sobota, 5 grudnia 2015

Dzień świstaka



PiS uruchomiło wehikuł czasu i cofa historię o dekadę, a nawet znacznie dalej. Reklamacje nie będą przyjmowane, ponieważ PiS nie obiecywało, że się zmieni. Oburzonym zaś zwolennicy Kaczyńskiego proponują herbatkę z melisą.

Tę moc cofania było widać choćby ostatnio, kiedy PiS uzna­ło za niebyłe nominacje dla sędziów Trybunału Konstytu­cyjnego. Ale to tylko jeden z wielu przykładów. Bo ogólnie „wraca nowe" - ta genialna ironia z czasów PRL, stosowa­na przy kolejnych kryzysach realnego socjalizmu, pasuje jak ulał do dzisiejszego politycznego przełomu. W resorcie sprawiedliwo­ści znowu zasiadł Zbigniew Ziobro, jakby tych ośmiu lat nie było. Mariusz Kamiński ponownie zmienia służby, jakby w ogóle nigdy nie stracił władzy. W dodatku prezydent Andrzej Duda ułaskawił go, a więc kolejne zdarzenie z czasów Platformy zostało anulowa­ne. Antoni Macierewicz już nie ma co prawda do zlikwidowania WSI, ale wielu ludzi z tej służby, według PiS, wciąż rozdaje karty, jest więc nadal kogo tropić. Ponadto Macierewicz zapowiedział, że pod nową władzą „wojsko wraca do Polski”, więc kolejny po­wrót. Podważył też sens umowy o rakietach Patriot. Trwa anulo­wanie, wygaszanie i unieważnianie.

piątek, 4 grudnia 2015

Zamach na śledztwo



Będzie nowe śledztwo smoleńskie i śledztwo w sprawie śledztwa, nowy raport rządowy i nowa komisja, która ma go przygotować. Tylko opowieść o zamachu smoleńskim i winnych tej zbrodni pozostaje stara.

Anna Dąbrowska

Coraz bardziej prawdopodobny wydaje się dziś scena­riusz, że na gorących paskach w telewizjach informa­cyjnych przeczytamy: „Ustalenia oficjalnego raportu rządowego - 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku doszło do zamachu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżon­kę i 94 przedstawicieli państwa polskiego”. Pierwszy krok już za nami, bo premier Beata Szydło nakazała usunąć z rządowej strony internetowej raport z 2011 r. państwowej komisji Jerzego Millera o przyczynach katastrofy. -Po kampanijnym wyciszeniu w sprawie Smoleńska mieliśmy nadzieję, że tego nie zrobią, ale po nominacji Macierewicza wszystko było już jasne. Nowa wła­dza symbolicznie pokazała, że nie uznaje eksperckiego raportu - mówi urzędnik z KPRM. Jednak raport Millera był stworzony za pieniądze publiczne i dziś nadal każdy, w ramach dostępu do informacji publicznej, może wystąpić do KPRM o jego udo­stępnienie, z prawem do dalszej publikacji.
Zniknęła też strona faktysmolensk.gov.pl, na której eksperci od lotnictwa, współautorzy raportu, tłumaczyli zawiłości związa­ne z katastrofą i prostowali coraz to nowe zamachowe rewelacje zespołu Macierewicza. Za to strona smolenskzespol.sejm.gov.pl z bogatym „dorobkiem” smoleńskiego zespołu Macierewicza wciąż wisi w domenie sejmowej...

czwartek, 3 grudnia 2015

TVPiS



Po Trybunale Konstytucyjnym PiS uruchamia drugi kluczowy front mający umożliwić długie i bezproblemowe rządy tej partii – bierze się za media.

Na radiowych i telewizyjnych korytarzach nastroje jak po trzęsieniu ziemi - zniszczeń jeszcze nie widać, ale wiadomo, że tsunami uderzy. - Czekamy na nie­uchronne - wylecimy pierwszego dnia ich obecności na Woronicza. Do świąt raczej jesteśmy bezpieczni, potem będzie rzeź - twierdzi jeden z ważnych dyrektorów w TVP. Po pamięt­nym wystąpieniu wicepremiera Piotra Glińskiego w TVP Info, w którym zarzucił stacji, że „uprawia propagandę i manipulację od kilku lat”, nadzieję na przetrwanie mają głównie ci, którzy funkcjonują na głębokich tyłach.
Pewne jest, że takiego wstrząsu, jaki za moment dosięgnie publiczne radio i telewizję, nie było od 1993 r., czyli od likwida­cji Radiokomitetu. Powstałe wtedy niezależne spółki radiowe i TVP SA mają teraz zostać zlikwidowane. Zastąpią je „media narodowe”. „Uczciwe” - mówi Krzysztof Czabański, poseł PiS i pełnomocnik rządu do spraw przygotowania reformy publicz­nej radiofonii i telewizji - z lepszym programem i bez komercji, kulturotwórcze, a nie polityczne. Dbające o promocję Polski i edukację historyczną.
W rozmowie z POLITYKĄ Czabański zapewnia, że co praw­da zmiany strukturalne i programowe będą głębokie, ale bez czystek personalnych. - Będzie automatyczne przejście pracow­ników do nowych instytucji - zapewnia. Jednak z wypowiedzi jego samego i innych polityków PiS, które chętnie cytują prawi­cowe media, wynika coś zupełnie innego. Postulaty odebrania „kłamcom radia i telewizji” i usunięcia z ekranu „funkcjona­riuszy władzy” łączy się z wymienianiem nazwisk Tomasza Lisa, Piotra Kraski czy Beaty Tadli. „To jest moje wyborcze zo­bowiązanie, które traktuję śmiertelnie poważnie: cała operacja zmiany mediów publicznych będzie podporządkowana temu, żeby media były uczciwe i głosiły prawdę” - obiecywał Cza­bański „Gazecie Polskiej” tuż przed wyborami. Słowa te nie­dawno powtórzył.

środa, 2 grudnia 2015

To już inny człowiek



Za czasów ministra Ziobry przesiedział prawie rok w areszcie wydobywczym. Właśnie dostał za to 450 tysięcy złotych odszkodowania. Tylko co mu teraz z tych pieniędzy?

RENATA KIM, RAFAŁ GĘBURA

Czy ja oczekuję jeszcze czegoś od życia? - dr Andrzej Szaniawski zastanawia się dłuższą chwilę. - Trudne pytanie. Nie wiem. Siedzę w domu i tak sobie dogory­wam - mówi powoli, z trudem, robiąc dłu­gie przerwy.
Po źle leczonym złamaniu żuchwy zosta­ła mu niedoczulica warg, stracił też parę zębów. - Aż wstyd się zwierzać. Najgorsze, że nie mogę jeść jak człowiek, więc robię to w ukryciu, tylko przy żonie. Zakładam sobie śliniaczek, a Ma­rzenka pilnuje, żeby jedzenie było drobno pokrojone - mówi.
Gorzej było pod celą - żartuje - bo tam nie dali śliniaczka.

wtorek, 1 grudnia 2015

Puszczone w niepamięć



Ułaskawienie Mariusza Kamińskiego i jego ludzi odbyło się w pośpiechu. Prezydent nie czytał akt sprawy i nie prosił sądu ani prokuratury o opinię. Po prostu uznał, że stare CBA jest „kryształowo uczciwe”.

TEKST MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Głośne postanowienie prezydenta Andrzeja Dudy nie zawiera uza­sadnienia. Jest w nim tylko stwierdzenie, że prezydent stosuje prawo łaski w sto­sunku do czterech osób - byłego sze­fa CBA Mariusza Kamińskiego i jego trzech współpracowników: Macieja Wąsika, Grzegorza Postka i Krzysz­tofa Brendela - przez „przebacze­nie i puszczenie w niepamięć oraz umorzenie postępowania”. Decyzję podpisano 16 listopada, czyli w dniu zaprzysiężenia rządu Beaty Szydło.
   Samo postanowienie ledwie przy­pomina urzędowy dokument, sprawia wrażenie wytworzonego w pośpie­chu. Brakuje na nim pieczęci i infor­macji o miejscu wytworzenia. Nawet papier, na którym je sporządzono, nie jest opatrzony logo Kancelarii Pre­zydenta. To dwie kartki maszynopi­su podpisanego przez Andrzeja Dudę i odręcznie uzupełnionego datą.
   O pośpiechu może świadczyć też niekonsekwencja Kamińskiego. 19 li­stopada, czyli już po ułaskawieniu, były szef CBA uzupełnia braki formal­ne w apelacji od wyroku skazującego. A dzień później ją wycofuje - jako je­dyny, odwołania pozostałych ułaska­wionych wciąż są w sądzie.
   Prezydent mówi dziennikarzom, że chciał „uwolnić polski wymiar spra­wiedliwości od tej sprawy”. Do decyzji kategorycznie odnosi się też w TV Re­publika prezes PiS Jarosław Kaczyń­ski: - Niesprawiedliwość tego wyroku była najzupełniej oczywista i prezy­dent wyciągnął z tego wnioski.
   Czy prezydent podjął decyzję o ułaskawieniu samodzielnie? A może działał na prośbę prezesa PiS? - Duda chciał uniewinnić Kamińskiego, ale dopiero po ewentualnym potwierdze­niu wyroku przez sąd drugiej instan­cji. Zrobił to szybciej po naciskach Jarosława. Prezesowi zależało na tym, żeby przeciąć to jak najszybciej i uchronić Mariusza przed kłopotami z dostępem do informacji niejawnych - twierdzi polityk PiS znający kulisy ułaskawienia.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Dajcie mu człowieka



W marcu 2013 r. skazany na 3 lata więzienia. Właśnie ułaskawiony. Można rzec, minister po przejściach. Mariusz Kamiński wraca do tropienia wszelkiego zła.

Piotr Pytlakowski

Jest grudzień 2005 r. Prezydent Aleksander Kwaśniewski na kilka dni przed końcem kadencji ułaskawia byłego wi­ceministra spraw wewnętrznych Zbigniewa Sobotkę, za­mieniając mu karę 3,5 roku więzienia na rok w zawieszeniu. Poseł i sekretarz stanu w KPRM Mariusz Kamiński mówi Monice Olejnik w Radiu Zet: „To oczywiście jest decyzja bezczelna, bez­wstydna. Aleksander Kwaśniewski zachował się w tej sprawie nie jak prezydent, ale jak prezio. (...) Ręce opadają, że tak może zachować się prezydent Polski”.
   Jest listopad 2015r. Prezydent Andrzej Duda ułaskawia Mariu­sza Kamińskiego, skazanego nieprawomocnie na 3 lata więzie­nia. „Postanowiłem w swoisty sposób uwolnić wymiar sprawie­dliwości od tej sprawy” - oznajmia prezydent. Kamiński pisze w oświadczeniu: „Decyzję Pana Prezydenta traktuję jak symbol przywracania podstawowego poczucia sprawiedliwości, uczci­wości i przyzwoitości w życiu publicznym”.

niedziela, 29 listopada 2015

Rewolucja nihilizmu



Ile pragmatyzmu, a ile rewolucji w rządach Kaczyńskiego? Po politycznym blitzkriegu pierwszego tygodnia władzy PiS widać, że rewolucyjny zapał przeważa.

Skład rządu PiS miał być do­wodem na to, że Kaczyń­ski zachowuje rozsądek - uspokojenie w gospodarce, a rewolucja jedynie w nad­budowie. I Mateusz Morawiecki w roli Zyty Gilowskiej z 2006 r. - żeby inwesto­rzy nie wpadli w panikę, a destabilizacja gospodarki nie przeszkodziła Kaczyń­skiemu w ideologicznych i personalnych zabawach.
Taką wizją uspokajali nas eksper­ci i komentatorzy, choć powinni pamię­tać, że w 2006 i 2007 roku owa rewolucja w nadbudowie, czyli wojna z układem, choć osłaniana przez politykę fiskalną Zyty Gilowskiej, szybko przeniosła się także na poziom społecznej i gospodar­czej bazy. Uderzenie w środowiska leka­rzy i pielęgniarek, gdy zamiast zachwycać się charyzmą Kaczyńskiego, powiedzia­ły „sprawdzam”, uderzenie w środowi­ska polskiego biznesu, zablokowanie inwestycji infrastrukturalnych poprzez zerwanie kontraktów na większość z nich - wszystko to sprawiło, że rewolucja w nadbudowie rozlała się także na bazę i pozbawiła Kaczyńskiego władzy.

sobota, 28 listopada 2015

Iść po makach i ginąć



Rzeczpospolita obojga Biniendów.

MARIAN ŚRUT

Prof. Wiesław Binienda, główny ekspert zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej pod przewo­dem Antoniego Macierewicza, oraz dr Maria Szonert-Binienda, małżonka profesora, przybyli do Polski, żeby wziąć udział w wyborach. Bo choć mieszkają za Wielką Wodą, zameldo­wani są w kraju natrętnie mylonym w USA z Czechami-i prawo wyborcze posiadają.
Profesor nie zdradził, na której li­ście postawili krzyżyk, ale zaznaczył, że glosowali po polsku, czyli najpierw kościół, potem urna, co raczej trudno uznać za przejaw preferowania ZLe­wu lub Adriana Zandberga. Tak czy siak Akademicki Klub Obywatelski im. Lecha Kaczyńskiego w Poznaniu wykorzystał okazję i poprosił państwa Biniendów o wygłoszenie referatów. Zgodzili się ochoczo.

piątek, 27 listopada 2015

Żelazna kurtyna



My się odcinamy od wolnego świata. Dryfujemy w stronę Rosji Putina - Agnieszka Holland o istocie rewolucji Kaczyńskiego i groźbie wojny w Europie.

ROZMAWIA ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Paryż, który jest pani drugim domem, zaatakowali terroryści. W Polsce pełnię władzy przejęło PiS. Smutek? Strach?
AGNIESZKA HOLLAND: Nie chciałabym patrzeć na zmianę władzy w Polsce, za­kładając, że jeśli rządzą liberalni demo­kraci, to jest to moja Polska, a gdy rządzą narodowi katolicy, to śpiewam „Ojczy­zną wolną racz mi wrócić panie”. Zmia­ny jednak rzeczywiście mogą zajść tak głęboko, że trudno będzie mówić o Pol­sce jako kraju, w którym można mieć ele­mentarny szacunek dla władzy. Pierwsze powyborcze działania wskazują na dale­ko idącą „orbanizację” życia polityczne­go i nieliczenie się z ludźmi, którzy nie są wyborcami PiS, czyli w gruncie rzeczy z większością Polaków.

Zachodnie media alarmują, że Polska już wyprzedziła Węgry Orbana i przy­czyni się do pęknięcia Europy.
- Bo Orban nie zdobył się chyba na coś takiego jak prezydent Duda ułaskawia­jący skazanego nieprawomocnym wyro­kiem ministra w rządzie Kaczyńskiego... przepraszam rządzie pani Szydło. To jest wydarzenie bez precedensu nie tyl­ko w historii polskiej demokracji. Ozna­cza cofnięcie się do najczarniejszych lat, kiedy jednoosobowo decydowano, kto powinien zostać skazany, zastraszano i ubezwłasnowolniano sędziów. Właśnie tego baliśmy się chyba najbardziej, wiesz­cząc przejęcie władzy przez PiS: autory­tarnego i niemającego nic wspólnego ze sprawiedliwością i demokracją sposobu działania.

czwartek, 26 listopada 2015

Twórca zwycięzców



PiS nie wykonuje żadnego ruchu bez badań przeprowadzonych przez swojego PR-owca.
To jedna z najbardziej tajemniczych postaci w rządzącej partii.

JOANNA MIZIOŁEK

Piotr Agatowski, szara eminencja dwóch pałaców - tak o niefor­malnym PR-owcu Andrzeja Dudy i Beaty Szydło mówi się w PiS. A raczej szepcze. Bo politycy PiS starają się ukryć fakt, że Aga­towski pracuje nad wizerunkiem prezydenta i premiera. Dziś to właśnie on ma wpływ na kluczowe ustalenia w obu kancelariach.
   - Opracowywał strategię obu kampanii, prezydenckiej i parlamentarnej. Teraz doradza zarówno Dudzie, jak i Szydło. Jest łącznikiem między dwoma ośrod­kami - twierdzi nasz rozmówca z Pałacu Prezydenckiego.
   Agatowski z wykształcenia jest socjo­logiem. Wcześniej opracowywał badania opinii dla firm komercyjnych. Do tej pory mało łączyło go z polityką. - Nigdy nie myślałem, że zaangażuję się w projekt polityczny, ale poprosił mnie o to Andrzej. Potem zacząłem współpracować z Beatą. I siłą rozpędu, chcąc nie chcąc, zostałem doradcą politycznym - mówi „Wprost” Piotr Agatowski.

środa, 25 listopada 2015

Odwetowiec



Jednego nie można odmówić nowemu szefowi MSZ Witoldowi Waszczykowskiemu - ambicji. Pytanie tylko, czy zmieści się ona w gmachu przy alei Szucha.

Gdy zaczął pojawiać się w ministerstwie, wzbudzał podziw i zawiść jednocześnie. Młody, wykształ­cony na Zachodzie, z perfekcyjnym angielskim i kolorowymi skarpetkami do garnituru, nie paso­wał do starej kadry. Wiedział, kogo czarować, wobec reszty potrafił być brutalny. Nikogo nie pozostawiał obojętnym. Sam nieprzeciętnie inteligentny i niespotykanie ambitny. Radek Sikorski.
   Wystarczy jednak zamienić skarpetki na kowbojskie bolo pod szyją i ten opis jak ulał pasuje do Witolda Waszczykowskiego. Według popularnej w PiS teorii nowy minister spraw zagranicznych został politykiem właśnie z zawiści wobec Sikorskiego.
   - Trzeba to było zobaczyć. To był jakiś zew natury, czysta nienawiść - mówi były członek PiS, który poznał Waszczykowskiego, gdy ten był już w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. - Dwie tale podobne osobowości się wyklu­czają, to się musiało skończyć zderzeniem. Ale zastrze­gam: ja jestem do Witka uprzedzony. Wszyscy zastrzega­ją, że są do „Witka” jakoś uprzedzeni, i jeśli mają mówić szczerze, to nie pod nazwiskiem. Znów, wypisz wymaluj, przypadek Sikorskiego.
   Co jednak najciekawsze, obaj panowie stoją na zewnątrz formacji politycznych, które ich poparły. Pod tym wzglę­dem nowy szef MSZ swoją obcość wobec PiS nadrabia radykalnością neofity - nie mówi może o dorżnięciu watahy, ale nie ma problemu, aby co drugi dzień oskarżać przeciw­ników PiS o zdradę narodową. W przypadku Sikorskiego obcowanie z PO zakończyło się z hukiem po ośmiu latach. -Ja aż tyle Witkowi w PiS nie daję-mówi znajomy ministra z czasów BBN.

wtorek, 24 listopada 2015

Czabanesku



Dobry wieczór państwu, mówię z pałacu prezydenckiego niósł się w eterze głos prezesa Polskiego Radia, w tle trzaskał kominek. Był rok 2007. Dziś przed Krzysztofem Czabańskim nowe zadanie: oczyścić media z kłamców.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Koniec sierpnia, ulica No­wogrodzka. Jarosław Kaczyński rekomendu­je komitetowi politycz­nemu PiS kandydatów do Sejmu. Gdy dochodzi do okręgu toruńsko-włocławskiego, pada nazwi­sko Krzysztofa Czabańskiego, który ma wystartować z pierwszego miejsca na liście: - To niezależny dziennikarz. W przeszłości wielokrotnie mi się sprze­ciwiał.
Półtora miesiąca później Czabański wystąpi w telewizji internetowej „Gaze­ty Polskiej”, gdzie wyjawi, jakie zadanie stawia mu prezes. - Jarosław Kaczyń­ski potrzebuje mnie w parlamencie do przeprowadzenia zmiany w mediach publicznych - powie. - To jest moje zo­bowiązanie wyborcze, które traktu­ję śmiertelnie poważnie. Odbierzemy kłamcom radio i telewizję. Funkcjona­riusze władzy znikną z ekranu.
Czabański będzie odbijać media jako poseł i wiceminister kultury. Zacznie od przeprowadzenia nowej ustawy medial­nej, a potem zajmie się tym, na czym zna się najlepiej: kadrami.

poniedziałek, 23 listopada 2015

„PREZYDENT”



Andrzej Duda zadowolił się rolą ordynansa faktycznego dowódcy. W normalnej demokracji skrajny brak ambicji urzędującego prezydenta mógłby dziwić. W demokracji pisowskiej nie tak bardzo.

RAFAŁ KALUKIN

Konstytucja stanowi, że „Prezydent RP jest najwyższym przedstawicielem Rzeczy­pospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej”.
Andrzej Duda jest przedstawicielem Prawa i Sprawiedliwości oraz gwarantem zerwania ciągłości władzy państwowej przez oddanie jej partyjnemu ośrodkowi pozakonstytucyjnemu.
   Konstytucja stanowi, że „Prezydent RP czuwa nad przestrze­ganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeń­stwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium”.
   Andrzej Duda czuwa nad instrumentalizacją konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa rządzącej partii oraz nienaruszalności i niepodzielności monopolu jej władzy.
Konstytucja stanowi, że „Prezydent RP wykonuje swo­je zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach”.
Andrzej Duda wykonuje swoje zadania w zakresie i na zasa­dach określonych w nieformalnych dyspozycjach pochodzących od Jarosława Kaczyńskiego.
   To wszystko sprawia, że prezydenturę Andrzeja Dudy należy odtąd brać w cudzysłów.

niedziela, 22 listopada 2015

Alfabet posłów PiS



Kacza partia ma aż 235 posłów. Prezentuje­my najbardziej cha­rakterystyczne twa­rze tej formacji. Ku pamięci i ku przestrodze.

   Błaszczak Mariusz - teflono­wy Mario, wzorzec kaczowielbienia. Posiadł niezwykłą umiejętność po­litycznej mimikry. Myśli jak prezes, porusza się jak prezes, gniewa się jak prezes i jest hmm... empatyczny jak On. Niedoszły prezydent Legiono­wa. Walczy o klerykalizację Polski. Gorączkowo pilnuje, aby pod żad­nym pozorem nie przewyższać preze­sa o głowę. Dlatego chodzi przy nim w skłonie.

   Brudziński Joachim - chuligan w garniturze o niewyparzonej gębie. Przegrał prawomocnie proces są­dowy z „FiM” - wybulił kasę na cel społeczny i oficjalnie nas przepraszał. Jako nieletni uczeń energicznie zde­molował niecały pociąg i uczestniczył w rozboju. Zaliczył tylko dwa miesią­ce w areszcie. Wybitny „szyita” - od młodości nie wylewa procentów za kołnierz. Po wódce uruchamia mu się „szwendaczka”, czyli nieskrępo­wany pęd do ruszenia „na miasto”. Kaczyński jest dlań hersztem bandy. Chce zająć jego miejsce, jak się zwol­ni. Widać, że ma kwalifikacje.

sobota, 21 listopada 2015

Gabinet osobliwości



Szczególną w tym gro­nie postacią jest Anto­ni Macierewicz, który dostanie tekę ministra obrony narodowej. Był zaledwie 11-letnim Antosiem, gdy został oddany na wielomiesięcz­ną „kurację” w Ośrodku Wycho­wawczym Salezjanów w Rumi koło Gdyni. Ten okres odcisnął nieza­tarty ślad w jego psychice... Ry­walizując w 2002 roku z Lechem Kaczyńskim o posadę prezyden­ta Warszawy, zapowiedział, że je­śli wygra, wzmocni stołeczną poli­cję „patrolami św. Michała”, czyli krzyżówką niegdysiejszego ORMO ze strażnikami rewolucji islamskiej. „Patrole św. Michała (...) będą się składać z ochotników, np. sąsiadów, kolegów. Będą zwracali uwagę, czy w pobliżu ich miejsca zamieszkania nie kręcą się podejrzane elementy ludzkie - obiecywał Macierewicz. Cierpiał, gdy bracia Kaczyńscy nie traktowali jego zasług poważnie. „ On często zbyt ostro widzi rzeczy­wistość: tam gdzie jest różowo, to on mówi, że jest czerwono ” - diag­nozował zaburzenia Macierewicza Lech. Jarosław był wręcz brutalny: „ Trzeba jasno powiedzieć, że obraz, jaki chwilami tworzy, twierdząc, że niemal wychowywał się w podziemiu kościołów, jest oczywistą niepraw­dą”. Prezes jawnie kpił, że w sta­nie wojennym przyszły szef MON szalał ze strachu: „Przychodzę do niego, ale nie pali się tam światło. Zona Macierewicza, Hanka, wpro­wadza mnie do łazienki. Antek sie­dzi w zamkniętej łazience na sedesie. Podekscytowany krzyczy: niech mnie rozstrzela ją!” (w wywiadzie rzece „O dwóch takich...” z 2006 r.). De­molowanie wojskowych służb spe­cjalnych, nielegalne kopiowanie tajnych dokumentów, chowanie się za immunitetem, żeby uniknąć od­powiedzialności karnej, wyroki na­kazujące odszczekiwanie kłamstw, paranoje „smoleńskie”, absorbo­wanie prokuratury setkami za­wiadomień o wyimaginowanych przestępstwach... Czy warto to przy­pominać? Macierewicz sam to nam wkrótce odświeży.

piątek, 20 listopada 2015

Nadgodziny na śmieciówce



Oficjalnie NSZZ Solidarność walczy z nadużywaniem umów cywilnoprawnych. A nieoficjalnie kontrolowane przez związek spółki świetnie prosperują dzięki zatrudnianym na śmieciówkach. Przykład Gliwice.

RADOSŁAW OMACHEL

Też jestem pracodawcą, za­trudniam 150 pracow­ników i nie wyobrażam sobie, żebym kombino­wał - tak Piotr Duda, szef Solidarności, mówił w jednym z wywiadów o zatrudnianiu na umowach cywilnoprawnych.
Związki zawodowe nawołują do ogra­niczenia patologii związanych z tą for­mą zatrudniania. Tak zwane śmieciówki są w Polsce często wykorzystywane do obniżania kosztów pracy i omijania pra­wa pracy. Jednak od Nowego Roku stra­cą na atrakcyjności; od prawie każdej umowy-zlecenia trzeba będzie odpro­wadzić składkę do ZUS.
   Czy związkowcy z zaostrzenia prze­pisów będą rzeczywiście zadowoleni? Mogą sporo na tym stracić.

NIE TYLKO DOMY WCZASOWE
We wrześniu „Newsweek” opisał działalność Solidarnościowej spółki Dekom prowadzącej dom wcza­sowy Bałtyk w Kołobrzegu, w któ­rym pracowały osoby zatrudniane na umowach cywilnoprawnych. Podob­ne praktyki - przesuwanie pracowni­ków do firm outsourcingowych, które zatrudniały ich na śmieciówkach - wy­kazała kontrola Państwowej Inspekcji Pracy w zarządzanym przez Ogólno­polskie Porozumienie Związków Zawo­dowych (OPZZ) i Solidarność ośrodku wypoczynkowym Perła w Ustce.
   Ośrodki wczasowe to biznesowa do­mena zwłaszcza związków zawodowych działających w dawnych przedsiębior­stwach państwowych (Perła to ośrodek Anwilu). Jednak związkowcy przejęli nie tylko domy wczasowe.
   Między innymi na Śląsku wywalczy­li sobie też prawo do zarządzania fir­mowymi stołówkami i sklepikami; górnicze holdingi zaprosiły zaś główne związki zawodowe - Solidarność i Ka­drę - do rady fundacji Unia Bracka, któ­ra przejęła kontrolę nad liczącą ponad 70 placówek siecią przykopalnianych przychodni.
   - Jak w każdej firmie medycznej, tak i tu część pracowników jest zatrudnio­na na umowach śmieciowych - przyzna­je były menedżer jednej ze spółek Unii Brackiej.
   Na styku własności państwowej i pry­watnej zaczął też kiełkować nowy rodzaj biznesu. Zakładane przez związkowców spółki dogadywały się z zarządami pań­stwowych przedsiębiorstw i wynajmo­wały ich do pracy po godzinach.

czwartek, 19 listopada 2015

Minister wojny



Obawy, że Antoni Macierewicz wypowie wojnę Rosji, są przesadzone.
W pierwszej kolejności rozpęta ją w Polsce.

Kontakt z Antonim Macierewi­czem jest ujmujący. - Strasznie pan trzeszczy przez telefon, o zno­wu pan trzeszczy, to pewnie przez te wieloletnie tradycje POLITYKI - rzuca do słuchawki minister obrony narodo­wej. Rozmowa jest krótka, ale wygląda na to, że pan minister czerpie z niej wiele satysfakcji. Każe sobie kilka razy powtó­rzyć nazwisko. - No strasznie trzeszczy, pan ma chyba jakąś wadę genetyczną -rzuca do słuchawki i się rozłącza w wy­raźnie szampańskim humorze. Trudno mu się dziwić. Człowiek, który walnie przyczynił się do wywrócenia dwóch rządów przez siebie współtworzonych, właśnie dostał trzecią szansę.

środa, 18 listopada 2015

500 ZŁ I INNE OBIECANKI



Jeśli ktoś miał szczęście, to na realizacji obietnic wyborczych PiS może teoretycznie zarobić nawet kilkanaście tysięcy złotych rocznie. A praktycznie? Praktycznie to trzeba na to znaleźć pieniądze.

RADOSŁAW OMACHEL

Jeśli w styczniu PiS nie wypłaci zapo­wiadanego dodatku 500 zł na dziecko, to zorganizuję pozew zbiorowy - za­powiedział kilka dni temu w telewizji Roman Giertych. Były wicepremier, który kandydował z rekomendacji Platformy Obywatelskiej do Senatu, sam ma czwórkę małych dzieci. Więc choć jest majęt­nym człowiekiem, to jeśli potraktować poważnie pro­jekt Prawa i Sprawiedliwości, może liczyć na 18 tysięcy złotych rocznego wsparcia. Wszystko jednak wskazu­je, że pr2ynajmniej jeszcze w przyszłym roku aż tyle nie dostanie. - Wypłata mszy w okolicach kwietnia - mówi „Newsweekowi” Henryk Kowalczyk, jeden ze współau­torów programu gospodarczego Prawa i Sprawiedliwo­ści, bliski współpracownik Beaty Szydło.
   500 zł będzie przysługiwać rodzicom na drugie, trzecie i kolejne dziecko. W rodzinach, w których do­chód na głowę nie przekracza ok. 800 zł miesięcz­nie, premia obejmie wszystkie dzieci. Takich rodzin jest jednak tylko 7-8 proc. Czy rozdawanie pieniędzy jak leci, nawet tym słabo zarabiającym i dobrze sytuowanym, jak Roman Giertych, ma sens? Zdaniem byłej wiceminister pracy Agnieszki Chłoń-Domińczak PiS-owski program 500+ to prze­de wszystkim chwyt wyborczy.
   - Jeśli ten dodatek miałby zastąpić dotychczasowe zasiłki i zapomogi dla rodzin, to być może taki prosty system miałby sens. Ale jeśli będzie to dodatkowa premia za posiadanie dzie­ci, to wiele rodzin wpadnie w pułapkę dochodową. Rodzice przyzwyczają się do nie pracowania, a kiedy dzieci podrosną i wypłaty się skończą, powrót na rynek pracy będzie już w zasadzie nie­możliwy - ostrzega Chłoń-Domińczak.
   Znacznie taniej byłoby te pieniądze przeznaczyć na żłobki i in­westycje, tak by rodzicom łatwiej było znaleźć pracę. Albo sko­rzystać z rozwiązania, które właśnie wdrażają władze Nysy: tam 500 zł miesięcznej premii będzie przysługiwać rodzicom dzie­ci w wieku od 13 miesięcy do 6 lat. Czyli wtedy, kiedy opieka nad dzieckiem jest najbardziej kłopotliwa - choćby z tego powodu, że brakuje miejsc w przedszkolach i żłobkach.

wtorek, 17 listopada 2015

Układ Kaczyńskiego



Słynny tropiciel powiązań polityczno-biznesowych zbudował sobie układ, któremu żaden inny nie dorasta do pięt.

   Konstrukcja składa się z kil­kunastu elementów. Są to spółki, fundacje i stowarzyszenia. Pączku­ją, kwitną, niektóre szybko więdną lub przybierają postać „krzaków”. Wszystkie mają ścisłe związki z PiS-em. Dokarmiają działaczy i świad­czą rozmaite usługi na rzecz partii, a ta odpłaca się dobrodziejom pie­niędzmi z państwowych i unijnych subwencji, czyli z naszych portfeli. Centrala układu przybrała nazwę Fundacja „Instytut imienia Lecha Kaczyńskiego” (dalej Fundacja). „Szef wszystkich szefów” prezes Jarosław Kaczyński jest w niej jednym z trzech członków rady nadzorczej. Do reszty kierownictwa wrócimy za chwilę.
   Organizacja powstała formal­nie przed pięcioma laty, ale fak­tycznie urodziła się z początkiem lat 90. ubiegłego wieku. Do 2010 roku Instytut był Fundacją Nowe Państwo (FNP), a jeszcze wcześ­niej - Fundacją Prasową Solidar­ności (FPS), którą współtworzył prezes Jarosław. Przekształcenia następowały poprzez wchłonięcie starych bytów przez nowo powsta­jące. Wraz z dobrodziejstwem in­wentarza, którego aktualna war­tość szacowana jest na około... 100 min zł. Ludzie pozostawali zawsze ci sami - w sensie przynależności do kamaryli braci Kaczyńskich. Majątek zdobyli wyjątkowo

poniedziałek, 16 listopada 2015

PROFESOR



Nowogrodzka, późny wieczór. Prezes wychodzi z narady w towarzystwie Piotra Glińskiego, demonstracyjnie zaprasza go do swojej limuzyny. Dla lekceważonego niegdyś profesora nadszedł czas rekompensaty.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Polityk PiS: - Piotr Gliński jest dla Jarosła­wa tym, kim Jerzy Buzek był dla Maria­na Krzaklewskiego. Marian wybrał Buzka, bo wiedział, że to romantyczny inteligent; bezinteresowny i naiwny, przez to łatwy do okiełznania. Gliński jest taki sam. Nie ma w nim samczego instynktu, który rozbudza w ludziach agresję, każe walczyć o pozycję. Profesorowi bra­kuje politycznego testosteronu, nie prowadzi intryg, nie gra ciałem. To bardziej postać z powieści Żeromskiego niż polityk z krwi i kości.

INICJACJA:
BEZ WYRYWANIA PAZNOKCI
Profesor w PiS jest postacią stosunkowo nową. W od­różnieniu od większości przyszłych ministrów nie musiał się przedzierać przez partyjny aparat ani mozolnie budować swo­jej pozycji. Funkcję pierwszego premiera dostał na tacy od prezesa.
   Poznali się późno, już po Smoleńsku, w maju 2011 roku. Gliński był prelegentem podczas konferencji Polska Wielki Projekt. Wygłaszał referat poświęcony postawom konserwatywnym w społe­czeństwie obywatelskim. - Przy okazji skrytykowałem trochę prawicę, Jaro­sław Kaczyński podszedł do mnie po wy­stąpieniu i wbrew temu, co niektórzy wciąż suflują, nie skazał mnie na wyry­wanie paznokci, tylko zaczął rzeczowo dyskutować - wspomina w rozmowie z „Newsweekiem” Gliński. Dzień później sytuacja się powtarza: prezes ponownie go zaczepia i kontynuuje polemikę. Pro­fesor opowiada o tym spotkaniu znajo­mym, jest pod wrażeniem. Prezes chyba mniej, bo choć nie traci Glińskiego z ho­ryzontu, to znajomości nie podtrzymuje.
Spotyka się z nim rzadko i okazjonalnie.