sobota, 9 sierpnia 2014

Zbiór rasowych psów



W „Pitbullu” niewiele jest sytuacji, które nie są 1:1. Zobaczyłem je wcześniej, robiąc „Prawdziwe psy”. Paradoks polegał na tym, że gdybym pokazał to w dokumencie, wszyscy ci policjanci poszliby siedzieć – mówi reżyser PATRYK VEGA.

Izabela Smolińska

Do wydziału zabójstw Patryk Vega trafił przypadkiem. Chciał zdokumentować element scenariusza do filmu, który zresztą nigdy nie powstał. Koleżanka jego matki była kochanką jednego z policjantów. Umówiła go na spotkanie w komendzie. Przyszedł i od razu stwierdził, że to o tych chłopakach chce zrobić film. Został z nimi kilka lat. Najpierw nakręcił dokumentalne „Prawdziwe psy”, potem, na ich podstawie, serial i film fabularny „Pitbull”. Na komendzie poznał Sławomira Opalę. To właśnie on był pierwowzorem filmowego Despera, czyli komisarza Sławka Desperskiego, i narratorem „Prawdziwych psów” Chociaż kiedy te wchodziły na ekrany, Opala nie pracował już w policji. Wyrzucony za awanturę domową, w której ranna została jego dziewczyna. Ostatecznie, w 2011 r., trafił do więzienia, oskarżony m.in. o powiązania ze światem przestępczym. W nocy z 26 na 27 lipca Sławomir Opala popełnił samobój­stwo. Powiesił się w domu swoich rodziców.

Zaskoczyła cię śmierć Sławka Opali?
Nie. Pamiętam, jak kiedyś wyjął pocisk z portfela i powiedział, że to pamiątka po tym, jak chciał się zabić. Nie wyszło, bo spłonka w pocisku nie odpaliła. Wtedy myślałem, że to taki Sławkowy mit. Teraz myślę, że było inaczej. On o swoim samobójstwie mówił od czasu „Prawdziwych psów”. To więc trochę bardziej było pytanie, „kiedy” a nie „czy” to nastąpi.

Ilu samobójców poznałeś w policji?
Nie liczę. Ale tych historii jest dużo. Pamię­tam kobietę, która strzeliła sobie w głowę w służbowym samochodzie. I ostatnie, co robiła przed śmiercią, to otwarcie bocznej szyby w aucie, żeby wystrzał nie uszkodził służbowego mienia. To wydaje się grote­skowe, ale pokazuje, jak policja jest w nich wdrukowana do samego końca.

Chodzisz na pogrzeby policjantów?
Chodzę.

piątek, 8 sierpnia 2014

Gorączka



O dziennikarzach, którzy odgrywają scenariusz anonimowego przestępcy, o państwie, które przegrywa z fundamentalistami, S o tym, kto jest Frankiem Underwoodem polskiej polityki, opowiada Agnieszka Holland. Wkrótce będzie reżyserować stynny serial polityczny „House of Cards".

NEWSWEEK: Fajnie jest w Polsce, prawda?
AGNIESZKA HOLLAND: No super jest. Po prostu jest super.
Żal wyjeżdżać...
- Jedyną moją pociechą jest to, że istnieją internety, telewizje i że dalej będę mogła ten serial śledzić na bieżąco.

Śledzić z odczuciami jakimi?
- Ten serial śledzę z uczuciem troski o państwo.

To może nadmiar patosu jak na sytuację nagraniowo-kelnerską.
- Ale tak to czasem bywa, że zaczyna się śmiesznie, a kończy się smutno.

A kiedy byt śmieszny początek?
- No śmieszne jest to, jak mówią takie brzydkie wyrazy, prawda? Bo „ch..., dupa kamieni kupa” to śmieszne jest, to wej­dzie do języka.

Już weszło.
- Ale sprawa jest poważna. To, co troszecz­kę mnie martwi jako odbiorcę serialu, mówię teraz z czysto rozrywkowo-drama­turgicznej strony, to że nie wiadomo, czy w ogóle będzie jakieś adekwatne, dobre zakończenie.
                 
A dobre to byłoby jakie? Na przykład efek­towny upadek?
- Nie, bo to jest przewidywalne.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Taśma, która ma obalić rząd



Czy akcja służb specjalnych przeciw Janowi Buremu z PSL to pokłosie nagranego spotkania wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem?

SYLWESTER LATKOWSKI, MICHAŁ MAJEWSKI

Puszczenie moich taśm zamknie tygodniach w warszawskich restauracjach, temat i rząd upadnie - rzucił żartem krótko po wybuchu afery taśmowej szef CBA Paweł Wojtunik. „Wprost” zna szczegóły jego, spotkania z wicepremier Bieńkowską.
Czy zeszłotygodniowa akcja CBA, które głównym bohaterem był Jan Bury, jeden Spotkanie Bieńkowska-Wojtunik było z liderów PSL, jest prewencyjną operacją umawiane przez sekretariaty pani wice - przed ujawnieniem taśmy ze spotkania premier i szefa służby antykorupcyjnej. Bieńkowska-Wojtunik?

SOWA Z MOKOTOWA
Drugi tydzień czerwca. Źródło przekazuje tygodnikowi „Wprost” pierwsze nagrania spotkań z restauracji Sowa i Przyjaciele. To rozmowy szefa MSW Bartłomieja Sienkie­wicza z prezesem NBP Markiem Belką oraz spotkanie Sławomira Nowaka z Andrzejem Parafianowiczem. „Taśmom” towarzyszą dodatkowe informacje: są kolejne nagra­nia, m.in. rozmowy Pawła Grasia z Janem Kulczykiem oraz Bieńkowskiej i Wojtunika. Potwierdziliśmy wtedy, że rzeczywiście takie spotkania odbyły się w ostatnich tygodniach w warszawskich restauracjach.
Udało nam się też ustalić część szczegółów żartem krótko po wybuchu tego drugiego spotkania, które odbyło się afery taśmowej szef CBA Paweł na początku czerwca w restauracji Sowa i Przyjaciele.


RESTAURACJĘ WYBRAŁA WICEPREMIER
Miejsce zaproponowała Bieńkowska, która dobrze zna położoną na Dolnym Mokotowie restaurację Sowa i Przyjaciele. Kilka miesięcy wcześniej Bieńkowska organizowała w niej imprezę urodzinową z udziałem polityków. Dlaczego do rozmowy nie doszło w gabine­cie szefa CBA lub wicepremier? Sekretarki zastępczyni premiera Tuska tłumaczyły koleżankom z biura Wojtunika, że rozmowa w restauracji jest na rękę pani wicepremier, bo „pani Bieńkowska ma wiele spotkań na mieście". Wojtunik, jak wynika z naszych informacji, nigdy wcześniej ani później nie umawiał się na rozmowy w tejże restauracji. Rachunek (822 zł) uregulowało Ministerstwo Infrastruktury.

środa, 6 sierpnia 2014

Ziobro to moja największa pomyłka



Gdybym wiedział, jakie są kwalifikacje Ziobry, w życiu bym się nie porwał na współuczestnictwo w tego rodzaju projekcie. On z kolei nigdy nie powinien przyjmować roli lidera - mówi Jacek Kurski, były europoseł Solidarnej Polski, usunięty z tej partii.

Rozmawia AGNIESZKA BURZYŃSKA

Jacek Kurski wyrzucony z Solidarnej Polski. Zabolało?
Raczej poraziło skalą i nagłością hej tu i agresji Zbigniewa Ziobry wobec mnie. Przez 3 lata byłem podporą tego projektu, a tu lincz pod osłoną nocy, bez powiadomienia zainteresowanego i pod sfingowanymi zarzutami. Ten atak szkodzi prawicy. Psuje radość naszego elektoratu ze zjednoczenia prawicy. Wprowadza element niepotrzebnego hejtu, niesnasek, swarów, połajanek. Takich zachowań jak w latach 90. Proplatformiane media zrobią wszystko, żeby przykryć historyczny sukces zjednoczenia i atak Ziobry się w to wpisuje. Dlatego miałem nań nie odpowiadać pu­blicznie, odmówiłem wszystkim stacjom wywiadu w najlepszym czasie, łudząc się, że Ziobro też nie będzie eskalował. Ten jednak chodził po telewizjach i wylewał ku­bły pomyj. Apeluję do niego, by zaprzestał szkodzenia prawicy.

Politycy Solidarnej Polski mówią: To Kur­ski namówił do odejścia z PiS, a teraz pierwszy stchórzył. Zachował się jak szczur uciekający z tonącego okrętu. Sam wskoczył do szalupy. Nie ma pan poczucia, że pan zdradził?
Nie zdradziłem. Przeciwnie, podjąłem inicjatywę w zakresie konsolidacji prawicy i zmusiłem Zbigniewa Ziobrę do podpisa­nia i skonsumowania tej konsolidacji. Bez mojego pojawienia się na kongresie ta kon­solidacja na pewno nie odbyłaby się przed końcem wakacji i dziesiątki, setki działaczy Solidarnej Polski pozostałyby na lodzie, bo we wrześniu listy muszą być gotowe, a tak wielu z nich ocaleje w samorządach. Działałem w stanie wyższej konieczności, ratowałem ludzi. Zresztą zaproszenie na kongres zjednoczeniowy dostał każdy poseł i europoseł Solidarnej Polski.

Zbigniew Ziobro nie dostał go.
Był zapraszany publicznie przez Jarosława Kaczyńskiego, co było aktem jeszcze wyż­szej rangi. Dostawszy zaproszenie podpisa­ne przez prezesa, dzwoniłem codziennie do Zbigniewa, żeby skonsultować, czy idzie, czy nie idzie, idziemy, czy nie idziemy. Ani razu nie odebrał. Nie chciał tego kontaktu. Miał własny plan, teraz wiem jaki, pomi­jający wszystkich ludzi krytycznych wobec niego w SP. Jak się nie mogłem dodzwonić do Ziobry, to posłuchałem serca. A serce mówiło mi, że spełnia się mój sen o zjed­noczeniu prawicy. Należało te rozmowy finalizować jak najszybciej. Gdyby proces zjednoczeniowy pozostawić Ziobrze i Go- winowi, skończyłoby się tak, jak wielka akcja łączenia Solidarnej Polski i Polski Razem na jedną listę przed wyborami europejskimi. Czyli uroczystym niczym.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Siła rodziny



Gdyby nie katastrofa smoleńska, ród kaczyńskich mógłby odegrać w Polsce taką rolę jak rodzina Kennedych w USA.

CEZARY ŁAZAREWICZ

Choć wokół nich było mnóstwo ludzi, to Jarek miał zaufanie tylko do Lecha, a Lech tylko do Jarka - opowiadał przed laty poseł Porozumienia Centrum Józef Orzeł, opisując niezwykłą relację między braćmi bliźniakami, z których jeden za kilka lat został prezydentem, drugi premierem.
„Twierdzenie, że porozumiewają się bez słów, jest płytkie i banalne. Gdy Lecha boli ząb, trzeba borować Jarka. Gdy Jarek ma kłopoty w rządzie, Lech przerywa istotną wizytę zagraniczną” - tak tę zależność opi­sywał Jacek Merkel, który współpracował z braćmi w kancelarii prezydenta Lecha Wałęsy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Kwitami w milionera



Zaczęto się od pomysłu, żeby na 25-lecie wolnej Polski jednemu z najbogatszych Polaków przyznać tytuł honorowego obywatela Nowego Sącza. Kończy się oskarżeniem o współpracę z SB i pozwem o 15 min zł odszkodowania.

MAREK RABU

Co do tego, że uhonorowany na zaszczyt zasłużył, w Nowym Są­czu do pewnego czasu panowa­ła zgoda. - W głosowaniu za honorowym obywatelstwem dla pana Pazgana Kazi­mierza byliśmy praktycznie jednogłośni - recytuje do telefonu wiceprzewodniczący rady miasta Grzegorz Dobosz. - Pracowi­ty, uczciwy. No i skromny, choć pół miasta mógłby bez problemu wykupić.
Kazimierz Pazgan. Rocznik 1948. Jeden z najbogatszych Polaków - 800 milionów złotych według rankingu miesięcznika „Forbes”. W zeszłym roku gościł prawie cały Nowy Sącz na pikniku z okazji 30-lecia działalności swego Konspolu, jednej z naj­większych firm drobiarskich w Europie, To z ferm Konspolu pochodzi niemal co drugi drobiowy burger kupowany przez europej­skich klientów McDonald’s i KFC. Dla no­wosądeckiego biznesu Pazgan to człowiek instytucja, współtwórca słynnej nowosą­deckiej Szkoły Biznesu, mentor młodych przedsiębiorców.
Słowem, idealny kandydat na honoro­wego obywatela miasta. Gdyby nie to, że kilkanaście dni temu do listy jego tytu­łów i osiągnięć 20 byłych działaczy sąde­ckiej Solidarności dopisało jeszcze „TW Docent” w liście otwartym przeciw przy­znaniu mu tytułu honorowego obywatela miasta. Kwity na szefa Konspolu dosta­li ponoć w anonimowej przesyłce, podob­ne zarzuty sformułowała kilka miesięcy wcześniej jedna z prawicowych gazet.
„Jeśli prawdą jest to (...), że pan Ka­zimierz Pazgan był tajnym współpra­cownikiem Służby Bezpieczeństwa w latach 1981-1985, to jest to szczególnie szokujące” - piszą nieco asekuracyjnie byli opozycjoniści. A w kolejnym akapicie dodają już stanowczo, że „bez paraso­la ochronnego i poparcia SB i PZPR nikt przyzwoity w PRL nie mógł prowadzić działalności gospodarczej na taką skalę”.
- Setki razy mówiłem, że w latach 80. Służba Bezpieczeństwa kręciła się wokół mnie jak wokół każdego, kto choć próbo­wał wtedy robić interesy. Nigdy nie podpi­sałem jednak zobowiązania do współpracy, na nikogo nie donosiłem i nikomu nie szko­dziłem - mówi Kazimierz Pazgan, pociera­jąc skronie. - Najobrzydliwsze są jednak słowa o jakimś peerelowskim parasolu ochronnym nad moją firmą. Komunie to zawdzięczam trzy zawały.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Dzikie dzieci



Zgłosiłem się do filmu o poprawczaku, w którym chłopacy opowiadają swoje historie. Tam jest kawałek mojego życia. Jeździmy z nim po gimnazjach

Piotr Nesterowicz

Artur. Łabędź z kartonowych modułów

Wszystko się skończyło, kiedy wróciliśmy z mamą z przedszkola. W ogródku przed blokiem siedziało dwóch panów i pili piwo. Weszliśmy do domu, mama zaraz zeszła na dół, po chwili wróciła do mieszkania z tym panem. Obaj z bratem przerażeni wyglądaliśmy z pokoju. Był łysy, umięśniony i wytatuowany od stóp do głów. Następnego dnia wrócił. Wtedy po raz pierwszy widziałem mamę pijaną. Miałem sześć lat.

Później przyszła Wigilia. Tata przyjechał autem z prezentami, widziałem, jak wchodzi do domu i staje w przedpokoju, tuż za drzwiami. Kolacja niezrobiona, mama pijana z tamtym. Tato puścił torby, z tymi zakupami i prezentami, powiedział, że to pierdoli, obrócił się i wyszedł. Następnego dnia wrócił, ale mama powiedziała, że go nie kocha, że chce być z tym panem. Ojciec w szoku, my płakaliśmy, a ona była pijana.

Do tego momentu moja rodzina była 2xC, Cała i Cudowna. Tata odnawiał antyki, w domu nie było alkoholu, nie słyszałem kłótni, nie byłem bity, nikt mnie nie wyzywał. Jak ten pan się wprowadził, nawet jedzenia nie było, mama cały czas nachlana, wstawała nachlana, kładła się nachlana, wstawała i znowu, nie pamiętam, żeby była trzeźwa, aż dostała padaczki od tego chlania. Jak była na alkoholu, to nie chciała jeść, ten pan rzucał talerzami po ścianach, raz przywalił jej w nos i cały połamał.

Tata przychodził do nas co tydzień, brał za ręce, szliśmy do McDonalda i na lody. Troszczył się o nas. Wiedział, co się dzieje w domu, my nie chcieliśmy wracać, płakaliśmy, więc trzymał nas po dwa, trzy dni, aż przychodziła mama. Potem z bratem siedzieliśmy w pokoju i marzyliśmy, żeby ojciec przyszedł i nas zabrał już na stałe. Kiedy ten pan odszedł i wrócił tato, myślałem, że będzie jak dawniej, ale on jej nie zapomniał, że go zdradzała. Nawet z moim ojcem chrzestnym, najlepszym kolegą taty: raz dała mu dupy, żeby nas zawiózł na widzenie do taty, który siedział za jazdę na rowerze po pijanemu. Tato nie wybaczył ani jej, ani sobie, i sam zaczął pić.

(Dokumentacja nieletniego, 2012) ...24 czerwca, w sklepie komputerowym kradnie 4395 złotych; 3 lipca wyrywa portfel z 170 złotymi; 5 lipca kradnie telefon komórkowy, potem dwa następne; 13 sierpnia włamuje się i kradnie wkrętarki i piłę ręczną za 500 złotych; 29 września wyrywa kobiecie z ręki torebkę z telefonem, okularami, dokumentami i 260 złotymi, po chwili napada na inną, bije ją po głowie, uderza metalową rurą i zabiera torebkę...

sobota, 2 sierpnia 2014

Katolicyzm polityczny



PiS stało się partią katolickiego fundamentalizmu, a mimo to jest blisko objęcia władzy w kraju, w którym coraz mniej ludzi chodzi do kościoła.

Może to umykać codziennej uwadze, ale PiS jest za cał­kowitym zakazem aborcji, przeciwko edukacji seksual­nej, zwalcza antykoncepcję, żąda kara­nia za zapłodnienie in vitro, nie mówiąc już o całkowitym odrzuceniu związ­ków partnerskich. Partia Kaczyńskiego wspiera najbardziej konserwatywnych hierarchów i ostro piętnuje kościelnych „liberałów”. Najwyżsi przedstawiciele tego ugrupowania uczestniczą w egzorcyzmach stosowanych wobec premiera i biją przy tym brawo. Jeżdżą na piel­grzymki i zloty Radia Maryja, uczestni­czą w pseudonaukowych konferencjach na temat gender, feminizmu, homosek­sualizmu. Ich głos jest obecny w każdym niemal przypadku tzw. obrazy uczuć re­ligijnych, więcej, to działacze PiS często inicjują te protesty.
W parlamencie działa złożony nie­mal wyłącznie z posłów i senatorów PiS
słynny zespół ds. przeciwdziałania ateizacji Polski, którego członkowie reagu­ją na każdą „obrazę”. Założone w 2012 r. gremium zbierało się m.in. w sprawach: „Dyskryminacja Telewizji Trwam”, „Ide­ologia gender - zagrożenie dla cywiliza­cji. Spotkanie z ks. Prof. Dariuszem Oko”, „Przyjęcie uchwały w sprawie obrony krzyża”. Działają jeszcze trzy inne zespo­ły: na rzecz katolickiej nauki społecznej, ochrony życia i rodziny, a także - człon­ków i sympatyków Ruchu Światło-Życie, Akcji Katolickiej oraz Stowarzyszenia Rodzin Katolickich. Poza pojedynczymi przypadkami w każdym z nich zasiada po kilkudziesięciu parlamentarzystów PiS, którzy walczą z „bezczeszczeniem”.
Ostatnio Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził, że prezydent warszawy Hanna Gronkie- wicz-Waltz, choć „podkreśla, że jest gor­liwą katoliczką, swoją decyzją (o odwoła­niu ze stanowiska prof. Chazana - red.) sprzeniewierzyła się katolickim war­tościom, stanęła po stronie cywilizacji śmierci, a nie cywilizacji życia”. Prezes PiS dał zatem wyraz przekonaniu, że re­ligijne powinności stoją ponad stanowio­nym prawem.

piątek, 1 sierpnia 2014

Jak ze sobą wytrzymać?



Macie już dość? Ja też. Co z tym zrobić'?

Jacek Żakowski

Ciągle to samo. Jakby jakaś magiczna sprężyna nie­odmiennie ciągnęła nas w tę samą mroczną otchłań nieustannie tych samych „potępieńczych swarów”, ab­surdalnych emocji, bezpłodnych dociekań i idiotycz­nych kłótni, które wciąż próbują przepoczwarzyć się w wojnę domową, ale szczęśliwie jakoś nie są w stanie. Podobnie jak niemieją się zużyć ani wyjaśnić. Wracają więc jakp ory roku, zwykle skoordynowane z cyklami wyborczymi lub gospodar­czymi, i jak tajfuny albo huragany suną z grubsza tymi samymi szlakami. Po latach znamy te szlaki na pamięć. Dość łatwo jest je wskazać.

Szlak pierwszy: paranoiczny
Żywi się głównie przekonaniem, że kluczem do zrozumienia Bardzo Ważnych Spraw są tajne knowania władzy. Zaczęło się od mitu Magdalenki, gdzie - podobno na rozkaz KGB - Wałę­sa z Kiszczakiem tak spiskowali przeciwko Polakom i Polsce, aż doprowadzili do tego, że musieliśmy odzyskać niepodle­głość. Potem na tym szlaku wyrosła przygotowana na wniosek Janusza Korwin-Mikkego (wtedy posła UPR) lista Macierewicza (wówczas szefa MSW) obnażająca straszną prawdę, że niepod­ległą Polską rządzą agenci poprzedniego reżimu.
Z tej samej bajki były późniejsze o dekadę obsesje IV RP - układ, agenci, salon - które zrodziły szaleństwo dzikiej lustracji.
Najsilniejsze wzmożenie paranoiczne wywołała katastrofa smoleńska interpretowana jako zorganizowany przez Putina i Tuska zamach na Lecha Kaczyńskiego. Najnowszym etapem tego szlaku jest afera podsłuchowa. Specyfiką szlaku parano­icznego jest zalewanie opinii publicznej bezlikiem informacji swobodnie mieszających winy z zasługami i układanych w pa­ranoiczne narracje wedle aktualnych politycznych potrzeb bez względu na fakty.

czwartek, 31 lipca 2014

Układ prawie idealny



Po siedmiu latach procesu sąd orzekł, że przygotowane przez prokuratorów dowody na słynny układ warszawski Pawła Piskorskiego, o którego istnieniu przekonywało PiS, nadają się do kosza.

HELENA KOWALIK

Niewinny, niewinna - sędzia, ogłaszając wyrok, pięć razy odmieniał to słowo znad stołu przykrytego 120 tomami akt. Po siedmiu latach procesu wszyscy oskarżeni mogli odetchnąć z ulgą. Sąd uznał dowody przedstawione przez organy śledcze za niewiarygodne. Zarzucił prokuratorowi, że do zeznań świadków oskarżenia podcho­dził bezkrytycznie, chcąc za wszelką cenę udowodnić postawioną wcześniej tezę.

PROCES POLITYCZNY
Ten proces od początku miał etykietę politycznego. O rozbiciu tzw. układu warszawskiego prokurator Zbigniew Ziobro zawiadomił opinię publiczną już na rok przed podpisaniem aktu oskarżenia.
W sierpniu 2007 r. przed sądem stanęli: Paweł Bujalski, w latach 90. dyrektor Wolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, potem zastępca prezydenta w Gminie Centrum, następnie prezes zarządu PKiN, zastępca burmistrza Warszawy- Śródmieście i Warszawy-Ursynów. Postrzegano go jako jednego z najbardziej wpływowych warszawskich polityków. Należał do ści­słego otoczenia Pawła Piskorskiego, gdy ten kierował stolicą. Z polityki wycofał się po zwycięstwie w Warszawie ekipy Lecha Kaczyńskiego. Obecnie prowadzi firmę zajmującą się wynajmowaniem lokali, doradztwem gospodarczym.
Prokurator zarzucał mu kilkakrotne wzięcie łapówek za ustawione przetargi i wydane pozwolenia na budowę biurowca przy Siennej oraz hotelu InterContinental przy ul. Emilii Plater w Warszawie.
Zarówno w śledztwie, jak i na sali sądo­wej oskarżony nie przyznał się do żadnego przestępstwa.
Bolesław Bury, szef biura dawnej rady gminy Warszawa-Centrum w okresie 1994-1999. Zarzuty: pomoc Pawłowi Bujalskiemu w przyjęciu „gratyfikacji” od właściciela spółki Warimpex Finanz und Beteiligungs AG w Wiedniu. Bury przyznał się w trakcie śledztwa, że dwu­krotnie wyjeżdżał do Austrii, aby przewieźć do Polski korupcyjne pieniądze. Później w sądzie temu zaprzeczył.
Ludwika Wujec, była sekretarz daw­nej gminy Warszawa-Centrum. Znana działaczka podziemia. Zarzut: przyjęcie 20 tys. zł od Włodzimierza Sz. z Budimex Softu za udzielenie zamówienia na dosta­wę stacji graficznych do Urzędu Gminy Warszawa-Centrum oraz preferowanie tej firmy przy zamówieniach publicznych. Nie przyznała się, wyjaśniając, że z powodów proceduralnych nie mogła decydować o takim zakupie.
Roman Guenther, w okresie 1996-1999 pracownik biura informatyki w dawnej gminie Warszawa-Centrum. Oskarżony o przyjęcie od właściciela firmy Baza 37 tys. zł łapówki za przedłużenie umowy na serwis sprzętu komputerowego dla urzędu Warszawa-Centrum. Nie przyznał się.
Elżbieta Solarska, członek zarządu dziel­nicy Śródmieście gminy Warszawa-Cen­trum. Oskarżona o niedopełnienie obowiąz­ków przy podpisywaniu aktu notarialnego dla spółdzielni Dembud występującej o wie­czyste użytkowanie gruntu w Warszawie. W trakcie procesu udowodniła, że zarzut oparto na niewłaściwych dokumentach. Po­nadto, w latach 1997-1998 miała zażądać od Yosefa K. i Mieczysława J. 100 tys. dolarów łapówki za oddanie gminnego gruntu pod inwestycje budowlane. Zaprzeczała, zarówno w śledztwie, jak i w sądzie. - Nie miałam żadnych okazji służbowych, aby poznać Iwonę Z. - twierdziła.
Pozostałych 11 podejrzanych w sprawie układu warszawskiego, którzy przyznali się do winy, prokurator potraktował bardzo łagodnie z powodu współpracy w czasie śledztwa.

środa, 30 lipca 2014

W cieniu Belwederu

Kliknij zdjęcie  żeby powiększyć
O swoich przodkach Bronisław Komorowski opowiadał chętnie. Jednak o rodzinie prezydenta wiadomo wciąż niewiele.

ANNA GIELEWSKA

Zaczynamy cykl poświęcony rodzinnym klanom czołowych polskich polityków.
Komorowscy należą do najbardziej tajemniczych. Choć zbliża się koniec pierwszej kadencji prezydenta, jego pięciorgu dzieciom wciąż skutecznie udaje się unikać rozgłosu. W dużej rodzinie Komorowskich nie ma celebrytów, zdjęć na portalach plotkarskich, afer. Nawet pierwsza dama pozostaje w cie­niu, oszczędnie udziela wywiadów prasie kolorowej.
To świadoma strategia całej rodziny. Wiedzą o niej krewni i przyjaciele, którzy w tej sprawie od lat wykazują się ogromną powściągliwością. - Komorowscy od po­czątku prosili, żeby nie rozmawiać z mediami o dzieciach. Do każdego, kto złamałby tę zasadę, mieliby ogromne pretensje - przy­znaje jeden ze znajomych rodziny.
Co innego dzieje i tradycje przodków.
O tym sam Komorowski rozmawiał zawsze chętnie. W gabinecie prezydenta jego bliscy znajomi słuchają opowieści i aneg­dot z przeszłości. Na ścianie wisi galeria rodzinnych fotografii. Inne ważne miejsca w Belwederze to zrekonstruowany gabinet marszałka Józefa Piłsudskiego i stryszek z myśliwskimi trofeami.

PŁYTA ZACHODNIA
Rodzina matki Komorowskiego, Jadwigi, pochodziła z Pomorza. Jej matka, chowana w pruskim zaborze, była skrajnie antyniemiecka. U dzieci i wnuków do końca życia tępiła niemieckie wyrazy, stukając je przy tym naparstkiem w czoło: - Podejdź, Bronek... Chodź bliżej! Słyszałam ciebie w radiu. Ty powiedziałeś: Westerplatte. A trzeba mówić: Płyta Zachodnia - opi­sywał strofowanie przez babcię polityk.
Jadwiga Komorowska, matka prezy­denta, dziś mieszka w Gdańsku razem z jego młodszą siostrą. Przez lata pracowała naukowo w PAN, zrobiła doktorat z nauk humanistycznych. W czasie wojny była łączniczką AK w Wilnie, później należała do „Solidarności”. Dziś pisze wspomnienia. Rzadko udziela się publicznie, choć - jak przyznają znajomi rodziny - jest cały czas na bieżąco. - Broniu, było bardzo dobrze - takie telefony od matki Komorowski odbiera po każdym swoim wystąpieniu. Wysyła mu też SMS-y.
- Powodowała, że chodziłem po ziemi - przyznawał Komorowski, opowiadając o swojej młodości.
Podczas kampanii prezydenckiej Jadwiga Komorowska udzieliła wywiadu „Gazecie Wyborczej”. Opowiadała o swoim życiu w PRL. - Mąż pracował we Wrocławiu w Centrali Rybnej jako ekonomista. Ja jako świetliczanka w Domu Matki i Dziecka. Wyrzucili mnie stamtąd po kontroli „Try­buny Ludu” gdy okazało się, że prowadzony przeze mnie chór nie potrafi zaśpiewać „Międzynarodówki”.
Komorowscy w 1957 r. przenieśli się do Józefowa pod Otwockiem. To zarówno we wspomnieniach matki Komorowskiego, jak i jego samego był najtrudniejszy okres: - Pokój w baraku, 9 mkw. Przerobiony z kuchni, więc stał tam nieczynny piec i le­dwo mieściły się dwa łóżka. Było tak zimno, że dzieci spały w futerkach. W jednym spał mąż z Bronkiem, a w drugim ja z Marysią i kilkumiesięczną Halinką. Jeden sąsiad to był milicjant alkoholik. Jak się upił, kładł się na tory, trzeba go było ratować. Za ścianą pani Olesia, prostytutka. Libacje prawie co noc.
Oprócz nielicznych wywiadów Jadwiga Komorowska wystąpiła też w spocie (przy rodzinnym stole) i na ostatnim wiecu w prezydenckiej kampanii w 2010 r. w Sopocie.
- Ale akurat kiedy mówiłam, telewizja przerwała transmisję. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński mówił rzeczy oburzają­ce - opisywała dziennikarzom „GW”.

wtorek, 29 lipca 2014

Kościelny rachunek jest już spłacony



Powinniśmy wypowiedzieć konkordat W przeciwnym razie Polska stanie się państwem fundamentalistycznym - mówi Wiktor Osiatyński.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czy Polska jest państwem wyznaniowym?
WIKTOR OSIATYŃSKI: Jesteśmy wpół drogi. Właśnie o tym decydujemy Klauzula su­mienia została wykorzystana przez Kościół, głównie episkopat, oraz część środowisk prawicowych jako oręż w wojnie o stworze­nie w Polsce państwa 'wyznaniowego, w którym prawo państwowe jest podpo­rządkowane prawu bożemu, rozumianemu głównie jako nakazy Kościoła katolickiego. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny zdecyduje się rozszerzyć zasadę klauzuli sumienia na inne zawody, jeżeli sądy zaczną orzekać więcej wyroków skazujących w sprawach o obrazę uczuć religijnych, jeżeli admini­stracja publiczna będzie odwoływać wyda­rzenia kulturalne tylko dlatego, że nie podobają się hierarchom kościelnym, i jeże­li coraz więcej będzie demonstracji niena­wiści przeciwko czemuś, co zdaniem kleru obraża uczucia religijne, to już po nas.

Potrzeba do tego zmian konstytucyjnych?
- Nie. Ta metamorfoza dokonuje się me­todą faktów dokonanych, przy pomocy interpretacji prawa zamiast jego twarde­go stosowania. Bo o co chodzi w dyskusji o klauzuli sumienia? Prawo jasno mówi, że obowiązuje w przypadku kilku zawodów: lekarza czy pielęgniarki, gdy znajdą się w sytuacji decydowania o zakończeniu ży­cia ludzkiego. Rozciąganie tej klauzuli na inne zawody - mówi się na przykład o ap­tekarzach - to aberracja.

A jeśli aptekarz nie chce sprzedawać tabletek antykoncepcyjnych, bo zakazuje ich używania jego Kościół?
- To niech sprzedaje zioła! Aptekarz jest zobowiązany do sprzedawania wszyst­kich środków farmakologicznych dopusz­czonych na rynek. Za aptekarzami pójdą kioskarze, którzy odmówią sprzedawania prezerwatyw. A potem gazet, które uznają
za niezgodne z przekonaniami. Nie można dopuścić do rozszerzenia klauzuli sumienia na obrót towarów między ludźmi.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Dla Siebie Stworzeni



Wbrew pozorom nie dzieli ich wiele. Znają się od 30 lat i są po imieniu. Dwa razy byli już bliscy współpracy. Wspólny rząd w 2015 r. może być ich ostatnią szansą na przejęcie władzy.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Król jest tylko jeden. Gdyby ktoś miał wątpliwości, wystarczy rozejrzeć się na klatce schodowej prowa­dzącej do warszawskiej siedziby Kongresu Nowej Prawicy przy ul. Wilczej 49 A (na ścianie ktoś wyrył kluczem duży napis „Janusz Korwin-Mikke”) albo zalogować się do partyjnego Wi-Fi. Hasło dostępu: „JKM jest mistrzem Polski”.
Siadamy w gabinecie prezesa. Korwin rozpiera się w fotelu z dłońmi zaplecionymi na brzuchu.
- Wszedłby pan do koalicji z Kaczyńskim?
- PiS głosi program na lewo od SLD, ale dla dobra Polski mogę z każdym.
- Co to znaczy „dla dobra Polski”?
- Wyobrażam sobie, że PiS i PO osiągają zbliżone wyni­ki i żadna z tych partii nie może stworzyć większości. Żeby uniknąć kolejnych wyborów, mógłbym się zgodzić na wejście do koalicji.
-I zostałby pan wicepremierem w rządzie Kaczyńskiego? - Jeśli bez teki, to tak, tak - mówi Korwin, który spogląda na mnie nie tylko z fotela, ale także z portre­tu wiszącego nad biurkiem. - Nie ponosiłbym wte­dy odpowiedzialności za działania rządu, to mój warunek.

Gnój
Kilka kilometrów dalej, w biurze PiS przy ul. Nowogrodzkiej, deklaracje Korwin-Mikkego są dobrze znane. Lider KNP po­wtarza je od lat jak mantrę: Kongres może za­wrzeć koalicję z każdym, nawet z kanibalami, i nie chce żadnych stanowisk. Stołki - twier­dzi Korwin - są dla złodziei, którzy od lat okradają Polskę, a jemu zależy tylko na usta­wach liberalizujących gospodarkę. Ten, kto obieca ich przyjęcie, dostanie jego wsparcie.
Wśród współpracowników prezesa PiS zapowiedzi „króla” z Wilczej wywołują po­błażliwe uśmiechy.
Mówi jeden z nich: - Ten, kto wierzy, że PiS nigdy nie wejdzie w koalicję z Korwinem, nie zna prezesa. Jarosław ogra go w pięć minut. Schrupie go tak samo, jak schrupał Samoobronę. Dzień po wyborach oświad­czy, że zaprasza KNP do koalicji, ale bez Korwina. Zapropo­nuje kilka wiceministerialnych stanowisk i rozbije mu klub. Jego posłowie będą wygłodniali i nie sądzę, by trzeba było ich długo namawiać. JKM nie będzie miał wyjścia. Albo pogodzi się z rozłamem w klubie, albo będzie musiał ugiąć się pod żą­daniami posłów i zawiąże z nami normalną koalicję. Tak czy inaczej, zostanie wycyckany.
Korwin, któremu przytaczam te słowa, aż podrywa się z fo­tela. Wygląda na szczerze zdziwionego. - Jeśli politycy PiS na­prawdę tak mówią, to znaczy, że jest to banda sukinsynów, która chce wszystkich zgnoić, przekupić, zdemoralizować - unosi się. - Ten ustrój to gnój. Mam nadzieję, że nasi ludzie to zlikwidują.
- Nie boi się pan, że Kaczyński wystrychnie pana na dudka?
- Jeśli taki jest jego cel, to trudno. Nasze stanowisko będzie niezmienne. Nie chcemy - chodzić do rządu, tylko przepchnąć nasze ustawy.

Priorytet: odspawać Tuska
Jeśli Jarosław Kaczyński chce w przyszłym roku przejąć władzę, to musi myśleć o koalicji, bo na samodzielną większość szanse ma minimalne. Pole manewru jest niewielkie: sojusz z PSL lub sojusz z KNP.
Za pierwszym wariantem mogą przemawiać przetasowania w województwach, do których najpraw­dopodobniej dojdzie już za kilka miesięcy. Wszystko wskazuje na to, że po jesiennych wyborach samorządowych Platforma Obywatelska straci panowanie w części regionów na wschodzie kraju.
Ludowcy, chcąc utrzymać się przy władzy, będą mu­sieli zwrócić się ku partii Jarosława Kaczyńskiego. Jak przyznają politycy Stron­nictwa, do zawiązania ko­alicji PiS - PSL może dojść na Lubelszczyźnie, Pod­lasiu, Podkarpaciu i w Świętokrzyskiem.
Jeśli współpraca zda egzamin, Kaczyński może chcieć zawrzeć identyczny układ przy Wiejskiej. Taki scenariusz ma jednak kilka słabych punktów.
Po pierwsze, w przeciwieństwie do sa­morządów, PSL w Sejmie wcale nie będzie skazane na PiS. Zapewne dostanie równo­ległą ofertę udziału w koalicji z PO i SLD. To oznacza, że cena, którą Kaczyński mu­siałby zapłacić za ich wsparcie, będzie wysoka.
Po drugie - zważywszy na dzisiejsze son­daże - klub PSL nie będzie raczej zbyt licz­ny, przez co większość PiS - PSL byłaby chybotliwa.
I wreszcie - po trzecie - ludowcy mają za sobą lata rządowych doświadczeń, admini­strację państwową znają jak nikt i mogliby okazać się dla Kaczyńskiego zbyt wyma­gającym partnerem. - W tym sensie koa­licja z Kongresem Nowej Prawicy byłaby dla nas znacznie wygodniejsza. Korwin prawdopodobnie wprowadzi więcej po­słów, więc większość byłaby bardziej stabilna. A jego ludzie nie mają poję­cia o rządzeniu i zadowolą się byle czym - przyznaje jeden z polityków PiS. Na korzyść koalicji z KNP przemawia jeszcze jedno: wbrew temu, co mówi Ja­nusz Korwin-Mikke, Kongres w praktyce może być skazany na PiS. Pośrednio przy­znaje to Przemysław Wipler, jak na razie jedyny poseł KNP.
- Oczywiście znam wypowiedzi Korwin-Mikkego na temat porozumienia z ludo­żercami - mówi poseł Wipler - ale nasz priorytet na dziś to odspawanie Tuska od władzy. Koalicja z PiS w tym sensie jest więc realna.
- A różnice programowe? - dopytuję.
- Kaczyński oskarża Korwina o prorosyjskość, do tego dochodzą rozbieżności w sprawach gospodarczych.
- Naszym zdaniem dyplomacja to nic innego jak turystyka na koszt podatników. Nie przeceniamy jej znaczenia. A w kwe­stiach ekonomicznych też pewnie byśmy się dogadali. Dla PiS są ważniejsze sprawy niż ekonomia, a nasze warunki są czytelne. Nigdy nie zagłosujemy za podniesieniem podatków czy zwiększeniem wydat­ków z budżetu, nie podniesiemy też ręki za zatrudnieniem nowych urzędników.
W podobnym tonie wypowiada się zresztą sam Korwin. Mówi, że to za rzą­dów Prawa i Sprawiedliwości zlikwidowa­no podatek od spadków, przypomina, że Jarosław Kaczyński, podobnie jak on, kil­ka lat temu opowiedział się za przywróce­niem kary śmierci. Słuchając go, można odnieść wrażenie, że on i szef PiS są dla siebie stworzeni.

Błazen, hucpiarz, pętaczyna
Nie bez znaczenia są dobre relacje oso­biste obu polityków. Kaczyński i Korwin są po imieniu i znają się od 30 lat. Choć w III RP ich polityczne kariery układa­ły się różnie, to nigdy o sobie nie zapo­mnieli. Mimo że Korwin przez długie lata wegetował na politycznym marginesie, to Kaczyński zawsze był wobec niego ot­warty. Odbierał od niego telefony, chętnie przyjmował go na spotkaniach. W zamian dostał jego poparcie przed drugą turą wyborów prezydenckich w 2010 roku.
Korwin nie pamięta pierwszego spot­kania z dzisiejszym szefem PiS, ale jest pewien, że doszło do niego jeszcze „w kon­spirze”. Potem był Sejm I kadencji i wspól­ne posłowanie. Kaczyński, wówczas lider Porozumienia Centrum, był politykiem wagi ciężkiej - wymyślał premierów, ukła­dał koalicje - a Korwin miał skromne trzy­osobowe koło Unii Polityki Realnej i pełnił funkcję sejmowego błazna.
Wspomina były poseł Porozumienia Centrum: - Kaczyński nie traktował Korwin-Mikkego jak równorzędnego part­nera. Hucpiarz, pętaczyna - tak się wtedy o nim myślało, ale relacje utrzymywaliśmy.
Korwin: - Czy Jarek traktował mnie lekceważąco? Możliwe, w końcu miał 40 posłów, a nas było tylko 3- Mimo to często ze sobą rozmawialiśmy.
Do prawdziwego zbliżenia doszło raz: pamiętnego 28 maja 1992 roku. Lider Unii Polityki Realnej wszedł na mównicę i łoi zaskoczeniu sejmowej sali zgłosił projekt tzw. uchwały lustracyjnej, zobo­wiązującej ówczesnego szefa MSW An­toniego Macierewicza do przedstawienia „pełnej informacji” o politykach „będą­cych współpracownikami UB i SB”. Ku jeszcze większemu zdumieniu uchwa­ła została przyjęta. Korwin z dumą wspo­mina dziś: - Zaraz po głosowaniu Jarek przyleciał do mnie z gratulacjami.
Po nieudanych wyborach w 1993 r. ich kontakty się rozluźniły, ale nie ustały. Po­litycy z kierownictwa PiS przyznają, że Kaczyński nigdy nie zerwał stosunków z szefem Kongresu Nowej Prawicy Pre­zes całkiem niedawno opowiadał współ­pracownikom, że Korwin raz na jakiś czas dzwoni do biura przy ul. Nowogrodzkiej i prosi o spotkania.
Musi być przyjmowany, bo w opowieś­ciach Kaczyńskiego o liderze KNP - ciąg­ną moi rozmówcy - daje się 'wyczuć lekką sympatię. - Owszem, to trochę dziwak. Czasem ociera się o szaleństwo, jest trwa­le niezdolny do dotrzymywania słowa, ale przecież znamy się tyle lat. Dlaczego miałbym się z nim nie spotykać? - pytał retorycznie Kaczyński.
Z czego bierze się sympatia? Być może z antykomunistycznych przekonań, które obaj podzielają. A może Kaczyński widzi w politycznej biografii Korwin-Mikkego coś z własnej historii? Obaj czuli się odrzu­ceni przez elity III RP i mimo dysproporcji własnych znaczeń przez lata obaj byli poli­tycznymi outsiderami z zszarganym wize­runkiem. Dość powiedzieć, że gdy w 1993 r. pracownia badania opinii społecznej SMG/ KRC zapytała Polaków, komu należy się miano oszołoma, to 40 proc. badanych wskazało lidera PC, a 17 proc. szefa UPR.

W jednym rzędzie z Pinochetem
Kaczyński i Korwin byli bliscy współpra­cy dwukrotnie. Po raz pierwszy przed wy­borami parlamentarnymi w 1993 r., kiedy ówczesny szef Unii Polityki Realnej za­proponował koalicję wyborczą trzech par­tii: jego własnej, Porozumienia Centrum i Kongresu Liberalnej Prawicy. - Kaczyń­ski był zainteresowany współpracą z nami, ale o liberałach nie chciał słyszeć. KLD mó­wiło: UPR - tak, PC - nie. Tym sposobem wszyscy wystartowali oddzielnie i do Sej­mu nie dostał się nikt - wspomina Korwin.
Sytuacja powtórzyła się w kampanii par­lamentarnej w 2001 roku. Unia Polityki Realnej podpisała porozumienie przedwy­borcze z Platformą, w myśl którego jej kan­dydaci mieli startować z ostatnich miejsc na listach PO. Ostatecznie jednak Do­nald Tusk zablokował dwie kandydatury: oskarżanego o antysemityzm Stanisława Michalkiewicza i właśnie Korwina. Na po­siedzeniu rady głównej UPR rozgorza­ła więc dyskusja, czy w tej sytuacji koalicja z Platformą ma jeszcze sens. - Ja stwierdzi­łem, że nie i zaproponowałem nawiązanie rozmów z PiS - wspomina Zbigniew Ko­zak, były wieloletni działacz Unii, a później także poseł PiS. - Pamiętam, że poszedłem na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim i poprosiłem, by porozmawiał z Korwinem. Był chętny, wymieniliśmy się telefona­mi. Ostatecznie w jego imieniu na spotka­nie oddelegowano Adama Lipińskiego, ale zdaje się, że Korwin powiedział kilka słów za dużo.
Co tak zraziło polityków PiS? Kozak twierdzi, że to co zawsze. Korwin zwyzywał ich od socjalistów i negocjacje upadły. Do kolejnego zbliżenia doszło jednak dziewięć lat później: podczas wyborów prezyden­ckich w 2010 roku, kiedy Korwin-Mikke na trzy dni przed drugą turą poparł Kaczyń­skiego, Jak wspominają współpracowni­cy obu polityków, deklarację poprzedziła rozmowa telefoniczna.
Ostatnie spotkanie Kaczyńskiego z Korwinem odbyło się ponad rok temu. Na pytanie o jego okoliczności Korwin nie chce odpowiedzieć. Mówi tylko, że spotka­nie miało charakter polityczny. - A o czym mieliśmy rozmawiać? O dziewczynach? Wy, dziennikarze, jesteście jak pluskwy. Wszędzie włazicie, chcielibyście wszyst­ko wywęszyć, ale ja nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat - ucina.
Biorąc pod uwagę, że Kaczyński ma dziś 65 lat, a Korwin - 72, zawiązanie ko­alicji PiS - KNP po przyszłorocznych wy­borach parlamentarnych będzie dla obu polityków ostatnią szansą na dojście do władzy. Korwin-Mikke zapowiada, że jeśli ten scenariusz się ziści, to jego prioryte­tem będzie rozprawienie się z dzisiejszym establishmentem.
- Jeśli nie powsadzamy tych wszyst­kich łajdaków do więzień, za pięć-siedem lat rządy przejmą narodowcy i ich powyrzynają. Dosłownie.
- O czym pan mówi ? Dobrze pan wie, że nikogo nie wsadzi pan do żadnego więzienia.
- Tak? Pewnie to samo mógłby pan po­wiedzieć Pinochetowi dwa miesiące przed przewrotem. Albo Stalinowi czy Leninowi zaraz przed rewolucją - rozpędza się Korwin-Mikke.
- Stawia się pan w jednym rzędzie z Pinochetem i Stalinem? - dopytuję.
- Z Pinochetem jak najbardziej.
Jeśli traktować te zapowiedzi serio, to Jarosław Kaczyński po raz pierwszy w po­litycznej karierze może mieć do odegrania rolę tego łagodniejszego.

niedziela, 27 lipca 2014

Zszedłem z boiska



Z ust światłych przyjaciół słyszałem: „Jakbym cię wziął, k..., do pionu, to zaraz by ci przeszła depresja". Właśnie nie - mówi aktor Olaf Lubaszenko.

Rozmawia WOJCIECH STASZEWSKI

NEWSWEEK: Siedzimy w Lobby fantastycz­nego hotelu. A 25 Lat temu w tym miejscu...
OLAF LUBASZENKO: ... stały resztki Bro­warów Warszawskich, gdzie robiło się piwo Królewskie i Warszawskie. W tej okolicy się wychowałem. Ale nie przyłą­czę się do chóru tych, którzy z uśmiechem powtarzają: „Boże, jak dużo się zmieniło”. Obchody mamy za sobą.

Uśmiechnął się pan jednak 4 czerwca?
- Nie tylko uśmiechnąłem, ale wzruszy­łem. Uważam za przejaw skrajnie złej woli, jeśli ktoś sądzi, że dzisiaj w Pol­sce dzieje się niedobrze. Ale widzę to jak w „Misiu”: „Jedziecie do stolicy kraju ka­pitalistycznego. Który to kraj ma być może nawet tam i swoje... plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów”. Teraz może jest ich kilka, lecz są ogromne jak wrzody. Najboleśniejszy wrzód to scena politycz­na, to nam się wyjątkowo nie udało. Na początku był grzech pierworodny. Isto­tą życia w wolnym państwie jest twórcza dyskusja, ucieranie się poglądów. Demo­kracja to dążenie do zbliżenia stanowisk, do wspólnego pomysłu na kraj. U nas nie ma sporu, jest wyłącznie podział. Dopeł­niła tego tragedia smoleńska, tu porozu­mienia nie będzie. Za brak umiejętności prowadzenia dialogu zapłacimy jeszcze cenę - spowolnienia albo inną.

Skąd ten grzech?
- Z czasu pokojowego przekazania władzy w Magdalence i Okrągłego Stołu. Duża część polityków i elektoratu ma przekona­nie, że wtedy doszło do spisku wymierzo­nego w społeczeństwo.

sobota, 26 lipca 2014

Kaczyński znowu zdemaskował agenta Moskwy




Jarosław Kaczyński powiedział, że „bardzo nisko ceni intelekt” ministra Sikorskiego. No cóż, geniusze tak mają, że są niejako z definicji skazani na otaczanie się ludźmi dużo gorszymi od siebie. Dlatego w rządzie Jarosława Kaczyńskiego Sikorski był ministrem obrony narodowej. Gdyby Jarosław Kaczyński intelekt Sikorskiego cenił wysoko, za nic w świecie nie zrobiłby go ministrem.

Z tych samych powodów najpierw ministrem spraw wewnętrznych i administracji, a potem prokuratorem krajowym i zastępcą prokuratora generalnego Jarosław Kaczyński zrobił Janusza Kaczmarka – „agenta śpiocha”.
Z tych samych powodów wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych Jarosław Kaczyński musiał zrobić Ludwika Dorna, człowieka, który „nie płaci alimentów”.
Z tych samych powodów Jarosław Kaczyński w dni parzyste powoływał na wicepremiera, a w nieparzyste – odwoływał Andrzeja Leppera, „warchoła”, który „wchodził w dupę Moskwie, a nie o ludzi się upominał”.
Tę listę można ciągnąć: Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski, Piotr Piętak (wiceminister w MSW)… Jest w łaskach – wtedy Jarosławowi Kaczyńskiemu ich prawdziwe lub urojone wady nie przeszkadzają. Wypada z łask – okazuje się głupcem, zbrodniarzem, agentem obcych mocarstw i pospolitym świnią.
Coś wam to przypomina? Tak, zgadliście! Każdy z nas to miał w czasach przedszkolnych i gdzieś tak do 12-16 lat. Potem większość ludzi zaczyna dojrzewać i stopniowo dochodzić do wiedzy, że obrażanie się na cały świat nie jest najlepszym patentem na życie wśród ludzi.
Niektórym jednak nawyki z piaskownicy zostają na całe życie.
A teraz serio. Należę do pokolenia, które – na szczęście – samo nie żyło w latach stalinowskich, ale które świetnie zna tamte lata, bo dorastało tuż po śmierci Stalina i przełomie październikowym. Wtedy oskarżenie, że ktoś jest agentem wrogiego mocarstwa kończyło się zwykle śmiercią lub co najmniej wieloletnim więzieniem dla tego nieszczęśnika. W prawie każdej polskiej rodzinie był ktoś, kto rąbał tajgę, budował Biełmorkanał, był bezterminowym niewolnikiem w kopalni węgla jako „wróg ludu”, „szpieg angielski”, „oficer sanacyjny” lub choćby „element aspołeczny”.
Dzisiaj – przynajmniej dopóki wciąż mamy III RP, a nie IV (wydanie II poprawione) – takie głupie obelgi Jarosława Kaczyńskiego są na szczęście właśnie tylko głupimi obelgami. Mówią nie o tym, jaki jest Radek Sikorski, ale o tym, jaki jest Jarosław Kaczyński: mały, śmieszny, nikczemny, podły i bezsilny.

Jerzy Skoczylas

piątek, 25 lipca 2014

Nisztor story



Kim jest Piotr Nisztor? To jedna z najciekawszych zagadek, jakie wciąż towarzyszą tzw. aferze podsłuchowej.

Ujawnienie prywatnej rozmowy z Romanem Giertychem i Janem Pińskim to było w wykonaniu Piotr Nisztora posunięcie strategicz­ne i ucieczka do przodu. Od roku spekulowano, co zrobił z książką, któ­rą, jak sam rozpowiadał, pisał o biznesmenie Janie Kulczyku - plotka głosiła, że zabawił się w szantaż, sprzedał książkę (napisaną lub jeszcze nie) bohaterowi dzieła za 1 min zł, po to, aby nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dziś także dawni koledzy Nisztora sugerują, że to mógł być jego pomysł na życie: miał szykować podobne„książki"na innych najbogatszych biznesmenów. - To ja Nisztora stworzyłem - przyznaje z niejakim bólem Jan Piński, dziś redaktor naczelny miesięcznika „Uważam Rze". Piński mówi, że to on wyposażył Młodego w kontakty z tzw. źródłami. - Połowę informatorów miał od mnie, drugą od Andrze­ja Kleszczewskiego - wyznaje. - Zastanawiamy się z Andrzejem, który z nas jest ojcem, a który matką Młodego.
Kleszczewski to właściciel prywatnej przychodni na warszawskiej Saskiej Kępie. Był m.in. prezesem Polfy Tarchomin, Polskiego Hol­dingu Farmaceutycznego, działał we władzach i radach nadzor­czych kilku prywatnych spółek: m.in. SKOK Wołomin oraz Hawe i Electus, związanych z Markiem Falentą (który ma zarzuty udziału w tzw. aferze podsłuchowej). Trudno powiedzieć, co skłoniło do­świadczonego menedżera z branży nie tylko medycznej do utrzy­mywania bliskiej towarzyskiej znajomości z młodym człowiekiem, dopiero raczkującym w zawodzie dziennikarza. - Poznałem go przez Tomka Sakiewicza, mojego dobrego kolegę, naczelnego „Gazety Pol­skiej"- mówi dr Kleszczewski. - Piotr Nisztor tam wtedy pracował, ale potem o coś się z Sakiewiczem poróżnił i go zwolnili.

czwartek, 24 lipca 2014

Kim jest Piotr Nisztor?



Czy Piotr Nisztor, autor afery taśmowej, jest tajnym współpracownikiem Centralnego Biura Antykorupcyjnego? Z naszego śledztwa wynika, że na pewno był bardzo blisko tej służby i jej obecnego szefa. Nisztor stanowczo temu zaprzecza, a CBA nabiera wody w usta

Wojciech Surmacz

Kim jest Piotr Nisztor i jak to się stało, że wszedł w posiadanie ładunku in­formacyjnego, który rozsadził pol­ską scenę polityczną od środka?
- Ambitny młody dziennikarz. Odważny, inteligentny, mający cel. Pozytywne odczu­cia. Miły. Nie wiem, czy nagrywał. Nie wiem, czy jest agentem - tak swoje wrażenia ze spotkań z Piotrem Nisztorem opisuje Edyta Sieczkowska, była współpracownica Jana Kulczyka. W lipcu 2012 r. wytoczyła proces Nisztorowi o 75 tys. zł zasłynną już dzisiaj w całej Polsce - książkę o Kulczyku, której Nisztor jeszcze nie wydał. Sieczkowska ma żal do Nisztora za to, że opowiedziała mu o kulisach swojej współpracy z Janem Kul­czykiem w nadziei, iż usłyszy o tym cały kraj. Tymczasem dziennikarz nie dość, że nie opublikował tych informacji, to według niej wziął pieniądze za ich ukrycie.
- Nie przysłużył się w ten sposób Pol­sce. Mnie też nie pomógł - skarży się Edyta Sieczkowska.
Nie tylko ona ma pretensje do Piotra Nisztora. Po tym, jak przyniósł „taśmy prawdy” do tygodnika „Wprost”, odwrócili się od niego starzy znajomi, czyli służby, które - jak wynika z informacji, do których dotarli­śmy- chętnie z Nisztorem współpracowały, bo miały ku temu uzasadnione powody.

środa, 23 lipca 2014

Widok tego dziecka mam przed oczami



Narażanie pacjentów na traumę pod szyldem sumienia nie jest zgodne z etyką lekarską - mówi prof. Mirosław Wielgoś, kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii WUM.

Rozmawiała MAGDALENA RIGAMONTI

Do którego tygodnia można przerwać ciążę?
Pyta pani w kontekście głośnej sprawy prof. Chazana?

Tak, bo prof. Chazan raz mówi, że nie wiedział, jakie jest prawo, innym razem, że ciążę można przerwać po 24. tygodniu, a ostatnio mówił, że do 22. tygodnia.
W opinii dla prezydent Hanny Gronkie­wicz-Waltz pisałem, że po 24. tygodniu ciąży prawdopodobieństwo przeżycia dziecka jest znacznie większe niż we wcześniejszych tygodniach. Myślę jed­nak, że w tym wypadku wiek ciąży jest na drugim planie, bo przecież prof. Chazan odmówił pacjentce aborcji ze względu na konflikt sumienia, a nie wiek ciąży.
W odmowie wykonania świadczenia jasno napisał, że przyczyną jest nie tylko jego sumienie, ale i jakiś nowy twór, czyli sumienie całego szpitala na Madalińskiego. Przecież nie ma czegoś takiego, jak sumienie szpitala.

Szanuje pan kolegów lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia?
Nie mam nic przeciwko klauzuli sumie­nia, jeśli nie jest ona narzucana innym ludziom. Jestem natomiast przeciwko narzucaniu innym swoich poglądów. Na­rażanie pacjentów na traumatyczne do­znania pod szyldem własnego sumienia nie jest chyba zgodne z etyką lekarską.
Tu bardzo łatwo zahaczyć o hipokryzję. Brzydzę się hipokryzją. Prof. Chazan z pewnością kieruje się swoimi głębokimi przekonaniami i jeśli przez to nie łamałby prawa, to nie miałbym nic przeciwko temu. My, lekarze, nie możemy podpo­rządkowywać prawa własnym poglądom, nawet gdyby one były jak najbardziej szlachetne, czyste i dobre.

Pan jest szefem Kliniki Ginekologicz­no-Położniczej, w której dokonuje się aborcji. Nie narzuca pan swoich poglądów?
Nie. Wśród moich podwładnych są osoby, o których wiem, że w różnych zawodowych sytuacjach mogłyby mieć konflikt sumienia, więc staram się nie dopuszczać do tego, by musiały się deklarować albo robić jakieś uniki. Zawsze jednak byłem przeciwnikiem instytucjonalizowania klauzuli sumienia. A z wiekiem ciąży sprawa jest nastę­pująca - ustawa o planowaniu rodziny mówi, że z przyczyn zależnych od płodu ciążę można przerwać do momentu, kiedy ten płód osiągnie dojrzałość do samodzielnego życia poza łonem matki. Jeśli trzeba postawić granicę, kiedy płód te zdolności osiąga, zaczynają się dywa­gacje. I te dywagacje głównie dotyczą ciąż od 22. do 24. tygodnia. Po 24. tygo­dniu ciąży szanse na przeżycie dziecka wzrastają. Jednak trzeba pamiętać, czy zależy nam tylko na przeżyciu, czy też na jakości tego przeżycia. W ciążach poniżej 24. tygodnia ryzyko ciężkich powikłań uniemożliwiających prawidłowy rozwój psychiczny i fizyczny jest bardzo wysokie.

wtorek, 22 lipca 2014

Krzywda i kara



Pani Agnieszka, której prof. Bogdan Ghazan nie zezwolił na aborcję, nie rozmawia z prasą. Dla „Wprost” zrobiła wyjątek i wraz z mężem kilka dni przed pogrzebem syna opowiadają o tym, co przeszli w ostatnich miesiącach. Prof. Chazana oskarżają o kłamstwo, manipulacje i niedopełnienie obowiązków.
Na początku czerwca Agnieszka była w 32. tygodniu ciąży. Nosiła w brzuchu dziecko z wodogłowiem, nierozwijającym się mózgiem, pozbawione części kości twarzoczaszki. Miała dokument podpisany przez prof. Bogdana Chazana, odmawiający jej przerwania ciąży. Zdecydowała się ze mną rozmawiać. Na łamach „Wprost” opowiedziała, jak wyglądała jej batalia. To po tej rozmowie wróciła w Polsce dyskusja o aborcji, ochronie życia, roli Kościoła w życiu społecznym i politycznym, klauzuli sumienia, łamaniu prawa przez ginekologów.

Pierwszy widok jest trudny do przeżycia. Pod koniec życia naszego synka płyn w głowie się przemieścił i oko, które było w wielkim wytrzeszczu, schowało się - opowiadają rodzice dziecka, którym prof. Bogdan Chazan odmówił legalnego przerwania ciąży.

Rozmawiała: MAGDALENA RIGAMONTI

Jak długo żyło?
Jacek: 10 dni. W 22. tygodniu wiedzieli­śmy, że nasz syn nie ma szansy na przeży­cie. Wiedzieliśmy, że umrze, kwestia tylko, czy będziemy musieli patrzeć na jego męki. Mogliśmy mu po prostu oszczędzić cierpień.
Agnieszka: Byliśmy u niego codziennie, dwa razy dziennie. Ale krótko.
Jacek: Nie dawaliśmy rady więcej. Godzina, najdłużej dwie. Żona brała go na ręce.
Agnieszka: Raz z tobą. Pomogłeś mi. Przytuliłam. (Pani Agnieszka płacze).
Ty też brałeś. Moja mama chciała zobaczyć, ale nie mogła podejść, bo akurat pielęgniarki się nim zajmowały. Może lepiej. Teściowa przy nim była.
Bardzo przeżywała. Pod koniec życia płyn w głowie się przemieścił i oko, które było w wielkim wytrzeszczu, schowało się, zmieniło pozycję. Ten widok stał się mniej drastyczny.
Jacek: Pierwsze spojrzenie, pierwszy widok jest trudny do przeżycia, a potem myślę, że się powoli przyzwyczajaliśmy. Byliśmy przygotowani na to, czego mogli­śmy się spodziewać. Jednak tego się nie da opisać.
Agnieszka: Ten widok był bolesny tym bardziej, że reszta ciała była idealna.
Jacek: Skoro prof. Chazan przeprowadzał aborcję tak, jak to opisuje, to widok na­szego dziecka nie zrobiłby na nim żadnego wrażenia. Pogrzeb dopiero będzie.

Co teraz przede wszystkim czujecie? Smutek?
Agnieszka: Nie wiem, czy smutek, czy taki ciężki stan, czy depresję. Potrzebuję chwili wytchnienia, ale jestem osobą upartą i wiem, że z mężem nie odpuścimy.
Jacek: Byliśmy dziś w prokuraturze, rozmawialiśmy z panią prokurator o bezpośrednim narażeniu na utratę życia lub zdrowia.
Agnieszka: Mówiłam o cesarskim cięciu, usłyszałam, że przecież pani prokurator miała dwa i wszystko w porządku. Zbyłam to milczeniem. Biegli się będą wypowiadać.
Jacek: Dziś zawieźliśmy wszystkie dokumenty.
Agnieszka: I zdjęcie USG.
Jacek: Prokurator podejmie decyzję na podstawie opinii biegłych. Żonę już przesłuchali wcześniej.
Agnieszka: W zeszłą środę. Potem wieczorem synek umarł.

poniedziałek, 21 lipca 2014

We włosiennicy, pod krawatem



Jeszcze niedawno Jacek Kurski przyrównywał PiS do Korei Północnej i kolonii karnej. Dziś wraca do Jarosława Kaczyńskiego.

Aleksandra Pawlicka

Reset. Zniknąć. Bardzo dzięku­ję” - taki SMS przychodzi od Jacka Kurskiego, gdy proszę o rozmowę o najnowszej wolcie politycz­nej. Miesiąc temu zapewnia! „Newsweek”: „Żaden worek pokutny, żadnego przeci­skania przez wyżymaczkę jak w dawnych pralkach Frania”. A jednak. Na ostatnim kongresie PiS mówi! do Jarosława Kaczyń­skiego i dawnych partyjnych kolegów: „Stoję przed wami w postawie wyprosto­wanej i z pokorą, z której mnie nie znacie”.
Właściwie to mógł od razu powiedzieć: stoję na baczność i czekam na rozkazy.
W PiS mówią o nim: pajac. W Solidar­nej Polsce - zdrajca.