piątek, 17 stycznia 2014

Muzeum żebractwa



Marek Król

 


Róbta, co chceta, niech żyje tandeta! To od lat obowiązujące hasło partii i rządu.
Pendolino czekające na tory, po których mo­głoby jeździć, to symbol tandetnego i sko­rumpowanego rządu. III RP jest po prostu tandetną kopią PRL. Wystarczy przed „Wia­domościami” włączyć TVP Historia i zoba­czyć powtórkę „DTV” z czasów PRL. Widać natychmiast, że resortowy Piotr Wincentowicz Kraśko jest kopią Marka Tumanowicza. Te same bzdurne zamulenia informacyjne tworzą główne wydania wiadomości w PRL i w III RP. Oba programy dezinformacyjne mają za zadanie narzucenie telewidzom je­dynie słusznej wizji świata i Polski, zgodnej z interesem władzy. Dalej więc rządzi resor­towy Tumanowicz-Kraśko, by żyło się lepiej partii i rządowi. Jedyna różnica to obowiąz­kowa prezentacja w każdych „Wiadomoś­ciach” jakiegoś ciężko chorego, najczęściej dziecka. Ten Kraśkowy wyciskacz łez służy uwiarygodnieniu prowadzących program dezinformacyjny jako wrażliwych na ludzką krzywdę. Niestety wielu ciągle wierzy w ten kicz informacyjny telewizji publicznej. No cóż, róbta, co chceta, niech żyje tandeta TVP!

czwartek, 16 stycznia 2014

Jak Kaczyński rzeczywistość zaklina



AGATA KONDZINSKA

Pełna sprzeczności i niedopo­wiedzeń jest retoryka Jarosława Kaczyńskiego.
Zamiast konkretnych liczb prezes PiS woli wyrażenia nacechowane emo­cjonalnie. Łatwiej na nie łowić poten­cjalnego wyborcę. Stąd opowieść o „wielkiej biedzie w Polsce”, i to dzień po rezygnacji jego rzecznika Adama Hofmana z partyjnych funkcji, bo służ­by zaczęły sprawdzać, kto pożyczył posłowi 100 tys. zł i czemu ten nie za­płacił od tego podatku.
Jako ojca wielkiej biedy w Polsce Kaczyński wskazywał Donalda Tuska - w dniu. gdy tabloidy pokazały zdję­cia 37-letniego emeryta, posła PiS, któ­ry zamyślony nad losem ojczyzny spo­wodował stłuczkę, jadąc porsche cay­enne. Nie swoim, narzeczonej. Zamiłowanie do porsche zostało mu z CBA, gdzie pod przykrywką bogatego biznesmena jeździł modelami Cayenne oraz Carrera.
Lubi Jarosław Kaczyński mówić tak. by nie powiedzieć nic, ale zasiać strach. „Czy nie jest tak, że różne ze­wnętrzne siły mają wpływy zbyt wiel­kie i niemożliwe do tolerowania przez prawdziwie niepodległy naród?” - py­tał retorycznie na Marszu Wolności, Solidarności i Niepodległości w32. rocz­nicę wprowadzenia stanu wojennego.

KANIALIA i INNI



Tomsz Lis

Słuchać już się nie daje bred­ni o tym, że Polska nie dorobiła się żadnej mocnej, wyjątkowej, a najlepiej rozpoznawanej w świecie mar­ki. Otóż dorobiła się. To „skondensowana nienawiść macie in Poland”.
   Oczywiście, byłoby lepiej, gdyby „skon­densowana nienawiść made in Poland” była marką nie tylko globalnie rozpozna­waną, lecz także globalnie sprzedawaną. Z tym może być kłopot, bo na razie zainte­resowanie naszym narodowym produktem wyraziły jedynie Syria, Sudan, Afganistan i Irak. Być może jednak ważniejsza niż glo­balny wymiar marki jest pewność, że pro­dukt nie będzie efemerydą, lecz przeciwnie - przetrwa dziesięciolecia, a może i dłużej.
Przetrwać marka „skondensowana nie­nawiść made in Poland” musi, bo podaż produktu jest tylko odpowiedzią na nie­przemijający, a nawet rosnący popyt. U nas to już nie jest żadna nisza - to umacniają­ca się gałąź przemysłu. Nadmienić trzeba, że - choć produkty tu są podobne - nie jest to przemysł jednorodny. Prawicowe gaze­ty i portale specjalizują się w generowa­niu nienawiści do swych wrogów - głównie polityków i dziennikarzy. Media pudlowe skupiają się na generowaniu nienawiści do osób znanych i dotąd w miarę łubianych, które konsekwentnie oblewane są łajnem. Tablomedia z kolei opluwają wszystkich.
Założenie twórców przemysłu oraz pro­ducentów omawianej tu marki jest proste. Skoro prawda was wyzwoli, to półprawda wyzwoli w was to, co w was złe, a niepraw­da wszystko, co w was ohydne. Szczególnie twórczo rozwijają tę myśl media prawico­we. Wierne są one chrześcijańskiej zasa­dzie: miłuj bliźniego jak siebie samego.

środa, 15 stycznia 2014

Niewidzialna rodzina Jarosława Gowina




Dwójka szuka swego miejsca w świecie pod skrzydłami krewnych i znajomych ojca. Trzecie dziecko Jarosława Gowina ciągnie do polityki - ale z bardziej radykalnej strony.

WOJCIECH CIEŚLA

Ze sceny ustawionej w hali war­szawskich targów Expo padają wielkie słowa. Do mikrofonu podchodzą kolejni politycy. Atmosfera świę­ta i rozbudzonych nadziei. Jest początek grudnia 2013 r., prezentacja nowej partii Jarosława Gowina Polska Razem. Moment, w którym politycy ocieplają swój wizeru­nek. Poseł John Godson chwyta mikro­fon: - Chciałbym zaprosić na scenę dwie piękne kobiety, źródła mojej dumy - mówi wzruszony.

Deborah i Sarah Godson śpiewają kawa­łek Leonarda Cohena „Hallelujah”. Świet­ny strzał - dostają brawa, o ich występie wkrótce mówi cała Polska. Rodziny lide­ra, Jarosława Gowina, nikt nie zaprasza na scenę.
Krakowski dziennikarz, znajomy Gów­na: - Rodzina Jarka jest niewidzialna. Żona tylko raz udzieliła dużego wywiadu, wyzna­ła otwarcie, że głosuje na Kaczyńskiego, że Lech był jej prezydentem. Go win schował ją i troje dorosłych dzieci w cieniu, pod żad­nym pozorem nie wystawia ich na światła reflektorów. To jego stary idealizm, kilka lat temu był takim idealistą - uznał, że nie bę­dzie pajacował z córką przed kamerami jak, nie przymierzając, Tusk. Teraz jest liderem własnej partii, ale czy to coś zmienia w jego podejściu? Sam się pan przekona.

Pis + Pis bis



Jarosław Kaczyński i Jarosław Gowin od dwóch lat są w kontakcie. Przez pośredników, osobiście, oficjalnie, poufnie. Cel jest jasny. Wspólny rząd
w 2015 roku.


Współpracownik Jarosława Gowina mówi pewnie: - Jarek w 2015 roku będzie wicepremierem w rządzie Kaczyńskiego. Mogę się założyć.
Do wspólnych rządów PiS i Polski Ra­zem droga jest jeszcze daleka - jedna par­tia musi najpierw wygrać wybory, a druga dostać się do Sejmu - ale Kaczyński i Go­win mają dobre relacje już teraz. Świadczy o tym historia ich kontaktów.

Grudzień 2011 roku. Gowin od miesiąca jest ministrem sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska. Jego pozycja w Platfor­mie nie jest jednak zbyt pewna, premier nie powierzył mu przecież teki z sympa­tii czy uznania. Minister ma być jedynie zderzakiem - jeśli mu się uda, to sukces pójdzie na konto Donalda Tuska, a jeśli powinie mu się noga, to zostanie zdjęty ze stanowiska.
Zaraz po wejściu do resortu (Gowin pró­buje się zabezpieczyć na wypadek poraż­ki. W tym celu zaczyna zabiegać o dobre relacje z Jarosławem Kaczyńskim i jego ludźmi. Na początek prosi o spotkanie z szefem klubu PiS Mariuszem Błaszczakiem. Błaszczak nie jest w PiS osobą decy­zyjną, więc rozmowa jest kurtuazyjna i ma charakter badawczy, ale pierwsze lody zo­stają przełamane.
Wrzesień 2012 roku. Ocieplanie sto­sunków z PiS trwa w najlepsze. Gowin w wywiadzie dla „Super Expressu” wy­znaje, że Kaczyński jest „jednym z dwóch najwybitniejszych polityków ostatniego dwudziestolecia”. W biurze PiS przy ul. No­wogrodzkiej słowa te zostają odnotowane z aprobatą. W efekcie dwa miesiące później dochodzi do oficjalnego spotkania Gowina z Kaczyńskim. Podczas konferencji obaj twierdzą, że rozmowa dotyczyła wyłącznie projektów ustaw przygotowanych przez re­sort, ale w otoczeniu obu polityków mało kto da temu wiarę. Tym bardziej że rów­nocześnie Gowin kontaktuje się z Piotrem

wtorek, 14 stycznia 2014

Rzyg niepokornych



Nieważne, że sam byłeś w partii, a może nawet byłeś sekretarzem. Liczy się tylko, czy przejdziesz na „jasną stronę mocy”, czyli do niepokornych. Będzie ci wybaczone.


MARCIN MELLER

Jakoś jesienią 1987 r. esbecja zwinęła mnie z domu za knucie. Rodziców akurat nie było w domu, ze mną i z rodzeństwem miesz­kali dziadkowie. Kiedy przyszli ube­cy, babcia wzięła ich za moich kolegów, uprzejmie poinformowała, że poszedłem na rower, ale niedługo powinienem wró­cić. Nawet herbatę zaproponowała. Ale grzecznie podziękowali i wycofali się do samochodu, a gdy jakiś czas później wy­łoniłem się zza rogu, zdjęli mnie z tego roweru, zrobili rewizję w mieszkaniu, za­brali do Pałacu Mostowskich na przesłu­chanie, a potem wrzucili na dołek.
Kiedy następnego dnia wrócili rodzi­ce i usłyszeli tę historię, tata eksplodował. Mama mi później opowiadała, że strasz­nie krzyczał na babcię: „I ty, przedwojenna komunistka, co zęby zjadłaś na konspiro- w7aniu, nie odróżniasz tajniaków od knu­jących kolegów Marcina?!”. A potem razem ze swoim ojcem, dawnym komunistą, za­czął mnie szukać. Jak opowiadał w swoich wspomnieniach „Świat według Mellera”, które ukazały się w 2008 r., na kilka dni przed jego śmiercią: „Wziąłem ojca, prze­de wszystkim w celach sadystycznych, bo chciałem, żeby poszukał Marcina ze mną. Oczywiście wszędzie mówili, że nie ma i nic nie wiedzą. Okazało się potem, że był tam, gdzie oficer dyżurny robił za zdziwio­nego durnia. W kolejnym komisariacie oj­ciec eksplodował. Zaczął coś perorować podniesionym głosem, oczywiście kazali mu się zamknąć. Kiedy stamtąd wyszliśmy, byłem tak wściekły, że powiedziałem, chy­ba z odrobiną okrucieństwa: -

Klub Hipokrytów



Bolszewicy studiowali życiorysy ludzi, aby rozpoznać wroga. Dzisiejsza prawica robi to samo. Nawet gdy z jej własnej szafy co rusz wypada kolejny bolszewicki szkielecik.

RAFAŁ KALUKIN

Z patriotycznych łamów spły­wa ściek pomówień, insynu­acji i pseudosocjologicznych dysertacji. Książka „Resortowe dzieci” autorstwa Doroty Kani, Jerzego Targalskiego i Macieja Marosza o rodzinnych koneksjach przedstawicieli medialnej eli­ty, chaotyczna kompilacja powyrywanych z kontekstu prawd, półprawd i kłamstw, stała się kolejną próbą odkrycia prawico­wego kamienia filozoficznego, służącego niezmiennie tej samej obsesji: ujawnieniu wielkiego układu oplatającego III RP.
Wcześniejsze próby można było jeszcze opisywać kategoriami obłędu, ideologicz­nego zaczadzenia, wiary w spiskową wersję dziejów. Stężenie absurdu nagromadzone w „Resortowych dzieciach” nakazu­je jednak powątpiewać w prawdzi­wość opisu. Reakcja prawicowej opinii publicznej podsuwa zresz­tą inne tropy. Tutaj czai się coś innego.
To coś to hipokryzja. Przez monstrualne H.
O współautorze książki Jerzym Targalskim czytamy na okład­ce, że był uczestnikiem opozy­cji antykomunistycznej. To prawda, choć niepełna. Za­nim Targalski zbuntował się przeciwko PRL, a na­wet później - w czasach gdy już kolportował wydawnictwa KOR - ciągle pozostawał członkiem PZPR. Niezbyt co prawda ak­tywnym, niemniej dość lojalnym, aby wytrwać aż do 1979 roku.
Jak trafił do partii? On sam wspominał niegdyś z dumą, że „Kapitał” Marksa prze­czytał już w wieku 14 lat. Lekturę pod­sunął mu ojciec, Jerzy Targalski senior. Partyjny historyk, autor m.in. „Szkiców z historii Komsomołu” biografii Ludwika Waryńskiego oraz wydanego przez MON opracowania o zastosowaniu marksizmu-leninizmu w Ludowym Wojsku Polskim.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Żołnierz Palikota




Złożę, k..., na was skargę i wyj...ą was z roboty! - zastraszał policjantów poseł Wojciech Penkalski Tygodnik „Wprost” dotarł do policyjnych notatek na temat bliskiego współpracownika Janusza Palikota.




AGNIESZKA BURZYŃSKA MARIUSZ KOWALEWSKI



Karbowo, niewielka miejscowość na Mazurach, niedawne święto Trzech Króli. Późnym popołudniem policjanci próbują zatrzymać pędzącego z prędkością niemal 100 km/h opla insygnię. Kierowca lekceważy wezwanie, więc funkcjonariusze wyjaśniają, że niemal dwukrotnie przekroczył dozwoloną prędkość.
   Mężczyzna jest wściekły: - Nie pokazuj na mnie palcem, to raz. A dwa, nikt mnie nie zatrzymywał!
- krzyczy. Tym razem policjanci bardziej stanowczo proszą, aby zjechał na pobo­cze i pokazał dokumenty. Po sprawdzeniu prawa jazdy okazuje się, że uciekinierem jest Wojciech Penkalski, poseł ugrupowa­nia Janusza Palikota.
   Kiedy przedstawiciele drogówki infor­mują go, że dostanie 400 zł mandatu i osiem punktów karnych, polityk traci nad sobą panowanie. - To załatwia sprawę!
- mówi, wyciągając poselską legitymację i próbując wyrwać dokumenty z rąk poli­cjantów. Jest coraz bardziej opryskliwy i wulgarny. Twierdzi, że funkcjonariusze, zatrzymując go do kontroli, przeszkadzają mu w wykonywaniu obowiązków parla­mentarnych. - Masz, k..., na przepro­wadzenie kontroli dwie minuty! - mówi do jednego z nich. I żąda, aby pokazał swoją legitymację. - Złożę, k..., na ciebie skargę i w.. .bią was z roboty - grozi.
Chwilę później w niewybredny sposób instruuje: - Ja wam, k..., rozkazuję: macie tu stać i kierować ruchem, aż naprawią te je.. .ne światła! A z roboty i tak was w.. .bią!
- krzyczy. Chodzi o awarię sygnalizatora na przejeździe kolejowym.
   Policjanci obelgi znoszą ze spokojem, ostatecznie rezygnują nawet z wypisania mandatu. Informują go jednak, że przy­
gotują notatkę, w której całe zdarzenie opiszą, i że prawdopodobnie trafi ona do marszałek Sejmu wraz z wnioskiem o ode­branie parlamentarzyście immunitetu.

Walczę i kocham



Z Tomaszem Kaczmarkiem, byłym posłem Pis

TOMASZ KACZMAREK: Przede wszystkim trzeba podkreślić, że niestety udały się i szczegółowo zaplanowana nagonka na mnie, i zlecenie, aby zdyskredytować mnie w oczach opinii publicznej oraz podważyć moją pozycję w klubie PiS. W ostatnim czasie media kolportowały wiele nie­prawdziwych informacji na mój temat, po prostu kłamliwych. Bardzo szanuję decyzję premiera Jarosława Kaczyńskiego i nie będę kwestionował żadnych decyzji rzecznika dyscypliny klubu PiS.

Przez te dwa lata, kiedy jestem parla­mentarzystą, zajmowałem się patologiami, do jakich dochodziło w służbach specjal­nych i mundurowych, w tym policji. Mam cały czas kontakt z przedstawicielami tych służb i oni oczekują, abym nadal był ich głosem w polskim parlamencie...

niedziela, 12 stycznia 2014

Pani Sernik zaplata sieć



- Pożyczałam oskarżonej pieniądze, bo bałam się jej. Nie udzieliłabym jej pożyczki, gdyby nie podejmowała rozmów z politykami PiS - zeznała żona Marka Dochnala podczas procesu Doroty K., dziennikarki ''Gazety Polskiej''
Proces oskarżonej o korupcję Doroty K. toczy się od grudnia 2012 r. przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Pragi. W 2013 r. odbyło się dziesięć rozpraw. Jesienią sprawa zamarła, bo zachorowała sędzia. Nie ma terminu nowych posiedzeń.

Tymczasem Dorota K. bryluje w prawicowych mediach jako współautorka książki ''Resortowe dzieci''. Wyszukuje tam żydowskie korzenie innych dziennikarzy, zarzuca im, że ich rodzice należeli w PRL do partii lub pracowali w służbach specjalnych. O swojej wstydliwej, całkiem niedawnej przeszłości nie wspomina i nie życzy sobie, by pisali o niej inni. W aktach sądowych jest jej pismo, w którym zwraca się, by nie udostępniać materiałów dziennikarzom.

sobota, 11 stycznia 2014

Kisiel w niebie pęka ze śmiechu



Czy dzisiaj Stefan wierzyłby w niemiecko-rosyjskie kondominium? W trotyl, brzozę i sztuczną mgłę? Czy podobałby mu się Rydzyk prowadzący politykę kretynizacji Polski? Nie wydaje mi się to prawdopodobne mówi Adam Michnik redaktor naczelny
„Gazety Wyborczej”, laureat Nagrody Kisiela.

Rozmawiają MAGDALENA RIGAMONTI
                      MARCIN DZIERŻANOWSKI

Nie taki Michnik straszny...
To z Kisiela?

Nie, jego syn nam tak mówił przed rozmową z panem.
A, Jerzyk. Przyjaźnimy się.

Z Kisielem to też była przyjaźń?
Przyjaźń. I moja wielka fascynacja. On mówił, że się różnimy, bo ja jestem za socjalizmem i przeciwko Moskwie, a on za Moskwą, ale przeciwko socjalizmowi. On takie paradoksy bardzo lubił. To była osobowość, wolny człowiek, który całym swoim postępowaniem demonstrował, jak można być wolnym człowiekiem w kraju tylu zniewoleń, w którym wszystko było: „Wicie, rozumiecie, towarzyszu, taka sytuacja jest”. Jego „sytuacja” nic nie obchodziła. To dla niego były bzdury. Miał coś w sobie z sienkiewiczowskiej fantazji, choć nie lubił Sienkiewicza. Nie lubił też romantyków. Słowacki to było dla niego mętniactwo, Norwid - nudziarstwo. Niesamowity był... Ciągnęło nas do siebie, bo byliśmy kompletnie od innej małpy.

Gdyby pan dziś z nim usiadł przy wódce, ostro byście się pokłócili.
Nie jestem duchologiem, więc nie wiem. Ale chętnie bym się z nim napił. Rozmowa z nim zawsze była fascynująca. Czy Stefan wierzyłby, że Polska jest niemiecko - rosyjskim kondominium? Nie sądzę. Czy wierzyłby w trotyl, brzozę i sztuczną mgłę? Zdecydowanie był na to zbyt mądry. Czy podobałby mu się Rydzyk, który konsekwentnie i skutecznie prowadzi politykę kretynizacji Polski? Nie wydaje mi się to prawdopodobne.

W to, że popierałby „Gazetę Wyborczą” i Adama Michnika, też trudno uwierzyć.
Uznałby pewnie, że pod względem gospodarczym jestem socjalistą, bardziej niż ja popierałby pewnie Balcerowicza. Różnilibyśmy się też na pewno w sprawach obyczajowych.

piątek, 10 stycznia 2014

2 x Komentarze



ZBIGNIEW HOŁDYS
Pijane media

Tragiczny wypadek w Kamieniu Pomorskim okazał się paczką drożdży dla rozfermentowanych dziennikarskich umysłów. Na ekranach, w eterze i na papierze ruszyło szaleństwo w prześciganiu się emocjami i tworze­niu prawa ad hoc. W niejednym maglu stare rozplotkowane maglary musiałyby zamknąć dzioby z wrażenia. Mnie ta kre­tyńska i stadna reakcja przygnębiła jesz­cze bardziej. Jest ona cechą dziennikarstwa polskiego.

Ci sami dziennikarze, którzy dziś domagają się bezwzględnego karania pijanych kierowców, wrzeszczeli przeciwko fotoradarom

Ojciec Braci



O ojcu Jarosława i Lecha Kaczyńskich dziś wiadomo przede wszystkim to, że zmarł siedem Lat temu. O jego pamięć nigdy nie zadbała najbliższa rodzina. Nie chciała zadbać.

Cezary Łazarewicz

Jadwiga zapraszała koleżan­ki z Instytutu Badań Litera­ckich na służbowe prywatki do mieszkania na warszawskim Żolibo­rzu. Wystarczyło przebić się przez ścia­nę papierosowego dymu nad fotelem, by z bliska zobaczyć jej męża Rajmunda. Był szczupły, niezbyt wysoki, cichy i lek­ko stłamszony. Takim zapamiętały go jej przyjaciółki.
     -Jadwiga sugerowała nam, że nie był to ten rycerz na białym komu, na którego czekała całe życic, ale raczej przypadko­we małżeństwo - wspomina jedna z przy­jaciółek. - W tej rodzinie zawsze więcej mówiło się o siostrze Jadzi, Marii, i o jej mężu, czyli wujku Stanisławie Miedzy- -Tomaszewskim, niż o Rajmundzie.
O mężu Jadwigi, ojcu Lecha i Jarosława Kaczyńskich, koleżanki z IBL wiedziały wtedy bardzo niewiele. Że był kiedyś ran­ny w Powstaniu Warszawskim, że praco­wał na Politechnice Warszawskiej i że nie zrobił wielkiej kariery.

  - Czuć było, że Jadwiga nie przepada za nim, więc tego drażliwego tematu się ra­czej nie poruszało - mówi przyjaciółka. Gdy zmarł w 2005 roku, został wymaza­ny z pamięci. - Tak jakby nigdy nie istniał
- dodaje. - Nigdy me potrafiłam tego zro­zumieć, dlaczego wokół matki, która nie brała nawet
udziału w powstaniu, bra­cia stworzyli legendę wojenną, a o ojcu zupełnie zapomnieli?


czwartek, 9 stycznia 2014

Agent Tomek i niegrzeczne towarzystwo



Co łączy posła PiS Tomasza Kaczmarka z właścicielami warszawskich agencji towarzyskich związanymi z mafią? Słynny agent Tomek unika odpowiedzi na to pytanie.


Pierwsza połowa 2011 r. Najsłynniejszy agent IV RP jest już poza służbą. Odszedł z CBA. Posłem PiS zostanie jesienią, a więc dopiero za kilka miesięcy. Wraz z byłymi kolegami ze służb zakłada wywiadownię gospodarczą Kaczmarek i Partnerzy, która „oferuje zdobywanie wiarygodnych danych poprzez wykorzystanie ofensywnych metod pozyskiwania informacji”. Kaczmarek jest już sławny. Pokazuje twarz, udziela wywiadów, w których opowiada, jak tropił skorumpowane elity III RP.
W księgarniach jest jego książka „Agent Tomek. Spowiedź”. - W tej książce Kaczmarek ujawnił wiele tajemnic państwowych - mówi oficer służb specjalnych. To oraz biznesowa działalność na polu „wywiadu gospodarczego” sprawiły, że służby specjalne zaczęły dyskretnie się przyglądać swojemu niedawnemu asowi.

Teraz prokuratura zamierza wystąpić w tej sprawie z wnioskiem o uchylenie immunitetu posłowi Kaczmarkowi.
Po tym sprawdzaniu okazało się, że Kaczmarek miał kontakty z osobami powiązanymi
z warszawskimi agencjami towarzyskimi .Źró­dło w policji: „Był za pan brat z kontrolującym agencje towarzyskie Pawłem Z. Lubił przeby­wać w tym towarzystwie”. Policjant z Centralnego Biura Śledczego, któremu są znane sprawy związane z handlem żywym towa­rem i prostytucją: „Burdele to szara strefa. Gangsterka, szantaże, stręczycielstwo, han­del żywym towarem, lewe pieniądze, narko­tyki. To nie są interesy grzecznych chłopców. To bandyci z miasta tworzą takie miejsca i je kontrolują” - Kaczmarek poznał tam żonę Pawła Z. Iwonę i jej siostrę Martę. Martę, z którą się związał na lata - informuje źródło w policji i drugie, do którego dotarliśmy, znajdujące się blisko Pawła Z.

środa, 8 stycznia 2014

Grzebanie w życiorysach



CEZARY ŁAZAREWICZ

W 2012 r. napisałem arty­kuł o Rajmundzie Kaczyńskim - zmar­łym w 2005 r. ojcu pre­miera i prezydenta. Był to tekst o bohaterze powstania warszaw­skiego, który po wojnie próbował się dostosować do rzeczywistości PRL. Od lat 50. pracował na Politechnice Warszawskiej, jeździł na Zachód jako ministerialny eks­pert i był odznaczany medalami przez ówczesną Radę Państwa. Wstąpił nawet w latach 60. do „przykomunistycznego” Związku Bojowników o Wolność i Demo­krację (tak pisał o ZBoWiDzie prawi­cowy publicysta Krzysztof Wyszkowski). A po 1989 r. raczej wolał czytać „Gazetę Wyborczą” niż „Gazetę Polską”. I był dość sceptycznie nastawiony do nadchodzą­cego w 2005 r. wyborczego zwycięstwa PiS. - Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami - mówił wtedy do Zofii Kowalewskiej-Jastrzębskiej, swojej koleżanki z powstania.


Ten film zrobiłem na trzeźwo



Z Wojciechem Smarzowskim,
reżyserem filmu „Pod Mocnym Aniołem”, rozmawia Tomasz Kwaśniewski

Wszedłem do knajpy równo o jedenastej. Bo tak się umówiliśmy. Siedział już przy stoliku. Przed nim komputer, obok pusta szklanka po piwie. Po­wiedział, że czeka na jajecznicę. No to ja też sobie zamówiłem.
Będziemy rozmawiać o alkoholu.
-Trudno.
Piwo na śniadanie? (Wskazałem na pustą szklankę)
-Są tacy, co mogą pić, i tacy, którzy nie mogą. Ja mogę (śmiech). Tak się zaczyna film „Pod Moc­nym Aniołem”. A za chwilę pada zdanie: „Usta muszą przeczyć nałogowi, który przez chwilę przeszedł przez gardło”.
Ty możesz?
-Tak, ja mogę. Znaczy się kontroluję.
A skąd to wiesz?
-Obejrzyj film (śmiech).
Właśnie obejrzałem.
-Wszystko jest dla ludzi. Ale chciałbym może, że­by pili mniej. Albo inaczej.
A co jest miarą?
-Myślę, że każdy musi sobie indywidualnie - oglą­dając mój film czy też nie - na to odpowiedzieć. Podobno w Polsce jest 900 tysięcy ludzi uzależ­nionych od alkoholu - tak mi ktoś wyliczył. Leczy się co szósta. Do tego dochodzą osoby, które żyją z alkoholikami. Czyli też nadają się na terapię.

wtorek, 7 stycznia 2014

Kombatant samozwańczy



Zasługi Jerzego Owsiaka w walce z komuną są wątpliwe. Jego działania w Jarocinie były na rękę kierowanemu przez Czesława Kiszczaka MSW


JANUSZ KOTAŃSKI


Dobrych kilka lat temu zostałem zaproszony do - jakże ciekawej wówczas - TVP Kultura na dyskusję o świeżo wydanym przez Instytut Pamięci Narodowej albumie „jarocin w obiektywie bezpieki". Wśród zaproszonych byli także znani muzycy: Zbigniew Hołdys i Tomasz Lipiński.
Nie bardzo zgadzaliśmy się co do znaczenia i celu istnienia w PRL takiego fenomenu, jakim był jarociński festiwal. Ja dość uparcie podkreślałem użyteczny dla władzy charakter imprezy rozłado­wującej powszechne wśród młodzieży nastroje buntu. Obaj rockmani zwracali uwagę na to, że Jarocin, przy całym swym zróżnicowaniu muzycznym, skupiał jednak wyłącznie przeciwników systemu. Z tym polemi­zować nie zamierzałem.
   Faktem było, iż wszystkich młodych ludzi, którzy przyjeżdżali każdego lata do wielkopolskiego miasteczka, łączyła całkowita negacja komunizmu. Od walczących ze sobą agresywnych skinów i punków, palących „trawę” rastafarian, antychrześcijańskich meta­lowców, katolickich oazowców do aktywnych politycznie działaczy Pomarańczowej Alternatywy, Wolności i Pokoju czy Federacji Młodzieży Walczącej. Wszystkich łączyło jedno hasło: „Precz z ko­muną!". Młodzi ludzie mieli dość beznadziei, szarzyzny i milicyjnych represji socjalistycznego państwa z epoki późnego Jaruzela. Pragnę­li nade wszystko wolności, choć pojmowanej, oczywiście, różnie. Czy jednak na pewno chcieli tego wszyscy?
    W trakcie dyskusji zaprezentowano nakręcony na potrzeby programu wywiad z Jerzym Owsiakiem. Ku mojemu osłupieniu przedstawiał się on jako niezależny działacz młodzieżowy z lat 80. XX w. i jeden z prekursorów młodzieżowej rewolty. „Z walizki wyciągałem ulotki, rzucałem" - opowiadał o koncercie Voo Voo. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom i natychmiast zaprotesto­wałem.
   

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Wszystkie wojny Owsiaka



Showman wyróżniony Nagrodą Szczytu Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla idzie drogą Adama Michnika. Stara się zyskać status nietykalnego
Wszystkie wojny Owsiaka
Wojciech Wybranowski

Kolejny, już XXII finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy organizowanej przez Jerzego Owsiaka ruszy w najbliższą niedzielę 12 stycznia. Tysiące młodych ludzi wyjdą na ulice, zbierając do puszek pieniądze „na zakup specjalistycznego sprzętu dla dziecięcej medycyny ratunkowej i godnej opieki medycznej seniorów". Pieniądze zebrane podczas finałów WOŚP robią wrażenie. W 2011 r. było to ponad 47 min zł, w 2012 r. - podobnie jak i w 2013 r. - ponad 50 min zł.
Jednak okoliczności, jakie towarzyszą całej imprezie - telewizyjne i radiowe re­klamy czy transmisje w telewizji publicznej finansowane z pieniędzy abonentów - budzą wiele wątpliwości. W telewizyjnych zbliżeniach na pierwszy plan wybija się postać podstarzałego showmana w kolo­rowych okularach. Dzięki zręcznemu PR, bliskim związkom z lewicowo-liberalnym salonem i intensywnej medialnej promo­cji stał się w Polsce osobą stojącą niemal ponad krytyką i społeczną kontrolą. Jerzy Owsiak bardzo efektywnie walczy o swoje interesy i nie toleruje trudnych pytań oraz krytyki, zamykając przeciwnikom usta procesami.

- Można odnieść wrażenie, że Owsiak odleciał. Nastąpił u niego proces dość częsty u celebrytów, którzy zaczynają uważać się za święte krowy. Owsiak też uznaje, że jakakolwiek krytyka jego osoby jest nie­dopuszczalna - ocenia w rozmowie z „Do Rzeczy" Łukasz Warzecha, publicysta m.in. dziennika „Fakt".

niedziela, 5 stycznia 2014

Tusk przywiązany do rydwanu Putina



Z Antonim Macierewiczem, wiceprezesem PiS, przewodniczącym zespołu parlamentarnego badającego działania władz w sprawie katastrofy smoleńskiej

CEZARY GMYZ: Kolejne etapy prac pańskiego zespołu kończyły się raportami. Gdyby dziś formuło­wał pan czwarty raport, co by on zawierał?
ANTONI MACIEREWICZ: Przyczyną katastro­fy samolotu Tu-154M lecącego z Warszawy do Smoleńska w dniu 10 kwietnia 2010 r. był łańcuch wydarzeń zapoczątkowanych polsko-rosyjskimi rozmowami międzyrzą­dowymi i niewłaściwą organizacją wizyty prezydenta RP, przejęciem naprowadza­nia samolotu przez ośrodek decyzyjny w Moskwie z pominięciem kontroli lotów lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, uniemożli­wieniem zamknięcia lotniska i odesłania Tu-154 na lotnisko zapasowe oraz dopro­wadzeniem do przekazywania polskiej załodze fałszywych informacji i komend.
O katastrofie przesądziła eksplozja niszczą­ca samolot w momencie jego odejścia na drugi krąg.
Analizując całość dramatu smoleńskie­go, nie sposób pominąć opublikowanych ostatnio zdjęć uradowanych Tuska i Putina w dniu 10 kwietnia. Obaj premierzy stoją z uśmiechem nad ciałami polskiej elity państwowej i „przybijają piąstki". Redakcje „W Sieci", „Do Rzeczy" i „Gazety Polskiej", które opublikowały te zdjęcia, nigdy nie uzyskały wyjaśnienia takiego zachowania Donalda Tuska i Władimira Putina. Nigdy też nie wyjaśniono Polakom, o czym rozma­wiali ci dwaj panowie i co ich tak cieszyło. Te zdjęcia są jednym z najważniejszych do­wodów w sprawie smoleńskiego dramatu.

sobota, 4 stycznia 2014

Kociak prezesa Kaczyńskiego.



MAREK KOCHAN, MEDIALNY TRENER JAROSŁAWA KACZYŃSKIEGO, TO NAJDROŻSZY CZŁOWIEK W BRANŻY. ZA JEGO SZKOLENIA DLA PREZESA I WIERCHUSZKI PIS PARTIA PŁACI SETKAMI TYSIĘCY ZŁOTYCH.

ANDRZEJ STANKIEWICZ, PIOTR ŚMIŁOWICZ

Kamera jest skierowana wprost na Kaczyńskiego. Prezes PiS ma na sobie starannie dobrany garni­tur i niezłe buty, niesforne zazwy­czaj włosy są starannie ułożone. Medialny trener Kaczyńskiego zza kamery udaje dziennikarza, pewnie z wrogiej telewizji, bo nieustannie prowokuje. Chodzi o to, żeby na na­graniu uwiecznić momenty, kiedy lidera PiS ponoszą emocje i traci nad sobą kontrolę. Usiądą nad tym potem we dwóch, żeby omówić błę­dy, które popełnił Kaczyński.
Liderowi PiS trudno jednak wykrzesać z siebie emocje, które wzbierają w nim podczas prawdzi­wych rozmów z dziennikarzami - co kończy się kolejnymi wpadkami i przegrywanymi taśmowo wybora­mi. Bo Kaczyński nie potrafi uznać tego trenera za wroga. Za bardzo go polubił. Może już nawet jest od nie­go trochę uzależniony?

Technik od manipulacji
Marek Kochan nie lubi rozgłosu.