środa, 20 maja 2015

Kłamczoholizm



Motto:
„Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne,
to byśmy nigdy niczego nie mieli”
Jarosław Kaczyński


Polska ma dwa generalne problemy społeczne. Na nizinach społecznych alkoholizm, a na wyżynach politycznych kłamczoholizm. Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki. Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS i jego odpadów, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić. Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi). Na kłamczoholików, takich jak Jarosław Kaczyński, Jacek Kurski czy Zbigniew Ziobro nie działają nawet takie kuracje odwykowe jak liczne przegrane procesy o kłamstwa.
Charakterystyczny jest zresztą stosunek kłamczoholików do związanych z kłamstwem wpadek. Najlepiej sformułował to sam Jarosław Kaczyński w Sokołowie Podlaskim w 2013 roku: „Wycofamy przepisy o ochronie dóbr niematerialnych. Michnik mógł wytaczać procesy i wygrywał, Gudzowaty mógł wytaczać procesy i wygrywał. Jak wszyscy zobaczą, że można o nich mówić ostro, to może się uspokoją” (źródło: Newsweek nr 29/2013). A więc, by nie przegrywać procesów o kłamstwa, nie trzeba nie kłamać, tylko zmienić prawo tak, by udowodnienie kłamstwa nie powodowało przegrania procesu. Oczywiście kłamczoholicy uważają, że oni nie kłamią, a procesy przegrywają, bo prawo jest złe i ci, na których nakłamali są źli.
Postaram się przedstawić poniżej główne metody i przykłady notorycznego nałogowego kłamstwa. Zaczniemy od nawiązania do poprzedniego akapitu. W oczach kłamczoholika on sam nigdy nie jest winien. Winien jest ten, kto go na kłamstwie złapał. I tu pojawia się pierwszy rodzaj kłamstwa:

wtorek, 19 maja 2015

Pan nikt i ręka w nocniku



Jeśli oddamy władzę PiS, to wszyscy trafimy do jakiegoś Kościoła scjentologów. To są kosmici oderwani od rzeczywistości. Matrix w czystej postaci. Nie chcę żyć w matriksie - mówi reżyserka Agnieszka Holland.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Zaskoczyła panią przegrana prezydenta Komorowskiego w pierwszej turze?
AGNIESZKA HOLLAND: Ten przypadek przejdzie do an­nałów historii wyborczych. Spodziewałam się, że nie będzie najlepiej, bo trend był spadkowy i kampania wyjątkowo nieudana, zniechęcająca, ale nie przypusz­czałam. że pójdzie to aż tak daleko. Stracić tak wielkie zaufanie w tak krótkim czasie!
Dlaczego tak się stało?
- Niewątpliwe zalety Komorowskiego w niesprzyjają­cych mu okolicznościach stają się jego wadami. Spolegliwość w stosunku do ludzi, którym ufa. i niechęć do brutalnej konfrontacji sprawiają, że nie potrafi rozsta­wać się z ludźmi działającymi na jego niekorzyść. Gdy­bym była na jego miejscu, podziękowałabym szefowi sztabu wyborczego już po drugim spotkaniu, na którym PiS-owskie bojówki wrzeszczały i lżyły. W porównaniu z żarcikami z Lecha Kaczyńskiego to było haniebne.
I nikt nie wyciągnął z tego konsekwencji. Sztab nie wpadł na żaden dobry pomysł. Na ogół trafiał jak kulą w płot. Do tego doszło narastające znudzenie PO.
Od której Komorowski tak bardzo chciał się odciąć.
- A która jest integralną częścią jego biografii. Znużenie PO skonfrontowane ze słabościami kampanii i kilko­ma nic najlepszymi pociągnięciami prezydenta nabrało w końcu przyspieszenia kuli śnieżnej. 1 nagie wszystko się zmieniło, jak to czasami bywa w małżeństwie, gdy długo wydaje się. że jest dobrze, a potem nagle wyda­rza się coś, zwykle coś mało istotnego, i w jedne j chwili zaczynamy postrzegać drugiego człowieka i nasz z nim układ zupełnie inaczej.

poniedziałek, 18 maja 2015

To wszystko z miłości



Znany aktor kradł i włamywał się, bo ulegał swojemu partnerowi seksualnemu.

HELENA KOWALIK

Mieczysław Sojda w toku śledztwa oderwał się jak drobny meteoryt od czarnej gwiazdy swego życia aktora Jerzego Nasierowskiego i poszybował niezależnym procesowym torem” - tak zaczęła w 1972 r. Marta Miklaszewska, dziennikarka „Literatury”, relację z procesu znanego aktora. Opisała wygląd 40-letniego oskarżonego: „Baczki, mała grzywka nad czołem, dżinsy i bluza kowbojska... Kostium nastolatka z cieniami twarzy dojrzałego wieku”.

TEN PŁASZCZ BĘDZIE MÓJ
Przed sądem stanęli Mieczysław Sojda i Danuta Bielik, celniczka na Okęciu. Prokurator odczytał zarzuty: włamanie wspólnie z aktorem Jerzym Nasierowskim do samochodu ich znajomego, Duńczyka Henryka B. Obcokrajowiec, przebywając jesienią 1971 r. w Polsce, zatrzymał się w mieszkaniu Nasierowskiego. Uraczony kolacją z alkoholem, w towarzystwie kobiety, nie zorientował się, że gospodarz wyszedł na chwilę z mieszkania razem z Sojdą. Obaj aktorzy włamali się do samochodu Duńczyka i zabrali stamtąd magnetofon Philipsa, płaszcz męski, la­tarkę i przeciwsłoneczne okulary o łącznej wartości 400 dolarów. Sojda przechowywał łupy w swoim mieszkaniu; płaszcz nosił jako swój.
Drugi zarzut dotyczył utrudniania postępowania w sprawie napadu rabun­kowego na szkodę aktorki Miry G. i jej pomocy domowej Anny K. Sprawcami tego przestępstwa byli Jerzy Nasierowski i jego młodociany partner seksualny Andrzej R., ale Sojda ukrywał i przechowywał zegarek damski Miry G., wiedząc, że pochodzi z rabunku.

niedziela, 17 maja 2015

Sąd wieczny



Oskarżony o oszustwo okazał się mistrzem w przedłużaniu procesu, który trwa już 13 lat.

HELENA KOWALIK

2001 rok. Walne zgromadzeniedzenie warszawskiej spółki Cemat70 zdecydowało o pozbyciu się udziałów w spółce córce Cemkor ze Skawiny. Kup­ca szukano przez ogłoszenia w gazetach. Zgłosiło się kilku kandydatów łasych na sprzedawany majątek (wartość ponad 500 min zł), ostatecznie wybrano ofertę złożoną przez Euzebiusza Lipowskiego, prezesa komplementariusza (odpowiada własnym majątkiem) w spółce komandytowej.
Z CV tego handlowego partnera wyni­kało, że ukończył Wyższą Szkołę Prawa i Bankowości w Niemczech, studiuje w Wyższej Szkole Biznesu i Marketingu oraz na Uniwersytecie Warszawskim. W rubryce „Umiejętności” oferent wpisał doradztwo menedżerskie, prawnicze i bankowe.
Gdy Lipowski zapoznał się z bilansem sprzedawanej spółki i wszystkimi jej papie­rami, zapewnił, że wyciągnie firmę z biedy. Przez 15 lat pracował w Niemczech w sektorze bankowym, może od ręki załatwić 3 min zł kredytu. Poza tym ma własny poważny kapitał zarówno w lokatach bankowych, jak i w nieruchomościach na terenie Polski i Niemiec. Dał też do zrozumienia, że jest w świetnych kontaktach z rządzącą lewicą.
Przed rokiem założył Instytut Gospodarki i Społeczeństwa, którego prezesem został Marek Belka, członkami Jerzy Hausner i Marek Borowski. Na dowód pokazał kopię dokumentu z Krajowego Rejestru Sądowego.
W październiku 2001 r. została pod­pisana umowa, na mocy której Cemat70 zbył na rzecz Lipowskiego swoje udziały w Cemkorze. Zapłata - 450 tys. zł - miała odbywać się w ratach. Nowy właściciel spotkał się z prezesem skawińskiej spółki i obiecał szybkie załatwienie kredytu, gdy tylko wejdzie do zarządu Cemkoru.

sobota, 16 maja 2015

Rockefeller Gierka



W latach 70. odpowiadał za główne inwestycje zagraniczne PRL. Okazał się oszustem, podobnie jak oszustwem okazał się „cud gospodarczy ekipy Gierka”.

Helena Kowalik

W dwa miesiące po pod­pisaniu porozumień sierpniowych w 1980 r. w warszawskim sądzie (wtedy jeszcze przy ulicy Świerczewskiego) toczyło się równocześnie kilka procesów byłych prominentów PRL. Złakniona sensacji publiczność musiała wybierać, kogo chce oglądać: prezesa TVP Macieja Szczepańskiego, ministra budow­nictwa Adama Glazura, prezesa Głównego Urzędu Ceł Eugeniusza Dostojewskiego, a może Kazimierza Tyrańskiego, dyrektora centrali eksportowo-importowej Minex. Ten ostatni zasłynął z wystawnych kolacji, na których, jak podawała solidarnościowa prasa, serwowano krewetki sprowadzane samo­lotem z Berlina. Sale, w których odbywały się te rozprawy, były ulokowane w jednym korytarzu, który przez pracowników sądo­wego labiryntu został złośliwie nazwany aleją zasłużonych.

piątek, 15 maja 2015

Miała być rzeź decydentów



Rządcy „przerwanej dekady” mieli odpowiadać przed Trybunałem Stanu za gigantyczne zadłużenie zagraniczne Polski. Skończyło się abolicją.

Helena Kowalik
O pociągnięcie do odpowiedzial­ności konstytucyjnej prezesa Rady Ministrów Piotra Jaro­szewicza, przewodniczącego Komisji Planowania Tadeusza Wrzaszczyka oraz wicepremierów Jana Szy­dlaka i Tadeusza Pyki zwróciło się 28 paź­dziernika 1982 r. do Prezydium Sejmu PRL 120 posłów Stronnictwa Demokratycznego. Szybko utworzono Komisję Odpowiedzial­ności Konstytucyjnej (KOK).
Piotr Jaroszewicz został obwiniony o: notoryczne dopuszczanie do zmian w na­rodowym planie gospodarczym (w 1977 r. takich korekt było 80, a w 1979 r. już 105); spowodowanie nadmiernego wzrostu wydatków na inwestycje, których realizacja była pod znakiem zapytania (o ile w 1971 r. wydano na nie 300 mld zł, to potem kwota ta była podwajana); akceptowanie ży­wiołowości w polityce inwestycyjnej, co wyrażało się w stosowaniu tzw. otwartego planu i wzroście kosztorysu (z 900 mld zł w 1971 r., 1745 mld zł w 1975 r. i 2880 mld zł w 1979 r.); doprowadzenie do nadmier­nego zadłużenia przekraczającego granice bezpieczeństwa kraju;  zablokowanie informacji na ten temat.
Winy Tadeusza Wrzaszczyka miały po­legać na tym, że: nie przedstawił Sejmowi i Radzie Ministrów obiektywnej analizy stanu gospodarki, blokował rzetelne pu­blikacje na ten temat;  wbrew rachunkowi ekonomicznemu pomnażał liczbę nowych inwestycji (w rezultacie w 1982 r. trzeba było zamknąć 1628 placów budów, wartość nakładów zamrożonych w przerwanych przedsięwzięciach wyniosła według GUS 739 mld zł, a wartość porzuconych na pla­cach budowy nowych maszyn pod koniec 1980 r. oceniono na 53,1 mld zł); nie zapla­nował równowagi w zakresie kredytowego importu (gdy w końcu 1975 r. obejmował stanowiska wicepremiera i przewodni­czącego Komisji Planowania, zadłużenie Polski wobec zagranicy wynosiło 8,388 mld doi., w 1979 r. - 23,738 mld doi., a w końcu 1980 r. - 24,1289 mld doi.).
W sprawie Pyki i Szydlaka komisja umorzyła postępowanie z uwagi na brak dowodów, że naruszyli Konstytucję PRL.

czwartek, 14 maja 2015

Rewizor PRL



W 1971 r. podrobił poselską legitymację i siał postrach wśród prowincjonalnych partyjnych kacyków.
Wzbudzał powszechne uznanie, choć formalnie był oszustem. W III RP doradza ministrom i posłom. Helena Kowalik odkrywa niezwykłą historię Janusza Prędkiego.

HELENA KOWALIK

Płacze. Wsunął podstrzyżoną głowę między chude ramiona, widać tylko trzęsącą się brodę.
- Chciałem pomóc posłom - mówi dziecinnym, rozełkanym głosem. - Legitymację podrobiłem, bo na dowód nikt by mnie do zajezdni nie wpuścił. Ja odpokutuję; mogę układać kamienie na drodze, tylko niech mnie stąd wypuszczą.
Jest rok 1971, a ja jestem młodą re­porterką sądową „Życia Warszawy”. Mój rozmówca ogląda się na strażnika więziennego. Łzy obsychają... - Czy w Ministerstwie Komunikacji prenumerują „Życie”? - 21-letni Janusz Prędki obraca w dłoni moją dziennikarską legitymację.
- Jeśli tak, proszę o usilne podkreślenie w artykule, że obecny stan pojazdów PKS w Radomsku pozostawia wiele do życzenia. Przedstawię problem w punktach, tylko sięgnę po notatki.
Z kieszeni więziennej bluzy wyciąga kil­kanaście kartek spiętych gumką recepturką. (Czujny strażnik spogląda na nie przez ramię aresztanta, ale nie interweniuje). - Będę dyk­tował, proszę pisać - zapowiada aresztant.
Jesteśmy przy punkcie trzecim... („Należy usilnie podkreślić, że”), gdy przy stoliku widzeń staje funkcjonariusz z pękiem klu­czy - pora na obiad. Aresztant wróci za pół godziny. Po chwili widzę go prowadzonego przez wybetonowany plac między zakratowanymi pawilonami. Więzień z tatuażem na całym torsie, który szlauchem podlewa rachityczny klomb, na widok Prędkiego wyszczerza w ironicznym uśmiechu zęby:
- Te, rewizor!

środa, 13 maja 2015

Pieniądze rosną na drzewach



Podobno - tak twierdzą posłowie PiS - Lasy Państwowe mają zostać sprywatyzowane. Podobno rząd chce je ograbić z majątku i doprowadzić do bankructwa. Tyle że to bajki z mchu i paproci wymyślone na czas kampanii.

RADOSŁAW OMACHEL

Koniec wypadów na grzyby. Żeg­najcie jagody, bieganie po lesie i rowerowe wypady do pusz­czy. Jak wieszczy Jan Szyszko, poseł PiS, habilitowany leśnik i minister środowi­ska w rządach Buzka, Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, amatorów leśnej głu­szy witać będą wkrótce tabliczki „Wstęp wzbroniony”. Według Szyszki rząd re­alizuje konsekwentny plan ograbienia Lasów Państwowych z majątku i dopro­wadzenia ich do rychłego bankructwa. Ukrytym celem tego zamachu na lasy ma być prywatyzacja.
limy poseł PiS Krzysztof Szczerski ujaw­nił kilka dni temu, że pod młotek pójdą nie tylko las}', lecz także rzeki. Nieoczekiwanie dobra przyrodnicze stały się jednym z mo­tywów przewodnich kampanii prezyden­ckiej, na równi z in vitro i wprowadzeniem euro. Tyle że to bajki z mchu i paproci.

W kolejce do kolejki
Na początku ubiegłego roku na biurku dy­rektora generalnego Lasów Państwowych Adama Wasiaka wylądował list z Mini­sterstwa Środowiska. Wynikało z niego, że Lasy Państwowe zgromadziły ogrom­ny majątek i w związku z tym powinny się nim podzielić z budżetem państwa. Rze­czywiście, na kontach bankowych Lasów Państwowych znajdowało się wtedy około 3 miliardy złotych zaskórniaków i co roku przybywało kilkaset milionów. Skąd ta fortuna?

wtorek, 12 maja 2015

Wejście wyjściem



Można by go wziąć za ochroniarza prezesa Kaczyńskiego. Wyższy o głowę, zawsze stoi pół kroku za szefem. Marcin Mastalerek, lat 31, to nie tylko rzecznik PiS, ale jedna z najważniejszych osób w partii.

WOJCIECH STASZEWSKI

Typowy „młot na czarownice” - tak określa Mastalerka Jan Wróbel, dziennikarz Tok FM:
- Jak nastroszy oblicze, wygląda napraw­dę przerażająco. Ma fizjonomię antypa­tycznego buca, jakiej się wymaga dziś od polityków. W rozmowę krzywi się z takim obrzydzeniem na Tuska, Komorowskiego i ferajnę, że budzi mnóstwo emocji po obu stronach. U tych, którzy nie lubią ferajny, wzmacnia obrzydzenie, a u drugiej strony budzi oburzenie.
Do powszechnej świadomości Masta­lerek wdarł się dopiero tydzień temu, de­monstracyjnie wychodząc ze studia TVP Info ze słowami: - To jest farsa, nie będzie­my brali w tym udziału.
Uważniejsi widzowie kojarzą go od pół roku, kiedy zastąpił na stanowisku rzecz­nika partii wyrzuconego po aferze ma­dryckiej Adama Hofmana. Ale skąd się tam wziął?

poniedziałek, 11 maja 2015

Kulega lekarz



System brania łapówek za indeks w Białostockiej Akademii Medycznej nie zawodził przez dziesięć lat.

HELENA KOWALIK

Kulego. Ja miawszy piniondz do rąk, na wsio sposób znajda - odpowiedział prof. fan Broda z wileńskim zaśpiewem do swego gościa Jana W., co świadczyło, że jest w dobrym humorze.
Interesant w gabinecie prorektora Aka­demii Medycznej Białegostoku przyjechał z dyskretną prośbą. Chciał, żeby jego syn dostał się na studia. Nie będzie to proste, bo chłopak oblał już egzaminy wstępne w Warszawie oraz w Łodzi. - Jeśli Walduś nie zrobi dyplomu stomatologa, nie będzie mógł przejąć po mnie prywatnej praktyki, a mam w Warszawie trzy gabinety dentystyczne. Cała nadzieja w tobie, koszty się nie liczą - interesant postawił sprawę jasno, jako że znał się z prorektorem z czasów studiów.
- Ty wiesz, że ja muszę się podzielić z innymi... - zaczął finansowe pertrak­tacje prorektor. Jan W. położył na biurku 20 tys. zł. Dokładnie tyle wynosiła w 1971 r. miesięczna pensja prorektora. (Statystyczna krajowa 2,6 tys. zł).
- Między nami nic nie było. Co oczy widziawszy, to ty nie mówiwszy - zastrzegł się Jan Broda i schował pieniądze do portfela.
Wkrótce ojciec Waldka mógł się upewnić , że prorektor dotrzymuje słowa. Kandydat dostał ściągi z odpowiedziami na pytania, które będą mu zadane w czasie egzaminu. Niestety, nie wykuł ich na pamięć, co więcej, nawet do nich nie zajrzał i mimo łaskawości komisji egzaminacyjnej nie udało się go przepchnąć dalej.
Po roku pan W. znów zapukał do gabinetu profesora - tym razem stawka za pomyślny egzamin była jak po starej znajomości, bo tylko 15 tys. zł.
- Zastosujemy wariant B, będzie dobrze - zapewnił prorektor do spraw nauki pod­łamanego już właściciela trzech gabinetów dentystycznych. - Wyszukam wśród moich studentów kogoś, kto ma charakter pisma podobny jak u twojego Waldka. Podstawiony student napisze wszystko, co trzeba, na ostemplowanym arkuszu i w ubikacji mój człowiek wymieni się z twoim synem kartkami.
Manewr się udał, Waldemar W. zo­stał studentem Białostockiej Akademii Medycznej. Ale nie na długo. Wyleciał po pierwszym semestrze, bo nie zaliczył żadnego egzaminu.

niedziela, 10 maja 2015

Złoty gang Marszandów



Spowodowane przez nich straty porównywano z grabieżą dokonaną przez hitlerowców. W Brazylii powołano w ich sprawie komisję śledczą. Przez 20 lat szajka ogałacała Polskę z najcenniejszych dziel sztuki.

HELENA KOWALIK

Jeden z oskarżonych kupił w Pol­sce dzieła sztuki za 1,5 min zł. Po przemyceniu na Zachód, głównie do Wiednia, sprzedał je za prawie 5 min. Kiedy prokurator Kazimierz Radomski odczytywał akt oskarżenia, aż podniósł głos. Nim przeszedł do szczegółów, podał liczby, które swoją wielkością poraziły publiczność sądową.
Głównemu oskarżonemu Witoldowi Mętlewiczowi zarzucał nielegalny wywóz z Polski dzieł sztuki o orientacyjnej wartości 8 min 600 tys. zł. Księdzu Leonowi Dygasowi (potem suspendowanemu) przeszmuglowanie na Zachód unikalnych dóbr kultury wartych co najmniej 10 min zł. Padł też zarzut prze­mytu z Polski dolarów. Pieniądze wymieniono na złote dwudziestodolarówki, carskie ruble i austro-węgierskie dukaty. Z czasem złote monety zostały zastąpione sztabkami złota. Interes kręcił się w kółko: tańsze na Zachodzie złoto było wymieniane w Polsce na dolary, za które znów kupowano sztabki. Sam Mętlewicz rozprowadził w ten sposób poza kontrolą celną ponad 31 złota.
Dla publiczności te liczby by­ły abstrakcyjne. Polacy w 1975 r. stali już w nocnych kolejkach za wszystkim, więc opowieści o operacjach finansowych na Zachodzie niespecjalnie do nich przemawiały. Bulwersowały za to prokuratorskie opisy bogac­twa oskarżonych: pierścionki za milion złotych na rękach żon (też oskarżonych), futra z szynszyli, zagraniczne luksusowe samo­chody dla nieletnich pociech jako nagroda, że udało im się przejść z klasy do klasy. Wreszcie hazardowe noce ojców spędzone
przy zielonym stoliku w utajnionych klubach, gdzie, jeśli akurat miało się pecha, można było stracić za jednym posiedzeniem pół miliona złotych!
Siermiężna Warszawa ziała nienawiścią do oskarżonych, co znajdowało wyraz w listach do redakcji gazet. Dziennikarze nazwali oskarżonych złotogłowymi - w analogii do modnego wówczas określenia amerykańskich intelektualistów jako jajogłowych.

sobota, 9 maja 2015

Złoto PRL-u



Proces „złotogłowych” miał pokazać, jak byli arystokraci łupią ludowe państwo z ocalałych w czasie wojny dzieł sztuki. Przez przypadek ujawnił jednak, że cenne obrazy trafiają do gabinetów sekretarzy PZPR, a w gmachu KC na korytarzach kurzą się cenne płótna Chełmońskiego i Gierymskiego.

HELENA KOWALIK

Grabież narodowego dziedzictwa kultury przez oskarżonych była większa, niż dokonana przez hitlerowców - grzmiał pro­kurator Kazimierz Radowski, odczytując akt oskarżenia. Głośna sprawa gangu „złotogłowych” była największą aferą związaną z przemytem dzieł sztuki w całej historii PRL. W latach 1951-73 wywieziono z Polski miliony dolarów, które na Zachodzie zamieniono później na złote monety lub stugramowe sztabki. MSW szacowało, że oskarżeni przeszmuglowali na Zachód ok. 161 złota (szczegóły procederu opisa­liśmy w poprzednim numerze „Wprost”). Ale nie mniej ciekawy od samej działalności przemytniczej szajki był proces „złotogło­wych” - jak prasa nazwała oskarżonych.
W grudniu 1975 r. na ławę oskarżonych Sądu Wojewódzkiego w Warszawie do­prowadzono dziesięć osób zamieszanych w przemyt. Proces mógł się rozpocząć pół roku wcześniej, ale w aferze brali udział m.in. latynoscy dyplomaci. Władze ko­munistyczne chciały na tym wygrać ko­rzystną umowę gospodarczą z Brazylią. Do kontraktu jednak nie doszło. SB próbowała też dogadać się w Wiedniu z tamtejszym antykwariuszem Czesławem Bednarczykiem, który był członkiem siatki „złotogłowych”. Oficerowie SB pokazali mu oświadczenia czterech głównych aresztantów, upoważ­niające antykwariusza do przekazania polskim władzom haseł ich szwajcarskich rachunków bankowych, oraz zażądali wydania niesprzedanych jeszcze dzieł sztuki, potajemnie wywiezionych z Polski. W zamian oferowali gwarancję, że nazwisko marszanda nie pojawi się w relacjach z pro­cesu. - Zdecydowanie odmówiłem - powie potem o tej ofercie Bednarczyk dziennika­rzowi tygodnika „Der Spiegel”.
Wiedeński antykwariusz niczego ze swej kolekcji nie oddał. Nie udało się zarekwiro­wać większości zbiorów ks. Leona Dygasa, jednego z ważniejszych członków gangu „złotogłowych”. Suspendowany później kapłan był dyrektorem kościelnego muzeum. Cenne dzieła wyłudzał od wiernych, trafiały one potem na przemyt. Wiele obrazów, rzeźb i innych skarbów przechowywał na plebanii w Łodzi. Zbieg okoliczności sprawił, że proboszcz tej parafii nagle zmarł. Partner­ka życiowa oraz córka ks. Leona jeszcze tej samej nocy otworzyły plebanię i mieszczący się w niej sejf. Do rana wszystkie obrazy oraz złoto zostały wywiezione.

piątek, 8 maja 2015

W służbie służb



Śledczy coraz głębiej wnikają w interesy SKOK Wołomin. I odkrywają cały wręcz przemysł wyprowadzania cudzych pieniędzy na wielką skalę.

Violetta Krasowska

Rezydent Szwajcarii, skromny, nie­pozorny 58-letni Jan L., to kolejny zatrzymany w śledztwie gorzow­skiej prokuratury, dotyczącym wyłudzeń w SKOK Wołomin. Kolejna już persona powiązana z dawnymi służbami wojskowymi, która ma za sobą „imponu­jący uzysk”, czyli wyprowadzenie i pra­nie pieniędzy idących w miliony dolarów.

Miliony z VAT
Policjanci z pionu przestępczości gospo­darczej nazywają go pionierem w branży oszustw finansowych. To on już na począt­ku lat 90. rozkręcił jedną z pierwszych, dziś tak powszechnych, „karuzel”, służących wyłudzaniu zwrotu podatku VAT. Słowo karuzela odnosi się do metody: faktury - w przypadku Jana L. za zakup i sprzedaż elektroniki - przepuszczane są przez wiele firm, często istniejących tylko na papierze, tak by wartość towaru rosła, zwrot VAT był większy, a skarbówka za nim nie trafiła.
W czasach gdy większość polskich biz­nesmenów przechodziła z łóżek polowych na szczęki, Jan L. - z zawodu ślusarz spa­wacz, a według naszych źródeł człowiek związany z WSI - miał już ogromne moż­liwości i światowe kontakty. Był prokuren­tem spółek w takich rajach podatkowych, jak Panama czy Zachodnie Samoa. Później okazało się, że te prokury same były na swój sposób sprokurowane, a dokładniej sfał­szowane. Jan L. kupował na ich podstawie udziały w kolejnych spółkach joint ven­ture, które wtedy jako spółki z udziałem kapitału zagranicznego były zwolnione z podatku dochodowego. Spółki importo­wały elektronikę, na końcu ją sprzedając. Jak ustaliło śledztwo, firm były dziesiątki, jedne padały, w ich miejsce powstawały nowe. Wszystko działało jak jedno wielkie przedsiębiorstwo: byli ludzie odpowie­dzialni za rejestrowanie firm, produkcję fałszywych dokumentów, byli księgowi, skarbnicy i wynajęci na stałe adwokaci.
Koniec końców pieniądze z tych wszystkich spółek trafiały na konto Jana L. i jego wspólnika Zbigniewa B. - technika melioranta z zawodu i biz­nesmena, właściciela wielu firm. Obaj mieli zaświadczenia celne potwier­dzające, że pieniądze zostały legalnie wwiezione do Polski. Zaświadczenia okazały się sfałszowane. Prokuratura znalazła u nich w sumie sfałszowane deklaracje celne na 22 min doi. i prawie 3,5 min marek.
Zaliczani byli do tzw. rekinów' świata przestępczego - wspomina emeryto­wany dziś policjant z wydziału do wal­ki z przestępczością zorganizowaną (sprzed CBS). Bo też wtedy, w latach 90., ten duet uchodził za zaplecze bizneso­wo-inwestycyjne grup przestępczych: gangu pruszkowskiego i konkurencyj­nego wołomińskiego. Sam Jan L., zanim poszedł w interesy, zaczynał od czystej gangsterki: przerzut narkotyków z Bra­zylii do Wiednia, kradzieże samochodów i fałszerstwa.

czwartek, 7 maja 2015

Dziesięciu na jednego



Paradoks wyborów 10 maja polega na tym, że mimo marnej kampanii, ich stawka jest wysoka. Chodzi oto samo co od 10 lat. Górą ma być PO czy Kaczyński, III czy IV RP?

Wiele o tej kończące] się kampanii mówi to, że właści­we w żadnym przypadku nie była udana, jeśli wziąć pod uwagę punkt startu kandydatów. Andrzej Duda, z wielkim wysiłkiem, po pół roku od zgłoszenia i przez kilka miesięcy intensywnej kampanii uciułał około 10-12 proc. ponad to, co miał na początku batalii, a i tak (według sondaży) nie osiągnął poparcia, jakie ma samo PiS. Gdyby wystartował Jarosław Kaczyński, od razu zapewne zyskałby te swoje żelazne 30 proc. bez wydawania milionów złotych z partyjnej kasy. Tyle kosztowało zachowanie prestiżu prezesa, czyli uchronienie go od porażki.
Bronisław Komorowski z trudem wyhamował spadki w noto­waniach i zatrzymał się na poziomie około czterdziestu, czter­dziestu kilku procent. Niewykluczone, że i bez żadnej kampanii tyle by osiągnął - bo taki jest mniej więcej zasób Platformy plus zwyczajowa premia dla urzędującego prezydenta - a uniknąłby coraz bardziej przykrych sytuacji podczas wyborczych wieców.
Przyrostu praktycznie nie miał Janusz Korwin-Mikke, Magda­lenie Ogórek kampania przyniosła spadek rankingu (zaczynała od 6 proc.), podobnie jak Adamowi Jarubasowi. Jedynie Paweł Kukiz, na którego nastała po prostu moda, miał zwyżkę notowań. Ten bilans pokazuje jałowość starań, słabość pretendentów do zajęcia miejsca Komorowskiego i brak pomysłów na autokreację. Może ostatnie dni przed głosowaniem zmienią coś jeszcze w preferen­cjach wyborców, ale przełomu trudno się spodziewać.
Także dlatego, że treści i estetyka tej kampanii były głęboko roz­czarowujące, pisaliśmy niedawno wręcz o wrażeniu żenady, największej w ćwierćwieczu. Kompetencje dużej części kandydatów nie upoważniały ich w żaden sposób do startu w tych wyborach. Ogłaszali oni „programy”, których spełnienie nie od nich zale­ży, i atakowali obecnego prezydenta, że nie zrealizował swoich rzekomych obietnic, czyli że za mało wetował. Spoty wyborcze w wielu przypadkach w swojej stylistyce cofnęły się do lat 9 0. Poziom zrozumienia spraw międzynarodowych i obronnych, a więc najbardziej leżących w gestii głowy państwa, był zastraszająco niski. Pojawiły się dawno niesłyszane w polskiej polityce motywy antysemickie.

środa, 6 maja 2015

Złodziejka krzyża



Marcin Kącki

Szkolna pedagog uznała, że skoro matematyczka zdjęła krzyż, to wszystko mogła ukraść

Grażyna Juszczyk całe życie toczyła wojnę z matką. Dla niej wzięła kościelny ślub, posłała syna do komunii. Matka już z demencją, przestała wojować o Kościół, ale na wszelki wypadek córka wyłącza telewizję, by matka nie słuchała o awanturze o krzyż.

Rada

W lutym 2013 roku do Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach przyjechać ma biskup z Opola. Katecheta szkolny ksiądz Krzysztof Wojnarowski zauważa, że w pokoju nauczycielskim nie ma krzyża. Zbiera podpisy nauczycieli, a gdy ma większość, wiesza krzyż. Nieduży, 20 cm, z masy perłowej. Biskup przyjeżdża, święci krucyfiks.

Grażyna Juszczyk, matematyczka, jest wtedy na urlopie zdrowotnym. Wraca we wrześniu. Widzi krzyż, staje na krześle, zdejmuje, kładzie na szafce. W pokoju jest kilka nauczycielek, ale jakby tego nie zauważają. Po kilku tygodniach Juszczyk słyszy szepty: kto zdjął krzyż? Ktoś mówi, że to Juszczyk, ktoś inny jej broni, że nie ma na to dowodów. Ale matematyczka się przyznaje.

- Dlaczego? - pyta jedna z nauczycielek.

- Bo krzyż mnie wyklucza. Jego obecność oznacza, że to miejsce dla wierzących katolików.

- Ale większość tak chciała!

Spór gaśnie, bo to piątek. W weekend nauczyciele jadą z księdzem na wycieczkę do sanktuarium. Po niedzieli Juszczyk wchodzi do pokoju, krzyż wisi. Znów bierze krzesło, ściąga, kładzie na stole tam, gdzie przesiaduje ks. Wojnarowski.

Katechetka: - Nie zdejmuj, bo większość powiesiła! A zresztą pogadamy o tym na radzie pedagogicznej.

Rada została zwołana nadzwyczajnie. Atmosfera gęsta, nikt się nie odzywa. Dyrektorka Teresa Wichary ogłasza: - Wiemy już, kto ośmielił się ściągnąć krzyż!

Mówi, że w Europie toczy się wojna o krzyż, a Sejm przyjął uchwałę go broniącą. Mówi o symbolu miłości Boga do człowieka, o gotowości do poświęceń, szacunku. - Ogólnie panujący trend każe nam niejako siedzieć cicho i nie mówić o Chrystusie.

Co ma Juszczyk na swoje usprawiedliwienie? Mówi, że krzyż kojarzy się jej z cierpieniem, że nikt nie zauważył jego zniknięcia przez kilka tygodni.

Szkolna pedagog mówi, że Juszczyk zawsze może zmienić pracę.

Polonistka, że to kraj katolicki, większość to katolicy, obowiązuje prawo większości.

Ksiądz Wojnarowski mówi o historii krzyża, że to symbol polski.

Druga polonistka sugeruje, by Juszczyk wszystkich przeprosiła.

Pedagog grozi policją: - Ukradła krzyż! Może za jej sprawą giną też inne rzeczy?

Juszczyk wychodzi ze szkoły na miękkich nogach.

wtorek, 5 maja 2015

Gilotyna prezesa



Choć kampania Andrzeja Dudy idzie lepiej, niż się spodziewano, to w PiS boją się rozliczeń. W partii wszyscy spekulują, czyje głowy mogą polecieć.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Lista proskrypcyjna na razie jest wirtualna, ale jeśli wy­nik Dudy nie zadowoli preze­sa, to głowy winnych spadną naprawdę. Wśród kandydatów do degradacji lub ścięcia są: numer dwa w PiS Joachim Brudziński, twórca SKOK-ów Grze­gorz Bierecki, rzecznik prasowy Marcin Mastalerek i oczywiście sam kandy­dat. Którego z nich rozliczy Jarosław Kaczyński?

Piękna wizja dla Szczecina
Dom Pielgrzyma na warszawskim Żo­liborzu, dwa tygodnie temu. Kaczyński zwołuje zebranie szefów lokalnych struk­tur PiS i posiedzenie klubu parlamen­tarnego. Mówi, że drugiej tury wyborów może nie być. Straszy, że posłowie, któ­rzy nie zaangażują się w kampanię Dudy, stracą miejsca na listach do Sejmu.
Podczas spotkania z szefami okręgów głos zabiera też Brudziński. – Musimy obudzić partię, tak jak w 2005 r. zrobił to świętej pamięci Przemek Gosiewski. Kto się nie włączy, zostanie rozliczony. Kon­sekwencje dotkną wszystkich, także mnie - mówi.
Deklaracja o tyle zaskakująca, że prezes trzy tygodnie wcześniej w Radiu Szczecin namaści! Brudzińskiego na swojego na­stępcę. Występu nie odnotowały media centralne, choć Kaczyński po raz pierwszy wygłosił taką deklarację.
- Tygodniki pisały, że Joachim Brudziń­ski może być pana następcą. Co pan na to? - spytał go dziennikarz.
- To piękna wizja dla Szczecina.
- A dla pana?
- Wiem, że będę musiał mieć następcę. Liczyć nie zapomniałem, wiem, ile mam lat. Ja bym się z tego bardzo cieszył.

poniedziałek, 4 maja 2015

Ale numer



Rośnie medialne imperium za pieniądze wzięte ze SKOK. Nowy tygodnik „ABC/; wyszedł w niespotykanym do tej pory nakładzie aż pół miliona egzemplarzy. Tuż przed wyborami.

VlOLETTA KRASNOWSKA

Ten nowy tygodnik wygląda jak tabloid. Miękki papier, większy gazetowy format. Inaczej niż w codziennych tabloidach, nie ma tylko nagich pań na ostatniej stronie (jak przystało na konserwatywne war­tości, którym ma hołdować). W estety­ce i treści „ABC” jest zbliżony do „Bild am Sonntag”, niedzielnego wydania niemieckiego tabloidowego „Bilda”. Taki „Fakt”, tyle że grubszy, bo liczący 48 stron plotek i sensacji z ostatniego ty­godnia i oczywiście polityki. Ma zebrać z rynku głównie ludzi wkurzonych, rzecz jasna na władzę.
Okładka z założenia musi budzić emocje: „Korupcyjny raport ABC: 117 miliar­dów ukradli politycy i oszuści”, „Aferzy­sta rządzi w Sejmie”, „Bezkarny jak setki innych aferzystów”. W środku - dużo mięsa dla wkurzonych, począwszy od tak zwanych afer. „Ciemna strona prezy­denta” autorstwa Stanisława Janeckiego o rzekomej wpłacie 260 tys. marek, któ­rej miał dokonać w 1991 r. prezydent Ko­morowski w banku niejakiego Palucha, to w istocie przedruk podobnego tekstu z tygodnika „wSieci”. Ale jest pretekstem do postawienia pytań, skąd prezydent miał taką kwotę, i wysnucia sugestii z WSI w tle (Bronisław Komorowski dawno już dementował te oskarżenia). Do tego do­datek o celebrytach, rozbudowany dział interwencji i listów (chociaż to dopiero pierwszy numer) od czytelników. W in­nych dziedzinach skromnie, reportaże przedrukowywane z pism lokalnych.
Są za to znane z „Faktu” nazwiska, stamtąd bowiem ściągnięto kilku dzien­nikarzy do pracy nad „ABC”. Do tego gwiazdy „dziennikarzy niepokornych”: Zaremba, Skwieciński, Mazurek, Janec­ki. Redaktor naczelny Maciej Wośko wy­wodzi się z Wybrzeża, z „Dziennika Bał­tyckiego”, tak jak i sam prezes wydającej gazetę spółki Fratria Marek Przybek.
Wydawca - czyli spółka Fratria, któ­rej udziałowcem większościowym jest Apella, utrzymywana za pieniądze SKOK - posiada jeszcze tytuły: „wSieci”, „Ga­zetę Bankową”, „Frondę” i kilka portali internetowych. Apella włączyła do spółki braci Karnowskich kierujących tygodni­kiem „wSieci” (po 10 proc. udziałów) i tak powstała obecna Fratria.
Całe imperium medialne ma około 2 min użytkowników. Dowiadują się oni od swoich dziennikarzy, że np. artyku­ły krytyczne dla SKOK, publikowane w innych mediach, choćby w POLITYCE, są w gruncie rzeczy opłacone przez za­chodnie banki. Że rękami tych sprzedajnych dziennikarzy zabija się teraz ostat­ni naprawdę polski bank, by zagraniczny kapitał mógł jeszcze bezwzględniej wy­sysać krew ze wszystkich Polaków. I tak dalej w podobnej retoryce.


niedziela, 3 maja 2015

NAJWIĘKSZY SKOK III RP



Gdyby SKOK-i wcześniej trafiły pod nadzór KNF, to z naszych kieszeni nie trzeba by wyciągać miliardów na ich ratowanie. Ale gdyby trafiły, to z kas nie dałoby się wyciągać dziesiątek milionów do prywatnych kieszeni macherów powiązanych z PiS.

RADOSŁAW OMACHEL

Jeszcze nie opadł kurz po śledz­twie w sprawie przekrętu w Am­ber Gold, a za sprawą SKOK-ów w gdańskiej delegaturze Agencji Bezpie­czeństwa Wewnętrznego znów będą mieli pełne ręce roboty. Na zlecenie prokuratury ABW ma wyjaśnić, czy w czasie likwida­cji w 2009 r. sopockiej Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych (FPZK), która przez lata umożliwiała kontrolowa­nie systemu SKOK przez grupę osób zwią­zanych z braćmi Kaczyńskimi, doszło do nielegalnego wyprowadzania pieniędzy.
Niektórzy trójmiejscy prokuratorzy uważają, że śledztwo powinno zostać przeniesione do innego miasta. Jednym z głównych beneficjentów likwidacji fun­dacji był bowiem prof. Adam Jedliń­ski, szef rady nadzorczej Kasy Krajowej SKOK, znany trójmiejski prawnik, wielo­letni wykładowca Uniwersytetu Gdańskie­go. - Pół gdańskiej prokuratury zdawało u niego egzaminy, wszyscy go znają i on wszystkich zna - mówi jeden z prokurato­rów z Trójmiasta.
Postępowanie będzie bazować na opi­niach biegłych, którzy mają ocenić, czy przekształcenia majątkowe w fundacji były działaniem na jej szkodę. Niewyklu­czone jednak, że z czasem śledztwo zosta­nie rozszerzone i ABW spróbuje wyjaśnić, czy dominująca w systemie SKOK Kasa Krajowa nie zmuszała kas do niegospo­darności, każąc im korzystać z niechcia­nych usług po zawyżonych cenach.

sobota, 2 maja 2015

Kompozytor SKOK



Profesor prawa, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego, jedna z najbardziej wpływowych postaci w Trójmieście. Niegdyś lojalny wobec PRL. Dziś milioner. Kim jest człowiek, który zaprojektował SKOK-i?

ANNA GIELEWSKA

Bardzo potężna postać, w cie­niu. W ten sposób większość moich rozmówców zaczyna I opowieść o Adamie Jedlińskim. Dziś zasiada on w kilkunastu spółkach, w większości związanych ze SKOK-ami, jest m.in. szefem rady nadzor­czej Kasy Krajowej SKOK, członkiem rady SKOK-u Stefczyka. Ma znaną kancelarię radcowską w Gdyni. Wykłada też w tamtejszej Wyższej Szkole Administracji i Biznesu.

PRZESZKOLENIE W WSW
Jedliński skończył studia prawnicze na Uniwersytecie Gdańskim w 1977 r. Rok później, po obronie magisterium, trafia na pierwsze, dwunastomiesięczne szkolenie w szkole oficerów rezerwy Wojskowej Służby Wewnętrznej w Mińsku Mazo­wieckim. Z akt Instytutu Pamięci Naro­dowej, z którymi zapoznał się „Wprost”, wynika, że zbiera tam dobre opinie - jako członek Związku Socjalistycznej Mło­dzieży Polskiej, który „służbę wojskową traktuje jako wypełnianie obowiązku obywatelskiego”.
W czerwcu 1978 r. po szkoleniu na kie­runku dochodzeniowym zdaje egzamin na oficera. W ramach szkolenia Jedliński odbywa też praktykę w oddziale WSW – na stanowisku podoficera prewencji w delega­turze w Malborku. W opinii można prze­czytać, że „okazał się żołnierzem dobrze wyrobionym politycznie”. Nie przejawia jednak zdolności organizacyjnych ani kierowniczych, jak również zamiłowania do służby wojskowej. „Może być wyko­rzystany w pionie prewencji w organach WSW” - konkluduje szef oddziału tej służby w Gdańsku ppłk Rybarczyk.

piątek, 1 maja 2015

ZWIĄZEK, SPÓŁKA Z 0.0.



Związki zawodowe i ich działacze dostają od swoich pracodawców - przede wszystkim spółek skarbu państwa - dobrze płatne etaty. Ale tego im mato, więc jeszcze robią z nimi intratne interesy.

RADOSŁAW OMACHEL

W statutach związków zawodo­wych na pierwszym miejscu jest obrona praw pracowni­czych. Rzeczywiście, wśród armii związ­kowych działaczy jest mnóstwo takich, którzy z wielkim zaangażowaniem wal­czą z przypadkami ich naruszania. Ale są i tacy, dla których działalność związko­wa to przede wszystkim sposób na robie­nie interesów i napchanie własnej kabzy. Wcale nie traktują pracowników lepiej niż pracodawcy, którym na wiecach za­rzucają nieudolność, prywatę i naginanie Kodeksu pracy.

Zostawieni na lodzie
MZ ZZG, czyli Międzyzakładowy Zarząd Związku Zawodowego Górników, to bi­znesowa przybudówka Związku Zawo­dowego Górników w Polsce. MZ ZZG na zlecenie kopalń prowadził prace remon­towe i przygotowawcze pod ziemią.
W zeszłym roku, po serii skarg od pra­cowników MZ ZZG, firmę odwiedzi­li kontrolerzy z Państwowej Inspekcji Pracy. Okazało się, że związkowa spółka notorycznie nie płaci pracownikom wy­nagrodzeń, zasiłków chorobowych ani innych dodatków, a zwalnianym oso­bom nie wypłacała odpraw. Z raportów pokontrolnych wynika, że w sumie po­szkodowanych przez MZ ZZG zostało 200 górników.
- W listopadzie skierowaliśmy do sądu sprawę przeciwko osobom zarządza­jącym MZ ZZG - mówi Beata Sikora- -Nowakowska, rzecznik prasowa PiP w Katowicach. W sądach są jeszcze dwie sprawy o wypłatę zaległych wynagrodzeń. Wyegzekwowanie należności będzie jed­nak trudne, bo z ostatniej kontroli PIP wynika, że MZ ZZG od wielu miesięcy nie prowadzi działalności.