sobota, 6 września 2014

Wojna niedyplomatyczna



Dyplomatołek, sołtys, snob, bufon, arogant. O kim to? O ministrze spraw zagranicznych Radosławie Sikorskim, który ostatnio znalazł się na celowniku tabloidów i prawicowej prasy.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Miałem ostatnio kilka dni urlopu i we własnym domu czułem się trochę jak w oblężonej twierdzy. Dzieci krępują się wyjść na ganek, żona na tenisa, ja na spacer. Jakby tabloid uzna­ły, że pracując na ministerialnej posadzie, stałem się własnością publiczną i mogą mnie i moją rodzinę podglądać i pisać o nas, co tylko chcą - mówi „Newsweekowi” minister Radosław Sikorski.
Drony wykorzystywane przez paparazzich do robienia zdjęć zaatakowa­ły posiadłość Sikorskiego w Chobielinie, gdy była tam tylko matka ministra. Praco­wała w ogrodzie. Usłyszała warkot i była przekonana, że podjechał samochód, ale przy bramie nikogo nie było. Dopiero po chwili zorientowała się, że warkot docho­dzi z góry. Spojrzała w niebo, zobaczyła wycelowane w siebie kamery. „Nie była pewna, czy to Al-Kaida, czy rosyjski wy­wiad, ale wiedziała, że jeśli spadnie jej na głowę, to będzie bolało” - napisał szef polskiego MSZ w brytyjskim tygodniku „The Spectator”.

piątek, 5 września 2014

Bulterier stracił kły



Jacek Kurski ostatnio nieco spokorniał. Skończył z kąsaniem Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Teraz się umizguje i czeka na zaproszenie do partii. - Biegacz musi biegać. Słońce wschodzi i zachodzi. Polityk musi kandydować - zdradza swoją filozofię

Agnieszka Niewińska

Byłem na urlopie, załatwiam zaległe sprawy, zrobiłem remont domu, urządziłem synowi piękny pokoik - Jacek Kurski w rozmowie z „Do Rzeczy" wylicza, co robi po tym, jak najpierw zadeklarował odejście z polity­ki, a potem został wyrzucony z Solidarnej Polski i znalazł się na politycznym aucie. Sam twierdzi jednak, że to nie aut, że jest w grze. - Jestem politykiem zjednoczone­go obozu prawicy in spe, chwilowo bez przynależności, ale w oczekiwaniu na zagospodarowanie - deklaruje z fantazją.
- Nie przebieram jednak nogami, nie pocę się, nie staję na palcach - zapewnia, choć nie brzmi to specjalnie przeko­nująco. - Zobaczymy, co rzeka życia przyniesie.
Nie chce zdradzić, czy jest już po słowie z PiS - wróble ćwierkają, że zabiega o miejsce na warszawskiej liście PiS w wyborach do Sejmu. Mówi tylko enigmatycznie, że pozostaje z dawną partią w kontakcie. Partią, którą jeszcze niedawno nazywał „kolonią karną połączoną z przedszkolem". Dzisiaj
bagatelizuje tamte słowa.
- Osoba o pani hory­zontach myślowych nie powinna zwracać uwagi na pewien rytuał polityczny - czaruje, choć w ogóle się nie znamy. - Trzy lata poza PiS pozwoliło mi spojrzeć na tę partię z dystansu mówi. Już nie chce kąsać prezesa, jakoś stracił kły.

czwartek, 4 września 2014

Kraj zazdrośników



Przeszkadza nam cudza uroda, bogactwo i pozycja. Drażni, gdy ktoś ma lepiej niż my, chcielibyśmy mu to odebrać. To o nas mówi przysłowie o psie ogrodnika.

RENATA KIM, EWELINA LIS

No nie, to już przesada - kiedy Barbara, emerytowana nauczy­cielka spod Łodzi, zobaczyła na portalu Pudelek.pl zdjęcia Kasi Tusk ze słuchawkami za tysiąc złotych na uszach, aż zagotowała się ze złości. Przecież ona za taką sumę żyje cały miesiąc. A tamta niby skąd ma? Zarobiła? Czy może tatuś jej kupił? Więc nie wytrzymała i napisa­ła, co o Kasi myśli: że wcale nie jest ładna, a słuchawki niewarte swojej ceny. Anoni­mowo napisała, bo wtedy człowiek może być szczery.
Nie jej jednej się ulało: pod tekstem o superdrogich słuchawkach panny Tusk błyskawicznie pojawiło się blisko półtora tysiąca komentarzy. Ludzie narzekali, że nie mają co do garnka włożyć, a ona za ich pieniądze kupuje drogie gadżety. Biega so­bie, a za nią stado BOR-owców biega, za ich podatki. Do niczego się ta dziewucha nie nadaje, nos ma brzydki, po tacie.
Pani Barbara przyznaje, że zazdro­ści premierównie życia. Jej i tym wszyst­kim muzykom, celebrytom i dzieciom znanych ludzi, którzy nic nie robią, tylko biegają i się lansują. - Ale jak tu nie być zazdrosnym, gdy człowiek całe życie haru­je, a na nic go nie stać? Czy to sprawiedli­we? - pyta.
Jest rozgoryczona. Siedzi sama w domu, bo mąż dawno zostawił ją dla młodszej, a dziecko na studiach, i z nudów grzebie w internecie, czasem coś skomentuje. Na przykład walnie mściwie pod infor­macją o rozwodzie znanej aktorki: „Do­brze, że mąż Cię zostawił, zobaczysz, jak to jest”. Przez chwilę czuje ulgę.

środa, 3 września 2014

Pluskwy i milionerzy



Nagrania rozmowy Elżbiety Bieńkowskiej z Pawiem Wojtunikiem nie ma. Są za to taśmy biznesmenów, z którymi stykał się Marek Falenta. Podejrzany milioner zatrudni! prawników pracujących dla PiS.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Śledczy zajmujący się aferą pod­słuchową: - Prawda o tej afe­rze jest banalna. Kelnerzy mieli zlecenie nie na polityków, lecz na ludzi biznesu. Miliarderów, prezesów pań­stwowych spółek, bankowców, menedże­rów. To dla nich założono restauracyjne studio nagrań. Ministrów i posłów pod­słuchiwano przy okazji.

wtorek, 2 września 2014

Tuskowie na walizkach



Bić się o Brukselę czynie? Donald Tusk wahał się przez wiele miesięcy. Jego wątpliwości nie znajdowały zrozumienia tylko w jednym miejscu – w domu

JOANNA APELSKA, ANNA GIELEWSKA, PAULINA SOCHA-JAKUBOWSKA, MARCIN DZIERŻANOWSKI

Gosia by się ucieszyła, jakieś pieniądze zacząłby przynosić do domu, a nie w dziesięć dni się rozchodzi na pokrycie ra­chunków i cześć - w ten sposób jeszcze niedawno opisywał perspektywę wyjazdu Donalda Tuska do Brukseli jeden z jego najbliższych współpracowników.
- Dzieci by odetchnęły wreszcie, trochę by się media odczepiły od nich. Michał mógłby jakąś pracę znaleźć normalną - kontynuował swoją analizę.
Politycy PO w nieoficjalnych rozmowach przyznają, że w rozstrzygnięciu brukselskich dylematów Tuska rodzina odgrywała dużą rolę. Podobno bliscy premiera byli za tym, żeby premier zdecydował się na wyjazd.
Opowiada ważny polityk PO: - Bar­dzo mocno kieruje nim jedna motywacja - żeby zapisać się w historii. Na przykład jako pierwszy premier sprawujący władzę przez dwie kadencje. A może nawet trzy, taka myśl zakiełkowała po drugim wyborczym zwycięstwie. Mimo początkowych oporów perspektywa przewodzenia Unii Europejskiej w pewnym momencie także wydała mu się historyczna.

poniedziałek, 1 września 2014

Jak pękła Polska



„Zło-dzie-je!” - skandował gniewny tłum. Długo odpowiadało mu tylko echo. Dopiero Jarosław Kaczyński zainteresował się groźnym żywiołem. Miał to być polityczny flirt, lecz okazał się stałym związkiem.

RAFAŁ KALUKIN

Jeśli PiS zdobędzie władzę, cofnie wszyst­ko, co zrobiła Platforma. Stoi to - czarno na białym! - w oficjalnym programie tej partii. I - rzecz jasna - jeśli Kaczyński zostanie pre­mierem, to zepchnięta do opozycji Platforma będzie obiecywać Polakom, że w przyszłości posprząta po Prawie i Sprawiedliwości. I tak w kółko...
Aż do chwili , gdy wystygną emocje napędzające tę rywalizację. Lecz na to się nie zapowiada. Wy­znaczające pole konfliktu kulturowe pęknięcia są trwałe. Skutkują wymazaniem z polskiej polity­ki obszaru wspólnego, zapewniającego państwu stabilność, a obywatelom poczucie jednoczącej tożsamości.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Sieroty na bocznym torze



Jarosław Kaczyński nigdy nie lubił: ludzi Lecha. „Byli niemoralni i nielojalni do tego żenująco się przymilali” - rzucił kiedyś w Sejmie. Skąd w nim ta niechęć?

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Lech Kaczyński wiedział, że brat nie przepada za jego współ­pracownikami. Podczas wie­czornych spotkań z muzealnikami, które najczęściej odbywały się na kwiecistych so­fach jednego z gabinetów pałacu prezyden­ckiego, często na ten temat żartował: - Jak kiedyś mnie zabraknie, to nie zagrzejecie miejsca w PiS.
I nie zagrzali. Małgorzaty Bochenek, za­ufanej współpracownicy Lecha Kaczyń­skiego z Kancelarii Prezydenta, Jarosław nie chciał nawet przyjąć na rozmowę. Andrzej Urbański, były szef Kancelarii Prezydenta, od lat nie może się doczekać od niego żadnej oferty, a rozprawa z gru­pą współpracowników Lecha związanych z Muzeum Powstania Warszawskiego nie potrwała długo. Jeszcze jesienią 2010 r., czyli kilka miesięcy po katastrofie smo­leńskiej, z partii wylecieli Elżbieta Jaku­biak, Paweł Kowal, Jan Ołdakowski i Lena Dąbkowska-Cichocka. W ślad za nimi od Jarosława odbiło związane z Lechem środo­wisko „Teologii Politycznej”: Dariusz Karło­wicz, Dariusz Gawin i Marek Cichocki.
W efekcie w PiS pozostało tylko czwo­ro byłych współpracowników prezydenta: Anna Fotyga, Maciej Łopiński, Jacek Sa­sin i Andrzej Duda. Była szefowa MSZ co prawda w partii jest, niedawno dostała się nawet do Parlamentu Europejskiego, ale pozycji, jaką miała za życia Lecha Kaczyń­skiego, nigdy już mieć nie będzie. Jej noto­wania u prezesa po prostu nigdy nie były wysokie. Podobnie jest z Łopińskim, wie­loletnim przyjacielem prezydenta, którego trudno dziś zaliczyć do grona ludzi bli­skich Jarosławowi. Z kolei partyjne awanse Sasina i Dudy nie miały z Lechem Kaczyń­skim wiele wspólnego. Żaden z nich nie był człowiekiem Lecha Kaczyńskiego - obaj trafili do jego kancelarii dzięki politycznej protekcji PiS.
To, że prezes usunął ze swojego otocze­nia współpracowników brata lub w ogó­le ich do siebie nie dopuścił, jest faktem. Zagadką pozostają motywy.

sobota, 30 sierpnia 2014

Gilowska pokonałaby Komorowskiego



MARIUSZ STANISZEWSKI: Pani nazwisko pojawia się jako nazwisko kandydatki PiS na prezydenta.
PROF. JADWIGA STANISZKIS: Pierwszy raz to słyszę. Raczej mówi się o prof. Zycie Gilowskiej. Z pewnością byłaby lepszym kandydatem niż prof. Piotr Gliński - jest kobietą, jest waleczna, dużo się nauczyła w Radzie Polityki Pieniężnej. Jeśli tylko na kandydowanie pozwoliłby jej stan zdro­wia, to miałaby duże szanse.

Pani władza nie pociąga?
Nie. Moją ambicją jest jak najwięcej zro­zumieć i przekazać tę wiedzę. A ponieważ ciągle zajmuję się analizowaniem władzy, zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo i jest iluzoryczna i ograniczona. Umiem ją opisywać, ale nie potrafię wziąć odpowiedzialności za finalny wybór strategii. Poza tym nie umiem współpracować z ludźmi i nie jestem lojalna wobec żadnego układu. Nigdy władza nie była czymś, o czym myślałam. Chociaż wielokrotnie miałam tego typu sugestie ze strony wpływowych, choć niezbyt licznych środowisk. Jedyną moją zaletą w polityce byłaby zdolność do odbijania się od dna, ale reszta mnie dyskwalifikuje.

A czy ktoś jest w stanie dziś wygrać z Bronisła­wem Komorowskim?
Gdyby grać poważnie, to każdy mógłby z nim wygrać.

piątek, 29 sierpnia 2014

Co by byto, gdyby...



Gdyby Wałęsa nie miał wąsów, to i tak zostałby prezydentem. Podobnie Komorowski - zostałby prezydentem nawet wtedy, gdyby nie było Smoleńska. Ale to nie zmienia faktu, że historią III RP nieraz rządziły przypadki.

RAFAŁ KALUKIN

Gdyby Kleopatra miała dłuższy nos, dzieje świata potoczyły­by się inaczej” - twierdził Bla­ise Pascal, wskazując na rolę przypadku w historii. Gdyby egipska piękność mia­ła skazę na urodzie, to pewnie nie owinę­łaby sobie wokół palca Juliusza Cezara, a wtedy geopolityka starożytnego świata wyglądałaby inaczej.
Historia alternatywna jest zabawą, któ­rą zawodowi badacze dziejów traktują z pogardą. Ale od niepoważnych przesła­nek można przecież dojść do całkiem po­ważnej refleksji nad istotą losów wielkich zbiorowości. Zacząć warto od pytania o to, co by było...

GDYBY WAŁĘSA POSTAWIŁ NA GEREMKA
Poważnie brał to pod uwagę. Przestraszył się jednak rosnącej pozycji swego wielo­letniego doradcy i - dla zrównoważenia układu sił - postawił na tego drugiego.
Lecz zanim 19 sierpnia 1989 r. Mazowie­cki mógł odebrać z rąk prezydenta Jaruzel­skiego nominację na „naszego premiera”, oddelegowany przez Wałęsę Jarosław Ka­czyński musiał jeszcze dokonać manewru okrążającego PZPR. Dogadując się z sze­fami satelickich partii ZSL i SD, zbudował nową większość parlamentarną, przełamu­jąc ustalenia Okrągłego Stołu, które przy­znawały komunistom pakiet kontrolny.
Choć był przecież inny scenariusz. Za­kreślony - również za aprobatą Wałę­sy! - przez Adama Michnika w tekście „Wasz prezydent, nasz premier”. Przewi­dujący „sojusz demokratycznej opozycji z reformatorskim skrzydłem obozu wła­dzy”. Michnik nie precyzował, kogo wi­dział w roli naszego premiera, choć miał na myśli Geremka.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Służby od ubiegłego roku wiedziały o nagraniach



Dziennikarskie śledztwo „Do Rzeczy” podważa aktualną wersję prokuratury i służb specjalnych w sprawie afery podsłuchowej. Jak wynika z naszych ustaleń, służby specjalne mogły zapobiec kompromitacji najważniejszych organów państwa, ale tego nie zrobiły

Cezary Gryz

Pod znakiem zapytania staje teza, że inicjatorem potajemnych nagrań polityków w warszawskich restauracjach był biznesmen Marek Falenta. Prokuratura zabezpieczyła jego skrzynkę e-mailową, w której znajduje się jego korespondencja z funkcjonariuszami Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Sam biznesmen w rozmowie z „Do Rzeczy" twierdzi zaś stanowczo, że o procederze nagrywania obie służby powiadomił już w ubiegłym roku.
- Istotnie, już w ubiegłym roku przekazałem funkcjonariuszom ABW, a potem CBA z delegatur we Wrocławiu informacje, że w warszawskich restaura­cjach nagrywane są najważniejsze osoby w państwie - mówi „Do Rzeczy" Marek Falenta. Dodaje, że po zapoznaniu się z materiałem dowodowym w prokuratu­rze ujawni szczegóły tych informacji śled­czym. - Służby specjalne interesowały się moimi firmami od mniej więcej 10 lat, kiedy rozkręcałem Electusa i współpraco­wałem z KGHM - mówi Falenta.
Jak się jednak okazało, przekazane przez niego informacje nie zostały wyko­rzystane, a co gorsza - funkcjonariuszom ABW nakazano wygasić zainteresowanie.
- Oficera z ABW ta informacja prze­straszyła. Natomiast funkcjonariusze CBA przekazali tę informację centrali w Warszawie. Jednak zabroniono im się nią zajmować, bo dotyczyła czołowych postaci Platformy Obywatelskiej - mówi „Do Rzeczy" Falenta.
- To wierutne bzdury - mówi o infor­macjach od Falenty rzecznik CBA Jacek Dobrzyński. - To próba wkręcenia i wma- nipulowania CBA w tę sprawę. Przecież każdy rozsądnie myślący zrozumie, że gdyby szef CBA miał taką informację, to nigdy by do takiej restauracji nie poszedł - dodaje.

środa, 27 sierpnia 2014

Carringtonowie na polską miarę


Po dwukrotnej prezydenturze Aleksandra sondaże pokazywały, że szansę na to stanowisko miałaby Jolanta. Dziś się wydaje, że żadne z nich nie wróci do czynnej polityki. Musieliby ujawnić swoje oświadczenia majątkowe.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Babcia Aleksandra Kwaśniewskie - I go piekła podobno świetne ku­lebiaki, a dziadek był zapalonym ogrodnikiem. Ich córka Alek­sandra Bałasz była pielęgniarką, poznała chirurga Zdzisława Kwaśniewskiego w szpitalu w Białogardzie. Po kilku miesią­cach znajomości, 6 lutego 1954 r. wzięli ślub. Już w listopadzie urodził się Aleksander, dwa lata później - Małgorzata. „Młody Olek, podobnie jak jego siostra Małgorzata, był świadomie izolowany przez ojca. Nie wolno im było mieć za wielu kolegów. Być może wynikało to z ojcowskiej obawy przed zarażeniem dziecięcymi chorobami. To ojciec dbał, aby w domu niczego nie brakowało, organizował całe życie. Olek i jego siostra mieli się przede wszystkim uczyć” - wspominał ponoć miejscowy proboszcz.
Aleksander chodził więc nawet na do­datkowe lekcje łaciny do znanego profesora. Ojciec lekarz marzył, że syn także zostanie lekarzem. Chłopca ciągnęło jednak bardziej do sportu i polityki. Jego matka opowiadała w książce Agaty Chróścickiej „Kwaśniewski jestem’, że Olek od dziecka miał zadatki na polityka. Pokazywała zdjęcie, na którym dziewięcioletni Aleksander udaje, że składa prezydencką przysięgę. To nie był przypadek. Rodzina Kwaśniewskich miała bowiem swoje państwo i własny hymn. Najważniejszy w tym państwie był Olek, a potem dopiero pozostali obywatele.
Pani Aleksandra po urodzeniu dzieci całkowicie poświęciła się ich wychowaniu. Działała w komitecie rodzicielskim liceum, do którego chodziły. Była bardzo religijna. Z dumą pokazywała Chróścickiej świadectwa z lekcji religii swojej wnuczki Aleksandry Kwaśniewskiej. Z niechęcią zareagowała na pytanie o PZPR: „Olek był dorosły, jak wstępował do partii, i wiedział, co robi”. Od razu podkreśliła, że w rodzinie nikt nie był partyjny, a ojciec słuchał radia Wolna Europa. Po latach Aleksander Kwaśniew­ski w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” półżartem obarczył właśnie ojca i jego ulubione radio odpowiedzialnością za swoje partyjne wybory: „Moje lewicowe poglądy ukształtowały się pod wpływem niedobrej, prymitywnej propagandy Wolnej Europy. Jej jednostronność tak mnie denerwowała, że pchnęło mnie to w stronę lewicy”.
Ojciec byłego prezydenta zmarł w 1990 r., matka - pięć lat później, w trakcie kampanii prezydenckiej. Wcześniej długo chorowała. „Olek pochował ją w Warszawie. Stypa była na ulicy Rozbrat, w restauracji Pod Żubrem. Nawet siostra Olka, Małgorzata, przyjechała ze Szwajcarii. Małgosia skończyła medycynę. Jest okulistką. Do Szwajcarii wyjechała na jakiś staż zaraz po studiach, w 1980 czy 1981 r. I tam ją zastał stan wojenny. Do Polski już nie wróciła”, czytamy w książce „On Kwaśniewski” Grzegorza Indulskiego i Dariusza Wilczaka. O siostrze prezydenta wiadomo jeszcze tyle, że przysyłała matce oprawione zdjęcia swojego długowłosego kota. „To dlatego, że za mąż nie wyszła”, komentowała w rozmowie z Agatą Chróścicką Aleksandra Kwaśniewska. Są jednak i tacy, którzy twierdzą, że Małgorzata wyszła za mąż za starszego profesora, właściciela jednej z najbardziej znanych w Szwajcarii klinik. Pewne jest to, że Aleksander oraz Jolanta Kwaśniewscy spędzają u niej święta w narciarskim stylu.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Mordochwyty



Czytelnik tabloidu nie jest specjalnie wybredny. Towar nie zawsze musi być świeży. Nawet lubi, żeby w każdym numerze było trochę padliny. Ale musi być przyprawiona łzami, żeby mógł mówić, że czyta ze współczuciem.

Czytelnika tabloidu karmi się sześć razy w tygodniu, więc kartę dań trzeba tworzyć z dużym sprytem. Na szczęście pracują nad tym naprawdę inteligentni ludzie.

Serial
W tabloidzie to podstawa. Serial zmusza czytelnika, żeby następ­nego dnia znów poszedł do kiosku. A o to toczy się cała gra. Czytelnik musi dzień w dzień dostawać ciąg dalszy tej samej historii. Nawet jeśli nic się nie dzieje. Dlatego serial musi mieć swoją dramaturgię. Najlepsze seriale buduje się na tragedii z dzieckiem w tle, bo z badań wynika, że czytelnicy są na to bardzo wrażliwi. Niedawny tragiczny wypadek samochodowy Grażyny Błęckiej-Kolskiej wykreowano na megahit. „Super Express” zrobił z niego sześć okładek pod rząd. Wszystkie według tej samej zasady bo zasady i reguły to w tabloidzie podstawa. Czytelnik nie lubi być zaskakiwany, bo się gubi. Każdy odcinek serialu o Kolskich ma mocne wejście, czyli ostry tytuł. Pierwszy „SE” zatytułował: „Znana aktorka zabiła córkę”. A pod spodem dużo mniejszymi literami ciąg dalszy: „w wypadku samochodowym”. Oczywiście ze znakiem zapytania, bo tytuł jest procesowy i trzeba mieć argumenty na wypadek ewentualnego spotkania w sądzie. Na drugiej stronie infografika. Dramatyczne zdjęcia ze szpitala. Łącznie ze zwłokami córki aktorki przykrytymi białym prześcieradłem. A do tego tekst. W tonie pozornie współ­czującym. To też może się przydać w sądzie jako argument. Na po­trzeby serialu szybko odkurzono, wcześniej mało atrakcyjną dla tabloidów, historię rozwodu Kolskich i jego nowego związku z dużo młodszą partnerką. Dzięki temu serial miał już dwa wątki. Kolejne tytuły tego serialu to: „Śmierć córki dobije aktorkę”, „Szykuje grób dla córki”, „Nie przyszła na mszę za córkę”, „Żegnaj córeczko", „Zamienił Kolską na 20-latkę”, „Zabiła córkę, uniknie kary?".

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Gowin mięsożerca



To prawicowiec przyszłości. Jako jedyny może współpracować jednocześnie z Solidarną Polską, PiS, narodowcami i Korwin-Mikkem. Pytanie tylko, kim jest on sam?

Dla tych wszystkich, którzy mogliby nie wiedzieć, gdzie aktualnie znaj­duje się Jarosław Gowin na swojej oportunistycznej zjeżdżalni-pro­wadzącej tego dawnego ucznia Tischnera i Turowicza ku integryzmowi - kilka cytatów z jego ostatnich wypowiedzi. „Teraz się straszy mariażem Jarosława Kaczyńskiego i Korwin-Mikkego”. „Dla mnie koalicja sięgająca od PiS do KNP, a nawet prawicy narodowej, jest programowo najbardziej naturalna”. „W Krakowie nasza współpraca z KNP układa się obiecująco. Na szczeblu sejmików będziemy tworzyć koalicję z PiS i Solidarną Polską, ale już na szczeblu po­wiatów chciałbym, żebyśmy w niektórych miejscach utworzyli koalicję z KNP, w innych być może z SP i Ruchem Na­rodowym”. „Jestem zwierzęciem mięso­żernym. Władza to mięso polityki. Chciał­bym jeszcze kiedyś być członkiem rządu. To fascynujące doświadczenie". Obiecuje, że jak dojdzie do władzy, zlikwiduje tęczę na warszawskim pl. Zbawiciela. Staje się bardziej pisowski niż sam PiS.
W eurosceptycyzmie, w atakach na Unię, w obyczajowym i religijnym integryzmie, w otwarciu na narodowców, Gowin staje się coraz bardziej radykalny. On i jego najbliżsi polityczni przyjaciele przelicytowują nie tylko dawne Porozu­mienie Centrum czy AWS (one wedle dzi­siejszych prawicowych standardów mogą się jawić jako lewactwo), ale już samego Kaczyńskiego, który oficjalnie od naro­dowców czy Korwina stroni. To przelicy­towanie dzisiejszego PiS, a nawet ściganie się na twardość i czystość narodowej, pra­wicowej, katolickiej doktryny z tak wyma­gającymi zawodnikami, jak Marek Jurek, Artur Zawisza czy Korwin-Mikke.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Ściśle tajne akta Macierewicza



Marek Dukaczewski „Wprost” ma ściśle tajne dokumenty komisji Antoniego Macierewicza, która pisała raport z weryfikacji WSI. Materiały, w których negatywnie opisywany jest obecny prezydent, wyciekły już w 2007 r.

SYLWESTER LATKOWSKI, MICHAŁ MAJEWSKI

47 stron z adnotacjami „ściśle tajne" „egzemplarz pojedynczy” - tak wygląda materiał, w którego posia­daniu jesteśmy. To pierwszy twardy dowód, że z komisji Macierewicza wyciekły dokumenty, które w 2007 r. były podstawą stworzenia tzw. aneksu do raportu z weryfikacji WSI.

WYCIEK SPRZED SIEDMIU LAT
Papiery wyciekły z zespołu Macierewi­cza siedem lat temu. I trafiły od jednego z członków komisji do wąskiej grupy osób, m.in. kilku dziennikarzy i PR-owców. Dwa tygodnie temu jeden z nich, zastrzegając anonimowość, przekazał dokumenty redak­torowi naczelnemu „Wprost” Sylwestrowi Latkowskiemu.
Dlaczego jemu? Wiedział, że Latkowski interesuje się od dawna tematem Wojsko­wych Służb Informacyjnych. Wspólnie z Pio­trem Pytlakowskim z „Polityki” zamierza opublikować książkę na ten temat. Papiery, jak wynika z zebranych przez nas informacji, wyciekły jeszcze na etapie pisania aneksu do raportu WSI, czyli przed październikiem 2007 r. Materiał jest częściowo rozproszony, nie są to kolejno ponumerowane strony. Kilka kartek dotyczących jednego aspektu, kolejnych kilka - innego. Widać, że materiał jest wyjęty z większego opracowania. Strony nie mają numeracji. Na części są adnotacje „ściśle tajne” i „egz. poj.” Skąd przekonanie, że materiał jest autentyczny? I że posłużył do tworzenia aneksu?

Dokument uwięziony w lochu



Aneks do raportu WSI w wersji, którą otrzymałem, nie ujrzy światła dziennego dopóty, dopóki będę prezydentem - powiedział mi nieoficjalnie w grudniu 2007 r. Lech Kaczyński.

MARCIN DZIERŻANOWSKI

Prezydent dodawał: - Antoni Macierewicz ma jedną przy­padłość: nie odróżnia swoich interpretacji od faktów, a tez publicystycznych od twar­dych dowodów.
Przeprowadzałem z nim wówczas wy­wiad do „Wprost”, ale prezydent zastrzegł, że mówi mi to poza protokołem. W wersji autoryzowanej, która ukazała się drukiem, użył bardziej oględnych słów: „Antoni Macierewicz czasami formułuje tezy zbyt daleko idące w stosunku do faktów, którymi dysponuje. Mówię mu to w twarz, więc mogę powtórzyć publicznie”.
Ta ocena w ustach wywodzącej się z PiS głowy państwa brzmiała wówczas dość szokująco i wywołała liczne komentarze. Dopytywaliśmy więc zdziwieni: „I dlatego powierzył mu pan zadanie pisania raportu o WSI?”
Prezydent odpowiadał: „Mimo wspo­mnianych wad Macierewicz ma podsta­wową zaletę: jest całkowicie odporny na wdzięki przeuroczych oficerów WSI i nigdy nie ulega żadnym naciskom. Dlatego w odsłanianiu patologii wojskowych służb specjalnych okazał się niezastąpiony”.
Prezydent rzeczywiście nie opublikował aneksu ani w pierwotnej, ani w żadnej innej wersji. Później krytycznie się wypowia­dał o samym aneksie. W dodatku to, co publikuje „Wprost” w stu procentach po - twierdza, że miał rację. Dlatego dziś można już przytoczyć jego opinię w pełnej formie.
Po jego śmierci aneksu nie opublikował też, rzecz jasna, jego następca Bronisław Komorowski. Jeszcze za życia Kaczyńskiego przekonywał, że opublikowanie raportu o likwidacji WSI było „ekscesem bez precedensu”. I pierwszym przypadkiem, kiedy rząd ujawnia własne służby. Komorowski,
już wówczas jeden z potencjalnych kan­dydatów PO na prezydenta, sugerował, że znaczna część aneksu ma być wymierzona w niego jako w konkurenta Kaczyńskiego.

Komorowski i nagrania od WSI



Weryfikatorzy WSI próbowali dobrać się do skóry Bronisławowi Komorowskiemu. Czym? Nagraniami z WSI kwestią spotkań z handlarzami bronią.

MICHAŁ MAJEWSKI

Bronisław Komorowski patronował podejrzanej fundacji, która wyłudzała pieniądze Wojskowej Akademii Technicznej, używał materiałów WSI do niszczenia podwładnych. Wreszcie miał kontakty z międzynarodowymi handlarzami bronią i fatalnej reputacji - takie działania przypi­sywali obecnemu prezydentowi weryfikatorzy, którzy w 2007 r. pracowali nad aneksem dotyczącym działalności WSI. Środowiska prawicy od lat wytykają prezydentowi, że przyjaznym okiem patrzył na działalność Wojskowych Służb Informacyjnych i jako jeden z niewielu polityków PO i PiS sprze­ciwiał się w 2006 r. rozwiązaniu tych służb. W ściśle tajnych dokumentach komisji Macierewicza, do których dotarliśmy, na­zwisko Bronisława Komorowskiego pojawia się w trzech miejscach. Prezentujemy te fragmenty w całości, bez skrótów: „W materiałach zgromadzonych w teczce dokumentującej »działania« tzw. komisji Oczkowskiego, powołanej na rozkaz szefa WSI płk. Marka Dukaczewskiego, znajduje się oświadczenie płk. Grzegorza Orzechowskiego z dnia 12.12.2001 r., w którym poinformował, że w grudniu 2000 r. ppłk Janusz Mazur otrzymał od kierownictwa ZZT WSI zadanie zgrania z poczty głosowej telefonu komór­kowego NN posła rozmowy - informacji. Rzekomo chodzić miało o groźbę. Ppłk Ja­nusz Mazur z wyznaczonymi przez siebie por. Bohdanem Budziakiem i kpt. Piotrem Maskiewiczem w towarzystwie starszego oficera z centrali MON udali się do Sejmu RP. Tam zostali zaprowadzeni do jednego z pokoi hotelowych (»na piętrze«), gdzie przyszedł »właściciel« (NN poseł) telefonu i wskazał pozostające na tzw. poczcie głosowej na­granie. W jego obecności kpt. Maskiewicz zgrał wskazaną rozmowę. Po zarejestrowaniu i sprawdzeniu jakości odtworzonej wiadomo­ści telefon został zwrócony »wiaścicielowi«. Skasował on z telefonu przedmiotową wiadomość i opuścił pomieszczenie. Z tego nagrania sporządzono stenogram. Notatkę wraz ze stenogramem i kasety przekazano kierownictwu ZZT WSI. Według płk. Orze­chowskiego materiały te zostały przekazane dalej jednemu z zastępców szefa WSI.
Podczas wysłuchania kpt. Maskiewicz zaprzeczył, by w czasie wizyty w Sejmie doszło do jakiegokolwiek zgrania rozmowy z komórki. Twierdził, że fakty takie nie miały miejsca, a on z pewnością ich nie pamięta. Inaczej zeznawał jego ówczesny towarzysz Bohdan Budziak.

Pro Civili - nowa odsłona



Z dokumentów, do których dotarł „Wprost”, wynika, że Wojskowa Akademia Techniczna była infiltrowana przez obcy wywiad.

CEZARY BIELAKOWSKI

Fundacja Pro Civili to w raporcie Antoniego Macierewicza jeden z kilku dowodów na nielegalne działania Wojskowych Służb In­formacyjnych. Raport dowodzi, że fundacja, zarządzana przez oficerów WSI wspólnie z Wojskową Akademią Techniczną, podejmowała przestępcze przedsięwzięcia biznesowe, z których powodu wojskowa uczelnia traciła pieniądze. Do dziś informacje zebrane w raporcie Macierewicza wyczerpy­wały w zasadzie ten temat. Wydawało się też, że o samej fundacji napisano już wszystko, co można było napisać.
Tajne dokumenty, do których dotarł „Wprost”, poszerzają wiedzę o Pro Civili, wprowadzając nowe wątki i szczegóły. Wszystko wskazuje na to, że zostały one wytworzone na potrzeby aneksu do raportu z likwidacji WSI.
Jaka jest zasadnicza różnica między ofi­cjalnym raportem a tajnymi dokumentami, które opisujemy? Sposób wskazania osób odpowiedzialnych za to, co działo się w fun­dacji. W oficjalnym raporcie w rozdziale o działalności oficerów WSI w Wojskowej Akademii Technicznej i Fundacji Pro Civili autorzy napisali po prostu informacyjnie, że ministrami obrony narodowej w opisywanym okresie byli: Stanisław Dobrzański, Janusz Onyszkiewicz i Bronisław Komorowski.
W dokumencie, który mógł posłużyć do napisania aneksu, brzmi to już inaczej: „Wojskowe Służby Informacyjne, które odpowiedzialne były za kontrwywiadowczą osłonę technologii rozwijanych w ramach projektów badawczych na WAT, same przekazywały je w obce ręce. Odpowiedzialność za to ponosi nie tylko ówczesny szef WSI, ale także były szef MON. Bronisław Komorowski w sposób szczególny traktował wszystkie kwestie związane z WAT i interesami uczelni. Działo się tak zwłaszcza w okresie, gdy kie­rownictwo we WSI sprawował gen. Tadeusz Rusak”.
Warto odnotować, że nazwisko gen. Rusa­ka w całym raporcie pada tylko trzy razy, bez szerszego kontekstu czy noty biograficznej.
W opisywanym tajnym materiale znalazła się już informacja, że gen. Rusak to „były dowódca kompanii czołgów przygotowa­nej do spacyfikowania kopalni »Wujek« (do pacyfikacji zgłosił się jako ochotnik), a następnie współpracownik WSW w Opo­lu - rekomendowany przez Bronisława Komorowskiego na szefa delegatury UOP w Krakowie i w efekcie mianowany przez Andrzeja Milczanowskiego na to stanowisko”

WSI i mafia



Dokumenty, do których dotarł „Wprost”, nie potwierdzają tezy o ścisłych powiązaniach WSI ze zorganizowanymi grupami przestępczymi w Polsce. Dziwne, bo takie związki niewątpliwie były.

SYLWESTER LATKOWSKI

Wojskowe Służby Informacyjne często w publicystyce porównywano do mafii. Zwolennicy likwidacji WSI podkreślali zresztą, że to nie tylko przenośnia, lecz także kwestia realnych powiązań. Raport z likwidacji WSI Antoniego Macierewicza miał to ostatecznie potwierdzić. Tymczasem w dokumentach związanych z niepublikowanym dotąd anek­sem, do których dotarł „Wprost” powiązania służb z mafią pruszkowską i innymi zorgani­zowanymi grupami przestępczymi wykazane są zaskakująco słabo, nie wzmacniają też dowodowo tezy o związkach WSI ze światem zorganizowanej przestępczości. Jako autor książki „Polska mafia” oraz dziennikarz śledczy zajmujący się od lat światem zor­ganizowanej przestępczości w Polsce jestem tym zaskoczony, gdyż nie ma wątpliwości, że takie powiązania były. Po lekturze doku­mentów dochodzę do wniosku, że być może odkryto by więcej powiązań wojskowych z mafią, gdyby nie to, że za bardzo chciano przyczepić odpowiedzialność za działanie Fundacji Pro Civili prezydentowi Bronisła­wowi Komorowskiemu, który pełniąc funkcję ministra obrony, rzekomo miał szczególnym zainteresowaniem i ochroną objąć Wojskową Akademię Techniczną.
Tymczasem w innych obszarach likwida­torzy WSI byli zaskakująco mało dociekliwi. Na przykład w ogóle nie przesłuchali pierw­szego i najważniejszego świadka koronnego w Polsce, Jarosława S. ps. Masa, który w tej sprawie ma wiedzę większą niż ktokolwiek inny. W rozmowie ze mną Masa nie zostawia zresztą na pracy komisji suchej nitki.

Raport to szaleństwo



Macierewicz miał rację, że WSI to gangrena. Tylko źle się do tego wziął, ten jego raport to szaleństwo, a meryto­rycznie - śmieć - tłu­maczy Jarosław „Masa” S.

Rozmawiał SYLWESTER LATKOWSKI

Wspomniałeś kiedyś, że ty i twoi ko­ledzy byliście „mafią trzepakową”, bo tą prawdziwą były Wojskowe Służby Informacyjne, dawni esbecy, którzy zostali negatywnie zweryfikowani, więc nie mogli kontynuować służby i musieli się gdzieś podziać. Lata 90. to było ich Eldorado. Porozmawiajmy o związkach Pruszkowa z WSI.
Nie każdy miał te związki. Ale jeżeli ktoś już dobił do koryta i wspiął się na wyższy poziom mafijny, oczywiste było, że chciał otwierać biznes, obojętnie jaki. I do tego potrzebne były WSI. A może inaczej: wiatach 90., jeżeli chodzi o gangsterkę, szarą strefę i tym podobne sprawy, WSI wchodziły dosłownie we wszystko. We wszystkie firmy zakładane przez mafio­sów. I doskonale wiedzieli, gdzie i w co wchodzić. Mieli w końcu bardzo dobry wywiad (śmiech). Zawsze trzymali rękę na pulsie. Zawsze wiedzieli, gdzie się zakręcić. Myśmy wchodzili z nimi w interesy, bo niby byli pomocni, ale w gruncie rzeczy to była bardziej nasza wyobraźnia niż rzeczy­wistość. Funkcjonowaliśmy na zasadzie g.. .no przyczepiło się do okrętu i mówi „płyniemy”.

I co? Funkcjonariusze WSI po prostu się do was zgłosili? Zapukali do jednego z szefów mafii, Pershinga, i powiedzieli: chcemy z wami pracować?
Przyszli nie do Pershinga, ale do mnie i do Kiełbasy. To myśmy po spotkaniu z nimi poszli do Pershinga i powiedzieliśmy o propozycji, jaką złożyło nam WSI.

Moskiewskie tropy



WSI ochraniały interesy rosyjskiej branży zbrojeniowej pod pozorem osłony kontrwywiadowczej Polski - twierdziła komisja Macierewicza. Dowody? Nie powalają.

MICHAŁ MAJEWSKI

Niemal jedna trzecia materiału, który zdobyliśmy, poświęco­na jest wpływom rosyjskich firm i tajnych służb na polski rynek zbrojeniowy. Główna teza sformułowana została w sposób następujący: „Ze strony WSI brak było kompleksowych działań identyfikują­cych i neutralizujących działania służb rosyjskich w branży obrotu specjalnego.
Nigdy w WSI nie podjęto kompleksowo tematyki dotyczącej aktywności rosyjskich firm zbrojeniowych w Polsce i związanych z tym zagrożeń dla obronności państwa. a Brak kompleksowych działań kontr- t wywiadowczych ze strony WSI wydaje * się być działaniem noszącym znamiona §, świadomego zaniechania”. Weryfikatorzy stawiają tezę, że WSI ochraniały interesy rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego.