poniedziałek, 11 listopada 2013
Układ finansowy PiS-u
Wokół partii Jarosława Kaczyńskiego zbudowano system finansowania działalności politycznej poza wszelkimi rozliczeniami i kontrolą
BIANKA MIKOŁAJEWSKA
„Albo finansowanie z budżetu, albo korupcja na wielką skalę’' - mówił kiedyś Jarosław Kaczyński, protestując przeciwko zniesieniu państwowych subwencji dla partii politycznych. Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak przekonywał, że pozbawione pieniędzy partie zwrócą się o pomoc do biznesu: „Biznesmeni nie są altruistami, jeżeli fundują kampanie partiom politycznym, to oczekują czegoś w zamian. A więc jest to korupcja”. A Joachim Brudziński roztaczał wizję milionów złotych, które po zmianie prawa zaczęłyby wypływać „z różnego rodzaju rajów podatkowych na kampanię tych, którzy zrobią wszystko, żeby PiS nie wrócił do władzy”.
Odkąd w 2011 r. zmniejszono subwencje dla partii, PiS przejada zgromadzone wcześniej oszczędności. Wydaje więcej niż dostaje z budżetu państwa - głównie na wynagrodzenia pracowników i zaprzyjaźnionych ekspertów, ochronę prezesa, usługi PR, reklamę i sondaże. Tylko śladową część przeznacza na aktywność partii w terenie.
Równocześnie w całej Polsce odbywają się setki imprez - konferencji, wystaw, koncertów i spotkań. podczas których funkcje gospodarzy lub głównych bohaterów pełnią politycy PiS. Często organizowane w reprezentacyjnych miejscach, z rozmachem i bogatą oprawą artystyczną; gromadzą setki, a nawet tysiące osób. Choć to ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego czerpie z nich polityczne korzyści, nie ono je organizuje.
Kto to robi? I skąd bierze na to pieniądze?
Jak ustaliliśmy, wokół PiS powstał układ stowarzyszeń, fundacji i nieformalnych mchów, które wspierają partię. Założycielami i członkami władz tych satelitów są najczęściej działacze Prawa i Sprawiedliwości.
Układając relacje między partią a satelitami, zadbano o to. by nie powtórzyły się problemy z początku lat 90., gdy Fundacja Prasowa Solidarności, której współzałożycielem był Kaczyński, wspierała finansowo jego pierwszą partię - Porozumienie Centrum. Prokuratura postawiła wówczas Kaczyńskiemu zarzut nielegalnego finansowania partii z pieniędzy fundacji; sprawę umorzono w2000r. ze względu na zmianę prawa.
Dziś satelity nie dają PiS-owi pieniędzy, świadczą za to na jego rzecz swego rodzaju usługi outsourcingowe. Finansują wydawnictwa. imprezy i akcje promujące partię Kaczyńskiego. Ma to ogromną przewagę nad finansowaniem z partyjnej kasy- odbywa się poza rozliczeniami i kontrola Państwowej Komisji Wyborczej.
• Zgodnie z prawem, partie nie mogą przyjmować pieniędzy od firm i organizacji. Darczyńcami
muszą być Polacy mieszkający w Polsce. Rocznie mogą wpłacić na konto ugrupowania nie więcej niż 15-krotność minimalnej pensji.
Organizacje satelitarne może finansować bez ograniczeń każdy. Głównym sponsorem satelitów PiS-u są Spółdzielcze Kasy Ószczędnościowo-Kredytowe. Ich budżet marketingowy - z którego wspierane są satelity - znacznie przewyższa kwotę, jaką PiS wydaje rocznie na całą swoją działalność. Krajowa SKÓK. której prezesem do ubiegłego roku był senator PiS Grzegorz Bierecki, w 2012 r. wydala na reklamę blisko 20 min zł. Największa z kilkudziesięciu Kas - SKOK Stefczyka (Bierecki przewodniczy jej radzie nadzorczej) - około 53 mln zł
• Partie mogą prowadzić kampanie wyborcze wyłącznie w ramach komitetów wyborczych, a finansować - tylko ze swojego funduszu wyborczego. Wpłaty na fundusz podlegają takim samym ograniczeniom jak te na konto partii, a wydatki nie mogą przekroczyć wyznaczonego w danych wyborach limitu. Złamanie tych reguł grozi odebraniem państwowej subwencji na trzy lata.
W wyborach prezydenckich i samorządowych w 2010 r. oraz parlamentarnych w 2011 r. pisowskie satelity prowadziły agitację poza komitetami wyborczymi Jarosława Kaczyńskiego i PiS. Finansowały materiały i imprezy, za jakie inne partie płaciły ze swych funduszy wyborczych dziesiątki, a nawet setki tysięcy złotych.
• Komitety wyborcze nie mogą przyjmować bezpłatnych usług - z wyjątkiem roznoszenia ulotek i rozklejania plakatów przez sympatyków poszczególnych partii.
W 2010 i 2011 r. satelity PiS organizowały imprezy wspierające kampanie wyborcze w salach użyczonych za darmo przez zaprzyjaźnione firmy i organizacje, a sympatyzujący z prawicą artyści występowali społecznie. Działacze satelitów bezpłatnie tworzyli strony internetowe; wydawali biuletyny i ulotki zachęcające do głosowania na Kaczyńskiego i PiS. Inne partie przeznaczały na to sporą część swoich funduszy wyborczych.
• I najważniejsze: informacje dotyczące finansowania partii są jawne. Co roku muszą one składać sprawozdania do PKW, wykazać wszystkie źródła przychodów i rozliczyć wydatki.
Stowarzyszenia, fundacje i ruchy wspierające PiS nie muszą upubliczniać informacji o sponsorach i pozyskanych środkach. W większości nie składają nawet ogólnych sprawozdań finansowych do sądów, w których są zarejestrowane (jeśli w ogóle są część działa nieformalnie). Często samo ustalenie, jaka organizacja stała za imprezą czy wydawnictwem i kto pokrył koszty, graniczy z cudem.
Gdy spróbowaliśmy uporządkować kolejne kręgi satelitów powstających wokół PiS po katastrofie smoleńskiej i przyjrzeć się ich finansom, okazało się, że jedna z organizacji firmowała wysokonakładowe pismo, choć nie miała osobowości prawnej. Ktoś jednak ponosił koszty wydawnicze i regulował rachunki. Inna zbierała pieniądze na kampanię Kaczyńskiego, nie mając zgody na zbiórkę publiczną ani konta w banku. Kolejna przedstawiana była w mediach jako organizator ogromnych imprez w reprezentacyjnych miejscach, ale jej władze zarzekają się, że nie mają pojęcia, kto pokrywał koszty. Jak ustaliliśmy - płatności wziął na siebie min. chcący zachować anonimowość przedsiębiorca.
Krąg pierwszy; oddolna inicjatywa,
KRĄG PIERWSZY:
CZYLI JAK LUDZIE WYDAWALI WYBORCZĄ GAZETĘ, NIEWIEDZĄ CO TYM
Koniec maja 2010 r., rusza kampania prezydencka. Do skrzynek pocztowych mieszkańców Trójmiasta. trafia „Magazyn Wybrzeże” - bezpłatne, 20-stronicowe pismo w nakładzie 55 tys. egzemplarzy. Artykuły i wywiady zachęcają do glosowania na Jarosława Kaczyńskiego i dyskredytują Bronisława Komorowskiego.
Gazeta opatrzona jest logo Polskiej Racji Stanu 2010, grupy dyskusyjnej na Facebooku. która miała być „centrum wymiany myśli i poglądów na tematy społeczne i gospodarcze”. Założył ją. Adam Stolarz, wiceprezes Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu za rządów PiS.
„Poczuliśmy potrzebę kontynuacji misji, którą rozpoczął Lech Kaczyński. Zaczęło powstawać wiele inicjatyw. Jedną z nich jest Polska Racja Stanu 2010. To właśnie osoby związane z tą inicjatywą oddają w Państwa ręce ten magazyn” - pisze redakcja w pierwszym numerze „MW”. Naczelnym jest Andrzej Jaworski, poseł PiS, niegdyś prezes Stoczni Gdańskiej z nadania tej partii.
Inni członkowie PRS 2010 o zainicjowanej rzekomo przez nich działalności wydawniczej dowiadują się, gdy magazyn trafia do czytelników. Skonsternowanym Stolarz tłumaczy na. Facebooku. że ich grupa i PRS 2010 wydający gazetę „to ten sam projekt”.
W kampanii prezydenckiej ukazało się sześć numerów „Magazynu”, dwa wyszły przed wyborami samorządowymi w 2010 r., gdy Jaworski kandydował na. prezydenta Gdańska. Łącznie wydrukowano co najmniej 440 tys. egzemplarzy. Koszty musiały sięgać co najmniej kilkudziesięciu tysięcy złotych. Nie mogła ich pokryć PRS 2010. bo formalnie nie istniała.
Produkcję „Magazynu” Jaworski zlecił spółce Dom Prasy, której wspólnikiem był Jacek Pauli
- za rządów PiS wiceprezes państwowej Energi. W redakcyjnej stopce enigmatycznie podawano, że pismo jest „produktem specjalnym GD”. To skrót wydawanej przez Dom Prasy bezpłatnej „Gazety Gdańskiej”. Dzięki temu zabiegowi, choć „Magazyn” miał cechy materiału wyborczego, nie został zaliczony do kosztów kampanii Jarosława Kaczyńskiego i PiS.
Gdy ukazał się pierwszy numer. Jaworski twierdził, że „Magazyn” finansowany jest z reklam. Publikowano w nim głównie reklamy SKOK i obszerne płatne wywiady z ich władzami. Ze sprawozdania Krajowej SKOK za 2010 r. wynika, że „Magazyn” był jedynym doraźnie ukazującym się pismem, któremu płaciła ona. Za reklamę. W ten sposób, choć Kasy - jako podmioty gospodarcze
- nie mogły finansować kampanii wyborczych Kaczyńskiego i jego partii, pośrednio je wsparły.
Wiosną 2011 r. przed rocznicą katastrofy smoleńskiej Jaworski ogłosił nowe otwarcie PRS 2010 pod nieco zmienioną nazwą: Instytut Polska Racja Stanu 2010 im. Lecha Kaczyńskiego. Miał on być gospodarczym think-tankiem PiS i działać jako fundacja. Poseł PiS Maks Kraczkowski mówił wówczas portalowi myPiS.org: „Udało nam się zdobyć pewną pulę środków, nawet dość pokaźnych”.
Rok później Jaworski twierdził, że Instytut. PRS 2010 im. L. Kaczyńskiego działa w' ramach Fundacji Stoczni Gdańskiej, której on szefuje. I że mają już spore grono darczyńców.
Dziś przekonuje, że Instytut „nie funkcjonowali nie funkcjonuje w ramach FSG” i żadnych darczyńców nigdy nie było. Kto zatem zapłacił za zorganizowane w2011 r. przez Instytut konferencje: o budowie elektrowni atomowej, o służbach specjalnych (prowadzoną przez „agenta Tomka”) oraz o katastrofie smoleńskiej (z udziałem Antoniego Macierewicza i około tysiąca słuchaczy)? Kraczkowski przyznaje, że zwłaszcza w przypadku konferencji o atomie koszty druku materiałów, projektów multimedialnych i cateringu były „niemałe”, a. uczestnicy byli przekonani, że „zorganizowana ze sporym rozmachem inicjatywa była finansowana ze środków jakiejś większej instytucji”. Zapewnia jednak, że za. wszystko zapłacili z Jaworskim z własnych kieszeni.
Krąg drugi:
społeczne komitety,
CZYLI JAK PROWADZIĆ KAMPANIĘ POZA KOMITETEM WYBORCZYM
W maju 2010 r. część powstałych po katastrofie smoleńskiej oddolnych i nie całkiem oddolnych inicjatyw, przerodziła, się w społeczne komitety poparcia Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich. Jednym z najaktywniejszych był komitet trójmiejski (TSKP). Tworzyli go członkowie stowarzyszenia Godność, którego prezesem jest były poseł PC Czesław Nowak, oraz pracownicy SKOK.
Zwykle aktywność takich komitetów ogranicza się do publicznego ogłoszenia poparcia dla kandydata. TSKP przypominał komitet wyborczy, który prowadzi finansuje kampanię. Tyle że -jak wspomnieliśmy - sposób finansowania komitetu wyborczego jest ściśle określony, a wydatki kontrolowane. TSKP nie musiał przejmować się ograniczeniami ani rozliczać przed PKW.
Uroczysta inauguracja odbyła się 20 maja2010 r. w Sali Wielkiej Dworu Artusa w Gdańsku. Za wynajęcie sali zapłaciło stowarzyszenie Godność - prawie 4 tys. zł. choć kiedyś prosiło o zwolnienie z kilkuset złotych wpisowego w sądzie rejestrowym, argumentując, że jego członkowie utrzymują się „ze świadczeń emerytalno-rentowych”.
W 2010 r. jego sytuacja finansowa musiała się znacznie poprawić, bo Godność wspierała TSKP w organizacji koncertów i spotkań promujących Kaczyńskiego. Nie wiadomo, jakie były koszty, ale w aktach rejestrowych przeczytać można, że w ubiegłym roku honorowymi członkami stowarzyszenia zostali ówczesny prezes Krajowej SKOK
- Grzegorz Bierecki i jego brat - Jarosław (także związany z Kasami).
Czy Kasy wspierały Godność ?- Tak. jesteśmy z tego dumni. Dokładam wszelkich starań, by formy wsparcia (...) były możliwie obszerne i skuteczne - odpowiedział nam rzecznik Krajowej SKOK Andrzej Dunajski.
W wydawanym przez TSKP „Biuletynie” z nad-tytułem „Polska jest najważniejsza” (hasło wyborcze Jarosława Kaczyńskiego) można było przeczytać relacje z kampanii prezesa PiS oraz artykuły o sukcesach jego rządów w latach 2006-07. Profesjonalna strona internetowa komitetu informowała o przedwyborczych spotkaniach z kandydatem. Publikowała jego wystąpienia, wywiady oraz sondaże. Można było z niej pobrać program wyborczy, plakat i ulotkę szefa PiS.
TSKP apelował o wsparcie finansowe „akcji informacyjnych prowadzonych przez komitet”. Pieniądze zbierano „na. dziko” - bez wymaganej urzędowej zgody na zbiórkę publiczną i rozliczenia, kwot. Ponieważ TSKP był ciałem nieformalnym i nie miał konta bankowego, swoich rachunków użyczyły mu stowarzyszenie Godność oraz Fundacja Stoczni Gdańskiej.
TSKP wspierała też sekcja emerytów gdańskiej „Solidarności”. Kilka dni przed I turą wyborów zorganizowały wspólnie darmowy koncert Jana Pietrzaka i Lecha Makowieckiego, połączony ze spotkaniem sympatyków Kaczyńskiego. Według działaczy związku artyści grali pro bono. Gdyby imprezę organizował komitet, wyborczy Kaczyńskiego, nie mógłby przyjąć darmowych świadczeń.
Podobną działalność prowadziły inne spośród setki społecznych komitetów poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Wrocławski komitet także miał swój „Biuletyn” i stronę internetową, kolportował gazetkę „Bibuła Wrocławska” oraz prowadził jak to określali jego członkowie - „kampanię informacyjną” na forach internetowych. Agencje PR takie działania zaliczają do u sług marketingowych.
Krąg trzeci:
ruch społeczny,
CZYLI ZAPLECZE WYBORCZE ZA PIENIĄDZE TAJEMNICZYCH SPONSORÓW
Po przegranej Kaczyńskiego komitety utworzyły federację - Ruch Społeczny im. Prezydenta. RP Lecha Kaczyńskiego.
„Jesteśmy reprezentantami środowisk społecznych identyfikujących się z programem tragicznie przerwanej prezydentury śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego” - pisali w zaproszeniach organizatorzy zjazdu, który miał zapoczątkować działalność Ruchu. Zaproszenia rozesłał w imieniu organizatorów Maciej Łopiński - były szef gabinetu zmarłego prezydenta, dziś poseł PiS i prezes Ruchu (w zarządzie zasiadają jeszcze trzej posłowie i jeden samorządowiec PiS oraz Marta Kaczyńska, córka Lecha).
Zjazd połączony z konferencją „Lech Kaczyński - pamięć i zobowiązanie" odbył się 10 grudnia. 2010 r. w ekskluzywnym Windsor Pałace Hotel & Conference Center w Jachrance pod Warszawą. Za wynajęcie sali konferencyjnej w Windsorze, obsługę techniczną, występy artystów oraz przekąski i obiad dla uczestników (według różnych relacji od 700 do tysiąca osób) zapłacił PiS.
„Ruch nie jest partią polityczną. My partię już mamy. Tą partią, jest PiS” - mówił później Łopiński. I tłumaczył, że organizacja ma „wspierać PiS w jego działalności politycznej”, koordynować lokalne inicjatywy i czuwać nad jednolitością ich politycznej linii. Oraz że „partia ma. swoje ograniczenia i uwarunkowania, których Ruch nie ma”.
Tym, co odróżnia Ruch od PiS-u, jest przede wszystkim pełna swoboda w finansowaniu działalności i pozyskiwaniu sponsorów. Kosztów kolejnych imprez Ruchu, po zjeździe w Jachrance, nie musiała już więc pokrywać partia.
W lutym 2011 r. Ruch zwołał konferencję organizacyjną. w gdańskim Dworze Artusa z udziałem czołowych polityków PiS oraz byłych członków komitetów poparcia Jarosława Kaczyńskiego. Kto i ile zapłacił za wynajęcie sal? Monika Krygier, rzeczniczka zarządzającego Dworem gdańskiego Muzeum Historycznego, tłumaczy, że udostępniono je w ramach umowy między muzeum a SKOK-ami sponsorującymi jedną z wystaw. Zgodnie z nią SKOK-i mogą za darmo organizować swoje imprezy w Dworze Artusa. Zlot Ruchu przedstawiły władzom muzeum jako „konferencję Instytutu Stefczyka” - działającego przy Kasach.
W marcu ubiegłego roku Łopiński - etatowy doradca prezesa Krajowej SKOK (od października 2011 r. na urlopie bezpłatnym) - zorganizował kolejne spotkanie Ruchu na Fbmorzu. Tym razem dwudniowe, dla 90 osób: samorządowców, posłów PiS i Marty Kaczyńskiej. Wynajęcie pokoju w należącej do SKOK-ów Villi Dominik we Władysławowie kosztuje 110 zł za dobę. Korzystanie z sali szkoleniowej - kilkaset złotych za godzinę.
Skarbnik Ruchu Paweł Mucha twierdzi, że impreza. nie była finansowana ze środków tej organizacji. Niewykluczone, że oficjalnie była kolejną konferencją SKOK Jak relacjonował „Fakt”, w programie znalazła się m.in. prelekcja prezesa Kasy Stefczyka - „Oferta produktowa grapy SKOK”.
Gdy o wsparcie udzielane Ruchowi zapytaliśmy rzecznika SKOK Andrzeja Dunajskiego, odpowiedział: „Dokładamy wszelkich starań, by formy wsparcia były możliwie obszerne i skuteczne”.
Zagadką jest też. kto pokrył koszty największej dotąd imprezy Ruchu -jego uroczystej inauguracji. W pierwszą rocznicę katastrofy smoleńskiej do Sali Kongresowej PKiN w Warszawie przybyło 3 tys. członków komitetów poparcia Kaczyńskiego i działaczy PiS. Audytorium bogato udekorowano flagami i patriotycznymi symbolami. Imprezę prowadził Jerzy Zelnik. Były filmy i prezentacje multimedialne oraz książka „Lech Kaczyński - pamięć i zobowiązanie” w prezencie dla wszystkich uczestników. Porządku pilnowali wynajęci ochroniarze.
Według rzeczniczki PKiN Eweliny Dudziak-Stalęgi Kongresową wynajęła za prawie 40 tys. zł „osoba fizyczna prowadząca działalność gospodarczą”. Rzeczniczka nie dostała zgody na ujawnienie jej danych.
Całość mu siała kosztować kilkaset tysięcy złotych (za godzinną imprezę zorganizowaną w Sali Kongresowej w tym samym roku PiS zapłacił 300 tys. zł). Dokładne koszty nie są znane - nikt nie przyznaje się do zorganizowania i sfinansowania uroczystości.
Paweł Mucha zapewnia, że nie zapłacił za nią Ruch, bo Stowarzyszenie Ruch Społeczny im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego zostało zarejestrowane w sądzie dopiero w listopadzie 2011 r. Nie mogło więc regulować rachunków ani za imprezę w PKiN w kwietniu 2011 r„ ani za późniejsze uroczyste inauguracje w poszczególnych miastach, ani za spotkanie w warszawskim Hotelu Victoria w maju 2011 r., podczas którego powołano komisję organizacyjną i programową Ruchu. Władze PiS twierdzą, że partia również nie była organizatorem ani nie pokrywała kosztów tych spotkań.
Jedno wiadomo na pewno: powołanie Ruchu i wszystkie przedsięwzięcia z tym związane stały się preludium kampanii parlamentarnej PiS w 2011 r. Im bliżej kolejnych wyborów, tym większa aktywność Ruchu w organizowaniu rozmaitych spotkań i konferencji. Głównym bohaterem jest zwykle Jarosław Kaczyński.
Krąg czwarty:
„niezależne” organizacje,
CZYLI JAK DZIAŁAJĄC NA WIELE FRONTÓW, REALIZOWAĆ JEDEN CEL
Społeczne komitety poparcia. Kaczyńskiego nie rozwiązały się. Część działa jako nieformalne grapy (m.in. wrocławski i trójmiejski), inne przekształciły się w rozmaite organizacje (np. warszawskie stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, którego prezesem został Jan Żaryn). Jedne i drugie ściśle współpracują z Ruchem, który często firmuje ich akcje i imprezy.
Jedną z najaktywniejszych jest trójmiejska Fundacja Tożsamość i Solidarność, która zgodnie ze statutem ma. „inspirować i organizować ruch społeczny sprzyjający realizacji celów fundacji”. Wiceprezesem jest Tomasz Rakowski - działacz Ruchu Społecznego.
Fundacja często działa wspólnie z nieformalnym Klubem Dobrego Państwa założonym przez Jerzego Milewskiego. Za rządów PiS był on prezesem państwowego Polskiego Holdingu Farmaceutycznego, obecnie jest społecznym asystentem posła Macieja Łopińskiego i pomorskim koordynatorem Ruchu Społecznego.
Przed wyborami parlamentarnymi w 2011 r. FTiS i Klub Dobrego Państwa zorganizowały cykl konferencji o Lechu Kaczyńskim - Andrzej Nowak mówił o historycznych korzeniach wizji politycznej prezydenta, Maciej Łopiński o jego polityce wschodniej, a. Ryszard Legutko o współpracy ze światem nauki. Sponsorem były SKOK-i.
Na finiszu kampanii z inicjatywy Milewskiego FTiS przygotowała wystawę „Lech Kaczyński w służbie Najjaśniejszej Rzeczypospolitej”. W sopockim Parku im. Lecha i Marii Kaczyńskich rozstawiono kilkanaście dużych tablic ze zdjęciami prezydenta i fragmentami jego wypowiedzi (opatrzonych nagłówkami - hasłami wyborczymi: „Polska państwo solidarne” „Prawda - prawo i sprawiedliwość” „Rodzina - przyszłość narodu”). Wy-stawę otwierali Marta Kaczyńska i Łopiński - wówczas kandydat PiS do Sejmu.
Od 2011 r. ekspozycja objeżdża Polskę. Wszędzie otwierają je z pompą politycy PiS, a relacjonują obszernie lokalne media. Trudno o lepszą okazję do promocji partii
Jak u staraliśmy, przygotowanie wystawy sponsorował SKOK Stefczyka, a jej objazd po kraju finansuje Fundacja im. Franciszka Stefczyka.
Ta ostatnia wyłożyła również pieniądze na konferencję „Lech Kaczyński - człowiek »Solidamości«” zorganizowaną przez FTiS we wrześniu 2012 r. Impreza anonsowana była jako Krajowa Konferencja. Ruchu Społecznego im. Lecha Kaczyńskiego z udziałem Marty Kaczyńskiej i Jarosława Kaczyńskiego. Ściągnęła do sali BHP gdańskiej stoczni tłumy sympatyków PiS i dziennikarzy.
Najgłośniejszą akcją FTiS była jednak przeprowadzona w ubiegłym roku zbiórka pieniędzy na tablicę upamiętniającą Lecha i Marię Kaczyńskich. Datki można było WTZucać do skarbonek w trójmiejskich oddziałach Kasy Stefczyka i sopckiej siedzibie PiS. Zebrano ponad 17 tys. zł. Obelisk jednak nie powstał, bo władze Sopotu nie wyraziły zgody na postawieniu go w miejscu wskazanym przez Fundację i radnych PiS.
Krąg piąty:
nowy kierunek.
CZYLI PIS WSPIERA FUNDACJĘ CZY FUNDACJA PIS
Szczególną rolę w układzie organizacji satelitarnych wokół PiS odgrywa, (a w każdym razie odgrywała do niedawna) Fundacja Nowy Kierunek.
Gdy powoływano ją w2011 r., prezesem został Bartłomiej Rajchert (wówczas dyrektor zarządzający PiS), a w radzie zasiedli skarbnik PiS Stanisław Kostrzewski i Grzegorz Pierzchalski. Dyrektor biura eurodeputowanych PiS.
„Newsweek” pisał, że FNKjest częścią stworzonego przez Jarosława. Kaczyńskiego „polityczno--biznesowego mechanizmu zasilanego państwowymi pieniędzmi” - żyje z tego, co zapłaci jej PiS. Faktycznie Fundacja, otrzymywała wynagrodzenie za rozmaite usługi świadczone na rzecz partii. m.in. produkcję filmików do internetu. organizację konwencji i wieczora wyborczego.
Ale, jak ustaliliśmy, zbierała też fundusze na własną rękę. I finansowała albo dofinansowywała z nich akcje wspierające działalność PiS. W ubiegłym roku, na wzór wystawy zorganizowanej przez Fundację Tożsamość i Solidarność, przygotowała własną-„Warto być Polakiem ”. Na kilkudziesięciu przenośnych tablicach prezentuje ona działalność i dorobek Lecha Kaczyńskiego.
Latem 2012 r. informowała na Facebooku, że w odpowiedzi na „ogromne zainteresowanie projektem” zamówiła, drugi zestaw tablic, dzięki czemu wystawa, odwiedzi więcej miast, „Realizowany przez nas projekt, wiąże się z dużymi nakładami finansowymi (...). Dotychczas uzyskane wsparcie od SKOK oraz gospodarzy kolejnych ekspozycji (...) nie pokrywa więcej niż połowy dotychczasowych kosztów” - pisała. I apelowała o darowizny.
Od kwietnia ub. roku do sierpnia br. wystawa odwiedziła 61 miast. Otwierali ją. zwykle posłowie PiS. W dragą rocznicę katastrofy smoleńskiej na. warszawskim Ursynowie otwierała ją Marta Kaczyńska, a parę dni później (w rocznicę pogrzebu prezydenckiej paiy) w Krakowie - Marta i Jarosław Kaczyńscy. W tym roku w dniu urodzin braci Kaczyńskich zawitała do Radomia, gdzie odsłaniano pomnik prezydenckiej pary. a kilka dni później w Sosnowcu towarzyszyła kongresowi PiS.
Do sukcesów Fundacji Nowy Kierunek zaliczyć można również zorganizowany w listopadzie ub. roku koncert węgierskiego zespołu Karpatia grającego patriotyczno-religijnego rocka. Darmowe wejściówki rozeszły się błyskawicznie. Trafiły m. in. do działaczy Forum Młodych PiS i Młodzieżowego Klubu Gazety Polskiej. Transmisję w internecie oglądało podobno kilka tysięcy osób. Inicjatorem koncertu był poseł PiS Artur Górski. Sponsorem Fundacja im. F. Stefczyka.
Kolejne imprezy pisowskich satelitów już 10 i l1 listopada.
ŹRÓDŁO
wtorek, 5 listopada 2013
Chcą zabić prawdę
Uważam, że zamach w Smoleńsku przygotowały polskie i
rosyjskie służby specjalne. Środowiska, które wywodzą się ze służb specjalnych
PRL
Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z mecenas MARIĄ SZONERT-BINIENDĄ
Jak doszło do tego, że trafiliście państwo do Stanów Zjednoczonych?
Jesteśmy emigracją polityczną, a nie ekonomiczną. Wyjechaliśmy w 1982 r., gdy byliśmy jeszcze piękni i młodzi. Dostaliśmy bilet w jedną stronę.
Już piękni i młodzi.
(śmiech) Mąż był wówczas na studiach doktoranckich na Politechnice Warszawskiej, wcześniej skończył Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych. Ja robiłam podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego byłam na dziennikarstwie.
Gorzej być nie mogło. Nieprzypadkowo śp. Jacek Maziarski dał wówczas słynne ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy”.
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Te studia rozpoczęłam jeszcze w czasie odwilży solidarnościowej. Na własne oczy i uszy doświadczyłam więc, jak błyskawicznie działa zniewolenie polityczne. Z dnia na dzień po 13 grudnia 1981 r. większość moich profesorów zmieniła poglądy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Natychmiast zaczęli śpiewać tak, jak WRONA kazała.
Po czymś takim łatwo zwątpić w ludzi.
Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z mecenas MARIĄ SZONERT-BINIENDĄ
Jak doszło do tego, że trafiliście państwo do Stanów Zjednoczonych?
Jesteśmy emigracją polityczną, a nie ekonomiczną. Wyjechaliśmy w 1982 r., gdy byliśmy jeszcze piękni i młodzi. Dostaliśmy bilet w jedną stronę.
Już piękni i młodzi.
(śmiech) Mąż był wówczas na studiach doktoranckich na Politechnice Warszawskiej, wcześniej skończył Wydział Samochodów i Maszyn Roboczych. Ja robiłam podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim. W momencie wprowadzenia stanu wojennego byłam na dziennikarstwie.
Gorzej być nie mogło. Nieprzypadkowo śp. Jacek Maziarski dał wówczas słynne ogłoszenie: „Szukam uczciwej pracy”.
To było bardzo ciekawe doświadczenie. Te studia rozpoczęłam jeszcze w czasie odwilży solidarnościowej. Na własne oczy i uszy doświadczyłam więc, jak błyskawicznie działa zniewolenie polityczne. Z dnia na dzień po 13 grudnia 1981 r. większość moich profesorów zmieniła poglądy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Natychmiast zaczęli śpiewać tak, jak WRONA kazała.
Po czymś takim łatwo zwątpić w ludzi.
środa, 23 października 2013
Niezatapialny rzecznik
Adam Hofman na Stanowisku rzecznika Prawa i Sprawiedliwości - wynika z
informacji „Wprost”. Mimo obyczajowych wpadek i frekwencyjnej porażki PiS w
stołecznym referendum.
Hofman ma zatem dużo szczęścia, bo po ujawnieniu przez „Wprost” nagrań, w których chwalił się długością swojego penisa w towarzystwie podległych sobie pracownic partii i składał niedwuznaczne propozycje, losy jego dalszej kariery nie były jasne. Zwłaszcza że nagrania zrobiły sporą medialną karierę.
ZMIĘKCZANIE PREZESA
Ale nie tylko szczęściu zawdzięcza Hofman swoje ocalenie. Z naszych informacji wynika, że w związku z ujawnieniem przez „Wprost” słynnych nagrań podjął zabiegi, by uratować własną pozycję. Już we wrześniową noc poprzedzającą publikację „Wprost” pojawił się w domu prezesa PiS o pierwszej w nocy, by go przygotować na nadchodzące wydarzenia i błagać o wybaczenie. Choć na takie zachowania nie odważali się dotąd nawet najwierniejsi współpracownicy Kaczyńskiego, Hofman osiągnął zamierzony cel - udało mu się nieco zmiękczyć prezesa. W efekcie nie doszło do udzielenia Hofmanowi nawet partyjnej nagany, choć były takie pomysły. Rzecznik miał się bronić, że jeśli on miałby zostać ukarany, to kara należałaby się także innym osobom widocznym na nagraniach, a więc Tomaszowi Kaczmar –kowi czy Adamowi Lipińskiemu. Wiadomo zaś, że zwłaszcza tego ostatniego Kaczyński nie ruszy.
Drugim ruchem Hofmana było wystąpienie wobec prezesa z propozycją ostrego włączenia się PiS w warszawską kampanię referendalną. Według tej propozycji znaczący udział miał w niej wziąć też sam Kaczyński. W efekcie partia i prezes zajęli się referendum, a rozliczenia z Hofmanem zostawiono na później. Bo co prawda Kaczyński na posiedzeniu komitetu politycznego partii miał zapowiadać wszczęcie wobec rzecznika postępowania dyscyplinarnego, ale nie nadał temu formalnego biegu. A w sprawach skandali czas, jak wiadomo, działa na korzyść ich bohaterów.
Merytoryka i strzępy
Piotr Gliński uważa, że trwa na niego nagonka. Dziennikarze robią z niego wariata, mówią, że na wszystko chce kandydować. A przecież to tylko trzy stanowiska.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Telewizja TVN to łobuzy - profesor mości się w swoim ulubionym fotelu i zagryza nerkowcem. Siedzimy w jego domu na Saskiej Kępie. Gospodarz nie ma najlepszego zdania o dziennikarzach. W telewizji nieustannie się go ośmiesza. Nasza rozmowa, jak słyszę, też może skończyć się w sądzie, ale najgorsi i tak są ci z TVN. - Kłamią i manipulują. Jestem tam formatowany, wycina się strzępy i podrzuca ludziom dla zabawy.
Lista zarzutów profesora jest długa. Na przykład: gdy kandydował na premiera, nigdy nie pokazano jego wystąpienia w całości. A ostatnio Janusz Piechociński perorował w telewizji przez godzinę. Na żywo ibez montażu.
Albo to. Pan Sobieniowski, reporter „Faktów”, przysłał asystentkę, która uparła się, żeby zadać pytanie: „Czy gdyby wygrał pan wybory prezydenckie, to chciałby pan być prezydentem wszystkich Polaków?’. Profesor za czwartym razem wreszcie odpowiedział, chyba na odczepnego: „Jeślibym już został tym prezydentem, to oczywiście, że chciałbym być prezydentem wszystkich Polaków. I potem puścili w „Faktach”, że Gliński chce być prezydentem wszystkich Polaków, ha, ha!
- Poza tym - ciągnie profesor - nigdy nie zaproszono mnie do żadnej dłuższej rozmowy. Jakichś Palikotów się zaprasza, a mnie - me.
- Nigdy pan nie był w „Faktach po faktach’? Wydawało mi się, że pana tam widziałem - pytam
- Byłem, ale bardzo rzadko, to jest cięte, krótkie. Najpierw Kalisz gada przez 20 minut, a potem ja mam krótkie wejście z prof. Śpiewakiem.
- Do „Kropki nad i” też nigdy pana nie zapraszano?
- Raz na samym początku, ale akurat nie odpowiadał mi dzień.
- Ale u Bogdana Rymanowskiego w to chyba był pan - mówię.
Profesor przyznaje, że był, ale prosi, żeby nie porównywać tego z „Kropką nad i”.
Lojalność
Przy ul. Nowogrodzkiej, gdzie mieści się główna siedziba PiS, żale Glińskiego budzą mieszane uczucia.
Mówi jeden z posłów PiS: - W wieczór referendalny zaprosili go do TVN24. Facet dostał prime time, mógł podziękować ludziom, którzy poszli zagłosować, a zaczął się kłócić i oskarżać dziennikarzy o kłamstwa. No, można tak, tylko po co?
Kaczyński nie wierzy w zamach
Wcale bym się nie zdziwił, gdyby udział prof. Rońdy w zespole Macierewicza był kolejną prowokacją Jerzego Urbana, a profesor odgrywał rolę współczesnej Anastazji P. - mówi nam Michał Kamiński, eurodeputowany, były polityk PiS.
Rozmawia MICHAŁ KRZYMOWSKI
NEWSWEEK: Dobrze pan zna Jarostawa Kaczyńskiego. Co on może myśleć o ekspertach Antoniego Macierewicza? Trotyl w żelatynie, bomba w gaśnicy, blefy prof. Rońdy, problemy z obsługą Skype’a...
MICHAŁ KAMIŃSKI: Na ostatniej konferencji Macierewicza widziałem wkurzonego prezesa. Proszę mi wierzyć. Ewidentnie miał poczucie, że to, co się tam wyprawia, jest skandalem. Jakkolwiek by na to patrzeć, ta kompromitacja odbywa się kosztem jego nieżyjącego brata.
Przecież to nie Antoni Macierewicz dzwonił jako Władimir Putin. To internauci.
- Ale Macierewicz i jego ludzie sami się o to prosili! Skype’a obsługują dziś nawet przedszkolaki, dosłownie.
Niech pan sam się nad tym zastanowi: Antoni Macierewicz najpierw podaje numer do publicznej wiadomości, a potem skarży się do prokuratury, że ktoś na ten numer zadzwonił. Czy to nie dowód na to, jak daleko ten człowiek odleciał?
W tym, co PiS robi w sprawie Smoleńska, nie ma żadnej racjonalności?
- Cóż, gołym okiem widać, że to, co wyprawia zespół Macierewicza, jest haniebną grą śmiercią 96 ludzi, którzy zginęli w strasznej katastrofie lotniczej. Najsmutniejsze jest jednak to, że Jarosław Kaczyński żyru je Antoniego Macierewicza w ten sam sposób, w jaki żyruje Adama Hofmana biegającego po polach Podkarpacia i robiącego to wszystko, co widzieliśmy w internecie. Na ile go znam, on zdaje sobie sprawę z ogromu zła, które popiera. Takiego zła w najbardziej elementarnym tego słowa znaczeniu. Jego kluczową motywacją jest utrzymanie przywództwa na prawicy, a Macierewicz i Hofman, zdaniem prezesa, są tego gwarantami. Dlatego musi ich autoryzować.
Kaczyński wie, że Macierewicz i Hofman są złem, ale wspiera ich, bo boi się zagrożenia na prawicy? Chyba pan przesadza.
- To mocna teza, wiem o tym, ale ja naprawdę tak uważam. Gdybym miał wytłumaczyć to inaczej, musiałbym zanegować dla mnie dość ewidentne intelektualne kompetencje Jarosława Kaczyńskiego. Kaczyński podobnie jak większość Polaków doskonale widzi, że ludzie z zespołu Macierewicza kompletnie się kompromitują, robią ludziom wodę z mózgu, a jednocześnie odzierają śmierć jego brata z powagi. Widzi też, że Hofman jest kompletnie zdemoralizowaną osobą, która ośmiesza i deprecjonuje PiS jako partię
O charakterze, powiedzmy, chrześcijańsko-patriotycznym. A jednak broni Macierewicza i Hofmana. Jeśli to nie jest cynizm i tolerowanie zła, to co to jest?
W jaki sposób Macierewicz i Hofman mogliby zagrozić jego przywództwu?
- Macierewicz ma niezwykle silną pozycję w prawicowym elektoracie i wypchnięty z PiS, mógłby napsuć Kaczyńskiemu sporo krwi. A strącenie Hofmana oznaczałoby przyznanie się do kolejnej personalnej porażki i jednocześnie wzięcie także na siebie odpowiedzialności za przegrane referendum. Przecież Kaczyński działał w tej kampanii na pierwszej linii frontu razem z Hofmanem. A wbrew temu, co się sądzi, Kaczyński bardzo się boi utraty autorytetu w partii.
Czyli pana zdaniem on w ogóle nie wierzy w zamach?
czwartek, 10 października 2013
Szef "Gazety Polskiej", uczeń Macierewicza. Tomasz Sakiewicz
Zagorzały katolik po rozwodzie. Zwolennik lustracji, który współpracuje z
byłymi działaczami PZPR. Dobry współpracownik, ale tylko dla tych,
którzy myślą tak jak on. Gdy odchodzą, zostają "ruskimi agentami".
Ma 46 lat i od trzech z sukcesem ciągnie medialny "kombajn" pisowskiej prawicy. Paliwem stała się katastrofa smoleńska i teoria zamachu, która znalazła tak wielu wyznawców, że Sakiewicz zaczął się rozpychać na rynku mediów.
Niszowy dotychczas tygodnik "Gazeta Polska" zanotował ogromny wzrost sprzedaży (w 2008 r. sprzedawano średnio 25 tys. egz., a w styczniu 2011 już prawie 90 tys.). Sakiewicz zrealizował swoje marzenie: dwa lata temu założył dziennik. Z rozmachem wszedł też na telewizyjny rynek jako współtwórca TV Republika.
Polityka i biznes
Sakiewicz to chłopak z żoliborskiego osiedla. Jego 14-letni ojciec wstąpił do AK pod koniec II wojny światowej. W wojnie walczył też dziadek Tomasza Sakiewicza. Zginął w 1942 roku w Auschwitz. Czas powojenny to dla ojca Sakiewicza powrót do szkoły, potem praca w stołecznym biurze projektów.
Matka - księgowa - zajmowała się domem. Sakiewicz chwali się babcią ze szlacheckiego rodu Raba. Może dlatego młody Sakiewicz zaczytywał się w "Trylogii" Henryka Sienkiewicza. Jego brat Michał jest starszy o dwa lata, w Warszawie prowadzi księgarnię prawniczą. Co miesiąc dba o nagłośnienie w czasie smoleńskich marszów na Krakowskim Przedmieściu.
Bracia byli bardzo religijni, jako nastolatkowie przekonali rodziców do odmawiania modlitwy przed posiłkiem.
Ministrantem został w podstawówce, co nie spodobało się ojcu. Obawiał się, że syn poczuje powołanie, a on chciał przedłużenia rodu. Potem był modlitewny ruch oazowy Światło i Życie zwalczany przez władze PRL. Kto miał na niego największy wpływ w dzieciństwie? Odpowiada: - Koledzy z oazy i książki.
Ukończył liceum im. Ludowego Lotnictwa Polskiego na warszawskich Bielanach. Tam próbował założyć organizację konspiracyjną. Jako 17-latek poznał Antoniego Macierewicza, wówczas wydawcę opozycyjnego "Głosu". Od niego chciał się uczyć opozycyjnej działalności. Ich przyjaźń trwa do dziś, poseł PiS jest ojcem chrzestnym syna Sakiewicza.
Studiował psychologię na UW. Dyplomu nie zrobił, skończył z absolutorium.
Na studiach zaczął tkać swoją opozycyjną legendę. Pod koniec lat 80. działał w NZS. Miał 22 lata, gdy za namową Macierewicza wstąpił do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. To był jednak tylko epizod.
Sakiewicz jest zagorzałym katolikiem. Praktycznie w każdą niedzielę można go spotkać na warszawskiej Woli u redemptorystów na mszy odprawianej w starym tradycyjnym rycie łacińskim. O swoim rozwodzie i drugiej żonie mówi niechętnie. Być może dlatego, że pierwszy ślub był kościelny, a drugi już nie. - Katolicy też grzeszą - ucina.
Z pierwszego małżeństwa ma córki Alicję i Marię. Pisał dla nich bajki, które po latach wydał. Jego druga żona jest ginekologiem. Dwa lata temu adoptowali bliźnięta - Konstantego i Mateusza. W 2008 r. Sakiewicz wciągnął teścia do swoich interesów. Razem założyli spółkę Rejtan, która rok temu wydała i sprzedawała raport o katastrofie smoleńskiej sejmowego zespołu Macierewicza.
Zapewnia, że nie chce być politykiem. Ale wygłasza płomienne przemówienia: "Mam prosty program polityczny dla wszystkich, którzy chcą zmiany!", i pisze: "W odpowiednim momencie wbijemy kołek osikowy w zmurszały układ". W PiS ma opinię człowieka budującego swoje polityczne zaplecze, przyczajonego, który czeka na to, co stanie się z partią, gdy Jarosław Kaczyński nie będzie nią już kierował.
Na razie Sakiewicz robi biznes. Zasiada we władzach dwóch spółek medialnych: w Niezależnym Wydawnictwie Polskim jest prezesem (wydaje "Gazetę Polską", miesięcznik "Nowe Państwo" i portal Niezalezna.pl.), w Telewizji Niezależnej (właściciel TV Republika) jest wiceprezesem. Jest też redaktorem naczelnym dwóch tytułów - "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie" (wydaje ją spółka zależna od Jarosława Kaczyńskiego i PiS). Jeszcze rok temu żalił się: - Czasem zaglądam do listów z banku informujących o debecie na moim koncie, patrzę na ponaglenia zapłaty rachunków i zastanawiam się, czy było warto.
W obu gazetach próżno szukać tekstów krytycznych o PiS.
Mistrza trzeba zabić
Z Piotrem Wierzbickim poznali się na początku lat 90. w dzienniku „Nowy Świat”, w1993 r. wspólnie założyli „Gazetę Polską”. Miała być potęgą prawicowej prasy. Z „Gazetą Polską” Sakiewicz już się nie rozstał, mimo że za rządów PiS posypały się inne propozycje: prowadził wywiady w radiowych „Sygnałach dnia”, dostał też swoją popołudniową. audycję, a w TVP weekendowy program „Pod prasą”.
Kariera Sakiewicza nabrała tempa w czerwcową noc 2005 r. Wierzbicki, ówczesny redaktor naczelny „GP”, oskarżył Sakiewicza (szefa działu krajowego, członka zarządu spółki) o to, że przyszedł do niego z propozycją kryptoreklamy: gazeta miała publikować korzystne dla firmy komunikacyjnej teksty bez informacji, że są sponsorowane. Sakiewicz odrzuca te zarzuty. Jeszcze tej samej nocy obaj jadą do drukarni. Wierzbicki dojeżdża pierwszy, ściąga z łamów tekst Sakiewicza i wstawia. swój pt, „Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego”. Gdy wychodzi, Sakiewicz zdejmuje tekst i w to miejsce daje własny pt.. „Koniec ery Michnika”.
Dziś Wierzbicki obiecuje: - Przyjdzie czas, że we własnym tekście opowiem o zamachu na „Gazetę Polską”.
Sakiewicz tylko wzrusza ramionami: - Rozwody są trudne.
Trzy lata po nocnej zmianie w małym piśmie studenckim Sakiewicz powie o Wierzbickim: „Był moim mistrzem. To on nauczył mnie dziennikarstwa. Ale musiałem zabić swojego mistrza. Okoliczności nie pozostawiły mi wyboru”. Czy powtórzyłby te słowa? - Redakcja to uprościła, dziś mogę powiedzieć: to, co Piotr zrobił dobrego dla gazety, zostanie docenione
- odpowiada.
Jest bezwzględny, nawet wobec tych, których kiedyś nazywał przyjaciółmi. O Januszu Miernickim. byłym prezesie Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, który był świadkiem na jego ślubie, „Gazeta Polska” pisała, gdy się pokłócili: „Mrożące krew w żyłach informacje dochodzą do nas o tym, co robił w latach sześćdziesiątych”.
W 2004 r. z dziennikarką Elizą Michalik razem napisali książkę „Układ”. Dwa lata później Sakiewicz napisał w jej wypowiedzeniu, że była rosyjską agentką o pseudonimie „Natasza” i działała na szkodę redakcji. „Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na wa
runkach podyktowanych przeze mnie” - wspominała w „Polityce”.
Do katastrofy smoleńskiej paliwem mediów Sakiewicza była lustracja. Sakiewiczowi ani nie przeszkadzało wtedy, ani nie przeszkadza dziś to, że publikują u niego byli działacze PZPR Marcin Wolski i Jerzy Targalski, a pieniądze z kasy PiS wypłaca mu skarbnik Stanisław Kostrzewski, również z przeszłością w PZPR: tylko w 2010 r. do wydawnictwa Sakiewicza poszło 170 tys. zł.
- Nigdy nie mówiłem, że członek PZPR nie może współpracować z moją gazetą, jedynie napominałem, żeby tego nie ukrywać - mówi Sakiewicz.
Ma mieszkanie na kredyt w Warszawie i kilkunastoletnie auto, którym jeździ jego żona. Sam nie ma prawa jazdy. Bezskuteczne próby jego zdobycia tłumaczy spiskowo, np. w Płocku wykreślono go z listy zdających, bo pojawiły się informacje, że ma zostać aresztowany za jedną z publikacji lustracyjnych.
W tym roku Sakiewicz po raz pierwszy zorganizował własny bal dla „dziennikarzy niepokornych”. Mottem były słowa Jacka Kaczmarskiego: „Jestem postacią na wskroś tragiczną / Najtrudniejszegom dokonał wyboru / Między obozem dla nieprawomyślnych / A honorami i łaską dworu”
ŻRÓDŁO
Ma 46 lat i od trzech z sukcesem ciągnie medialny "kombajn" pisowskiej prawicy. Paliwem stała się katastrofa smoleńska i teoria zamachu, która znalazła tak wielu wyznawców, że Sakiewicz zaczął się rozpychać na rynku mediów.
Niszowy dotychczas tygodnik "Gazeta Polska" zanotował ogromny wzrost sprzedaży (w 2008 r. sprzedawano średnio 25 tys. egz., a w styczniu 2011 już prawie 90 tys.). Sakiewicz zrealizował swoje marzenie: dwa lata temu założył dziennik. Z rozmachem wszedł też na telewizyjny rynek jako współtwórca TV Republika.
Polityka i biznes
Sakiewicz to chłopak z żoliborskiego osiedla. Jego 14-letni ojciec wstąpił do AK pod koniec II wojny światowej. W wojnie walczył też dziadek Tomasza Sakiewicza. Zginął w 1942 roku w Auschwitz. Czas powojenny to dla ojca Sakiewicza powrót do szkoły, potem praca w stołecznym biurze projektów.
Matka - księgowa - zajmowała się domem. Sakiewicz chwali się babcią ze szlacheckiego rodu Raba. Może dlatego młody Sakiewicz zaczytywał się w "Trylogii" Henryka Sienkiewicza. Jego brat Michał jest starszy o dwa lata, w Warszawie prowadzi księgarnię prawniczą. Co miesiąc dba o nagłośnienie w czasie smoleńskich marszów na Krakowskim Przedmieściu.
Bracia byli bardzo religijni, jako nastolatkowie przekonali rodziców do odmawiania modlitwy przed posiłkiem.
Ministrantem został w podstawówce, co nie spodobało się ojcu. Obawiał się, że syn poczuje powołanie, a on chciał przedłużenia rodu. Potem był modlitewny ruch oazowy Światło i Życie zwalczany przez władze PRL. Kto miał na niego największy wpływ w dzieciństwie? Odpowiada: - Koledzy z oazy i książki.
Ukończył liceum im. Ludowego Lotnictwa Polskiego na warszawskich Bielanach. Tam próbował założyć organizację konspiracyjną. Jako 17-latek poznał Antoniego Macierewicza, wówczas wydawcę opozycyjnego "Głosu". Od niego chciał się uczyć opozycyjnej działalności. Ich przyjaźń trwa do dziś, poseł PiS jest ojcem chrzestnym syna Sakiewicza.
Studiował psychologię na UW. Dyplomu nie zrobił, skończył z absolutorium.
Na studiach zaczął tkać swoją opozycyjną legendę. Pod koniec lat 80. działał w NZS. Miał 22 lata, gdy za namową Macierewicza wstąpił do Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. To był jednak tylko epizod.
Sakiewicz jest zagorzałym katolikiem. Praktycznie w każdą niedzielę można go spotkać na warszawskiej Woli u redemptorystów na mszy odprawianej w starym tradycyjnym rycie łacińskim. O swoim rozwodzie i drugiej żonie mówi niechętnie. Być może dlatego, że pierwszy ślub był kościelny, a drugi już nie. - Katolicy też grzeszą - ucina.
Z pierwszego małżeństwa ma córki Alicję i Marię. Pisał dla nich bajki, które po latach wydał. Jego druga żona jest ginekologiem. Dwa lata temu adoptowali bliźnięta - Konstantego i Mateusza. W 2008 r. Sakiewicz wciągnął teścia do swoich interesów. Razem założyli spółkę Rejtan, która rok temu wydała i sprzedawała raport o katastrofie smoleńskiej sejmowego zespołu Macierewicza.
Zapewnia, że nie chce być politykiem. Ale wygłasza płomienne przemówienia: "Mam prosty program polityczny dla wszystkich, którzy chcą zmiany!", i pisze: "W odpowiednim momencie wbijemy kołek osikowy w zmurszały układ". W PiS ma opinię człowieka budującego swoje polityczne zaplecze, przyczajonego, który czeka na to, co stanie się z partią, gdy Jarosław Kaczyński nie będzie nią już kierował.
Na razie Sakiewicz robi biznes. Zasiada we władzach dwóch spółek medialnych: w Niezależnym Wydawnictwie Polskim jest prezesem (wydaje "Gazetę Polską", miesięcznik "Nowe Państwo" i portal Niezalezna.pl.), w Telewizji Niezależnej (właściciel TV Republika) jest wiceprezesem. Jest też redaktorem naczelnym dwóch tytułów - "Gazety Polskiej" i "Gazety Polskiej Codziennie" (wydaje ją spółka zależna od Jarosława Kaczyńskiego i PiS). Jeszcze rok temu żalił się: - Czasem zaglądam do listów z banku informujących o debecie na moim koncie, patrzę na ponaglenia zapłaty rachunków i zastanawiam się, czy było warto.
W obu gazetach próżno szukać tekstów krytycznych o PiS.
Mistrza trzeba zabić
Z Piotrem Wierzbickim poznali się na początku lat 90. w dzienniku „Nowy Świat”, w1993 r. wspólnie założyli „Gazetę Polską”. Miała być potęgą prawicowej prasy. Z „Gazetą Polską” Sakiewicz już się nie rozstał, mimo że za rządów PiS posypały się inne propozycje: prowadził wywiady w radiowych „Sygnałach dnia”, dostał też swoją popołudniową. audycję, a w TVP weekendowy program „Pod prasą”.
Kariera Sakiewicza nabrała tempa w czerwcową noc 2005 r. Wierzbicki, ówczesny redaktor naczelny „GP”, oskarżył Sakiewicza (szefa działu krajowego, członka zarządu spółki) o to, że przyszedł do niego z propozycją kryptoreklamy: gazeta miała publikować korzystne dla firmy komunikacyjnej teksty bez informacji, że są sponsorowane. Sakiewicz odrzuca te zarzuty. Jeszcze tej samej nocy obaj jadą do drukarni. Wierzbicki dojeżdża pierwszy, ściąga z łamów tekst Sakiewicza i wstawia. swój pt, „Przychodzi Sakiewicz do Wierzbickiego”. Gdy wychodzi, Sakiewicz zdejmuje tekst i w to miejsce daje własny pt.. „Koniec ery Michnika”.
Dziś Wierzbicki obiecuje: - Przyjdzie czas, że we własnym tekście opowiem o zamachu na „Gazetę Polską”.
Sakiewicz tylko wzrusza ramionami: - Rozwody są trudne.
Trzy lata po nocnej zmianie w małym piśmie studenckim Sakiewicz powie o Wierzbickim: „Był moim mistrzem. To on nauczył mnie dziennikarstwa. Ale musiałem zabić swojego mistrza. Okoliczności nie pozostawiły mi wyboru”. Czy powtórzyłby te słowa? - Redakcja to uprościła, dziś mogę powiedzieć: to, co Piotr zrobił dobrego dla gazety, zostanie docenione
- odpowiada.
Jest bezwzględny, nawet wobec tych, których kiedyś nazywał przyjaciółmi. O Januszu Miernickim. byłym prezesie Niezależnego Wydawnictwa Polskiego, który był świadkiem na jego ślubie, „Gazeta Polska” pisała, gdy się pokłócili: „Mrożące krew w żyłach informacje dochodzą do nas o tym, co robił w latach sześćdziesiątych”.
W 2004 r. z dziennikarką Elizą Michalik razem napisali książkę „Układ”. Dwa lata później Sakiewicz napisał w jej wypowiedzeniu, że była rosyjską agentką o pseudonimie „Natasza” i działała na szkodę redakcji. „Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na wa
runkach podyktowanych przeze mnie” - wspominała w „Polityce”.
Do katastrofy smoleńskiej paliwem mediów Sakiewicza była lustracja. Sakiewiczowi ani nie przeszkadzało wtedy, ani nie przeszkadza dziś to, że publikują u niego byli działacze PZPR Marcin Wolski i Jerzy Targalski, a pieniądze z kasy PiS wypłaca mu skarbnik Stanisław Kostrzewski, również z przeszłością w PZPR: tylko w 2010 r. do wydawnictwa Sakiewicza poszło 170 tys. zł.
- Nigdy nie mówiłem, że członek PZPR nie może współpracować z moją gazetą, jedynie napominałem, żeby tego nie ukrywać - mówi Sakiewicz.
Ma mieszkanie na kredyt w Warszawie i kilkunastoletnie auto, którym jeździ jego żona. Sam nie ma prawa jazdy. Bezskuteczne próby jego zdobycia tłumaczy spiskowo, np. w Płocku wykreślono go z listy zdających, bo pojawiły się informacje, że ma zostać aresztowany za jedną z publikacji lustracyjnych.
W tym roku Sakiewicz po raz pierwszy zorganizował własny bal dla „dziennikarzy niepokornych”. Mottem były słowa Jacka Kaczmarskiego: „Jestem postacią na wskroś tragiczną / Najtrudniejszegom dokonał wyboru / Między obozem dla nieprawomyślnych / A honorami i łaską dworu”
ŻRÓDŁO
środa, 9 października 2013
Hofman na włosku
Warszawskie referendum to dla Adama Hofmana być albo
nie być.
Jeśli PiS przegra, partia zażąda jego głowy A prezes nie będzie go bronić.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Dom pielgrzyma Amicus przy
parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu to dla szefa Prawa i Sprawiedliwości miejsce szczególne. Za komuny Jarosław Kaczyński przychodził do tutejszego kościoła na msze odprawiane przez księdza Jerzego Popiełuszkę, a dziewięć miesięcy temu żegnał tu matkę - w domu pielgrzyma odbyła się stypa po jej pogrzebie.
Litera W i afera centymetrowa
Czwartek, około godziny 19. Na parkingu przed kościołem św. Stanisława Kostki stoją autokary, którymi zwieziono posłów. PiS ostatnio upatrzyło sobie dom pielgrzyma jako miejsce wyjazdowych posiedzeń klubu. Trwa dyscyplinujące przemówienie prezesa na temat wykorzystania litery W w kampanii referendalnej.
- Wiem, że budzi to kontrowersje także wewnątrz partii, bo przychodziły do mnie w tej sprawie różne osoby, ale nie wycofamy się z tej strategii. Proszę, żeby z nią nie polemizować, tylko ją realizować - mówi Kaczyński. Posłowie nie mają wątpliwości: broniąc kampanii, prezes tak naprawdę broni jej autora Adama Hofmana, który jakby przeczuwając, że stanie się tematem wieczoru, nie pojawił się na Żoliborzu. W sali są tylko jego współpracownicy.
Słuchają prezesa, robią notatki.
Głos zabiera Zbigniew Dolata, partyjny rywal Hofmana w okręgu konińskim.
- W moim regionie do partii przyjęto byłego funkcjonariusza ORMO, a kierownictwo okręgu powierzyło mu funkcję pełnomocnika komitetu terenowego. Czy
tacy ludzie powinni być w PiS? - pyta.
Nazwisko Hofmana nie pada, ale dla wszystkich jest jasne, że awansowanie ormowca to jego sprawka. Rozumie to też prezes, który za dwa dni ma wizytować Tarek, jedno z miast okręgu konińskiego. - Jeśli zobaczę tego ormowca w sali, to przerwę spotkanie i wyjdę. Dla takich ludzi nie ma miejsca w naszych szeregach
- mówi twardo.
Po Dolacie do dyskusji zapisuje się Jan Dziedziczak, były rzecznik rządu Jarosława Kaczyńskiego i bliski współpracownik Adama Bielana. Wiadomo, że będzie o Hofmanie.
- Polityka medialna klubu jest zła. Mamy 137 posłów, w tym wiele merytorycznych osób, profesorów, a do mediów chodzi zaledwie kilku ludzi. Poza tym nie może być tak, że największym obciążeniem wizerunkowym partii jest nasz rzecznik.
- Dziedziczak lekko się miesza. Mówiąc o aferze centymetrowej, ma na myśli wybryki Hofmana, który podczas kampanii na Podkarpaciu opowiadał pracownicom
biura PiS o długości swojego przyrodzenia. - To nawet księża i zakonnicy się od nas odwracają. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma. Coraz bardziej skłaniają się w stronę Gowina - dodaje Dziedziczak.
Wreszcie głos zabiera Kaczyński. - Nasi profesorowie zostaną wykorzystani, jak dojdziemy do władzy. Ale czy poradziliby sobie w ostrych dyskusjach? Tam jest przecież pięciu na jednego. Czterech polityków i dziennikarz przeciw posłowi PiS.
Jako dowódca wolę mieć wojsko rozpite, ale bitne niż grzeczne i ostrożne - mówi.
Posłowie są zaskoczeni. Nie dość, że prezes spostponował profesorów i pod-szczypał Dziedziczaka, zdeklarowanego abstynenta, to jeszcze rozgrzeszy! pijaństwo Hofmana.
Pytam jednego z posłów sympatyzujących z rzecznikiem partii o wrażenia z ostatniej wizyty w Amicusie: - Dziedziczak się przeliczył, myślał, że ludzie przyłączą się do grillowania Hofmana, a tak się nie stało. Kiedy mówił o aferze centymetrowej, prezes patrzył na niego z pobłażaniem. Znam miny szefa, więc wiem, co mówię.
- Adam dostał parasol ochronny do referendum. Jeśli będzie sukces, winy zostaną mu odpuszczone.
- A jeśli przegracie?
- Wtedy ludzie zażądają rozliczeń. Czyjaś głowa będzie musiała spaść. Nagle okaże się, że W wymyślone przez Hofmana jednak zaszkodziło, że za partią cały czas ciągnie się sprawa jego popisów na Podkarpaciu...
- Ale przecież sam pan powiedział, że prezes Kaczyński położył na szali tej kampanii własny autorytet, więc może jednak...
- a pamięta pan wybory parlamentarne w 2011roku? W ostatnim tygodniu kampanii najbardziej zaszkodziły nam wypowiedzi na temat Angeli Merkel i to,
że prezesa poniosły nerwy. A wie pan, jaka dziś obowiązuje wersja? Że przegraliśmy, bo Platforma wypuściła spot straszący ludźmi spod krzyża i kibolami.
Szafot dla Hofmana został już nawet ustawiony. Na ostatnim posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że wybryki z Podkarpacia zostaną „wyjaśnione w postępowaniu dyscyplinarnym”. Na czas po referendum przełożono też posiedzenie
rady politycznej, która wybierze nowy komitet polityczny partii. Hofman dziś w nim jest, ale czy będzie, jeśli PiS przegra?
Poseł PiS: - Po wyborach na Podkarpaciu atmosfera wokół Hofmana zrobiła się fatalna. Prezes, co tu dużo mówić, jest pruderyjny i rozmowy z kobietami o długości członka musiały go zniesmaczyć. A w sprawie tego incydentu interweniowali też duchowni związani z Toruniem. Podobno padł nawet postulat: „Panie prezesie, tego człowieka nie można dłużej żyrować”.
Pozycji Hofmana z pewnością nie poprawił też opublikowany przez „Super Express” sondaż Homo Homini. Wynika z niego, że aż 34 proc. respondentów widzi w rzeczniku PiS następcę Kaczyńskiego.
Badanie było jednak tendencyjne, bo uwzględniono w nim tylko Piotra Glińskiego, Beatę Szydło, Joachima Brudzińskiego i Adama Lipińskiego, a Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego już nie.
Część polityków PiS mówi, że publikacja tego badania to nie przypadek i przypomina historię podobnego sondażu, który w 2009 r. zamówiła „Gazeta Wyborcza”. Wyszło wówczas, że gdyby na czele PiS stał Zbigniew Ziobro, to notowania partii skoczyłyby o siedem procent. Wynik poszedł w świat i się zaczęło. Najpierw Ziobro
dostał od Mariusza Błaszczaka zakaz występów w mediach. Kiedy poszedł na skargę do Kaczyńskiego, dowiedział się, że powinien zabierać głos tylko na temat śledztw trwających w jego sprawie. Potem biuro klubu parlamentarnego zaczęło mu robić problemy za zwoływanie konferencji prasowych w Sejmie, a na koniec usłyszał od prezesa: - Pana chód jest zbyt pewny. Powinien pan go zmienić, bo źle to wygląda.
Ludzie Ziobry mówili wówczas, że sondaż został zainspirowany przez jego głównego przeciwnika w partii Adama Bielana, który był blisko prezesa i dobrze znał jego czułe punkty. Dziś podobne hipotezy snuje Hofman wraz ze swoimi współpracownikami. - Od czasu taśm z Podkarpacia Bielan nie wychodzi z telewizji. Dziennikarze go pytają, czy wraca do PiS, a on robi cielęce oczy i mówi, że bardzo by chciał, że żałuje za grzechy, ale przecież to nie od niego zależy. Sondaż to na pewno jego robota. Pominięcie Macierewicza i Kamińskiego pokazuje, że komuś zależało na tym, żeby to Hofman został nowym delfinem - mówi jeden z posłów. Jeśli prezes zareaguje na ten sondaż tak jak w przypadku badań dotyczących Ziobry, to w partii rozpocznie się proces powolnej, ale metodycznej marginalizacji obecnego rzecznika PiS. A wtedy Bielan może wskoczyć na miejsce Hofmana. W PiS i jego okolicach nie ma innego równie utalentowanego spin doktora.
Przepraszam to za mato
Dwa dni po wycieku taśm z Podkarpacia zebranie z pracownikami biura klubu PiS.
- Proszę, żeby od tej zgłaszać wszystkie przypadki spoufalania się posłów - zarządza szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
Kilka godzin później zostaje zwołane posiedzenie klubu parlamentarnego. Hofmana nie ma, ale dyskusja na jego temat trwa w najlepsze. Do głosu zapisało się z dziesięć osób, wszyscy w tej samej sprawie: „Zachowanie naszego rzecznika było niedopuszczalne”, „Na Podkarpaciu zdeklasowaliśmy rywali, a wszyscy i tak mówią o Hofmanie”, „Czy nasz rzecznik w ogóle autoryzował wywiad prezesa dla »Rzeczpospolitej«, który ukazał się w czasie Forum Ekonomicznego w Krynicy? Czy może był zbyt zajęty innymi sprawami?”. Wreszcie dyskusje przerywa Błaszczak. - To, co się stało, nie jest winą pracowników biura klubu. To posłowie muszą skończyć fraternizowanie się z nimi
- mówi. Nazwisko Hofmana nie pada, ale jak na Błaszczaka, który zawsze trzyma się z daleko od partyjnych konfliktów, to i tak odważna deklaracja.
Dwa dni później dochodzi do kolejnego posiedzenia klubu. Tym razem Hofman się zjawia. Pod koniec spotkania prosi o głos i przeprasza posłów. Odpowiada mu milczenie, tylko z tylnego rzędu ktoś krzyczy: - To za mało!
Mówi poseł PiS: - Lista osób, które chciałyby zmiany rzecznika partii, jest długa. Są na niej politycy rywalizujący z nim o miejsce w najważniejszych programach telewizyjnych. Posłowie, których biuro prasowe całkowicie powycinało z mediów. Ludzie sympatyzujący z Bielanem, starzy działacze zazdrośni o dostęp do prezesa.
Jednym z głównych antagonistów Hofmana jest rzecznik klubowej dyscypliny PiS Marek Suski. Wzajemna niechęć trwa od 2007 roku, gdy Suski, rozliczając Hofmana z sejmowych nieobecności, kazał mu przedstawić zaświadczenie
o pogrzebie babci. Kiedy Hofman je przyniósł, Suski powiedział, że to mało i zażądał pisma przewodniego. Czas zemsty nadszedł dwa i pół roku temu. Hofman został rzecznikiem partii i nałożył na Suskiego zakaz występów w mediach. Te relacje mają też drugie dno: Suski zabiega
o powrót do partii Bielana, który zatrudnia jego ludzi w swoim biurze poselskim. Jeśli PiS poniesie porażkę w referendum, Suski z pewnością chętnie się zajmie postępowaniem dyscyplinarnym wobec Hofmana.
Zwolennikiem powrotu Bielana jest także europoseł Ryszard Czarnecki. On z kolei ma dług wdzięczności wobec dawnego spin doktora, który w 2008 r. wprowadził go do PiS. W partii nie jest też tajemnicą, że rywalizuje z Hofmanem o występy w mediach i dostęp do prezesa. Dziś na dworze Kaczyńskiego mają podobną pozycję i są dla siebie przeciwwagą: pomysły Hofmana prezes omawia z Czarneckim, a o kontakty Czarneckiego z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim wypytuje Hofmana.
Jeden ze starych działaczy PiS: - Rysiek przebył długą drogę. Pamiętam, że jeszcze w 2008 r. wystawał pod drzwiami szefa godzinami. Zdarzało się, że widząc jego i szeregowych pracowników biura, prezes spoglądał na tych drugich i mówił: „Panowie, zapraszam”.
Czarnecki się tym nie zrażał, był cierpliwy. Siedział długo, aż wyrąbał sobie obecną pozycję. Dziś jest częstym gościem Kaczyńskiego. Jednym z jego sojuszników w PiS jest Błaszczak, który także ma nie najlepsze relacje z Hofmanem. Głównie dlatego, że został wypchnięty z „Siódmego dnia tygodnia” w Radiu Zet i „Kawy na ławę” w TVN 24 - Czarnecki i Błaszczak grają przeciw Hofmanowi razem. Rysiu to stary lis. Wie, że w Sejmie najluźniejsze są poniedziałki, bo wszyscy posłowie siedzą w swoich okręgach. Dlatego rano przyjeżdża na Wiejską, wkłada głowę do gabinetu Błaszczaka i pyta: „Co słychać?”. Jak nic, to wchodzi. Czasem jeszcze zaprasza Mariusza na obiad na mieście. Jest europosłem, więc stać go - opowiada jeden z polityków PiS.
Na wynik warszawskiego referendum z niecierpliwością czekają też pozostali współpracownicy Kaczyńskiego: Joachim Brudziński, Stanisław Kostrzewski i Marek Kuchciński. Jeśli będzie niekorzystny, przyjdą po Hofmana. W tej sytuacji prezes nie będzie go bronić.
ŹRÓDŁO
Jeśli PiS przegra, partia zażąda jego głowy A prezes nie będzie go bronić.
MICHAŁ KRZYMOWSKI
Dom pielgrzyma Amicus przy
parafii św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu to dla szefa Prawa i Sprawiedliwości miejsce szczególne. Za komuny Jarosław Kaczyński przychodził do tutejszego kościoła na msze odprawiane przez księdza Jerzego Popiełuszkę, a dziewięć miesięcy temu żegnał tu matkę - w domu pielgrzyma odbyła się stypa po jej pogrzebie.
Litera W i afera centymetrowa
Czwartek, około godziny 19. Na parkingu przed kościołem św. Stanisława Kostki stoją autokary, którymi zwieziono posłów. PiS ostatnio upatrzyło sobie dom pielgrzyma jako miejsce wyjazdowych posiedzeń klubu. Trwa dyscyplinujące przemówienie prezesa na temat wykorzystania litery W w kampanii referendalnej.
- Wiem, że budzi to kontrowersje także wewnątrz partii, bo przychodziły do mnie w tej sprawie różne osoby, ale nie wycofamy się z tej strategii. Proszę, żeby z nią nie polemizować, tylko ją realizować - mówi Kaczyński. Posłowie nie mają wątpliwości: broniąc kampanii, prezes tak naprawdę broni jej autora Adama Hofmana, który jakby przeczuwając, że stanie się tematem wieczoru, nie pojawił się na Żoliborzu. W sali są tylko jego współpracownicy.
Słuchają prezesa, robią notatki.
Głos zabiera Zbigniew Dolata, partyjny rywal Hofmana w okręgu konińskim.
- W moim regionie do partii przyjęto byłego funkcjonariusza ORMO, a kierownictwo okręgu powierzyło mu funkcję pełnomocnika komitetu terenowego. Czy
tacy ludzie powinni być w PiS? - pyta.
Nazwisko Hofmana nie pada, ale dla wszystkich jest jasne, że awansowanie ormowca to jego sprawka. Rozumie to też prezes, który za dwa dni ma wizytować Tarek, jedno z miast okręgu konińskiego. - Jeśli zobaczę tego ormowca w sali, to przerwę spotkanie i wyjdę. Dla takich ludzi nie ma miejsca w naszych szeregach
- mówi twardo.
Po Dolacie do dyskusji zapisuje się Jan Dziedziczak, były rzecznik rządu Jarosława Kaczyńskiego i bliski współpracownik Adama Bielana. Wiadomo, że będzie o Hofmanie.
- Polityka medialna klubu jest zła. Mamy 137 posłów, w tym wiele merytorycznych osób, profesorów, a do mediów chodzi zaledwie kilku ludzi. Poza tym nie może być tak, że największym obciążeniem wizerunkowym partii jest nasz rzecznik.
- Dziedziczak lekko się miesza. Mówiąc o aferze centymetrowej, ma na myśli wybryki Hofmana, który podczas kampanii na Podkarpaciu opowiadał pracownicom
biura PiS o długości swojego przyrodzenia. - To nawet księża i zakonnicy się od nas odwracają. Ostatnio rozmawiałem z kilkoma. Coraz bardziej skłaniają się w stronę Gowina - dodaje Dziedziczak.
Wreszcie głos zabiera Kaczyński. - Nasi profesorowie zostaną wykorzystani, jak dojdziemy do władzy. Ale czy poradziliby sobie w ostrych dyskusjach? Tam jest przecież pięciu na jednego. Czterech polityków i dziennikarz przeciw posłowi PiS.
Jako dowódca wolę mieć wojsko rozpite, ale bitne niż grzeczne i ostrożne - mówi.
Posłowie są zaskoczeni. Nie dość, że prezes spostponował profesorów i pod-szczypał Dziedziczaka, zdeklarowanego abstynenta, to jeszcze rozgrzeszy! pijaństwo Hofmana.
Pytam jednego z posłów sympatyzujących z rzecznikiem partii o wrażenia z ostatniej wizyty w Amicusie: - Dziedziczak się przeliczył, myślał, że ludzie przyłączą się do grillowania Hofmana, a tak się nie stało. Kiedy mówił o aferze centymetrowej, prezes patrzył na niego z pobłażaniem. Znam miny szefa, więc wiem, co mówię.
Cielęce oczy spin doktora
- To znaczy, że winy Hofmana zostały wybaczone? - zwracam
się do członka komitetu politycznego PiS, zaufanego- Adam dostał parasol ochronny do referendum. Jeśli będzie sukces, winy zostaną mu odpuszczone.
- A jeśli przegracie?
- Wtedy ludzie zażądają rozliczeń. Czyjaś głowa będzie musiała spaść. Nagle okaże się, że W wymyślone przez Hofmana jednak zaszkodziło, że za partią cały czas ciągnie się sprawa jego popisów na Podkarpaciu...
- Ale przecież sam pan powiedział, że prezes Kaczyński położył na szali tej kampanii własny autorytet, więc może jednak...
- a pamięta pan wybory parlamentarne w 2011roku? W ostatnim tygodniu kampanii najbardziej zaszkodziły nam wypowiedzi na temat Angeli Merkel i to,
że prezesa poniosły nerwy. A wie pan, jaka dziś obowiązuje wersja? Że przegraliśmy, bo Platforma wypuściła spot straszący ludźmi spod krzyża i kibolami.
Szafot dla Hofmana został już nawet ustawiony. Na ostatnim posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że wybryki z Podkarpacia zostaną „wyjaśnione w postępowaniu dyscyplinarnym”. Na czas po referendum przełożono też posiedzenie
rady politycznej, która wybierze nowy komitet polityczny partii. Hofman dziś w nim jest, ale czy będzie, jeśli PiS przegra?
Poseł PiS: - Po wyborach na Podkarpaciu atmosfera wokół Hofmana zrobiła się fatalna. Prezes, co tu dużo mówić, jest pruderyjny i rozmowy z kobietami o długości członka musiały go zniesmaczyć. A w sprawie tego incydentu interweniowali też duchowni związani z Toruniem. Podobno padł nawet postulat: „Panie prezesie, tego człowieka nie można dłużej żyrować”.
Pozycji Hofmana z pewnością nie poprawił też opublikowany przez „Super Express” sondaż Homo Homini. Wynika z niego, że aż 34 proc. respondentów widzi w rzeczniku PiS następcę Kaczyńskiego.
Badanie było jednak tendencyjne, bo uwzględniono w nim tylko Piotra Glińskiego, Beatę Szydło, Joachima Brudzińskiego i Adama Lipińskiego, a Antoniego Macierewicza i Mariusza Kamińskiego już nie.
Część polityków PiS mówi, że publikacja tego badania to nie przypadek i przypomina historię podobnego sondażu, który w 2009 r. zamówiła „Gazeta Wyborcza”. Wyszło wówczas, że gdyby na czele PiS stał Zbigniew Ziobro, to notowania partii skoczyłyby o siedem procent. Wynik poszedł w świat i się zaczęło. Najpierw Ziobro
dostał od Mariusza Błaszczaka zakaz występów w mediach. Kiedy poszedł na skargę do Kaczyńskiego, dowiedział się, że powinien zabierać głos tylko na temat śledztw trwających w jego sprawie. Potem biuro klubu parlamentarnego zaczęło mu robić problemy za zwoływanie konferencji prasowych w Sejmie, a na koniec usłyszał od prezesa: - Pana chód jest zbyt pewny. Powinien pan go zmienić, bo źle to wygląda.
Ludzie Ziobry mówili wówczas, że sondaż został zainspirowany przez jego głównego przeciwnika w partii Adama Bielana, który był blisko prezesa i dobrze znał jego czułe punkty. Dziś podobne hipotezy snuje Hofman wraz ze swoimi współpracownikami. - Od czasu taśm z Podkarpacia Bielan nie wychodzi z telewizji. Dziennikarze go pytają, czy wraca do PiS, a on robi cielęce oczy i mówi, że bardzo by chciał, że żałuje za grzechy, ale przecież to nie od niego zależy. Sondaż to na pewno jego robota. Pominięcie Macierewicza i Kamińskiego pokazuje, że komuś zależało na tym, żeby to Hofman został nowym delfinem - mówi jeden z posłów. Jeśli prezes zareaguje na ten sondaż tak jak w przypadku badań dotyczących Ziobry, to w partii rozpocznie się proces powolnej, ale metodycznej marginalizacji obecnego rzecznika PiS. A wtedy Bielan może wskoczyć na miejsce Hofmana. W PiS i jego okolicach nie ma innego równie utalentowanego spin doktora.
Przepraszam to za mato
Dwa dni po wycieku taśm z Podkarpacia zebranie z pracownikami biura klubu PiS.
- Proszę, żeby od tej zgłaszać wszystkie przypadki spoufalania się posłów - zarządza szef klubu PiS Mariusz Błaszczak.
Kilka godzin później zostaje zwołane posiedzenie klubu parlamentarnego. Hofmana nie ma, ale dyskusja na jego temat trwa w najlepsze. Do głosu zapisało się z dziesięć osób, wszyscy w tej samej sprawie: „Zachowanie naszego rzecznika było niedopuszczalne”, „Na Podkarpaciu zdeklasowaliśmy rywali, a wszyscy i tak mówią o Hofmanie”, „Czy nasz rzecznik w ogóle autoryzował wywiad prezesa dla »Rzeczpospolitej«, który ukazał się w czasie Forum Ekonomicznego w Krynicy? Czy może był zbyt zajęty innymi sprawami?”. Wreszcie dyskusje przerywa Błaszczak. - To, co się stało, nie jest winą pracowników biura klubu. To posłowie muszą skończyć fraternizowanie się z nimi
- mówi. Nazwisko Hofmana nie pada, ale jak na Błaszczaka, który zawsze trzyma się z daleko od partyjnych konfliktów, to i tak odważna deklaracja.
Dwa dni później dochodzi do kolejnego posiedzenia klubu. Tym razem Hofman się zjawia. Pod koniec spotkania prosi o głos i przeprasza posłów. Odpowiada mu milczenie, tylko z tylnego rzędu ktoś krzyczy: - To za mało!
Mówi poseł PiS: - Lista osób, które chciałyby zmiany rzecznika partii, jest długa. Są na niej politycy rywalizujący z nim o miejsce w najważniejszych programach telewizyjnych. Posłowie, których biuro prasowe całkowicie powycinało z mediów. Ludzie sympatyzujący z Bielanem, starzy działacze zazdrośni o dostęp do prezesa.
Jednym z głównych antagonistów Hofmana jest rzecznik klubowej dyscypliny PiS Marek Suski. Wzajemna niechęć trwa od 2007 roku, gdy Suski, rozliczając Hofmana z sejmowych nieobecności, kazał mu przedstawić zaświadczenie
o pogrzebie babci. Kiedy Hofman je przyniósł, Suski powiedział, że to mało i zażądał pisma przewodniego. Czas zemsty nadszedł dwa i pół roku temu. Hofman został rzecznikiem partii i nałożył na Suskiego zakaz występów w mediach. Te relacje mają też drugie dno: Suski zabiega
o powrót do partii Bielana, który zatrudnia jego ludzi w swoim biurze poselskim. Jeśli PiS poniesie porażkę w referendum, Suski z pewnością chętnie się zajmie postępowaniem dyscyplinarnym wobec Hofmana.
Zwolennikiem powrotu Bielana jest także europoseł Ryszard Czarnecki. On z kolei ma dług wdzięczności wobec dawnego spin doktora, który w 2008 r. wprowadził go do PiS. W partii nie jest też tajemnicą, że rywalizuje z Hofmanem o występy w mediach i dostęp do prezesa. Dziś na dworze Kaczyńskiego mają podobną pozycję i są dla siebie przeciwwagą: pomysły Hofmana prezes omawia z Czarneckim, a o kontakty Czarneckiego z Adamem Bielanem i Michałem Kamińskim wypytuje Hofmana.
Jeden ze starych działaczy PiS: - Rysiek przebył długą drogę. Pamiętam, że jeszcze w 2008 r. wystawał pod drzwiami szefa godzinami. Zdarzało się, że widząc jego i szeregowych pracowników biura, prezes spoglądał na tych drugich i mówił: „Panowie, zapraszam”.
Czarnecki się tym nie zrażał, był cierpliwy. Siedział długo, aż wyrąbał sobie obecną pozycję. Dziś jest częstym gościem Kaczyńskiego. Jednym z jego sojuszników w PiS jest Błaszczak, który także ma nie najlepsze relacje z Hofmanem. Głównie dlatego, że został wypchnięty z „Siódmego dnia tygodnia” w Radiu Zet i „Kawy na ławę” w TVN 24 - Czarnecki i Błaszczak grają przeciw Hofmanowi razem. Rysiu to stary lis. Wie, że w Sejmie najluźniejsze są poniedziałki, bo wszyscy posłowie siedzą w swoich okręgach. Dlatego rano przyjeżdża na Wiejską, wkłada głowę do gabinetu Błaszczaka i pyta: „Co słychać?”. Jak nic, to wchodzi. Czasem jeszcze zaprasza Mariusza na obiad na mieście. Jest europosłem, więc stać go - opowiada jeden z polityków PiS.
Na wynik warszawskiego referendum z niecierpliwością czekają też pozostali współpracownicy Kaczyńskiego: Joachim Brudziński, Stanisław Kostrzewski i Marek Kuchciński. Jeśli będzie niekorzystny, przyjdą po Hofmana. W tej sytuacji prezes nie będzie go bronić.
ŹRÓDŁO
piątek, 4 października 2013
Tradycje głupoty polskiej (prof. Rońda w tygodniku NIE)
Po kolejnej porcji lektury Pańskiego wspaniałego tygodnika "NIE" z
przerażeniem stwierdziłem, że głupota leaderów polskiej prawicy jest
wieczna i nie podlega modyfikacji od 75 lat. Nawet tytuły gazecin, jakie
są wydawane dla zwolenników tej opcji widzenia Świata, są podobne jak
te przedwojenne, np. "Nasz Dziennik" teraz i "Mały Dziennik" przed
wojną.
Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.
Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-
-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?
W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M
dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.
Jacek Ronda,
Cape Town, South Africa
ŻRÓDŁO
Zmieniły się wszak programy nauczania w szkołach, lektury szkolne, zależności od "Starszych Braci", stosunki sąsiedzkie w Europie, a frazeologia i język prawicy pozostały te same. Ekonomia również zatoczyła krąg i nic a nic nie wpłynęła na procesy myślowe w ciasnych łebkach polskich prawiczków.
Czy jedyną przyczyną jest wieczne przymierze prawicy z nacjonal-
-katolicyzmem? Czy też może ślepe naśladownictwo przodków-prawicowców, tych co to bili konia na widok kobyły Pana Marszałka Piłsudskiego i uczyli wnuki głupawych piosenek ku czci tego wielkiego demokraty-zamachowca majowego. Może tak działa na słabszych umysłowo literatura pisana ku pokrzepieniu serc i pognębieniu sąsiadów? A może jest to wynik tradycji polsko-mocarstwowych z szesnastego i siedemnastego wieku? Co ma większy wpływ na głupotę polską: edukacja, tradycja, religia, czy też brak znajomości historii Europy?
W związku z powyższymi wątpliwościami uprzejmie pragnę zachęcić "NIE" do podjęcia inicjatywy zorganizowania "Wszech-Polskiej" konferencji naukowej na temat "Przyczyny Nieśmiertelności Głupoty Polskiej Prawicy". Sądzę, że rządy AWS, prasa prawicowa i radyjo M
dostarczą nam wielu wspaniałych przykładów kontynuacji dzieła przodków-prawicowców w kształtowaniu kolejnego odcinka Wolnej Polski.
Jacek Ronda,
Cape Town, South Africa
ŻRÓDŁO
czwartek, 3 października 2013
KOSTRZEWSKI EFEKTYWNIE WSPIERAM MACIEREWICZA
Wydatki na politykę oceniam z punktu widzenia
efektywności, czyli jak to się przekłada na wzrost poparcia dla PiS. Aktywność Macierewicza jest nam bezwzględnie potrzebna - uważa skarbnik PiS
Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska:
Media, w tym także „Gazeta”, opisywały wydatki PIS, które budzą wątpliwości: koszty związane z samym prezesem PIS Jarosławem Kaczyńskim, dawanie zleceń zaprzyjaźnionym z partią agencjom, które nie mają renomy na rynku.
Stanisław Kostrzewski: Senator PO Filip Libicki złożył zawiadomienie do prokuratur}'; donosząc o nieprawidłowościach w zarządzaniu pieniędzmi PiS. Pani prokurator wystąpiła do mnie
o wszystkie dokumenty związane ze sprawą: wyciągi bankowe, rachunki, umowy, faktury, protokoły odbioru, wszystko. Prokuratura pracowała nad tym 2 miesiące, w efekcie odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, bo nie znalazła znamion czynu zabronionego.
Niektóre zlecenia pracownicy PIS mogliby sami zrobić, nie trzeba Ich zlecać na zewnątrz. Dlatego to wyglądało na wyprowadzanie pieniędzy do nieznanych firm.
-A to nie jest takie proste. Czasami musimy robić to przez pośredników, bo jak ktoś usłyszy nazwę „PiS”, to od razu odmawia współpracy. Tak było np. z próbą wynajęcia sali w Galerii Porczyńskich, gdzie miał się odbyć panel dyskusyjny na temat bezrobocia. W ostatniej chwili nie wpuszczono nas na teren muzeum mimo wcześniejszych ustaleń.
Teraz myślę już o umowach dotyczących billboardowi czasu antenowego. I wiem, że mogą mi zawyżać ceny, bo nie lubią PiS. Wolę więc wynająć agencję, która wszystko za mnie wynegocjuje, zanim się okaże, co na tych billboardach będzie.
Jednak Jarosław Kaczyński żyje właściwie za pieniądze partyjne, obsługa prezesa Jest bardzo kosztowna.
-1 Państwowa Komisja Wyborcza to szczegółowo sprawdzała. Rzeczywiście opłacamy ochronę prezesa, ale to jest rzecz konieczna i bezdyskusyjna. Ja muszę postawić na ochronę najwyższej jakości, a nie na leśnych dziadków w uniformach. Szczególnie po zamordowaniu działacza PiS w Łodzi.
Ryszard Cyba po zabójstwie krzyczał, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. W jedną z miesięcznic smoleńskich był nawet pod Pałacem Prezydenckim i przyznał, że nie udało mu się zbliżyć na odległość pewnego strzału do Jarosława Kaczyńskiego, bo prezes miał dobrą ochronę.
Funkcjonowanie polityka takiej klasy jak Jarosław Kaczyński stawa określone wymagania. Zawsze oczekiwania wobec takich polityków mieszczą się w górnych rejestrach, przegranie procesu i umieszczenie przeprosin w mediach zamyka się kwotą kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet w sytuacji zamieszczania nekrologów po katastrofie smoleńskiej zamykało się kwotami od 10 do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pewnie zrobię paniom przyjemność, podając jeden przykład absolutnie niespotykany: otóż był jeden człowiek, którego osobiście nie znam, ale szanuj ę go za jego wcześniejszą walkę i za ten odruch - otóż ten człowiek wziął za nekrolog w gazecie o krajowym zasięgu 1 zł. Nazywa się Adam Michnik. Ale to wyjątek.
Prezes Kaczyński osobiście zarobił na swojej książce „Polska naszych marzeń” 160 tys. zł, chociaż sprzedała się marnie. „Newsweek” odkrył, że PIS przelał wydawcy książki 186 tys. zł. To tak, Jakby pan dał prezesowi te 160 tys. zł via wydawnictwo.
-Absolutnie nie! Po pierwsze, książka sprzedała się bardzo dobrze. Po drugie, sprawę tę też szczegółowo badała prokuratura. W 40 okręgach, czyli w całej Polsce, będzie szedł film „Lider”. Nie mamy jeszcze kampanii wyborczej, ale staramy się cały czas promować naszych polityków. Bo to, czego nie zrobisz między kampaniami, musisz w bardzo intensywny sposób zrobić w czasie wyborów. A przecież są limity wydatków. Co gorsza, coś, co normalnie kosztuje złotówkę, w kampanii wyborczej kosztuje 5 zł.
Elementem składowym tej książki jest bardzo dobry film z punktu widzenia takty ld wyborczej. I my zapłaciliśmy tak naprawdę za prawa do emisji filmu dołączonego do książki. Zresztą, jak widzę, ile tego typu rzeczy kosztują, to myślę o rozkręceniu naszej własnej telewizji PiS z pomocą Małgorzaty Raczyńskiej.
Ale ona Już robi dla PIS wywiady I to Jest śmiertelnie nudne. Taka partyjna propaganda.
- Dla pań nudne, ale muszę szukać nowych, możliwych kanałów komunikacji z wyborcami, bo w wielu
mediach nie mamy szans na przebicie się.
PIS płacił też Radiu Wnet Krzysztofa Skowrońskiego.
Agata Nowakowska, Dominika Wielowieyska:
Media, w tym także „Gazeta”, opisywały wydatki PIS, które budzą wątpliwości: koszty związane z samym prezesem PIS Jarosławem Kaczyńskim, dawanie zleceń zaprzyjaźnionym z partią agencjom, które nie mają renomy na rynku.
Stanisław Kostrzewski: Senator PO Filip Libicki złożył zawiadomienie do prokuratur}'; donosząc o nieprawidłowościach w zarządzaniu pieniędzmi PiS. Pani prokurator wystąpiła do mnie
o wszystkie dokumenty związane ze sprawą: wyciągi bankowe, rachunki, umowy, faktury, protokoły odbioru, wszystko. Prokuratura pracowała nad tym 2 miesiące, w efekcie odmówiła wszczęcia śledztwa w tej sprawie, bo nie znalazła znamion czynu zabronionego.
Niektóre zlecenia pracownicy PIS mogliby sami zrobić, nie trzeba Ich zlecać na zewnątrz. Dlatego to wyglądało na wyprowadzanie pieniędzy do nieznanych firm.
-A to nie jest takie proste. Czasami musimy robić to przez pośredników, bo jak ktoś usłyszy nazwę „PiS”, to od razu odmawia współpracy. Tak było np. z próbą wynajęcia sali w Galerii Porczyńskich, gdzie miał się odbyć panel dyskusyjny na temat bezrobocia. W ostatniej chwili nie wpuszczono nas na teren muzeum mimo wcześniejszych ustaleń.
Teraz myślę już o umowach dotyczących billboardowi czasu antenowego. I wiem, że mogą mi zawyżać ceny, bo nie lubią PiS. Wolę więc wynająć agencję, która wszystko za mnie wynegocjuje, zanim się okaże, co na tych billboardach będzie.
Jednak Jarosław Kaczyński żyje właściwie za pieniądze partyjne, obsługa prezesa Jest bardzo kosztowna.
-1 Państwowa Komisja Wyborcza to szczegółowo sprawdzała. Rzeczywiście opłacamy ochronę prezesa, ale to jest rzecz konieczna i bezdyskusyjna. Ja muszę postawić na ochronę najwyższej jakości, a nie na leśnych dziadków w uniformach. Szczególnie po zamordowaniu działacza PiS w Łodzi.
Ryszard Cyba po zabójstwie krzyczał, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego. W jedną z miesięcznic smoleńskich był nawet pod Pałacem Prezydenckim i przyznał, że nie udało mu się zbliżyć na odległość pewnego strzału do Jarosława Kaczyńskiego, bo prezes miał dobrą ochronę.
Funkcjonowanie polityka takiej klasy jak Jarosław Kaczyński stawa określone wymagania. Zawsze oczekiwania wobec takich polityków mieszczą się w górnych rejestrach, przegranie procesu i umieszczenie przeprosin w mediach zamyka się kwotą kilkudziesięciu tysięcy złotych, nawet w sytuacji zamieszczania nekrologów po katastrofie smoleńskiej zamykało się kwotami od 10 do kilkudziesięciu tysięcy złotych. Pewnie zrobię paniom przyjemność, podając jeden przykład absolutnie niespotykany: otóż był jeden człowiek, którego osobiście nie znam, ale szanuj ę go za jego wcześniejszą walkę i za ten odruch - otóż ten człowiek wziął za nekrolog w gazecie o krajowym zasięgu 1 zł. Nazywa się Adam Michnik. Ale to wyjątek.
Prezes Kaczyński osobiście zarobił na swojej książce „Polska naszych marzeń” 160 tys. zł, chociaż sprzedała się marnie. „Newsweek” odkrył, że PIS przelał wydawcy książki 186 tys. zł. To tak, Jakby pan dał prezesowi te 160 tys. zł via wydawnictwo.
-Absolutnie nie! Po pierwsze, książka sprzedała się bardzo dobrze. Po drugie, sprawę tę też szczegółowo badała prokuratura. W 40 okręgach, czyli w całej Polsce, będzie szedł film „Lider”. Nie mamy jeszcze kampanii wyborczej, ale staramy się cały czas promować naszych polityków. Bo to, czego nie zrobisz między kampaniami, musisz w bardzo intensywny sposób zrobić w czasie wyborów. A przecież są limity wydatków. Co gorsza, coś, co normalnie kosztuje złotówkę, w kampanii wyborczej kosztuje 5 zł.
Elementem składowym tej książki jest bardzo dobry film z punktu widzenia takty ld wyborczej. I my zapłaciliśmy tak naprawdę za prawa do emisji filmu dołączonego do książki. Zresztą, jak widzę, ile tego typu rzeczy kosztują, to myślę o rozkręceniu naszej własnej telewizji PiS z pomocą Małgorzaty Raczyńskiej.
Ale ona Już robi dla PIS wywiady I to Jest śmiertelnie nudne. Taka partyjna propaganda.
- Dla pań nudne, ale muszę szukać nowych, możliwych kanałów komunikacji z wyborcami, bo w wielu
mediach nie mamy szans na przebicie się.
PIS płacił też Radiu Wnet Krzysztofa Skowrońskiego.
poniedziałek, 30 września 2013
Rodzina na swoim.
Daleki krewny, cioteczny
brat, przyjaciółka rodziny, kolega z żoną, znajome małżeństwo,
sekretarki, kierowcy... „Gazetę Polską" i prezesa PiS łączy długi
łańcuszek mocno splecionych ogniw.
Prezesem wydającej „Gazetę Polską Codziennie” spółki Forum od niemal roku jest Grzegorz Tomaszewski. W Prawie i Sprawiedliwości mówią, że Tomaszewski jest wiedzieć się czegoś więcej, słyszę tylko: to rodzina od strony mamy. Żadnych szczegółów.
Więcej w tej sprawie może wiedzieć jeden człowiek: Jan Maria Tomaszewski, cioteczny brat prezesa. Nie licząc Marty, córki nieżyjącego prezydenta, to dziś najbliższy krewny Jarosława Kaczyńskiego. Tomaszewski, z wykształcenia plastyk, od lat plącze się przy PiS. Dzięki rodzinnym koneksjom był na liście płac Orlenu, TVP i stołecznych wodociągów, a nawet pracował przy jednym ze spotów Lecha Kaczyńskiego. Wjego domu na Saskiej Kępie kręcono też film "Lider" poświęcony szefowi PiS.
Partia wykorzystała go w kampanii wyborczej w 2011 roku.
DZwonię do Tomaszewskiego. Wszystko się zgadza: prezes spółki Forum należy do rodziny.
- Grzegorz to mój kuzyn - wyjaśnia Tomaszewski i zaraz dodaje: - A jednocześnie rodzony brat Konrada. Wie pan, kto to taki?
Oczywiście. Konrad Tomaszewski, leśnik, były dyrektor Lasów Państwowych, to bliski współpracownik byłego ministra środowiska Jana Szyszki, wieloletniego posła. W czasie rządów PiS pełnił funkcję dyrektora jego gabinetu politycznego. Przy Nowogrodzkiej mówią, że jeśli Kaczyński zostanie premierem, to Konrad Tomaszewski najpewniej wróci na dyrektora do Lasów.
- A wie pan, jak wyglądają relacje Grzegorza Tomaszewskiego z Jarosławem Kaczyńskim?
dopytuję prezesowskiego kuzyna.
- Znają się z czasów dzieciństwa, ale dziś ich kontakty są głównie po linii fachowej.
- To jak Grzegorz Tomaszewski trafił do Forum?
- Normalnie, bo to menedżer. Został wzięty z rynku, bo akurat był, że tak powiem, bez pracy. A czy pan w ogóle wie, kim ja jestem? - zaskakuje mnie Tomaszewski. Zanim odpowiem, zdąży się przedstawić: - Janek Tomaszewski, redakcja rozrywki Telewizji Polskiej. A co ty tam właściwie smarujesz? Smaruj, smaruj. Kończę, cześć!
Jak się okazuje, Tomaszewski rzeczywiście pracuje w TYP. Jednocześnie prowadzi w telewizji internetowej
"Gazety Polskiej" program "Artyści o sobie”. Przy kieliszku wina rozmawia z nieznanymi szerszej publiczności malarzami i plastykami.
Prezesem wydającej „Gazetę Polską Codziennie” spółki Forum od niemal roku jest Grzegorz Tomaszewski. W Prawie i Sprawiedliwości mówią, że Tomaszewski jest wiedzieć się czegoś więcej, słyszę tylko: to rodzina od strony mamy. Żadnych szczegółów.
Więcej w tej sprawie może wiedzieć jeden człowiek: Jan Maria Tomaszewski, cioteczny brat prezesa. Nie licząc Marty, córki nieżyjącego prezydenta, to dziś najbliższy krewny Jarosława Kaczyńskiego. Tomaszewski, z wykształcenia plastyk, od lat plącze się przy PiS. Dzięki rodzinnym koneksjom był na liście płac Orlenu, TVP i stołecznych wodociągów, a nawet pracował przy jednym ze spotów Lecha Kaczyńskiego. Wjego domu na Saskiej Kępie kręcono też film "Lider" poświęcony szefowi PiS.
Partia wykorzystała go w kampanii wyborczej w 2011 roku.
DZwonię do Tomaszewskiego. Wszystko się zgadza: prezes spółki Forum należy do rodziny.
- Grzegorz to mój kuzyn - wyjaśnia Tomaszewski i zaraz dodaje: - A jednocześnie rodzony brat Konrada. Wie pan, kto to taki?
Oczywiście. Konrad Tomaszewski, leśnik, były dyrektor Lasów Państwowych, to bliski współpracownik byłego ministra środowiska Jana Szyszki, wieloletniego posła. W czasie rządów PiS pełnił funkcję dyrektora jego gabinetu politycznego. Przy Nowogrodzkiej mówią, że jeśli Kaczyński zostanie premierem, to Konrad Tomaszewski najpewniej wróci na dyrektora do Lasów.
- A wie pan, jak wyglądają relacje Grzegorza Tomaszewskiego z Jarosławem Kaczyńskim?
dopytuję prezesowskiego kuzyna.
- Znają się z czasów dzieciństwa, ale dziś ich kontakty są głównie po linii fachowej.
- To jak Grzegorz Tomaszewski trafił do Forum?
- Normalnie, bo to menedżer. Został wzięty z rynku, bo akurat był, że tak powiem, bez pracy. A czy pan w ogóle wie, kim ja jestem? - zaskakuje mnie Tomaszewski. Zanim odpowiem, zdąży się przedstawić: - Janek Tomaszewski, redakcja rozrywki Telewizji Polskiej. A co ty tam właściwie smarujesz? Smaruj, smaruj. Kończę, cześć!
Jak się okazuje, Tomaszewski rzeczywiście pracuje w TYP. Jednocześnie prowadzi w telewizji internetowej
"Gazety Polskiej" program "Artyści o sobie”. Przy kieliszku wina rozmawia z nieznanymi szerszej publiczności malarzami i plastykami.
poniedziałek, 23 września 2013
Córa prezesa
Po Adamie Hofmanie jest wielu chętnych, którzy
ustawiliby kordon, mur, żeby tylko Kempa do PiS się nie przedostała. A ja się
nie pcham tam, gdzie mnie nie chcą - mówi Beata Kempa, posłanka, kiedyś PiS, teraz SP.
Żałuje pani?
A czego, pani redaktor?
Że od dwóch lat nie jest pani w PiS.
Z PiS zostałam wyrzucona. I bardzo to przeżyłam, bo poczułam się zdradzona. Miałam łzy w oczach. Przypomnę, że Orban, wielki wzór dla PiS, nikogo z partii nie wyrzucił. Tymczasem z PiS zostali wyrzuceni lub wypchnięci m.in. Ludwik Dorn, Kazimierz Ujazdowski czy Marek Jurek. Koledzy, z którymi się przyjaźniłam, którym pomagałam w kampaniach, w tym czasie pokazali, kim są naprawdę.
Kim?
Dla mnie nikim.
Antoni Macierewicz też?
Też. Wszyscy popełniają błędy...
Mówi pani teraz o przewodniczącym Macierewiczu czy o sobie?
Jak pani słusznie zauważyła, upłynęły już dwa lata, odkąd wspierałam Antoniego Macierewicza, więc na pewne rzeczy patrzę z dystansem. Jest mi żal, że coraz bardziej oddala się moment, kiedy przyczyny katastrofy smoleńskiej zostaną wyjaśnione. Tą drogą, tymi metodami nic się nie osiągnie. Powiedzmy sobie szczerze, w tych warunkach nic wyjaśnić się nie da. Trzeba wygrać wybory. Musimy pokonać rząd Tuska.
My, czyli kto?
My, czyli szeroko pojęta prawica. Po tej stronie jest bardzo wielu wartościowych ludzi. I wtedy to będzie możliwe.
Rozumiem, że po odsunięciu Macierewicza od sprawy katastrofy smoleńskiej?
Potrzebne jest bardziej profesjonalne podejście do tej sprawy.
Ośmieszył się poseł Macierewicz?
Mnie interesuje bardziej, jak działa państwo w tej sprawie, a państwo wykazuje słabość. A jak jest słabość, to rodzą się różnego rodzaju podejrzenia, insynuacje, wnioski. Nie dziwmy się więc, że coraz więcej ludzi wierzy w zamach. Tym bar -dziej potrzebny jest profesjonalny, oderwany od politycznych rozgrywek zespół. Powinna powstać komisja obywatelska złożona z najwybitniejszych autorytetów i ekspertów. Taki projekt złożyła zresztą Solidarna Polska. A polityków bym od tego wszystkiego odsunęła.
Sama pani nie wierzy w to, co mówi.
Po wygranych wyborach, kiedy podejście do sprawy byłoby racjonalne, zgodne ze sztuką prowadzenia śledztwa, politycy mogliby się już tylko przyglądać.
Oj, przecież pani siebie zna, z pani temperamentem, dociekliwością nie pozwoliłaby pani sobie jedynie na przyglądanie się.
Powtarzam, trzeba to zostawić ekspertom. Przez trzy lata politycy zajmują się wyjaśnianiem przyczyn katastrofy i wciąż nie wiemy niczego na pewno.
I nie będzie politycznego grania sprawą katastrofy?
Nie. Myślę jednak, że prawda o Smoleńsku prędzej czy później wyjdzie na jaw. Do prawdy uda się przekonać zarówno tych, którzy wierzą, że to był zwykły wypadek, jak i tych, którzy traktują to w kategoriach zbrodni.
Zbrodni?
Powiedziałam to w cudzysłowie. Jeszcze raz mówię: musimy wygrać wybory, żeby sprawa poszła do przodu.
A ja jeszcze raz pytam: my to kto - PiS i Solidarna Polska?
Ale jestem przeciwnikiem gry politycznej tą sprawą.
„Mości panowie” - mówi pani o tych kolegach z PiS, o których dwa tygodnie temu mówiła pani, że wątpi w to, czy są w stanie uczciwie zmieniać ten kraj.
Spór w polityce, ale oparty na prawdzie, na dokumentach, jest wskazany. Przecież pani wie, co się wydarzyło na Podkarpaciu. Trwała radosna kampania, aż nagle koledzy z PiS zaczęli roznosić kłamliwe ulotki, na których naszego kandydata Kazia Ziobrę oskarżyli, że nie był bohaterem „Solidarności”. Zrównano go z seksaferzystą Karapytą. Gdyby mój szef kazał mi coś takiego robić, to bym tego nie wykonała i tyle. Albo się ma kręgosłup, albo się nie ma.
Sam główny szef, prezes Kaczyński, kazał im roznosić takie ulotki?
Nic się nie dzieje bez woli głównego szefa. Powinni posypać głowę popiołem i powiedzieć: „Przepraszam”.
Już widzę posła Hofmana mówiącego „Przepraszam”. Pani widzi?
(śmiech) Wszystkich można nauczyć pokory.
Albo nakazać pokorę.
Albo nakazać, ale wtedy jest to nieszczere. A ja nieszczerość wyczuwam w lot.
U posła Hofmana pani wyczuwała?
Pani redaktor, ja mam to do siebie, że nie biorę udziału w libacjach alkoholowych... Nie może być tak, że w kampanii wyborczej wszystkie chwyty są dozwolone. Zresztą te wybory na Podkarpaciu wcale nie musiały się odbywać. Można było zaoszczędzić kupę pieniędzy. To przecież PiS wystawiło kandydata na nowego marszałka województwa, który był senatorem.
Ile pani wydała?
Promowałam Solidarną Polskę i Kazika. Nie prowadziłam kampanii. A Hofman powinien przeprosić, postanowić poprawę i powiedzieć, że już nie będzie tak robić.
Za libację alkoholową, molestowanie podwładnych też?
czwartek, 19 września 2013
Siedem sekund na ścięcie.
Działający w studiu Radia Maryja program identyfikacji dzwoniących to system nowej generacji. A nawet jeśli ktoś się przedrze - czeka na niego opóźniacz.
Ojciec Tadeusz Rydzyk komunikuje się z Rodziną Radia Maryja - czyli po prostu ze słuchaczami - na kilka sposobów. Po pierwsze, przez własne audycje: •Poranne katechezy, podczas których rozmawia z telefonującymi. Mówi o sprawach wiary, ale też i o technikach manipulacji stosowanych przez „media mętnego nurtu”, zdarzają się dyskusje na temat polityki bieżącej.
• Programy z cyklu „W Rodzinie Radia Maryja” (w powszednie dni tygodnia przed południem). Dzwonią ludzie z kół przyjaciół radia i ci, którzy organizują jakieś imprezy, pielgrzymki, manifestacje. Ojciec Tadeusz zachęca do kolportowania „Naszego Dziennika”, wzywa do dalszego apostołowania w słusznej sprawie.
• Niedzielne audycje z serii „By odnowić oblicze ziemi”. Dyrektor czyta w nich świadectwa słuchaczy, którzy piszą, jak Radio Maryja zmieniło ich życie, np. przestali pić, pogodzili się z dziećmi, uratowali małżeństwo. •Ukochane i sztandarowe wieczorne „Rozmowy niedokończone”, które osobiście prowadzi sporadycznie, ale często dzwoni w trakcie, gdy coś go poruszy. Telefonuje: z zagranicy, z trasy, skądkolwiek - najczęściej pod koniec audycji, po dwudziestej trzeciej lub jeszcze później, kiedy rusza program dla słuchaczy w USA i Kanadzie.
- Wchodzi przez tak zwaną linię specjalną numer sześć - mów absolwent toruńskiej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, były dźwiękowiec radia, teraz dziennikarz próbujący swych sił poza mediami Ojca Dyrektora. - Bywa też, że dzwoni nie na antenę, ale prosto do reżysera dźwięku, czego słuchacze już nie słyszą. Przez radio lecą nocne rozmowy, a dyrektor wydaje polecenia, np.: „Tego utrzymaj, ciekawie mówi” albo „Ją wyłącz, bo przynudza”. Czasami interweniuje ostro: „Natychmiast ściągnij z anteny!” Ale to rzadko, bo jest taki system - program identyfikacji dzwoniących. Gdy ktoś telefonuje z aparatu niezastrzeżonego, jego numer wyświetla się na ekranie w studiu. Razem z województwem albo krajem, z którego dzwoni - to jest wykrywane po numerze kierunkowym. Dzwoniącym nadaje się kolory. Zielony oznacza rozmówcę neutralnego lub jeszcze niesprawdzonego. Takiego, który pierwszy raz dzwoni czy też robi to z nowego dla nas numeru. Niebieski zarezerwowany jest dla przyjaciół radia. Ksiądz albo jakiś założyciel koła Radia Maryja w powiecie. Żółtym oznacza się nudziarzy. Ględzące niezrozumiale stare babcie i na przykład pewnego Marka z Hamburga, który marudzi o swoich problemach. Żółtego telefonu się raczej nie odbiera. A już absolutnie należy się strzec numerów oznaczonych na czerwono. To są telefony wrogie albo od tych, którzy dzwonią, by zrobić sobie jaja. W radiowym języku to „dyżurni podsłuchiwacze” czyli po prostu „dyżurni”.
Ojciec Tadeusz Rydzyk komunikuje się z Rodziną Radia Maryja - czyli po prostu ze słuchaczami - na kilka sposobów. Po pierwsze, przez własne audycje: •Poranne katechezy, podczas których rozmawia z telefonującymi. Mówi o sprawach wiary, ale też i o technikach manipulacji stosowanych przez „media mętnego nurtu”, zdarzają się dyskusje na temat polityki bieżącej.
• Programy z cyklu „W Rodzinie Radia Maryja” (w powszednie dni tygodnia przed południem). Dzwonią ludzie z kół przyjaciół radia i ci, którzy organizują jakieś imprezy, pielgrzymki, manifestacje. Ojciec Tadeusz zachęca do kolportowania „Naszego Dziennika”, wzywa do dalszego apostołowania w słusznej sprawie.
• Niedzielne audycje z serii „By odnowić oblicze ziemi”. Dyrektor czyta w nich świadectwa słuchaczy, którzy piszą, jak Radio Maryja zmieniło ich życie, np. przestali pić, pogodzili się z dziećmi, uratowali małżeństwo. •Ukochane i sztandarowe wieczorne „Rozmowy niedokończone”, które osobiście prowadzi sporadycznie, ale często dzwoni w trakcie, gdy coś go poruszy. Telefonuje: z zagranicy, z trasy, skądkolwiek - najczęściej pod koniec audycji, po dwudziestej trzeciej lub jeszcze później, kiedy rusza program dla słuchaczy w USA i Kanadzie.
- Wchodzi przez tak zwaną linię specjalną numer sześć - mów absolwent toruńskiej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, były dźwiękowiec radia, teraz dziennikarz próbujący swych sił poza mediami Ojca Dyrektora. - Bywa też, że dzwoni nie na antenę, ale prosto do reżysera dźwięku, czego słuchacze już nie słyszą. Przez radio lecą nocne rozmowy, a dyrektor wydaje polecenia, np.: „Tego utrzymaj, ciekawie mówi” albo „Ją wyłącz, bo przynudza”. Czasami interweniuje ostro: „Natychmiast ściągnij z anteny!” Ale to rzadko, bo jest taki system - program identyfikacji dzwoniących. Gdy ktoś telefonuje z aparatu niezastrzeżonego, jego numer wyświetla się na ekranie w studiu. Razem z województwem albo krajem, z którego dzwoni - to jest wykrywane po numerze kierunkowym. Dzwoniącym nadaje się kolory. Zielony oznacza rozmówcę neutralnego lub jeszcze niesprawdzonego. Takiego, który pierwszy raz dzwoni czy też robi to z nowego dla nas numeru. Niebieski zarezerwowany jest dla przyjaciół radia. Ksiądz albo jakiś założyciel koła Radia Maryja w powiecie. Żółtym oznacza się nudziarzy. Ględzące niezrozumiale stare babcie i na przykład pewnego Marka z Hamburga, który marudzi o swoich problemach. Żółtego telefonu się raczej nie odbiera. A już absolutnie należy się strzec numerów oznaczonych na czerwono. To są telefony wrogie albo od tych, którzy dzwonią, by zrobić sobie jaja. W radiowym języku to „dyżurni podsłuchiwacze” czyli po prostu „dyżurni”.
poniedziałek, 16 września 2013
Poseł i jego (duże) dobra osobiste. Magdalena Środa
W mijającym tygodniu przyszło mi się zgodzić z dwoma bardzo różnymi politykami (różnymi zarówno od siebie, jak i ode mnie). Pierwszym był Joachim Brudziński, który bardzo się oburzył na widok zdjęć oraz nagrań pijanego posła Hofmana i domagał się - wraz z całym kierownictwem PiS - „przestrzegania najwyższych standardów” na sesjach wyjazdowych partii oraz w innych sytuacjach publicznych. Drugim był Janusz Palikot, ubolewający nad podwójną moralnością prawicowych posłów, którzy deklarując wierność tradycji i rodzinie, „uganiają się po pijaku za koleżankami, rekomendując swoje przyrodzenie”.
Decyzja kierownictwa PiS jest słuszna, miejmy nadzieję, że szczera, choć nieco spóźniona. Nie wiem, dlaczego Jarosław Kaczyński, który szedł onegdaj do wyborów z hasłem „rewolucji moralnej” na ustach, nigdy nie wyciągnął wniosków z tego, że jego partia wyhodowała i uhonorowała tytułem premiera największego bodaj nihilistę: Kazimierza Marcinkiewicza, który w świetle (zamawianych przez siebie!) fleszów deptał wartości rodzinne, na których „obronie” zbudował całą swoją karierę. Prawica ma i zawsze będzie miała problem z hipokryzją. Im silniej deklaruje przywiązanie do wartości tradycyjnych, religijnych, prorodzinnych, w tym bardziej fałszywym świetle się stawia. Bo prawicowi politycy mają wiele pokus wokół siebie i ulegają im jak wszyscy inni. Tylko że dziś wiara w to, że szumne polityczne deklaracje oraz kościelna spowiedź ochronią przed złem lub spełnią funkcje oczyszczające, jest - wobec potęgi i swawoli mediów - więcej niż krucha. Lepiej tedy korzystać z zasady Arystotelesa i wszystko stosować z umiarem. Również prawicowe (prorodzinne, moralistyczne) deklaracje.
Cieszę się jednak, że kierownictwo PiS rzuca hasła podobne do tych, które promuje Kongres Kobiet, a mianowicie: „Polityka to służba, na służbie się nie pije”. W ocenie Kongresu Kobiet hasło to nie odnosi się bynajmniej do jednej partii, lecz do tych, które mają charakter patriarchalny, czyli do wszystkich. Solidarność pijących polityków (ponad podziałami) jest równie głęboka jak tych, którzy „broniąc tradycyjnych wartości”, wykorzystują seksualne przywileje mężczyzn u władzy. A imię ich milion. Bogobojny poseł Hofman czuje się wyśmienicie zarówno w roli (deklarowanego) posiadacza dużego penisa, jak i w roli (deklarowanego) świętoszka - obrońcy religii, monogamicznej rodziny i świętej polskiej tradycji. I nie on jeden. Mówiąc jednak szczerze, wolę nieskrywany
pijacki seksizm Hofmana niż jego zatruwający życie publiczne cynizm. Seksizm można wyśmiać, wobec cynizmu jesteśmy bezbronni. Cynizm niszczy bowiem nie tylko wzajemne zaufanie, ale i wiarę w jakiekolwiek wartości.
Inną sprawą są metody, dzięki którym seksizm, hipokryzja, cynizm są obnażane, czyli dziennikarska inwigilacja. Wielu moich kolegów (co ciekawe, nie koleżanek) bardzo się oburzyło publikacją „Wprost” o rajfurskich skłonnościach Wojciecha Fibaka. Skłonności są złe, ale metoda ich ujawniania jest jeszcze gorsza - twierdzili.
Widzę tu pewien problem, i to w znacznie szerszym znaczeniu. Czy media mają prawo do ujawniania zachowań i dokumentów, które informują nas o pewnych prywatnych lub zatajanych faktach i praktykach mających wpływ na rzetelność osób lub instytucji? Jeśli domagamy się prawa do prawdy, to czy nie obejmuje ono również takiego rodzaju informacji? Banki, udzielając nam kredytu, docierają do wszelkich danych dotyczących naszej wypłacalności. Czy media nie powinny więc informować nas o moralnej rzetelności polityków, o ile mamy obdarzyć ich politycznym zaufaniem? Wyznam, że nie jestem przekonana, czy pozytywna odpowiedź na te pytania jest właściwa, czy nie. Nie bez znaczenia dla wahań jest to, że sfera tego, co jest publiczne, a co prywatne, zaciera się. Politycy równie chętnie sprzedają swoją prywatność dla zwiększenia popularności, jak i prowadzą procesy o naruszenie dóbr osobistych, gdy media podadzą do wiadomości fakty z ich życia partyjnego. O ile wiem, poseł Hofman będzie się procesował o naruszenie takich dóbr. Osobistych i zapewne dużych. Jak je zdefiniuje? Czego - w rzeczywistości - będzie bronił? Być może proces ten rzuci jakieś światło na nurtujące nas pytania. A może wszystko zostanie po staremu? Aż do następnej wpadki.
ŹRÓDŁO
Decyzja kierownictwa PiS jest słuszna, miejmy nadzieję, że szczera, choć nieco spóźniona. Nie wiem, dlaczego Jarosław Kaczyński, który szedł onegdaj do wyborów z hasłem „rewolucji moralnej” na ustach, nigdy nie wyciągnął wniosków z tego, że jego partia wyhodowała i uhonorowała tytułem premiera największego bodaj nihilistę: Kazimierza Marcinkiewicza, który w świetle (zamawianych przez siebie!) fleszów deptał wartości rodzinne, na których „obronie” zbudował całą swoją karierę. Prawica ma i zawsze będzie miała problem z hipokryzją. Im silniej deklaruje przywiązanie do wartości tradycyjnych, religijnych, prorodzinnych, w tym bardziej fałszywym świetle się stawia. Bo prawicowi politycy mają wiele pokus wokół siebie i ulegają im jak wszyscy inni. Tylko że dziś wiara w to, że szumne polityczne deklaracje oraz kościelna spowiedź ochronią przed złem lub spełnią funkcje oczyszczające, jest - wobec potęgi i swawoli mediów - więcej niż krucha. Lepiej tedy korzystać z zasady Arystotelesa i wszystko stosować z umiarem. Również prawicowe (prorodzinne, moralistyczne) deklaracje.
Cieszę się jednak, że kierownictwo PiS rzuca hasła podobne do tych, które promuje Kongres Kobiet, a mianowicie: „Polityka to służba, na służbie się nie pije”. W ocenie Kongresu Kobiet hasło to nie odnosi się bynajmniej do jednej partii, lecz do tych, które mają charakter patriarchalny, czyli do wszystkich. Solidarność pijących polityków (ponad podziałami) jest równie głęboka jak tych, którzy „broniąc tradycyjnych wartości”, wykorzystują seksualne przywileje mężczyzn u władzy. A imię ich milion. Bogobojny poseł Hofman czuje się wyśmienicie zarówno w roli (deklarowanego) posiadacza dużego penisa, jak i w roli (deklarowanego) świętoszka - obrońcy religii, monogamicznej rodziny i świętej polskiej tradycji. I nie on jeden. Mówiąc jednak szczerze, wolę nieskrywany
pijacki seksizm Hofmana niż jego zatruwający życie publiczne cynizm. Seksizm można wyśmiać, wobec cynizmu jesteśmy bezbronni. Cynizm niszczy bowiem nie tylko wzajemne zaufanie, ale i wiarę w jakiekolwiek wartości.
Inną sprawą są metody, dzięki którym seksizm, hipokryzja, cynizm są obnażane, czyli dziennikarska inwigilacja. Wielu moich kolegów (co ciekawe, nie koleżanek) bardzo się oburzyło publikacją „Wprost” o rajfurskich skłonnościach Wojciecha Fibaka. Skłonności są złe, ale metoda ich ujawniania jest jeszcze gorsza - twierdzili.
Widzę tu pewien problem, i to w znacznie szerszym znaczeniu. Czy media mają prawo do ujawniania zachowań i dokumentów, które informują nas o pewnych prywatnych lub zatajanych faktach i praktykach mających wpływ na rzetelność osób lub instytucji? Jeśli domagamy się prawa do prawdy, to czy nie obejmuje ono również takiego rodzaju informacji? Banki, udzielając nam kredytu, docierają do wszelkich danych dotyczących naszej wypłacalności. Czy media nie powinny więc informować nas o moralnej rzetelności polityków, o ile mamy obdarzyć ich politycznym zaufaniem? Wyznam, że nie jestem przekonana, czy pozytywna odpowiedź na te pytania jest właściwa, czy nie. Nie bez znaczenia dla wahań jest to, że sfera tego, co jest publiczne, a co prywatne, zaciera się. Politycy równie chętnie sprzedają swoją prywatność dla zwiększenia popularności, jak i prowadzą procesy o naruszenie dóbr osobistych, gdy media podadzą do wiadomości fakty z ich życia partyjnego. O ile wiem, poseł Hofman będzie się procesował o naruszenie takich dóbr. Osobistych i zapewne dużych. Jak je zdefiniuje? Czego - w rzeczywistości - będzie bronił? Być może proces ten rzuci jakieś światło na nurtujące nas pytania. A może wszystko zostanie po staremu? Aż do następnej wpadki.
ŹRÓDŁO
Prezes PiS o Hofmanie: takie zachowanie jest niedopuszczalne.
Na posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński nie krył pretensji do rzecznika partii Adama Hofmana - wynika z nieoficjalnych informacji.
Po nagraniu ujawnionym tydzień temu przez „Wprost” PiS przyjęło też specjalną uchwałę o potrzebie godnego zachowania się polityków.
Nagranie pokazuje zachowanie kilku posłów PiS w czasie partyjnego wyjazdu na Podkarpacie. Adam Hofman dyskutuje na nim z pracownicami biura klubu PiS na temat wielkości swego przyrodzenia. W klubie wybuchła burza. Nieoficjalnie wiadomo, że z powodu afery w poniedziałek PiS zrezygnowało z organizacji hucznej konferencji podsumowującej wysokie zwycięstwo w wyborach na Podkarpaciu.
Dzień później sprawę poruszono na posiedzeniu klubu PiS. Hofmana na nim nie było. Opowiada poseł PiS: - Posłowie z Podkarpacia mieli żal, że Hofman z kolegami popsuł im zwycięstwo. Pod adresem rzecznika padały krytyczne uwagi, lecz szef klubu Mariusz Błaszczak zamknął dyskusję. Przyznał jednak, że czas skończyć ze spoufalaniem się z pracownikami klubu.
Po nagraniu ujawnionym tydzień temu przez „Wprost” PiS przyjęło też specjalną uchwałę o potrzebie godnego zachowania się polityków.
Nagranie pokazuje zachowanie kilku posłów PiS w czasie partyjnego wyjazdu na Podkarpacie. Adam Hofman dyskutuje na nim z pracownicami biura klubu PiS na temat wielkości swego przyrodzenia. W klubie wybuchła burza. Nieoficjalnie wiadomo, że z powodu afery w poniedziałek PiS zrezygnowało z organizacji hucznej konferencji podsumowującej wysokie zwycięstwo w wyborach na Podkarpaciu.
Dzień później sprawę poruszono na posiedzeniu klubu PiS. Hofmana na nim nie było. Opowiada poseł PiS: - Posłowie z Podkarpacia mieli żal, że Hofman z kolegami popsuł im zwycięstwo. Pod adresem rzecznika padały krytyczne uwagi, lecz szef klubu Mariusz Błaszczak zamknął dyskusję. Przyznał jednak, że czas skończyć ze spoufalaniem się z pracownikami klubu.
poniedziałek, 9 września 2013
Rzecznik bez pudru.
Hofman ogłosił, że bóg jest po jego stronie.
Drugich pisatieliej u mienia niet!” - mawiał do swych pracowników Jarosław Kaczyński, gdy pytano go o przyczyny szybkiej partyjnej kariery Adama Hofmana. I wyjaśniał, że nawiązuje w swej przypowieści do rozmowy, jaką w latach 40. odbył w Moskwie Stalin i sekretarz Związku Pisarzy Radziec -kich Mikołaj Polikarpow. Ten ostatni skarżył się na artystów, których nadzorował: „Piją, mają kochanki, a jak już coś napiszą, to nie tak, jak trzeba”. „Towarzyszu Polikarpow, na dzień dzisiejszy, niestety, nie mogę panu zapewnić innych pisarzy” -uciął dyskusję Stalin.
Aluzja była zrozumiała: Adam Hofman, tak samo jak radzieccy pisarze ideałem nie jest. Ale innego partia nie ma, więc itakiego trzeba go tolerować.
Drugich pisatieliej u mienia niet!” - mawiał do swych pracowników Jarosław Kaczyński, gdy pytano go o przyczyny szybkiej partyjnej kariery Adama Hofmana. I wyjaśniał, że nawiązuje w swej przypowieści do rozmowy, jaką w latach 40. odbył w Moskwie Stalin i sekretarz Związku Pisarzy Radziec -kich Mikołaj Polikarpow. Ten ostatni skarżył się na artystów, których nadzorował: „Piją, mają kochanki, a jak już coś napiszą, to nie tak, jak trzeba”. „Towarzyszu Polikarpow, na dzień dzisiejszy, niestety, nie mogę panu zapewnić innych pisarzy” -uciął dyskusję Stalin.
Aluzja była zrozumiała: Adam Hofman, tak samo jak radzieccy pisarze ideałem nie jest. Ale innego partia nie ma, więc itakiego trzeba go tolerować.
PiS: Picie i Swawole.
Sobota przed tygodniem, późne popołudnie. Pod sklepem w podmieleckiej Woli Chorzelowskiej zatrzymuje się czarny mercedes GLK. Wysiadają z niego posłowie PiS: Adam Hofman i Dawid Jackiewicz. W garniturach, pod krawatem. Po chwili wychodzą z siatkami wypełnionymi butelkami wódki.
Tak się zaczyna wieczór z udziałem czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości w czterogwiazdkowym hotelu Rado w Woli Chorzelowskiej. Pod ten sam sklep samochód będzie wracał jeszcze kilka razy, żeby uzupełnić zapasy alkoholu.
Do hotelu przyjechało autokarem ponad 40 parlamentarzystów PiS. Pozostali członkowie klubu zostali zakwaterowani w dwóch innych obiektach. Oficjalnie przybyli na Podkarpacie, żeby odbyć wyjazdowe posiedzenie klubu. Tak naprawdę chodziło o to, by przed uzupełniającymi wyborami do Senatu wesprzeć Zdzisława Pupę.
Od samego początku ta, wydawałoby się, mało istotna kampania była pełna silnych napięć między Prawem i Sprawiedliwością a Solidarną Polską. Bo tak naprawdę nie chodzi o pojedynczy mandat senatorski, lecz pozycję na prawicy. PiS chce pokazać, że jest w tej części sceny politycznej monopolistą. Partia Zbigniewa Ziobry - że ciągle jest w grze.
niedziela, 8 września 2013
Imperator. Kim jest człowiek który trzęsie Polską?
DZIĘKUJĘ ZA TO, ZE LUDZIE MNIE ZNOSZĄ. WIEM, ŻE NIE JEST TO
ŁATWE
Fragment premierowej biografii Tadeusza Rydzyka.
Piotr Głuchowski, Jacek Hołub.
1
-Jest już mocno schorowany. Bardzo się postarza - mówi nam
bliski znajomy księdza Tadeusza Rydzyka.
-
Tak, zauważyliśmy, że chodzi o lasce.
-Zawsze miał kłopoty z kolanami, doszła rwa kulszowa. Ma też
kłopoty z gardłem, wysiada mu. Kilka lat temu dal się więc przekonać do
noszenia czapki i szalika. Jedna z radiowych pań zrobiła na drutach komplet,
ale nie moherowy. Ciało w nim słabnie, za to duch się wzmacnia Nie zwalnia
tempa. Myślę, że chce umocnić radio instytucjonalnie, żeby to potem szło nawet
bez niego.
-Zwróćcie uwagę, że mimo wieku, zmęczenia, tych ataków na
jego osobę ojciec wygląda jak człowiek szczęśliwy, pogodny - dodaje prof.
Andrzej Tyc, były wojewoda toruński i dawny znajomy księdza. -Nie da się tego
zrozumieć, jeśli się nie weźmie pod uwagę jego osobistej relacji z Bogiem. Dla
niewierzącego ona może być iluzją, ale ojciec Rydzyk to przeżywa jako coś
głęboko prawdziwego i ważnego. I to go napędza, daje siłę...
-Silę do czego?
-Do budowania Polski narodowo-katolickiej, ostoi obyczaju i
kultury. To zamysł grubo przekraczający doraźną politykę. Gdy zabraknie Prawa i
Sprawiedliwości, ojciec poprze coś innego i będzie robił swoje. Bez względu na
to jak by go krytykowano. Zresztą, gdy się porówna jego krytyczny obraz
budowany w mediach z tym, jaki jest naprawdę, wdać totalny kontrast. Na
przykład mówi się o nim i pisze, że atakuje. A on nie namawia, aby strzelać do
lekarzy, którzy dokonują aborcji, czy do dziennikarzy TVN. W Ameryce radykalni
ewangelizatorzy wzywaj ą do zamachów na kliniki aborcyjne. Tymczasem ojciec
pokojowo walczy o swoją wizję. Przy całym moim krytycyzmie wobec konkretnych
rzeczy, które robi, muszę mu przyznać, że nie niszczy ludzi. Przynajmniej w
bezpośredni sposób. Chociaż na pewno jest cholerykiem i czasami potrafi kogoś
zranić, zerwać stosunki, zrugać, nawet niesprawiedliwe. Potrafi wyrzucać za
drzwi z radia. Zakończyć spotkanie słowami: „Nie marny o czym więcej
rozmawiać”. Jak ktoś ma cienką skórę, to będzie długo przeżywał. On potrafi być
zimny jak stal. Choć czasami przeprasza.
Tak jak w ciemne grudniowe popołudnie 2009 roku, gdy
wzruszony pieśniami na swoją cześć Ojciec Dyrektor pełnym emocji głosem mówi do
dziesięciu tysięcy zebranych w Toruniu wiernych:
-I dziękuję jeszcze za jedno, za to, że mnie ludzie znoszą.
Tak, to nie jest łatwe. I dlatego każdego przepraszam za wszystko, za każde może
jakieś słowo, może minę... ale każdy ma swoje zmęczenie. I przepraszam, że nie
pamiętam o wszystkich którym może dokuczyłem. Taki jestem, niedoskonały.
-„Kiedy kładę się w celi spać, mówię często: »Maryjo, weź w
swoje ręce wszystko, weź mnie. Tobie wszystko oddaję. I daj mi sen spokojny bo
jak się nie wyśpię, to nerwy mogą nie wytrzymać«”
-dodaje kapłan w rozmowie z księdzem Ireneuszem Skubisiem,
redaktorem naczelnym tygodnika „Niedziela”.
Obok zdjęcia z mamą, Stanisławą Rydzyk z domu Piątek, na
ścianie celi Ojca Dyrektora w toruńskim klasztorze Redemptorystów w ostatnim
czasie zawisła jeszcze kartka pocztowa. Nie ma na niej żadnego obrazka, jest.
tylko napis po niemiecku: „Der Weg zur Quelle fahrt gegen Strom”. Czyli: droga
do źródła wiedzie pod prąd.
Kto słucha Radia Maryja, ten wie, że sztandarowe hasło Oj ca
Dyrektora ,Aleluja i do przodu” coraz częściej zastępowane jest przez niego
nowym: , Alleluja i pod prąd”.
Po pięciu latach rządów Platformy Obywatelskiej ksiądz jest
takim samym kontestatorem polskiej rzeczywistości jak w szkole podstawowej, gdy
-jako jedyny w klasie - wystąpił z harcerstwa. Jak w Szczecinku, gdzie będąc
młodym katechetą, pomagał wieszać zakazane krzyże w czasach PRLowskich szkól.
Jak w Krakowie, w którym wygłaszał antykomunistyczne kazania rok przed śmiercią
księdza Jerzego Popiełuszki.
Jak w przedszkolu, kiedy nie chciał mówić wiersza o
Stalinie.
środa, 4 września 2013
Kaczyński: Biznes często to przystań ludzi PRL
Rz: Po latach PiS wraca na czoło sondaży. Czy w razie
dojścia do władzy, przeprowadzi pan tak fundamentalne zmiany
w
państwie, jak to zrobił
na Węgrzech Viktor Orban?
Jarosław Kaczyński, prezes PiS, były premier: Chcemy mieć większość konstytucyjną, aby móc przebudować państwo. Ale zdaję sobie sprawę, że wygranie wyborów z tak znaczną przewagą nad Platformą będzie niebywale trudne. Możemy być skazani na koalicjanta. Jeśli nasi partnerzy koalicyjni uznają, że warto podjąć się wspólnego wysiłku, to będziemy chcieli pójść bardzo daleko. Jeśli takiej woli nie będzie, to konstytucja tworzy pewne ramy, które są nie do przekroczenia. Ale jestem przekonany, że nawet drogą ustawową albo poprzez decyzje niższego szczebla, można zrobić wiele dobrego. Obecna konstytucja jest naprawdę niedobra. Wchodząc w życie w 1997 r. spetryfikowała ona czysty postkomunizm. Przecież polski aparat państwowy nie został zbudowany do nowa, jest mutacją aparatu komunistycznego.
Odległą mutacją. Przecież zmienił się przez 20 lat.
Tak? Przykład – nigdy nie rozwiązano Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w którym królują skamieniałe układy personalne z poprzedniej epoki.
W nowej konstytucji trzeba jednak przede wszystkim wyraźnie zapisać kwestie aksjologiczne. Obecny wstęp [„Obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary" – red.] przypomina sformułowanie z czasów Gomułki: „partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący". To jest całkowicie puste. Aksjologia konstytucji musi być jasna i zakorzeniona w tradycji – konstytucja powinna się zaczynać wezwaniem „W imię Boga wszechmogącego".
Jarosław Kaczyński, prezes PiS, były premier: Chcemy mieć większość konstytucyjną, aby móc przebudować państwo. Ale zdaję sobie sprawę, że wygranie wyborów z tak znaczną przewagą nad Platformą będzie niebywale trudne. Możemy być skazani na koalicjanta. Jeśli nasi partnerzy koalicyjni uznają, że warto podjąć się wspólnego wysiłku, to będziemy chcieli pójść bardzo daleko. Jeśli takiej woli nie będzie, to konstytucja tworzy pewne ramy, które są nie do przekroczenia. Ale jestem przekonany, że nawet drogą ustawową albo poprzez decyzje niższego szczebla, można zrobić wiele dobrego. Obecna konstytucja jest naprawdę niedobra. Wchodząc w życie w 1997 r. spetryfikowała ona czysty postkomunizm. Przecież polski aparat państwowy nie został zbudowany do nowa, jest mutacją aparatu komunistycznego.
Odległą mutacją. Przecież zmienił się przez 20 lat.
Tak? Przykład – nigdy nie rozwiązano Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w którym królują skamieniałe układy personalne z poprzedniej epoki.
W nowej konstytucji trzeba jednak przede wszystkim wyraźnie zapisać kwestie aksjologiczne. Obecny wstęp [„Obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary" – red.] przypomina sformułowanie z czasów Gomułki: „partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący". To jest całkowicie puste. Aksjologia konstytucji musi być jasna i zakorzeniona w tradycji – konstytucja powinna się zaczynać wezwaniem „W imię Boga wszechmogącego".
Subskrybuj:
Posty (Atom)