środa, 20 maja 2015
Kłamczoholizm
Motto:
„Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne,
to byśmy nigdy niczego nie mieli”
Jarosław Kaczyński
Polska ma dwa generalne problemy społeczne. Na nizinach społecznych alkoholizm, a na wyżynach politycznych kłamczoholizm. Czym jest kłamczoholizm? Uzależnieniem kłamczucha od kłamstwa, niczym pijaka od wódki. Można bez trudu zaobserwować grupę polityków, głównie z PiS i jego odpadów, którzy tak często kłamią, że już nie potrafią tego nie robić. Kłamią nawet zupełnie niepotrzebnie, kontrują kłamstwem nawet takie wypowiedzi przeciwników, które skuteczniej można by skontrować faktami (prawdziwymi). Na kłamczoholików, takich jak Jarosław Kaczyński, Jacek Kurski czy Zbigniew Ziobro nie działają nawet takie kuracje odwykowe jak liczne przegrane procesy o kłamstwa.
Charakterystyczny jest zresztą stosunek kłamczoholików do związanych z kłamstwem wpadek. Najlepiej sformułował to sam Jarosław Kaczyński w Sokołowie Podlaskim w 2013 roku: „Wycofamy przepisy o ochronie dóbr niematerialnych. Michnik mógł wytaczać procesy i wygrywał, Gudzowaty mógł wytaczać procesy i wygrywał. Jak wszyscy zobaczą, że można o nich mówić ostro, to może się uspokoją” (źródło: Newsweek nr 29/2013). A więc, by nie przegrywać procesów o kłamstwa, nie trzeba nie kłamać, tylko zmienić prawo tak, by udowodnienie kłamstwa nie powodowało przegrania procesu. Oczywiście kłamczoholicy uważają, że oni nie kłamią, a procesy przegrywają, bo prawo jest złe i ci, na których nakłamali są źli.
Postaram się przedstawić poniżej główne metody i przykłady notorycznego nałogowego kłamstwa. Zaczniemy od nawiązania do poprzedniego akapitu. W oczach kłamczoholika on sam nigdy nie jest winien. Winien jest ten, kto go na kłamstwie złapał. I tu pojawia się pierwszy rodzaj kłamstwa:
wtorek, 19 maja 2015
Pan nikt i ręka w nocniku
Jeśli oddamy władzę
PiS, to wszyscy trafimy do jakiegoś Kościoła scjentologów. To są kosmici
oderwani od rzeczywistości. Matrix w czystej postaci. Nie chcę żyć w matriksie
- mówi reżyserka Agnieszka Holland.
Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA
NEWSWEEK: Zaskoczyła
panią przegrana prezydenta Komorowskiego w pierwszej turze?
AGNIESZKA HOLLAND: Ten
przypadek przejdzie do annałów historii wyborczych. Spodziewałam się, że nie
będzie najlepiej, bo trend był spadkowy i kampania wyjątkowo nieudana,
zniechęcająca, ale nie przypuszczałam. że pójdzie to aż tak daleko. Stracić
tak wielkie zaufanie w tak krótkim czasie!
Dlaczego tak się stało?
- Niewątpliwe zalety Komorowskiego
w niesprzyjających mu okolicznościach stają się jego wadami. Spolegliwość w
stosunku do ludzi, którym ufa. i niechęć do brutalnej konfrontacji sprawiają,
że nie potrafi rozstawać się z ludźmi działającymi na jego niekorzyść. Gdybym
była na jego miejscu, podziękowałabym szefowi sztabu wyborczego już po drugim
spotkaniu, na którym PiS-owskie bojówki wrzeszczały i lżyły. W porównaniu z
żarcikami z Lecha Kaczyńskiego to było haniebne.
I nikt nie wyciągnął z tego
konsekwencji. Sztab nie wpadł na żaden dobry pomysł. Na ogół trafiał jak kulą w
płot. Do tego doszło narastające znudzenie PO.
Od której Komorowski tak bardzo chciał się odciąć.
- A która jest integralną częścią
jego biografii. Znużenie PO skonfrontowane ze słabościami kampanii i kilkoma
nic najlepszymi pociągnięciami prezydenta nabrało w końcu przyspieszenia kuli
śnieżnej. 1 nagie wszystko się zmieniło, jak to czasami bywa w małżeństwie, gdy
długo wydaje się. że jest dobrze, a potem nagle wydarza się coś, zwykle coś
mało istotnego, i w jedne j chwili zaczynamy postrzegać drugiego człowieka i
nasz z nim układ zupełnie inaczej.
poniedziałek, 18 maja 2015
To wszystko z miłości
Znany
aktor kradł i włamywał się, bo ulegał swojemu partnerowi seksualnemu.
HELENA KOWALIK
Mieczysław
Sojda w toku śledztwa oderwał się jak drobny meteoryt od czarnej gwiazdy swego
życia aktora Jerzego Nasierowskiego i poszybował niezależnym procesowym torem”
- tak zaczęła w 1972 r. Marta Miklaszewska, dziennikarka „Literatury”, relację
z procesu znanego aktora. Opisała wygląd 40-letniego oskarżonego: „Baczki, mała
grzywka nad czołem, dżinsy i bluza kowbojska... Kostium nastolatka z cieniami
twarzy dojrzałego wieku”.
TEN PŁASZCZ BĘDZIE MÓJ
Przed sądem stanęli Mieczysław
Sojda i Danuta Bielik, celniczka na Okęciu. Prokurator odczytał zarzuty:
włamanie wspólnie z aktorem Jerzym Nasierowskim do samochodu ich znajomego,
Duńczyka Henryka B. Obcokrajowiec, przebywając jesienią 1971 r. w Polsce,
zatrzymał się w mieszkaniu Nasierowskiego. Uraczony kolacją z alkoholem, w
towarzystwie kobiety, nie zorientował się, że gospodarz wyszedł na chwilę z
mieszkania razem z Sojdą. Obaj aktorzy włamali się do samochodu Duńczyka i
zabrali stamtąd magnetofon Philipsa, płaszcz męski, latarkę i przeciwsłoneczne
okulary o łącznej wartości 400 dolarów. Sojda przechowywał łupy w swoim
mieszkaniu; płaszcz nosił jako swój.
Drugi zarzut dotyczył utrudniania
postępowania w sprawie napadu rabunkowego na szkodę aktorki Miry G. i jej
pomocy domowej Anny K. Sprawcami tego przestępstwa byli Jerzy Nasierowski i
jego młodociany partner seksualny Andrzej R., ale Sojda ukrywał i przechowywał
zegarek damski Miry G., wiedząc, że pochodzi z rabunku.
niedziela, 17 maja 2015
Sąd wieczny
Oskarżony o
oszustwo okazał się mistrzem w przedłużaniu procesu, który trwa już 13 lat.
HELENA KOWALIK
2001 rok. Walne
zgromadzeniedzenie warszawskiej spółki Cemat70
zdecydowało o pozbyciu się udziałów w spółce córce Cemkor ze Skawiny. Kupca
szukano przez ogłoszenia w gazetach. Zgłosiło się kilku kandydatów łasych na
sprzedawany majątek (wartość ponad 500 min zł), ostatecznie wybrano ofertę
złożoną przez Euzebiusza Lipowskiego, prezesa komplementariusza (odpowiada
własnym majątkiem) w spółce komandytowej.
Z CV tego handlowego partnera wynikało,
że ukończył Wyższą Szkołę Prawa i Bankowości w Niemczech, studiuje w Wyższej
Szkole Biznesu i Marketingu oraz na Uniwersytecie Warszawskim. W rubryce
„Umiejętności” oferent wpisał doradztwo menedżerskie, prawnicze i bankowe.
Gdy Lipowski zapoznał się z
bilansem sprzedawanej spółki i wszystkimi jej papierami, zapewnił, że
wyciągnie firmę z biedy. Przez 15 lat pracował w Niemczech w sektorze bankowym,
może od ręki załatwić 3 min zł kredytu. Poza tym ma własny poważny kapitał
zarówno w lokatach bankowych, jak i w nieruchomościach na terenie Polski i
Niemiec. Dał też do zrozumienia, że jest w świetnych kontaktach z rządzącą
lewicą.
Przed rokiem założył Instytut
Gospodarki i Społeczeństwa, którego prezesem został Marek Belka, członkami
Jerzy Hausner i Marek Borowski. Na dowód pokazał kopię dokumentu z Krajowego
Rejestru Sądowego.
W październiku 2001 r. została podpisana
umowa, na mocy której Cemat70 zbył na rzecz Lipowskiego swoje udziały w
Cemkorze. Zapłata - 450 tys. zł - miała odbywać się w ratach. Nowy właściciel
spotkał się z prezesem skawińskiej spółki i obiecał szybkie załatwienie
kredytu, gdy tylko wejdzie do zarządu Cemkoru.
sobota, 16 maja 2015
Rockefeller Gierka
W latach 70.
odpowiadał za główne inwestycje zagraniczne PRL. Okazał się oszustem, podobnie
jak oszustwem okazał się „cud gospodarczy ekipy Gierka”.
Helena Kowalik
W dwa
miesiące po podpisaniu porozumień sierpniowych w 1980 r. w warszawskim sądzie
(wtedy jeszcze przy ulicy Świerczewskiego) toczyło się równocześnie kilka
procesów byłych prominentów PRL. Złakniona sensacji publiczność musiała
wybierać, kogo chce oglądać: prezesa TVP Macieja Szczepańskiego, ministra
budownictwa Adama Glazura, prezesa Głównego Urzędu Ceł Eugeniusza
Dostojewskiego, a może Kazimierza Tyrańskiego, dyrektora centrali
eksportowo-importowej Minex. Ten ostatni zasłynął z
wystawnych kolacji, na których, jak podawała solidarnościowa prasa, serwowano
krewetki sprowadzane samolotem z Berlina. Sale, w których odbywały się te rozprawy, były ulokowane w
jednym korytarzu, który przez pracowników sądowego labiryntu został złośliwie
nazwany aleją zasłużonych.
piątek, 15 maja 2015
Miała być rzeź decydentów
Rządcy „przerwanej
dekady” mieli odpowiadać przed Trybunałem Stanu za gigantyczne zadłużenie
zagraniczne Polski. Skończyło się abolicją.
Helena Kowalik
O pociągnięcie
do odpowiedzialności konstytucyjnej prezesa Rady Ministrów Piotra Jaroszewicza,
przewodniczącego Komisji Planowania Tadeusza Wrzaszczyka oraz wicepremierów
Jana Szydlaka i Tadeusza Pyki zwróciło się 28 października 1982 r. do
Prezydium Sejmu PRL 120 posłów Stronnictwa Demokratycznego. Szybko utworzono
Komisję Odpowiedzialności Konstytucyjnej (KOK).
Piotr Jaroszewicz został obwiniony
o: notoryczne dopuszczanie do zmian w narodowym planie gospodarczym (w 1977 r.
takich korekt było 80, a
w 1979 r. już 105); spowodowanie nadmiernego wzrostu wydatków na inwestycje, których
realizacja była pod znakiem zapytania (o ile w 1971 r. wydano na nie 300 mld
zł, to potem kwota ta była podwajana); akceptowanie żywiołowości w polityce
inwestycyjnej, co wyrażało się w stosowaniu tzw. otwartego planu i wzroście
kosztorysu (z 900 mld zł w 1971 r., 1745 mld zł w 1975 r. i 2880 mld zł w 1979
r.); doprowadzenie do nadmiernego zadłużenia przekraczającego granice
bezpieczeństwa kraju; zablokowanie
informacji na ten temat.
Winy Tadeusza Wrzaszczyka miały polegać
na tym, że: nie przedstawił Sejmowi i Radzie Ministrów obiektywnej analizy
stanu gospodarki, blokował rzetelne publikacje na ten temat; wbrew rachunkowi ekonomicznemu pomnażał
liczbę nowych inwestycji (w rezultacie w 1982 r. trzeba było zamknąć 1628
placów budów, wartość nakładów zamrożonych w przerwanych przedsięwzięciach
wyniosła według GUS 739 mld zł, a wartość porzuconych na placach budowy nowych
maszyn pod koniec 1980 r. oceniono na 53,1 mld zł); nie zaplanował równowagi w
zakresie kredytowego importu (gdy w końcu 1975 r. obejmował stanowiska
wicepremiera i przewodniczącego Komisji Planowania, zadłużenie Polski wobec
zagranicy wynosiło 8,388 mld doi., w 1979 r. - 23,738 mld doi., a w końcu 1980
r. - 24,1289 mld doi.).
W sprawie Pyki i Szydlaka komisja
umorzyła postępowanie z uwagi na brak dowodów, że naruszyli Konstytucję PRL.
czwartek, 14 maja 2015
Rewizor PRL
W 1971 r. podrobił
poselską legitymację i siał postrach wśród prowincjonalnych partyjnych kacyków.
Wzbudzał powszechne
uznanie, choć formalnie był oszustem. W III RP doradza ministrom i posłom.
Helena Kowalik odkrywa niezwykłą historię Janusza Prędkiego.
HELENA KOWALIK
Płacze.
Wsunął podstrzyżoną głowę między chude ramiona, widać tylko trzęsącą się brodę.
- Chciałem pomóc posłom - mówi
dziecinnym, rozełkanym głosem. - Legitymację podrobiłem, bo na dowód nikt by
mnie do zajezdni nie wpuścił. Ja odpokutuję; mogę układać kamienie na drodze,
tylko niech mnie stąd wypuszczą.
Jest rok 1971, a ja jestem młodą reporterką
sądową „Życia Warszawy”. Mój rozmówca ogląda się na strażnika więziennego. Łzy
obsychają... - Czy w Ministerstwie Komunikacji prenumerują „Życie”? - 21-letni
Janusz Prędki obraca w dłoni moją dziennikarską legitymację.
- Jeśli tak, proszę o usilne
podkreślenie w artykule, że obecny stan pojazdów PKS w Radomsku pozostawia
wiele do życzenia. Przedstawię problem w punktach, tylko sięgnę po notatki.
Z kieszeni więziennej bluzy
wyciąga kilkanaście kartek spiętych gumką recepturką. (Czujny strażnik
spogląda na nie przez ramię aresztanta, ale nie interweniuje). - Będę dyktował,
proszę pisać - zapowiada aresztant.
Jesteśmy przy punkcie trzecim...
(„Należy usilnie podkreślić, że”), gdy przy stoliku widzeń staje funkcjonariusz
z pękiem kluczy - pora na obiad. Aresztant wróci za pół godziny. Po chwili
widzę go prowadzonego przez wybetonowany plac między zakratowanymi pawilonami.
Więzień z tatuażem na całym torsie, który szlauchem podlewa rachityczny klomb,
na widok Prędkiego wyszczerza w ironicznym uśmiechu zęby:
- Te, rewizor!
środa, 13 maja 2015
Pieniądze rosną na drzewach
Podobno - tak
twierdzą posłowie PiS - Lasy Państwowe mają zostać sprywatyzowane. Podobno rząd
chce je ograbić z majątku i doprowadzić do bankructwa. Tyle że to bajki z mchu
i paproci wymyślone na czas kampanii.
RADOSŁAW OMACHEL
Koniec
wypadów na grzyby. Żegnajcie jagody, bieganie po lesie i rowerowe wypady do
puszczy. Jak wieszczy Jan Szyszko, poseł PiS, habilitowany leśnik i minister
środowiska w rządach Buzka, Marcinkiewicza i Kaczyńskiego, amatorów leśnej głuszy
witać będą wkrótce tabliczki „Wstęp wzbroniony”. Według Szyszki rząd realizuje
konsekwentny plan ograbienia Lasów Państwowych z majątku i doprowadzenia ich
do rychłego bankructwa. Ukrytym celem tego zamachu na lasy ma być prywatyzacja.
limy poseł PiS Krzysztof Szczerski
ujawnił kilka dni temu, że pod młotek pójdą nie tylko las}', lecz także rzeki.
Nieoczekiwanie dobra przyrodnicze stały się jednym z motywów przewodnich
kampanii prezydenckiej, na równi z in vitro i wprowadzeniem euro. Tyle że
to bajki z mchu i paproci.
W kolejce do kolejki
Na początku ubiegłego roku na
biurku dyrektora generalnego Lasów Państwowych Adama Wasiaka wylądował list z
Ministerstwa Środowiska. Wynikało z niego, że Lasy Państwowe zgromadziły ogromny
majątek i w związku z tym powinny się nim podzielić z budżetem państwa. Rzeczywiście,
na kontach bankowych Lasów Państwowych znajdowało się wtedy około 3 miliardy
złotych zaskórniaków i co roku przybywało kilkaset milionów. Skąd ta fortuna?
wtorek, 12 maja 2015
Wejście wyjściem
Można
by go wziąć za ochroniarza prezesa Kaczyńskiego. Wyższy o głowę, zawsze stoi
pół kroku za szefem. Marcin Mastalerek, lat 31, to nie tylko rzecznik PiS, ale
jedna z najważniejszych osób w partii.
WOJCIECH STASZEWSKI
Typowy „młot na czarownice” - tak
określa Mastalerka Jan Wróbel, dziennikarz Tok FM:
- Jak nastroszy oblicze, wygląda
naprawdę przerażająco. Ma fizjonomię antypatycznego buca, jakiej się wymaga
dziś od polityków. W rozmowę krzywi się z takim obrzydzeniem na Tuska, Komorowskiego
i ferajnę, że budzi mnóstwo emocji po obu stronach. U tych, którzy nie lubią
ferajny, wzmacnia obrzydzenie, a u drugiej strony budzi oburzenie.
Do powszechnej świadomości Mastalerek
wdarł się dopiero tydzień temu, demonstracyjnie wychodząc ze studia TVP Info ze słowami: - To jest farsa, nie będziemy brali w tym
udziału.
Uważniejsi widzowie kojarzą go od
pół roku, kiedy zastąpił na stanowisku rzecznika partii wyrzuconego po aferze
madryckiej Adama Hofmana. Ale skąd się tam wziął?
poniedziałek, 11 maja 2015
Kulega lekarz
System
brania łapówek za indeks w Białostockiej Akademii Medycznej nie zawodził przez
dziesięć lat.
HELENA KOWALIK
Kulego.
Ja miawszy piniondz do rąk, na wsio sposób znajda - odpowiedział prof. fan Broda z wileńskim zaśpiewem do swego gościa Jana W., co
świadczyło, że jest w dobrym humorze.
Interesant w gabinecie prorektora
Akademii Medycznej Białegostoku przyjechał z dyskretną prośbą. Chciał, żeby
jego syn dostał się na studia. Nie będzie to proste, bo chłopak oblał już
egzaminy wstępne w Warszawie oraz w Łodzi. - Jeśli Walduś nie zrobi dyplomu
stomatologa, nie będzie mógł przejąć po mnie prywatnej praktyki, a mam w
Warszawie trzy gabinety dentystyczne. Cała nadzieja w tobie, koszty się nie
liczą - interesant postawił sprawę jasno, jako
że znał się z prorektorem z czasów studiów.
- Ty wiesz, że ja muszę się
podzielić z innymi... - zaczął finansowe pertraktacje prorektor. Jan W.
położył na biurku 20 tys. zł. Dokładnie tyle wynosiła w 1971 r. miesięczna
pensja prorektora. (Statystyczna krajowa 2,6 tys. zł).
- Między nami nic nie było. Co
oczy widziawszy, to ty nie mówiwszy - zastrzegł się Jan Broda i schował
pieniądze do portfela.
Wkrótce ojciec Waldka mógł się
upewnić , że prorektor dotrzymuje słowa. Kandydat dostał ściągi z odpowiedziami
na pytania, które będą mu zadane w czasie egzaminu. Niestety, nie wykuł ich na
pamięć, co więcej, nawet do nich nie zajrzał i mimo łaskawości komisji
egzaminacyjnej nie udało się go przepchnąć dalej.
Po roku pan W. znów zapukał do
gabinetu profesora - tym razem stawka za pomyślny egzamin była jak po starej
znajomości, bo tylko 15 tys. zł.
- Zastosujemy wariant B, będzie
dobrze - zapewnił prorektor do spraw nauki podłamanego już właściciela trzech
gabinetów dentystycznych. - Wyszukam wśród moich studentów kogoś, kto ma
charakter pisma podobny jak u twojego Waldka. Podstawiony student napisze
wszystko, co trzeba, na ostemplowanym arkuszu i w ubikacji mój człowiek wymieni
się z twoim synem kartkami.
Manewr się udał, Waldemar W. został
studentem Białostockiej Akademii Medycznej. Ale nie na długo. Wyleciał po
pierwszym semestrze, bo nie zaliczył żadnego egzaminu.
niedziela, 10 maja 2015
Złoty gang Marszandów
Spowodowane przez
nich straty porównywano z grabieżą dokonaną przez hitlerowców. W Brazylii
powołano w ich sprawie komisję śledczą. Przez 20 lat szajka ogałacała Polskę z
najcenniejszych dziel sztuki.
HELENA KOWALIK
Jeden
z oskarżonych kupił w Polsce dzieła sztuki za 1,5 min zł. Po przemyceniu na
Zachód, głównie do Wiednia, sprzedał je za prawie 5 min. Kiedy prokurator
Kazimierz Radomski odczytywał akt oskarżenia, aż podniósł głos. Nim przeszedł
do szczegółów, podał liczby, które swoją wielkością poraziły publiczność
sądową.
Głównemu oskarżonemu Witoldowi
Mętlewiczowi zarzucał nielegalny wywóz z Polski dzieł sztuki o orientacyjnej
wartości 8 min 600 tys. zł. Księdzu Leonowi Dygasowi (potem suspendowanemu)
przeszmuglowanie na Zachód unikalnych dóbr kultury wartych co najmniej 10 min
zł. Padł też zarzut przemytu z Polski dolarów. Pieniądze wymieniono na złote
dwudziestodolarówki, carskie ruble i austro-węgierskie dukaty. Z czasem złote
monety zostały zastąpione sztabkami złota. Interes kręcił się w kółko: tańsze
na Zachodzie złoto było wymieniane w Polsce na dolary, za które znów kupowano
sztabki. Sam Mętlewicz rozprowadził w ten sposób poza kontrolą celną ponad 31
złota.
Dla publiczności te liczby były
abstrakcyjne. Polacy w 1975 r. stali już w nocnych kolejkach za wszystkim, więc
opowieści o operacjach finansowych na Zachodzie niespecjalnie do nich
przemawiały. Bulwersowały za to prokuratorskie opisy bogactwa oskarżonych:
pierścionki za milion złotych na rękach żon (też oskarżonych), futra z
szynszyli, zagraniczne luksusowe samochody dla nieletnich pociech jako
nagroda, że udało im się przejść z klasy do klasy. Wreszcie hazardowe noce
ojców spędzone
przy zielonym stoliku w
utajnionych klubach, gdzie, jeśli akurat miało się pecha, można było stracić za
jednym posiedzeniem pół miliona złotych!
Siermiężna Warszawa ziała
nienawiścią do oskarżonych, co znajdowało wyraz w listach do redakcji gazet.
Dziennikarze nazwali oskarżonych złotogłowymi - w analogii do modnego wówczas
określenia amerykańskich intelektualistów jako jajogłowych.
sobota, 9 maja 2015
Złoto PRL-u
Proces „złotogłowych”
miał pokazać, jak byli arystokraci łupią ludowe państwo z ocalałych w czasie
wojny dzieł sztuki. Przez przypadek ujawnił jednak, że cenne obrazy trafiają do
gabinetów sekretarzy PZPR, a w gmachu KC na korytarzach kurzą się cenne płótna
Chełmońskiego i Gierymskiego.
HELENA KOWALIK
Grabież
narodowego dziedzictwa kultury przez oskarżonych była większa, niż dokonana
przez hitlerowców - grzmiał prokurator Kazimierz Radowski, odczytując akt
oskarżenia. Głośna sprawa gangu „złotogłowych” była największą aferą związaną z
przemytem dzieł sztuki w całej historii PRL. W latach 1951-73 wywieziono z
Polski miliony dolarów, które na Zachodzie zamieniono później na złote monety
lub stugramowe sztabki. MSW szacowało, że oskarżeni przeszmuglowali na Zachód
ok. 161 złota (szczegóły procederu opisaliśmy w poprzednim numerze „Wprost”).
Ale nie mniej ciekawy od samej działalności przemytniczej
szajki był proces „złotogłowych” - jak prasa nazwała oskarżonych.
W grudniu 1975 r. na ławę oskarżonych
Sądu Wojewódzkiego w Warszawie doprowadzono dziesięć osób zamieszanych w
przemyt. Proces mógł się rozpocząć pół roku wcześniej, ale w aferze brali
udział m.in. latynoscy dyplomaci. Władze komunistyczne chciały na tym wygrać
korzystną umowę gospodarczą z Brazylią. Do kontraktu jednak nie doszło. SB
próbowała też dogadać się w Wiedniu z tamtejszym antykwariuszem Czesławem
Bednarczykiem, który był członkiem siatki „złotogłowych”. Oficerowie SB
pokazali mu oświadczenia czterech głównych aresztantów, upoważniające
antykwariusza do przekazania polskim władzom haseł ich szwajcarskich rachunków
bankowych, oraz zażądali wydania niesprzedanych jeszcze dzieł sztuki,
potajemnie wywiezionych z Polski. W zamian oferowali gwarancję, że nazwisko
marszanda nie pojawi się w relacjach z procesu. - Zdecydowanie odmówiłem -
powie potem o tej ofercie Bednarczyk dziennikarzowi tygodnika „Der Spiegel”.
Wiedeński antykwariusz niczego ze
swej kolekcji nie oddał. Nie udało się zarekwirować większości zbiorów ks.
Leona Dygasa, jednego z ważniejszych członków gangu „złotogłowych”.
Suspendowany później kapłan był dyrektorem kościelnego muzeum. Cenne dzieła
wyłudzał od wiernych, trafiały one potem na przemyt. Wiele obrazów, rzeźb i
innych skarbów przechowywał na plebanii w Łodzi. Zbieg okoliczności sprawił, że
proboszcz tej parafii nagle zmarł. Partnerka życiowa oraz córka ks. Leona
jeszcze tej samej nocy otworzyły plebanię i mieszczący się w niej sejf. Do rana
wszystkie obrazy oraz złoto zostały wywiezione.
piątek, 8 maja 2015
W służbie służb
Śledczy coraz głębiej
wnikają w interesy SKOK Wołomin. I odkrywają cały wręcz przemysł wyprowadzania
cudzych pieniędzy na wielką skalę.
Violetta Krasowska
Rezydent
Szwajcarii, skromny, niepozorny 58-letni Jan L., to kolejny zatrzymany w
śledztwie gorzowskiej prokuratury, dotyczącym wyłudzeń w SKOK Wołomin. Kolejna
już persona powiązana z dawnymi służbami wojskowymi, która ma za sobą „imponujący
uzysk”, czyli wyprowadzenie i pranie pieniędzy idących w miliony dolarów.
Miliony z VAT
Policjanci z pionu przestępczości
gospodarczej nazywają go pionierem w branży oszustw finansowych. To on już na
początku lat 90. rozkręcił jedną z pierwszych, dziś tak powszechnych,
„karuzel”, służących wyłudzaniu zwrotu podatku VAT. Słowo
karuzela odnosi się do metody: faktury - w przypadku Jana L. za zakup i
sprzedaż elektroniki - przepuszczane są przez wiele firm, często istniejących
tylko na papierze, tak by wartość towaru rosła, zwrot VAT był większy, a skarbówka za nim nie trafiła.
W czasach gdy większość polskich
biznesmenów przechodziła z łóżek polowych na szczęki, Jan L. - z zawodu
ślusarz spawacz, a według naszych źródeł człowiek związany z WSI - miał już
ogromne możliwości i światowe kontakty. Był prokurentem spółek w takich
rajach podatkowych, jak Panama czy Zachodnie Samoa. Później okazało się, że te
prokury same były na swój sposób sprokurowane, a dokładniej sfałszowane. Jan
L. kupował na ich podstawie udziały w kolejnych spółkach joint venture, które wtedy jako spółki z udziałem kapitału zagranicznego
były zwolnione z podatku dochodowego. Spółki importowały elektronikę, na końcu
ją sprzedając. Jak ustaliło śledztwo, firm były dziesiątki, jedne padały, w ich
miejsce powstawały nowe. Wszystko działało jak jedno wielkie przedsiębiorstwo:
byli ludzie odpowiedzialni za rejestrowanie firm, produkcję fałszywych
dokumentów, byli księgowi, skarbnicy i wynajęci na stałe adwokaci.
Koniec końców pieniądze z tych
wszystkich spółek trafiały na konto Jana L. i
jego wspólnika Zbigniewa B. - technika melioranta z zawodu i biznesmena,
właściciela wielu firm. Obaj mieli zaświadczenia celne potwierdzające, że
pieniądze zostały legalnie wwiezione do Polski. Zaświadczenia okazały się
sfałszowane. Prokuratura znalazła u nich w sumie sfałszowane deklaracje celne
na 22 min doi. i prawie 3,5 min marek.
Zaliczani byli do tzw. rekinów'
świata przestępczego - wspomina emerytowany dziś policjant z wydziału do walki
z przestępczością zorganizowaną (sprzed CBS). Bo też wtedy, w latach 90., ten
duet uchodził za zaplecze biznesowo-inwestycyjne grup przestępczych: gangu
pruszkowskiego i konkurencyjnego wołomińskiego. Sam Jan L., zanim poszedł w
interesy, zaczynał od czystej gangsterki: przerzut narkotyków z Brazylii do
Wiednia, kradzieże samochodów i fałszerstwa.
czwartek, 7 maja 2015
Dziesięciu na jednego
Paradoks wyborów 10
maja polega na tym, że mimo marnej kampanii, ich stawka jest wysoka. Chodzi oto
samo co od 10 lat. Górą ma być PO czy Kaczyński, III czy IV RP?
Wiele
o tej kończące] się kampanii mówi to, że właściwe w żadnym przypadku nie była
udana, jeśli wziąć pod uwagę punkt startu kandydatów. Andrzej Duda, z wielkim
wysiłkiem, po pół roku od zgłoszenia i przez kilka miesięcy intensywnej
kampanii uciułał około 10-12 proc. ponad to, co miał na początku batalii, a i
tak (według sondaży) nie osiągnął poparcia, jakie ma samo PiS. Gdyby
wystartował Jarosław Kaczyński, od razu zapewne zyskałby te swoje żelazne 30
proc. bez wydawania milionów złotych z partyjnej kasy. Tyle kosztowało
zachowanie prestiżu prezesa, czyli uchronienie go od porażki.
Bronisław Komorowski z trudem
wyhamował spadki w notowaniach i zatrzymał się na poziomie około czterdziestu,
czterdziestu kilku procent. Niewykluczone, że i bez żadnej kampanii tyle by
osiągnął - bo taki jest mniej więcej zasób Platformy plus zwyczajowa premia dla
urzędującego prezydenta - a uniknąłby coraz bardziej przykrych sytuacji podczas
wyborczych wieców.
Przyrostu praktycznie nie miał
Janusz Korwin-Mikke, Magdalenie Ogórek kampania przyniosła spadek rankingu
(zaczynała od 6 proc.), podobnie jak Adamowi Jarubasowi. Jedynie Paweł Kukiz,
na którego nastała po prostu moda, miał zwyżkę notowań. Ten bilans pokazuje
jałowość starań, słabość pretendentów do zajęcia miejsca Komorowskiego i brak
pomysłów na autokreację. Może ostatnie dni przed głosowaniem zmienią coś
jeszcze w preferencjach wyborców, ale przełomu trudno się spodziewać.
Także dlatego, że treści i
estetyka tej kampanii były głęboko rozczarowujące, pisaliśmy niedawno wręcz o
wrażeniu żenady, największej w ćwierćwieczu. Kompetencje dużej części
kandydatów nie upoważniały ich w żaden sposób do startu w tych wyborach.
Ogłaszali oni „programy”, których spełnienie nie od nich zależy, i atakowali
obecnego prezydenta, że nie zrealizował swoich rzekomych obietnic, czyli że za
mało wetował. Spoty wyborcze w wielu przypadkach w swojej stylistyce
cofnęły się do lat 9 0. Poziom zrozumienia spraw międzynarodowych i obronnych,
a więc najbardziej leżących w gestii głowy państwa, był zastraszająco niski.
Pojawiły się dawno niesłyszane w polskiej polityce motywy antysemickie.
środa, 6 maja 2015
Złodziejka krzyża
Marcin Kącki
Szkolna pedagog
uznała, że skoro matematyczka zdjęła krzyż, to wszystko mogła ukraść
Grażyna Juszczyk całe życie
toczyła wojnę z matką. Dla niej wzięła kościelny ślub, posłała syna do komunii.
Matka już z demencją, przestała wojować o Kościół, ale na wszelki wypadek córka
wyłącza telewizję, by matka nie słuchała o awanturze o krzyż.
Rada
W lutym 2013 roku do Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach przyjechać ma biskup z Opola. Katecheta szkolny ksiądz Krzysztof Wojnarowski zauważa, że w pokoju nauczycielskim nie ma krzyża. Zbiera podpisy nauczycieli, a gdy ma większość, wiesza krzyż. Nieduży, 20 cm, z masy perłowej. Biskup przyjeżdża, święci krucyfiks.
Grażyna Juszczyk, matematyczka, jest wtedy na urlopie zdrowotnym. Wraca we wrześniu. Widzi krzyż, staje na krześle, zdejmuje, kładzie na szafce. W pokoju jest kilka nauczycielek, ale jakby tego nie zauważają. Po kilku tygodniach Juszczyk słyszy szepty: kto zdjął krzyż? Ktoś mówi, że to Juszczyk, ktoś inny jej broni, że nie ma na to dowodów. Ale matematyczka się przyznaje.
- Dlaczego? - pyta jedna z nauczycielek.
- Bo krzyż mnie wyklucza. Jego obecność oznacza, że to miejsce dla wierzących katolików.
- Ale większość tak chciała!
Spór gaśnie, bo to piątek. W weekend nauczyciele jadą z księdzem na wycieczkę do sanktuarium. Po niedzieli Juszczyk wchodzi do pokoju, krzyż wisi. Znów bierze krzesło, ściąga, kładzie na stole tam, gdzie przesiaduje ks. Wojnarowski.
Katechetka: - Nie zdejmuj, bo większość powiesiła! A zresztą pogadamy o tym na radzie pedagogicznej.
Rada została zwołana nadzwyczajnie. Atmosfera gęsta, nikt się nie odzywa. Dyrektorka Teresa Wichary ogłasza: - Wiemy już, kto ośmielił się ściągnąć krzyż!
Mówi, że w Europie toczy się wojna o krzyż, a Sejm przyjął uchwałę go broniącą. Mówi o symbolu miłości Boga do człowieka, o gotowości do poświęceń, szacunku. - Ogólnie panujący trend każe nam niejako siedzieć cicho i nie mówić o Chrystusie.
Co ma Juszczyk na swoje usprawiedliwienie? Mówi, że krzyż kojarzy się jej z cierpieniem, że nikt nie zauważył jego zniknięcia przez kilka tygodni.
Szkolna pedagog mówi, że Juszczyk zawsze może zmienić pracę.
Polonistka, że to kraj katolicki, większość to katolicy, obowiązuje prawo większości.
Ksiądz Wojnarowski mówi o historii krzyża, że to symbol polski.
Druga polonistka sugeruje, by Juszczyk wszystkich przeprosiła.
Pedagog grozi policją: - Ukradła krzyż! Może za jej sprawą giną też inne rzeczy?
Juszczyk wychodzi ze szkoły na miękkich nogach.
Rada
W lutym 2013 roku do Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach przyjechać ma biskup z Opola. Katecheta szkolny ksiądz Krzysztof Wojnarowski zauważa, że w pokoju nauczycielskim nie ma krzyża. Zbiera podpisy nauczycieli, a gdy ma większość, wiesza krzyż. Nieduży, 20 cm, z masy perłowej. Biskup przyjeżdża, święci krucyfiks.
Grażyna Juszczyk, matematyczka, jest wtedy na urlopie zdrowotnym. Wraca we wrześniu. Widzi krzyż, staje na krześle, zdejmuje, kładzie na szafce. W pokoju jest kilka nauczycielek, ale jakby tego nie zauważają. Po kilku tygodniach Juszczyk słyszy szepty: kto zdjął krzyż? Ktoś mówi, że to Juszczyk, ktoś inny jej broni, że nie ma na to dowodów. Ale matematyczka się przyznaje.
- Dlaczego? - pyta jedna z nauczycielek.
- Bo krzyż mnie wyklucza. Jego obecność oznacza, że to miejsce dla wierzących katolików.
- Ale większość tak chciała!
Spór gaśnie, bo to piątek. W weekend nauczyciele jadą z księdzem na wycieczkę do sanktuarium. Po niedzieli Juszczyk wchodzi do pokoju, krzyż wisi. Znów bierze krzesło, ściąga, kładzie na stole tam, gdzie przesiaduje ks. Wojnarowski.
Katechetka: - Nie zdejmuj, bo większość powiesiła! A zresztą pogadamy o tym na radzie pedagogicznej.
Rada została zwołana nadzwyczajnie. Atmosfera gęsta, nikt się nie odzywa. Dyrektorka Teresa Wichary ogłasza: - Wiemy już, kto ośmielił się ściągnąć krzyż!
Mówi, że w Europie toczy się wojna o krzyż, a Sejm przyjął uchwałę go broniącą. Mówi o symbolu miłości Boga do człowieka, o gotowości do poświęceń, szacunku. - Ogólnie panujący trend każe nam niejako siedzieć cicho i nie mówić o Chrystusie.
Co ma Juszczyk na swoje usprawiedliwienie? Mówi, że krzyż kojarzy się jej z cierpieniem, że nikt nie zauważył jego zniknięcia przez kilka tygodni.
Szkolna pedagog mówi, że Juszczyk zawsze może zmienić pracę.
Polonistka, że to kraj katolicki, większość to katolicy, obowiązuje prawo większości.
Ksiądz Wojnarowski mówi o historii krzyża, że to symbol polski.
Druga polonistka sugeruje, by Juszczyk wszystkich przeprosiła.
Pedagog grozi policją: - Ukradła krzyż! Może za jej sprawą giną też inne rzeczy?
Juszczyk wychodzi ze szkoły na miękkich nogach.
wtorek, 5 maja 2015
Gilotyna prezesa
Choć kampania
Andrzeja Dudy idzie lepiej, niż się spodziewano, to w PiS boją się rozliczeń. W
partii wszyscy spekulują, czyje głowy mogą polecieć.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Lista
proskrypcyjna na razie jest wirtualna, ale jeśli wynik Dudy nie zadowoli prezesa,
to głowy winnych spadną naprawdę. Wśród kandydatów do degradacji lub ścięcia
są: numer dwa w PiS Joachim Brudziński, twórca SKOK-ów Grzegorz Bierecki,
rzecznik prasowy Marcin Mastalerek i oczywiście sam kandydat. Którego z nich
rozliczy Jarosław Kaczyński?
Piękna wizja dla Szczecina
Dom Pielgrzyma na warszawskim Żoliborzu,
dwa tygodnie temu. Kaczyński zwołuje zebranie szefów lokalnych struktur PiS i
posiedzenie klubu parlamentarnego. Mówi, że drugiej tury wyborów może nie być.
Straszy, że posłowie, którzy nie zaangażują się w kampanię Dudy, stracą
miejsca na listach do Sejmu.
Podczas spotkania z szefami
okręgów głos zabiera też Brudziński. – Musimy obudzić
partię, tak jak w 2005 r. zrobił to świętej pamięci Przemek Gosiewski. Kto się
nie włączy, zostanie rozliczony. Konsekwencje dotkną wszystkich, także mnie
- mówi.
Deklaracja o tyle zaskakująca, że
prezes trzy tygodnie wcześniej w Radiu Szczecin namaści! Brudzińskiego na
swojego następcę. Występu nie odnotowały media centralne, choć Kaczyński po
raz pierwszy wygłosił taką deklarację.
- Tygodniki pisały, że Joachim
Brudziński może być pana następcą. Co pan na to? - spytał go dziennikarz.
- To piękna wizja dla Szczecina.
- A dla pana?
- Wiem, że będę musiał mieć
następcę. Liczyć nie zapomniałem, wiem, ile mam lat. Ja bym się z tego bardzo
cieszył.
poniedziałek, 4 maja 2015
Ale numer
Rośnie
medialne imperium za pieniądze wzięte ze SKOK. Nowy tygodnik „ABC/; wyszedł w
niespotykanym do tej pory nakładzie aż pół miliona egzemplarzy. Tuż przed
wyborami.
VlOLETTA KRASNOWSKA
Ten
nowy tygodnik wygląda jak tabloid. Miękki papier, większy
gazetowy format. Inaczej niż w codziennych tabloidach, nie ma tylko nagich pań
na ostatniej stronie (jak przystało na konserwatywne wartości, którym ma
hołdować). W estetyce i treści „ABC” jest zbliżony do „Bild am Sonntag”, niedzielnego wydania niemieckiego tabloidowego
„Bilda”. Taki „Fakt”, tyle że grubszy, bo liczący 48 stron plotek i sensacji z
ostatniego tygodnia i oczywiście polityki. Ma zebrać z rynku głównie ludzi
wkurzonych, rzecz jasna na władzę.
Okładka z założenia musi budzić
emocje: „Korupcyjny raport ABC: 117 miliardów ukradli politycy i oszuści”,
„Aferzysta rządzi w Sejmie”, „Bezkarny jak setki innych aferzystów”. W środku
- dużo mięsa dla wkurzonych, począwszy od tak zwanych afer. „Ciemna strona
prezydenta” autorstwa Stanisława Janeckiego o rzekomej wpłacie 260 tys. marek,
której miał dokonać w 1991 r. prezydent Komorowski w banku niejakiego
Palucha, to w istocie przedruk podobnego tekstu z tygodnika „wSieci”. Ale jest
pretekstem do postawienia pytań, skąd prezydent miał taką kwotę, i wysnucia
sugestii z WSI w tle (Bronisław Komorowski dawno już dementował te oskarżenia).
Do tego dodatek o celebrytach, rozbudowany dział interwencji i listów (chociaż
to dopiero pierwszy numer) od czytelników. W innych dziedzinach skromnie, reportaże
przedrukowywane z pism lokalnych.
Są za to znane z „Faktu” nazwiska,
stamtąd bowiem ściągnięto kilku dziennikarzy do pracy nad „ABC”. Do tego
gwiazdy „dziennikarzy niepokornych”: Zaremba, Skwieciński, Mazurek, Janecki.
Redaktor naczelny Maciej Wośko wywodzi się z Wybrzeża, z „Dziennika Bałtyckiego”,
tak jak i sam prezes wydającej gazetę spółki Fratria Marek Przybek.
Wydawca - czyli spółka Fratria,
której udziałowcem większościowym jest Apella,
utrzymywana za pieniądze SKOK - posiada jeszcze tytuły: „wSieci”, „Gazetę
Bankową”, „Frondę” i kilka portali internetowych. Apella włączyła do spółki
braci Karnowskich kierujących tygodnikiem „wSieci” (po 10 proc. udziałów) i
tak powstała obecna Fratria.
Całe imperium medialne ma około 2
min użytkowników. Dowiadują się oni od swoich dziennikarzy, że np. artykuły
krytyczne dla SKOK, publikowane w innych mediach, choćby w POLITYCE, są w
gruncie rzeczy opłacone przez zachodnie banki. Że rękami tych sprzedajnych
dziennikarzy zabija się teraz ostatni naprawdę polski bank, by zagraniczny
kapitał mógł jeszcze bezwzględniej wysysać krew ze wszystkich Polaków. I tak
dalej w podobnej retoryce.
niedziela, 3 maja 2015
NAJWIĘKSZY SKOK III RP
Gdyby
SKOK-i wcześniej trafiły pod nadzór KNF, to z naszych kieszeni nie trzeba by
wyciągać miliardów na ich ratowanie. Ale gdyby trafiły, to z kas nie dałoby się
wyciągać dziesiątek milionów do prywatnych kieszeni macherów powiązanych z PiS.
RADOSŁAW OMACHEL
Jeszcze
nie opadł kurz po śledztwie w sprawie przekrętu w Amber Gold, a za sprawą SKOK-ów w gdańskiej delegaturze Agencji Bezpieczeństwa
Wewnętrznego znów będą mieli pełne ręce roboty. Na zlecenie prokuratury ABW ma
wyjaśnić, czy w czasie likwidacji w 2009 r. sopockiej Fundacji na rzecz
Polskich Związków Kredytowych (FPZK), która przez lata umożliwiała kontrolowanie
systemu SKOK przez grupę osób związanych z braćmi Kaczyńskimi, doszło do
nielegalnego wyprowadzania pieniędzy.
Niektórzy trójmiejscy prokuratorzy
uważają, że śledztwo powinno zostać przeniesione do innego miasta. Jednym z
głównych beneficjentów likwidacji fundacji był bowiem prof. Adam Jedliński, szef rady nadzorczej Kasy Krajowej SKOK,
znany trójmiejski prawnik, wieloletni wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego. -
Pół gdańskiej prokuratury zdawało u niego egzaminy, wszyscy go znają i on
wszystkich zna - mówi jeden z prokuratorów z Trójmiasta.
Postępowanie będzie bazować na opiniach
biegłych, którzy mają ocenić, czy przekształcenia majątkowe w fundacji były
działaniem na jej szkodę. Niewykluczone jednak, że z czasem śledztwo zostanie
rozszerzone i ABW spróbuje wyjaśnić, czy dominująca w systemie SKOK Kasa
Krajowa nie zmuszała kas do niegospodarności, każąc im korzystać z niechcianych
usług po zawyżonych cenach.
sobota, 2 maja 2015
Kompozytor SKOK
Profesor
prawa, przyjaciel Lecha Kaczyńskiego, jedna z najbardziej wpływowych postaci w
Trójmieście. Niegdyś lojalny wobec PRL. Dziś milioner. Kim jest człowiek, który
zaprojektował SKOK-i?
ANNA GIELEWSKA
Bardzo
potężna postać, w cieniu. W ten sposób większość moich rozmówców zaczyna I
opowieść o Adamie Jedlińskim. Dziś zasiada on w kilkunastu spółkach, w
większości związanych ze SKOK-ami, jest m.in. szefem rady nadzorczej Kasy
Krajowej SKOK, członkiem rady SKOK-u Stefczyka. Ma znaną kancelarię radcowską w
Gdyni. Wykłada też w tamtejszej Wyższej Szkole Administracji i Biznesu.
PRZESZKOLENIE W WSW
Jedliński skończył studia
prawnicze na Uniwersytecie Gdańskim w 1977 r. Rok później, po obronie magisterium, trafia na pierwsze,
dwunastomiesięczne szkolenie w szkole oficerów rezerwy Wojskowej Służby
Wewnętrznej w Mińsku Mazowieckim. Z akt Instytutu Pamięci Narodowej, z
którymi zapoznał się „Wprost”, wynika, że zbiera tam dobre opinie - jako
członek Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, który „służbę wojskową
traktuje jako wypełnianie obowiązku obywatelskiego”.
W czerwcu 1978 r. po szkoleniu na
kierunku dochodzeniowym zdaje egzamin na oficera. W ramach szkolenia Jedliński
odbywa też praktykę w oddziale WSW – na stanowisku
podoficera prewencji w delegaturze w Malborku. W opinii można przeczytać, że
„okazał się żołnierzem dobrze wyrobionym politycznie”. Nie przejawia jednak
zdolności organizacyjnych ani kierowniczych, jak również zamiłowania do służby
wojskowej. „Może być wykorzystany w pionie prewencji w organach WSW” -
konkluduje szef oddziału tej służby w Gdańsku ppłk Rybarczyk.
piątek, 1 maja 2015
ZWIĄZEK, SPÓŁKA Z 0.0.
Związki zawodowe i
ich działacze dostają od swoich pracodawców - przede wszystkim spółek skarbu
państwa - dobrze płatne etaty. Ale tego im mato, więc jeszcze robią z nimi
intratne interesy.
RADOSŁAW OMACHEL
W statutach związków zawodowych na
pierwszym miejscu jest obrona praw pracowniczych. Rzeczywiście, wśród armii
związkowych działaczy jest mnóstwo takich, którzy z wielkim zaangażowaniem walczą
z przypadkami ich naruszania. Ale są i tacy, dla których działalność związkowa
to przede wszystkim sposób na robienie interesów i napchanie własnej kabzy.
Wcale nie traktują pracowników lepiej niż pracodawcy, którym na wiecach zarzucają
nieudolność, prywatę i naginanie Kodeksu pracy.
Zostawieni na
lodzie
MZ ZZG, czyli Międzyzakładowy
Zarząd Związku Zawodowego Górników, to biznesowa przybudówka Związku Zawodowego
Górników w Polsce. MZ ZZG na zlecenie kopalń prowadził prace remontowe i
przygotowawcze pod ziemią.
W zeszłym roku, po serii skarg od
pracowników MZ ZZG, firmę odwiedzili kontrolerzy z Państwowej Inspekcji
Pracy. Okazało się, że związkowa spółka notorycznie nie płaci pracownikom wynagrodzeń,
zasiłków chorobowych ani innych dodatków, a zwalnianym osobom nie wypłacała
odpraw. Z raportów pokontrolnych wynika, że w sumie poszkodowanych przez MZ
ZZG zostało 200 górników.
- W listopadzie skierowaliśmy do
sądu sprawę przeciwko osobom zarządzającym MZ ZZG - mówi Beata Sikora-
-Nowakowska, rzecznik prasowa PiP w Katowicach. W sądach są jeszcze dwie sprawy
o wypłatę zaległych wynagrodzeń. Wyegzekwowanie należności będzie jednak
trudne, bo z ostatniej kontroli PIP wynika, że MZ ZZG od wielu miesięcy nie
prowadzi działalności.
Subskrybuj:
Posty (Atom)