wtorek, 9 lutego 2016

Dobrodziej prawicy śpi spokojnie



Prokuratura chciała zbadać finanse SKOK ów i senatora Biereckiego. Śledztwo toczyło się z impetem, ale pięć dni przed wyborczym zwycięstwem PiS przejął je inny prokurator.
Dwa miesiące później sprawę umorzono.

Michał Krzymowski, Wojciech Cieśla

Postępowanie toczyło się w gdańskiej pro­kuraturze i dotyczyło przepływów finanso­wych między luksemburską spółką, której członkiem zarządu jest Grzegorz Bierecki, a krajowymi SKOK-ami, Senator Prawa i Spra­wiedliwości był dwukrotnie przesłuchiwany, żądano od niego wydania dokumentów, a do akt zaczęły trafiać tezy o konflikcie interesów oraz uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Gdy w trój miejskiej pro­kuraturze zaczęto mówić, że w sprawie padną wkrótce zarzuty, postępowanie przekazano innemu śledczemu i umorzono.
   I tak zakończyło się pierwsze śledztwo dotyczące centrali Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych.

poniedziałek, 8 lutego 2016

TO BYŁ TAKI FAJNY KRAJ



Wyrwij murom zęby krat... Jedni zwolennicy KOD odnajdują się w emocji sprzed lat, inni śpiewają w ramach biernego oporu. Ale są i tacy, którzy chcieliby wreszcie przejść od pieśni do czynów.

WOJCIECH STASZEWSKI

Małgorzata Kalicińska, pisarka znana z bestsellerowej serii „Nad rozlewi­skiem” (60 lat, głosowała na Nowo­czesną), przejechała 80 km, żeby pójść na zeszłotygodniową manifestację KOD. Ubrała się w wełniany płaszcz z second-handu z wesołymi guzikami, a nie w żadne futro z norek, które za mundur obrońców demokra­cji uznał prezydencki minister Krzysztof Szczerski.
   Kiedy weszła w tłum, niemal fizycznie poczuła ciepło: - Jak się już wchodzi w ten tłum, to jest inaczej niż np. w markecie. Tam jesteśmy sobie obcy, a tu - razem, w ważnej, polskiej spra­wie, zjednoczeni. Widziałam, jak się ludzie spontanicznie brali pod ręce, zaczynali rozmawiać. Tyle ciepła... Fajni jesteśmy! To takie od dawna niepraktykowane przez nas zachowanie społecz­ne. Nareszcie.
   Małgorzacie podoba się idea biernego oporu: - Dziwię się, że PiS nas dyskredytuje, nie szanuje jako ważnego głosu naro­du. Drażnimy ich, bo nie jesteśmy ślepo poddani. Dlatego chcą z nas zrobić frajerów w szynszylach albo szukają nam dziadków w Wehrmachcie.

niedziela, 7 lutego 2016

Druga Beata po Beacie



Politycznym idolem Beaty Kempy jest Zbigniew Ziobro. Nawet prezes PiS napisał o niej kiedyś, że czasami jest zbyt ostra. Ale taka właśnie Beata jest dziś potrzebna.

Anna Dąbrowska

Polityk (nie lubi, jak się mówi o niej polityczka), poseł od trzech kadencji (posłanka jakoś ją śmieszy), szefo­wa Kancelarii Premiera, wiceprezes Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński napisał w swojej książce „Polska naszych marzeń”, wydanej w 2011 r., że ceni Beatę Kempę „(...) bo jest zdolna, energiczna, odważna, bojowa, czego u nas wielu osobom brakuje. Czasami jest nadto ostra. Ale ją wolę od tych, którzy tylko ple, ple (...)”.
   Kilku posłów PiS zapytaliśmy o to, dlaczego to właśnie Kempa została szefową kancelarii. Prawie wszyscy są zgodni, że Beatę Szy­dło i Beatę Kempę poza imionami różni wszystko, więc chemii między nimi nie ma, ale w tym szaleństwie widzą metodę Kaczyń­skiego. Premier jest zdystansowana, chłodna i trzeba było wydać
sporo partyjnego grosza, aby na potrzeby kampanii nauczyć ją okazywania emocji. Co innego     Kempa - rozemocjonowana, nieprzebierająca w słowach i z dyżurną puentą „tyle i tylko tyle”. W partii byli przekonani, że szefem KPRM zostanie ktoś całkowicie wyprany z emocji, typ urzędnika, taki Mariusz Błaszczak bis (były szef KPRM w latach 2006-07, dziś szef MSW). -       Kempa idzie na zwarcie i już kilka razy doszło do spięć z panią premier, ale Szydło nie odważy się jej na razie odwołać, bo prezes potrzebuje stanowczej Kempy, a w dodatku ulubienicy Radia Maryja - mówi współpracownik prezesa, który ma oko na gmach przy Alejach Ujazdowskich.

sobota, 6 lutego 2016

Piosenka,Pierwsza salwa, Pałką pisane, Trzynaście groszy i Przeszłość naszą przyszłością



Piosenka
Spór o prawo śpiewania przez tłum manife­stantów piosenki Przemka Gintrowskiego „Modlitwa o wschodzie słońca” zaiskrzył ni­czym zimny ogień, efektownie, ale krótko, po czym zgasł, zostawiając w niejednych rękach kostropaty kawałek drutu. Nie tak to poszło, jak powinno.
  Piosenka jest piękna, ma niesamowicie nośną, a za­razem prostą i zapętloną niczym współczesny loop (po­wtarzaną w kółko jedną frazę) melodię, wraz z tekstem tworzy dzieło przejmujące, idealnie nadające się do wy­śpiewania przez tysiące gardeł. Przekaz literacki tekstu jest uniwersalny, jak to w modlitwie, i może go zawłasz­czyć niejedna dusza. Byłoby czymś niepojętym, gdyby zabronić ludziom modlić się przy jej użyciu.
   Słowa nie są dziełem Przemka - te napisał wygnany z PRL w 1968 roku do Szwecji przymusowy polski emi­grant Natan Tenenbaum, poeta STS i Hybryd. De facto to jest wiersz, a nie tekst piosenki. Niezależny, samo­rządny wiersz. Tak jak istnieją wiersze Mickiewicza, T.S. Eliota czy Szymborskiej - do nich też można skompo­nować muzykę i uczynić z nich pieśni, ale nie zmienia to faktu, że wiersz jest to dzieło odrębne.
   Wiele utworów tak powstało. Do wierszy Norwida, Asnyka i Gałczyńskiego muzykę tworzył Czesław Nie­men, do poezji Tuwima, Białoszewskiego, Baczyńskiego, Mandelsztama i Cwietajewej muzykę komponowali róż­ni ludzie i śpiewała je Ewa Demarczyk. Wtedy skłonni jesteśmy odruchowo mówić, że „Grande Valse Brillante” to piosenka Demarczyk, zapominając, że tak napraw­dę jest to wiersz Juliana Tuwima, do którego Zygmunt Konieczny napisał wspaniałą muzykę, a Ewa „jedynie” zwieńczyła całość bajecznym wykonaniem. „Modlitwa” nie jest więc piosenką Przemka w sensie dosłownym - jest wierszem, do którego Przemek skomponował mu­zykę, a całość wykonywali (jako trio): Jacek Kaczmar­ski, Przemek Gintrowski i Zbyszek Łapiński (absolutnie najsłynniejsze, wspaniałe wykonanie).
   I jest wreszcie czwarty właściciel utworu, nieformal­ny, nigdzie nieodnotowany i nieposiadający żadnych praw do niego - miliony Polaków, którzy tę pieśń w 1981 roku śpiewali. To oni byli w jakimś sensie współtwórcą sukcesu utworu i całego tria. Nikt wtedy nie pytał, czy mają prawo śpiewać, to było oczywiste. Słowa „Zbaw mnie, Panie, od nienawiści” czy „Od pogardy zbaw mnie, Panie” frunęły w kierunku mistycznym, nie były skiero­wane przeciwko komukolwiek, nie były linią ideologicz­ną jakiejś partii - w 1981 roku po prostu dodawały siły milionom Polaków. Sława tria: Kaczmarski, Gintrow­ski, Łapiński w ogromnej części zbudowana została na takich właśnie utworach i to niekoniecznie przez nich napisanych: „Mury” to pieśń hiszpańskiego barda, „Obława” - Rosjanina Wysockiego.

piątek, 5 lutego 2016

Jak się przejechać na rewolucji



„Dobra zmiana” to tylko retoryczna zasłona skrywająca wymierzoną w III RP rewolucję Jarosława Kaczyńskiego. Miała zapewnić PiS poparcie klasy średniej, ale propagandowe szwy już się rozłażą. Kontrrewolucja jest nieunikniona.

RAFAŁ KALUKIN

Ogrom rewolucyjnych emo­cji egzekutorów „dobrej zmiany” najlepiej poka­zuje seria internetowych donosów na Jadwigę Sta­niszkis, gdy ta stwierdziła coś w sumie oczywistego - że obrany po wyborach kierunek rządzenia rozmija się z oczeki­waniami społecznymi. Jej prawo do kry­tyki jest bezdyskusyjne, bo któż lepiej niż Staniszkis nadaje się do roli sumienia polskiej prawicy?
   Tymczasem okazuje się, że rewolucyj­nie zaczadzona prawica już nie potrzebuje sumienia. Tym gorzej dla niej.

ZAPLUTY KARZEŁ POSTKOMUNY
Główne ośrodki propagandowe wstrzemięźliwie potraktowały aktywność pani profesor Niezręcz­nie było atakować, skoro w przeszło­ści ochoczo się korzystało z jej diagnoz.
Zresztą co trzeźwiejsi prawicowi ko­mentatorzy muszą zdawać sobie spra­wę, że kolizyjny kurs PiS kontra reszta świata prowadzi do nieuchronnej klę­ski. Coś takiego zdarzało się nawet kilka lat temu głosić samemu Jarosławowi Ka­czyńskiemu, gdy analizował przyczyny upadku IV RP z lat 2005-2007.
   Ale w czasie rewolucyjnym realizm nie ma szans w starciu z emocjami.
   Modelowe studium rewolucyjnej świadomości odnajdziemy w tekście opublikowanym na portalu Solidarnych
2010 przez poetę i tłumacza Marka Baterowicza, który w latach 80. wyemi­grował do Australii. Teraz gorszy się, że oto: „Staniszkis nagle zmienia front i broni Platformy, tej najgorszej formacji w dziejach naszego kraju! (...) Czy nagle wyparowała inteligencja pani profesor? Nie widzi, że PO ewidentnie wybrała sobie Trybunał jako narzędzie saboto­wania prac Sejmu i rządu PiS, a zatem działa destrukcyjnie wobec całego społe­czeństwa, bo tym samym chce torpedo­wać misję rządu, który dla dobra narodu przygotował program reform”.
   72-letni Baterowicz zdołał zawrzeć większość elementów języka, którym posługiwali się niegdyś pryszczaci re­wolucjoniści. Jest tu myślenie spisko­we (,,sabotowanie prac Sejmu i rządu”), demonizowanie wroga („najgorsza for­macja w dziejach naszego kraju”) oraz absolutyzacja swoich („misja rządu dla dobra narodu”).
   Skąd ten nagły zwrot u Staniszkis - pyta poeta - „rozrzedzenie mózgu” to czy „garść srebrników”. Odpowiedź od­najduje w sekwencji cyfr 00191/413. Pod takim numerem zewidencjonowane zo­stały materiały SB dotyczące socjolożki. „Tak, dwa zera wskazują, że była tajnym współpracownikiem. A układ postkomu­ny (trzymający krzepko władzę) dobiera sobie autorytety z takiej półki, to prawie żelazna reguła” - triumfuje Baterowicz.
   Teza, że to postkomuna wykreowa­ła autorytet autorki „Postkomunizmu” - dzieła fundamentalnego w kształto­waniu świadomości prawicy w latach 90. - jest kusząca. Po zdemaskowaniu wroga od dawna znane fakty z jego ży­ciorysu nabierają nowego sensu. Prze­ciwko Staniszkis świadczy już nie tylko fakt rejestracji przez bezpiekę (bez żad­nych dowodów na współpracę), ale i to, że w latach 80. napisała krytyczną roz­prawę o Solidarności (czyli - pisze Ba­terowicz - „nie lubi koncepcji państwa solidarnego”).
   To logika dawnych trybunałów rewolucyjnych.

czwartek, 4 lutego 2016

Ciąg technologiczny 2.0



Pospieszne działania PiS i przepychanie ustaw po nocach mogą robić czasami wrażenie chaosu, ale jeśli się dobrze przyjrzeć tym posunięciom, widać, że zmierzają do jednego celu. Jest nim odtworzenie znanego z lat 2005-07 tzw. ciągu technologicznego obróbki wrogów, tyle że w wersji odświeżonej i wzmocnionej. System właśnie się domyka.

Radykalne podporządkowanie mediów publicznych rządowi, ponowne zwierzchnictwo ministra spra­wiedliwości nad prokuratorami, porządki w służ­bach specjalnych, wzmocnienie Instytutu Pamięci Narodowej i zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego, aby się w te zmiany nie wtrącał, świadczą o tym, że wraca znany z przeszłości mechanizm, którym partia Kaczyń­skiego lubi urabiać polską politykę.
   Ciągiem technologicznym PiS nazwano dziesięć lat temu system ściśle połączonych działań na linii władza polityczna-służby specjalne-prokuratura-media, któ­ry służył zwalczaniu politycznych wrogów tego ugru­powania, indywidualnie i zbiorowo. Instrukcję obsługi ciągu technologicznego znanego z czasów IV RP można prześledzić na przykładzie rozprawy z lekarzami, którzy zastrajkowali w 2006 r., w czasie kiedy do władzy po pre­mierostwie Kazimierza Marcinkiewicza szykował się już Jarosław Kaczyński.
   Najpierw pojawiały się pierwsze sygnały w pisowskich mediach o nieprawidłowościach, łapówkach, tuszowanych błędach medycznych, szpitalnych klikach i zawodowej zmowie. Te sygnały były podchwytywane przez polityków PiS jako oddolny głos, którego przecież nie wolno zlekcewa­żyć, stąd stwierdzenia „pokaż lekarzu, co masz w garażu” i „lekarze w kamasze”. W ramach polityczno-medialnej symbiozy prawicowe gazety kontynuowały temat i pisały o związkach lekarzy z firmami farmaceutycznymi i nieli­czeniu się z prawami pacjenta. Nieuchronnie pojawiło się „społeczne oburzenie”. Do pracy wzięło się więc świeżo utworzone Centralne Biuro Antykorupcyjne we współpracy
z rządową wówczas (i wkrótce znowu) prokuraturą. Stawało się jasne, że muszą nastąpić zatrzymania. I następowały, z tym najgłośniejszym, doktora G. w lutym 2007 r., ale za­rzuty prokuratorskie postawiono także kilku innym sławom medycyny. (Po latach nic się z tego nie ostało).
   Ujawnił się zatem pełny ciąg technologiczny: 1. dyspozy­cja polityczna z ośrodka rządzenia, czyli uderzenie w zbyt pewną siebie, uchodzącą za zamożną i niezależną część elity, która nie chciała się poddać władzy, 2. przekaz do pisowskich mediów, że teraz kolej na lekarzy, 3. wkroczenie służb i prokuratury (na ogół filmowane), zakończone spek­takularnym aresztowaniem, 4. pokazanie tego wszystkiego w mediach i podsumowanie akcji przez rządowych polity­ków, także w formie groźby i przestrogi (ze słynną wypo­wiedzią ministra Ziobry).
   Przykład lekarzy jest klasyczny, ale podobne metody za­stosowano m.in. w przypadku Beaty Sawickiej (tzw. wyjście na Platformę), Barbary Blidy (wyjście na lewicę), Andrzeja Leppera (poskromienie koalicjanta i próba przejęcia jego posłów) czy Ryszarda Krauze (wyjście na tzw. oligarchów). Do tego mechanizmu wbudowano również wielką lustra­cję z tamtych lat - wówczas ważną jego częścią był IPN dostarczający w trybie ekspresowym dowolnie dobierane fragmenty esbeckich akt. Służyło to nie tylko piętnowaniu politycznych czy środowiskowych wrogów PiS, ale także wykańczaniu wybranych biznesmenów. Towarzyszyła temu zmasowana propaganda i niesłychane jak na demo­kratyczny system zdarzenia, jak wymienienie z nazwisk przez ówczesnego szefa CBA prywatnych przedsiębiorców, którzy powinni mieć się na baczności.

środa, 3 lutego 2016

Henryk skromny



Henryk Kowalczyk nie wydaje się pierwszoplanową figurą w politycznej talii prawicy. Niesłusznie. Bo mało jest dziś w Polsce osób mających większy wpływ na faktyczny kształt pisowskiej „dobrej zmiany".

Rafał Woś

Wiem, że wiele z tego, co robi­my, nie wygląda zbyt eleganc­ko. Ale ta faza już się kończy. A tak właściwie, to już się... skończyła - mówi minister Henryk Ko­walczyk. Taka deklaracja może zaskaki­wać, bo rzeczywistość dookoła zdaje się mocno przeczyć takim zapowiedziom. W przedsionku prowadzącym do gabi­netu ministra gra telewizor nastawiony na TVN24. A w nim temat rozpoczęcia przez Brukselę procedury praworząd­ności w Polsce. Na tapecie jest też pro­jekt proponowanych przez PiS zmian w sądownictwie i prokuraturze oraz zwolnienia dziennikarzy z telewizji publicznej. Gdzieś w tyle głowy maja­czy nowa ustawa o służbie cywilnej. No i ciągle nierozwiązany kryzys trybuna­łowy. Do tego dojdzie wkrótce obniżka polskiego ratingu zwiastująca starcie rządu z tzw. rynkami finansowymi. Jak u licha minister Kowalczyk może ocze­kiwać, że teraz nagle nastąpi uspokoje­nie sytuacji na pootwieranych przez PiS licznych frontach?

wtorek, 2 lutego 2016

Taśma wicepremiera



Wicepremier Mateusz Morawiecki komplementuje ekipę Donalda Tuska, chwali Angelę Merkel i krytykuje młode pokolenie. Ujawniamy zapis jego rozmowy nagranej w restauracji Sowa i Przyjaciele.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Mateusz Morawiecki, wicepremier i mini­ster rozwoju, to je­dyny członek rządu Beaty Szydło nagra­ny przez kelnerów z restauracji Sowa i Przyjaciele. Kilka fragmentów jego roz­mowy trafiło do mediów w połowie listo­pada, parę dni po tym, jak kandydatura Morawieckiego została zaprezentowana na konferencji przez przyszłą panią pre­mier. Cytaty opublikowane przez Radio Zet były niekontrowersyjne: Morawiecki miał zaprosić swoich rozmówców na wy­stawę obrazów zorganizowaną przez BZ WBK, którym wówczas kierował. Poza tym głównie się przysłuchiwał temu, co mówią inni.
   Mimo to nagranie, którego w całości nie ujawniono, do dziś pozostaje przed­miotem licznych domysłów i spekulacji. Także w PiS. - Krąży wiele plotek - opo­wiada jeden ze współpracowników Ja­rosława Kaczyńskiego. - Gdyby któraś z nich okazała się prawdą, to Morawiecki miałby gigantyczne kłopoty. A my razem z nim. Oczywiście pytaliśmy go, co jest na tym nagraniu. Zapewniał, że nic. Ja mu wierzę, bo gdyby było inaczej, to przecież nie zdecydowałby się na wejście do rządu, ale z drugiej strony, co miał powiedzieć?
Postanowiliśmy sprawdzić, co jest na nagraniu z udziałem Mateusza Morawieckiego.

poniedziałek, 1 lutego 2016

HEJTERZY BEZ ZAHAMOWAŃ



Za kilka złotych obsmarują polityka, przetrącą mu karierę, zniszczą życie. Każdemu, bez wyjątku. Z ich usług korzystają wszystkie partie. Właściwie też bez wyjątku.

TEKST RENATA KIM, EWELINA LIS

Tak, jesteśmy hejterami do wynajęcia - mówi szef agencji, która reklamuje się hasłem „Kre­ujemy fakty w internecie”. Nazwiska nie może podać, bo - jak twierdzi - zostałby napiętno­wany przez branżę za ujawnianie jej sekretów. Ale chętnie opowie, jak wyglądają rozmowy z politykami, którzy chcą zamówić hejt.
   - Przychodzą i mówią: czy możecie mi pomóc w kampanii? Sia­damy wtedy i myślimy. Zdarza się, że chodzi nie tyle o to, by ko­muś dopieprzyć, co raczej ukryć śmieci, które ktoś inny może wyciągnąć. Ale są i tacy, którzy mówią wprost: dowalcie mojemu konkurentowi, oplujcie go, obraźcie - zdradza.
Znalezienie dobrego haka na polityka jest trudne, trzeba się przekopać przez cały jego życiorys. Jak się niczego nie znajdzie, trzeba coś wymyślić, Najlepiej jakiś fakt, którego nie da się zwery­fikować. Przykład z ostatnich dni: informacja, że lider Nowoczes­nej Ryszard Petru jako dziecko mieszkał z rodzicami, z zawodu fizykami, w Dubnej pod Moskwą. Wniosek? Na pewno był wte­dy szkolony przez GRU. - Niestety, nie nasza robota, ale świetna - mówi z podziwem szef agencji. - Gówno nie do zmycia. Pan Petru to polityk dużego kalibru, ciężko będzie go zniszczyć, ale można mu dokopać.

niedziela, 31 stycznia 2016

Ani kroku dalej,Figury komiczne i Bądźmy czujni



Ani kroku dalej
Mamy w Polsce władzę totalną. W tej sytuacji sen­sowna opozycja musi być, w kwestii fundamentów państwa prawa, totalna, twarda i nieustępliwa.
   PiS jest mistrzem emocjonalnego szantażu i brudnej pro­pagandy. Jego funkcjonariusze bezpardonowo zapędzają oponentów do narożnika. Jeśli jesteś prezesem Trybunału Konstytucyjnego i go bronisz, to jesteś politykiem PO. Je­śli jesteś dziennikarzem krytykującym PiS, to jesteś lokajem poprzedniej władzy. Jeśli, Jadwigo Staniszkis, krytykujesz Kaczyńskiego, to byłaś agentką SB. Jeśli, Ryszardzie Petru, masz czelność przewodzić partii, która ma dobre notowa­nia, to znaczy, że wychowywało cię GRU. Jeśli, Robercie Więckiewiczu, popierasz KOD, skopiemy cię w internecie. Każdy, kto podnosi rękę na partię i jej umiłowanego przy­wódcę, musi się liczyć z tym, że zostanie opluty od stóp do głów. Jego rodzina zostanie zlustrowana, jemu samemu przypisane zostaną najniższe motywacje, na pewno czyni tak, jak czyni, bo ma genetyczną skazę, wszystko robi dla pieniędzy albo ze strachu. PiS-owscy propagandyści pod ręką mają ściągi z goebbelsowskiej i moczarowskiej propagandy.
   Moralny szantaż wobec oponentów PiS jest standar­dem. Jeśli w sprawie łamania w Polsce konstytucji zapre­zentujecie twarde stanowisko w Parlamencie Europejskim, to oskarżymy was o zdradę i donosicielstwo. Jeśli będzie­cie nas krytykować w mediach, wywalimy was z mediów albo zbojkotujemy wasze programy. Jeśli, państwo sędzio­wie, będziecie bronić Trybunału, obetniemy jego budżet i nazwiemy was politykami. Możecie uniknąć kary, wystar­czy, że się cofniecie, wystarczy, że przestaniecie gadać, wy­starczy, że powstrzymacie się od krytyki. Zawsze możemy przecież wyprodukować spot, w którym pokażemy wasze twarze i w imieniu ludu zakrzykniemy: „Dajcie nam pra­cować!”. Skądinąd, jak zawsze w propagandzie PiS, mamy tu nawiązanie do propagandy PRL. Takie były „głosy ludu” w „Dzienniku Telewizyjnym” (właśnie został reaktywowa­ny) w Sierpniu 1980 r. - pozwólcie nam pracować, przecież tam stoją statki, toż tam gniją pomarańcze i mandarynki, których pragną nasze dzieci.
   Platforma Obywatelska jest najlepszą ilustracją tego, co się dzieje z tymi, którzy ulegają. W Parlamencie Europej­skim nie ugrali nic. W Polsce narazili się na kpiny. Dali się zaszantażować PiS i przegrali. Przegra bowiem każdy, kto da się zaszantażować albo kto wystraszy się ceny, którą trzeba płacić za przeciwstawianie się PiS.

sobota, 30 stycznia 2016

Hipisi dwaj



 
Kliknij w obrazek żeby powiększyć

Niewielu polskich hipisów w uczesanym dorosłym życiu wybrało politykę. Ci, którzy zaszli najdalej - dzisiejszy marszałek i wicemarszałek Sejmu - zostali zatwardziałymi konserwatystami.

Ryszard Terlecki, szef Klubu Parlamentarnego PiS, wicemar­szałek, jako Pies był jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci krakowskiego ruchu. Marszałek Sejmu Marek Kuch­ciński, jeden z najbardziej zaufanych ludzi Jarosława Ka­czyńskiego, obwieszony koralikami, pomieszkiwał w namiotach nad Sanem - bo w rodzinnym Przemyślu nie było hip-chatek. Miał dwa pseudonimy: Penelopa i Członek.
   Pierwsi hipisi pojawili się w Warszawie w 1967 r. Młodzi ludzie z długimi włosami, ubrani zdumiewająco kolorowo, jak na sier­miężny PRL. Za dnia przesiadywali na Marszałkowskiej, pod domem towarowym, nocowali w suterenie willi na Mokotowie. Niebawem podobni kolorowi długowłosi zaczęli pojawiać się w różnych miastach Polski. Około tysiąca osób polskiej hipiserki jeździło na „zloty” do Mielna czy Dusznik-Zdroju, dezorientując milicjantów. Którzy na jednym z takich zlotów w Opolu pierwszy raz przećwiczyli „ścieżkę zdrowia” - młodzi ludzie musieli przejść przez szpaler pałujących milicjantów. Później, w 1976 r., tę me­todę MO stosowało wobec strajkujących robotników z Radomia i Ursusa.
    Koledzy z tamtych czasów - hipisi krakowscy, warszawscy, wrocławscy i łódzcy - w większości zostali artystami. Zajmują się muzyką - jak Olga „Kora” Jackowska (której hipisowska ksywka wymyślona przez koleżankę Galię stała się potem scenicznym pseudonimem); Zbigniew „Serduszko” Hołdys; Nina Hagen (dziś punkrockowa artystka w lateksowej bieliźnie śpiewająca po nie­miecku, która zrobiła karierę najbardziej międzynarodową). Jak Dimitrios „Milo” Kourtis; Jacek „Krokodyl” Malicki; Tadeusz „Or­ganista” Konador czy Jacek „Bielas” Bieleński.
   O paru dziś mówi się - poeci: Tomasz „Ossjan” Hołuj; Kamil Sipowicz; Jacek Gulla. Są rzeźbiarze-jak Józef „Prorok” Pyrz, i fotograficy - jak Marek „Baluba” Liberski. Są i malarze - jak Andrzej „Amok” Turczynowicz; Andrzej „Dziekan” Szewczyk. A także ludzie kultury-jak Krzysztof Lewandowski, wydawca, performer, dzien­nikarz, tłumacz, muzyk. Z większymi lub mniejszymi sukcesami - ale to wciąż wolne duchy.
    Czterech poszło do polityki - i wszyscy są konserwatystami. Wieńczysław Nowacki „Wieniek”, twórca rolniczych komun w Bieszczadach i sanatorium dla narkomanów w Caryńskim, za­łożył Stronnictwo Ludowe Ojcowizna. I sam o sobie mówi, że oj­ciec Rydzyk jest przy nim lewakiem. Jarosław Sellin (wiceminister kultury), który bardzo dba o to, by mu hipisowania w młodości nie wypominać i nie zgadza się na żadne wywiady na ten temat, jest w Prawie i Sprawiedliwości. Tak jak Ryszard Terlecki i Ma­rek Kuchciński.
    To podobno Kuchciński polecił braciom Kaczyńskim Terleckie­go. Dziś obaj są milczący i skryci; profesor mówić umie, ale wy­raźnie, poza wykładami, nie lubi. Obaj mają drugie żony (Terlecki rozwiódł się i wrócił do szkolnej miłości) i po trójce dzieci. I jak się wydaje, obaj cieszą się olbrzymim zaufaniem prezesa Jarosła­wa Kaczyńskiego.

piątek, 29 stycznia 2016

JESTEM ARTYSTKĄ POLSKA, A NIE NARODOWA



Boję się, że obecnej władzy sztuka myli się z propagandą – mówi Krystyna Janda

Rozmawia Jacek Tomczuk

NEWSWEEK:Podobno zakazała pani w teatrze rozmów o polityce?
KRYSTYNA JANDA:Nie zakazałam, ale wolałabym, żeby ich nie było, bo niepotrzebne emocje przenoszą się na scenę. A konflik­tów w Polsce już jest tyle, że szkoda niszczyć przyjazną atmosferę, jaka u nas panuje. Choć czasem sama łamię ten zakaz. Gra u nas Le­szek Łotocki, z którym bardzo się lubimy, i przez kilka wieczorów starałam się w kulisach dowiedzieć, jaki będzie film o Smoleńsku gra w nim przecież prezydenta Lecha Kaczyńskiego - ale mi nie zdradził. Może dobrze.

A w domu?
- Kiedyś mówiliśmy o książkach, filmach, życiu, wakacjach, pla­nach, tym, nad czym pracujemy. Polityka moich synów nie intere­sowała. Od trzech miesięcy jednak wszyscy są ożywieni, a każdy ich przyjazd do domu zaczyna się od moich próśb, żebyśmy nie mówi­li o polityce. Ale i tak rozmawialiśmy o niej całe święta. Moja mama kiedyś oglądała tylko TVN24, teraz nie można jej odspawać od te­lewizora, zmienia kanały, porównuje wiadomości i powtarza: „Jaką ja mam ciekawą emeryturę”.

Chodzicie na demonstracje?
- Oni tak. Ale nie wszystkie ruchy PiS uważają za groźne. Jak się dowiedzieli, że pan Jacek Kurski został szefem TVP, tylko wzru­szyli ramionami, bo telewizji nie oglądają. Mój ostatni spektakl Teatru Telewizji „Damy i huzary” obejrzeli w internecie. Mło­dzież w ogóle ogląda wszystko w internecie.

czwartek, 28 stycznia 2016

Życie moralne w czasach PiS



W Polsce rządzonej przez PiS obywatele stają i będą stawać wobec moralnych wyzwań rzadko spotykanych w ustrojach demokratycznych. Jak się zachowają?

Ofensywa Jarosława Kaczyńskiego nie daje szansy, by znaleźć się poza wywołanym konfliktem, by go nie dostrzec lub zignorować. PiS jest partią rewolucyjną, która jedynie działa w otoczeniu demokratycznym. Takie ugrupowanie zawsze jest moralnie wzmożone, bardzo interesuje się ludźmi, oczekuje deklaracji, dzieli na dobrych i złych, zaufanych i podejrzanych; napuszcza jednych na dru­gich. Następuje dzielenie i skłócanie po to, aby wyselekcjo­nować i połączyć swoich. Na prawicowych forach nie brakuje stwierdzeń w rodzaju: „to wasza ostatnia szansa, bramka się zamyka”, „idziemy po was”, „nic was nie uratuje”. Nie są to ty­powe hasła w demokratycznym kraju po rutynowej zmianie większości rządzącej.
   Radykalna polityka PiS powoduje, że ludzie po obu stronach zrywają ostatnie nici porozumienia, konstruują wrogie sobie kodeksy etyczne, choć operują one niby tymi samymi zestawa­mi pojęć, słów czy wartości. Takimi jak uczciwość, patriotyzm, lojalność, przyzwoitość, honor, niezłomność. Problem w tym, że rozumienie tych pojęć dramatycznie się rozjeżdża. Kiedy traci się twarz w jednym środowisku, w drugim się ją właśnie zyskuje. Nie ma czegoś takiego jak kompromitacja po prostu, można się przekreślić u jednych, a otrzymać za to oklaski w grupie przeciw­nej. Powoduje to rozchwianie całego moralno-społecznego życia.
   Zwłaszcza że towarzyszy temu argument siły i bezwzględno­ści, zawsze robiący wrażenie, choćby podświadomie. Tak jakby PiS chciało powiedzieć: my się nie zawahamy i nie cofniemy, mamy absolutną i wyłączną rację, swoje i tak zrobimy, a reszta musi się do tego dostosować, podporządkować, jakikolwiek opór jest bezsensowny i zostanie złamany. Tylko pogorszy sy­tuację opierającego się. Kompromis w przypadku PiS nie ist­nieje, żadne skrupuły nie będą odwzajemnione. Ta brutalność jawi się jako celowa i przemyślana, bo Kaczyńskiemu wcale nie chodzi o to, by wszyscy zapisali się do jego obozu, do jego mo­ralności, ale o to, by znaleźli się w stanie bojaźni i beznadziei, zanikającego oporu.
   Swoista bezczelność nowej władzy ma obezwładnić i czynić z wszystkich działań opozycji zabiegi niecelowe i całkowicie nieskuteczne. Skoro potężni dotąd politycy czy ludzie mediów stali się nagle tacy bezradni albo już oddają hołdy nowej wła­dzy, to co może zrobić przeciwko niej przeciętny obywatel? Szczególnie jeśli ludzie mają poczucie, że są uważnie obser­wowani i oceniani, że od tego oglądu może zależeć ich status, poziom życia, szanse kariery, wreszcie święty spokój. Nie ma wierniejszego zwolennika od człowieka złamanego i przeczołganego, który swoje upokorzenie przerobi na agresję wobec swojego dawnego środowiska.
   Autorytarnej władzy chodzi o to, aby swoją kapitulację złama­ni odczuwali jako efekt własnych głębokich przemyśleń, przej­rzenia na oczy, widzieli to jako dobrowolny akces do „wspólno­ty pracującej dla dobra kraju”, w aktualnym wydaniu nazywa się to drużyną biało-czerwoną. Czy się zapisać czy nie - to py­tanie zadają sobie lub zaraz zaczną zadawać urzędnicy wszyst­kich szczebli, nauczyciele, dziennikarze mediów publicznych, prokuratorzy, sędziowie, funkcjonariusze różnych służb, ale także artyści, naukowcy, niewykluczone, że duchowni. Bez mała cała tak zwana budżetówka, wszyscy zależni w rozmaity sposób od państwa, również prywatny biznes, bo w polskich warunkach jest on wciąż mocno „przypaństwowy”.

środa, 27 stycznia 2016

Stan wojenny Kaczyńskiego



Dopóki na czele polskiej prawicy stoi Jarosław Kaczyński, o żadnym kompromisie nie ma mowy. Trzeba zacisnąć zęby i poczekać na lepsze czasy.

TEKST RAFAŁ KALUKIN

Cóż za piękne słowo - kompromis! Zwłaszcza w ustach patriotów III RP, przywiązanych do idei de­mokratycznego państwa prawa, brzydzących się radykalizmami i polityczną przemocą. Naszą drogę wy­znaczały przecież kolejne kompromisy - okrągłostołowy, konstytucyjny i euro­pejski. Dzięki nim jesteśmy po 27 latach przemian tu, gdzie jesteśmy.
   Tak się jednak zdarzyło, że pełnię wła­dzy zdobył obóz, który postawił sobie za cel zniszczenie III RP. Nie poprze­staje na już zdobytych narzędziach za­pewniających mu polityczną dominację. Kontrolując władzę ustawodawczą i wy­konawczą, sięga po sądowniczą. To jak złota akcja, dzięki której Jarosław Ka­czyński stanie się quasi-demokratycznym monarchą.
   I mimo oporów materii prze do przo­du. Doskonale zdaje sobie sprawę, że w ostrym konflikcie rywal czuje się nie- komfortowo. Liczy, że wykorzysta tę sła­bość obozu III RP, skłaniając do ustępstw i paktowania.
   Nie można dać się wciągnąć w pułapkę.

wtorek, 26 stycznia 2016

SYN WRÓCIŁ DO OJCA



Gdybyś nie zdradził, byłbyś dziś na miejscu Andrzeja drwił ze Zbigniewa Ziobry Jarosław Kaczyński w trakcie kampanii prezydenckiej. Jednak nagroda pocieszenia dla Ziobry jest okazała. Za chwilę stanie się najpotężniejszym ministrem w rządzie PiS.

TEKS MICHAŁ KRZYMOWSKI

Sobotnie popołudnie, 9 stycznia. Zbigniew Ziobro każe upublicznić treść swojego listu do komisa­rza Giinthera Oettingera, który kilka dni wcześ­niej opowiedział się za objęciem Polski unijnym nadzorem. Formalnie list zostanie wysłany do­piero w poniedziałek, ale Ziobro może przeka­zać go mediom już teraz, bo działa na polecenie prezesa. Właśnie wrócił z Nowogrodzkiej, gdzie konsultował z Jarosławem Kaczyński wszystkie fragmenty tekstu: oskarżenie Oettingera o tupet i brak obiektywizmu, wytknięcie niemieckim mediom cenzury oraz nawiązanie do czasów II wojny światowej.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

ANIOŁKI JACKA KURSKIEGO



Łączy ich to, że od lat pracują w publicznej telewizji, wiele w niej przeszli. I jeszcze jedno: pewnego dnia stanęli razem tuż za plecami nowego prezesa TVP, który właśnie wkroczył do gmachu telewizji.

TEKST RENATA KIM, EWELINA LIS

Dziś nie chcą tłumaczyć, dlaczego ustawili się wtedy do zdjęcia z prezesem.
   - Strategia informacyjna naszej firmy dopiero się tworzy - mówi Anna Popek i odsyła do rzeczniczki TVP.
   - Nic nie będę mówił. Nic - ucina Prze­mysław Babiarz.
   Danuta Holecka też niczego nie będzie wyjaśniać. Było tyle obrzydliwych wypowiedzi na ten temat, że nie ma już siły ich prostować. Któryś portal napisał nawet, że z prezesem Kurskim łączą ją bliskie więzi, dzieci podsyłają jej takie linki i potem musi się tłumaczyć, że nie była niczyj ą kochanką. Jest tym wszystkim wykończona, nie chce rozmawiać o swojej roli u boku prezesa i ogólnie - w telewizji. Zresztą nie może, wszyscy dziennikarze TVP mają w umowach zapisany zakaz wypowiadania się.

niedziela, 24 stycznia 2016

Zdrada narodowa, My, naród, Zapiski dezertera, Królowa nonsensu i Prysznic



Zdrada narodowa

Deszcze nigdy tak niewielu Polaków nie zaszkodzi­ło Polsce tak szybko i tak bardzo jak czołowi poli­tycy PiS. A przecież nie ma żadnych wątpliwości, że to dopiero początek.
   O socrealistycznej architekturze komuniści mówili, że jest „narodowa w formie, socjalistyczna w treści”. To samo można powiedzieć o polityce zagranicznej PiS. Owa socre­alistyczna architektura była przeciwstawiana architekturze nowoczesnej. I tu jest paralela. Polityka zagraniczna nowej władzy w istocie jest przeciwieństwem polityki nowoczes­nej, estetycznej, racjonalnej. Ale nie o kalambury i porówna­nia tu idzie. Mamy bowiem do czynienia z rzeczą śmiertelnie poważną. PiS prowadzi nas - w sensie politycznym, strate­gicznym i mentalnym - na Wschód. Odbywający się teraz demontaż demokracji jest przestępstwem, błyskawiczne rujnowanie reputacji Polski jest głupotą, ale spychanie nas na margines Zachodu jest zbrodnią.
   Jarosław Kaczyński potrzebuje wroga. I z łatwością go znaj duje. Poza granicami Polski wrogiem od dawna są Niem­cy. Sześć lat temu, gdy PiS zaczynało w Szczecinie swą kam­panię europejską, usłyszeliśmy, że zaczyna ją właśnie tam, bo musimy mieć pewność, że „Szczecin pozostanie polski”. Cztery lata temu Kaczyński oświadczył, że „pani Merkel nie przez przypadek została kanclerzem”. Dziś PiS-owscy poli­tycy sugerują albo mówią wprost, że Niemcy sprzysięgli się, by szkodzić Polsce, bo nie mogą znieść, że ta „wstaje z ko­lan”. Niestety, przed wstawaniem z kolan PiS i lider tej partii weszli pod szafę z własnymi kompleksami i resentymentami, co proces wstawania z kolan znacznie utrudnia.
   Panowie Kaczyński i Orban, celebrując sojusz dyktato­rów, odkurzają zwietrzały slogan „Polak, Węgier - dwa bratanki”. Można by na to machnąć ręką, gdyby Kaczyński jednocześnie nie demolował całkiem świeżego i nieujęte- go jeszcze w narodową mądrość przesłania „Polak, Niemiec - przyjaciele i partnerzy”.

sobota, 23 stycznia 2016

Uwodzicielska fantasmagoria



W Jarosławie Kaczyńskim siedzi jakaś furia, jakieś straszne kompleksy i efekt tego jest nieco tragikomiczny - mówi wybitny historyk Norman Davies.

ROZMAWIA ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: W jakim miejscu historii znalazła się Polska?
NORMAN DAVIES: Szczerze mówiąc, do­staję nerwicy, gdy myślę o tym, co się dzieje.
Nerwicy?
- Chodzi o mieszankę wstydu, konster­nacji i ogromnego niepokoju, do czego to wszystko prowadzi. Po latach stabilności i przekonania, że kraj zmierza we właś­ciwym kierunku, wróciło nieprzyjemne poczucie niepewności. Niepewności za­równo co do skutków tego, co już widać, jak i tego, co niewiadome, co człowiek tyl­ko przeczuwa i czego się obawia.

Czego się pan obawia?
- Polska, moja druga ojczyzna, tra­ci z dnia na dzień naprawdę niezłą opi­nię. Wysiłkiem wielu kolejnych rządów ten kraj stał się członkiem różnych mię­dzynarodowych organizacji, zdobył w nich szanowaną pozycję i nagle ten postęp jest kwestionowany. Osiągnięcia 25 lat polskiej demokracji podawane są w wątpliwość. To jest bardzo szkodliwe dla wizerunku Polski w świecie.

Przyrównał pan kiedyś PiS do sekty, która ma swojego guru i swoich wyznawców.
- Podtrzymuję tę opinię. Sekta to orga­nizacja zamknięta, ma swoją mitologię, świętych, męczenników i przede wszyst­kim nieomylnego wodza, który wszystko trzyma w tajemnicy, głosząc dwuznaczne przepowiednie i potępiając nieposłusz­nych towarzyszy. Taka organizacja nie jest zbyt odległa od praktyki PiS, które nie stwarza wrażenia normalnej, transparentnej partii politycznej. Nie wiemy do koń­ca, co się kryje w głowie guru, nie wiemy, do czego on dąży.

Dziś guru rządzi nie tylko partią, ale i Polską.
- I w tym problem. Dopóki miał wpływ wyłącznie na swoich wyznawców, można było uznać, że to ich wybór. Teraz jednak guru siedzi za kierownicą państwa i pro­wadzi je w nowym, chyba niebezpiecz­nym kierunku.

piątek, 22 stycznia 2016

To mógł być taki piękny kraj




Myślę o tym, co się dzieje teraz w Polsce, jak o gorączce, która pojawia się przy szczepionce. Chciałbym, żeby obecne doświadczenie syfu pod rządami PiS było taką szczepionką - mówi malarz Wilhelm Sasnal.

ROZMAWIA JACEK TOMCZUK

NEWSWEEK: Co by pan zrobił, gdyby zadzwonił minister Piotr Gliński i poprosił o przygotowanie serii obrazów o żołnierzach wyklętych.
WILHELM SASNAL: Odmówiłbym w krótkich słowach, bez przyjemności rozmowy. Zresztą namalowałem 10 lat temu dwa portrety „Ognia” [Józef Ku­raś, ps. Ogień, jeden z dowódców podzie­mia antykomunistycznego, oskarżany również o mordy i grabieże na cywilach - przyp. red.], ale nie sądzę, żeby same obrazy, powód ich namalowania i kon­tekst spodobały się ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego.

A o Smoleńsku?
- Tu już tylko bym się roześmiał.

Czemu? Przecież kiedyś z dumą mówił pan: „Jestem polskim malarzem”.
- Dla mnie pojęcie „malarz polski” to coś zupełnie innego niż „malarz narodowy”. Nie znoszę słowa „narodowy”, bo od tego tylko krok do nacjonalizmu, a „kultura narodowa” brzmi trochę jak „kultura ra­sowa”. To anachroniczne pojęcie, które powstało w XIX w. i stosowanie go teraz jest bezsensowne. Czuję się obywatelem. Pojęcie „naród” nie jest moim pojęciem. Ci, którzy tak bardzo go chcą, niech go sobie wezmą i zjedzą w całości, ja tego nie tykam.

Artyści pójdą z nową władzą?
- Malarstwo propagandowe? To już chy­ba nie te czasy i nie ta siła rażenia. Film i teatr to pole najbardziej narażone na tę „dobrą zmianę”. I media oczywiście. Trzeba będzie tam „zaorać” - słowo te­raz często używane - wyrwać chwa­sty i posadzić jeszcze więcej buraków i ziemniaków. Z drugiej strony, przypo­mina mi się „Naganiacz” Ewy i Czesława Petelskich. Nakręcili na początku lat 60. film świetny artystycznie, bardzo wzru­szający, o Polaku, który ukrywa Żydów­kę. Chociaż byli na usługach władzy, to ten film jest uczciwy, wielowymiarowy, pokazuje różne postawy podczas wojny. Więc mogą powstać też ciekawe dzieła w niesprzyjających politycznych oko­licznościach. Nie jest powiedziane, że film o katastrofie smoleńskiej musi być okropny. Tak jak trudno nie doceniać in­tencji Władysława Pasikowskiego, ale „Pokłosie” jest filmem złym.

Dla wielu osób ważne jest mówienie o historii i patriotyzmie. Uznają to za formę przywracania godności narodowej.
- Ech, to nasze permanentne poczucie krzywdy... Wmawia się nam, że jesteśmy wielkim narodem, a wszyscy są prze­ciw nam i tylko PiS może przywrócić nam godność. Współczuję tym, którzy potrzebują się dowartościowywać i bu­dować swoją godność na tych trupach. Trupach żołnierzy wyklętych, ale też trupach pojęciowych.

czwartek, 21 stycznia 2016

Słownik poprawnej pisczyzny



Wydaje się, że mamy do czynienia z propagandą niemal totalitarną uważa językoznawca i teoretyk literatury prof. Michał Głowiński.

ROZMAWIA ALEKSANDRA GUMOWSKA

NEWSWEEK: Mamy nową władzę i nowe słownictwo, a w nim na czele?  
PROF. MICHAŁ GŁOWIŃSKI: Sztandaro­wa „dobra zmiana” - po stronie pozyty­wów i „lewactwo”, „lewak” - po stronie negatywów. Przez 25 lat zajmowałem się nowomową PRL i pisałem, że tam wy­stępuje dominacja ocen nad konkret­nym znaczeniem. W nowomowie Pis - już przed laty nazwałem ją pisomową - widzę wielką analogię do sposobu mó­wienia władzy PZPR-owskiej w Polsce Ludowej: wszystko, co robi władza, jest dobre i nie podlega krytyce, jest „dobrą zmianą”.
„Dobra zmiana” właściwie nic nie zna­czy. Jeśli w PRL coś wymagało kryty­ki, to w oficjalnym języku mówiło się, że wymaga dalszego doskonalenia. Czekam
teraz, kiedy w języku PiS pojawi się ta formuła, a że się pojawi w takie j lub innej postaci, jestem pewien.

Na razie opóźnieniom w realizacji obietnic wyborczych winne jest „lewactwo”.
- Słowo „lewak” pochodzi z oficjalnego języka komunizmu - od odchyleń lewi­cowych. Miało złe konotacje od czasów, kiedy Włodzimierz Iljicz Lenin opubli­kował w roku 1918 broszurę polemicz­ną „Dziecięca choroba »lewicowości« w komunizmie”. W tej chwili słowo „le­wactwo” jest elementem wyraźnego dychotomicznego podziału świata, co kompetentnie opisał młody politolog Łukasz Drozda. My - dobrzy pisowcy, prawdziwi katolicy, prawdziwi Polacy, patrioci, pobożni, zawsze dobrzy, i oni - źli lewacy, cały ten motłoch. Takie dzielenie to praktyka ściśle totalitarna.

I absurdalna.
- Jak w wypowiedzi sławnej Krystyny Pawłowicz. Pani Pawłowicz ktoś wytknął żenujące błędy językowe, które nie po­winny się zdarzać w wypowiedziach osób mających maturę.

Upierała się, że „wziąść” jest formą poprawną.
- Krytykę swojego błędu językowego określiła jako „lewactwo”. To jest przy­kład, że słowo „lewactwo” w kręgu ta­kiej partii jak PiS może być stosowane do wszystkiego.
W pewnym okresie w Polsce Ludowej wszystko, co było oceniane negatywnie, było burżuazyjne. Tu takim słowem wytrychem jest „lewactwo”.