piątek, 1 marca 2019

Narrator dla elektoratu



Jeszcze rok temu mało kto o nim słyszał. Dziś oświetla go aureola czołowego stratega PiS oraz jednego z głównych intelektualistów Nowogrodzkiej i okolic. Skąd wzięła się nagła kariera prof. Waldemara Parucha?

Zaszczyca swą obecnością tele­wizyjne studia i prasowe łamy mediów z obu stron politycz­nej barykady W TVP Info jest stałym bywalcem, ale i zdarza mu się przyjąć zaproszenie do TVN24. Owszem, nie zawsze i nie każdego zaszczyci rozmową, na przykład prośbę POLITYKI o rozmowę zignorował. Nie­mniej uchodzi za polityka otwartego.
   Styl retoryczny Parucha jest wyważo­ny i spokojny Profesor stara się nie mó­wić o zdradzie, donoszeniu na Polskę, postkomunistycznych układach, resor­towych koligacjach. Nawet opozycja nie jest totalna. I żadnych przekazów dnia, z wyraźnym glejtem na swobodę wypo­wiedzi. Jak przystało na eksperta i na­ukowca; profesor lubi zresztą podkreślać swój akademicki status.
   Politolog Waldemar Paruch przeważ­nie zaleca swej formacji, aby zwolniła tempo, uspokoiła sytuację, jeszcze lepiej wsłuchiwała się w oczekiwania elekto­ratu. Realizuje z kolei te zalecenia Paruch - polityk, będący jedną z głównych twarzy technokratycznej korekty „dobrej zmiany” w roku podwójnych wyborów. I tak jedno z drugim się dopełnia.

czwartek, 28 lutego 2019

Rejestrator lotu



To, że dziesiątki afer i kompromitacji związanych z rządami PiS nie wpływają znacząco na poziom poparcia dla władzy, pokazuje, że polska polityka przenosi się gdzie indziej, W sferę emocjonalnego marketingu, gdzie wszystko jest tak samo ważne i nieważne.

W PiS uważa się, że zabójstwo Pawła Adamowi­cza już się „wchłonęło”, bez większych strat w poparciu, bo upłynęło te żelazne pięć-sześć tygodni, kiedy sprawa się społecznie utrwala i ewentualnie odbija w sondażach (prasa pra­wicowa znowu zajęła się majątkiem prezydenta). Tym bardziej afera KNF, której najbardziej się w tej partii obawiano - to już przeszłość. Jest jeszcze mała niepewność co do prezesa NBP Adama Glapińskiego i sprawy zarobków jego dyrektorek. A nie­doszłe wieżowce Srebrnej - taki był plan, stąd brak publicz­nych wystąpień prezesa Kaczyńskiego do momentu sobotniej konwencji - mają być zniwelowane obietnicami-petardami: m.in. 500 plus na każde dziecko, 13. emerytury i brak PIT dla młodych Polaków.
   Co miała załatwić konwencja, wprost wyjaśnił prowadzący ją Rafał Bochenek, mówiąc: „strzelamy w punkt, a inni mają kapiszony”. Bo święta zasada politycznego marketingu gło­si, że przykrywka nie musi mieć nic wspólnego z tym, co ma przykryć. „PiS wręczył suwerenowi przedwyborczą kopertę, afery (...) nie zostaną rozliczone” - napisał publicysta Przemy­sław Szubartowicz.
   Przeciwnicy ugrupowania Kaczyńskiego od dawna dziwią się, że tyle szokujących zdarzeń, jakie przetoczyły się przez kraj w cią­gu ostatnich trzech i pół roku, nie zmieniło zasadniczo układu sił. Walka z Trybunałem Konstytucyjnym, potem z sądownictwem, awantura o aborcję, sprawa Misiewicza, porażka w Brukseli 27:1, ustawa o IPN, nagrody dla rządu, zakaz handlu w niedziele, re­forma edukacji, wycinka puszczy, afera PCK i wiele innych - już połowa tych przypadków wykończyłaby ugrupowanie Kaczyń­skiego jeszcze dekadę, a nawet kilka lat temu. Teraz jednak po­wodują one najwyżej okresowe kilkuprocentowe spadki, szybko nadrabiane, a czasami po aferach notowania PiS nawet wzrastają. Rzecz w tym, że od czasu poprzednich rządów PiS zmieniły się zarówno ta partia, jak i cała polska polityka.

środa, 27 lutego 2019

Łańcuszek Antoniego



Aresztowany niedawno Bartłomiej M. to tylko jeden, choć najbardziej znany przypadek współpracownika byłego szefa MON, który zawdzięcza mu karierę. Wielu innych misiewiczów Macierewicza, jak ich się nazywa, nadal zajmuje ważne dla bezpieczeństwa Polski stanowiska.

Kariera samego Miśka tak jak się rozpędziła, tak kończy się właśnie zderzeniem ze ścianą. 28-letni Bartłomiej M. i piątka jego znajomych, m.in z MON i Polskiej Grupy Zbrojeniowej, zostali zatrzymani w poniedziałkowy poranek 28 stycznia. Grono można powiedzieć eli­tarne, bo oprócz samego Bartłomieja M., czyli byłego rzecznika i szefa gabinetu poli­tycznego Antoniego Macierewicza, znaleź­li się w nim inni ludzie byłego szefa MON. M.in. były poseł PiS Mariusz Antoni K., były członek zarządu PGZ Radosław O., słynny z tego, że zanim trafił do najwięk­szego w Europie Środkowej holdingu zbrojeniowego pracował - przez pewien czas razem z Bartłomiejem M. - w pro­wadzonej przez żonę aptece Aronia w Łomiankach pod Warszawą. Wśród za­trzymanych była również wicedyrektor w MON za czasów Macierewicza Agniesz­ka M., prywatnie partnerka jednego z „ad­wokatów smoleńskich” Stefana Hambury. Zasłynęła zablokowaniem apelu poległych, który mieli odczytać harcerze na Westerplatte w 78. rocznicę wybuchu drugiej wojny światowej.
   Na wszystkich ciążą poważne zarzuty. Ale i sam Antoni Macierewicz ma teraz kłopoty. Jak właśnie ujawnił resort obro­ny, minister Macierewicz upublicznił tajemnice dotyczące zdolności bojo­wych polskiej armii (sprawę opisaliśmy w POLITYCE w grudniu 2017 r.). Dopiero jednak jego dymisja i interwencja posła Krzysztofa Brejzy skłoniła MON do przy­znania, z jak poważnym problemem mamy do czynienia. Chodzi o ściśle tajne informacje dotyczące stanu technicz­nego uzbrojenia, jego parametrów oraz zapasów amunicji. Macierewicz ujawnił je w słynnym wystąpieniu z maja 2016 r., gdy wśród wiwatów z ław PiS podsumo­wywał w Sejmie osiem lat rządów PO nad wojskiem. To wtedy wypowie dział zdanie: „Co takiego wam Polska zrobiła, że tak ją zostawiliście bezbronną”. Dziś okazuje się, że jednym przemówieniem osłabił ją szybciej niż ktokolwiek przed nim.
   Sprawą ma się zająć prokuratura, do której poseł Brejza wysłał zawiadomie­nie o podejrzeniu popełnienia przestęp­stwa przez Macierewicza. Trudno jednak wyobrazić sobie, by obsadzona jego ludźmi prokuratura wojskowa wszczęła śledztwo, niewyobrażalne, by podzielił los Miśka i trzech byłych menedżerów z PGZ, którym postawiono zarzuty.
Ich nadużycia ujawnił przeciwny frak­cji Macierewicza tygodnik „Sieci” braci Karnowskich, który już od pewnego czasu „grillował" Bartłomieja M. Menedżerowie z PGZ podpisywali umowy z firmami po­wiązanymi z Bartłomiejem M. i Mariuszem Antonim K. Dotyczyły one szkoleń i orga­nizacji eventow, z których część w ogóle się nie odbyła, a ich koszty zostały zawyżone. Sprawa może być gruba, bo CBA wzięło pod lupę umowy opiewające w sumie na 11 mln zł.
   W tym momencie warto postawić pyta­nie: jak mogło do tego dojść, skoro w PGZ ważne stanowiska zajmowali ludzie woj­skowych służb? Odpowiedź zdaje się mało skomplikowana: byli to ludzie z nada­nia Macierewicza, w dużej mierze kon­trolowani przez Bartłomieja M. Tacy jak min. płk Piotr B., były dyrektor operacyjny PGZ, który trafił tam ze Służby Kontrwywia­du Wojskowego (jego historię opisaliśmy w POLITYCE nr 20/18). To ten sam, które­mu kontrolowane przez ludzi Macierewi­cza SKW przyznało wynagrodzenie - około 1,3 mln zł - za lata, gdy tam nie pracował. A nie pracował, bo stracił certyfikat bez­pieczeństwa za to, że w 2007 r. jako wice­dyrektor biura ewidencji i archiwum SKW razem ze swą szefową Agnieszką W dopu­ścił, na prośbę Macierewicza, do kopiowa­nia tajnych danych z archiwum tej służby.
   Piotr B. wrócił do SKW dopiero w 2015 r. Awansował, trafił do PGZ, z której odszedł po zwolnieniu z MON swego protektora. Ale krzywda mu się nie stała. Niedawno został szefem ekspozytury SKW w Łodzi. Z kolei Agnieszka W. miała ostatnio trafić do Służby Wywiadu Wojskowego.

wtorek, 26 lutego 2019

"Stacja strachu" i "Utrwalacze, zohydzacze, zawijacze..."


Stacja strachu



Były redaktor z TVP Info Piotr Owczarski mówi o tym, jak wygląda praca w telewizji publicznej.

GRZEGORZ RZECZKOWSKI: - Ktoś mógłby powiedzieć: sam parn się prosił.
Przecież w 2016 r., gdy przychodził pan do telewizji, rządził już Jacek Kurski, a z ekranu lała się prorządowa propaganda.
PIOTR OWCZARSKI:- Dyrektorem TVP Info był wówczas Grzegorz Adamczyk. To czło­wiek, który przez wiele lat pracował w Pol­sacie, tworzył tam newsroom. Z mojego punktu widzenia gwarantował rzetelność i pluralizm. Trzeba też pamiętać, że przez pierwsze miesiące, czyli do lata 2016 r., stacja funkcjonowała w miarę normalnie. Nie było nagonek, grillowania polityków, wygrzebywania afer na siłę, nadinterpretowania faktów itd. Wyjątkiem były „Wia­domości”, które od początku po zmianie kierownictwa prowadziły prorządową narrację w wykonaniu desantu dziennika­rzy z TV Republika. Ale to przecież osobna redakcja i inny program, nie było jeszcze takiego wariactwa.
A dziś jest?
Poziom materiałów wpuszczanych na antenę jest bardzo niski. Wydawcy nie czytają materiałów, które są emitowane w TVPInfo, bo pracują w takim tempie, że nie mają na to czasu. Co 30 minut muszą przygo­towywać kolejne wydania. Do tego ciągłe naciski i wieczne niezadowolenie ze stro­ny szefów.
   To oczywiście nienormalne, bo wydaw­ca powinien mieć wpływ na to, co puszcza na antenie, tymczasem nie może nawet wyrazić swojego zdania. Decyduje tylko o kolejności - to idzie pierwsze, to drugie itd. Nie ma się więc co dziwić, że widzom sprzedaje się rzeczywistość, która często nie istnieje lub jest podkoloryzowana do gra­nic przyzwoitości. Propaganda sukcesu jest wszechobecna. Telewizja ma chwalić partię i rząd, nie zauważać ich potknięć i błędów oraz - w najlepszym przypadku - ma być głucha na zdanie opozycji.
   Każdy polityczny news podany przez prawicowy portal w rodzaju niezaleznej.pl
czy wpolityce.pl musi być cytowany, a jeśli był w którymś z nich wywiad z Kaczyńskim, to już obowiązkowo. To wydarzenie dnia. Nawet jeśli nie powie niczego ważnego. To weszło do głów tak mocno, że redakto­rzy puszczają takie materiały dla świętego, spokoju.
   TVP Info uwielbia robić wydania specjal­ne, które często przeradzają się nagonki na polityków związanych z PO - najchętniej Donalda Tuska, który jest wrogiem numer jeden. W kampanii samorządowej także na Rafała Trzaskowskiego czy Paw­ła Adamowicza. Do walki z opozycyjnymi kandydatami zaprzężono wszystkie ośrodki regionalne. W przypadku prezydenta Gdań­ska zmasowana akcja trwała non stop. Ktoś policzył że od stycznia 2018 r. na jego te­mat w TVP pojawiło się aż 1618 publikacji. Jeszcze w czasie, gdy ja byłem w stacji, były wydawane polecenia, by „kamery za nim la­tały”. Za politykami PO trzeba było biegać, zadawać pytania, trochę prowokować, żeby była reakcja, którą można potem pokazać na wizji.
W swoim wystąpieniu w Parlamen­cie Europejskim powiedział pan, że słynne już „paski” przygotowywane są przy Nowogrodzkiej.
Wielokrotnie dyrektor TVP Info - za mo­ich czasów był nim Piotr Lichota - przycho­dził do newsroomu ze smartfonem w ręku i pokrzykując do dziewczyny, która przy­gotowywała „pasek”, dyktował jej słowo po słowie, co ma napisać.
   Co więcej, ci ludzie często dostawali też telefony od dyrektora, który krzyczał: „wypier...ę cię z roboty”, bo to za słabo napisa­ne! „Dziś nie będzie dniówki”. I rzeczywiście - ludzie zamiast pełnej dniówki dostawali symboliczną złotówkę. Przy czym nigdy nikt nikomu nie tłumaczy, co i dlaczego robi źle. Trzeba się domyślać i działać tak, żeby szefom się spodobało. Taki rodzaj tre­sury. Kto się nie podporządkuje, wylatuje. Od mojego odejścia nic się nie zmieniło, jest jeszcze gorzej.
Kim są ci, którzy decydują o tym, co idzie na wizję, jaki temat jest ważny?
To Jarosław Olechowski, czyli szef Tele­wizyjnej Agencji Informacyjnej, któremu podlegają „Wiadomości” i TVP Info, oraz jego prawa ręka, czyli szef serwisów infor­macyjnych, którego nazwiska wolałbym nie wymieniać. To człowiek, który ma napady niekontrolowanej agresji. Często używa nie­cenzuralnych słów, krzyczy na asystentów. Nie ukrywał radości, gdy zapadała decyzja że zrobimy wydanie o reprywatyzacji. Krzyczał: „No to teraz będziemy napierdalać Hankę! Będziemy jechać”.
   Z kolei główne źródła informacji telewizji publicznej to serwis tvp.info i jego szef Sa­muel Pereira. Jest jeszcze mniej znany Ka­rol Krawiec, wydawca „Minęła 20” Michała Rachonia, który wrzucił do tego programu słynne „Plastusie”. Oni wpadają do redakcji i krzyczą w amoku: „Słuchajcie, widzieliście to? Jest taki news! Róbcie!”. I trzeba robić, bo coś im ktoś powiedział albo podrzucił.

poniedziałek, 25 lutego 2019

PiS w chaosie

Kaczyński stał się zakładnikiem Ziobry. Ziobro czai się na Morawieckiego.
Brudziński poczeka na swoją szansę w Brukseli. Obóz władzy jeszcze nie był w takim kryzysie

Renata Grochal

W piątek 15 lutego Jarosław Kaczyński wezwał premierą na rozmowę w cztery oczy.
   - Oskarżył Morawieckiego o or­ganizowanie „irańskiego szczytu” za plecami prezesa. Dowiedział się dopiero wtedy, gdy przygo­towania szły pełną parą i nie dało się odwo­łać szczytu - mówi ważny polityk PiS.
   Kaczyński, tak jak opozycja, jest przeko­nany, że szczyt był klapą. Polacy zapamię­tają ponaglenia amerykańskich polityków dotyczące restytucji mienia żydowskiego i zdanie szefa izraelskiego MSZ o Polakach, którzy „wyssali antysemityzm z mlekiem matki”.
   Według źródeł „Newsweeka” po raz pierwszy, odkąd Morawiecki objął funkcję, jego premierostwo wisiało na włosku. W PiS krążyły nawet nazwiska następców - mini­ster pracy Elżbiety Rafalskiej, szefa MSWiA Joachima Brudzińskiego i marszałka Sena­tu Stanisława Karczewskiego.
   Prawicowe media donosiły o naradzie na Nowogrodzkiej, podczas której najbliżsi współpracownicy Kaczyńskiego mieli żądać głowy premiera.
   Morawiecki bronił się, zwalając winę na Jacka Czaputowicza. To szef MSZ miał przywieźć pomysł szczytu z USA, zauroczony tym, że mógł spotkać się tam na kolacji z sekretarzem stanu Mikiem Pompeo. Kalkulacja była taka, że w zamian za szczyt w War­szawie Amerykanie zwiększą liczbę swoich żołnierzy w Polsce.
   Jednak Pentagon wydał komunikat, że żadne ustalenia w tej sprawie nie zapadły.
   - Wokół premiera do tego stopnia zrobi­ło się pusto, że nawet jego najbliższy stron­nik Jarosław Gowin zaczął rozpowiadać wśród swoich ludzi, że Morawiecki jest ob­ciążeniem dla Zjednoczonej Prawicy - opo­wiada polityk PiS. Przy Morawieckim, który wciąż nie zbudował w PiS własnej frakcji, trwa właściwie tylko Piotr Gliński. Ale taki sojusznik to raczej osłabienie niż wsparcie. Nie dość, że minister kultury ma słabiutką pozycję w partii, to w PiS są na niego wście­kli, bo zamiast u progu kampanii wyborczej zamykać konflikty, Gliński generuje kolejne. Najnowsze dotyczą Europejskiego Centrum Solidarności i nieprzedłużenia kontrak­tu dyrektora Muzeum Historii Żydów Pol­skich Polin.

niedziela, 24 lutego 2019

Prąd z minusem



Amerykanie i Francuzi zarobią na budowie, Rosjanie na dostawach węgla. Polakom zostaną kary za tony emitowanego do atmosfery C02 i drogi prąd

Radosław Omachel

Formalnie budowa potężnego bloku węglowego w Ostrołęce toczy się żwawo, według modnego ostatnio harmonogramu: w październiku dyg­nitarze uroczyście wbili pierwszą łopatę. Ale dopiero w grudniu zarząd kluczowego inwe­stora, państwowej spółki Energa, zezwolił na rozpoczęcie prac.
   Pół tysiąca hektarów w gminie Rzekuń wykarczowano i oto­czono płotem. Wybrany z górą rok temu wykonawca, konsorcjum amerykańskiego General Electric i francuskiego Alstomu, pali się do roboty. Ale elektrowni nie ma za co budować.
   Z powodu braku pieniędzy projekt ślimaczy się od lat, poprzed­ni rząd priorytetowo potraktował budowę dwa razy większej Elektrowni Opole II. PiS odgrzało zakurzony pomysł i rozpoczę­ło szukanie funduszy.

sobota, 23 lutego 2019

Między Wiosną a zlodowaceniem,Wyznaję: chciałem zagłosować na PiS,Dwie legendy,Zapachy z kuchni,Nokaut,Wybory małe i duże,Usta mówią,Szaleństwo i Kto wypina



Między Wiosną a zlodowaceniem

Używając terminologii bokserskiej, Jarosław Ka­czyński po kolejnych ciosach jest już na linach. Jesienią może go uratować tylko Wiosna.
Nie, absolutnie nie twierdzę, że jest to intencją Wiosny. Taki po prostu może być skutek wiosennych priorytetów, wśród których osłabienie Platformy Obywatelskiej wydaje się być znacznie wyżej niż pokonanie PiS.
   Model sprawowania władzy przez PiS w ogromnym stopniu przekreśla modele opozycyjności funkcjonujące w normal­nych demokratycznych państwach. Jedyna realna opozycja w systemie a la PiS to opozycja totalna, czyli radykalny sprze­ciw wobec istoty tej władzy i budowanego przez nią systemu. Brak owego radykalnego sprzeciwu czyni opozycyjność po­zorną. W takim modelu krytyka władzy ma charakter co naj­wyżej rytualny i służy zachowaniu własnej wiarygodności, a nie realnej zmianie.
   Ponieważ system tworzony przez Kaczyńskiego i PiS jest w swej istocie systemem wschodnim, coraz bardziej putinowskim, w praktyce możliwe są dwa modele opozycyjności. Opozycja może być autentyczna, czyli ostra, albo - jak w Ro­sji - systemowa. Wiosna, zwalczając opozycję demokratycz­ną o niebo ostrzej niż władzę, zaczyna realizować ten drugi model. Jego fundamentem jest niepisany układ między wła­dzą a pseudoopozycją. Władza udaje, że taką opozycję zwal­cza, taka opozycja zaś udaje, że jej celem jest walka z władzą. W gruncie rzeczy zaś władza taką opozycją wyłącznie gardzi, czasem pompując ją w swych mediach, by zaszkodzić opozycji realnej. Władza wie doskonale, że opozycja systemowa chce mieć swój kawałeczek politycznego tortu, ale w żadnym razie nie pretenduje do sprawowania realnej władzy. Jest więc wy­łącznie pionkiem i pomagierem władzy.
   Jesienne wybory zdecydują też o tym, czy przetrwa stabili­zujące państwo polityczne centrum. A wcale nie jest to oczy­wiste, bo osłabienie centrum jest w epoce napędzającego radykalizmy internetu tendencją światową. W USA nadal rzą­dzą dwie wielkie partie, ale obie są już zakładniczkami swych radykalnych skrzydeł. W Niemczech odsetek głosów oddawa­nych na CDU i SPD dramatycznie spada. We Francji dwie naj­większe partie uległy destrukcji, robiąc miejsce Macronowi, ale tylko po to, by zderzył się on z panią Le Pen z jednej strony a z żółtymi kamizelkami z drugiej. W Wielkiej Brytanii kon­serwatyści ulegają konserwatywnym radykałom, a liderem konkurencyjnego Labour jest miłośnik Chaveza i Hamasu.
   W Polsce przy sfanatyzowanej władzy siedzibą centrum może być tylko opozycja. Ale po pojawieniu się Wiosny może się ono znaleźć w imadle między populizmem prawicowym a lewicowym. Dla PiS polityczne centrum jest największym wrogiem. Dla Wiosny, dla której jest ono naturalnym terenem łowów, też. PiS próbuje więc zepchnąć PO na pozycje lewicowe, a lewicowa Wiosna na pozycje konserwatywne. Zniszcze­nie politycznego centrum jest więc we wspólnym interesie PiS i Wiosny. Stąd tworzony przez nie prawdziwy i jedyny duopol. Stąd też niepisany pakt o nieagresji między nimi. Pra­wica czasem atakuje Wiosnę za lewicowy radykalizm, Wiosna czasem atakuje PiS za łamanie prawa, ale obie for­macje nie zamierzają sobie robić krzywdy. Najważniejsze jest dla nich pokonanie wspólnego wroga, na którego razem mogą pomstować w TVP, wybitnie dla Wiosny łaskawej.

piątek, 22 lutego 2019

Gdzie są dywizje Biedronia



Najbliższe otoczenie Jarosława Kaczyńskiego pokłada w partii Roberta Biedronia ogromne nadzieje. Czy jednak pojawienie się Wiosny rzeczywiście oznacza klęskę opozycji?

Palikot, Kukiz, Petru. Każda z tych inicjatyw startowa­ła z ogromnymi nadzieja­mi, gdy mogło się wydawać, że duopol PiS-PO się wy­czerpuje, Każdej przewodził charyzma­tyczny lider i wszystkie skończyły się totalnymi porażkami.
   Charyzma liderów miała swoje gra­nice (każdy z nich był tykającą bombą, głównie z powodu nadmiaru narcyzmu), a wprowadzeni przez nich do polityki lu­dzie okazali się: totalnie niekompeten­tni i łatwi do rozegrania. Zarówno „nowi brzydcy z prowincji” Palikota i Kukiza, jak też „nowi ładni i wykształceni z wiel­kich miast" Petru. Wreszcie elektorat wszystkich tych przedsięwzięć, szybko i skutecznie zmobilizowany na „chary­zmę”, „event” i „projekt”, równie szybko się zniechęcał.
   Czy Robert Biedroń ma szansę przeła­mać to fatum?

czwartek, 21 lutego 2019

Gliniana armia


Zbigniew Ziobro chciał zrobić z prokuratury karne wojsko, ale armia mu się kruszy. Prokuratorom zaczynają puszczać nerwy wobec wykorzystywania ich do politycznych gier.

Ostatnie doniesienia z fron­tu: prokuratorzy z Gdańska zażądali od swojego przeło­żonego, który domagał się od nich postawienia zarzutu byłemu prezesowi Lotosu Pawłowi Olech­nowiczowi, wydania takiego polecenia na piśmie. Prowadzący śledztwo ma takie prawo, gdy jest innego zdania niż przeło­żony, może też wnioskować o wyłączenie go ze sprawy. - Nigdzie, ani w Kodeksie po­stępowaniu karnego, ani cywilnego nie wy­stępuje jakaś enigmatyczna „prokuratura”. Jest „prokurator”, który podejmuje taką, a nie inną decyzję, podpisuje ją własnym nazwiskiem i za. nią ponosi odpowiedzial­ność. Każdy prokurator powinien być świa­dom tej odpowiedzialności - mówi Andrzej Janecki, ostatnio wizytator w Prokuraturze?; Generalnej, a od marca 2016 r. przeniesiony przez Ziobrę do Prokuratury Rejonowej Warszawa Wola. Sam Janecki pierwszy otwarcie przeciwstawi się za czasów SLD naciskom zwierzchnika, który domagał się od niego wycofania z sądu aktu oskarżenia przeciwko likwidatorowi partii SdRP. Ja­necki postawił się, co przypłacił utratą sta­nowiska, ale uważa, że nie można inaczej.
   Olechnowicz, który był prezesem Loto­su od 2002 do 2016 r., został pod koniec stycznia o świcie zatrzymany przez CBA i w konwoju przywieziony do Prokuratu­ry Regionalnej w Gdańsku. Usłyszał jeden zarzut: wyrządzenie znacznej szkody majątkowej, nie mniejszej niż 246 tys. zł, poprzez zawarcie w 2011 r. umowy na do­radztwa poza „trybem negocjacyjnym”. Mowa o koncernie, którego przychód roczny wynosił wtedy 19 mld zł. Poszedł wniosek o jego aresztowanie, uzasadnio­ny obawą matactwa i zagrożeniem wyso­ką karą. O szczególnym potraktowaniu tej sprawy przez Prokuraturę Regional­ną w Gdańsku świadczy to, że do sądu na posiedzenie aresztanckie stawił się obok prowadzącego śledztwo także, rzecz niespotykana, sam wiceszef tejże proku­ratury. To nie pomogło. Sąd kazał puścić Olechnowicza wolno.

środa, 20 lutego 2019

Nasz drogi prezes


Jarosław Kaczyński uważa się za bardzo przeciętnie majętnego. Rzecz w tym, że jako największe dobro swojej partii może sobie na tę biedę pozwolić

Co najbardziej głupiego i absurdalnego udało się Panu usłyszeć na swój temat” - pytała Jarosława Kaczyńskiego w listopadzie 2010 r. dziennikarka katolickiego tygodnika „Niedziela”. On odpowie­dział: „Pewna była pracownica KC, powołując się na bliską znajomość ze mną, mówiła, że na pew­no wie, iż jestem właścicielem fabryki cukierków. Tego typu wieści roznosiły się szeroko po Polsce, w każdym z województw jakoby byłem właścicie­lem jakichś dóbr. (...) Najgorsze że ludzie wierzyli w te bzdury”. Dodał też, że w 1991 r. kiedy z bratem organizowali pierwszą konferencję antykorupcyjną, usłyszał, że jest człowiekiem, który dorobił się wielkiego majątku na polityce. „A tymczasem miesz­kałem sobie skromnie w pokoju przy rodzicach - bo nigdy się nie dorobiłem własnego mieszkania -  gdzie było bardzo biednie, bo rodzice od dawna byli na emeryturze, a ja przez długi czas byłem bez dochodów”.
   W innym wywiadzie z 1994 r. tak Jarosław Kaczyński tłumaczył brak sondażowej popularności: „Jestem w sytuacji finansowej, jak na człowieka w moim wieku (45 lat - red.), kompromitującej. Nie mam mieszkania, nie mam samochodu, w ogóle nic nie mam. A i moja partia (Porozumienie Centrum - red.) jest biedna. Na­tomiast przekonania społeczne są zupełnie inne”. Na taśmach ujawnionych przez „Gazetę Wyborczą” wyraził obawy, że ludzie pomyślą, iż jest „niezwykle zamożnym człowiekiem". A tego prezes PiS, pielęgnujący wizerunek skromnego człowieka nieprzywiązującego wagi do dóbr materialnych, boi się najbardziej.

wtorek, 19 lutego 2019

Mecz życia Schetyny



Lider Platformy jest rozdarty bardzo chce pokonać PiS i rządzić, ale obawia się, że Donald Tusk wróci do kraju i to on będzie rozdawał karty. A teraz ma jeszcze na plecach Roberta Biedronia

Renata Grochal

Czwartkowe popołudnie w gabinecie Grze­gorza Schetyny na piątym piętrze ka­mienicy przy ulicy Wiejskiej. Szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer siada na skórzanej kanapie i pije coca-colę. To ich pierwsze spotkanie od grudnia, kiedy lider PO rozbił klub Nowoczesnej, przej­mując kilku posłów. Później obcesowo zagroził Lubnauer, że albo wraz z resztą klubu przejdzie do Platformy, albo będzie musiała wrócić na uczelnię, gdzie pracowała przed wejściem do parlamentu.
   Po takich słowach trudno usiąść do rozmów. Do spotkania trzeba ich namawiać, robią to m.in. prof. Leszek Balcerowicz i Włodzimierz Cimoszewicz, którzy od miesięcy wzywają do szerokiego porozumienia opozycji. Cimoszewicz ma być je­dynką na warszawskiej liście Koalicji Europejskiej w majo­wych wyborach do europarlamentu.
   Szefowa Nowoczesnej powinna wiedzieć, że w polityce nie ma sentymentów, bo sama ograła Ryszarda Petru, odbierając mu partię. Jest jed­nak rozgoryczona. Przed wyborami samorzą­dowymi wydawało jej się, że Schetyna traktuje ją po partnersku. Zaprosił ją do domu we Wroc­ławiu, poznała jego żonę.
   Teraz spotyka się z liderem PO, bo jest pod ścianą. Jej partia w sondażach nie przekra­cza progu wyborczego, koalicja z PO to jedyna szansa na przetrwanie.
   Schetyna posypuje głowę popiołem. Przy­znaje, że rozbicie Nowoczesnej było błędem. To przełamuje lody. Lubnauer chce tylko jed­nej jedynki na wspólnych listach do Parlamen­tu Europejskiego.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Komuniści i agenci Kaczyńskiego



O tym, czy dla prezesa PiS ktoś jest agentem, komunistą, czy złodziejem, decyduje on sam, a nie współpraca z SB, lata spędzone w PZPR czy wyrok sądu

Ujawnienie współpra­cy wieloletniego preze­sa Srebrnej Kazimierza Kujdy z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa nie dziwi. Co prawda, lustracja i deko­munizacja to oficjalnie fundamenty Pra­wa i Sprawiedliwości, wręcz przepustka tej partii do władzy, ale przypadek Kuj­dy nie jest żadnym wyjątkiem w poli­tyce personalnej lidera PiS. Jarosław Kaczyński od początku budował naj­bardziej zaufaną ekipę z ludzi mających biografie kompromitujące z punktu wi­dzenia prawicy - agentów, komunistów, a nawet złodziei.
   Należy tu jednak dokonać ważnego ję­zykowego uściślenia. W propagandowym żargonie PiS agentami nie są ludzie, któ­rzy faktycznie współpracowali z SB czy zostali uznani przez niezawisłe sądy za kłamców lustracyjnych. Agentem mogła być każda osoba, której nazwisko pojawi­ło się albo na liście Macierewicza z 1992 roku (na której byli zarówno faktyczni współpracownicy SB, jak i ludzie, których Olszewski i Macierewicz chcieli politycz­nie zaszantażować lub zniszczyć), albo na liście Wildsteina (z ponad 120 000 wid­niejących tam nazwisk tylko część była faktycznymi współpracownikami komu­nistycznych służb).
   Także komuniści nie oznaczają ludzi naprawdę wyznających totalitarną ideologię, a złodzieje nie są wcale ludź­mi skazanymi prawomocnym wyrokiem za kryminalne przestępstwa. Zostaje się nimi wówczas, kiedy - niezależnie od własnych ideowych czy moralnych wybo­rów - Kaczyński uzna kogoś za konkuren­ta lub wroga.

niedziela, 17 lutego 2019

Powrót na bazar


Zamykanie sklepów w niedziele pomaga najsilniejszym, a dobija słabych. Pomysł Solidarności i PiS niszczy drobny handel rodzimy, za to okazał się wspaniałym prezentem dla zagranicznych dyskontów.

Cezary Kowanda

Pan Paweł od lat prowadzi mały sklep spożywczy na jednym z peryferyjnych warszawskich osiedli. Należy do grupy tzw. nie­zależnych, czyli tych, którzy nie przyłączyli się do żadnej sieci franczyzowej i nie przejęli cudzego logo. Rok temu był pełen nadziei, bo politycy PiS obiecywa­li, że ograniczenie niedzielnego handlu takim małym biznesom jak jego bardzo pomoże. Kiedy bowiem zamknięte zosta­ną dyskonty, super- i hipermarkety, on nie będzie mógł się opędzić od klientów.
   Pierwsze tygodnie po wprowadzeniu zakazu rzeczywiście nie były najgorsze. Pogoda była piękna, więc po napoje, lody i przekąski przychodziło sporo osób. Jed­nak gdy tylko pogoda się zepsuła, niedziel­nych klientów wyraźnie ubyło. Więc choć pan Paweł sam stawał za ladą w niedzielę, w kasie było już coraz mniej pieniędzy. Gorzej, że obroty zaczęły spadać także w pozostałe dni tygodnia, a najbardziej w piątki i soboty.

sobota, 16 lutego 2019

Ruch w koalicji,Jaskółki wiosny,Między Trumpem a Putinem,Ile Macrona w Biedroniu,Najpierw Polska,Tonga Tonga!,Tejps i Wiosna politologów



Ruch w koalicji

Opozycja ma PiS na widelcu - pisał na początku roku Mariusz Janicki (POLITYKA 3), wskazując, że wystarczy tylko, aby prze­ciwnicy rządzącej formacji zblokowali się przed kolejnymi wyborami. To stwierdzenie zaniepokoiło prawicowych komentato­rów. I nie bez powodu. Ubiegłotygodniowy sondaż IBSP dla Radia Zet - grupy, która prognozowała zwycięstwo Rafała Trzaskowskiego już w I turze - pokazał, że wspólnymi siłami PO, PSL, SLD i N mogą pokonać PiS w nadchodzących eurowyborach (42 do 38 proc.; partia Biedronia, liczona osobno - 8 proc.).
A majowe zwycięstwo, jak się wydaje, może „ponieść” do jesiennych wyborów.
Pod kilkoma warunkami.
   Po pierwsze, przedłużające się nego­cjacje w sprawie utworzenia koalicji do PE powinny się jak najprędzej sfinalizować.
Z naszych informacji wynika, że w tym tygodniu będą dogrywane ostatnie szczegóły związane z rozdziałem miejsc.
A ramy projektu zostaną przedstawione jeszcze w tym miesiącu - ma to być dru­gi krok po tym, jak na początku lutego Grzegorz Schetyna wraz z byłymi premierami i szefami MSZ podpisali de­klarację Koalicji Europejskiej dla Polski.
Nie jest pewne, czy wszyscy sygnatariusze znajdą się na listach, ale większość raczej na nie trafi. W tym zasłużeni politycy le­wicy. Ich wystąpienie niejako przesądziło o przystąpieniu SLD do formowanego przez Schetynę bloku. Ale nie tylko to.
Włodzimierz Czarzasty jest pod ścianą: sondaże Sojuszu balansują na granicy progu, działacze w terenie szykują się do transferów (przykładowo część radomskich struktur, w tym ich szef, dołączyła do Inicjatywy Polskiej), Biedroń nie chce współpracować, a i z „siadania do stołu” z Razem niewiele wynikło.

piątek, 15 lutego 2019

Konkurs szpagatów



Główne partie w Polsce jedną ręką trzymają swój twardy elektorat, a drugą próbują szukać nowego. Problem w tym, że wymaga to snucia sprzecznych ze sobą opowieści.

Zabójstwo prezydenta Adamowicza przez Stefana W., nienawi­dzącego PO i życzącego Jarosła­wowi Kaczyńskiemu dyktatury, rzuciło cień na PiS. Z powodu „taśm Kaczyńskiego” po raz pierwszy w kłopotach znalazł się sam przywódca, który dotąd raczej innych narażał na kon­flikty z prawem. Polacy, którzy obarcza­ją PiS odpowiedzialnością za szerzenie mowy nienawiści, agresywnej propagan­dy i nadużywanie władzy, będą jeszcze bardziej dążyć do odebrania władzy Ka­czyńskiemu. Z kolei jego obrońcy będą go jeszcze mocniej bronić. Konflikt między PO i PiS stanie więc znów na ostrzu noża.
   Ten pojedynek zakłócić może - nie wiemy jeszcze, w jakim stopniu - Wiosna Roberta Biedronia. Udana konwencja wy­borcza i ciekawe propozycje programowe przysporzyły jej zwolenników. Brak roz­budowanych struktur, funduszy, a przede wszystkim brak rozpoznawalnych postaci, nie pozwoli raczej Biedroniowi zastąpić Platformy w roli głównego przeciwnika PiS. A czy odbierze jej głosy i ułatwi zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości, czy - przeciwnie - wzmocni opozycję, tworząc silnego koalicjanta dla PO? Zbyt wcześnie, by wyrokować.

czwartek, 14 lutego 2019

Co cię nie zabije, to cię wzmocni



Status samca alfa polskiej polityki zapewniły Tuskowi nie tyle sukcesy, ile sposób, w jaki podnosił się z kolejnych porażek projektów, którym dawał twarz.

4 czerwca 1992 r.: o godzinie 22 rozpoczyna się niejawne spotkanie u pre­zydenta Lecha Wałęsy. Przywódca libera­łów Donald Tusk wyróżnia się na tle star­szych od niego politycznych wyjadaczy - gęsta, jasna czupryna, smukła sylwetka, chłopięcy wdzięk, zatroskana mina nie pa­sują do niego. Siadają przy owalnym stole, Tusk między Wałęsą a liderem Unii De­mokratycznej Tadeuszem Mazowieckim.
   Odwołanie rządu Jana Olszewskiego jeszcze tej nocy jest przesądzone. Politycy ustalają skład przyszłego rządu.
    „Panowie, na kogo moja nominacja ma być? - denerwuje się Wałęsa. - Czy przej­dzie Pawlak?”.
   Mazowiecki odmawia teki wicepre­miera. Spierają się dłuższą chwilę, wresz­cie dyskusję przecina Tusk: „Panowie, policzmy głosy; KPN, PSL, SLD, mała ko­alicja. Według mojej wiedzy SLD nie wstrzyma się i będzie za odwołaniem.
   - Za odwołaniem tak, ale czy będzie gło­sowała za Pawlakiem - dopytuje szef KPN Leszek Moczulski”.
   Tusk do lidera PSL: „Waldek, ty twier­dziłeś, że tak”.

środa, 13 lutego 2019

Donald Tusk - Ostatnie starcie



Jest bliżej decyzji o powrocie niż kiedykolwiek wcześniej podczas czterech lat spędzonych w Brukseli. To będzie jego rok - bez względu na to, jakie decyzje podejmie.

Nie dopadła go żadna komisja śledcza, prokuratura mimo serii postępo­wań nie zdołała postawić zarzutów, a spo­ra część elektoratu antypisowskiego z roz­rzewnieniem wspomina jego rządy.
   Dla Donalda Tuska nadchodzi czas decy­zji. Pod koniec roku kończy się jego kaden­cja na fotelu szefa Rady Europejskiej. Kan­dydować kolejny raz nie może, jego na­stępca zostanie wybrany latem lub wcze­sną jesienią.
   Przed Tuskiem stoi zatem wybór: powrót do krajowej polityki, inna zagraniczna po­sada lub emerytura politycznego komiwo­jażera w stylu Lecha Wałęsy czy Aleksan­dra  Kwaśniewskiego - tu wykład, tam im­preza dużej korporacji. Na pewno wraz ze zbliżającym się końcem brukselskiej mi­sji coraz wyraźniej sonduje możliwość po­wrotu do Polski. I kalkuluje swoje szanse w boju z Jarosławem Kaczyńskim. Za­pewnie ostatnim.

wtorek, 12 lutego 2019

Kostuś, co ty tam robisz


Dla Stefana Niesiołowskiego walka z władzą to nic nowego. Ale podejrzenia o korupcję okraszone skandalem obyczajowym mogą zniszczyć jego legendę bojownika o wolną Polskę

Aleksandra Pawlicka

Zamilkł. Pierwszy harcownik polskiej polityki, któ­ry zawsze bez pardonu atakował przeciwników, dziś odsyła wszystkich do swojego adwokata.
   - Tak mu doradziłem - przyzna­je Ryszard Kalisz, obrońca Niesiołow­skiego. - Sprawa jest dęta, bo dlaczego z jej odpaleniem czekano ponad trzy lata? Może materiały operacyjne nie dawały podstaw, aby uznać je za dowód czynu zabronionego i tylko nazwisko Niesiołowskiego sprawiło, że trafiły do zamrażarki?
   Pytań zresztą jest więcej.

PORNO I PRZECIEK
Siedzimy w kancelarii Kalisza, któ­ry po latach w polityce wrócił do zawo­du adwokata.
   - Zadaję sobie też pytanie - mówi - dlaczego prokuratura, informując o postawieniu Niesiołowskiemu zarzu­tów o charakterze korupcyjnym, mówi o usługach seksualnych? Przecież po słowach „w zamian za korzyści osobi­ste lub majątkowe” powinna postawić kropkę.
   Wiadomo jednak, że skandalem oby­czajowym najłatwiej zainteresować media. Informacje, że Niesiołowski 31 razy korzystał z usług prostytu­tek w zamian za pomoc w uzyskaniu intratnych kontraktów przez dwóch łódzkich biznesmenów, pojawiają się niemal natychmiast. Także to, że bi­znesmeni mieli nazywać polityka „jur­nym Stefanem”.
   - Szczegółowe informacje dotyczące zachowań obyczajowych pojawiają się od razu po komunikacie prokuratu­ry. To znaczy, że musi być inne źródło, przeciek ze śledztwa, co samo w sobie jest przestępstwem - mówi Kalisz. Ani on, ani Niesiołowski nie widzieli jak dotąd stenogramów nagrań, choć hu­czy o nich cała Polska.
   Dziwnym zbiegiem okoliczności oskarżenie Niesiołowskiego pojawia się dwa dni po wybuchu afery z ta­śmami Kaczyńskiego - dodaje Kalisz.
- Sprawy toczą się błyskawicznie, CBA aresztuje biznesmenów, Stefan dekla­ruje zrzeczenie się immunitetu i wtedy wszystko wyhamowuje. Mija tydzień i Niesiołowski nie ma informacji od marszałka Sejmu, w jakim terminie ma złożyć immunitet.
   Były szef CBA Paweł Wojtunik, który zgromadził materiał dowodowy i prze­kazał go swemu następcy pod koniec 2015 roku, także sugeruje, że może chodzić o polityczną przykrywkę. „Ta­kich spraw nie robi się na zasadzie ujawnienia. Kto i dlaczego dopiero te­raz to wyciągnął?” - pyta. Mediom tłu­maczy, że „przy tego typu operacjach nie było barw politycznych, a wszystko wskazuje na to, że teraz są”.
   Pytam Kalisza, czy kiedy podejmo­wał się obrony Niesiołowskiego, nie przeszkadzało mu, że ten nazwał go kiedyś pornogrubasem. Gdy prezydent Kwaśniewski wetował ustawę o zaka­zie rozpowszechniania miękkiej por­nografii, weto przeprowadzał przez parlament właśnie Kalisz, wówczas szef prezydenckiej kancelarii.
   - Stefan już po godzinie zadzwonił do mnie z przeprosinami. I było po sprawie - zapewnia Kalisz.

poniedziałek, 11 lutego 2019

Układ ze srebrna w tle


Koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński oraz jego zastępca Maciej Wąsik są znani z hołdowania zasadzie: cel uświęcił środki. Ich powiązania z jednym z głównych bohaterów afery reprywatyzacyjnej mogą to potwierdzać

Renata Grochal

Komisja reprywatyzacyjna miała pogrążyć PO i pozbawić ją władzy w Warszawie. Za­miast tego nieoczekiwanie skierowała re­flektory na niewygodny dla ekipy rządzącej wątek powiązań nadzorców służb specjal­nych z PiS z Jakubem Rudnickim, byłym zastępcą dyrektora Biura Gospodarki Nie­ruchomościami w ratuszu. Rudnicki, chociaż został oskarżony o przyjmowanie łapówek, chce, by pisać o nim pod nazwiskiem, bo uważa się za niewinnego. Odpowiadał za decyzje dotyczące zwrotu stołecznych nieruchomości.
    Komisja wezwała na przesłuchanie mecenasa Roberta Nowa­czyka. specjalisty od reprywatyzacji, także oskarżonego w tej sprawie. Nowaczyk na pytania o wręczanie łapówek nie chciał odpowiadać. Bardziej rozmowny stał się, gdy szef komisji Patryk Jaki zaczął dopytywać, czy ktoś wyżej, poza kierownictwem BGN, mógł wiedzieć o nielegalnym procesie reprywatyzacji.
   - Jedyną rzeczą, o której mogę powiedzieć, były moje rozmo­wy z Jakubem R.. który jak odszedł z urzędu, to zaczął współpra­cować z CBA - mówił Nowaczyk. - I wtedy zaczął się spotykać ze mną. Chciał, żebym pomógł szukać haków na Hannę Gronkiewicz-Waltz, prawników i urzędników z ratusza. Przy następnym spotkaniu usłyszałem, że jakbym oddał 30 procent dochodów z reprywatyzacji, to CBA będzie mnie ochraniać - zeznawał. Jaki był wyraźnie zaskoczony. Liczył na to, że Nowaczyk obciąży urzędników z ekipy Gronkiewicz-Waltz.

Komu zagra Zetka?



Szansą dla stacji, od lat tracącej słuchaczy i fanów, jest inwestor z prawdziwego zdarzenia. Kupno Zetki z myślą o upolitycznieniu anteny może skończyć fatalnie


Miłosz Węglewski

Spółka Eurozet, ze swą perłą w koronie, Radiem Zet, nie ma ostatnio szczęścia do właścicie­li. W koncernie Lagardere, do którego należała przez ponad dwie dekady, schód .u na coraz dal­szy plan. W końcu Francuzi pozbyć się wszyst­kich rozgłośni w naszym regione Europy. Kupił je pół roku temu za 73 nilu euro czeski miliarder Daniel Kretmsky, ale chodziło mu w gruncie rzeczy o stacje cze­skie. Dlatego już jesienią zaczął szukać kupców. W czyje ręce trafi gracz nr 2 na naszym rynku radiowym, nadawca Zetki, ale też Antyradia, Chillizetu i Meloradia, powinno się wyjaśnić w tych dniach.

MIOTŁA W ZETCE
Gdyby sądzić po styczniowych nowościach w ramówce, Radio Zet zaczyna łapać wiatr w żagle. Na antenie pojawił się Ma­ciej Stuhr z Agnieszką Więdłochą, którzy w programie „Planeta singli” rozmawiają ze słuchaczami o relacjach międzyludzkich. Własny program „Kocham kino” dostała Grażyna Torbicka. Beata Tadla prowadzi rozmowy ze znanymi ludźmi w „To właśnie week­end”, a Michał Figurski ma program o medycynie i zdrowiu.
   Ale to raczej desperacka próba odbicia się od dna. W III kwar­tale ub.r., według danych z monitoringu Fadio Track prowadzo­nego przez firmę Millward Brown, udział Zetki w rynku spadł do najniższego w historii poziomu ok. 12 proc. Tymczasem główne­go konkurenta, FMF FM, słuchało 26 proc. Polaków między 15. a 75. rokiem życia.
   To już przepaść, więc w Zetce musiały polecieć głowy. Z fotelem redaktora naczelnego i dyrektora programowego Zetki pożegnał się Sławomir Assendi, wcześniej jeden z szefów Radia Eska oraz publicznej Jedynki. Zastąpił go Michał Celeda, od kilku miesię­cy wicedyrektor programowy stacji. Stanowiska stracili też m.in. szefowa anteny Agnieszka Siemiak-Harton, związana z Zetką od prawie ćwierć wieku, oraz dyrektor muzyczny Zbigniew Ziegler.
   Zwolnienia dotknęły też długoletnich dziennikarzy rozgłośni, wzbudzając protesty w zespole i wśród słuchaczy.
   Najgłośniejszym echem odbiło się rozwiązanie umowy z Marzeną Chełminiak, związaną ze stacją od narodzin anteny w 1990 r. Jej program „Życie jak marzenie” zdjęto tuż przed emisją kolejnego odcinka, do którego zaprosiła już gości. Dziennikar­ce pozostało pożegnać się ze słuchaczami na Facebooku. Zespół bezskutecznie domagał się od szefów merytorycznego uzasadnie­nia tej decyzji. Atmosfera jest coraz bardziej nerwowa.