piątek, 14 września 2018

Gospodyni dobrej zmiany



Iwona Mularczyk, kandydatka na prezydenta Nowego Sącza, czuje się kompetentna. Także dlatego, że jest żoną posła.

Na pierwszym briefingu przed­stawiona omyłkowo przez To­masza Porębę, szefa sztabu, jako Iwona Wieczorek. Europoseł zapewne przejęzyczył się, gdyż - w przeciwieństwie do zaginio­nej nad morzem kobiety, o której słysza­ła cała Polska - kandydatka pozostawała dotychczas anonimowa. Poprawiwszy się, nie mógł się nachwalić zalet.

czwartek, 13 września 2018

Bojownik o prawo i sprawiedliwość



Adam Tomczyński sądził w procesach, które rujnowały ludziom życie. I milczał, przyzwalając na jawne bezprawie. Ostatnio objawił się jako bojownik pisowskiej naprawy sądownictwa i ma szansę zostać sędzią Sądu Najwyższego.

Violetta Krasnowska

Gdy zobaczyłem go w telewizji, gdzie z zapałem popierał re­formę sądownictwa przygoto­wywaną przez rządzący obóz, od razu go poznałem. Mimo że upłynęło tyle lat - mówi w rozmowie z POLITYKĄ Dariusz Baran, właściciel fir­my CLiF, czyli Centrum Leasingu i Finan­sów. - Są pewne zdarzenia w życiu, które się pamięta, a ogłoszenie upadłości to była dla mnie trauma. Trochę więc mnie zdzi­wiło, że ten człowiek bierze udział w pró­bie reformy wymiaru sprawiedliwości. Akurat on.
   Firma CLiF była prymusem na rodzą­cym się w latach 90. wolnym rynku. Od­niosła sukces w branży leasingu samocho­dów, szybko weszła na giełdę, w jeden rok potrafiła dać 300 proc. zysku. A Dariusz Baran w dawnym budynku KC PZPR przerobionym na Giełdę Papierów Warto­ściowych odbierał statuetkę „byka i niedź­wiedzia” giełdowej gazety „Parkiet” przy­znawaną tym, którzy najlepiej zapisali się na rynku kapitałowym.

środa, 12 września 2018

Pusta prezydentura



Po swoich upadkach i wzlotach prezydent Duda wszedł w fazę stagnacji. Wydaje się, że pokazał już wszystko, na co go stać, i ta świadomość dociera także do jego otoczenia.

Odwiedziny Andrzeja Dudy w Zgorzelcu, 6 wrze­śnia. Jedna z wielu wizyt krajowych prezydenta, który w małych i średnich miastach ma zagwa­rantowane ciepłe przyjęcie, dzięki czemu ładuje akumulatory. Ale tym razem jest inaczej. Spo­tkanie z wyborcami zakłóca lokalny dziennikarz Janusz Pawul, który kilka razy woła do Dudy: „Panie prezydencie, zamykają zakład w Pieńsku, 230 osób straci pracę”. Duda nadal rozdaje uśmiechy i uściski ręki, by w końcu rzucić do Pawula: „Proszę się nie martwić, otworzą następny”. To była odzywka w stylu Bronisława Komorowskiego, który na finiszu kampanii 2015 r. na pytanie: „jak żyć?”, beztrosko doradził zmianę pracy i wzięcie kredytu.
   Scenka ze Zgorzelca niczego oczywiście nie przesądza. Nie będzie do bólu powtarzana w „Wiadomościach”, a ci, którzy się na brak empatii prezydenta oburzają, nie są w większości jego wy­borcami. To drobny wizerunkowy problem, a mimo to pokazuje coś istotnego: utratę refleksu i wyczucia. Duda w formie z kampa­nii podszedłby do takiej osoby, wysłuchał jej i obiecał, że poroz­mawia o Pieńsku z burmistrzem i wojewodą. Ale ta forma uleciała, a wynika to z dużo poważniejszych problemów politycznych, które od ładnych kilku miesięcy osłabiają prezydenta.

Donald Tusk, niby o piłce: Kto wie, z kim jeszcze zagram i o co



Donata Subbotko

W sezonie 2018/19 liczyć się będą dwie drużyny. Mecz finałowy będzie pasjonujący, każdy wynik możliwy, być może o wszystkim rozstrzygnie dogrywka. I proszę mnie nie pytać, co mam na myśli. Tak sobie powiedziałem. Rozmowa z Donaldem Tuskiem
Donald Tusk – ur. w 1957 r., – przewodniczący Rady Europejskiej, były premier Polski

Donata Subbotko: Przylepili panu „haratanie w gałę”. Ma pan coś przeciwko?

Donald Tusk: Wręcz przeciwnie. Dla kogoś, kto kocha piłkę, taka etykietka to powód do dumy.

Lubią tym dokuczać. Futbol wyrzuca się poza kulturę, stawia w kontraście do kultury wysokiej.

– Fałszywa opozycja. To są różne sprawy, ale nie w konflikcie ze sobą. Można słuchać Bacha, będąc zawziętym kibicem, czy grać w Manchesterze United i w ambitnych filmach. Eric Cantona na przykład zagrał w „Szukając Erica” Kena Loacha. A w starożytnej Grecji dopiero by się zdziwili, że ktoś oddziela sport od poezji i muzyki.

Bieganie za piłką ma początki w pana ulubionej starożytności, ale pana pierwsze ważne futbolowe skojarzenie jakie jest?

– Listopad 1967 roku, czarno-biały telewizor Aladyn. Hubert Kostka broni karnego w meczu Dynamo Kijów – Górnik Zabrze, przy dobitce niemiłosiernie skopany przez nomen omen Chmielnickiego. Do dzisiaj pamiętam skład. Polska dzieliła się wtedy na dwa obozy: Górnika i Legii. U mnie w domu panował kult Górnika.

Czyli miłość do futbolu wyniósł pan z domu? Myślałam, że ze słynnego podwórka.

– Dziadek Franciszek Dawidowski był przed wojną bramkarzem w Gedanii, ale dla nas na podwórku liczyła się tylko Lechia. W przedszkolu kopałem piłkę z późniejszymi piłkarzami Lechii: Kwapiszem i Klimowiczem. Na Lechię chodziliśmy dużą grupą – z podwórka. Z biało-zielonymi flagami, które uszyły nam mamy.

Podobno wrodził się pan w dziadka?

– Chyba w piątej albo szóstej klasie poszliśmy z kilkoma chłopakami zapisać się do Lechii. Chciałem być bramkarzem jak dziadek, ale zabrakło talentu.

Mało które dziecko chce stać na bramce, większość rwie się do ataku.

– Ale ja miałem dziadka. Później, po okresie bramkarskim, było już prawe skrzydło, bo – jak mawiają piłkarze – mam tylko jedną nogę, a konkretnie prawą. Byłem zawsze bardzo szybki, szybszy od piłki nawet, co nie zawsze jest zaletą.

wtorek, 11 września 2018

Bicie słuszne i zbawienne



Pobożna matka, wielbicielka historycznych przebieranek i rotmistrza Pileckiego pokazała, jak bić innych po twarzy. I została bohaterką prawicy

Wojciech Cieśla

Działaczka społeczna, matka czworga dzie­ci, z wykształcenia hi­storyczka. Przyjazna ludziom, może lek­ko nerwowa, czasem afektowana. Lubi pastelowe sukienki i korale, nie lubi przekleństw. Gorliwa katoliczka, córka przyjaciela rodziny Morawieckich. znajoma premiera. O Dominice Arendt-Wittchen we Wrocławiu można usłyszeć głównie dobre rzeczy.
   Na początku września podczas uro­czystości Dnia Weterana podchodzi do kobiety z KOD, która krzyczy do pre­zydenta: „Konstytucja, konstytucja!”. Najpierw rzuca: „Zamknij się, ty głupia babo”, a potem ją policzkuje.
   Kilka dni później dolnośląska „Gaze­ta Polska” materiał o Dominice Arendt-Wittchen opatrzy tytułem „Zachowała się jak trzeba” - parafrazą słów Danuty Siedzikówny, „Inki” z AK, skazanej na śmierć w czasach PRL.
   Anonimowa urzędniczka z Wrocła­wia stała się bohaterką prawicy.

Biedroń skacze na główkę




Między jesienią 2018 a wiosną 2020 roku. w polskiej polity­ce rozstrzygnie się wszystko. Po marato­nie wyborczym (wybory samorządowe, europejskie, parlamentarne, prezy­denckie) PiS albo zdobędzie władzę na drugą kadencję i dokończy demolkę pol­skiej demokracji, albo zostanie odsunię­te i rozliczone. Ktoś, kto w tej walce nie zaistnieje, wypisze się na długo z krajo­wej polityki. Gdyby Biedroń wygrał dru­gą kadencję na stanowisku prezydenta Słupska, następną szansę wejścia do po­lityki ogólnokrajowej miałby dopiero za cztery lata. Być może w zupełnie już in­nej Polsce. Jeśliby przegrał - a takie ry­zyko się pojawiło, m.in. po ujawnieniu afery pedofilskiej w słupskim urzędzie miejskim - potwierdziłoby to, że zaist­niał na scenie politycznej jedynie dzięki ciężkiej pracy Janusza Palikota.
   Politolog Rafał Matyja uważa, że Bie­droń dobrze wybrał moment startu swo­jej inicjatywy, przy okazji kampanii europejskiej, bo to jedyne wybory w Pol­sce, kiedy świeże, spersonalizowane, celebryckie partie osiągają świetne wyniki, nawet jeśli nie zbudowały jeszcze moc­nych struktur. W dodatku w wielkich miastach, gdzie Biedroń może liczyć na poparcie, frekwencja w wyborach euro­pejskich jest dwukrotnie wyższa niż na konserwatywnej prowincji.

poniedziałek, 10 września 2018

Taktyczny sojusz delfinów


Joachim Brudziński i Mateusz Morawiecki coraz częściej grają razem. Ale w PiS mówi się, że są skazani na konflikt, bo wyrastają na najpoważniejszych kandydatów do sukcesji po Kaczyńskim

Renata Grochal

Lot do Australii był jednym z większych upo­korzeń w politycznym życiu Andrzeja Dudy. Chwilę po tym, jak prezydent wsiadł do sa­molotu, wszyscy dowiedzieli się, że jego po­dróż właściwie nie ma sensu, że może być jedynie wycieczką krajoznawczą na koszt podatnika. Premier nie zgodził się bowiem na zakup w Australii używanych fregat typu Adelaide. Duda miał podpisać tam list intencyjny dotyczący zakupu okrętów dla ma­rynarki wojennej.
   Według moich rozmówców w pałacu prezydenckim to szef MSWiA Joachim Brudziński do spółki z premierem Mateu­szem Morawieckim zablokowali tę transakcję. Bliski współ­pracownik Brudzińskiego przyznaje, że gdyby doszło do podpisania listu intencyjnego, mogło­by to zaszkodzić PiS w kampanii samorządowej i parlamentarnej. A w szczególności zaszkodzić Brudzińskiemu, który jest posłem z Pomorza Za­chodniego i wiele razy obiecywał, że PiS odbudu­je polskie stocznie. - Jeżeli mamy odbudowywać stocznie, to tam trzeba zamawiać statki, a nie za granicą - podkreśla mój rozmówca.

niedziela, 9 września 2018

Lewica, lewica, dialog



Młoda lewica chciałaby osiągnąć swe polityczne cele i zarazem dochować wierności własnym ideałom. Ale to nie powiodło się nawet ich wielkim poprzednikom z pokolenia PPS i KOR. Bez kompromisów i tym razem raczej się nie obejdzie.

Po lewej stronie jest dziś dużo życia, wiele środowisk, wielu młodych jeszcze ludzi, którzy realny socja­lizm znają głównie z książek i opowiadań rodziców. Pozbawieni tych obciążeń zdołali skonstruować własny język ideologicznego opisu świata. Lewica dysponuje własnym obiegiem informacyjnym oraz szerokim dostępem do popularnych mediów. Ma swoje stowarzyszenia, think tanki i mniej lub bar­dziej sformalizowane ruchy społeczne. Pisze, tłumaczy i wydaje ważne książki. Funkcjonuje w międzynarodowym obiegu. Potrafi zdobywać pieniądze na działalność. Wreszcie organizuje się w ra­mach partii politycznych. Niezbyt może licznych, ale opartych na oddolnym zaangażowaniu.
Brakuje lewicy właściwie tylko jednego - wyborców.
   Dysproporcja jest uderzająca. Partia Razem, dosyć powszechnie uważana za najbardziej miarodajnego przedstawiciela „autentycz­nie lewicowej” tożsamości, zbiera w sondażach mniej więcej tyle poparcia, co kolejne inicjatywy Janusza Korwin-Mikkego. Na do­brą sprawę należałoby więc adekwatnie ją traktować jako fenomen może i barwny, lecz w gruncie rzeczy nieznaczący. Rzecz raczej dla pasjonatów, szperaczy, politycznych nerdów. Jest jednak inaczej: owa wyborczo nieistniejąca nowa lewica zaprząta swym nieist­nieniem ogromną część uwagi opinii publicznej. Więcej mówi się i pisze tylko, co zresztą zrozumiałe, o rządzącym PiS.
   Jeszcze większym paradoksem okazała się tegoroczna eks­plozja sondażowa SLD. Bagatelizowana i traktowana z jawną pogardą partia Czarzastego znienacka wyprzedziła lewicową konkurencję o kilka długości. Choć o Sojuszu było od ostatnich wyborów idealnie cicho, podczas gdy problemy Adriana Zandberga, Barbary Nowackiej i Roberta Biedronia roztrząsał w tym czasie cały medialny światek.
   Ostatnio odżyły mimo wszystko nadzieje, że zapowiadana inicjatywa Biedronia wreszcie odwróci fatum i przywróci wła­ściwy porządek rzeczy po lewej stronie. Lecz nawet względna konkretyzacja planów prezydenta Słupska nie wywołała sonda­żowego zawrotu głowy na miarę podtrzymywanego od miesięcy medialnego szumu.

sobota, 8 września 2018

Pożegnanie z honorem,Czy do Sądu Najwyższego biorą uczciwych?,Obiecanki Cacanki,Sam rząd,Niezłomni,Wizja telewizji,Strażnik łamania konstytucji,Postanowienia jesienne,Kilka małych inspiracji i Sombrero i swastyka



Pożegnanie z honorem

Pogrzeb senatora Johna McCaina to pożegnanie nie tylko z nim, ale z polityką, która, niestety, zdaje się odchodzić w przeszłość. Nie tylko w Ameryce.
   Trudno komentować uroczystość, której się nie widziało, a którą widzieli już czytelnicy. Ale widzę oczami wyobraźni, jak będzie wyglądało pożegnanie McCaina w Narodowej Ka­tedrze w Waszyngtonie. Słyszę prezydentów Busha i Obamę, którzy oddadzą mu hołd w swych wystąpieniach. Wiem, co powiedzą. To, co czują miliony ludzi, oddających cześć czło­wiekowi, który ożywiał sens zapominanych tak często ostat­nio słów - honor, służba, męstwo.
   Podniosłe słowa nie powinny jednak przesłaniać praw­dziwego McCaina, który wcale nie był ze spiżu. Jego siła nie polegała na tym, że nie odczuwał strachu, ale na tym, że po­trafił go przezwyciężyć. Nie na tym, że nie miał słabości, ale na tym, że potrafił je pokonać. Nie na tym, że zawsze wygry­wał, ale na tym, że nauczył się przegrywać w stylu, który na­wet klęskom nadawał głęboki sens. Miał na koncie nieudane małżeństwo i zdrady, ostre personalne ataki na oponentów, był zamieszany w aferę korupcyjną. Na końcu to jednak on stał się symbolem walki o czystość w polityce, wierności za­sadom i szacunku dla rywali. Nawet dla tych, którzy - jak Bush junior i Obama - grali z nim ostro, a pokonali go nieko­niecznie czystymi metodami. To jednak oni, wedle jego ży­czenia, mieli nad jego trumną przemówić do narodu.
   Może w innych czasach pożegnanie McCaina nie miałoby tak symbolicznego wymiaru. Bo trzeba było Trumpa i jego prezydentury, by zobaczyć, czym jest nie polityczna brutal­ność, ale polityczna amoralność, nie ciosy po gongu zadawa­ne w ogniu walki, ale świadome ciosy poniżej pasa, czym jest polityka patologicznych kłamstw i wstrętnych oszczerstw. Czasem wielkość, by lśnić, potrzebuje tła w postaci niegodziwości i braku klasy. Wtedy wystarczy zbitka obrazów. McCa­in z kontuzjami z powodu ran i tortur z trudem podnoszący rękę, by uścisnąć dłoń przeciwnika, i Trump z zaciśniętymi pięściami i splecionymi ramionami w milczącej pozie, gdy dziennikarze proszą go o kilka słów o McCainie. Prezydent niepomijający żadnej okazji, by pokazać małość. Nie tylko wtedy, gdy w kampanii szydził z bohaterstwa McCaina, nie tylko wtedy, gdy wiadomo już było, że senator ma raka móz­gu, ale także wtedy, gdy już umarł.

piątek, 7 września 2018

Druhowie zucha



Mateusz Morawiecki swoją przygodę z harcerstwem zakończył na zuchach, ale jego najbliżsi współpracownicy w zielonych mundurach spędzili kawał życia. „Drużyna Morawieckiego" to drużyna harcerzy.

Kilka dni temu premier odwiedził zlot harcerzy ZHP na Wyspie Sobieszewskiej, jedno z naj­większych takich spotkań w hi­storii (ponad 12 tys. harcerzy). Tak jak prezydent, objął zlot honorowym patronatem. Komplementował druhów: „potraficie łączyć przeszłość z przyszło­ścią i jestem absolutnie za tym, co tutaj robicie. Pomagacie swojej ojczyźnie”. Po harcerskim miasteczku Mateusz Mo­rawiecki spacerował ze swoimi najmłod­szymi dziećmi Ignacym i Magdaleną. One zadeklarowały, że zapisują się do zuchów.
- Ale chyba nie do ZHP - zastanawiał się ktoś z kadry. - Dzieci premiera pójdą raczej do ZHR, bo to ruch bliższy premierowi.
   Ludzie, którym Mateusz Morawiecki ufa najbardziej, są spoza partii Jarosława Ka­czyńskiego. Choć premier zapisał się do PiS już ponad 2,5 roku temu, to nie ma w niej wielu sprzymierzeńców. Kiedy Kaczyń­ski zakomunikował przy Nowogrodzkiej, że wymienia Szydło na Morawieckiego, to ona otrzymała gromkie brawa na pocie­szenie, a nie on na powitanie. Nie klaszczą mu do dziś. Morawiecki nie jest posłem, nie przesiaduje przy Wiejskiej i trudno mu budować sojusze. Wciąż w rozmowach między sobą parlamentarzyści wytykają mu, że był w radzie gospodarczej Tuska; kłują też w oczy pieniądze, które premier zarobił w bankowości.

To oni mają się wstydzić



Za kratkami pisał „Poradnik dla Jarosława K.” - o tym, jak funkcjonują areszt, służba więzienna, subkultura. - Jak pan prezes przeczyta, to dobrze. Wierzę głęboko, że taka wiedza mu się przyda - mówi poseł PO

Rozmawia Paweł Reszka

NEWSWEEK: Pański gabinet?
STANISŁAW GAWŁOWSKI: Mój!
Fajnie wrócić?
 - Koledzy wykorzystywali mój pokój do spotkań, ale niech pan zobaczy, że nic mojego nie jest ruszone! Książka z de­dykacją, dostałem tuż przed aresztem - na miejscu. Papiery leżą, jak je zostawiłem. Miłe.
Ledwie co stał pan przed sądem. Decydowało się: wolność czy powrót do aresztu śledczego przy Kaszubskiej
w Szczecinie.
- Ulica Kaszubska! Ja mówię „MS Kaszuby”!
MS?
- Od motor ship, czyli statek.
Bo pan przecież pływał.
- Skończyłem średnią szkołę morską. Czyli formalnie jestem oficerem marynarki handlowej. Dawno temu pływałem, prze­ważnie na kutrach rybackich.
Jest podobieństwo między celą a kajutą?
- Kajuta jest nawet mniejsza od celi. Mieszkaliśmy we trzech. Jak jeden stał, to dwóch musiało leżeć na kojach.
A w areszcie?
- Cela dwuosobowa, czyli dwóch mogło stać, choć już niespecjal­nie dało się poruszać.
Stoi pan przed sądem i zastanawia się, czy nie wraca na „MS Kaszuby”...
- Potężne emocje. Przecież nawet w najczarniejszych snach nie zakładałem, że mnie w ogóle aresztują, że trafię do celi!
Skąd to przekonanie?
- Mógłbym powiedzieć: wiem, co robiłem, a czego nie robiłem w życiu. Ale powiem inaczej. Przeczytałem wniosek o uchylenie immunitetu, jaki prokuratura skierowała do Sejmu. Roi się tam od kłamstw.
Na przykład?
- Pewien człowiek oświadcza, że w 2011 r. wręczył mi łapówkę. Podaje datę. Tylko akurat wtedy nie było mnie w kraju. Nie mógł mi dać łapówki. Takich przykładów jest wię­cej. No, jak na podstawie takich bzdur moż­na zamykać człowieka?
Ale pana zamknęli. A teraz sąd orzekł, że pan wychodzi; tylko trzeba zapłacić kaucję, bo „zarzuty są uprawdopodobnione”. Skoro kaucja, to coś na niego mają.
- Tylko trzeba wziąć pod uwagę, że sąd nie widział wszystkich akt. Miał tylko to, co do­stał od prokuratora. No, i nie orzekał o mojej winie. Nie zostałem za nic skazany.
Ile pan przesiedział?
- Trzy miesiące i kilka godzin. Te kilka go­dzin zajęły formalności. Prokurator po­twierdzał, czy wpłynęły pieniądze na kaucję.
Spora suma - 500 tysięcy.
- Cała rodzina - siostry, syn - wpłacała swoje oszczędności. Po 50, po 100 tysięcy, ile kto miał. Wpłacali, choć prokurator ich zniechęcał. „Bo jak on będzie mataczył albo ucieknie, to pie­niążki przepadną” - uprzedzał. Skandal! Zgłaszali się też zna­jomi, chcieli się dorzucić. Znaczy - wierzą w moją niewinność.

czwartek, 6 września 2018

Krzyż i dziecięce buciki



Sojusz PiS-owskiego tronu z rydzykowym ołtarzem jest zabójczy dla polskiego Kościoła. Dzięki niemu może trwać jego największa patologia, czyli bezkarna pedofilia duchownych

Wizyta papieża Fran­ciszka w Irlandii, wcześniej ujawnie­nie skandali pedo­filskich w Bostonie i Dublinie, próby ich rozliczenia - wszyst­ko to zmieniło Kościół na zawsze. Już dziś można zaryzykować stwierdzenie, że mimo wizerunkowych strat w dłuższej perspektywie powinno zmienić tę insty­tucję na lepsze, oczyszczając ją z najgor­szych patologii i najgorszych ludzi.
   Mimo powracających wątpliwości, czy Franciszek walczy z pedofilią w Koście­le powszechnym wystarczająco skutecz­nie, zarówno on, jak i biskupi w Europie Zachodniej, Ameryce, Kanadzie i Austra­lii zrobili w sprawie pedofilii nieporów­nanie więcej, niż kiedykolwiek zrobiono w Kościele polskim.

Ludomania



Trwa proces uświęcania wyborców PiS, ponieważ jest to lud, który ma zawsze rację. Mylą się wyłącznie tak zwane elity i tylko one powinny przepraszać; także za PiS.

Lewica nazywająca samą siebie progresywną, przez życzliwych obserwatorów nazywana młodą, a przez krytyków radykalną, stro­fuje wszystkich, którzy ośmielają się wypowiadać złe słowa o wyborcach PiS. O ile bowiem sama niekiedy wypo­wie się z dezaprobatą o liderach obozu „dobrej zmiany” i ich poczynaniach, o tyle jego plebejskie zaplecze jest w jej wyobrażeniach niewinne. Kto ośmiela się mu urągać, ten naraża się na stanowczą reprymendę. Przytrafiła się ona Janowi Hartmanowi, przekonującemu, by cha­ma nazywać chamem, idiotę idiotą i nie zrównywać koncertu filharmonicznego z występem disco polo; Eustachemu Ryl­skiemu wyrzekającemu na prymitywne upodobania i skłonności plebejskiej części społeczeństwa; Jadwidze Sta­niszkis za frazę „uwolnione zostało lumpiarstwo”; Krzysztofowi Łozińskiemu za stwierdzenie, że po odsunięciu PiS od władzy trzeba będzie zdjąć aureolę z chamstwa nobilitowanego pod rządami „dobrej zmiany”; czy Jackowi Poniedział­kowi za podsumowanie pisowskiego elektoratu słowami „Brutalna siła i cham­stwo. Oto wasza 40-procentowa Polska”.
   Niedawno obiektem kpin i szyderstw stał się Rafał Trzaskowski za wspomnienie o Bronisławie Geremku, u którego w Kole­gium Europejskim zdawał po francusku eg­zamin o poglądach Edgara Morina, później odznaczonego w Paryżu polskim medalem przez niego samego, gdy został wicemini­strem spraw zagranicznych.

środa, 5 września 2018

Rosyjski ślad na taśmach



Czy afera taśmowa, która walnie przyczyniła się do wyborczego zwycięstwa PiS, była intrygą rozgrywaną przez rosyjskie służby? Wskazuje na to wiele tropów. Ujawniamy nieznane do tej pory powiązania zleceniodawcy podsłuchów Marka Falenty z ludźmi Putina, rosyjskiej mafii i GRU.

Już kilka dni po wybuchu afe­ry taśmowej, w czerwcu 2014 r., premier Donald Tusk mówił
 o „scenariuszu pisanym cyryli­cą”. Jednak dotąd nikt poważnie nie zbadał jej najważniejszych wątków, choć w USA, przy podobnych poszlakach wskazujących na udział rosyjskich służb specjalnych w kampanii Donalda Trumpa, sprawę bada specjalny prokurator Ro­bert Mueller.
   Przez kilka ostatnich miesięcy robiła to POLITYKA. Dotarliśmy do wielu waż­nych osób w sprawie.
   Podróż zacznijmy od półmilionowe­go Kemerowa nad rzeką Tom w Syberii. To centrum Kuźnieckiego Zagłębia Wę­glowego (zwanego Kuzbasem), jednego z największych zasobów węgla na świecie, szacowanego na ponad 700 mld ton (ok. 10 razy więcej niż złoża w Polsce).
Działa tam Kuzbasskaja Topliwnaja Kom­pania (Kuzbaska Kompania Paliwowa). Firma od 2012 r. ma również w Gdań­sku spółkę-córkę pod nazwą KTK Pol­ska Sp. z o.o. To jej jedyny oddział za granicą.

wtorek, 4 września 2018

Każdy kabel ma dwa końce



Maciej Mikołajczyk

   Jarosław Kaczyński, Żoliborz, luty 2017 r.: „Polskie sądownictwo to jest gigantyczny skandal i z tym skanda­lem trzeba skończyć. Przypomnę sprawę sędziego na telefon i tę sytu­ację, kiedy z ukaraniem sędziego były bardzo poważne kłopoty i w gruncie rzeczy go nie ukarano. Natomiast dziennikarz, który doko­nał tej prowokacji dziennikarskiej - bardzo dobrego, prospołecznego czynu - został ukarany. Tak to w Pol­sce wygląda”.
   Beata Szydło, Warszawa, lipiec 2017 r.: „PiS jest konsekwentny w przepro­wadzaniu reformy wymiaru sprawie­dliwości. I przeprowadzimy tę refor­mę do końca. To należy się Polakom. Skończył się czas sędziów na tele­fon”.
   Lipiec, 2018 r., Mateusz Morawiec- ki, Bruksela: „Czy wiecie o tym, że w czasach wcześniejszych prezes sądu okręgowego był gotów na tele­fon premiera - to była dziennikarska prowokacja - wybrać spolegliwego sędziego w sprawie afery Amber Gold? Czy takiego wymiaru spra­wiedliwości chcemy?”.
   Paweł Miter do premiera Morawieckiego: „Przestańcie sobie wy­cierać twarze sprawą, która do dziś niszczy mi życie, bo nie zrobiliście nic, żeby cokolwiek zmienić”.
   To dzięki niemu Ryszard Milewski, prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku, został sędzią na telefon. I ikoną pato­logii wymiaru sprawiedliwości, którą PiS wymachuje od sześciu lat. Nikt tak nie pomógł rządzącej partii w usprawiedliwieniu zamachu na są­downictwo, jak Miter. Lecz, gdy pi- siory zamachu już dokonały i zgodnie z planem oraz ku radości wszystkich Polaków, o winie decyduje telefon od Ziobry lub Kaczyńskiego, Miter połapał się, że nie o taką Polskę wal­czył. Nie dlatego, że jest idealistą, ale dlatego, iż w jego sprawie nikt nie dzwoni.

poniedziałek, 3 września 2018

Błysk zwycięstwa




Jeśli Rafał Trzaskowski nie zmieni swojej kampanii, to może przegrać - były premier Kazimierz Marcinkiewicz  o znaczeniu wyborów sam o rządowych, pewności siebie i arogancji, która wygląda jak siła

Rozmawia Renata Grochal

NEWSWEEK: Był pan w Jaki Cafe, kawiarni, którą Patryk Jaki otworzył w Warszawie, żeby rozmawiać z mieszkańcami?
KAZIMIERZ MARCINKIEWICZ: Nie by­łem i się nie wybieram. Z PiS nie ma rozmowy. Patryk Jaki jest typowym aparatczykiem PiS. Może być rzucony na każdy front. To może być Minister­stwo Sprawiedliwości, może być ustawa o IPN i mogą być wybory samorządowe w Warszawie.
PiS-owskim aparatczykiem? Przecież obiecuje refundację in vitro, zgodę na parady gejowskie. Warszawa ma być miastem wolności, otwartym i europejskim.
- Dziś tak mówi. żeby wygrać wybory. Przecież glosował w Sejmie przeciwko in vitro. A jak już wygra, to będzie postępo­wał tak, jak mu każe Jarosław Kaczyński. Bo jest karnym żołnierzem partyjnym. Jeśli wygra, to Warszawa nie będzie miastem wolności, tylko brunatnych marszów. Nawet w najbliższym oto­czeniu Jakiego są ludzie o brunatnych poglądach, pełni rasizmu, ksenofobii i nacjonalizmu. To oni będą zajmowa­li stanowiska i decydowali o tym. jaka będzie Warszawa. Nie miejmy złu­dzeń. Można powiedzieć wszystko, ale ważniejsze są czyny. A są takie, że za prezydentury Lecha Kaczyńskiego w Warszawie inwestycje stanęły. I za Ja­kiego także staną. Bo on będzie promo­wał inwestycje państwowe, tak jak robi to PIS, a nie prywatne. A w Warszawie zdecydowana większość to są inwestycje prywatne. To one budują miasto i zmie­niają życie mieszkańców.
Po co PiS Warszawa? Nie lubią samo­rządów, wszystko chcą centralizować.
- Gdy w 2006 r. Jarosław Kaczyński na­mawiał mnie do startu na prezyden­ta Warszawy, mówił, że trzeba wygrać w stolicy, bo jeśli PiS tu wygra, to będzie miało argumenty w kampanii parlamen­tarnej. To wciąż jest aktualne. Wygra­na w Warszawie byłaby dla PIS wiatrem w żagle na początku maratonu wybor­czego 2018-2020. Poza tym Kaczyński jest człowiekiem władzy. Kiedyś jesz­cze interesował go brat, mama, ale dziś już ich nie ma. Dziś interesuje go tylko czysta władza. A w Warszawie dochodzi jeszcze jeden element. Jaki jako prezy­dent Warszawy zagwarantuje odpowied­nie decyzje ratusza dotyczące budowy wieżowców na terenach należących do spółki Srebrna, kontrolowanej przez eli­tę PiS Jeśli Jaki wygra wybory, to elita PiS ma zagwarantowany byt na bardzo wysokim poziomie na co najmniej trzy pokolenia.
Zna pan Patryka Jakiego?
- Tak. To jest taki młody gniewny, zdol­ny do wszystkiego Ma tzw. gadkę potrafi  mówić na każdy temat. Tylko że z tego słowotoku nic nie wynika, to są puste slo­gany. PiS go wystawiło w wyborach, bo jest w stanie zdobyć nie tylko elektorat PiS. ale też dotrzeć do nowych wybor­ców, 20-latków, którym jego sposób by­cia może się spodobać. PiS znowu, tak jak w wyborach prezydenckich i parla­mentarnych w 201S r., chce poszerzyć elektorat, bo odwołując się tylko do włas­nego, nie ma szans wygrać w Warszawie. Ja wygrałem pierwszą turę wyborów pre­zydenckich w stolicy w 2006 r.. ale dru­gą przegrałem, bo cała lewica przerzuciła głosy na Hannę Gronkicwicz-Waltz. Prze­grałem, bo byłem z Pis. I teraz też warsza­wiacy podejmą decyzję polityczną: dać drugą szansę PiS w Warszawie, czy nie?  

Winni niewinni



Sprawa niesłusznie skazanego Tomasza Komendy uświadomiła wszystkim, jak niesprawiedliwy może być system sprawiedliwości. Takich spraw jest więcej, a zajmuje się nimi Klinika Niewinność. To trochę coś takiego jak słynna policyjna sekcja Archiwum X.

Sędzia Andrzej Miller z Kalisza, kandydat do „odzyskiwanego” przez PiS Sądu Najwyższego, skazał na dożywocie za podwój­ne zabójstwo niepełnosprawne­go umysłowo 23-letniego Piotra Miko­łajczyka, nie mając twardych dowodów przeciwko niemu, prócz tego, że ten sam się oskarżył w śledztwie. Skarga o naru­szenie w tej sprawie prawa do rzetelnego procesu - a konkretnie prawa do obro­ny i zasady domniemania niewinności - czeka na rozpatrzenie przed Euro­pejskim Trybunałem Praw Człowieka. Sprawę bada też Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich pod kątem możliwości wniesienia kasacji lub skargi nadzwyczajnej do Sądu Najwyższego.
   -  Mnie ta sprawa boli, bo jestem głęboko przekonana, że ten człowiek jest niewinny. On fizycznie nie był w stanie popełnić tej zbrodni - mówi prof. Ewa Gruza z Kate­dry Kryminalistyki Wydziału Prawa i Administacji UW. - Nie wiem, czy ja z moją
wiedzą kryminalistyczną potrafiłabym za­bić dwie osoby, nie pozostawiając żadnych śladów na miejscu zdarzenia. Liczymy na to, że Europejski Trybunał się nad tym pochyli. To może być kolejna gigantyczna pomyłka sądowa.
    Prof. Gruza zwraca uwagę, że w słyn­nej sprawie Tomasza Komendy (unie­winnionego w maju po 18 latach wię­zienia) i u Mikołajczyka jest ten sam schemat: człowiek, który nie potrafi się bronić, podatny na sugestie, taki, któremu można wszystko wmówić, zastraszyć. Żeby wyjść z matni, przyznaje się, licząc, że potem w sądzie to odkrę­ci. Prof. Gruza akta sprawy Piotra Mi­kołajczyka analizowała wraz ze swoimi studentami na zajęciach w ramach wła­snego „Projektu Niewinność - Przeciw­działanie niesłusznym skazaniom”, wzo­rowanego na działalności amerykańskiej organizacji Innocence Project (bada sprawy karne pod kątem ewentualnych pomyłek, ma na koncie 250 uniewinnio­nych osób).

niedziela, 2 września 2018

Wnioski na Berdyczów



Łatwiej było obiecać, niż zrobić. Skarga nadzwyczajna, zapowiadana jako pomoc skrzywdzonym przez sądy obywatelom, okazała się głównie polityczną zagrywką.

Wszyscy, którzy czują się skrzywdzeni przez sąd, otrzymali od PiS nowe supernarzędzie do ręki - skargę nadzwyczajną. Jest jak czarodziejska różdżka. Pozwala unieważnić każdy prawomocny wyrok i to wydany nawet 20 lat temu (licząc od 1997 r., czyli wejścia w życie obecnej kon­stytucji). Wystarczy jedynie napisać o swo­jej krzywdzie i wysłać do prokuratora gene­ralnego albo rzecznika praw obywatelskich, praw dziecka czy praw pacjenta. I bez zna­czenia jest - to ważne - czy wcześniej wy­czerpało się całą ścieżkę sądową czy też nie. Na przykład pewna pani domaga się teraz wniesienia skargi nadzwyczajnej od wy­roku sądu rejonowego sprzed czterech lat w sprawie o zasiedzenie. We wniosku stwierdza wprost, że nie składała apelacji, bo spodziewała się, że sąd drugiej instancji wyrok utrzyma. Teraz chce, żeby zrobiono tak, by go unieważnić.
   Wyrok zostanie unieważniony, w tej czy w każdej innej sprawie, jeżeli będzie speł­niał choć jeden z trzech warunków. Gdy okaże się, że wyrok nie zgadza się z zebra­nymi dowodami w sprawie. Lub że sam wyrok naruszał prawo, np. przez błędną wykładnię przepisów. Albo też, tu cytat z ustawy, „narusza zasady lub wolności i prawa człowieka i obywatela określone w Konstytucji”.

Pedofile w koloratkach



Kościół katolicki w USA znów kaja się za grzech pedofilii. Śledztwo przeprowadzone w Pensylwanii wykazało, że tamtejsi hierarchowie przez dekady kryli dewiantów. Podobnie działo się w innych stanach.

Piotr Milewski

W Pittsburghu działała siatka księ­ży, którzy gwałcili dzieci i robili im pornograficzne zdjęcia. Podczas orgii używali pejczy oraz innych akcesoriów sado-maso. Ofiary mu­siały przyjmować pozy ukrzyżo­wanego Chrystusa lub wyrażające pokorę, zaś oswojone, czyli całkowicie ubezwłasnowolnione emo­cjonalnie, dostawały duże złote krzyżyki. Robione na zamówienie wisiorki przypominały prześladowcom miłe chwile oraz sugero­wały pozostałym członkom siatki właściwy wybór „partnera”.
   Według opublikowanego w połowie sierpnia przez Sąd Naj­wyższy Pensylwanii raportu ze śledztwa wielkiej ławy przy­sięgłych ponad 300 kapłanów wykorzystywało seksualnie co najmniej 1000 zidentyfikowanych z imienia i nazwiska dzieci. „Ofiar było prawdopodob­nie kilka tysięcy, jednak dokładnej liczby nie da się ustalić, bo wiele osób milczało ze stra­chu lub wstydu, a część kościelnych dokumen­tów dotyczących molestowania zaginęła bądź uległa zniszczeniu - napisali przysięgli. - Księ­ża gwałcili małych chłopców i dziewczynki, hierarchowie ukrywali zbrodnie oraz chronili sprawców, a sami awansowali”.
Członkowie ławy przysięgłych prześledzi­li historię owych praktyk od roku 1947 do dziś, badając archiwa sześciu z ośmiu pensyl­wańskich diecezji. Dwa pozostałe biskupstwa objęło wcześniej inne śledztwo, nie mniej dys­kredytujące dla kleru. Stanowa prokuratura określiła raport jako „najbardziej wszechstron­ny i wyczerpujący dokument tego typu opraco­wany dotychczas w Stanach Zjednoczonych” oraz wszczęła na jego podstawie postępowa­nia karne przeciw księżom, których przestępstwa się nie prze­dawniły. Podobne dochodzenia toczą się w stanach Waszyngton, Nowy Jork, Illinois, Maryland, Massachusetts i Nebraska.

sobota, 1 września 2018

Da się,Nawet herbatę pił bez cukru,Ślady,Sojusz Lewicy Hipotetycznej,Dywizjon 606,Nas interesujemy my,W tym kraju,Nie-państwo i Słowa jak bumerangi



Da się

W czasach niezbyt mądrego, ale dość ekspansyw­nego symetryzmu zdajemy się w życiu pub­licznym szybko tracić elementarne poczucie symetrii i proporcji.
   Kilka dni temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała na pierwszej stronie sensacyjny tekst. Wszystko wskazuje na to, że za aferą taśmową i przestępczą działalnością kelnerów oraz pana Falenty stali działacze PiS i związani z tą partią funkcjonariusze służb. Bomba. Polska Watergate. Opera­cja, która na końcu doprowadziła do obalenia władzy. Ale bomba okazała się niewybuchem, bo większość mediów po­traktowała to jako - jak mówią Amerykanie - „yesterday’s news”, wiadomość starą. W prawie 40-milionowym kra­ju na tapecie była zupełnie inna taśma. Ta, którą w istocie dość nieporadnie kandydat opozycji kleił szybę w drzwiach, w mieszkaniu kobiety, którą odwiedził.
   Mamy tu do czynienia z jakąś trwałą atrofią zdolności do patrzenia, widzenia, analizowania i diagnozowania. Cał­kowita nieistotność zostaje wyniesiona do rangi ważności. Powaga ląduje na trotuarze. W starych czasach uznano by, że nieumiejętność odróżnienia rzeczy ważnych od detali dziennikarzy kompletnie dyskwalifikuje. Dziś jednak stado nie podąża za myślą, ale za Twitterem. Zamiast dziennikar­stwa sensu mamy dziennikarstwo grepsu.
   Oczywiście tego dnia newsem nie było też przyspiesze­nie operacji przejęcia sądów przez PiS. Szkło w drzwiach jest przecież ważniejsze niż drzazgi z konstytucji i jakiś Sąd Najwyższy. Do tego mówienie o nim absolutnie nie wyma­ga żadnej wiedzy. A ta w cenie nie jest. Stąd taka niechęć do kandydata Trzaskowskiego. Trwa przecież szydera z wy­kształconego poligloty z dobrej rodziny. Przy okazji można odreagować kompleksy pod płaszczykiem relacjonowania kampanii. Przyjemne z pożytecznym.
Jako typowy słoik z prowincji, i to dalekiej, który latami musiał pracować na czarno, by wydrapać sobie maleńką ka­walerkę, jestem genetycznym wrogiem „misięnależyzmu”. Dlatego nie uważam, że Trzaskowskiemu ze względu na przodków i CV cokolwiek się należy, tak samo jak nie uwa­żam, że ze względu na miejsce urodzenia cokolwiek z zało­żenia nie należy się Jakiemu. Generalnie w życiu jestem raczej skłonny kibicować tym, którzy faworytami nie są, któ­rym odmawia się tytułu i prawa do sukcesu i awansu. Wolę pretendentów, którzy gryzą trawę, by wygrać.