środa, 30 kwietnia 2014

Apokalipsa według Janusza



Ulubionym słowem głównego ekonomisty SKOK Janusza Szewczaka jest „katastrofa”. Zapowiadają od ponad 20 lat. I nic.

CEZARY ŁAZAREWICZ

Polska stoi na skraju bankructwa - pewnym głosem mówi ekspert ekonomiczny Janusz Szewczak. - Ta polityka gospodarcza musi doprowadzić do katastrofy, która jest odkładana na raty, ale tego społeczeństwu się nie ujawnia - dodaje i radzi, by słuchacze rozejrzeli się wokół. - Katastrofa objęła przemysł, a teraz obejmuje sektor finansowy i zapowiada się krach bankowości - tłumaczy spokojnie. -1 będzie tu republika bananowa.
Janusz Szewczak jest bardzo przekonu­jący i niełatwo zbić go z tropu. Nie wierzy w twierdzenia ministra finansów o wzroście gospodarczym. - Według moich obliczeń nie ma żadnego wzrostu - ujawnia. - Mnie to gadanie, że za dziesięć lat będziemy mieli dochód narodowy dwa razy większy niż dzisiaj, przypomina opowieści Chruszczowa, który twierdził, że Związek Radziecki wkrótce przegoni USA w poziomie życia - śmieje się.
To jedna z setek zapowiedzi katastrofy, które ekspert Janusz Szewczak ogłaszał w cią­gu ostatniego ćwierćwiecza. Tę akurat czarną wizję przyszłości dość łatwo sprawdzić, bo ogłosił ją w roku 1993 w radiu, gdy ubiegał się o mandat senatora z list KPN. Wtedy dochód narodowy według Banku Światowego wynosił w Polsce 94 mld dolarów, a 10 lat później już 217 mld dolarów. Nikt nie sprawdza przecież, co kto wygadywał przed laty. I dzięki temu Janusz Szewczak wciąż może straszyć wizją gospodarczej apokalipsy. A że ma w tym wieloletnie doświadczenie i mówi sugestywie, słucha się go z dużą przyjemnością.
- Wszyscy zdają sobie sprawę z dra­matycznej sytuacji polskich finansów pu­blicznych, z totalnego załamania dochodów podatkowych i z realnej groźby bankructwa - ogłosił, gdy w listopadzie zeszłego roku nastąpiła zmiana na stanowisku ministra finansów. - Widać, że ten „Titanic” musi tonąć.
A oznaki ożywienia gospodarczego?
- Niestety oznaki ożywienia widać, także gdy hieny i sępy zlatują się do rozkładającej się padliny - odpiera ataki.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Wszyscy ludzie Jacka Sasina



Brat, żona, kuzynki i mąż jednej z nich. Do tego sznur kolegów. Rodzina i współpracownicy posła PiS Jacka Sasina dostają posady w urzędach państwowych i samorządach. To się chyba nazywa układ.

Opinia posła PiS Jacka Sasina na temat zatrudniania rodzin polityków w urzędach brzmi ja­sno: „Tak naprawdę nie wszyst­ko da się załatwić prawem, bo trudno so­bie wyobrazić takie przepisy, które będą chociażby mówiły, że rodziny polityków nie mogą być zatrudniane w takich lub innych miejscach. To kwestia pewnego obyczaju”. Wygłosił ją, gdy po tzw. aferze z taśmami Serafina PiS zaczął pisać nigdy nieukończoną „Księgę nepotyzmu w Plat­formie Obywatelskiej”. Dość łagodna, jak na polityka niestroniącego od ostrych wy­powiedzi, ale łatwiej zrozumiała, biorąc pod uwagę, ile osób z rodziny Sasina oraz jego współpracowników zajęło intratne posady w różnych urzędach.
Jak na standardy polskiej polityki, w której nepotyzm jest zjawiskiem nie­mal codziennym, tych kilkanaście osób z rodzinno-koleżeńskiego kręgu to dużo.
Szczególnie że wszyscy związani są z jed­nym z najbardziej znanych polityków PiS, prawdopodobnym kandydatem tej partii na prezydenta stolicy w jesiennych wybo­rach samorządowych.
Został bohaterem pisowskiej prawicy, gdy jako wojewoda mazowiecki próbował pozbawić stanowiska prezydent Warsza­wy Hannę Gronkiewicz-Waltz (za niezłożenie na czas oświadczenia majątkowe­go), a potem, po katastrofie smoleńskiej, pełniąc funkcję wiceszefa Kancelarii Prezydenta, stał się niejako strażnikiem pamięci Lecha Kaczyńskiego.
Niesiony tą falą z impetem wpadł do Sejmu. Choć w wyborach 2011 r. de­biutował i dostał dopiero piąte miejsce na liście w okręgu podwarszawskim, zdo­był bez mała 30 tys. głosów, zostawiając za plecami takie nazwiska, jak Ludwik Dorn czy Jan Szyszko. W kampanii nie przebierał w słowach. To wtedy cytował zdanie, za które ostatnio stanął przed sądem: „Lecha nie ma, ale został nam jeszcze ten drugi”. Te słowa Sasin przypi­sał Bronisławowi Komorowskiemu, który miał je wypowiedzieć podczas rozmowy z Radosławem Sikorskim. Prezydent od­powiedział pozwem, a sąd uznał niedaw­no prawomocnie, że poseł PiS minął się z prawdą i musi przeprosić.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Jarosław Kuźniar: Kiedy dopada cię "hejt", czujesz się tak, jakbyś zabił. A to ciebie zabijają



Joanna Miziołek

Uodporniliśmy się na polityków. Oni nie są już dla nas klasą wyżej. Ich chamstwo nie jest już naszym chamstwem. To już tak nie działa. To dwa różne światy - mówi Jarosław Kuźniar, aktywny na Twitterze dziennikarz TVN 24.

"Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński. Ty bezrobotna dziwko też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina. Ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń" - esemes do córki premiera. Skąd ta spirala nienawiści do polityków?
Politycy nie są grupą wyróżnioną, choć najbardziej widoczną. To problem wszystkich, których zawód polega na publicznym dawaniu gęby. Ja zgłosiłem kilka spraw. Za ostatnim razem jakiś gnom napisał w mejlu, że już "jedzie do moich kobiet i zaraz go poczują". Pani prokurator zadzwoniła z wiadomością: znaleźliśmy go, przeprasza, miał zły dzień. Za innym razem, kiedy czytałem, że zginę, wychodząc z pracy, okazało się, że autor mejla jest chory psychicznie, "może zamknijmy tę sprawę". Idioci nie potrzebują inspiracji na konferencji Tuska czy Kaczyńskiego. Oni mają swoje wodospady jadu i zła i z nich czerpią niezależnie od wszystkiego.

A słyszą: "Wszyscy w Polsce traktowali PiS jak dzieci specjalnej troski". Podoba Ci się to sformułowanie?
Są gorsze stwierdzenia. I tak nie ma już granic.

"Naczelny grabarz, który szuka kolejnych trumien" - Stefan Niesiołowski o Jarosławie Kaczyńskim, "Przydupas Tuska" - Joachim Brudziński o Kazimierzu Marcinkiewiczu. Te słowa robią większe wrażenie?
Pytasz mnie, gdzie jest granica?

niedziela, 27 kwietnia 2014

Pies Cywil odpłynął



Broń, jazda po pijaku, piżama i znikające spinki od koszuli. Pies Cywil, czyli były wiceminister, który odpowiadał za nasze bezpieczeństwo, odegrał rolę życia.


IZABELA SMOLIŃSKA MICHAŁ MAJEWSKI

Atak hakerski zaczął się w połu­dnie. Komputer wiceministra padł. Potem zaatakowany został system alarmowy. Następnie w domu wiceministra zawitał kolega. - Wypiliśmy po dwa drinki. Były mocne - przyznaje Zbigniew R., wiceszef resortu spraw wewnętrznych w rządzie PiS.
- Coś pan zażywał tego dnia?
- Leki nasercowe i silne środki przeciw­bólowe.
Po wyjściu druha R. pamięta już tylko kadry, porwane sceny. Na jednej z nich do domu wchodzi dwóch mężczyzn i kobieta. R. idzie na górę. W portfelu nie ma pieniędzy, wyparowują też spinki od koszuli. Polityk nie odpuszcza złoczyńcom. - Sięgnąłem po broń. Zawołałem: „Policja! Stój, bo strzelam! ”. Wie pan, takie przyzwyczajenie. Jednak przez kilkanaście lat byłem policjan­tem - ożywia się R. Opowieść trochę się rwie. Okazuje się, że pod domem czatują inni ludzie. Są w aucie. R. w piżamie, laczkach, z pistoletem w ręku odpala swoje bmw i zaczyna pościg za bandziorami, których widział w porwanych kadrach.

ZA FOKUSEM W KAPCIACH
Opowiada 19-letni uczeń technikum. - Je­chaliśmy w pięć osób drogą Nowy Tomyśl - Poznań. Chcieliśmy zawieźć kolegę do szkoły w Poznaniu. Za Jastrzębskiem za­jechało nam drogę ciemne bmw. Auto nas wyprzedziło i zaczęło hamować, po czym zatrzymało się na drodze. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Chwilę za nim postaliśmy, bo myśleliśmy, że ktoś wyjdzie z samochodu. Nikt nie wyszedł, więc wyprzedziliśmy samochód i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy znowu nas wyprzedził. Zaczął jechać slalomem, żebyśmy nie mogli go ponow­nie wyprzedzić. Stanął na środku drogi, otworzył okno od strony pasażera i zaczął strzelać w stronę pola. Wystraszyliśmy się i zaczęliśmy uciekać, tym razem w przeciw­nym kierunku. W tylnej szybie widziałem jeszcze, że za nami zawraca, ale już nas nie dogonił. Nawet nie widzieliśmy, skąd ten samochód wziął się za nami na drodze, czy wyjechał z bocznej uliczki, czy nas dogonił. Byliśmy w takim szoku, że nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą zrobić. Na policję zgłosili­śmy się dopiero rano. Już wtedy wiedziałem, że chodzi o byłego wiceministra i że został zatrzymany. Nawet nie zauważyliśmy, że napastnik był ubrany w piżamę i kapcie. Było ciemno, nie zwracaliśmy na to uwagi.
Nie wiemy, o co mu chodziło, nic do nas nie mówił, nie krzyczał, nie wiemy, co mogło być motywem. Początkowo myślałem, że to napad i że ktoś po prostu chce nam ukraść samochód. Zamierzamy złożyć pozew przeciwko Zbigniewowi R.

sobota, 26 kwietnia 2014

Jak być byłym



Byłych premierów jest w Polsce 11, kilku wciąż liczy się w grze, ale w tabloidach najgłośniej o tym, który się nie liczy. Czy Kazimierz Marcinkiewicz szykuje wielki powrót?

Wojciech Szacki

Marcinkiewicz rzuca Isabel!”, „Marcinkiewicz wraca do żony!”, „Marcinkiewicz na kolacji z Isabel. Jednak się nie rozstali?”, „Klątwa Marcinkiewicza. To dla­tego zdradził żonę”, „Marcinkiewicz dostał pokutę za seks z Isabel” - to garść tytułów z ostatnich tygodni. „Fakt” pokazał nawet sekwencję zdjęć, jak były premier potknął się o betonowy słup i upadł.
Wszystkie te dramatyczne historie moż­na streścić w jednym zdaniu: 54-letni były premier porzucił 32-letnią blondynkę, bo chce wrócić do byłej żony, którą sześć lat wcześniej porzucił dla tejże blondynki.
Źli ludzie dodają, że Marcinkiewicza nie popchnęły do tego wyrzuty sumienia, lecz pragnienie innego comebacku - politycz­nego. W kampanii wyborczej lepiej prezen­tuje się skruszony grzesznik niż facet, który dla kochanki zostawił żonę i czwórkę dzie­ci; zwłaszcza jeśli sprawa dotyczy polityka chrześcijańskiej prawicy. Wszystkie łzawe opowieści w brukowcach byłyby w istocie nieobcą Marcinkiewiczowi operacją wi­zerunkową. Ekspremier nigdy nie słynął z niedostępności dla takich mediów.
Marcinkiewicz ma także żywot równo­legły. Chodzi do programów w TVN24 czy Radiu Zet, zupełnie jakby był liczącym się politykiem. Omawia sytuację na Ukrainie, atakuje PiS; a to rzuci o Antonim Macie­rewiczu, że zachowuje się, jakby był rosyj­skim agentem, a to nazwie kandydatów PiS na europosłów „przydupasami Kaczyńskie­go”. Mocne słowa jak na kogoś, kto został premierem tylko z łaski prezesa PiS.
„Gdy byliśmy w Alpach Francuskich, wjechaliśmy na tak wysoką górę, że Mar­cinkiewicz zasłabł i trzeba go było zwieźć toboganem na dół” - wspomina byłego premiera Michał Kamiński w wywiadzie rzece „Koniec PiS”.
Podobnie było w polityce. Marcinkie­wicz, wciągnięty na sam szczyt, zaczął zdradzać objawy choroby wysokościowej i wtedy został odtransportowany na dół.
W 2005 r. był ważnym, ale jednak drugoligowym, politykiem PiS. Z przeszłością w ZChN i Przymierzu Prawicy, środowi­skach mniejszościowych w PiS, w którym dominowało dawne Porozumienie Cen­trum. Gdy PiS pokonał Platformę i miał wystawić kandydata na premiera, Marcin­kiewicza wymyślili spin doktorzy - Adam Bielan i Michał Kamiński. Kandydatura Jarosława Kaczyńskiego mogłaby ich zda­niem zaszkodzić Lechowi Kaczyńskiemu w pojedynku z Donaldem Tuskiem o Pałac Prezydencki. Doszło wtedy do jedne­go z nielicznych konfliktów między bliź­niakami - Lech uważał, że to jego brat, lider zwycięskiej partii, powinien zostać premierem. Marcinkiewicza nazywał „premierem z kapelusza" czy „atrakcyj­nym Kazimierzem”. „Marcinkiewicz jest człowiekiem od tańczenia na balach ma­turalnych czy od lepienia bałwanów. Jako premier był leniwy” - mówił Lech Kaczyń­ski w książce „Ostatni wywiad”.
Komentowano, że wybór Marcinkie­wicza na premiera wynikał z tego, iż nie stała za nim żadna zwarta frakcja, która mogłaby w przyszłości zagrozić prezeso­wi PiS. A poza tym osoba Marcinkiewicza miała być zostawioną uchyloną furtką do koalicji z PO. Kaczyński dawał do zro­zumienia, że rozmawiał o tej kandydatu­rze z „niektórymi osobami w PO”, a sam Marcinkiewicz widział jako wicepremiera Jana Rokitę. Nic z tego nie wyszło.

piątek, 25 kwietnia 2014

Potrzebny jest wróg



W propagandzie chodzi o to, aby zacierać granice. Aby wyraźne stało się niewyraźne. PiS stosuje tę metodę w sprawie tragedii smoleńskiej - mówi prof. Eugeniusz Cezary Król, historyk i politolog.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Profesor Eugeniusz Cezary Król do­konał wyboru i przetłumaczył na polski obszerne fragmenty z li­czących 35 tysięcy stron dzienników Josep­ha Goebbelsa. Właśnie ukazał się trzeci tom. W rozmowie z „Newsweekiem” analizuje, jak mechanizmy propagandy stosowane przez nazistów działają w polityce także dziś.

NEWSWEEK: Politycy mówią dziś o PR, nie o propagandzie.
PROF. EUGENIUSZ CEZARY KRÓL: Bo słowo „propaganda” od czasów II wojny świato­wej źle się kojarzy. Od kiedy Joseph Goebbels uczynił z propagandy koło zamachowe zagła­dy, nabrało ono negatywnego znaczenia. Pro­szę jednak zauważyć, że na przykład w czasie ostatniego kryzysu ukraińsko-rosyjskiego to słowo wróciło. Oni - czyli Rosjanie - robią propagandę. My uprawiamy PR, marketing polityczny.

Czy jest różnica między PR a propagandą?
- W sensie sposobów oddziaływania i mecha­nizmów - nie. PR jest propagandą. Nazwy się zmieniły, metody są podobne. Różnica pole­ga tylko na tym, że w PR chodzi o sprzeda­nie pewnego dobra politycznego czy lidera partyjnego w sensie pozytywnym, a jeśli cho­dzi o tzw. czarny PR, to o jego zniesławienie i zdezawuowanie. Tymczasem propaganda ma dodatkowo podtekst ideologiczny i działa zwykle w dłuższym odcinku czasu. Wszyst­ko musi się gotować w sosie ideologii. Ina­czej mówiąc, politycy nie chcą edukować politycznie swoich odbiorców, ale nasycać ich ideologicznie.

Komu w Polsce to najlepiej wychodzi?
- Najlepiej działanie mechanizmów propa­gandy widać w sprawie smoleńskiej. Została źle rozegrana przez rządzących, dzięki cze­mu opozycja może w nich bić jak w bęben. Przez cztery długie lata, mimo powoływa­nia różnych zespołów eksperckich, nie udało się w przekonujący sposób odpowiedzieć na podstawowe pytania. Nie zdołano wydobyć wraku samolotu z Rosji, oryginałów czarnych skrzynek. To idealna pożywka do sączenia przez opozycję własnej wersji wydarzeń. Nie­udolność rządzących pozwoliła na skuteczne uprawianie propagandy smoleńskiej.

Antoni Macierewicz...
- Jest przykładem osoby, która jeśli ma jakąś ideę, to będzie się jej trzymać.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Trzej przyjaciele z granatem



Zabójstwo w wydawnictwie Magnum-X było polityczną prowokacją - mówi oskarżony na sali sądowej.

HELENA KOWALIK

Cezary S.: - Firma, która była pośrednikiem, w pewnej chwili przestała płacić dru­karni. Krótko mówiąc, była umowa z mojej strony i żad­nego sprawdzenia. Druk październikowego numeru „Techniki Wojskowej” trzeba było przerzucać do innej drukarni. Sorki, powinienem wcześniej wam powiedzieć, jaki jest problem.
Krzysztof Zalewski: - Czarek, ja ci powiem szczerze, ja byłem cały czas prze­konany, że mamy bezpośrednią umowę z drukarnią. Wybacz, ale nie wierzę, że pośrednik nie chciał na nas zarobić. On z góry zaplanował, że weźmie pieniądze, drukarniom nie zapłaci i zostawi nas ze ściągniętymi spodniami.
Cezary S.: - Krzysiu, gdybym wiedział, że tak to wyjdzie, inaczej bym postąpił.
Andrzej U.: - Powiem ci wprost, Cza­rek, nie widzę innej drogi, jak złożenie do prokuratury zawiadomienia, że ktoś nas oszukał. I my jesteśmy czyści. Jakich jeszcze mieliśmy pośredników?
Cezary S. wymienia nazwy spółek. Są łudząco podobne do nazwy drukarni, o której rozmawiają.
Krzysztof Zalewski: - Czy my w ogóle wiemy, co to są za spółki? Może krzaki?
Cezary S.: - Z Litwy. Spółki z o.o.
Krzysztof Zalewski: - Zgarnęli pienią­dze, uciekną i gdzie ich będziesz szukał?
Cezary S.: - Gdybym im nie wierzył, to bym inaczej postępował.
Andrzej U.: - Ta faktura na 70 tys. zł to jedyna niezapłacona?
Cezary S.: - Nie... Napijecie się?
W tym momencie słychać huk eksplozji.
I nakładające się na siebie okrzyki: - Co się stało? O Boże, lekarza. Morderstwo!
Jest to fragment nagrania rozmowy wspólników wydawnictwa Magnum-X w biurowcu na warszawskim Grochowie. Cezary S. jest prezesem, Andrzej U. wice­prezesem. Krzysztof Zalewski to członek zarządu.
Spotkanie odbywa się w południe w ga­binecie prezesa. W sąsiednich pokojach pracują dziennikarze z kilku redakcji ma­gazynów o tematyce militarnej. Słyszą huk, spanikowani gromadzą się na korytarzu. Widzą obryzganego krwią i osmolonego na twarzy wiceprezesa Andrzeja U., który słaniając się, idzie w stronę łazienki. - We­zwijcie pogotowie, policję - mówi słabym głosem.
W tym momencie z gabinetu wybiega Zalewski, zaraz za nim Cezary S. Prawa dłoń prezesa jest w krwawych strzępach.
W lewej trzyma nóż i dźga nim skulonego członka zarządu. Pracownicy wydawnictwa widzą, jak nóż wielokrotnie wbija się po samą rękojeść w bezwładne już ciało ofiary. Ktoś krzyczy: - To morderstwo!
Słychać sygnał nadjeżdżającej karetki.
Pomoc przychodzi za późno. Niespełna 50-letni Zalewski umiera w kałuży krwi. Pozostałych dwóch wspólników karetka zabiera do szpitala. Obaj przechodzą ope­racje. Andrzej U. kilkakrotnie, bo metalowe odłamki granatu uszkodziły mu narządy wewnętrzne. Cezary S. stracił dłoń.
W tym czasie policja ewakuuje ludzi z budynku. W gabinecie prezesa Magnum-X znaleziono dwa noże o ostrzach 12 i 25 cm oraz scyzoryk. W szafie pancernej 186 sztuk różnego rodzaju amunicji, dwa urządzenia sterujące do odpalania rac, trzy petardy kolejowe, dwa granaty ćwiczebne.
Na pochwie zakrwawionego sztyletu, brzeszczocie i rękojeści biegli stwierdzili obecność DNA zarówno Cezarego S., jak i Krzysztofa Zalewskiego. Granat, który wybuchł w gabinecie, był obronny. W opinii biegłych prawdopodobnie prezes wyjął zawleczkę przy swoim biurku (została znaleziona na klawiaturze jego komputera) i trzymając w prawej ręce odbezpieczony granat, a w lewej butelkę z alkoholem, pod­szedł do stolika. Pochylony nad stolikiem odchylił dźwignię zabezpieczającą zapalnik. Oderwanie palców ręki S. wskazywałoby, że w tej sekundzie granat wybuchł. Zda­niem biegłych nie jest możliwe, aby ktoś inny podrzucił odbezpieczony granat do gabinetu.

środa, 23 kwietnia 2014

"W 90 proc. składa się z wazeliny". Sylwetka Ryszarda Czarneckiego



Piotr Bojarski

Niezniszczalny. Zawsze spada na cztery łapy. Niegdyś doradzał Lepperowi, dziś szepcze do ucha Kaczyńskiemu. Dlatego będzie europosłem po raz trzeci

 Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, a niegdyś polityk ZChN, a także Samoobrony wystąpił na konferencji prasowej w Poznaniu, by poinformować, że został "jedynką" na liście wyborczej PiS do PE (Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Krzysztof Daukszewicz zażartował w "Szkle Kontaktowym": Normalny człowiek składa się w 90 proc. z wody, a europoseł Ryszard Czarnecki - w 90 proc. z wazeliny. Czarneckiego to nie rusza: - Polityk musi mieć twardą skórę. Ja idę do przodu, jestem skuteczny. Premier Kaczyński postawił przede mną zadanie poprawienia wyniku PiS w Wielkopolsce i ja je zrealizuję.

O tym, że to on będzie liderem listy PiS, zdecydował Jarosław Kaczyński. Nie chciał na czele zbierającego pochlebne recenzje w Parlamencie Europejskim Konrada Szymańskiego, bo ten niezbyt gorliwie wspierał tezę o zamachu w Smoleńsku. Wolał Czarneckiego.

- Wystawienie takiego spadochroniarza jest obraźliwe dla poznaniaków - uważa były europoseł PiS Marcin Libicki.

- Mnie słowo "spadochroniarz" kojarzy się raczej ze spadochroniarzami generała Sosabowskiego - odpowiada Czarnecki. Jego poznańscy partnerzy z PiS robią dobrą minę do złej gry.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Instrukcja obsługi Korwin-Mikkego



Z Januszem Korwin-Mikkem jest tak jak z nieudanym małżeństwem: najpierw fascynacja, potem zdziwienie, a na końcu porzucenie.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Cezary Grabarczyk, Paweł Graś, Julia Pitera, Tomasz Tomczykiewicz czy Sławomir Nitras - lista osób, które w swoim politycz­nym życiu przeszli przez partię Janusza Korwin-Mikkego, jest długa. Dziś większość niechętnie wraca do dawnej fascy­nacji najbardziej kontrowersyjnym polskim politykiem. Bo przecież trochę wstyd, że szło się ramię w ramię z kimś, kto chce pozbawić praw wyborczych kobiety, wyśmiewa się z niepełnosprawnych, a o gejach mówi „homosie”.
Dziś Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego regularnie przekracza pięcioprocentowy próg wyborczy i jako jedyny z politycznego planktonu ma szanse wprowadzić swoich polityków do parlamen­tu. Ma tylko jeden problem: oprócz lidera nie ma wśród swoich członków praktycznie żadnych rozpoznawalnych twarzy.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Bóg, mafia i ojczyzna



Tomasz Adamek miał uratować Solidarną Polskę przed upadkiem, a może się okazać balastem, który ją zatopi.


Szeryf Zbigniew Ziobro ściągnął do swojej politycznej drużyny boksera Tomasza Adamka. Adamek to wartość. Ma do­starczyć głosów na eurowybory partii Zbigniewa Ziobry, która w sondażach szoruje po dnie. Ale Adamek to też związki z mafią, doping i chorobliwy antysemi­tyzm - tak przynajmniej napisał w książce jego były współpracownik. - To kłamstwa. Zemsta ludzi, którym nie chciałem płacić - mówi bokser. Ziobro, który od lat buduje wizerunek praworządnego polityka, powi­nien doskonale wiedzieć o wątpliwościach wokół Adamka. Chodzi bowiem o sprawy z czasów, gdy lider Solidarnej Polski był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Bokser zamiast atutem może być kamieniem u szyi Zbigniewa Ziobry.
- Znam Tomka, jego rodzinę i nie daję wiary insynuacjom - mówi Ziobro.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Nasz posmoleński Kościół



 O politycznej instrumentalizacji katastrofy samo­lotu, w którym 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleń­skiem śmierć poniosło 96 osób, napisano wiele. Po­łączona zgrozą i żałobą nasza wspólnota szybko się przemieniła w zwalczające się obozy. Jedni głosili, że był to zamach (sztuczna mgła, wybuch bomby na po­kładzie), inni, że do katastrofy doprowadziły liczne zaniedbania - ani celowe, ani zbrodnicze. Dla zwo­lenników teorii zamachu żadne eksperckie diagno­zy nie są dostatecznie wiarygodne. Mordercą będzie dla nich Donald Tusk albo Władimir Putin, albo obaj razem. Ale druga strona długo lansowała tezę o wymuszeniu na pilotach przez Lecha Kaczyńskiego lub jego otoczenie decyzji o lądowaniu mimo niesprzyjających warunków. To też było nieprzyzwoite.

sobota, 19 kwietnia 2014

Pamiętniki gangsterów



Masa, Dziad, Słowik, Śledź. Polscy mafiosi zabrali się do pisania książek. O kobietach i nie tylko.

Memuary gangsterów znad Wisły nie poszerzą za­pewne wiedzy kryminologów, ale dla socjologów i lubiących sensację czytelników mogą być cenną lekturą. Opowiadają o czasach świetności polskiej mafii i zawierają wiele obserwacji dokonywanych zza kotary oddzielającej uczciwy świat od przestępczego. Ujawniają, jak wygląda organizacja życia poza granicą prawa, jakie są tam relacje między ludźmi.
Masa wydał książkę, która na okładce zawiera nieco mylącą autoreklamę: „Polski świadek koronny numer jeden przerywa milczenie”. Od lat już przecież ten były gangster bynajmniej nie milczał, często zabierał i zabiera głos, można rzec, czynnie uczestniczy w debacie publicznej. Występuje w produkcjach telewizyjnych, wypowiada się na łamach gazet.
Tym razem wspólnie z dziennikarzem i pisarzem Arturem Górskim, byłym naczelnym pisma „Focus Śledczy”, posta­nowił ujawnić tajemnice kobiet polskiej mafii. To rzecz jasna świadomy pretekst, aby sięgnąć głębiej, pisząc o kobietach, nie zapomina bowiem o ich partnerach, swoich kumplach z mafii. Masa charakteryzuje ich z psychologicznym zacięciem, niektó­rych wyśmiewa, innych traktuje z szacunkiem. Siebie na tym tle może nie gloryfikuje, ale traktuje łaskawie. Jego książkowy obraz: sprytny, przewidujący i utalentowany, ma przecież biz­nesową smykałkę.
Znamy go jako Jarosława S. - zawsze domagał się, aby na­zwisko skrywano pod inicjałem. Od pewnego czasu przestał jednak skrywać swoje dane. Już jako Jarosław Sokołowski występuje w galerii ludzi biznesu tygodnika „Puls Biznesu”. Redakcja reklamuje jego działalność, informując „Masa spraw­dza się w biznesie” i dodając krótkie CV: „skruszony gangster inwestuje w deweloperkę, ma wytwórnię pasz i wielkie plany”. Jeden z tych planów właśnie zrealizował - wydał wspomnie­nia pod własnym nazwiskiem. Nie pokazał jedynie twarzy, na okładce jest sfotografowany od tyłu, jego potężny kark robi wrażenie.

piątek, 18 kwietnia 2014

ALFABET SMOLEŃSKI



Smoleńsk to nie tylko tragedia przekraczająca naszą wyobraźnię. To także klucz do podzielonej Polski.

PAWEŁ RESZKA

Trudno się dziwić, skoro zginęły najważniejsze osoby w Polsce, ustalenia śledztwa rosyjskiego różnią się od naszych, przyczyn katastrofy nie spo­sób sprowadzić do jednego, chwytliwego hasła, a nie wszystko, co działo się przed i po 10 kwietnia 2010 r., może być powodem do dumy odpowiedzialnych za państwo urzędników.
Postanowiliśmy rozwiać smoleńską mgłę jeszcze raz. W „Tygodnikowym” alfabecie występują prezy­dent i stewardesa, eksperci od lotnictwa i politycy, obrońcy krzyża na Krakowskim Przedmieściu i oso­by protestujące pod krakowską kurią przeciwko po­chówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu; pojawia się polityka krajowa i międzynarodowa, ściera język prawników z poglądami publicystów, cierpienie zwy­kłych ludzi i wysokie nakłady posmoleńskiej prasy.


A jak AUTOBUS: Podróż z Witebska do Smoleńska odbywała się niemal w milczeniu. Kilkana­ście osób, z których każda straciła przy­jaciół i kolegów. Wśród nich prezes Jarosław Kaczyń­ski, który jechał rozpoznać ciało brata. Nagle, po prze­jechaniu białorusko-rosyjskiej granicy, autobus zwol­nił: momentami wlókł się 30 kilometrów na godzinę. Nie pomogły monity kierowcy, rozmowa z eskortują­cymi milicjantami, wydzwanianie do urzędników MSZ. Wszyscy doszli do wniosku, że autobus jest ce­lowo opóźniany.
Miało chodzić o to, żeby premier Donald Tusk pierwszy dotarł na miejsce katastrofy, gdzie oczeki­wał już Władimir Putin. Politycy PiS doszli do przeko­nania, że wszystko zostało ukartowane: że nie mogło się zdarzyć bez wiedzy, a nawet „decyzji Tuska”. Poli­tycy z rządu zaprzeczali. Mieli za złe Kaczyńskiemu, że mimo propozycji nie chciał polecieć jednym samo­lotem z premierem. Gdyby tak się stało, nie byłoby żadnego problemu.
Autobusowa historia głęboko zapadła w świado­mość dwóch stron sporu. Paweł Kowal w wywiadzie dla Teresy Torańskiej mówił: „Jak nas minęli [kolum­na z Tuskiem i jego otoczeniem], wiedziałem, że stało się coś bardzo niedobrego. Co spowoduje, że zacznie między nami narastać nieufność, która może okazać się fundamentalna dla późniejszego budowania po­działu w kraju”.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Polowanie na Janickiego



Centralne Biuro Antykorupcyjne przy okazji badania rzekomej korupcji przy przetargach na odzież dla służb mundurowych inwigilowało szefa BOR.

PIOTR NISZTOR

Ta sprawa miała być spekta­kularnym sukcesem organów ścigania. W sidła prokuratury i Centralnego Biura Antykorupcyjnego mieli wpaść wysocy rangą oficerowie służb mundurowych. Głównym celem był gen. Marian Janicki, ówczesny szef Biura Ochrony Rządu, a pretekstem - informacje o rzekomych nieprawidłowościach przy zamówieniach na specjalistyczną odzież dla funkcjonariuszy BOR. Ostatecznie okazało się jednak, że generał ma czyste ręce, i prokuratura musiała umorzyć śledztwo. „Wprost” ujawnia kulisy tej kontrowersyjnej operacji.

IMPREZY I PAKIET VIP
Na przełomie 2010 i 2011 r. do Żandarmerii Wojskowej i CBA zaczęły napływać infor­macje o rzekomo nieuczciwych praktykach stosowanych przez Jerzego K., przedstawi­ciela w Polsce amerykańskiego koncernu Gore, producenta chroniącej przed deszczem i wiatrem tkaniny Gore-Tex. - Wpłynęły do nas pisma, z których wynikało, że kontrakty zawierane przez tę firmę lub inne współpra­cujące z nią podmioty mogą mieć podłoże korupcyjne - mówi osoba znająca kulisy sprawy. W służbach mundurowych Gore-Tex był niemal standardem. Wiatach 2008-2012 firmy korzystające z tkanin koncernu Gore podpisały z wojskiem kontrakty na dostawę kurtek i spodni opiewające w sumie na kwotę ok. 170 min zł.
Sprawą zajęła się krakowska delegatura CBA. Zaczęła się przyglądać przetargom wygrywanym przez firmy oferujące odzież uszytą z tkaniny Gore-Tex. Jerzemu K. za­łożono podsłuch telefoniczny. CBA odkryło, że utrzymuje on przyjacielskie kontakty z wysokimi rangą oficerami służb mun­durowych - od policji, przez wojsko, straż pożarną, straż graniczną, po BOR i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wszyscy byli zapraszani na organizowane przez niego imprezy. CBA szczególnie zainteresowała ta, która odbyła się w kwietniu 2011 r. w hotelu przy ul. Parkowej w Warszawie. Wśród kilkudziesięciu zaproszonych gości przeważali oficerowie zajmujący kierownicze stanowiska w służbach mundurowych. Nie wiedzieli, że bawią się pod czujnym okiem agentów CBA.
Agenci ustalili również, że bywalcy spotkań organizowanych przez Jerzego K. otrzymywali gadżety firmowe - T-shirty, smycze, długopisy czy pendrive'y. Dla naj­ważniejszych gości przewidziano zestawy VIP zawierające dodatkowo kamizelki i kurtki. W sklepie ich cena wynosiła nawet kilka tysięcy złotych.

środa, 16 kwietnia 2014

Znów rozmawiam z premierem



Czasem udaje mi się spotkać z Tuskiem. Rozmowy się bardzo przedłużają - mówi Mirosław Drzewiecki, były minister sportu, który odszedł po aferze hazardowej.


Agnieszka Burzyńska: Co robił Mirek Drzewiecki przez ostatnie dwa lata? Gdzie się podziewał?

Mirek Drzewiecki:  Pierwszy rok po zakończeniu kadencji był spokojny, refleksyjny, ale tez pracowity - po powrocie do prowadzenia biznesu.  Wszystko to zostało gwałtownie przerwane zdarzeniem - kiedy to moja zona i jej koleżanka zostały niesłusznie zatrzymane z podejrzeniem o kradzież.  Już sam ten fakt był wystarczająco traumatyczny, mimo iż mieliśmy pewność, ze cale to nieporozumienie wkrótce się wyjaśni. Ale potem się zaczęło... Mediopochodne, "szanujące" literę prawa i "rzetelną" informacje tabloidy postanowiły zabawić się w sad i wydać wyrok. Zanim zrobi to sad amerykański. Zrobiły to kilkaset razy.
A ponieważ pisanie o „złodziejach” nie zaspokajało najwidoczniej ich żądzy krwi, sięgnęły bruku, wymyślając dziesiątki kłamstw, oszczerstw i pomówień dotyczącej mojej żony. 
 To zmasakrowało nasze życie. Mojej zony zwłaszcza. Szczerze mówiąc, jestem pełen podziwu, że psychicznie to wytrzymała. Ja i nasze dzieci lataliśmy na przemian do niej do Stanów, żeby stworzyć choć namiastkę normalności.

Nie mogła przyjechać do Polski?
Teoretycznie mogła, ale się obawiała, że odmówią jej powtórnego wjazdu do Sta­nów. Nie chciała też dać pożywki brukow­com do kolejnej „sensacji” że ucieka przed wymiarem sprawiedliwości.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Najpierw pokuta panie Donald



KAMILA BARANOWSKA: Viktor Orban, do któ­rego PiS lubi nawiązywać, wygrał właśnie kolejne wybory na Węgrzech. Dlaczego mu się udaje?
ADAM HOFMAN: Węgry są małym krajem, który ma zupełnie inną strukturę spo­łeczną, inną historię, inną geopolitykę, co widać zresztą w obecnym stosunku Orbana do Rosji i konfliktu na Ukrainie. Kluczem do jego sukcesu są zintegrowane zaplecze plus poparcie swoich mediów.
Całe zaplecze dzięki jego działaniom i pew­nemu kontekstowi sytuacji, czyli kompro­mitacji postkomunistów, spowodowało, że ogromna część środowisk społecznych skupiła się wokół niego, stając się prężnym i zorganizowanym pionem jego partii. Żeby powtórzyć zwycięstwo Orbana, niezbędne jest to, by wszyscy szli równym krokiem. Tymczasem u nas, w środowisku prawico­wym, panuje taki szlachecki duch - każdy wie najlepiej, jak dojść do upragnionego celu. Trzeba to zmienić. Odłożyć na bok różnice, spory wewnątrzśrodowiskowe i z pospolitego ruszenia przekształcić się w dobre wojsko.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kraj Polska



Rozmowy Żakowskiego Dorota Masłowska, pisarka, piosenkarka, laureatka Paszportu POLITYKI za „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną", o sobie, swoim pokoleniu, narodowych traumach i braku wolności

Dorota Masłowska: - O czym to będzie wywiad?
Jacek Żakowski: - O Polsce.
...Proszę.
15 sekund zastanawiała się pani, jak zareagować.
Polska jest dużym krajem w Europie Środkowej.
Dość średnim.
Stolica: Warszawa. Dostęp do morza. Pasma górskie...
Lubi pani?
Lubię. Siłą rzeczy. Tak jak się lubi, co się ma.
Jak się nie ma, to się bardziej lubi. Takie jest doświadczenie mojego pokolenia.
Niech pomyślę...
A jak pani myśli, to robi się ciepło? Mrocznie? Wieje chłodem?
W kraju Polska jest cała gama tempe­ratur. Bywa Afryka i bywa Syberia. Pod tym względem jest akurat ciekawie i róż­norodnie. Hmmm, czy wpana odczuciu ja nie lubię Polski?
Pani podejrzewa, że mam wobec pani podejrzenia.
Bo często oskarżano mnie o przed­stawianie ojczyzny w negatywnych, ostentacyjnych barwach. Ale mnie bar­dziej interesuje rzeczywistość w ogóle - a że mieszkam w Polsce, to akurat jest to polska rzeczywistość.
Chodzi pani na marsze rodzin albo ateistów?
Na żadnym nie byłam.
Kolorowa Niepodległa czy Marsz Niepodległości?
Nie chodzę. Jestem trochę wyabstra­howana społecznie. Nie potrafię do ni­czego należeć i z niczym się utożsamić. Nie nadaję się do marszu, bo zaraz bym gdzieś skręciła, zboczyła...

niedziela, 13 kwietnia 2014

Komornika nikt nie tyka



W Sejmie trwa cicha kuluarowa wojna o zmianę ustawy o komornikach. Czas najwyższy. W majestacie prawa komornicy mogą postępować jak rabusie i paserzy.

Wydaje się to proste: ktoś nie spłaca długów, wierzyciel skarży się do sądu, zjawia się komornik i zmusza dłużnika do spła­cania, a przy okazji sam na tym zarabia.
To jest praca ciężka i niewdzięczna, często mówią komornicy. W terenie i niebezpiecz­na. By dobrać się do pieniędzy dłużnika, komornik najczęściej licytuje jego majątek.
Niestety - jak pokazują dowody - bywa, że jedynym zarabiającym jest tu komornik.
Otaczająca komornika aura powagi funkcjonariusza publicznego - zwłaszcza we wsiach i w małych miasteczkach, gdzie istnieje silna sieć powiązań między lokalnymi notablami - powoduje, że ucho­dzi on za człowieka władzy. Wielu myśli nawet, że komornik ma immunitet jak dyplomata. To przekonanie wzrastało, kiedy się widziało, jak bardzo po macoszemu prokuratury i sądy lokalne traktują skargi ofiar komorników- prawie same umorzenia. Wy­dawało się, że nic nie osłabi tej niemal boskiej władzy komornika nad dłużnikiem.

piątek, 11 kwietnia 2014

Posmoleńskie dzieci. Zdrajcy i szaleńcy. [cz. 1]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub*

Po katastrofie "Gazeta Polska" pyta: drugi Katyń czy drugi Gibraltar? A potem już jedzie wprost: "Gdzie są ranni ze Smoleńska?".

Sobotni ranek 10 kwietnia 2010. Na czerwonym pasku TVP Info napis: "Prezydencki samolot rozbił się". Stacje telewizyjne i radiowe zmieniają ramówki, wstrzymują reklamy. Ludzie niosą znicze pod Pałac Prezydencki. Na miejscu katastrofy zjawia się Donald Tusk. Towarzyszy mu Władimir Putin, co okaże się w tej opowieści istotne.

Ojciec Tadeusz Rydzyk łączy się na antenie z posłem PiS Antonim Macierewiczem. Dyrektor Radia Maryja: - Słyszałem też, nie wiem, czy to prawda, że jeden z ministrów radził panu prezydentowi, podobno minister spraw zagranicznych, żeby nie leciał do Katynia.

Macierewicz: - Ja też słyszałem.

Redemptorysta: - Jeden z posłów Platformy miał się wyrazić przed paroma dniami, że prezydent jest trupem...

- Inny poseł Platformy dzisiaj stwierdził, że sprawa się sama rozwiązała...

- Na pewno nie wolno nam poprzestać tylko na współczuciu, na żalu. Trzeba bardzo być czujnym.

Posmoleńskie dzieci. Fala uderzeniowa. [cz. 2]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub

Zwolenników teorii zamachu przybywa. W 2013 r. to już prawie co trzeci Polak. Przybywa też posmoleńskich mediów. Po aferze trotylowej rozkwitają kolejne pisma: "Do Rzeczy" oraz "wSieci".

Po katastrofie smoleńskiej o. Rydzyk pyta: "kto wyreżyserował?". Słuchacze sugerują zamach bombowy, rozpylenie sztucznej mgły, dobijanie rannych. Pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu płoną znicze, poeci piszą natchnione wiersze. Niszowa "Gazeta Polska" odnotowuje zaskakujący wzrost sprzedaży. Rosnącym powodzeniem cieszą się prawicowe serwisy internetowe: Niezależna, Salon24 i wPolityce. Michał Karnowski, współtwórca tego ostatniego, zakłada nowy tygodnik opinii. Powołane wspólnie z redaktorem naczelnym "Rzepy" Pawłem Lisickim "Uważam Rze" odnosi sukces. Czytelników zyskuje też nowy dziennik: "Gazeta Polska Codziennie".

W lutym 2011 r., kiedy powstaje "Uważam Rze", 49 proc. udziałów wydającej je Presspubliki ma państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita". Pozostałe 51 proc. - brytyjska grupa Mecom.

W październiku 2011 r. większościowy pakiet Presspubliki obejmuje spółka Gremi Media, której właścicielem jest Grzegorz Hajdarowicz, były opozycjonista, drukarz, działacz KPN, teraz producent filmowy, wydawca i wielobranżowy biznesmen. Płaci Mecomowi 80 mln zł.