piątek, 31 marca 2017

Opozycja się sadzi



Mamy trzech premierów: pozorowanego, nadzorującego i aspirującego.
Czy w najbliższym czasie zamienią się rolami?

Wpadli na siebie na war­szawskiej Ochocie. Było wtorkowe przedpołu­dnie, początek kalenda­rzowej wiosny. Nieba­wem miał się zebrać rząd, a następnego dnia ruszyć Sejm, na którym planowano głosowanie wniosku PO o odwołanie ministra środowiska. Politycy Plat­formy, w mniej formalnym niż zwykle wydaniu, szykowali się do sadzenia drzew. Nieopodal siedziby PiS chcieli zainaugurować ogólnopolską proeko­logiczną akcję - odpowiedź na zacie­kłą wycinkę, do której doprowadził Jan Szyszko. Inicjatywę pomógł nagłośnić prezydent Kielc, który odmówił zgody Arturowi Gieradzie z PO na wkopanie czterech sadzonek dębów, uznając, że w ten sposób włączyłby miasto w „pro­test antyrządowy”.
   Ale nie tylko on przysłużył się Plat­formie. Traf chciał, że kiedy władze PO w towarzystwie dziennikarzy przymie­rzały się do wkopywania drzewek, pod siedzibę PiS na Nowogrodzkiej zaczęły ściągać rządowe limuzyny, w tym samo - chód z premier Szydło. - Kaczyński zor­ganizował u siebie „odprawę" ministrów. Jak w „Uchu prezesa" - dworowali polity­cy PO, wyraźnie zadowoleni, że udało się złapać Kaczyńskiego za rękę i pokazać, kto naprawdę rządzi rządem. Przypusz­czają, że w odwecie PiS nasłał na nich policję, która spisała „sadowników”.
- Może się przestraszyli, że z tymi szpa­dlami odbijemy ich siedzibę? - żartował Andrzej Halicki, jeden z uczestników ak­cji. - Prosiłem tylko policjantów, aby nie pisali, że to drzewka kupione przez Plat­formę, bo pisowcy zaraz by je kwasem po­traktowali - dodawał. - Na Nowogrodz­kiej są przekonani, że nasza obecność nie była przypadkowa. Obwiniają Gowina, że doniósł nam o spotkaniu u Kaczyńskie­go, bo jego akurat nie zaproszono - opo­wiada jeden z ważnych polityków PO.
   O tym, że wewnątrz obozu władzy jest napięta sytuacja, a Beata Szydło nie ra­dzi sobie w roli premiera, świadczy też powtarzana w sejmowych kuluarach plotka, że po brukselskiej porażce sze­fowa rządu chciała się podać do dymi­sji. To dlatego podobno wierchuszka PiS zorganizowała naprędce przedstawienie z kwiatami na lotnisku i niejako zmusiła Szydło do przyjęcia narracji, że w Bruk­seli odniosła sukces.
   Pytani przez nas politycy PiS, co oczy­wiste, pogłoskę dementują. Jednak bezsilność premier jest coraz bardziej widoczna. Potwierdza ją nie tylko symboliczna sprawa „nieusuwalne­go” asystenta Antoniego Macierewicza - bo niebywałe umocowanie Bartło­mieja Misiewicza wydaje się być nawet poza kontrolą Jarosława Kaczyńskiego. Ale również prowincjonalne podejście do polityki zagranicznej, narażające na szwank wizerunek Polski i zdradza­jące brak politycznego obycia, a przede wszystkim dynamika i zaangażowanie prezesa PiS w ostatnich tygodniach.
   Grudniowy kryzys parlamentarny zmusił Kaczyńskiego do wyjścia z cie­nia. Od tego czasu widać jego wzmożoną aktywność - jeździ po kraju, udziela roz­licznych wywiadów, wreszcie to on, a nie Szydło, poleciał do Londynu na spotka­nie z premier Theresą May. - Nie wymie­ni Szydło, przynajmniej na razie. Także z powodu naszego wniosku o wotum nieufności wobec jej rządu - mówi jeden z członków władz PO. - Nie ma wyjścia, musi jej bronić. Dymisja przed głosowa­niem także nie wchodzi w grę, bo to była­by już porażka 28:0 - twierdzi.

czwartek, 30 marca 2017

NATO nie ma zgody




Generał, który w strukturach NATO przepraco­wał trzy lata, próbując opisać, czym jest Sojusz, analogii szuka w angielskim klubie dla dżentel­menów. - W takim miejscu są wygodne fotele i miejsca stojące. Kiedy ja tam pracowałem, mieliśmy miejsce siedzące, i to przy kominku. Myślę, że dziś nie dość, że stoimy, to jeszcze gdzieś w okolicach drzwi - mówi. Sukcesów w pozycjonowaniu kraju pan generał bynaj­mniej nie przypisuje sobie. - Lista osób byłaby długa i zacząłbym ją tworzyć od nazwiska ministra Skubiszewskiego. Ale byliby na niej również zwykli szeregowcy, zwłaszcza ci, którzy oddali życie na mi­sjach w Iraku czy w Afganistanie. Szlag mnie trafia, że tak głupio marnujemy sukces, na który latami pracowało wielu wspaniałych ludzi - dodaje generał. To marnowanie sukcesu to m.in. wypad­nięcie Polski z grupy Big Six.
   Formalnie w NATO nie ma czegoś takiego jak Wielka Szóst­ka. Ale każdy, kto choć chwilę popracował w Sojuszu, szybko orientuje się, że karty rozdaje kilka państw. Reszta już tylko nimi gra. Najwięksi gracze, jakimi są Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Włochy, w Polsce widzieli partnera, który był w stanie pociągnąć za sobą inne państwa z regionu. Polska szybko i chętnie weszła w rolę prymusa. Angażowała się w niemal wszystkie przedsięwzięcia Sojuszu. Wcześniej taką młodą gwiazdą była Hiszpania, ale po niespodziewanym wyco­faniu swoich wojsk z misji w Iraku Hiszpanie wpadli w niełaskę Stanów Zjednoczonych. Łaskawy wzrok największego gracza skierowany został na Polskę. W tym miejscu należy już przejść na czas przeszły. Od ponad roku polskiemu ministrowi obrony narodowej nie udało się spotkać z żadnym sekretarzem obrony Stanów Zjednoczonych. Unikają go również ministrowie z klu­czowych państw. Każdy, kto zna reguły klubu dla dżentelmenów, wie, co to oznacza. - Czystką w armii, szalonymi wypowiedziami i gestami ministra Macierewicza sami zdegradowaliśmy się do ka­tegorii państw trudnych. Myślę, że wielu naszych byłych przyjaciół w NATO poważnie zastanawia się, czy nadal warto ginąć za Su­wałki - dodaje pan generał.

środa, 29 marca 2017

Dostawcy godności



Partia Kaczyńskiego daje ludziom to, czego nie dostarcza opozycja: poczucie godności i dumy. To stwierdzenie ma już status oczywistości nie tylko w oczach entuzjastów PiS, ale też niektórych jego przeciwników. Co to znaczy?

Po przegranej batalii brukselskiej PiS ratunkowo uruchomił z całą mocą swój znany przekaz o tym, że zawsze broni polskiej godności, że ta nie ma ceny i nie podlega negocjacjom. Godność jest wartością bezwzględną i jej ochrona pozwala widzieć zwy­cięstwa, triumfy i satysfakcje tam, gdzie inni widzą porażkę i wstyd. Żeby było zabawniej, pisowskie media czyniły wygibasy interpretacyjne (część jednak była tro­chę zakłopotana), by porównać gesty premier Szydło w Brukseli do gestu Kozakiewicza, zapominając, że polski tyczkarz w spek­takularny sposób kwitował swoje zwycięstwo, a nie klęskę.
   Wbrew faktom prezes Kaczyński jeszcze raz przedstawia swoją formację z pozycji moralnych wyżyn, jako odwrotność małej, sprzedajnej i niehonorowej opozycji. Ta gierka jest wielo­krotnie powtarzana, niemniej wciąż zadziwiająco politycznie skuteczna. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

poniedziałek, 27 marca 2017

Boski prąd



To nieprawda, że ławka kadrowa PiS w gospodarce jest krótka. Jest tak długa, że wymiany zarządów w spółkach Skarbu Państwa odbywają się co kilka miesięcy. Nominatom na ogół brakuje kwalifikacji, ale dziś to żaden problem.

Pomorski koncern energetyczny Energa od grud­nia 2015 r. ma już czwartego prezesa. Pierwszy, Roman Pionkowski, był doświadczonym ener­getykiem, więc na stanowisku utrzymał się kil­ka tygodni. Wtedy pojawił się Dariusz Kaśków. Nowy prezes był samorządowcem, byłym pre­zesem SKOK Krapkowice i z energetyką wcze­śniej miał krótką styczność. Wywodził się jednak z Dolnego Śląska i był zaufanym ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza, a przez to także samego Adama Lipińskiego, jed­nego z najważniej szych ludzi w PiS. To były wówczas znakomi­te kwalifikacje. Kilka miesięcy później okazały się poważnym obciążeniem, bo Jackiewicz stracił stanowisko. Minister i jego przyjaciel oraz nieformalny doradca personalny Adam Hof­man podpadli prezesowi PiS. Pierwsza zmiana dobrej zmiany w spółkach Skarbu Państwa musiała zostać pilnie wymieniona.
   Drugą zmianę do koncernów energetycznych miał wpro­wadzić minister energii Krzysztof Tchórzewski, który przejął nadzór nad dużą częścią państwowej gospodarki. Nie krył, że nie jest zachwycony Kaśkówem, choć ten starał się pilnie realizować zadania, jakie stawiał minister. W szczególności
podpisał się pod decyzją o budowie węglowego bloku 1000 MW w elektrowni Ostrołęka, który - o ile powstanie - zdaniem eks­pertów może być przyczyną poważnych problemów Energi (i Enei, która została dokooptowana do tego projektu). Taką opinię prezentował na przykład prof. Wojciech Myślecki, do­radca ds. energetycznych wicepremiera Morawieckiego.
   Decyzja w sprawie elektrowni i podpisanie kontraktu na dostawy śląskiego węgla z PGG niewiele prezesowi pomo­gły. W połowie stycznia Kaśków został odwołany. Obowiązki prezesa przejął Jacek Kościelniak, także człowiek niezwiązany z energetyką, za to były poseł PiS i były minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

piątek, 24 marca 2017

Ojciec Bogumił od Aniołów



Proboszcz ze wsi D. sugeruje parafianom, że byliby cenniejsi dla niego po śmierci.

Edyta Gietka

Gdy ks. Bogumił otoczył duszpa­sterską opieką parafian w D., szybko odnalazł się w realiach, że pogrzeb to jedyny dochodowy sakrament na jego terenie.
O ledwie wiązanym końcu z koń­cem ks. Bogumiła dowodzą statystyki za ubiegły rok. Otóż odprawił odpłatnie do wieczności sześć dusz, a błogosławił na nowej drodze jedną parę. Komunie zmuszony był sobie darować. Choć nad­zoruje jeszcze cztery kaplice filialne, nie­możliwością jest skompletować majową porą garstkę do eucharystii.
   Parafianie zaczęli odnosić wrażenie, że może byliby mu cenniejsi pośmiertnie. Słyszeli na własne uszy, jak ks. Bogumił przepraszał swoich dłużników za zwło­kę: - Zwrócę przy najbliższym pogrze­bie, albowiem od dłuższego czasu nikt mi nie umarł.
   A schorowani, zalegający na wykrochmalonych poduszkach, poczuli presję z jego strony. Wręcz pretensję, że ciągle nie mają się na odejście.

czwartek, 23 marca 2017

Czemu nie dorżnięto watahy



PiS rysuje obraz korupcji i skrajnego upartyjnienia III RP, aby usprawiedliwić tym swój nepotyzm, polityczną korupcję, tolerowanie braku kwalifikacji własnych kadr. Twierdzi: robimy tylko to samo co oni. Ale to przecież nieprawda

Największe patologie rzą­dów Jarosława Kaczyń­skiego i PiS - nepotyzm i brak jakichkolwiek kry­teriów w polityce per­sonalnej, nieograniczone transfery państwowych pieniędzy do ludzi i insty­tucji wspierających PiS, arogancja nowej władzy, którą sam Kaczyński już namaś­cił na „panów” - są usprawiedliwiane ar­gumentem: „Rządząca przez osiem lat Platforma Obywatelska robiła to samo co my!”. W bardziej teoretycznych diagno­zach Kaczyńskiego i publicystów prawicy ten sam argument stosowany jest szerzej. „To samo co my” robiły ponoć wszystkie elity III RP po roku 1989 - Unia Demo­kratyczna, SLD, PSL czy Akcja Wyborcza Solidarność, którą sam Kaczyński określił kiedyś formułą TKM (Teraz K... My!).
   Rysowany przez prawicę obraz korup­cji, upartyjnienia III RP, a także radyka­lizmu politycznych konfliktów po roku 1989 („eksterminacja niepokornych” czy budowany rzekomo przez liberalne elity „przemysł pogardy”) ma usprawiedliwiać nepotyzm, polityczną korupcję, tolerowa­nie braku kwalifikacji i szemranej prze­szłości własnych kadr. A także zachęcać do radykalizowania nienawiści wobec tych wszystkich, którzy „nie są nasi” - nie uznają charyzmy wodza ani religii smo­leńskiej, odrzucają upartyjnioną wer­sję katolicyzmu, którą Kaczyński uczynił ideologicznym zapleczem swej władzy.

środa, 22 marca 2017

Zdrada narodowa,Radość i wstyd,Koza Nostra,Kariera Artura Ui,Flagi niegodni,Mówi wolna Europa, Klęska genialnego stratega i Ponieśliśmy zwycięstwo



Zdrada narodowa

Wygraną Donalda Tuska miliony Polaków przyjęły z nieskrywaną radością. Tak, to ważna wygrana bitwa. Niestety, w wojnie, którą Polska od kilkunastu miesięcy przegrywa. Za sukces Tuska Kaczyński będzie chciał się zemścić na Unii, ale zapłacimy za to my, Polacy

Europejska, normalna, przewidywalna Polska zacho­wała swego ambasadora w Brukseli. Ale jednocześnie tego samego dnia zobaczyliśmy fatalne skutki równie niemądrej co nieudolnej polityki PiS. Totalna samoizolacja Polski. Wskazana nam jasno ośla ławka. Ośmieszenie kraju. Samozadowolenie władz w Warszawie po absolutnej między­narodowej kompromitacji. Ale to tylko część złych informacji.
   Już jesteśmy na marginesie UE, ale jeśli wsłuchać się w wy­powiedzi Jarosława Kaczyńskiego, trudno nie odnieść wra­żenia, że to dopiero przystawka do prawdziwej katastrofy - wyprowadzenia Polski z Unii albo doprowadzenia przez ekipę PiS do faktycznego wykluczenia nas z UE. A to prze­cież i tak tylko pół prawdy. Bo przecież w sensie codziennych, praktycznych działań PiS jesteśmy wyprowadzani z Unii, z rodziny demokratycznych narodów, każdego dnia. W sensie standardów państwa prawa i przestrzegania konstytucji, edu­kacji i polityki kulturalnej, praw kobiet i ekologii, publicznych z nazwy mediów i niezawisłości sądów. W każdym z tych ob­szarów albo z Unii, w sensie jej wartości i ducha, już zostali­śmy wyprowadzeni, albo zostaniemy wyprowadzeni wkrótce. Wychodzenie z Unii nie jest więc wyłącznie ponurą, odległą perspektywą. Jest praktyką dnia codziennego.
   Obecna władza uwielbia pojęcie „suwerena”, jego wolą się kieruje, powołując się na mandat, który od niego uzyskała w wyborach. Suweren wypowiada się jednak nie tylko w dniu wyborów. Po 1989 r. dwa razy wypowiedział się w referendach w kwestiach fundamentalnych dla Polski. W sprawie konsty­tucji i członkostwa w Unii. Konstytucja już została podepta­na. Członkostwo w UE ma charakter coraz bardziej formalny. Warto przypomnieć, że w obu wypadkach wypowiedziała się większość suwerena, a nie nieco ponad jedna trzecia. Wi­dać więc, że „suweren” to formuła czysto fikcyjna, używana wyłącznie jako alibi dla działań pozaprawnych. Suweren jest bowiem tylko jeden. Urzęduje na Nowogrodzkiej.
   To nie było tak dawno. Większość z nas doskonale pamię­ta niedzielny wieczór sprzed prawie 14 lat, gdy ponad trzy czwarte z ponad siedemnastu milionów głosujących Pola­ków opowiedziało się za wejściem Polski do Unii. I dzień 1 maja sprzed prawie 13 lat, gdy do niej formalnie weszli­śmy. Jedni cieszyli się z perspektywy podróżowania po Euro­pie bez paszportów, inni z szansy na legalną pracę za granicą, jeszcze inni z unijnych dopłat. Ale jeśli tylu z nas w tamtych dniach ocierało łzy wzruszenia, to wynikało to z czegoś nie­pomiernie większego. Z poczucia, że Polska wraca tam, gdzie jej miejsce, tam, gdzie wymarzyły ją sobie pokolenia naszych przodków. Że - mówiąc obrazowo - idziemy ze Wschodu na Zachód. W ciągu kilkunastu miesięcy rządów PiS w wielkim tempie przemierzamy drogę w przeciwnym kierunku. I nie jest to tylko poważny problem, to jest narodowy dramat.

wtorek, 21 marca 2017

Prokuratorzy czasów Ziobry



Polska prokuratura ledwie po roku od połączenia stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego stała się posłusznym narzędziem do ścigania demonstrantów, homoseksualistów, ateistów, a wkrótce pewnie również opozycji politycznej.

Po nagłośnionym propagandowo audycie, jaki mi­nistrowie PiS przeprowadzili w swoich resortach zaraz po objęciu władzy, do prokuratur wpłynęło kilkadziesiąt zawiadomień o popełnieniu prze­stępstw. O wynikach na razie nie słychać. Prokura­tura Krajowa nie udziela informacji, ile postępowań w jakich sprawach wszczęto.
- Spór polityczny między obecną a poprzednią władzą ma rozstrzygnąć prokurator, którego przełożonym jest polityk PiS - mówi Krzysztof Parchimowicz, były szef Prokura­tury Apelacyjnej, przez lata zajmujący się przestęp­czością zorganizowaną w Prokuraturze Generalnej, teraz pracujący w tzw. rejonie. Zapewne najpierw PiS zamierza podporządkować władzy wykonaw­czej również sądownictwo, ostatecznie likwidując w ten sposób trójpodział władzy.
   Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia (z łac. prawo przede wszystkim) przestrzega dziś swych kolegów przed skutkami instrumentalnego podejmowania śledztw, przed pokusą wywierania wpływu na przebieg postępowań sądowych i orzeczenia sądów. Skupia ono niepokornych pro­kuratorów. Po dwukrotnej odmowie udało się je wreszcie za­rejestrować (prokurator okręgowy w Warszawie zażądał listy jego założycieli, podobne zainteresowanie prokuratury miało jego założycieli, podobne zainteresowanie prokuratury miał o miejsce wcześniej przy okazji rejestracji neofaszystowskiej grupy). Niedługo niepokorni będą mogli policzyć się na zjeździe. Ale prezes, którym jest właśnie prok. Krzysztof Parchi­mowicz, nie ma złudzeń: - Część z 6 tys. prokuratorów nie wykazuje się charakterem i jest podporządkowana władzy, a reszta, przybita obowiązkami, walczy jedynie o przetrwanie.
   W jaki sposób zaledwie w ciągu roku udało się prze­kształcić prokuraturę w posłuszny instrument polityczny? Właściwie banalnie: strasząc i degradując niepokornych, a posłusznym obiecując apanaże, awanse i władzę.

poniedziałek, 20 marca 2017

Mit miażdżącej przewagi



PiS ma miażdżącą przewagę nad polityczną konkurencją i będzie rządził przez 20 lat - taki przekaz wytworzony przez władzę coraz częściej jest powtarzany przez przeciwników rządzącej partii. Jak to się udaje?

Miażdżąca przewaga PiS” to obok „bez­nadziejnej opozycji” i „walki dwóch plemion” trzecia kluczowa fraza, jaką drużyna Kaczyńskiego z powodzeniem wtłacza w publiczną przestrzeń. Sformu­łowanie to pojawia się nawet w gazetach i portalach, które zasadniczo są wo­bec PiS bardzo krytyczne. Najwyraźniej uważa się to za stwier­dzenie faktu, co jest dużym sukcesem marketingu rządzących.
   Jeszcze rok temu z okładem, w miesiącach tuż po parlamentar­nych wyborach, często było wyrażane przekonanie, że co praw­da Platforma jest winna temu, że przegrała, bo popełniała błędy w rządzeniu i dała się przyłapać przy ośmiorniczkach, ale że w sumie była to raczej awaria, nieszczęśliwy zbieg okoliczności: fatalna kampania Komorowskiego, przelicytowanie przez lewicę z wyborczą koalicją (wyższy próg), pojawił się Adrian Zandberg, doszło 500 plus itp. PiS dostał w wyborach ok. 37 proc. i mówiło się wtedy, że to tylko 19 proc. uprawnionych do głosowania.
   Dzisiaj, kiedy PiS ma w sondażach 33-34 proc., a opozycja łącznie zazwyczaj więcej niż PiS, paradoksalnie zaczyna domi­nować - stymulowana przez władzę - teoria, że oto dokonuje się wielki kulturowy przełom, że PiS wyrósł na zmianie świadomości - globalnym zasięgu, w związku z tym może rządzić przez kilka kadencji. Samodzielna większość w Sejmie, uzyskana dzięki do­dającej mandatów zwycięzcy ordynacji (widać już, że za bardzo zniekształca ona realny układ sił), zamienia się w zbiorowej świa­domości w takąż większość w skali całego społeczeństwa. Wyglą­da to tak, jakby coraz bardziej bezwzględne rządy PiS wstecznie zmieniały ocenę tego, co wydarzyło się w 2015 r. Brutalność - pewność siebie stają się dowodami na trwałość i przełomowość.
   Dzieje się tak nie tylko w Polsce. Mówi się o trumpizacji Ameryki, o wręcz epokowej politycznej zmianie, chociaż to Hillary Clinton zdobyła o trzy miliony głosów więcej, a Trump, już jako prezy­dent, w sondażach dołuje. Ale karierę zrobiła teza o „wściekłości białych mężczyzn”, którzy dokonali w USA politycznej rewolucji. Jest tak również we Francji, gdzie mająca ok. 30 proc. poparcia prawicowa populistka Marine Le Pen budzi przerażenie u po­zostałych 70 proc. Jak w Polsce: jedna trzecia paraliżuje i wysysa siły z dwóch trzecich. Przypomina się stary dowcip, kiedy pięciu osiłków ustępuje na ulicy dwóm innym, a na pytanie, „dlaczego właściwe im ustępujemy”, pada odpowiedź: „bo ich jest dwóch, a my jesteśmy sami”.
   PiS 12 lat temu, kiedy pierwszy raz wygrywał wybory, miał ok. 29 proc. poparcia. Potem, pozostając w opozycji, regular­nie przekraczał 30 proc. Wielka kulturowa przemiana w 2015 r. rozegrała się zatem na poziomie zyskanych dzięki socjalnym obietnicom ok. 7-8 proc. wyborców, z których teraz kilka pro­cent nawet ubyło. Ale to właśnie obecnie pojawiają się opinie, że trzeba zmienić wszystko, że III RP się nie nadaje, że polski kapitalizm jest do zasadniczej korekty, dotychczasowe elity muszą spokornieć (te nowe oczywiście nie zamierzają) itd. Mówi się o konieczności stworzenia nowego liberalnego języka, prostszego, bardziej dla ludu, żeby przekonać „miękkich zwo­lenników PiS”, niewrażliwych na konstytucyjne delikty. Sonda­żowe wyniki PiS pokazuj ą jednak, że da się z nim wygrać, nawet nikogo z tego elektoratu nie przeciągając na stronę liberalną.

niedziela, 19 marca 2017

Kaprysy i chaosy,Rewanż na Polsce,Nieobecność,Pałą go, a potem dyskutuj,Na przekór dobrym radom,Pomidorowy narciarz i Wycinki - przycinki


Kaprysy i chaosy

Szanowni Państwo, oto mamy przed oczami sy­multaniczne studium pokazujące wytrzymałość instytucji oraz ludzi w Ameryce i w Polsce.
   Trzy konteksty, wiele znaczących różnic, ale uderzające podobieństwa. Oto w obu krajach zamiast rządzenia mamy zarządzanie chaosem, a werdykty władzy wykonawczej sprowadzają się do nieprzewidywalnych z natury kaprysów, w Ameryce - najważniejszego człowieka na planecie, w Pol­sce - teoretycznie szeregowego posła, a w praktyce pana i władcy. Dokładniej - PANA.
   Oczywiście sformułowanie „zarządzanie chaosem” jest wewnętrznie sprzeczne i pozbawione sensu. Chaos jest efek­tem unicestwienia procedur, lekceważenia ludzi i pogardy dla kompetencji. Oznacza, że decyzje podejmowane są „od czapy”, bez konsultacji i racjonalnej analizy ich możliwych skutków. Dzisiaj ekspresowo zezwalamy na ścinanie drzew, jutro Pan ma kaprys i ogłasza, że wycinkę trzeba wstrzymać, minister od Rydzyka ogłasza, że wycinka jest OK, następu­je więc wstrzymanie wstrzymania wycinki. Pan ma kaprys, żeby rozwalić Trybunał Konstytucyjny, więc po wielomie­sięcznej demolce przypomina on kompletnie zdewastowa­ne pałacowe wnętrze. Podobnie stało się z TVP, podobnie za chwilę będzie ze szkołami, sądami i wszystkim innym, co dotknięte zostanie kaprysami Pana i wice-Panów.
   Na świecie nastąpił ostatnio wysyp przywódców o cechach psychopatycznych, narcystycznych i megalomańskich. Naj­lepiej widać to w miejscu, które przez dekady symbolizowa­ło stabilność - w Białym Domu. Kiedyś zamieszkiwany był przez Panów Prezydentów, dziś - przez Pana Kaprysa. Pan Kaprys określa politykę państwa za pomocą nocnych wpi­sów na Twitterze, które o poranku wywołują popłoch w rzą­dowych instytucjach. Mr. Kaprys w przerwach między grą w golfa a organizowaniem dla znajomych wycieczek po Air Force One ogłasza, że nie jest już za polityką „jednych Chin”, po czym dochodzi do wniosku, że jednak jej sprzyja. W ponie­działek wspiera rozwiązanie bliskowschodniego problemu w postaci dwóch państw, izraelskiego i palestyńskiego, by we wtorek ogłosić, że to już nieaktualne. Plan rozwiązania kon­fliktu na Ukrainie przedstawiają mu jego osobisty prawnik, jakiś ukraiński deputowany i znajomy Kaprysa, amerykań­ski biznesmen urodzony w Rosji. Wszystko ponad głowami i obok Departamentu Stanu czy Rady Bezpieczeństwa Naro­dowego. W wolnych chwilach Kaprys prowadzi jeszcze woj­nę z mediami, które ogłasza „wrogiem ludzi”. Gdy po wpadce z siedzącym w kieszeni Rosjan trzytygodniowym szefem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generałem Flynnem, no­minację dostaje generał McMaster, przytomni ludzie szukają nadziei, że może nie jest tak źle, jak jest. W tym czasie profe­sor Brzeziński pisze desperacki tekst wzywający Kaprysa do przedstawienia jakiegokolwiek spójnego pomysłu na politykę zagraniczną. Takiego pomysłu Kaprys rzecz jasna nie przed­stawi. Bo przecież on nie jest Mr. Systematycznym, tylko Mr. Kaprysem.

sobota, 18 marca 2017

Radio San Escobar



Wybory prezesa Polskiego Radia przypominają latynoską telenowelę z elementami barejowskiej klasyki w stylu łubu-dubu. Koniec niby bliski, ale od zwrotów akcji kręci się w głowie.

Grzegorz Rzeczkowski

Wydarzenia biegły zgodnie z planem do piątkowego wieczora 17 lutego. Dzień wcześniej Barbara Stanisławczyk-Żyła została wy­brana na czteroletnią kadencję prezesa PR głosami trójki członków RMN z nominacji PiS (pierwszy raz na to stanowisko została wybrana przez nową władzę rok temu). Ak­cja gwałtownie przyspieszyła następnego dnia po południu, gdy stara/nowa prezes (dziennikarka, geodetka z wykształcenia) złożyła dymisję. Do dziś o jej przyczynach niczego poza plotkami nie wiadomo. - Szok ogromny, bo zaledwie dzień wcześniej Stanisławczyk chodziła z anteny na antenę, udzielając wywiadów. Zachwycona, fe­towana, opowiadająca o planach, choć też narzekająca, że Rada odwołała jej wiceprezesa - mówi dziennikarz z radiowej centrali przy ul. Malczewskiego.
   Oburzenia nie krył Krzysztof Czabański, który decyzję Stanisławczyk nazwał i i to na łamach wrogiej przecież „Gazety Wyborczej” - „nieprzyjemnym zasko­czeniem”, dodając, że „nie wystawia jej samej dobrego świadectwa jako menedżerowi”. W sumie Czabański powinien mieć pretensje sam do siebie, bo to on razem z pozostałymi członkami RMN mia­nowanymi przez PiS i Kukiz’15 za plecami Stanisławczyk powo­łali nowego wiceprezesa PR, związanego do niedawna m.in. z „Do Rzeczy” i „Wprost” Mariusza Staniszewskiego.
Można usłyszeć wiele głosów, we­dług których prezes początkowo nie za bardzo się tym przejęła, ale gdy zorientowała się, że Staniszewski nie da się wziąć pod obcas, „bezpieczni­ki puściły” i obrażona w swoim stylu trzasnęła drzwiami.
   To jeszcze nie był koniec zwrotów akcji w tym serialu. 1 marca do Rady Mediów Narodowych wpłynął list podpisany przez przewodniczących komisji międzyzakła­dowej Solidarności Polskiego Radia. Ewa Kuczyńska i Edward Pikula poprosili w nim szefa Rady o „udzielenie wsparcia Pani Prezes w dalszej misji kierowania radiem”. Treść bliska jest monologu trenera drugiej klasy Wacława Jarząbka z „Misia” Barei: „Piszemy o poparciu dla naszej Pani Prezes, bo jesteśmy pewni, iż zapowiedź jej rezy­gnacji nie wynika z chwilowego impulsu czy nastroju, a z wnikliwej analizy sytuacji w Spółce i obok niej. Z naszych nieformal­nych rozmów z Panią Prezes wynika, że jest jednak gotowa wziąć na swoje barki ciężar kierowania Polskim Radiem mimo wszyst­ko, mimo zapowiedzi odejścia. Mamy wra­żenie, że Pani Prezes nie spodziewała się na­szego poparcia i podbudowana rozmowami z pracownikami Radia chce spróbować sił”.

piątek, 17 marca 2017

List od naczelnika



Domagający się politycznych instrukcji prokurator, interwencja poselska prezesa PiS i agenci CBA tropiący przelewy dla Marty Kaczyńskiej. „Newsweek” odsłania kulisy śledztwa przeciw Marcinowi Dubienieckiemu, byłemu zięciowi prezydenta.

Wojciech Cieśla Michał Krzymowski

Z Marcinem Dubienieckim spotykamy się w warszaw­skim hotelu Bristol. Kil­kadziesiąt metrów dalej, przy portrecie jego by­łego teścia i krzyżu ze zniczy, przema­wia prezes PiS. Jest mroźny piątkowy wieczór, przed pałacem prezydenckim trwają obchody 82. miesięcznicy kata­strofy smoleńskiej. Z głośników niesie się: - Zwyciężymy w tej walce, zdrajcy przegrają! Będą tu stały pomniki!
   Dubieniecki zapada się na skórzanej kanapie. Już nie należy do prezyden­ckiej rodziny - zaraz po wyjściu z aresz­tu wziął rozwód z Martą Kaczyńską - ale wciąż coś go ciągnie do okolic pałacu. W kamienicy po drugiej stronie Krakow­skiego Przedmieścia ma apartament, ku­pił go jeszcze przed zatrzymaniem od byłego wiceministra skarbu w rządzie Platformy Pawła Tamborskiego.
   Mimo14-miesięcznej odsiadki nie wy­gląda na strapionego. Przeciwnie, jest pewny siebie, rześki. Podczas poby­tu w areszcie rozrósł się w ramionach i - jak twierdzi - przeczytał 130 ksią­żek. Po wyjściu wrócił do dawnego ży­cia i do dawnych biznesów, głównie w nieruchomościach. Ciążący na nim za­rzut kierowania grupą przestępczą nie przeszkadza mu w interesach. Podczas godzinnego spotkania zdąży telefonicz­nie skonsultować kontrakt i umówić podpisanie aktu notarialnego.
   Marcinowi Dubienieckiemu ciąży co innego: prokuratura nie chce mu oddać paszportu.

czwartek, 16 marca 2017

Pierwszy etatysta IV RP



Mateusz Morawiecki trafił do rządu, by przekonać biznes, że PiS nie jest ekipą politycznych radykałów, ale wyrósł na głównego ideologa tego gabinetu. Ma się za twardego antykomunistę, jednak cofa nas do PRL

Renata Grochal

Jest szczupły, ale jego znajo­mi śmieją się, że dłonie ma wielkie jak rakiety tenisowe. Gdy koledzy w podstawówce dokuczali mu z powodu ojca, którego SB ścigała za działalność opo­zycyjną, potrafił przyłożyć. Do Korne­la Morawieckiego, legendy PRL-owskiej opozycji, twórcy Solidarności Walczącej, ma stosunek nabożny.
   - Mateusz Morawiecki jest ugrzeczniony. Ale ojca będzie bronił do upad­łego - mówi znajomy wicepremiera. To właśnie tym współpracownicy ministra rozwoju i finansów tłumaczą jego kom­promitację w wywiadzie dla Tima Se­bastiana w telewizji Deutsche Welle. Morawiecki wie, że wyszło fatalnie. Gdy Sebastian zacytował słowa Kornela, że „prawo nie jest święte, nad prawem jest dobro narodu”, próbował ojca bronić. Brnął w karkołomną tezę, że w nazistow­skich Niemczech prawo było skrupulat­nie przestrzegane. Ale prawda jest inna i Morawiecki jako historyk powinien to wiedzieć. Po dojściu do władzy Hitler przejął kontrolę nad wymiarem spra­wiedliwości (jak dziś próbuje to zrobić PiS), a jego wola stała się najwyższym prawem.
   Na uwagę Sebastiana, że Polska to nie nazistowskie Niemcy, odparł, że nie tyl­ko prawo jest ważne, ważna jest też spra­wiedliwość. Twierdził, że przez ostatnie ćwierć wieku tej sprawiedliwości było u nas za mało. W ustach człowieka, który dorobił się milionów, pracując u zagra­nicznych właścicieli polskiego banku, zabrzmiało to fałszywie.
   Wicepremier zapewnia, że porówna­nia do nazistowskich Niemiec nie żału­je. „Bezrefleksyjne podejście prawnicze, oderwane od wartości, którym prawo po­winno służyć, jest drogą donikąd” - prze­konuje w e-mailu, bo z „Newsweekiem” spotkać się nie chce.
To pierwszy minister finansów po 1989 r., którego bardziej obchodzą ideolo­giczne debaty niż stan gospodarki. Ale sze­fowej Kancelarii Premiera Beacie Kempie to nie przeszkadza: - Mówi to, co myśli. To wielki patriota. Kocha Polskę. Sam fakt, że przeszedł do rządu z biznesu, gdzie osiągnął wielki sukces, o tym świadczy.

środa, 15 marca 2017

Kompleks Donalda i Europejska fuszerka prezesa



Kompleks Donalda

Majestatycznie, z papierosem w palcach, przechadza się po sali. Podąża za nim asystent z talerzykiem na popiół. Takie wspomnienie zostawił po sobie w PO europoseł Jacek Saryusz-Wolski. Człowiek powszechnie ceniony, ale niezbyt lubiany

Michał Krzymowski

Decyzja o wystawieniu kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego zapadła w warszaw­skim mieszkaniu europosła PiS Ryszarda Czarneckiego. Spotkanie odbyło się w trzy pary oczu: kandydat, gospodarz i prezes PiS Jarosław Kaczyński. - Saryusz był jak jabłko na drzewie. Wystarczyło podejść i je zerwać, nic trudnego. Cały transfer w pojedynkę przygoto­wał Czarnecki - twierdzi europoseł PiS.
   Skoro wszystko poszło tak gładko, to dlaczego skończyło się tak marnie? Zanim polski rząd zaczął zabiegać o poparcie dla swojego kandydata na szefa Rady Europejskiej, tajny plan wy­ciekł do mediów. Jacek Saryusz-Wolski przez pierwsze dwa dni odmawiał komentarza, a gdy już wszystko potwierdził, nie wpuszczono go nawet na posiedzenie Rady Europejskiej. W efekcie głosowanie zakończyło się blamażem polskiego rządu. - Szkolny błąd. Jeden z naszych dyplomatów użył nazwi­sksa Saryusza-Wolskiego na spotkaniu z prezydencją maltańską, £ w którym uczestniczył jeden z członków gabinetu Donalda
Tuska. Jego ludzie natychmiast wypuścili to do „Financial Timesa” i spalili temat - przyznaje współpracownik prezesa PiS.

wtorek, 14 marca 2017

Zjazd prezydenta


Gdy Europa decyduje o swojej przyszłości, polski prezydent jeździ uśmiechnięty na nartach. Andrzej Duda przegrał politycznie nawet z Witoldem Waszczykowskim. Państwo straciło głowę

Renata Grochal, Aleksandra Pawlicka

To nie jest poważny polityk. Jedyne, co udowadnia, to, że jest niegodny swej roli. Ja w takiej sytuacji postę­powałbym zupełnie ina­czej - nie kryje oburzenia Lech Wałęsa.
   - Mamy prawo mówić o rozczarowaniu i o tym, co jest najgroźniejsze: osłabie­niu konstytucyjnej roli prezydenta - do­daje Aleksander Kwaśniewski. Obaj byli prezydenci są przekonani, że w sytuacji, gdy w Europie toczy się kluczowa batalia o przyszły kształt Unii, widok prezydenta na stoku narciarskim jest oburzający.
   Polityk ze ścisłych władz PiS, zapytany przez „Newsweek”, dlaczego w rozgryw­ce o stanowisko szefa Rady Europejskiej prezydent nie zabiera głosu, odpowiada z ironią: - Jak to? Przecież widziałem, że przyszedł dać oscypki Jarosławowi Ka­czyńskiemu. O sorry, to nie był film doku­mentalny, tylko „Ucho prezesa”.

wtorek, 28 lutego 2017

Biuro narodowo-rządowe



Po wypadku limuzyny premier Beaty Szydło opozycja oskarżyła o nieprofesjonalizm Biuro Ochrony Rządu. I zdziwiła się, kiedy PiS przyłączył się do narzekań, ogłaszając, że zamierza stworzyć w miejsce BOR Narodowe Służby Ochrony.

Przekaz wydaje się niejasny. Z jed­nej strony politycy PiS bronią funkcjonariuszy BOR z konwoju, który miał wypadek w Oświęci­miu, bo, jak twierdzą, nawet bez wyroku wiadomo, że sprawcą był młody kierowca seicento (co akurat nie jest ta­kie pewne). A jednocześnie zaraz po tym zdarzeniu najpierw prezes PiS Jarosław Kaczyński, a po nim minister Mariusz Błaszczak i jego zastępca Jarosław Zie­liński ogłaszają, że w BOR panuje „zbyt niski stopień dyscypliny” i niezbędna jest reforma. - Połączyli do kupy oponę w sa­mochodzie prezydenta, wariacką jazdę Macierewicza i wypadek pani premier. No i mają pretekst, którego szukali. Będą robić kolejną rewolucję - mówi nam były oficer BOR. - Zarzucanie chłopakom z Biura bra­ku dyscypliny to ściema, która ma ukryć prawdziwy powód tych zdarzeń.
   Tym powodem, według naszego roz­mówcy, są ambicje ochranianych polity­ków. - Wszystko wiedzą najlepiej i zawsze się spieszą, poganiają. A swoich ochronia­rzy traktują jak kamerdynerów, którym wydaje się polecenia i oczekuje, że bez dyskusji je wykonają.
A reforma? To parawan, aby w miejsce BOR stworzyć kolejną służbę pracującą dla jednej formacji, prywatną agencję ochrony PiS.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Fatalne



Kochanki, zdradzone żony, uwiedzione posłanki, wykorzystane pracownice. Kobiety uwikłane w głośne polityczno-seksualne skandale. Jak widzą swoją rolę po latach? Jaką zapłaciły cenę?

Najgłośniej było o Anecie Krawczyk. W 2007 r. publicznie oskarżyła czołowych polityków rządzącej wówczas partii Samoobrona o wy­korzystywanie seksualne kobiet. Powiedzia­ła, że ojcem jej dziecka jest Stanisław Łyżwiński. Przeprowadzono badania genetyczne, które tego nie potwierdziły. „No to się zaczę­ło. Jeśli przed wynikami byłam ledwie szmatą, co zdradziła partię, to po badaniach dziwką, która szuka ojca dla dziecka” opowiadała w wywiadzie w 2008 r. Dziś w jej rodzinnym Ra­domsku ludzie mówią: nasza Anetka. Ich zdaniem, skoro naj­ważniejsi politycy w kraju powtarzali, że kobieta kłamie, a ona konsekwentnie powtarzała to samo, to znaczy, że to ona miała rację. Do tego świetnie wychowała córki, znalazła pracę w księ­gowości, skończyła psychologię biznesu, założyła własną firmę.
   Ludzie podkreślają, że na ulicy widać ją uśmiechniętą, ener­giczną. Szczególnie teraz, kiedy biega po mieście z wózeczkiem.
- Jestem szczęśliwa - mówi Aneta Krawczyk. - Partner pracuje za granicą, mamy 11-miesięcznego synka. Dwie starsze córki są już dorosłe. Najstarsza studiuje ekonomię i mieszka w Anglii, młod­sza kończy technikum weterynaryjne, chce zdawać na anglistykę. Najmłodsza skończyła 14 lat, chodzi do gimnazjum.
   Na początku nie było różowo. Po wybuchu afery „praca za seks”, kiedy do Radomska zjechali dziennikarze, ludzie się podzielili. Aneta Krawczyk przyznaje, że kiedy Andrzej Lepper zaczął doma­gać się odebrania jej dzieci, „skoro nie wie, kto jest ojcem córki”, była bliska załamania. Sama, bez pracy, pozbawiona anonimowo­ści (bo tuż po publikacji „Gazety Wyborczej” Andrzej Lepper zwo­łał konferencję prasową i podał jej dane), nie poradziłaby sobie. Na szczęście pojawiły się inne kobiety. - Pierwsza zadzwoniła Ka­tarzyna Kądziela, wtedy współpracowniczka wicepremier Izabeli Jarugi-Nowackiej, dziś dyrektor fundacji jej imienia - wspomina.
- Potem Joanna Piotrowska, Aneta Czerwińska z Feminoteki i wie­le innych. Dały wsparcie psychologa, prawnika. No i co najważ­niejsze, były na rozprawach. Katarzyna Kądziela siedziała obok, trzymała za rękę.
   Łyżwiński mówił w mediach, że „wycisną ją jak cytrynę i zo­stawią”, ale było inaczej. Wychowawca jednej z córek, miejscowy działacz PiS, zajął się dziewczynkami jak dobry pedagog, a nie polityk. Potencjalni pracodawcy nie patrzyli przez pryzmat afery, przypuszczali, że będzie pracować dwa razy ciężej, żeby udowodnić, że zasłu­guje na zaufanie. Potem mówili z uznaniem: dzielna ta nasza Anetka. Na adres reprezen­tującej ją nieodpłatnie mecenas Agaty Kalińskiej-Moc zaczęły przychodzić listy od kobiet molestowanych w pracy. - Ja miałam szczę­ście: organizacje kobiece same się do mnie zgłosiły. Przeciętna szara myszka, upoko­rzona, zawstydzona i zastraszana, nie wie, gdzie ich szukać - mówi. - Kontaktowałam je z Kasią Kądzielą, ale też sama do nich dzwo­niłam, jak do bohaterki równie głośnej afery w olsztyńskim magistracie, gdzie pracownice oskarżyły prezydenta miasta o molestowanie.
Kobieta, która powiedziała o tym w mediach, padła ofiarą gwałtu, będąc w ciąży. A potem już jako Aneta, a nie bohaterka seksafery, za­częłam jeździć na manify i spotkania ruchów kobiecych. Na razie, ze względu na dziecko, jest częściej w domu, wzięła urlop wycho­wawczy, ale październikowego czarnego marszu nie odpuściła.
   Andrzej Lepper i Stanisław Łyżwiński nigdy nie odpowiedzieli za „przyjmowanie korzyści o charakterze seksualnym”. Andrzej Lepper popełnił samobójstwo. Postępowanie karne wobec Łyżwińskiego zostało zawieszone ze względu na jego ciężki stan zdrowia.

niedziela, 26 lutego 2017

Struktura zła,Mateusz, Adolf i prawo, Czołem, panie Bartłomieju!, Dymy z pisowskiego silnika, Nasza kołderka i Port macierzysty



Struktura zła

Wypadek premier Szydło wiele mówi o naszym państwie, ale o niebo więcej mówi o nim wszyst­ko to, co stało się po tym zdarzeniu.
   Ostatnie miesiące pokazały, że wypadki to nie przypad­ki. U ich źródeł jest coś zdecydowanie poważniejszego niż zwykłe polskie niedbalstwo, „jakośtobędzizm” i „zmieś­cisz się”. Rozmaite, wcale nie drogowe, wypadki są bowiem w państwie PiS normą. Państwo dobrze funkcjonujące wymaga szacunku dla instytucji, prawa, procedur i kom­petencji. Państwo PiS instytucje niszczy, prawo depcze, procedurami gardzi, a kompetencje lekceważy - wyma­gana jest bowiem lojalność wobec partii, a nie profesjo­nalizm, z którym w parze zawsze idzie nielubiana bardzo w państwie PiS niezależność.
   Gdy reguły są unieważniane, a fachowcy lekceważe­ni, wypadki muszą być. I nie są żadnymi przypadkami. Mamy więc destrukcję w armii, w której w efekcie „wy­padku” znikają najwybitniejsi oficerowie. Mamy destruk­cję w prokuraturze, w której nagradzana jest wierność. Destrukcję w Trybunale Konstytucyjnym, a za chwilę w sądach. W urzędach, a za chwilę w oświacie. W dyplo­macji, a za chwilę w samorządach. Łatwo było zniszczyć publiczne media i dokonać w nich czystek. Trudniej było stworzyć choć jeden wartościowy i oglądany program. Mi­strzowie destrukcji nie potrafią tworzyć. Umieją wyłącz­nie niszczyć. W demolowanym państwie wypadki stają się normą. Te drogowe z udziałem rządowych limuzyn po pro­stu widać lepiej niż wypadki instytucji, które się walą, bo zburzono w nich ściany nośne.

sobota, 25 lutego 2017

Diabelskie poczucie bezsilności



Polacy, niestety, nie lubią Polaków. W tym sensie Jarosław Kaczyński jest arcypolski - mówi Olga Tokarczuk

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK Znowu depcze pani wła­dzy po piętach.
OLGA TOKARCZUK: Ja? Jestem kom­pletnie pozbawiona temperamen­tu politycznego. Po prostu mówię, co myślę, i piszę o tym, co wydaje mi się ciekawym, poszerzającym horyzon­ty doświadczeniem. A że czasami oka­zuje się to tematem politycznym - na to nie mam już wpływu. Książka „Pro­wadź swój pług przez kości umarłych”, na podstawie której powstał wchodzący właśnie na ekrany film Agnieszki Hol­land „Pokot”, została napisana osiem lat temu.
Prawica okrzyknęła już ten film antychrześcijańskim i wzywającym do ekoterroryzmu.
- Znowu zaskoczenie, bo kto by przy­puszczał, że zamach nowej władzy na środowisko naturalne i fakt, że mini­ster środowiska jest myśliwym, sprawi, że opowieść o zemście zwierząt oka­ że się historią polityczną? Tak samo było z „Księgami Jakubowami”: gdy­by powstały dziesięć lat temu – a była taka możliwość – zostałyby zupełnie inaczej przyjęte. Teraz wstrzeliły się w bardzo aktualny kontekst polityczny, bo dotknęły lęku przed obcym i weszły w rezonans z nową polityką kulturalną prowadzoną przez władzę.
Na czym polega ta polityka?
- Na tworzeniu jakiejś alternatywnej hi­storii, która wyciąga tylko te fakty, któ­re pasują do pewnej ideologicznej wizji. Budowanie na kłamstwie, na przekła­maniach, niedomówieniach oraz wypie­ranie faktów i jawne im zaprzeczanie tworzą fałszywą, płytką tożsamość, która prowadzi do totalnej nerwicy i zaburzeń.
Jesteśmy zaburzonym społeczeństwem?
- Chyba tak. Jesteśmy społeczeństwem, które nie potrafi przyznawać się do błę­dów, a więc trudno się uczy. Uczenie się na własnych błędach to najszybszy i najbardziej skuteczny sposób ucze­nia się. My zaś błędy i porażki w neuro­tyczny sposób przekuwamy w sukcesy -jesteśmy dumni z nieudanych powstań, z przegranych bitew, z niedotrzymanych obietnic. Dziwne. Przecież przyznanie się do błędów ma funkcję oczyszczają­cą, niesie ulgę, daje szacunek do siebie i poczucie sprawczości. Tym bardziej że - powiedzmy szczerze - wspólnoty czy­ste, niewinne i całkowicie bezgrzeszne nie istnieją. Tak jak nie istnieje jedna, je­dynie słuszna wersja historii. Zawsze są w niej dokonania i heroiczne, i wstyd­liwe. Człowiek, który chce widzieć swoją historię wyłącznie jednowymiarowo, jest człowiekiem o ograniczonych horyzontach.
Jesteśmy dziś świadkami pisania histo­rii Polski na nowo, obalania starych bohaterów i kreowania w ich miejsce nowych.
- To prawda. Ale przecież historia to ciągły proces odczytywania faktów, ich znaczeń i konsekwencji. Trzeba pa­trzeć na nią z różnych punktów widze­nia i dopiero łącząc je, tworzyć możliwie najszerszą i możliwie najprawdziwszą opowieść. Dlatego nie można zakon­traktować w pamięci zbiorowej tylko jednego punktu widzenia, nie mówiąc już o kreowaniu niezgodnych z faktami mitów. W Polsce jesteśmy jednak przede wszystkim świadkami nie tyle narzuca­nia jednej, co współistnienia osobnych wizji historii.

piątek, 24 lutego 2017

Atak na obrońców



Adwokaci, synowie znanych obrońców działaczy KOR i Solidarności w PRL, bronią przedstawicieli antypisowskiej opozycji. Za co są szykanowani. Tak jak kiedyś ich ojcowie.

Agnieszka Sowa


Mecenas Jacek Dubois, syn zmarłego niedawno Ma­cieja Dubois, legendy polskiej palestry, właśnie dowiedział się, że I za­stępca prokuratora generalnego Bogdan Święczkowski wniósł o wszczęcie prze­ciwko niemu postępowania dyscyplinar­nego za nadużycie wolności wypowiedzi. Przewinienie mecenasa to stwierdze­nie, że decyzje dotyczące Józefa Piniora są polityczne i nie zapadają w Poznaniu.
- Historia zatacza koło - mówi mece­nas Dubois. - Niedawno wyszła książka Anieli Steinsbergowej „Widziane z ławy obrończej”, która opisuje, jak w latach 70. władza rozprawiała się z adwokaturą. Dyscyplinarki, próby usunięcia z zawodu pod pretekstem zaawansowanego wieku, niekompetencji. Mechanizm odżył w stanie wojennym. Potem ponad 30 lat spokoju. I znów się zaczyna.
   Identyczny wniosek o postępowanie dys­cyplinarne przyszedł do Naczelnej Rady Adwokackiej w sprawie mecenasa Romana Giertycha. Zarzut ten sam, nawet z tą samą datą. W tamtym przypadku chodzi o wypo­wiedzi na temat kłamstwa smoleńskiego ministra Antoniego Macierewicza i ekshumacji, które adwokat uznał za próbę prze­wlekania śledztwa w sprawie katastrofy.
   Takie pojedyncze dyscyplinarki mogą nie być wystarczająco skutecznym narzę­dziem dla władzy, która nie kryje, że chce się rozprawić z całą uprzywilejowaną „ka­stą prawników”. Adwokackie sądy dyscy­plinarne, które mogą rozpatrywać wnioski o ukaranie przedstawicieli palestry, są nie­zawisłe. Wyboru prezesów oraz członków obu instancji sądów dyscyplinarnych do­konują sami adwokaci, w tajnych głosowa­niach i przy nieograniczonej liczbie kandy­datów. - Jednak pojawiają się informacje, że w Ministerstwie Sprawiedliwości rozwa­ża się odebranie adwokaturze sądownictwa dyscyplinarnego i przekazanie go do jakiejś izby powoływanej w sposób polityczny, co na końcu oznacza, że każdego adwokata pod jakimkolwiek zarzutem będzie można zdyscyplinować albo wręcz usunąć z zawo­du - mówi mecenas Jakub Wende, syn me­cenasa Edwarda Wende, obrońcy księdza Jerzego Popiełuszki, a później oskarżyciela posiłkowego w procesie jego zabójców. Adwokaci nie mają wątpliwości, że tylko pełna samorządność sądownictwa dys­cyplinarnego gwarantuje adwokatom im­munitet. Wówczas mogą odważnie występować, nie obawiając się rządzących. Nie kryją: boją się podobnego rozwiązania, jakie PiS przedstawił niedawno w kwe­stii sędziów.
   Rządowy pomysł na zmiany w sądow­nictwie przewiduje powołanie przy Sądzie Najwyższym swego rodzaju Izby Ludowej, której członkowie, nominowani przez po­lityków, mogliby usuwać niepokornych sędziów. - Każda władza, która zaczyna naruszać prawa obywatelskie, natychmiast uderza w adwokatów -mówi Jacek Dubois.
- Stosunek do adwokatury jest takim sej­smografem demokracji. Jakub Wende do­daje, że demokracja to stan równowagi między trzema władzami: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Wszystkie mu­szą być od siebie niezależne i kontrolować się nawzajem. Stojący dziś na czele war­szawskiej rady mecenas Mikołaj Pietrzak to adwokat od lat współpracujący z Funda­cją Helsińską i wieloletni przewodniczący Komisji Obrony Praw Człowieka przy Ra­dzie Adwokackiej. - Jesteśmy więc świetnie przygotowani na te złe czasy - mówi Jacek Dubois. - Bo dziś, jak w PRL, prawo karne staje się narzędziem walki politycznej.
   Jacek Dubois pamięta, jak jego ojciec, w stanie wojennym dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, walczył nie tylko o poszczególnych adwokatów (kiedy aresztowano mecenasa Bednarkiewicza, gdy były próby wszczęcia postępowań dys­cyplinarnych przeciwko Edwardowi Wen- de czy mecenasowi de Virion), ale przede wszystkim o utrzymanie niezawisłości adwokatury 14 grudnia 1981 r. Warszaw­ska Rada Adwokacka w specjalnej uchwale potępiła stan wojenny W grudniu 2016 r. ta sama rada publikuje sprzeciw wobec ko­lejnych zmian regulacji prawnej dotyczącej ustroju Trybunału Konstytucyjnego, potem deklarację pomocy w zbudowaniu zasad funkcjonowania dziennikarzy na terenie Sejmu w sposób, który nie naruszałby kon­stytucyjnych praw obywatelskich, a w lutym stanowisko w sprawie niezależności sądów jako fundamentu ochrony praw i wolności.