząc biznes żyłem w permanentnym
stresie - mówi Zaleski. - liczyły się coraz większe zyski i obroty. Złodziej
zakłada, że może wpaść, a ja
prowadziłem normalny interes i nagle znalazłem się w innej rzeczywistości. Po
kilku dniach odsiadki zjawili się funkcjonariusze z przestępczości
zorganizowanej. Rzucili kilka zdjęć, w tym „Nikosia” (domniemanego szefa
pomorskiej mafii). Tłumaczyli, że jak mam jakiś temat na tych gości, to zaraz
uwolnią mnie od zarzutów i wyjdę.
Zaleski milczy. Jego wspólnik w
interesach, Adrian Nowak, ma więcej szczęścia: podczas pokazowej akcji policji
jest akurat za granicą. Postanawia nie wracać i unika aresztu.