czwartek, 31 lipca 2014

Układ prawie idealny



Po siedmiu latach procesu sąd orzekł, że przygotowane przez prokuratorów dowody na słynny układ warszawski Pawła Piskorskiego, o którego istnieniu przekonywało PiS, nadają się do kosza.

HELENA KOWALIK

Niewinny, niewinna - sędzia, ogłaszając wyrok, pięć razy odmieniał to słowo znad stołu przykrytego 120 tomami akt. Po siedmiu latach procesu wszyscy oskarżeni mogli odetchnąć z ulgą. Sąd uznał dowody przedstawione przez organy śledcze za niewiarygodne. Zarzucił prokuratorowi, że do zeznań świadków oskarżenia podcho­dził bezkrytycznie, chcąc za wszelką cenę udowodnić postawioną wcześniej tezę.

PROCES POLITYCZNY
Ten proces od początku miał etykietę politycznego. O rozbiciu tzw. układu warszawskiego prokurator Zbigniew Ziobro zawiadomił opinię publiczną już na rok przed podpisaniem aktu oskarżenia.
W sierpniu 2007 r. przed sądem stanęli: Paweł Bujalski, w latach 90. dyrektor Wolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, potem zastępca prezydenta w Gminie Centrum, następnie prezes zarządu PKiN, zastępca burmistrza Warszawy- Śródmieście i Warszawy-Ursynów. Postrzegano go jako jednego z najbardziej wpływowych warszawskich polityków. Należał do ści­słego otoczenia Pawła Piskorskiego, gdy ten kierował stolicą. Z polityki wycofał się po zwycięstwie w Warszawie ekipy Lecha Kaczyńskiego. Obecnie prowadzi firmę zajmującą się wynajmowaniem lokali, doradztwem gospodarczym.
Prokurator zarzucał mu kilkakrotne wzięcie łapówek za ustawione przetargi i wydane pozwolenia na budowę biurowca przy Siennej oraz hotelu InterContinental przy ul. Emilii Plater w Warszawie.
Zarówno w śledztwie, jak i na sali sądo­wej oskarżony nie przyznał się do żadnego przestępstwa.
Bolesław Bury, szef biura dawnej rady gminy Warszawa-Centrum w okresie 1994-1999. Zarzuty: pomoc Pawłowi Bujalskiemu w przyjęciu „gratyfikacji” od właściciela spółki Warimpex Finanz und Beteiligungs AG w Wiedniu. Bury przyznał się w trakcie śledztwa, że dwu­krotnie wyjeżdżał do Austrii, aby przewieźć do Polski korupcyjne pieniądze. Później w sądzie temu zaprzeczył.
Ludwika Wujec, była sekretarz daw­nej gminy Warszawa-Centrum. Znana działaczka podziemia. Zarzut: przyjęcie 20 tys. zł od Włodzimierza Sz. z Budimex Softu za udzielenie zamówienia na dosta­wę stacji graficznych do Urzędu Gminy Warszawa-Centrum oraz preferowanie tej firmy przy zamówieniach publicznych. Nie przyznała się, wyjaśniając, że z powodów proceduralnych nie mogła decydować o takim zakupie.
Roman Guenther, w okresie 1996-1999 pracownik biura informatyki w dawnej gminie Warszawa-Centrum. Oskarżony o przyjęcie od właściciela firmy Baza 37 tys. zł łapówki za przedłużenie umowy na serwis sprzętu komputerowego dla urzędu Warszawa-Centrum. Nie przyznał się.
Elżbieta Solarska, członek zarządu dziel­nicy Śródmieście gminy Warszawa-Cen­trum. Oskarżona o niedopełnienie obowiąz­ków przy podpisywaniu aktu notarialnego dla spółdzielni Dembud występującej o wie­czyste użytkowanie gruntu w Warszawie. W trakcie procesu udowodniła, że zarzut oparto na niewłaściwych dokumentach. Po­nadto, w latach 1997-1998 miała zażądać od Yosefa K. i Mieczysława J. 100 tys. dolarów łapówki za oddanie gminnego gruntu pod inwestycje budowlane. Zaprzeczała, zarówno w śledztwie, jak i w sądzie. - Nie miałam żadnych okazji służbowych, aby poznać Iwonę Z. - twierdziła.
Pozostałych 11 podejrzanych w sprawie układu warszawskiego, którzy przyznali się do winy, prokurator potraktował bardzo łagodnie z powodu współpracy w czasie śledztwa.

środa, 30 lipca 2014

W cieniu Belwederu

Kliknij zdjęcie  żeby powiększyć
O swoich przodkach Bronisław Komorowski opowiadał chętnie. Jednak o rodzinie prezydenta wiadomo wciąż niewiele.

ANNA GIELEWSKA

Zaczynamy cykl poświęcony rodzinnym klanom czołowych polskich polityków.
Komorowscy należą do najbardziej tajemniczych. Choć zbliża się koniec pierwszej kadencji prezydenta, jego pięciorgu dzieciom wciąż skutecznie udaje się unikać rozgłosu. W dużej rodzinie Komorowskich nie ma celebrytów, zdjęć na portalach plotkarskich, afer. Nawet pierwsza dama pozostaje w cie­niu, oszczędnie udziela wywiadów prasie kolorowej.
To świadoma strategia całej rodziny. Wiedzą o niej krewni i przyjaciele, którzy w tej sprawie od lat wykazują się ogromną powściągliwością. - Komorowscy od po­czątku prosili, żeby nie rozmawiać z mediami o dzieciach. Do każdego, kto złamałby tę zasadę, mieliby ogromne pretensje - przy­znaje jeden ze znajomych rodziny.
Co innego dzieje i tradycje przodków.
O tym sam Komorowski rozmawiał zawsze chętnie. W gabinecie prezydenta jego bliscy znajomi słuchają opowieści i aneg­dot z przeszłości. Na ścianie wisi galeria rodzinnych fotografii. Inne ważne miejsca w Belwederze to zrekonstruowany gabinet marszałka Józefa Piłsudskiego i stryszek z myśliwskimi trofeami.

PŁYTA ZACHODNIA
Rodzina matki Komorowskiego, Jadwigi, pochodziła z Pomorza. Jej matka, chowana w pruskim zaborze, była skrajnie antyniemiecka. U dzieci i wnuków do końca życia tępiła niemieckie wyrazy, stukając je przy tym naparstkiem w czoło: - Podejdź, Bronek... Chodź bliżej! Słyszałam ciebie w radiu. Ty powiedziałeś: Westerplatte. A trzeba mówić: Płyta Zachodnia - opi­sywał strofowanie przez babcię polityk.
Jadwiga Komorowska, matka prezy­denta, dziś mieszka w Gdańsku razem z jego młodszą siostrą. Przez lata pracowała naukowo w PAN, zrobiła doktorat z nauk humanistycznych. W czasie wojny była łączniczką AK w Wilnie, później należała do „Solidarności”. Dziś pisze wspomnienia. Rzadko udziela się publicznie, choć - jak przyznają znajomi rodziny - jest cały czas na bieżąco. - Broniu, było bardzo dobrze - takie telefony od matki Komorowski odbiera po każdym swoim wystąpieniu. Wysyła mu też SMS-y.
- Powodowała, że chodziłem po ziemi - przyznawał Komorowski, opowiadając o swojej młodości.
Podczas kampanii prezydenckiej Jadwiga Komorowska udzieliła wywiadu „Gazecie Wyborczej”. Opowiadała o swoim życiu w PRL. - Mąż pracował we Wrocławiu w Centrali Rybnej jako ekonomista. Ja jako świetliczanka w Domu Matki i Dziecka. Wyrzucili mnie stamtąd po kontroli „Try­buny Ludu” gdy okazało się, że prowadzony przeze mnie chór nie potrafi zaśpiewać „Międzynarodówki”.
Komorowscy w 1957 r. przenieśli się do Józefowa pod Otwockiem. To zarówno we wspomnieniach matki Komorowskiego, jak i jego samego był najtrudniejszy okres: - Pokój w baraku, 9 mkw. Przerobiony z kuchni, więc stał tam nieczynny piec i le­dwo mieściły się dwa łóżka. Było tak zimno, że dzieci spały w futerkach. W jednym spał mąż z Bronkiem, a w drugim ja z Marysią i kilkumiesięczną Halinką. Jeden sąsiad to był milicjant alkoholik. Jak się upił, kładł się na tory, trzeba go było ratować. Za ścianą pani Olesia, prostytutka. Libacje prawie co noc.
Oprócz nielicznych wywiadów Jadwiga Komorowska wystąpiła też w spocie (przy rodzinnym stole) i na ostatnim wiecu w prezydenckiej kampanii w 2010 r. w Sopocie.
- Ale akurat kiedy mówiłam, telewizja przerwała transmisję. W tym samym czasie Jarosław Kaczyński mówił rzeczy oburzają­ce - opisywała dziennikarzom „GW”.

wtorek, 29 lipca 2014

Kościelny rachunek jest już spłacony



Powinniśmy wypowiedzieć konkordat W przeciwnym razie Polska stanie się państwem fundamentalistycznym - mówi Wiktor Osiatyński.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czy Polska jest państwem wyznaniowym?
WIKTOR OSIATYŃSKI: Jesteśmy wpół drogi. Właśnie o tym decydujemy Klauzula su­mienia została wykorzystana przez Kościół, głównie episkopat, oraz część środowisk prawicowych jako oręż w wojnie o stworze­nie w Polsce państwa 'wyznaniowego, w którym prawo państwowe jest podpo­rządkowane prawu bożemu, rozumianemu głównie jako nakazy Kościoła katolickiego. Jeżeli Trybunał Konstytucyjny zdecyduje się rozszerzyć zasadę klauzuli sumienia na inne zawody, jeżeli sądy zaczną orzekać więcej wyroków skazujących w sprawach o obrazę uczuć religijnych, jeżeli admini­stracja publiczna będzie odwoływać wyda­rzenia kulturalne tylko dlatego, że nie podobają się hierarchom kościelnym, i jeże­li coraz więcej będzie demonstracji niena­wiści przeciwko czemuś, co zdaniem kleru obraża uczucia religijne, to już po nas.

Potrzeba do tego zmian konstytucyjnych?
- Nie. Ta metamorfoza dokonuje się me­todą faktów dokonanych, przy pomocy interpretacji prawa zamiast jego twarde­go stosowania. Bo o co chodzi w dyskusji o klauzuli sumienia? Prawo jasno mówi, że obowiązuje w przypadku kilku zawodów: lekarza czy pielęgniarki, gdy znajdą się w sytuacji decydowania o zakończeniu ży­cia ludzkiego. Rozciąganie tej klauzuli na inne zawody - mówi się na przykład o ap­tekarzach - to aberracja.

A jeśli aptekarz nie chce sprzedawać tabletek antykoncepcyjnych, bo zakazuje ich używania jego Kościół?
- To niech sprzedaje zioła! Aptekarz jest zobowiązany do sprzedawania wszyst­kich środków farmakologicznych dopusz­czonych na rynek. Za aptekarzami pójdą kioskarze, którzy odmówią sprzedawania prezerwatyw. A potem gazet, które uznają
za niezgodne z przekonaniami. Nie można dopuścić do rozszerzenia klauzuli sumienia na obrót towarów między ludźmi.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Dla Siebie Stworzeni



Wbrew pozorom nie dzieli ich wiele. Znają się od 30 lat i są po imieniu. Dwa razy byli już bliscy współpracy. Wspólny rząd w 2015 r. może być ich ostatnią szansą na przejęcie władzy.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Król jest tylko jeden. Gdyby ktoś miał wątpliwości, wystarczy rozejrzeć się na klatce schodowej prowa­dzącej do warszawskiej siedziby Kongresu Nowej Prawicy przy ul. Wilczej 49 A (na ścianie ktoś wyrył kluczem duży napis „Janusz Korwin-Mikke”) albo zalogować się do partyjnego Wi-Fi. Hasło dostępu: „JKM jest mistrzem Polski”.
Siadamy w gabinecie prezesa. Korwin rozpiera się w fotelu z dłońmi zaplecionymi na brzuchu.
- Wszedłby pan do koalicji z Kaczyńskim?
- PiS głosi program na lewo od SLD, ale dla dobra Polski mogę z każdym.
- Co to znaczy „dla dobra Polski”?
- Wyobrażam sobie, że PiS i PO osiągają zbliżone wyni­ki i żadna z tych partii nie może stworzyć większości. Żeby uniknąć kolejnych wyborów, mógłbym się zgodzić na wejście do koalicji.
-I zostałby pan wicepremierem w rządzie Kaczyńskiego? - Jeśli bez teki, to tak, tak - mówi Korwin, który spogląda na mnie nie tylko z fotela, ale także z portre­tu wiszącego nad biurkiem. - Nie ponosiłbym wte­dy odpowiedzialności za działania rządu, to mój warunek.

Gnój
Kilka kilometrów dalej, w biurze PiS przy ul. Nowogrodzkiej, deklaracje Korwin-Mikkego są dobrze znane. Lider KNP po­wtarza je od lat jak mantrę: Kongres może za­wrzeć koalicję z każdym, nawet z kanibalami, i nie chce żadnych stanowisk. Stołki - twier­dzi Korwin - są dla złodziei, którzy od lat okradają Polskę, a jemu zależy tylko na usta­wach liberalizujących gospodarkę. Ten, kto obieca ich przyjęcie, dostanie jego wsparcie.
Wśród współpracowników prezesa PiS zapowiedzi „króla” z Wilczej wywołują po­błażliwe uśmiechy.
Mówi jeden z nich: - Ten, kto wierzy, że PiS nigdy nie wejdzie w koalicję z Korwinem, nie zna prezesa. Jarosław ogra go w pięć minut. Schrupie go tak samo, jak schrupał Samoobronę. Dzień po wyborach oświad­czy, że zaprasza KNP do koalicji, ale bez Korwina. Zapropo­nuje kilka wiceministerialnych stanowisk i rozbije mu klub. Jego posłowie będą wygłodniali i nie sądzę, by trzeba było ich długo namawiać. JKM nie będzie miał wyjścia. Albo pogodzi się z rozłamem w klubie, albo będzie musiał ugiąć się pod żą­daniami posłów i zawiąże z nami normalną koalicję. Tak czy inaczej, zostanie wycyckany.
Korwin, któremu przytaczam te słowa, aż podrywa się z fo­tela. Wygląda na szczerze zdziwionego. - Jeśli politycy PiS na­prawdę tak mówią, to znaczy, że jest to banda sukinsynów, która chce wszystkich zgnoić, przekupić, zdemoralizować - unosi się. - Ten ustrój to gnój. Mam nadzieję, że nasi ludzie to zlikwidują.
- Nie boi się pan, że Kaczyński wystrychnie pana na dudka?
- Jeśli taki jest jego cel, to trudno. Nasze stanowisko będzie niezmienne. Nie chcemy - chodzić do rządu, tylko przepchnąć nasze ustawy.

Priorytet: odspawać Tuska
Jeśli Jarosław Kaczyński chce w przyszłym roku przejąć władzę, to musi myśleć o koalicji, bo na samodzielną większość szanse ma minimalne. Pole manewru jest niewielkie: sojusz z PSL lub sojusz z KNP.
Za pierwszym wariantem mogą przemawiać przetasowania w województwach, do których najpraw­dopodobniej dojdzie już za kilka miesięcy. Wszystko wskazuje na to, że po jesiennych wyborach samorządowych Platforma Obywatelska straci panowanie w części regionów na wschodzie kraju.
Ludowcy, chcąc utrzymać się przy władzy, będą mu­sieli zwrócić się ku partii Jarosława Kaczyńskiego. Jak przyznają politycy Stron­nictwa, do zawiązania ko­alicji PiS - PSL może dojść na Lubelszczyźnie, Pod­lasiu, Podkarpaciu i w Świętokrzyskiem.
Jeśli współpraca zda egzamin, Kaczyński może chcieć zawrzeć identyczny układ przy Wiejskiej. Taki scenariusz ma jednak kilka słabych punktów.
Po pierwsze, w przeciwieństwie do sa­morządów, PSL w Sejmie wcale nie będzie skazane na PiS. Zapewne dostanie równo­ległą ofertę udziału w koalicji z PO i SLD. To oznacza, że cena, którą Kaczyński mu­siałby zapłacić za ich wsparcie, będzie wysoka.
Po drugie - zważywszy na dzisiejsze son­daże - klub PSL nie będzie raczej zbyt licz­ny, przez co większość PiS - PSL byłaby chybotliwa.
I wreszcie - po trzecie - ludowcy mają za sobą lata rządowych doświadczeń, admini­strację państwową znają jak nikt i mogliby okazać się dla Kaczyńskiego zbyt wyma­gającym partnerem. - W tym sensie koa­licja z Kongresem Nowej Prawicy byłaby dla nas znacznie wygodniejsza. Korwin prawdopodobnie wprowadzi więcej po­słów, więc większość byłaby bardziej stabilna. A jego ludzie nie mają poję­cia o rządzeniu i zadowolą się byle czym - przyznaje jeden z polityków PiS. Na korzyść koalicji z KNP przemawia jeszcze jedno: wbrew temu, co mówi Ja­nusz Korwin-Mikke, Kongres w praktyce może być skazany na PiS. Pośrednio przy­znaje to Przemysław Wipler, jak na razie jedyny poseł KNP.
- Oczywiście znam wypowiedzi Korwin-Mikkego na temat porozumienia z ludo­żercami - mówi poseł Wipler - ale nasz priorytet na dziś to odspawanie Tuska od władzy. Koalicja z PiS w tym sensie jest więc realna.
- A różnice programowe? - dopytuję.
- Kaczyński oskarża Korwina o prorosyjskość, do tego dochodzą rozbieżności w sprawach gospodarczych.
- Naszym zdaniem dyplomacja to nic innego jak turystyka na koszt podatników. Nie przeceniamy jej znaczenia. A w kwe­stiach ekonomicznych też pewnie byśmy się dogadali. Dla PiS są ważniejsze sprawy niż ekonomia, a nasze warunki są czytelne. Nigdy nie zagłosujemy za podniesieniem podatków czy zwiększeniem wydat­ków z budżetu, nie podniesiemy też ręki za zatrudnieniem nowych urzędników.
W podobnym tonie wypowiada się zresztą sam Korwin. Mówi, że to za rzą­dów Prawa i Sprawiedliwości zlikwidowa­no podatek od spadków, przypomina, że Jarosław Kaczyński, podobnie jak on, kil­ka lat temu opowiedział się za przywróce­niem kary śmierci. Słuchając go, można odnieść wrażenie, że on i szef PiS są dla siebie stworzeni.

Błazen, hucpiarz, pętaczyna
Nie bez znaczenia są dobre relacje oso­biste obu polityków. Kaczyński i Korwin są po imieniu i znają się od 30 lat. Choć w III RP ich polityczne kariery układa­ły się różnie, to nigdy o sobie nie zapo­mnieli. Mimo że Korwin przez długie lata wegetował na politycznym marginesie, to Kaczyński zawsze był wobec niego ot­warty. Odbierał od niego telefony, chętnie przyjmował go na spotkaniach. W zamian dostał jego poparcie przed drugą turą wyborów prezydenckich w 2010 roku.
Korwin nie pamięta pierwszego spot­kania z dzisiejszym szefem PiS, ale jest pewien, że doszło do niego jeszcze „w kon­spirze”. Potem był Sejm I kadencji i wspól­ne posłowanie. Kaczyński, wówczas lider Porozumienia Centrum, był politykiem wagi ciężkiej - wymyślał premierów, ukła­dał koalicje - a Korwin miał skromne trzy­osobowe koło Unii Polityki Realnej i pełnił funkcję sejmowego błazna.
Wspomina były poseł Porozumienia Centrum: - Kaczyński nie traktował Korwin-Mikkego jak równorzędnego part­nera. Hucpiarz, pętaczyna - tak się wtedy o nim myślało, ale relacje utrzymywaliśmy.
Korwin: - Czy Jarek traktował mnie lekceważąco? Możliwe, w końcu miał 40 posłów, a nas było tylko 3- Mimo to często ze sobą rozmawialiśmy.
Do prawdziwego zbliżenia doszło raz: pamiętnego 28 maja 1992 roku. Lider Unii Polityki Realnej wszedł na mównicę i łoi zaskoczeniu sejmowej sali zgłosił projekt tzw. uchwały lustracyjnej, zobo­wiązującej ówczesnego szefa MSW An­toniego Macierewicza do przedstawienia „pełnej informacji” o politykach „będą­cych współpracownikami UB i SB”. Ku jeszcze większemu zdumieniu uchwa­ła została przyjęta. Korwin z dumą wspo­mina dziś: - Zaraz po głosowaniu Jarek przyleciał do mnie z gratulacjami.
Po nieudanych wyborach w 1993 r. ich kontakty się rozluźniły, ale nie ustały. Po­litycy z kierownictwa PiS przyznają, że Kaczyński nigdy nie zerwał stosunków z szefem Kongresu Nowej Prawicy Pre­zes całkiem niedawno opowiadał współ­pracownikom, że Korwin raz na jakiś czas dzwoni do biura przy ul. Nowogrodzkiej i prosi o spotkania.
Musi być przyjmowany, bo w opowieś­ciach Kaczyńskiego o liderze KNP - ciąg­ną moi rozmówcy - daje się 'wyczuć lekką sympatię. - Owszem, to trochę dziwak. Czasem ociera się o szaleństwo, jest trwa­le niezdolny do dotrzymywania słowa, ale przecież znamy się tyle lat. Dlaczego miałbym się z nim nie spotykać? - pytał retorycznie Kaczyński.
Z czego bierze się sympatia? Być może z antykomunistycznych przekonań, które obaj podzielają. A może Kaczyński widzi w politycznej biografii Korwin-Mikkego coś z własnej historii? Obaj czuli się odrzu­ceni przez elity III RP i mimo dysproporcji własnych znaczeń przez lata obaj byli poli­tycznymi outsiderami z zszarganym wize­runkiem. Dość powiedzieć, że gdy w 1993 r. pracownia badania opinii społecznej SMG/ KRC zapytała Polaków, komu należy się miano oszołoma, to 40 proc. badanych wskazało lidera PC, a 17 proc. szefa UPR.

W jednym rzędzie z Pinochetem
Kaczyński i Korwin byli bliscy współpra­cy dwukrotnie. Po raz pierwszy przed wy­borami parlamentarnymi w 1993 r., kiedy ówczesny szef Unii Polityki Realnej za­proponował koalicję wyborczą trzech par­tii: jego własnej, Porozumienia Centrum i Kongresu Liberalnej Prawicy. - Kaczyń­ski był zainteresowany współpracą z nami, ale o liberałach nie chciał słyszeć. KLD mó­wiło: UPR - tak, PC - nie. Tym sposobem wszyscy wystartowali oddzielnie i do Sej­mu nie dostał się nikt - wspomina Korwin.
Sytuacja powtórzyła się w kampanii par­lamentarnej w 2001 roku. Unia Polityki Realnej podpisała porozumienie przedwy­borcze z Platformą, w myśl którego jej kan­dydaci mieli startować z ostatnich miejsc na listach PO. Ostatecznie jednak Do­nald Tusk zablokował dwie kandydatury: oskarżanego o antysemityzm Stanisława Michalkiewicza i właśnie Korwina. Na po­siedzeniu rady głównej UPR rozgorza­ła więc dyskusja, czy w tej sytuacji koalicja z Platformą ma jeszcze sens. - Ja stwierdzi­łem, że nie i zaproponowałem nawiązanie rozmów z PiS - wspomina Zbigniew Ko­zak, były wieloletni działacz Unii, a później także poseł PiS. - Pamiętam, że poszedłem na spotkanie z Jarosławem Kaczyńskim i poprosiłem, by porozmawiał z Korwinem. Był chętny, wymieniliśmy się telefona­mi. Ostatecznie w jego imieniu na spotka­nie oddelegowano Adama Lipińskiego, ale zdaje się, że Korwin powiedział kilka słów za dużo.
Co tak zraziło polityków PiS? Kozak twierdzi, że to co zawsze. Korwin zwyzywał ich od socjalistów i negocjacje upadły. Do kolejnego zbliżenia doszło jednak dziewięć lat później: podczas wyborów prezyden­ckich w 2010 roku, kiedy Korwin-Mikke na trzy dni przed drugą turą poparł Kaczyń­skiego, Jak wspominają współpracowni­cy obu polityków, deklarację poprzedziła rozmowa telefoniczna.
Ostatnie spotkanie Kaczyńskiego z Korwinem odbyło się ponad rok temu. Na pytanie o jego okoliczności Korwin nie chce odpowiedzieć. Mówi tylko, że spotka­nie miało charakter polityczny. - A o czym mieliśmy rozmawiać? O dziewczynach? Wy, dziennikarze, jesteście jak pluskwy. Wszędzie włazicie, chcielibyście wszyst­ko wywęszyć, ale ja nie mam nic więcej do powiedzenia na ten temat - ucina.
Biorąc pod uwagę, że Kaczyński ma dziś 65 lat, a Korwin - 72, zawiązanie ko­alicji PiS - KNP po przyszłorocznych wy­borach parlamentarnych będzie dla obu polityków ostatnią szansą na dojście do władzy. Korwin-Mikke zapowiada, że jeśli ten scenariusz się ziści, to jego prioryte­tem będzie rozprawienie się z dzisiejszym establishmentem.
- Jeśli nie powsadzamy tych wszyst­kich łajdaków do więzień, za pięć-siedem lat rządy przejmą narodowcy i ich powyrzynają. Dosłownie.
- O czym pan mówi ? Dobrze pan wie, że nikogo nie wsadzi pan do żadnego więzienia.
- Tak? Pewnie to samo mógłby pan po­wiedzieć Pinochetowi dwa miesiące przed przewrotem. Albo Stalinowi czy Leninowi zaraz przed rewolucją - rozpędza się Korwin-Mikke.
- Stawia się pan w jednym rzędzie z Pinochetem i Stalinem? - dopytuję.
- Z Pinochetem jak najbardziej.
Jeśli traktować te zapowiedzi serio, to Jarosław Kaczyński po raz pierwszy w po­litycznej karierze może mieć do odegrania rolę tego łagodniejszego.

niedziela, 27 lipca 2014

Zszedłem z boiska



Z ust światłych przyjaciół słyszałem: „Jakbym cię wziął, k..., do pionu, to zaraz by ci przeszła depresja". Właśnie nie - mówi aktor Olaf Lubaszenko.

Rozmawia WOJCIECH STASZEWSKI

NEWSWEEK: Siedzimy w Lobby fantastycz­nego hotelu. A 25 Lat temu w tym miejscu...
OLAF LUBASZENKO: ... stały resztki Bro­warów Warszawskich, gdzie robiło się piwo Królewskie i Warszawskie. W tej okolicy się wychowałem. Ale nie przyłą­czę się do chóru tych, którzy z uśmiechem powtarzają: „Boże, jak dużo się zmieniło”. Obchody mamy za sobą.

Uśmiechnął się pan jednak 4 czerwca?
- Nie tylko uśmiechnąłem, ale wzruszy­łem. Uważam za przejaw skrajnie złej woli, jeśli ktoś sądzi, że dzisiaj w Pol­sce dzieje się niedobrze. Ale widzę to jak w „Misiu”: „Jedziecie do stolicy kraju ka­pitalistycznego. Który to kraj ma być może nawet tam i swoje... plusy. Rozchodzi się jednak o to, żeby te plusy nie przesłoniły wam minusów”. Teraz może jest ich kilka, lecz są ogromne jak wrzody. Najboleśniejszy wrzód to scena politycz­na, to nam się wyjątkowo nie udało. Na początku był grzech pierworodny. Isto­tą życia w wolnym państwie jest twórcza dyskusja, ucieranie się poglądów. Demo­kracja to dążenie do zbliżenia stanowisk, do wspólnego pomysłu na kraj. U nas nie ma sporu, jest wyłącznie podział. Dopeł­niła tego tragedia smoleńska, tu porozu­mienia nie będzie. Za brak umiejętności prowadzenia dialogu zapłacimy jeszcze cenę - spowolnienia albo inną.

Skąd ten grzech?
- Z czasu pokojowego przekazania władzy w Magdalence i Okrągłego Stołu. Duża część polityków i elektoratu ma przekona­nie, że wtedy doszło do spisku wymierzo­nego w społeczeństwo.

sobota, 26 lipca 2014

Kaczyński znowu zdemaskował agenta Moskwy




Jarosław Kaczyński powiedział, że „bardzo nisko ceni intelekt” ministra Sikorskiego. No cóż, geniusze tak mają, że są niejako z definicji skazani na otaczanie się ludźmi dużo gorszymi od siebie. Dlatego w rządzie Jarosława Kaczyńskiego Sikorski był ministrem obrony narodowej. Gdyby Jarosław Kaczyński intelekt Sikorskiego cenił wysoko, za nic w świecie nie zrobiłby go ministrem.

Z tych samych powodów najpierw ministrem spraw wewnętrznych i administracji, a potem prokuratorem krajowym i zastępcą prokuratora generalnego Jarosław Kaczyński zrobił Janusza Kaczmarka – „agenta śpiocha”.
Z tych samych powodów wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych Jarosław Kaczyński musiał zrobić Ludwika Dorna, człowieka, który „nie płaci alimentów”.
Z tych samych powodów Jarosław Kaczyński w dni parzyste powoływał na wicepremiera, a w nieparzyste – odwoływał Andrzeja Leppera, „warchoła”, który „wchodził w dupę Moskwie, a nie o ludzi się upominał”.
Tę listę można ciągnąć: Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski, Piotr Piętak (wiceminister w MSW)… Jest w łaskach – wtedy Jarosławowi Kaczyńskiemu ich prawdziwe lub urojone wady nie przeszkadzają. Wypada z łask – okazuje się głupcem, zbrodniarzem, agentem obcych mocarstw i pospolitym świnią.
Coś wam to przypomina? Tak, zgadliście! Każdy z nas to miał w czasach przedszkolnych i gdzieś tak do 12-16 lat. Potem większość ludzi zaczyna dojrzewać i stopniowo dochodzić do wiedzy, że obrażanie się na cały świat nie jest najlepszym patentem na życie wśród ludzi.
Niektórym jednak nawyki z piaskownicy zostają na całe życie.
A teraz serio. Należę do pokolenia, które – na szczęście – samo nie żyło w latach stalinowskich, ale które świetnie zna tamte lata, bo dorastało tuż po śmierci Stalina i przełomie październikowym. Wtedy oskarżenie, że ktoś jest agentem wrogiego mocarstwa kończyło się zwykle śmiercią lub co najmniej wieloletnim więzieniem dla tego nieszczęśnika. W prawie każdej polskiej rodzinie był ktoś, kto rąbał tajgę, budował Biełmorkanał, był bezterminowym niewolnikiem w kopalni węgla jako „wróg ludu”, „szpieg angielski”, „oficer sanacyjny” lub choćby „element aspołeczny”.
Dzisiaj – przynajmniej dopóki wciąż mamy III RP, a nie IV (wydanie II poprawione) – takie głupie obelgi Jarosława Kaczyńskiego są na szczęście właśnie tylko głupimi obelgami. Mówią nie o tym, jaki jest Radek Sikorski, ale o tym, jaki jest Jarosław Kaczyński: mały, śmieszny, nikczemny, podły i bezsilny.

Jerzy Skoczylas

piątek, 25 lipca 2014

Nisztor story



Kim jest Piotr Nisztor? To jedna z najciekawszych zagadek, jakie wciąż towarzyszą tzw. aferze podsłuchowej.

Ujawnienie prywatnej rozmowy z Romanem Giertychem i Janem Pińskim to było w wykonaniu Piotr Nisztora posunięcie strategicz­ne i ucieczka do przodu. Od roku spekulowano, co zrobił z książką, któ­rą, jak sam rozpowiadał, pisał o biznesmenie Janie Kulczyku - plotka głosiła, że zabawił się w szantaż, sprzedał książkę (napisaną lub jeszcze nie) bohaterowi dzieła za 1 min zł, po to, aby nigdy nie ujrzała światła dziennego. Dziś także dawni koledzy Nisztora sugerują, że to mógł być jego pomysł na życie: miał szykować podobne„książki"na innych najbogatszych biznesmenów. - To ja Nisztora stworzyłem - przyznaje z niejakim bólem Jan Piński, dziś redaktor naczelny miesięcznika „Uważam Rze". Piński mówi, że to on wyposażył Młodego w kontakty z tzw. źródłami. - Połowę informatorów miał od mnie, drugą od Andrze­ja Kleszczewskiego - wyznaje. - Zastanawiamy się z Andrzejem, który z nas jest ojcem, a który matką Młodego.
Kleszczewski to właściciel prywatnej przychodni na warszawskiej Saskiej Kępie. Był m.in. prezesem Polfy Tarchomin, Polskiego Hol­dingu Farmaceutycznego, działał we władzach i radach nadzor­czych kilku prywatnych spółek: m.in. SKOK Wołomin oraz Hawe i Electus, związanych z Markiem Falentą (który ma zarzuty udziału w tzw. aferze podsłuchowej). Trudno powiedzieć, co skłoniło do­świadczonego menedżera z branży nie tylko medycznej do utrzy­mywania bliskiej towarzyskiej znajomości z młodym człowiekiem, dopiero raczkującym w zawodzie dziennikarza. - Poznałem go przez Tomka Sakiewicza, mojego dobrego kolegę, naczelnego „Gazety Pol­skiej"- mówi dr Kleszczewski. - Piotr Nisztor tam wtedy pracował, ale potem o coś się z Sakiewiczem poróżnił i go zwolnili.

czwartek, 24 lipca 2014

Kim jest Piotr Nisztor?



Czy Piotr Nisztor, autor afery taśmowej, jest tajnym współpracownikiem Centralnego Biura Antykorupcyjnego? Z naszego śledztwa wynika, że na pewno był bardzo blisko tej służby i jej obecnego szefa. Nisztor stanowczo temu zaprzecza, a CBA nabiera wody w usta

Wojciech Surmacz

Kim jest Piotr Nisztor i jak to się stało, że wszedł w posiadanie ładunku in­formacyjnego, który rozsadził pol­ską scenę polityczną od środka?
- Ambitny młody dziennikarz. Odważny, inteligentny, mający cel. Pozytywne odczu­cia. Miły. Nie wiem, czy nagrywał. Nie wiem, czy jest agentem - tak swoje wrażenia ze spotkań z Piotrem Nisztorem opisuje Edyta Sieczkowska, była współpracownica Jana Kulczyka. W lipcu 2012 r. wytoczyła proces Nisztorowi o 75 tys. zł zasłynną już dzisiaj w całej Polsce - książkę o Kulczyku, której Nisztor jeszcze nie wydał. Sieczkowska ma żal do Nisztora za to, że opowiedziała mu o kulisach swojej współpracy z Janem Kul­czykiem w nadziei, iż usłyszy o tym cały kraj. Tymczasem dziennikarz nie dość, że nie opublikował tych informacji, to według niej wziął pieniądze za ich ukrycie.
- Nie przysłużył się w ten sposób Pol­sce. Mnie też nie pomógł - skarży się Edyta Sieczkowska.
Nie tylko ona ma pretensje do Piotra Nisztora. Po tym, jak przyniósł „taśmy prawdy” do tygodnika „Wprost”, odwrócili się od niego starzy znajomi, czyli służby, które - jak wynika z informacji, do których dotarli­śmy- chętnie z Nisztorem współpracowały, bo miały ku temu uzasadnione powody.

środa, 23 lipca 2014

Widok tego dziecka mam przed oczami



Narażanie pacjentów na traumę pod szyldem sumienia nie jest zgodne z etyką lekarską - mówi prof. Mirosław Wielgoś, kierownik Kliniki Położnictwa i Ginekologii WUM.

Rozmawiała MAGDALENA RIGAMONTI

Do którego tygodnia można przerwać ciążę?
Pyta pani w kontekście głośnej sprawy prof. Chazana?

Tak, bo prof. Chazan raz mówi, że nie wiedział, jakie jest prawo, innym razem, że ciążę można przerwać po 24. tygodniu, a ostatnio mówił, że do 22. tygodnia.
W opinii dla prezydent Hanny Gronkie­wicz-Waltz pisałem, że po 24. tygodniu ciąży prawdopodobieństwo przeżycia dziecka jest znacznie większe niż we wcześniejszych tygodniach. Myślę jed­nak, że w tym wypadku wiek ciąży jest na drugim planie, bo przecież prof. Chazan odmówił pacjentce aborcji ze względu na konflikt sumienia, a nie wiek ciąży.
W odmowie wykonania świadczenia jasno napisał, że przyczyną jest nie tylko jego sumienie, ale i jakiś nowy twór, czyli sumienie całego szpitala na Madalińskiego. Przecież nie ma czegoś takiego, jak sumienie szpitala.

Szanuje pan kolegów lekarzy, którzy zasłaniają się klauzulą sumienia?
Nie mam nic przeciwko klauzuli sumie­nia, jeśli nie jest ona narzucana innym ludziom. Jestem natomiast przeciwko narzucaniu innym swoich poglądów. Na­rażanie pacjentów na traumatyczne do­znania pod szyldem własnego sumienia nie jest chyba zgodne z etyką lekarską.
Tu bardzo łatwo zahaczyć o hipokryzję. Brzydzę się hipokryzją. Prof. Chazan z pewnością kieruje się swoimi głębokimi przekonaniami i jeśli przez to nie łamałby prawa, to nie miałbym nic przeciwko temu. My, lekarze, nie możemy podpo­rządkowywać prawa własnym poglądom, nawet gdyby one były jak najbardziej szlachetne, czyste i dobre.

Pan jest szefem Kliniki Ginekologicz­no-Położniczej, w której dokonuje się aborcji. Nie narzuca pan swoich poglądów?
Nie. Wśród moich podwładnych są osoby, o których wiem, że w różnych zawodowych sytuacjach mogłyby mieć konflikt sumienia, więc staram się nie dopuszczać do tego, by musiały się deklarować albo robić jakieś uniki. Zawsze jednak byłem przeciwnikiem instytucjonalizowania klauzuli sumienia. A z wiekiem ciąży sprawa jest nastę­pująca - ustawa o planowaniu rodziny mówi, że z przyczyn zależnych od płodu ciążę można przerwać do momentu, kiedy ten płód osiągnie dojrzałość do samodzielnego życia poza łonem matki. Jeśli trzeba postawić granicę, kiedy płód te zdolności osiąga, zaczynają się dywa­gacje. I te dywagacje głównie dotyczą ciąż od 22. do 24. tygodnia. Po 24. tygo­dniu ciąży szanse na przeżycie dziecka wzrastają. Jednak trzeba pamiętać, czy zależy nam tylko na przeżyciu, czy też na jakości tego przeżycia. W ciążach poniżej 24. tygodnia ryzyko ciężkich powikłań uniemożliwiających prawidłowy rozwój psychiczny i fizyczny jest bardzo wysokie.

wtorek, 22 lipca 2014

Krzywda i kara



Pani Agnieszka, której prof. Bogdan Ghazan nie zezwolił na aborcję, nie rozmawia z prasą. Dla „Wprost” zrobiła wyjątek i wraz z mężem kilka dni przed pogrzebem syna opowiadają o tym, co przeszli w ostatnich miesiącach. Prof. Chazana oskarżają o kłamstwo, manipulacje i niedopełnienie obowiązków.
Na początku czerwca Agnieszka była w 32. tygodniu ciąży. Nosiła w brzuchu dziecko z wodogłowiem, nierozwijającym się mózgiem, pozbawione części kości twarzoczaszki. Miała dokument podpisany przez prof. Bogdana Chazana, odmawiający jej przerwania ciąży. Zdecydowała się ze mną rozmawiać. Na łamach „Wprost” opowiedziała, jak wyglądała jej batalia. To po tej rozmowie wróciła w Polsce dyskusja o aborcji, ochronie życia, roli Kościoła w życiu społecznym i politycznym, klauzuli sumienia, łamaniu prawa przez ginekologów.

Pierwszy widok jest trudny do przeżycia. Pod koniec życia naszego synka płyn w głowie się przemieścił i oko, które było w wielkim wytrzeszczu, schowało się - opowiadają rodzice dziecka, którym prof. Bogdan Chazan odmówił legalnego przerwania ciąży.

Rozmawiała: MAGDALENA RIGAMONTI

Jak długo żyło?
Jacek: 10 dni. W 22. tygodniu wiedzieli­śmy, że nasz syn nie ma szansy na przeży­cie. Wiedzieliśmy, że umrze, kwestia tylko, czy będziemy musieli patrzeć na jego męki. Mogliśmy mu po prostu oszczędzić cierpień.
Agnieszka: Byliśmy u niego codziennie, dwa razy dziennie. Ale krótko.
Jacek: Nie dawaliśmy rady więcej. Godzina, najdłużej dwie. Żona brała go na ręce.
Agnieszka: Raz z tobą. Pomogłeś mi. Przytuliłam. (Pani Agnieszka płacze).
Ty też brałeś. Moja mama chciała zobaczyć, ale nie mogła podejść, bo akurat pielęgniarki się nim zajmowały. Może lepiej. Teściowa przy nim była.
Bardzo przeżywała. Pod koniec życia płyn w głowie się przemieścił i oko, które było w wielkim wytrzeszczu, schowało się, zmieniło pozycję. Ten widok stał się mniej drastyczny.
Jacek: Pierwsze spojrzenie, pierwszy widok jest trudny do przeżycia, a potem myślę, że się powoli przyzwyczajaliśmy. Byliśmy przygotowani na to, czego mogli­śmy się spodziewać. Jednak tego się nie da opisać.
Agnieszka: Ten widok był bolesny tym bardziej, że reszta ciała była idealna.
Jacek: Skoro prof. Chazan przeprowadzał aborcję tak, jak to opisuje, to widok na­szego dziecka nie zrobiłby na nim żadnego wrażenia. Pogrzeb dopiero będzie.

Co teraz przede wszystkim czujecie? Smutek?
Agnieszka: Nie wiem, czy smutek, czy taki ciężki stan, czy depresję. Potrzebuję chwili wytchnienia, ale jestem osobą upartą i wiem, że z mężem nie odpuścimy.
Jacek: Byliśmy dziś w prokuraturze, rozmawialiśmy z panią prokurator o bezpośrednim narażeniu na utratę życia lub zdrowia.
Agnieszka: Mówiłam o cesarskim cięciu, usłyszałam, że przecież pani prokurator miała dwa i wszystko w porządku. Zbyłam to milczeniem. Biegli się będą wypowiadać.
Jacek: Dziś zawieźliśmy wszystkie dokumenty.
Agnieszka: I zdjęcie USG.
Jacek: Prokurator podejmie decyzję na podstawie opinii biegłych. Żonę już przesłuchali wcześniej.
Agnieszka: W zeszłą środę. Potem wieczorem synek umarł.

poniedziałek, 21 lipca 2014

We włosiennicy, pod krawatem



Jeszcze niedawno Jacek Kurski przyrównywał PiS do Korei Północnej i kolonii karnej. Dziś wraca do Jarosława Kaczyńskiego.

Aleksandra Pawlicka

Reset. Zniknąć. Bardzo dzięku­ję” - taki SMS przychodzi od Jacka Kurskiego, gdy proszę o rozmowę o najnowszej wolcie politycz­nej. Miesiąc temu zapewnia! „Newsweek”: „Żaden worek pokutny, żadnego przeci­skania przez wyżymaczkę jak w dawnych pralkach Frania”. A jednak. Na ostatnim kongresie PiS mówi! do Jarosława Kaczyń­skiego i dawnych partyjnych kolegów: „Stoję przed wami w postawie wyprosto­wanej i z pokorą, z której mnie nie znacie”.
Właściwie to mógł od razu powiedzieć: stoję na baczność i czekam na rozkazy.
W PiS mówią o nim: pajac. W Solidar­nej Polsce - zdrajca.

niedziela, 20 lipca 2014

Jajecznica po Słupsku



Był konflikt. Potem spłonęły samochody i omal nie wybuchł dom z dwójką ludzi. Czy miał z tym związek facet z jajami, jak mówi o sobie wieloletni prezydent Słupska?

Ryszarda Socha

Adwokatka Anna Bogucka-Skowrońska nie ma wątpliwości: - Od kilku tygodni mam świado­mość, że żyję w mieście, w którym jest gorzej, niż przypuszczałam. Obroń­czyni solidarnościowej opozycji, senator, sędzia Trybunału Stanu, od lat słupska radna (bezpartyjna, klub PO), włączyła się pro bono w sprawę Aleksandra Jacka. To miejscowy przedsiębiorca i działacz Sto­warzyszenia Nasz Słupsk, które dwukrot­nie (2012 i 2013 r.) angażowało się w akcję referendalną, aby odwołać prezydenta Macieja Kobylińskiego. Rok temu Aleksan­drowi Jackowi podpalono dwa samocho­dy. Śledztwo się ślimaczyło, więc poszko­dowany i prawniczka zaczęli dochodzić prawdy na własną rękę. Teraz oboje mówią o słupskim „układzie zamkniętym”. Bogucka-Skowrońska napisała do prokurato­ra generalnego Andrzeja Seremeta skargę na bierność prokuratury. Przekazała ją też ministrowi sprawiedliwości.
Prezydent Słupska jest oburzony tym, że - jak powiada-włącza się go w gang­sterskie porachunki. Twierdzi, że to dla tego, że walczy z układem i wrogów ma całą masę.

sobota, 19 lipca 2014

Kontrreformacja 2.1



Ta historia zacznie się śmiesznie - od żartów z papieża i od złotego byka, który nie stanie na warszawskim placu Trzech Krzyży. A skończy strasznie - wizją państwa wyznaniowego, w którym prawo ma być zgodne z doktryną Kościoła. Oto sześć pierwszych przykazań tego prawa.

WOJCIECH STASZEWSKI
I
Nie będziesz stawiać byka przy kościele
Amerykański rzeźbiarz Arturo di Modica zakłada się w nocy przed budynek nowo­jorskiej giełdy. Jest grudzień 1989 r. Nie­legalnie stawia wykonaną przez siebie rzeźbę byka. To symbol hossy na giełdzie, hołd dla amerykańskiej gospodarki, któ­ra właśnie pokonała kryzys. Mieszkańcy Nowego Jorku pokochają symbol, stanie się atrakcją miasta, turyści będą go chcieli poklepać na szczęście.
Pięć odlewów z tej samej formy może być uznanych za oryginał. Jeden z nich jest w Polsce, anonimowy biznesmen za­proponował ustawienie go przed budyn­kiem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Rzecznik Giełdy Maciej Wewiór przy­gotował prezentację o byku i poszedł do sąsiadującej z giełdą parafii św. Aleksan­dra. Zdążył tylko powiedzieć dwa zda­nia. - Ależ to jest cielec! - przerwał mu ksiądz prałat. Po czym zmobilizował wier­nych. Rada duszpasterska wydała stano­wisko: „Powstanie wrażenie, że rzeźby są integralnie złączone z budynkiem kościo­ła, co może budzić mylne przekonanie, iż są symbolem biblijnego cielca spod góry Synaj, symbolu pogańskiego kultu”.
- Chcieliśmy, żeby byk stał blisko mini­sterstw gospodarki, skarbu, pracy, kance­larii Sejmu i Senatu, a także samej giełdy i kościoła - kluczowych instytucji życia społecznego. Żeby wszystkim przypomi­nał: „Gospodarka, głupcze” - tłumaczy Wewiór. - Może postawimy byka w innym miejscu. Ale trzeba się zastanowić, czy to nie za duże ryzyko. Ta rzeźba jest warta miliony dolarów.
Z księdzem prałatem nie udało mi się skontaktować. Ale w rolę jego adwokata wcielił się ks. prof Andrzej Draguła z Uni­wersytetu Szczecińskiego: - Byk może oznaczać bożka mamony. Ale ja bym się na byka zgodził. I pokazywałbym parafia­nom - oto symboliczny wyraz, jak giełda może stać się religią.

piątek, 18 lipca 2014

Konwent Jarosława



Operacja zjednoczenia prawicy pod sztandarem Jarosława Kaczyńskiego zakończyła się, zanim na dobre się rozpoczęła.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Początek czerwca 2014 r., war­szawskie mieszkanie znajomego Jarosława Kaczyńskiego. Oprócz prezesa PiS przy stole siedzi Jaro­sław Gowin. Spotkanie wstępnie umówiono półtora roku temu, kiedy Gowin był jeszcze ministrem sprawiedliwości, ale już myślał o odejściu z PO. Dokładnie wtedy, gdy toczyły się dyskusje na temat reformy sądów. Gowin miał wtedy deklarować chęć opuszczenia Platformy i nawiązania współpracy z Prawem i Sprawiedliwością. Prezes PiS zaproponował natomiast, by do kolejnego spotkania doszło już po wyborach do europarlamentu.
I tak też się dzieje. Jarosław Gowin spę­dza w towarzystwie prezesa siedem godzin. Główne ustalenie to zwołanie kongresu zjednoczeniowego prawicy pod koniec wakacji albo na początku września. Były szef resortu sprawiedliwości wychodzi pod wrażeniem lidera opozycji. - Jarek przeżywa to, co wszyscy oczarowani przez prezesa. Na po­czątku zawsze jest fascynacja - mówi współ­pracownik Gowina. - Po spotkaniu opowiadał zachwycony, jak bardzo różni się Kaczor od Donalda. Powtarzał, że pierwszy troszczy się o państwo, a drugi jedynie o czystą władzę. Jeden umie rozmawiać o reformach, drugiego takie dysputy nudzą, a jedyne, czego chce się dowiedzieć, to jak można ładnie opakować decyzje polityczne i jaki będzie z tego zysk - dodaje polityk Polski Razem.
trzeba zorganizować już w połowie lipca. Nie informują o tym Zbigniewa Ziobry. Lider Solidarnej Polski podobno dowiaduje się o pomyśle dopiero z telewizji. Zaproszenie na spotkanie z prezesem PiS przychodzi w ostatniej chwili. Do jego rozmowy z Kaczyńskim dochodzi w poniedziałek tydzień temu. Po kilkudziesięciu minutach wzajemnego czarowania Ziobro wyjmuje kartkę i przed­stawia swoje żądania. Konkretne: chce bardzo dobrych miejsc na listach samorządowych dla 16 działaczy terenowych oraz kilku jedynek wszystkich czwórek w wyborach parlamentarnych dla obecnych posłów SP. - To nie były wygórowane oczekiwania - przekonują współpracownicy Ziobry.
Ale według polityków PiS, żądania Ziobry wydały się Kaczyńskiemu niebezpieczne. Uznał on bowiem, że stronnicy byłego mi­nistra sprawiedliwości urośliby w przyszłym parlamencie w zbyt dużą siłę. Mogliby nawet po wyborach stworzyć oddzielne koło albo klub.
- Tymczasem zjednoczenie musi się odbyć na naszych warunkach. Nie może być tak, że Gowin czy Ziobro wejdą z naszych list do Sejmu, a potem będą budować odrębne podmioty polityczne - zgodnie przyznają współpracownicy Kaczyńskiego.
W trakcie rozmowy prezes PiS daje jasno do zrozumienia Ziobrze, że na takie warunki zgody nie będzie. Obiecuje jednak, że się z nim skontaktuje za kilka dni. Zamiast osobistego kontaktu, dwa dni później Kaczyński przysyła do klubu Solidarnej Polski odręcznie podpisane zaproszenia na sobotni kongres. Dostają je wszyscy posłowie z wyjątkiem... Ziobry. Takie same zaproszenia otrzymują również posłowie związani z Gowinem. Ale tu też jest pewna selekcja - pominięci zostają z kolei politycy PJN, na czele z Pawłem Kowa­lem. - Nie ma zgody na Kowala, bo zdradził, a poza tym jako były współpracownik Lecha Kaczyńskiego kreował się na kogoś lepszego niż my. Zresztą prezes nie lubi PJN-owców - mówi współpracownik Jarosława Kaczyń­skiego.
Na listach PiS nie ma też miejsca dla Adama Bielana, który współpracuje z Gowinem. - Prezes uznał, że Adam tylko by nam szkodził, codziennie w gazetach czytalibyśmy przecieki z tego, co się u nas dzieje - tłumaczy polityk PiS.

czwartek, 17 lipca 2014

Ryzykowne interesy Marka Falenty



W jaki sposób aresztowany w aferze podsłuchowe] biznesmen doszedł tak szybko do wielkich pieniędzy? I co go łączy z tygodnikiem „Wprost”, który opublikował materiały z afery podsłuchowej?

RADOSŁAW OMACHEL

Wiosna 2012 roku. Do Prokura­tury Okręgowej w Bydgoszczy przychodzi elegancka urzędo­wa koperta. Wewnątrz zawiadomienie, że zajmująca się sprzedażą detaliczną węgla spółka Skladywęgla.pl to pralnia pienię­dzy na wielką skalę. Mechanizm prze­stępstwa polega na sprzedawaniu byle jakiego węgla o niskiej wartości opałowej i niewiadomego pochodzenia jako pocho­dzącego z polskich kopalń pełno­wartościowego paliwa. Według auto­ra doniesie­nia firma legalizuje uzyska­ne z tego procede­ru pienią­dze, między innymi in­westując we własny rozwój. Niżej podpis generalnego in­spektora informacji finansowej, państwo­wego nadzorcy powo­łanego do kontrolowania przepływów finansowych. W 2012 roku był nim wicemi­nister finansów Andrzej Parafianowicz, dziś jeden z głównych bohaterów afery podsłuchowej.

środa, 16 lipca 2014

Wszystkie maski Romana



Roman Giertych pokazywał, że gotów jest służyć każdej władzy i przywdziewać dowolne maski. Najnowsza operacja zrobienia z niego oświeconego konserwatysty może się jednak nie powieść.

Cezary Łazarewicz

Plan na najbliższe lata: zarobić dużo pieniędzy i wystartować w wyborach na prezydenta Polski - zdradził kilka lat temu swoim zaufanym współpracow­nikom Roman Giertych.
Czy nadal ma takie ambicje? - pytam jego bliskiego współpracownika z dawnych lat, byłego posła LPR Zygmunta Wrzodaka. - Nie wiem, ale on się nawet na sołtysa nie nadaje - mówi.
Po Warszawie krążą nawet plotki, że to mecenas Giertych zastąpi Bartłomieja Sienkiewicza na stanowisku ministra spraw wewnętrznych.
- Te informacje rozpuszczają jego pracownicy z kancelarii prawnej, żeby napompować Romana - przypuszcza Wrzodak. - Bo on im jest ważniejszy, tym ma więcej zleceń.

wtorek, 15 lipca 2014

Politycy przy kielichu



Jako politycy jesteśmy zwierzyną łowną i publikowanie naszych rozmów sprawia wielu osobom nie lada satysfakcję. Ale przecież to, co dziś dotyka polityków, jutro może dotknąć każdego z nas - mówi szef MSZ Radosław Sikorski

Rozmawiają TOMASZ LIS i JACEK PAWLICKI

NEWSWEEK: Jest panu wstyd?
RADOSŁAW SIKORSKI: Wszystko, co mó­wiłem, było przeznaczone dla Jacka Rostowskiego, a nie dla całej Polski, i jego nie raniło. Przeprosić powinni ci, którzy naj­pierw przestępczo podsłuchali, a potem przestępczo udostępnili nagranie naszej rozmowy.

Na wstyd przestępców nie liczymy, pytamy o wstyd szefa dyplomacji.
- To jest chyba jedyne przestępstwo, które wyzwala więcej agresji wobec poszkodo­wanego niż wobec sprawcy.

A wracając do pytania?
- Mamy tsunami hipokryzji ze strony ludzi, którym przy kielichu też zdarzyło się użyć mocniejszych sformułowań. Nie życzę tym arbitrom stylu, aby nagrano ich w sytua­cjach intymnych lub choćby podczas nara­dy w redakcji.

poniedziałek, 14 lipca 2014

Z buta



Prezes PiS kusił Gowina i Ziobrę, ale okazało się, że to tylko gra pozorów. Zostali sami.
I zjednoczenia prawicy nie będzie.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Negocjacje Jarosława Kaczyń­skiego z Jarosławem Gowinem zaczęły się dwa dni po wybu­chu afery taśmowej. Pierwsze spotka­nie odbyło się wieczorem w poniedziałek 16 czerwca w mieszkaniu jednego ze wspólnych znajomych obu polityków. Atmosfera była wyśmienita: gospodarz podał kolację, wino i zostawił gości sam na sam. Rozmowa przeciągnęła się do trzeciej nad ranem.
Drugie spotkanie - doszło do niego po upływie kilkunastu dni - trwało oko­ło dwóch godzin i było równie owocne. Gowin opuszczał je w przekonaniu, że do uzgodnienia zostały już tylko szczegóły. Kaczyński też wyglądał na zadowolone­go. Wydawało się, że kongres zjednocze­niowy prawicy zakończy się sukcesem.

niedziela, 13 lipca 2014

Dzieci stracone



- Powiedziałem w sądzie, że mnie już została wymierzona najwyższa z możliwych kar: straciłem dziecko - opowiada ojciec, który niechcący przejechał swojego syna. Co roku w Polsce ginie tysiąc dzieci, często z winy rodziców.

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, EWELINA LIS

Krzysztof Ś. - inżynier z elektro­wni Rybnik - miał rano zawieźć córkę do przedszkola. Z domu to 11 minut jazdy. Później z przedszko­la do pracy - trzy minuty. Nie umie prokuratorowi wyjaśnić, jak to się stało, że od razu podjechał na parking elektrowni, za­trzasnął drzwi, zapomniał o córce. Upalny dzień, 30 stopni, a w samochodzie może nawet i 70. Zorientował się, że zostawił dziecko, gdy po ośmiu godzinach pracy miał wracać do domu, zszedł na parking...
Szef Prokuratury Rejonowej w Ryb­niku Jacek Sławik twierdzi, że nie uda­ło się określić dokładnej godziny śmierci dziecka. Na razie tylko przyczynę: udar cieplny. Ojciec wciąż w szpitalu psychia­trycznym. - Ma bardzo duże poczucie winy. Nawet nie stara się podawać oko­liczności, które by go usprawiedliwiały - mówi prokurator. Nigdy wcześniej takiej sprawy nie prowadził. - Tragedia - wzdy­cha, bo ciężko patrzeć na tak zrozpaczo­nego ojca, a zarzut trzeba postawić. Za nieumyślne spowodowanie śmierci grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.

sobota, 12 lipca 2014

Wartownik Kaczyńskiego



Mariusz Kamiński po latach trzymania straży w partii wraca do pierwszego szeregu


ANNA GILEWSKA

Ze spuszczoną głową Mariusz Kamiński czekał w ostatni wtorek na wynik głosowania. - Siedział zbity i w pierwszej chwili w ogóle do niego nie dotarło, że ocalał - opisuje jeden z posłów. Kiedy wynik po­jawił się na tablicy, na sali plenarnej Sejmu zapadła cisza. Dopiero po chwili poderwali się Antoni Macierewicz z wypiekami na twarzy i Joachim Brudziński. Zaczęli podska­kiwać i potrząsać Kamińskim: - Wygrałeś, wygrałeś!
Pogratulował mu też prezes Jarosław Ka­czyński. Były szef CBA nie dowierzał. Takiego wyniku głosowania w sprawie odebrania poselskiego immunitetu Kamińskiemu nie spodziewał się zresztą nikt. Sprawa wyda­wała się przesądzona, a praska prokuratura szykowała się do postawienia mu zarzutów.
Decydujące znaczenie miało wystąpienie Kamińskiego w czasie tajnych obrad. Po­nownie oskarżył w nim Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich o zakup willi w Kazimierzu Dolnym w niejasnych okolicznościach i ze źródeł niewiadomego pochodzenia. Po rewelacjach byłego szefa CBA niektórzy posłowie PO, PSL, a nawet SLD wstrzymali się od głosu. - To było chłodne, rzeczowe wystąpienie, bez politycznej retoryki. Ka­miński odczytał je zresztą z kartki. Zrobiło wrażenie - przyznaje nam jeden z polityków Sojuszu. Tym bardziej że posłowie nie znali nawet stanowiska prokuratury, która chciała postawić zarzuty Kamińskiemu; wniosek o uchylenie mu immunitetu i uzasadnienie przeczytało raptem kilkoro z 460 parlamen­tarzystów.
Polityk PiS: - To był dzień zwrotny dla Mariusza. Dostał nagle nowego paliwa. PiS idzie teraz za ciosem i składa wniosek o powołanie komisji śledczej mającej zbadać majątek Kwaśniewskich. Od razu ruszyły też spekulacje, jak Kamiński może wykorzystać ten potencjał. Czy wystartuje w jesiennych wyborach na prezydenta Warszawy? Nie­którzy zobaczyli w nim wręcz kolejnego potencjalnego delfina. - Którego brakuje po odejściu Zbigniewa Ziobry - uważa jeden z naszych rozmówców.