Antonina mówi:
„Mamo... już nie zatańczę z tatą poloneza na studniówce, nie zaprowadzi mnie do
ołtarza, kogo ja teraz będę o wszystko pytać?”. My byliśmy bardzo zżyci i
bardzo się kochaliśmy
Rozmawia Tomasz Lis
NEWSWEEK: Jak
wyglądały te wasze wakacje w Kalifornii?
MAGDALENA ADAMOWICZ:
Paweł nigdy tak długo nie był poza Gdańskiem. Jego współpracownicy mówili, że
jest nerwowy, bo z jednej strony się cieszy, ale boi się zostawić miasto na
tak długo.
Chciał przyjechać
dopiero 22 grudnia, ale mówię mu: „Tunia bardzo za tobą tęskni. Przylatujesz 18
grudnia i koniec”. Jak przyjechał, to dziewczyny rzuciły się na niego, nasz
pies wariował z radości. To ukochany pies Pawła. I sobie tam byliśmy. W tym
malusieńkim drewnianym domku.
Było ciepło?
- Raczej rześko. Rano około 10 stopni, ale w dzień zdarzało
się dwadzieścia kilka. Postanowiliśmy pozwiedzać trochę Kalifornię. Co
oznaczało, że spadną na mnie obowiązki kierowcy, bo Paweł ma prawo jazdy, ale
nie jeździ.
Pierwsza Wigilia poza
Polska?
- Paweł bardzo przeżywał, że bez rodziców, jak my damy radę.
I jak było? Gotujemy
i robimy tradycyjne święta czy na luzie?
- Wszystko było jak należy: opłatek, ryby, śledzie, barszcz,
uszka, pierogi. Śpiewaliśmy kolędy…
Tata przywiózł
prezenty dla dzieci?
- Od rodziny, nie od siebie, bo on nie ma czasu. Ale mówiłam
mu, żeby w ogóle tym się nie kłopotał, bo już miałam dla wszystkich
przygotowane prezenty. Tak często było, on po prostu zawsze był bardzo zajęty.
Czyli w domu u
Adamowiczów to pani była prezydentem?
- No tak... Ale w domu on też jest zawsze zajęty. A w
Kalifornii okazał się takim ludzkim mężem, nawet pościel zmienialiśmy razem. W
pierwszy dzień świąt wyruszyliśmy z Los Angeles na północ w stronę Santa
Barbara, do San Francisco. Byliśmy na kampusie uniwersytetu Stanford i przed
siedzibą Facebooka. Zwiedzaliśmy parki narodowe. Jechaliśmy Pacific Route nad
samym oceanem. Taka stroma, kręta droga, ale piękna. Później córka
przeczytała, że to jest droga dla ludzi o mocnych nerwach.
Zatrzymaliśmy się w
małej zatoczce, gdzie wchodziło się jakby w puszczę, a tam były takie
niesamowite wodospady. Bardzo długo szliśmy w górę. Wilgoć wodospadów i oceanu
sprawiła, że był tam niesamowity zapach mięty i innych ziół.
Gdzie was zastał Nowy Rok?
- Wróciliśmy do Los Angeles. Moi
znajomi zaprosili nas na sylwestra. Trochę potańczyliśmy wypiliśmy szampana.
Życzenia składaliśmy sobie dwa razy: gdy północ wybiła na Wschodnim Wybrzeżu
USA, co telewizja relacjonuje z Times Square, i trzy
godziny później, już o tej „właściwej” w Kalifornii godzinie.
Wydawało się, że to
spokojniejszy czas. Zwycięskie wybory za plecami... Pamięta pani, czego sobie
życzyliście?
- Zdrowia, szczęścia, żeby
wszystko było dobrze i żeby... żeby się w końcu od nas odczepili, może nie
takimi słowami, ale żeby ten nowy rok był początkiem końca tych złych rzeczy
które się działy Żeby można było nareszcie odetchnąć i żyć spokojnie.
Pan Paweł kiedy wyjeżdżał z
Ameryki?
- W sobotę. 5 stycznia.