poniedziałek, 31 marca 2014

Eksperymenty prezesa



Ciche dni z ojcem Rydzykiem wyborcze listy wysokiego ryzyka i chaos w sztabie Nie tak PiS wyobrażał sobie start europejskiej kampanii.

Anna Gilewska Agnieszka Burzyńska

Kilkanaście dni temu, końcówka obrad komitetu politycznego PiS. Władze partii przyjmują listy do europarlamentu. Chwilę później do samochodu wsiadają sekretarz generalny partii Joachim Brudziński i szef klubu Mariusz Błaszczak. Ruszają do Drohiczyna. Tam, w siedzibie bpa Antoniego Dydycza, mają się spotkać z o. Tadeuszem Rydzykiem.
Zanim dojadą, media podają już wszystkie wyborcze jedynki PiS. Nie ma wśród nich ani jednej osoby wskazanej wcześniej przez dyrektora Radia Maryja. Do księdza dzwonią zaufani politycy PiS i przekazują informacje, że „jego” kandydaci zajmują dalsze miejsca na listach.
Po kilku godzinach jazdy samochód z Brudzińskim i Błaszczakiem podjeżdża pod kurię. Na parkingu politycy widzą już auto Rydzyka. Kiedy dzwonią, wychodzi do nich jego współpracownik: - Ojciec nie ma przyjemności w spotkaniu z panami ani w najbliższych dniach, ani tygodniach - ma oświadczyć politykom. Ci jak niepyszni wracają więc do Warszawy. - Dostali czarną polewkę - kwituje jeden z polityków blisko rozgłośni.

Chłód na linii Toruń - PiS



KAMILA  BARANOWSKA

Brak polityków sympatyzujących z o. Tadeuszem Rydzykiem na „jedynkach” list wyborczych Prawa i Sprawiedliwości to dość czytelny sygnał wysłany przez Jarosława Kaczyńskiego. „Poradzimy sobie bez was” - zdaje się mówić prezes

Parę dni temu posłowie Joachim Brudziński i Mariusz Błaszczak udali się do Drohiczyna. Tam z wizytą u zaprzyjaźnionego bp. Antoniego Dydycza przebywał o. Tadeusz Rydzyk. Posłowie byli umó­wieni z nim na spotkanie. Mieli rozma­wiać z duchownym o współpracy przy kampanii wyborczej. Kiedy dojechali na miejsce, okazało się, że żadnego spotka­nia nie będzie. Usłyszeli, że o. Tadeusz do nich nie zejdzie, ponieważ... boli go głowa. Podróż posłów odbyła się już po zatwierdzeniu przez komitet polityczny PiS list do Parlamentu Europejskiego.
List, na których zabrakło biorących „jedy­nek" dla kandydatów rekomendowanych przez toruńskiego redemptorystę.
Brudziński zapytany o tę wizytę zaczy­na rozwodzić się nad pięknem Podlasia i ziemi drohiczyńskiej. I choć nie zaprzecza, że ostatnio tam był, ucieka od odpowiedzi na pytanie, w jakim celu. - Często bywam w Drohiczynie z potrzeby duszy i serca.
Jeśli zabiegałbym o spotkanie z o. Tade­uszem, pojechałbym do Torunia, bo tam ma siedzibę. Reszta to plotki - zarzeka się.
Opowieść o nieudanej wizycie posłów u ojca redemptorysty od kilku dni elek­tryzuje sporą część polityków PiS. I krąży także w alternatywnej wersji - że poca­łowali klamkę właśnie w Toruniu. W obu wersjach jednak dobrze oddaje zmianę w relacjach Torunia z partią Jarosława Kaczyńskiego. - Dawno nie wiało aż takim chłodem - przyznają ci, z którymi rozma­wialiśmy.

niedziela, 30 marca 2014

Fundacja i manipulacja



Jak ekscentryczna wolontariuszka wpędziła w poważne kłopoty jedną z najważniejszych fundacji walczących z nowotworami.


Paulina Socha-Jakubowska

Drobna, sympatyczna blondynka o słodkiej buzi. Nie wygląda na swoje 38 lat. Po tym jak przy­jechała do Wielkiej Brytanii, pracowała u Turka, w polskim sklepie, w salonie spa. Jednak w ciągu ostatnich dwóch lat w Londynie została prawdziwą celebrytką. Polonijne media przeprowadzały z nią wywiady, prasa opisywała typowy dzień z jej życia. A ona, jak twierdzą przedstawiciele fundacji Rak’n’Roll, nabierała przekonania o swojej wielkości, charytatywnym kunszcie i o mi­sji zbawiania świata, do której miała być natchniona przez Magdę Prokopowicz, nieżyjącą już założycielkę fundacji.
Patka, jak wszyscy nazywali Patrycję P., postanowiła, że będzie dokładnie taka jak jej idolka. I (podobno) przyjaciółka, bo o zażyłości z przedwcześnie zmarłą preze­ską opowiadała wszystkim dookoła. Mimo że nigdy nie chorowała na raka - ogoliła sobie głowę. Na zorganizowanej przez męża Magdy Prokopowicz aukcji jej rzeczy kupiła sobie sukienkę i bluzkę byłej prezeski. Tę samą, którą Magda miała na sobie w dniu imprezy urodzinowej jej synka, z której ka­retka zabrała ją do szpitala. Po raz ostatni.
Patka, uzbrojona w ciuchy Magdy, z łysą głową, zaczęła pracować w Londynie na rzecz fundacji Rak’n’Roll, jednej z bardziej znanych i docenianych polskich fundacji pomagających kobietom z chorobami nowotworowymi. - Wiele osób widziało w niej skrzyżowanie Matki Teresy z pa­pieżem - mówią ci, którzy mieli okazję Patkę poznać.

KULA ENERGII
Dziś działalność Patrycji oceniają jako szkodliwą dla fundacji. Do fundacji Rak’n’Roll, która ma siedzibę w Warszawie, od pewnego czasu zgłaszają się Polacy mieszkający w Londynie, zaniepokojeni tym, w jaki sposób kobieta wykorzystuje wizerunek Magdy Prokopowicz. Z kores­pondencji napływającej z Wielkiej Brytanii wynika, że Patce bardziej niż na pomocy kobietom chorym na raka zależało na autopromocji. - Lubiła być w centrum uwagi. Uwielbiała, gdy o niej pisano - mówią. Byli znajomi podkreślają też, że Patka starała się zbijać kapitał na niewyprowadzaniu z błędu ludzi, którzy byli przekonani, że ona, ogolona na łyso młoda kobieta, także jest chora na raka.
Sama Patka poproszona przez redakcję Elondyn.co.uk o tekst opisujący jej życie napisała, że inspiracją do działania na rzecz chorych są dla niej jej osobiste doświadcze­nia z rakiem. Osobiste - w tym przypadku - oznaczają tyle, że jej mama wyszła z raka.
- Ludzie użalali się nad nią, chwalili, że jest wspaniała, bo mimo choroby pomaga innym - mówią byli znajomi.

sobota, 29 marca 2014

Twórca SKOK-ów ma pomysł na nowy biznes za miliony z publicznej kasy.



Trzeba tylko zmienić parę ustaw

Bianka Mikołajewska

Jarosław Kaczyński przekonuje, że w Polsce mamy do czynienia z silnym wpływem grup lobbystycznych na władzę. Słusznie. Dowodem pomysły polityków z jego własnej partii
Grzegorz Bierecki, twórca Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo--Kredytowych (SKOK-ów), dziś senator PiS-u, ma pomysł na nowy wielki biznes wspierany setkami milionów złotych z publicznej kasy. Trzeba tylko zmienić parę ustaw. Ale od czego jest Senat?

22 grudnia 2011 r. Trzecie posiedzenie Senatu obecnej kadencji. I pierwsza po wyborach okazja, by złożyć oświadczenia senatorskie - odpowiednik interpelacji poselskich. Świeżo upieczeni parlamentarzyści PiS-u Grzegorz Bierecki i Henryk Cioch kierują oświadczenie do ministra rolnictwa. Krytykują w nim propozycję resortu, by rolnikom, którzy stracili uprawy w wyniku klęsk żywiołowych, przyznawać bezzwrotną pomoc na wznowienie produkcji.

Zwykle, gdy przychodzą powodzie, grad czy susze, politycy opozycji - zwłaszcza PiS-u - pierwsi domagają się od rządu, by uruchomił wsparcie. Bierecki i Cioch podkreślają jednak, że przed stratami wywołanymi przez takie zjawiska rolnicy mogą się ubezpieczyć. I że państwo ma wspierać zawieranie takich ubezpieczeń, dopłacając do składek.

Według nich propozycja ministerstwa ''godzi w pewność prawa'' i spowoduje ''nieuzasadnione obciążenie budżetu państwa'' - zamiast udzielać rolnikom doraźnej pomocy, należy rozwijać ''ubezpieczeniowy model wsparcia''. ''Zasadne wydaje się tworzenie towarzystw ubezpieczeń wzajemnych (szczególnie tak zwanych małych TUW)'' - piszą.

piątek, 28 marca 2014

Seks oralny z trzepaniem dywanu



To nie jest lekka praca. Panowie do towarzystwa bywają bici i poniżani przez kobiety Ale są tacy, którzy zarabiają nawet 2 tys. złotych za szybki numerek.

ANNA SZULC, WERONIKA BRUŹDZIAK

Michel, 27-letni fizjoterapeuta z Po­morza, lubi opalać -wyrzeźbione i wydepilowane ciało na wyspach oceanicznych. I jeszcze mu za to płacą.
- Klawo jest - zapewnia. Choć ostat­nio zmuszony był wsiąść cło taksówki cał­kiem nago. Wszystko przez odstępstwo ocl zasad, bo zwykle zakotwicza się z oso­bą towarzyszącą w miejscach trudno do­stępnych i mało popularnych, na przykład w Suwałkach. Ale tym razem, cholera, zasnął wtulony w kobietę w jej domu. A rano, proszę, w drzwiach - on.
- Pan zesztywniał, słowem się nie za­jąknął. Więc grzecznie go ominąłem i wy­szedłem - wspomina. - A że bez majtek? Spieszyło mi się trochę.
Mi cli cl owi spieszyło się do bogatej bizneswomen przed czterdziestką. Na śniadanko w motelu. - Pachnąca kawa, grzanki i szybki numerek, bo pani była przejazdem, w drodze na jakieś sympo­zjum - wylicza. Taki szybki numerek może oznaczać nawet dodatkowe 2 tys. złotych zarobku. Bo Michel pracuje też jako re­habilitant, ale to trochę dla niepoznaki. Przede wszystkim jest mężczyzną do to­warzystwa. Z angielska cali boy albo male escort. Po polsku - eskort. Czyli jest męską dziwką. Jedną z wielu.

czwartek, 27 marca 2014

Powrót Gorgonowej



Sztab specjalistów rozpoczął prace nad najbardziej sensacyjnym projektem kryminalistyczno- -prawniczym ostatnich lat: próbą wznowienia procesu Rity Gorgonowej.

Katarzyna Świerczyńska

Wie pani, za co ją tak bardzo kocham? Za to wszystko, co ona w życiu wycier­piała. I jak bardzo mu­siała być silna i dzielna, żeby mnie urodzić w więzieniu - 82-letnia Ewa Ilić mówi, patrząc mi prosto w oczy. Z taką samą pewnością mówi o niewinności swojej matki Emilii Margarity Gorgon, która ponad 80 lat temu została uznana przez sąd - najpierw lwowski, a potem krakowski - za winną zabójstwa 17-letniej Lusi Zarembianki, córki inżyniera Henryka Zaremby, u którego Gorgonowa zatrudniła się jako opiekunka do dzieci.
- Dopuszcza pani możliwość, że matka jednak była winna? - pytam.
- Nie!
- Skąd taka pewność?
- Ja to prostu wiem - ucina.
Rehabilitacja Rity Gorgonowej to ma­rzenie życia Ewy Ilić.

środa, 26 marca 2014

Interes grzechu wart



Miały być zyski, wielkie inwestycje i wejście na giełdę. Z kościelnego biznesu ojców cystersów z małopolski pozostał jednak tylko niesmak.

SZYMON KRAWIEC

Klasztorna kruchta. Ciemno. Gdzieniegdzie migoczą punk­ciki plastikowych lampek rozstawionych w ścianach. Wierni po omacku wyciągają przed siebie dłonie, żeby sprawdzić, czy mają gdzie uklęknąć. - Taką samą ciemność widział Pan Jezus, kiedy go złożono do grobu - słychać szept z głośnika. W opactwie oo. Cystersów w Szczyrzycu wierni się modlą, śpiewając „Gorzkie żale”.
Modlitwy w tym miejscu odbywają się od prawie ośmiu wieków. Największy cud wydarzył się podczas wojny, kiedy gestapo spustoszyło klasztor w poszukiwaniu broni i radiostacji. Sprzęt był ukryty w podłodze celi jednego z ojców, a broń zadekowano za wielkim ołtarzem. Jak mówią, tylko dzięki boskiej opatrzności Niemcy niczego nie znaleźli. Zakonnicy przeżyli, klasztor ocalał.
Kilkanaście lat temu także się modlono o cud. Gospodarczy. Do zakonu przybyli wtedy lokalni biznesmeni ze spółki Do­minium. Chcieli razem z ojcami rozkręcić firmę handlującą ekologiczną żywnością.
- Padło na nas, bo mieliśmy browar. Wtedy nieczynny, ale obiecano, że nam go wyremontują - mówi jeden z zakonników. Skusiła ich też bliskość Krakowa i prawie sto czerwonych krów, które zakonnicy hodują na terenie opactwa. Ten rzadki gatunek daje o wiele smaczniejsze mleko niż zwy­kła łaciata krowa. - To była wielka wizja. Kiedy zobaczyłem projekt rozbudowy
modernizacji opactwa, powiedziałem, że to szklane domy Żeromskiego. Nowa masarnia, mleczarnia, browar. Brakowało tylko ruchomych chodników - uśmiecha się jeden z braci. Umowę z biznesmenami podpisywał ówczesny opat. - Oni mieli dar przekonywania, a nasz przełożony bardzo ufał ludziom - dodaje.

wtorek, 25 marca 2014

Prawie jak pogrzeb



Oficjalnie wystąpić z Kościoła to nie jest łatwa sprawa. Jeszcze trudniej zniknąć z kościelnych kartotek. Bo polski Kościół wciąż lub liczyć martwe dusze.

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, RAFAŁ GĘBURA

Grażyna Barzdo-Waeli mieszka w Gdańsku, zajmuje się konsultingiem, ma 59 lat. Za­nim poszła powiedzieć proboszczowa, że nie chce już należeć do Kościoła, spisała, co jej się z Koś­ciołem kojarzy. Wyszło pół tysiąca wyrazów, w tym: indoktrynacja, podejrzliwość, wrogość, nietoleran­cja, przemoc, władza, fałsz, bogactwo, tuszowanie niegodziwych czynów.
Złożyła akt apostazji, czyli została - trzymając się kościelnego języka - odstępcą, odszczepieńcem. Aby zostać apostatą, trzeba mieć minimum 18 lat (ma), podać przyczynę odejścia od wiary (załączyła 500 wy­razów), stawić się osobiście w parafii (stawiła się) ze świadkami (wzięła ze sobą córki). Ksiądz powie­dział, że córki być nie mogą, więc zadzwoniła po zna­jomych, przyjechali. Niedługo minie pól roku, odkąd zrobiła wszystko, co trzeba, żeby się wypisać z Kościo­ła. Powinna dostać skorygowany odpis aktu chrztu. Nie dostała.
Krzysztof Poradziński z Krakowa (28 lat, filozof) złożył akt apostazji ponad dwa lata temu i również wciąż nie ma metryki chrztu z adnotacją, że wystąpił z Kościoła.
Robert Binias, prawnik z Chorzowa, to dopiero cie­kaw przypadek. Doszedł do wniosku, że religia jest duchową protezą, a on nie chce się na protezie opie­rać. Pisemne oświadczenie o tymi, że odchodzi z Koś­cioła, zaniósł proboszczowi 22 lata temu. Pamięta, że sekretarka proboszcza aż się popłakała, bo wtedy takie deklaracje rzadko się zdarzały. Binias sądził, że skoro zrywa z Kościołem, to i Kościół z nim. Po kilkunastu latach coś go tknęło. - Pomyślałem: sprawdzę, jak wy­gląda sytuacja. Okazało się, że cały czas figurowałem jako wierzący.
Proboszcz włożył jego oświadczenie między papiery. Nigdzie tej apostazji nie odnotował.

poniedziałek, 24 marca 2014

Koniec eldorado



Czy wydawcom uda się utopić pomysł bezpłatnego podręcznika? Zrobią wszystko, by odzyskać rynek wart prawie miliard złotych.

Cezary Łazarewicz
Igor Ostachowicz, najbliższy doradca premiera Donalda Tuska, we wrze­śniu 2013 r. posłał swoje dziecko do pierwszej klasy. Żeby nie dźwigało zbyt dużo książek, kupił mu dwa komplety podręczników, jeden do domu, drugi do szkoły. Wtedy się dowiedział, ile kosztują podręczniki szkolne. Z tego czo­łowego zderzenia z rynkiem wydawnictw podręcznikowych miała narodzić się idea bezpłatnego podręcznika finansowanego przez państwo.
Sejmowa legenda głosi, że Ostachowicz był tak wzburzony chciwością wydawnictw, że zapowiedział im wtedy walkę na śmierć i życie.
I słowa dotrzymał. Śmierć, a co najmniej wielkie kłopoty finansowe wydawcom podręczników premier zapowiedział niespo­dziewanie 10 stycznia, ogłaszając, że ponad pół miliona pierwszoklasistów dostanie od rządu we wrześniu jeden podręcznik, zre­dagowany i wydrukowany przez państwo. Ta zapowiedź oznaczała, że w kieszeniach rodziców zostaną 132 min zł. To jednak także oznacza, że te pieniądze nie trafią do wydawców. To tak, jakby odciąć im nagle dopływ paliwa w samochodzie, który wiózł ich do coraz wyższych zysków i luksusu. I nie można się dziwić, że zareagowali nerwowo.
- To dzień, który dzieli polską edukację - mówi Jarosław Matuszewski, reprezen­tujący podręcznikowego potentata, czyli Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne. - Nic już nie będzie takie samo, jak było.
Tak kończy się w Polsce podręcznikowe eldorado.

Historia jednej prowokacji



Działacze partii Palikota sięgają do dorobku SB. Bo w romans i nieślubne dziecko bezpieka próbowała wrobić papieża już w latach 80. Szykowała też prowokację przeciwko ks. Dziwiszowi.

Na początek kwietnia fundacja Ateizm Świeckość Antyklerykalizm zapowiada kampanię billboardową z Janem Pawłem II w roli głównej. Na plakatach Karol Wojtyła ma być pokazany z kobietą i dzieckiem. Twórcy projektu sugerują, że to kochanka i nieślubny syn przyszłego papieża. Fundacja zapowiada kolejne antypapieskie plakaty. Politycznego wymiaru całej sprawie nadaje to, że za akcją stoją działacze Twojego Ruchu, którego lider pośrednio poparł przedsięwzięcie. – Bardzo bym się dziwił, gdyby Karol Wojtyła nie miał nieślubnych dzieci – wypalił Janusz Palikot. Kampania antyklerykalnej fundacji ma związek z prowokacją, którą w latach 80. preparowali funkcjonariusze komunistycznych służb specjalnych. Jej dzieje to jedna z najbardziej perfidnych akcji PRL-owskiej bezpieki wymierzonych w Kościół.
Do krakowskiego mieszkania ks. Adama Bardeckiego przy pl. Sikorskiego w lutym 1983 r. pukają dwie kobiety. Podają się za pracownice opieki społecznej. Tak naprawdę to dwie funk­cjonariuszki SB: Barbara Szydłowska i Barbara Borowiec. Obie blisko współpracują z Grze­gorzem Piotrowskim, esbekiem, który półtora roku później zamorduje ks. Jerzego Popiełuszkę.
Ks. Bardeckiego, wieloletniego asystenta kościelnego „Tygodnika Powszechnego” nie ma w domu, kobietom otwiera więc jego gosposia. Starsza pani wdaje się w rozmowę z kobietami, które twierdzą, że przyniosły paczkę żywnościową. Opowiada im o choro­bach, wymienia leki, które zażywa. Wszystko trwa jakieś 20 minut. W tym czasie jedna z funkcjonariuszek idzie do łazienki, otwiera okno, żeby inni esbecy mogli tam później wejść i założyć podsłuch. Zapewne wtedy podrzuca maszynopis ze sfabrykowanym pamiętnikiem Ireny Kinaszewskiej. Maszy­nopis miał zawierać informacje o romansie rzekomej autorki z ks. Karolem Wojtyłą.
Zdaniem zmarłego rok temu Krzysztofa Kozłowskiego, byłego wicenaczelnego „Tygo­dnika Powszechnego” w prowokacji miał też uczestniczyć krakowski dziennikarz Konrad Strzelewicz. Przyjaźnił się z Kinaszewską, a pamiętnik miał podrzucić w kapciach. (Strzelewicz żyje do dziś, ale nie rozmawia z mediami).

niedziela, 23 marca 2014

Zagubiona agentura



Wojciech Czuchnowski, Marcin Kącki.

Tajni agenci tajną kasę traktowali jak kasę zapomogowo-pożyczkową. Brali na życie, mieszkanie, rozwód. Polski wywiad przez lata nie panował nad funduszami na tajne operacje. Czuchnowski i Kącki śledzą aferę w Agencji Wywiadu

1 sierpnia 2012 roku, popołudnie, policjanci zabezpieczają miejsce kradzieży. Rutyna: zdjęcia, odciski palców, bo w kasie pancernej zamiast dolarów leżą pocięte papiery. Ale miejsce przestępstwa jest wyjątkowe, ściśle strzeżone tajemnicą państwową. To Agencja Wywiadu przy ul. Miłobędzkiej 55 w Warszawie. Niewielka (około 1000 pracowników, 150 mln zł rocznego budżetu), a zarazem najbardziej elitarna z polskich służb specjalnych. Podejrzanym o kradzież jest kasjer nadzorujący pieniądze na tajne operacje - starszy chorąży Andrzej M., zwany przez kolegów "Carringtonem".


Prokurator Katarzyna Calów-Jaszewska, która ma kradzież wyjaśnić, będzie przeglądać akta w kancelarii tajnej, bo Agencja Wywiadu nadaje niemal każdemu dokumentowi klauzulę "ściśle tajne". Razem z Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego tłumaczą to "interesem państwa".

Idziemy tropem pociętych papierów. Nie widzimy tu kulis tajnego działania operacyjnego, które mogłoby narazić interes państwa. To po prostu sprzeniewierzanie pieniędzy przez wysokich rangą oficerów wywiadu, które trwało 20 lat.

Michnik: Polska bez Kościoła to czarny obraz



Kościół przestał być przyjazny ludziom. Stał się narcyzem, wielbi sam siebie jako instytucję

AGATA NOWAKOWSKA, DOMINIKA WIELOWIEYSKA: Polski Kościół zapisał piękną kartę w czasach PRL. Dziś ma problem z rozdziałem od państwa. A zamiast ewangelizować, urządza krucjatę przeciwko wymyślonym wrogom.

ADAM MICHNIK, redaktor naczelny "Gazety Wyborczej": Kościół wciąż robi wiele wspaniałych rzeczy, nie chodzi tylko o pomoc biednym i odrzuconym. To jedyne miejsce, do którego zwykły Polak przychodzi co niedziela i dowiaduje się, gdzie jest dobro, a gdzie zło.

Ale rzeczywiście jest to trudny moment w historii Kościoła. On przestał być przyjazny ludziom. Stał się narcyzem, wielbi sam siebie jako instytucję. To bolesne dla katolików, którzy przeżywają wiarę serio, czy ludzi takich jak ja - autor książki "Kościół, lewica, dialog".

Dla hierarchów człowiek dobry to katolik bezkrytycznie słuchający proboszcza. Niegodni szacunku są: geje, feministki, niewierzący. Kościół, który bronił wolności i godności ludzi, często mówi dziś językiem nienawiści.

- Jest w nim pęknięcie. Z jednej strony Kościół mówi językiem Dekalogu czy Kazania na Górze Oliwnej - i to jest najpiękniejsza religia, jaką znam. Z drugiej - w Kościele i wokół niego powstały środowiska degeneracji. W Kościele jest wszystko, co najlepsze w naszym społeczeństwie, i wszystko, co najgorsze. Mnie oczywiście boli, że formuła radiomaryjna jest tak widoczna, ale to nie jest cały Kościół.

Papież Franciszek ma takie same poglądy na aborcję, eutanazję czy homoseksualizm jak polscy biskupi, ale nie odziera nikogo z godności, stara się wysłuchać, "zrozumieć kontekst".

sobota, 22 marca 2014

Królowie Życia



WOJCIECH FRYKOWSKI uważał pośpiech za znak złego smaku. Kiedyś nad ranem wracał z libacji na dachu triumpha, krzycząc do idących dziewcząt: Robotnice łódzkie! Dlaczego tak rano wstajecie? - fragment książki Sławomira kopra „Skandaliści PRL”


Któregoś dnia Agnieszka [Osiecka] zagadnęła mnie: Co ty tak ciągle o tym Frykowskim opowiadasz ? - wspominał Wojciech Solarz.
- Zacząłem o nim mówić: jaki to jest łobuz, jak on wódkę popija, jak traktuje kobiety, że z jednej strony jest genialnym kierowcą rajdowym, a z drugiej potwor­nym leniem. Ona słuchała, aż powiedziała:
- To ja go muszę poznać.
Dałem jej jego adres i telefon. I stała się rzecz straszna. Pięć-sześć tygodni później dostałem pocztówkę z Kazimierza: „Tu jest cudownie, całujemy serdecznie - Agnieszka i Wojtek”.
Wojciech Frykowski był jedną z najwięk­szych legend PRL, człowiekiem przewijają­cym się przez niemal wszystkie wspomnienia z tego okresu. Postać niezwykle malownicza, osobnik obdarzony ogromną fantazją i zawsze dysponujący dużą gotówką. A do tego nigdy nie żałował jej dla przyjaciół i znajomych.

Honorowi krwiodawcy



Niewielu Polaków, według badań, zdecydowałoby się oddać dla obrony kraju zdrowie lub życie Oczywiście to niskie morale narodu jest według prawicy winą Tuska. Problem w tym, że tych naprawdę zdeklarowanych obrońców ojczyzny jest znacznie mniej niż nawet wyborców PiS.

Poczucie, że agresja Rosji wo­bec Ukrainy realnie wystawia na szwank bezpieczeństwo Pol­ski, wzmaga patriotyczne napię­cie, przynajmniej u prawicowych po­lityków i publicystów. A tu okazało się, że większość Polaków ankietowanych przez MillwardBrown SA dla TVN24 nie jest gotowa do poświęceń dla kraju, 49 proc. (zdecydowanie nie - 21 proc.), przy 43 proc. tych, którzy godzą się z ry­zykiem utraty życia i zdrowia na rzecz ojczyzny (zdecydowanie tak - tylko 17 proc.). Te odpowiedzi są powiązane z innymi deklaracjami. Polacy w 54 proc. nie akceptowaliby udziału polskich sił zbrojnych w obronie integralności tery­torialnej Ukrainy (39 proc. byłoby za), ale ufaliby, że sojusznicy z NATO wywiąza­liby się wobec Polski ze swych zobowią­zań obronnych (49 proc. przy 41 proc. nieufnych). Zakładają więc, że wyłącznie Sojusz miałby szansę prowadzić wojnę o Ukrainę i że nie uchyliłby się od niej w razie najwyższej konieczności. Trzeba oczywiście ostrożnie podcho­dzić do tych wyników, niemniej pokazują pewne nastawienia społeczne, są przynajmniej zapisem świadomości. W licznych dyskusjach na internetowych forach, ja­kie pojawiły się po publikacji wyników badań, młodzi ludzie tłumaczyli swoje własne postawy. Jedni twierdzili, że nie pójdą na wojnę, bo nie mają żadnego doświadczenia bojowego, nie mieli bro­ni w ręku, nie czują się na siłach fizycz­nie, żyją w innym świecie i strzelania nie potrafią sobie wyobrazić. Przeraża ich sama świadomość, że mogliby w każdej chwili zostać zabici. Bardzo często po­jawiała się deklaracja, że stanęliby tylko w obronie rodziny, ale już niczego innego, bo to abstrakcja, a życie jest biologicznym konkretem. „Jeśli w wypadku wojny moi bliscy byliby bezpieczni gdzieś za grani­cą, a ja (...) miałbym walczyć za ziemię, domy, lasy i pola, to przykro mi bardzo, ale przy pierwszej okazji zwiałbym... Jeśli ktoś uważa, że warto ginąć za rozłożenie słupków przy granicach, to powodzenia mu życzę” - napisał jeden z blogerów.
Wielu dyskutantów uważało, że w dzi­siejszych warunkach wojennych, gdzie dominuje atak powietrzny, byliby tylko mięsem armatnim. Poza tym, jeśli kie­dyś młodzi mężczyźni unikali jak zarazy powszechnego poboru, dlaczego dzisiaj mieliby deklarować, że ochoczo pójdą na wojnę? - pytano na forach. Pojawiały się w dyskusjach także jednoznaczne na­stroje pacyfistyczne, niezgoda na wszel­kie zabijanie, stwierdzenia, że życie ludzkie jest bezcenne, niepowtarzalne i niewymienialne na inne wartości, takie jak terytorium czy suwerenność.
Wreszcie istotnym motywem był wą­tek polityczny. Jedni uważali za absurd umieranie za palącego cygara Tuska, Sikorskiego czy „prezydęta" Komorow­skiego, a drudzy jako równy nonsens traktowali poświęcenie życia za kraj Kaczyńskiego, Hofmana czy Brudziń­skiego. Państwo zostało tak mocno skojarzone z partyjną własnością, że straci­ło walor uniwersalnej wartości, za którą warto umierać bez względu na to, kto jest akurat premierem czy prezydentem.

piątek, 21 marca 2014

Wszyscy jesteśmy siecioholikami



Miał być tydzień bez internetu i telefonu. Całkiem się nie dato. Już wiem, jak trudno się odłączyć. Ale to było lekkie otrzeźwienie.

WOJCIECH STASZEWSKI

Wyciągam wtyczkę tuż przed pół­nocą. W e-mailu ustawiam au­toresponder, ogłaszam to też na swoim blogu i Facebooku. Na trzy dni odłączam się od cyfrowego świata. „Bez odbioru”.
E-migrantka Susan Maushart, amerykańska dziennikar­ka, zauważyła, że jej dzieci (troje nastolat­ków) nie używają mediów elektronicznych, tylko w nich „zamieszkują”. Że kiedy za­praszają znajomych, to siedzą razem przy YouThbe albo każde w kącie z konsolą/ laptopem/smartfonem. Ze sama „sypia z iPhone’em”, a w toalecie surfuje po sie­ci, odpisuje na SMS-y. Że czytanie książek, wspólne posiłki i rozmowy z dziećmi znik­nęły z jej domu.
Postanowiła odłączyć się na pół roku z dziećmi nie tylko od internetu, ale też od telefonu i telewizji. Eksperyment opi­sała w wydanej właśnie w Polsce książce „e-migrand”.
W domu Susan Maushart najpierw był szok, potem nuda, a później zaczęły się dziać cuda. Rodzeństwo postanowiło wy­brać się razem do kina, pierwszy raz od lat. Starsza córka zapisała się na siłownię, a syn przypomniał sobie o grze na saksofonie.
Dziennikarka twierdzi, że przeciętne amerykańskie dziecko poświęca na surfo­wanie w sieci tyle samo czasu co na sen. Problem jednak jak najbardziej dotyczy do­rosłych i to nie tylko w Ameryce.

Spin macherzy



Historia spin doktorów PiS to praktyczna lekcja polskiej polityki, w której wszystko jest możliwe. Ten, który najgło­śniej krytykował Platformę, dostał od niej nagrodę, ten który się kajał i przepraszał prezesa, nie wrócił do PiS.

Malwina Dziedzic

Jeszcze kilka lat temu Adam Bielan i Michał Kamiński stanowili zgrany tandem, który nadawał ton propa­gandzie PiS. Cieszyli się zaufaniem braci Kaczyńskich, wymyślali dla nich kampanie wyborcze i strategie ataków na Platformę Obywatelską. Uzupełniali się: Michał - z gorącą głową i mnóstwem pomysłów, Adam - na chłodno je kalku­lujący. Prywatnie - przyjaciele (Bielan jest ojcem chrzestnym młodszej córki Kamińskiego). Solidarnie opuścili szeregi PiS niedługo po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich, gdy w partii nastał czas rozliczeń i pretensji o zbyt „miękką kampanię”. Współtworzyli PJN, szybko jednak przekonali się, że projekt nie ma szans przełamać duopolu PO i PiS.
Ich drogi rozeszły się dwa lata temu. Bielan obrał kurs powrot­ny do PiS, Kamiński za przykładem byłej liderki PJN Joanny Kluzik-Rostkowskiej postanowił zbliżyć się do Platformy. I w końcu udało się, dostał „jedynkę” na lubelskiej liście; wspiera sztab PO i szykuje sobie miękkie lądowanie po powrocie z europarlamentu - bo nie jest pewne, czy pierwsze miejsce na liście wyborczej Plat­formy w tym okręgu da mu mandat. Poza tym podobno wcale mu na tym nie zależy, bo znacznie lepiej czuje się w polskiej polityce niż na europejskich salonach. Bielanowi poszło gorzej - nie udało mu się wrócić do łask prezesa. Pod koniec stycznia dołączył do Pol­ski Razem Jarosława Gowina. To raczej opcja na przeczekanie.
Bielan już prawie dopiął celu - udało mu się odnowić kon­takty z władzami PiS, spotkał się nawet z samym prezesem. Wcześniej oczywiście kajał się, wychwalał Kaczyńskiego i de­klarował, że drugi raz nie wyszedłby z PiS. Ponownie zatrud­nił w swoim biurze działaczy tej partii, dołożył się do budowy pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich.

czwartek, 20 marca 2014

Zapasy z piłką



Chuligani warszawskiej Legii zafundowali jej nowym właścicielom, Bogusławowi Leśnodorskiemu i Dariuszowi Mioduskiemu, trudny start. Ostatnie awantury, mówią, zniweczyły rok pracy.

W normalnych okolicznościach mecz Legii z Wisłą Kraków byłby jednym z hitów se­zonu, jednak zamiast święta była stypa przy pustych trybunach. To efekt kary nałożonej na mistrzów Polski przez Komisję Ligi za bójki chuliganów Legii i Jagiellonii Białystok w sektorze gości podczas poprzedniego ligowego spotkania przy Łazien­kowskiej. Legia i tak może mieć poczucie ulgowego trak­towania, bo jej kibice od dawna testują cierpliwość dzia­łaczy. Do bójek wprawdzie nie dochodziło, ale na żylecie, trybunie zajmowanej przez ultrasów, regularnie odpala­no zakazaną pirotechnikę i wywieszano flagi, na których widniały dwuznaczne symbole, interpretowane jako ra­sistowskie, a nawet nawiązujące do faszyzmu.

Nie jestem ruskim agentem



Tomasz Terlikowski: Gryziesz się czasami w język?
KS. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Oczywi­ście, że tak.

I dotyczy to również publicystyki?
Gdybym nie był duchownym, to o wielu sprawach napisałbym o wiele ostrzej. Mam jednak świadomość, że piszę jako ksiądz i dlatego nie wypada mi używać pewnych sformułowań.

Człowiek, który uchodzi za jednego z najbar­dziej wyrazistych i ostrych publicystów, mógłby pisać jeszcze mocniej, gdyby nie był księdzem?
Pewnie, że tak I dobrze, że ludzie nie znają części myśli, które sam w sobie cenzuruję!

A co to znaczy? Że byłoby jeszcze ostrzej?
W swoim pisaniu przyjąłem zasadę, że nie używam wulgaryzmów, nie dzielę się informacjami bardzo prywatnymi czy poufnymi, a także, że odrzucam sformuło­wania, które obrażają mojego adwersarza jako człowieka. I dlatego uważnie cenzuru­ję to, co niekiedy myślę, i nie dopuszczam, by pewne myśli ujrzały światło dziennie.

środa, 19 marca 2014

Czesław Śpiewa


Od tej płyty można liczyć historię polskiego rocka. „Dziwny jest ten świat..." Czesława Niemena znów w sklepach, w pieczołowicie przygotowanej reedycji.

SEBASTIAN ŁUPAK

Autokar Pagartu stał w kolejce na granicy polsko-niemieckiej. A ściślej PRL-NRD. Celnicy mie­li uważnie skontrolować pasażerów, zwłasz­cza że ci - Czesław Niemen, jego zespół Akwarele, a także Alibabki - jechali na kon­cert do Kolonii w RFN, czyli części Niemiec znajdującej się po niewłaściwej stronie że­laznej kurtyny. - Za moimi plecami słyszę nagle chrobot - wspomina Paweł Brodow­ski, wtedy 19-letni basista Akwareli. - Obra­cam się, a tam Czesław odkręca śrubki w fotelu i chowa nielegalnie wywożone dewizy. Miał plan większych zakupów .
I jak w takich warunkach nie myśleć, że „dziwny jest ten świat”? Niemen, uro­dzony w 1939 roku na Białorusi, znają­cy sowieckie porządki, próbujący robić karierę w Polsce Ludowej, ale mający za sobą również występy w Paryżu, w roku 1967 dobrze wiedział, że przyszło mu żyć w dziwnym świecie, czy może kilku światach równoległych.

Tusk powinien przyznać się do błędu



Jacek i Michał Karnowscy rozmawiają z prezesem Prawa i Sprawiedliwości
JAROSŁAWEM KACZYŃSKIM

W czasie ostatniego, comie­sięcznego spotkania dl a uczcze­nia ofiar tragedii smoleńskiej mówił pan, że to, co się zdarzyło na Ukrainie, skala i forma ro­syjskiej agresji, uprawdopodob­nia tezę, iż 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku mieliśmy do czy­nienia z zamachem. Dlaczego pan tak sądzi?
Jeśli ktoś jeszcze niedawno, choć i wtedy były nikłe powody do takiego myślenia, sądził, że władze rosyjskie to normalny rząd, któremu można zaufać, to dziś musi widzieć, iż to po­gląd nie do obrony. W swojej wypowiedzi mówiłem jednak nie tyle o zamachu, bo to temat na osobną rozmowę, ale o po­wierzeniu całego śledztwa Ro­sjanom. Wiara w to, że zostało ono przeprowadzone rzetelnie i uczciwie, warta jest dokładnie tyle, ile przekonanie, oficjalnie przecież podtrzymywane przez Moskwę, iż nie ma wojsk ro­syjskich na Krymie. Cały świat widzi, że one tam są, ale władze Rosji idą w zaparte: to nie nasi. W obu sprawach mamy do czy­nienia z tym samym poziomem wiarygodności.