sobota, 9 lipca 2016

Ostatni dzwon, Straszne dziadki i Królestwo za chama



Straszne dziadki

Cudowne, co przynoszą czasy wolnej, nieskrę­powanej myśli. Nasza żulia w mig pojęła syg­nał płynący od władzy i swobodnie głosi, kogo z dziennikarzy niepadających plackiem przed geniuszem Jarosława należałoby powywieszać, a wymiar sprawied­liwości również aluzju poniał i nie widzi w tych groź­bach niczego szkodliwego. Ma się ten czujnik w głowach. Z kolei żulia angielska rozochocona brexitowym referen­dum przestała się wstydzić i dalejże wygrażać polskiemu robactwu i posyłać je won.
   Tylko wrodzone i silne poczucie ironii pozwala mi się cieszyć szpagatami myślowymi i retorycznymi na­szej władzy i jej propagandystów, którzy z jednej strony z trudem powstrzymują (albo nawet się tym nie kłopo­czą) radosny i mściwy uśmiech z powodu Brexitu (dobrze eurokratom, lewakom i Tuskowi!), a z drugiej zapowie­trzają się z oburzenia, że ktoś chce zrobić kuku rodakom na Wyspach. Jakby nie widzieli, że jedno wynika z drugie­go. Że ich podejście do polityki a la „na złość matuli wyjdę na mróz w koszuli” ma ponure konsekwencje dla Polski i Polaków, w tym, tak, również dla ich wyborców. Ale co tam, skoro można wbić szpilę Tuskowi, to co się będziemy zamartwiać, że Rzym płonie. Jest okazja, żeby ulać z sie­bie frustracji i wiecznego poczucia krzywdy, jest zabawa.
   A skoro tak, to idźmy śmiało dalej i zgłośmy projekt ustawy, zgodnie z którym zabronione będzie umieszcza­nie domów dziecka i pogotowia opiekuńczego razem z do­mami pomocy społecznej i starców. A skąd taki pomysł posłów PiS? Ano dlatego, że „dzieci wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny”. Nie robię sobie jaj, cytuję projekt ustawy. I dalej: „Funkcjonowanie w takim otocze­niu jest bardzo trudne dla osób dorosłych. Tym bardziej trudno uznać je za odpowiednie dla prawidłowego kształ­towania postaw i rozwoju emocjonalnego dzieci”.

piątek, 8 lipca 2016

Las dla księdza



Nad jeziorem, w gęstych olchach, lęgły się ptaki. Wiosną przyszła dobra zmiana: zamiast ptasich jaj przywiozła gruz. Teraz ksiądz biznesmen chce zbudować tam domki. Sprawa oparła się o prezydenta Dudę

Wojciech Cieśla

O Puszczy Boreckiej na Mazurach mówią, że to mała Puszcza Białowieska. Gęsta, dzi­ka, wybujała. Mówią też, że to serce Mazur - ponad 230 hektarów lasu takiego, któ­ry przez wieki zachował się bez wyraźnej ingerencji człowieka.
W nadleśnictwie Borek samych jezior jest około setki. Kto chce oddychać czystym, nieskażonym cywi­lizacją powietrzem, przyjeżdża tu na kemping, na łódki, na kwa­terę. Jezioro Wilkus nie jest największe, ale jest malownicze. Cichy zakątek. Ładne brzegi.
   W styczniu nad jeziorem pojawił się ksiądz. Bez rozgłosu, w osobie swojego energicznego pełnomocnika. Pojawił się zimą, a dziś, u progu lata, pojawieniem zajmują się kilkunastu urzędni­ków i trzy instytucje od ochrony przyrody.
   Plus policja.
Powód jest taki, że - według wszelkich znaków na niebie i na ziemi - ksiądz wraz z kolegą, czyniąc sobie ziemię poddaną, zrobił krzywdę przyrodzie.

DZIWNA DZIAŁKA
O nadleśnictwie borki w Kruklankach i Pozezdrzu mówią „pałac”. Gdy za rządów PO Lasom Państwowym groziło, że część zysków będą przekazywać do budżetu, ktoś sprytny wymyślił, żeby całą gotówkę po prostu powydawać. Zagrać na nosie mą­dralom z Warszawy. Dzięki temu nadleśnictwo Borki przeniosło się z piętrowego biurowca o skośnym dachu do prawdziwego pa­łacu a la dworek polski. Pałac czy dworek za prawie cztery mi­liony stanął nieco ironicznie, w szczerym polu, daleko od lasu. Wokół nie ma drzew. Na piasku przed pałacem o przetrwanie walczą kępki spłowiałej trawy.
   Do niedawna nadleśnictwem rządził P., do­świadczony leśnik. Okolica plotkuje, że był w partii albo zmieniał partie, albo że na fali do­brej zmiany wstąpił do PiS. Kiedy go o to pytam, P. tylko się śmieje: - Jedyny związek, do któ­rego należę i płacę składki, to Polski Związek Łowiecki.
   W styczniu 2016 r. P. kieruje nadleśnictwem. Prawo w lasach jest takie, że za wszystko, co dzieje się na jego terenie, odpowiada osobi­ście nadleśniczy Więc to P. 7 stycznia podpi­suje umowę: wydzierżawia 35 arów lasu nad brzegiem jeziora Wilkus. Umowę dzierżawną w imieniu księdza Witolda Józefa Gajdy, pro­boszcza parafii z Wołomina, podpisuje jego kolega i pełnomocnik Ernest Dzierżanowski.
Razem z jednym z leśników z sąsiedniego Giżycka oglądam mapę okolic jeziora. Dział­ka, którą wydzierżawił ksiądz, jest dziwna: wą­ska, długa, zarośnięta. Tuż przy brzegu. - To łęg - tłumaczy mój rozmówca. - Las, który rośnie tuż przy wodzie. Plotka o tym, że nadleśnictwo Borki wydzierżawiło jakieś tereny księdzu, szybko się rozniosła. Zachodziliśmy w gło­wę, dlaczego starał się o ten kawałek? Przecież mógł wziąć każdy inny, niezarośnięty, jakieś pole namiotowe albo coś innego.
   Nadleśniczy P. potwierdza: - Ile w tym czasie mieliśmy umów dzierżawy? Z 500. Dużo. Ten kawałek ziemi nie był jakoś atrakcyjny czy wyjątkowy.

czwartek, 7 lipca 2016

Lwice prawicy



One o prezesie Kaczyńskim mówią „nasz kot", ale to poufałość udawana. O nich mówi się: lwice prawicy. Bo są ostre, gotowe wydrapać oczy.

Elżbieta Turlej

Mińsk Mazowiecki. Pod biu­rem poselskim Krystyny Pawłowicz kolejka. Na­uczycielka z przedmieść Warszawy (w sprawie mobbingującej dyrektorki - lewaczki), bezro­botna spod Konika Nowego (kiedy dostanę mieszkanie komunalne?), sprzedawczyni na ćwiartkę etatu (czy to nie przypadek, że Boże Ciało przypada w Dniu Matki?). Drzwi do biura zamknięte. Kartka „Zaraz wracam”. Nauczycielka, ze zrozumieniem: -My, kobiety, marny tyle na głowie. Pewnie zakupy robi.
   Po godzinie asystentka otwiera drzwi. Na korkowej tablicy zdjęcie Pawłowicz z prezesem Kaczyńskim, czarno-biały plakat „Ku pamięci” ze zdjęciami ofiar ka­tastrofy smoleńskiej, fotografia śp. Lecha Kaczyńskiego z małżonką. Nad wszystkim Piłsudski. Prawdopodobnie olej. Profesor nie ma, ale są zapisy. Profesor przyjmie najszybciej we wrześniu-październiku. Na rozmowę czeka 90 osób. Profesor za­łatana. Pracuje w kilku komisjach. Na nic czasu nie ma. Nauczycielka ze zrozumie­niem: - Oddana sprawie. Bezrobotna: - W Sejmie niedosypia i niedojada. Sprze­dawczyni: - Od wyborów parlamentarnych widać znaki z nieba. Matka Boska mówi ustami kobiet polskich.
   Posłanka Pawłowicz, jeśli mówi, robi to w sposób mało parlamentarny, używając kolokwializmów, wulgaryzmów, naduży­wając słów ojczyzna i zdrajcy. Sam prezes Kaczyński podczas kampanii wyborczej w Ostrołęce zachwalał prof. Pawłowicz, że „bywa ostra, ale tacy ludzie są bardzo potrzebni, nie możemy się rozpływać w niejednoznacznych, nieostrych okre­śleniach”. Zdjęcie z Kaczyńskim z biura poselskiego powstało właśnie w Ostrołę­ce. Fotoreporter nacisnął migawkę, kiedy tuż po wspomnianych słowach prezesa prof. Pawłowicz podniosła w górę dwa palce w geście zwycięstwa.
   Przetarła szlak, ale ma już następczy­nie. Kobiety PiS. To cała galeria: trzy Be­aty - Szydło, Kempa, Mazurek. Joanna Lichocka. Elżbiety - Witek i Kruk. Berna­deta Krynicka. Ewa Stankiewicz. I wiele innych. Na ogół są agresywniejsze niż pisowscy mężczyźni, którzy w retorycznych utarczkach jakby zeszli na drugi plan. Radykalizują język, są napastliwe, przekra­czają granice. Chętnie zresztą są wysyłane na pierwszą linię frontu. Żadna partia nie ma dziś, ani nie miała, tak drapieżnych bojowniczek. Aleksandra Jakubowska, nazwa­na kiedyś „lwicą lewicy”, według dzisiejszej miary byłaby przedszkolanką.

środa, 6 lipca 2016

Kaczyński zmienia polaków na gorsze



Prezes PiS sztucznie narzuca nam konflikt. A nadzieja, że konflikt zmieni społeczeństwo, jest z gruntu bolszewicka - socjolog, mówi o swoim rozczarowaniu rządami Pis

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Długo wierzyła pani w Prawo i Sprawiedliwość i Jarosława Kaczyńskiego. Jest pani rozczarowana?
JADWIGA STANISZKIS: Czuję się głupio, bo nie przewidziałam, że to wszystko zajdzie tak daleko. W PiS jest mnóstwo ludzi, których cenię i szanuję. Ta partia miała lepsze niż PO zaplecze intelektu­alne, mam na myśli Klub Jagielloński,
Instytut Sobieskiego i różne fundacje.
Ludzi, którzy w nich pracowali, skusiła możliwość wejścia do polityki, niestety teraz są w większości zmarginalizowani, zdemoralizowani stanowiskami. Tro­chę mi głupio, bo powinnam była to przewidzieć.
Zna pani Kaczyńskiego od lat.
- Nie tyle go znam, ile obserwuję bardzo, bardzo długo. Ale nie utrzymuję z nim prywatnych kontaktów, bo po pierwsze jestem bardzo aspołeczna, nietowarzyska, a po drugie pracuję, a w domu mam pod opieką ciężko chorą osobę. Nie mam czasu na spotkania, a tym bardziej z po­litykami. Niczego nigdy od żadnej par­tii nie chciałam, w tym sensie jestem dla nich niepokojąca, bo oni uważają, że nie­zależność jest zagrożeniem. Prawie każ­dy jest do kupienia, a ja nie jestem. Cenię sobie moją wolność.
Prezes PiS z kolei podobno zawsze cenił pani zdanie.
- Nie wiem. Kontaktowałam się z nim głównie przez media, on jakoś reagował na to, co mówiłam. Ciągle cenię jego in­teligencję, ale widać, że on pogardza własnym zapleczem. My­śli, że ci ludzie wykorzystają jego słabość przeciwko niemu, i im nie ufa. A może po prostu polityka i tragedia smoleńska go zmieniły.
Kiedy po raz pierwszy poczuła pani, że Jarosław Kaczyński się zmienił?
- Zaskoczył mnie dopiero wtedy, kiedy zaczął konflikt z Trybu­nałem Konstytucyjnym. Jest jasne, że tzw. ustawa naprawcza, którą przygotowało PiS, miała na celu sparaliżowanie Trybu­nału. Uderzyło mnie to cwaniactwo, metoda tworzenia prawa polegająca na tym, że najpierw daje się jakiś projekt, a potem w komisjach się go zmienia, zaostrza jego zapisy. I potem się mówi, że to tymczasowe rozwiązanie, że później przyjdzie czas na właściwe. To manipulowanie prawem w imię nie wiadomo czego, nierozumienie, że instytucja niezależna, która potwier­dza decyzję większości, jest kapitałem dla tej większości, a nie ograniczeniem. To czysty bolszewizm.
Zdenerwowało mnie również, że Kaczyński otacza się byłymi PZPR-owcami i ludźmi, którzy mu się kiedyś narazili, typu Zio­bro czy Kurski, a teraz zrobią wszystko, by ponownie wkupić się w jego łaski. Nie podoba mi się takie instrumentalne roz­grywanie ludzi, łamanie ich, utrzymywa­nie w strachu. W PiS jest wielu wybitnych polityków, ale wyraźnie widać, że oni wie­dzą, iż muszą się teraz trzymać wyznaczo­nej przez prezesa linii.
I dlatego jak jeden mąż powtarzają argumenty mające uzasadnić odmowę publikacji wyroku Trybunału? Są zaślepieni czy świadomie kłamią?
- Nie wiem. Pamiętajmy, że zostali wy­brani tylko przez 18 procent Polaków uprawnionych do głosowania i gdyby nie to, że SLD nie wszedł do parlamen­tu, PiS też nie miałoby większości. To ich zaskoczyło. Oczywiście, chodziło im o wprowadzenie obietnic gospodarczych z kampanii, ale od razu uznali, że Trybu­nał Konstytucyjny będzie te zmiany blo­kował. I postanowili go sparaliżować, pozbawić niezależności.
Nie wolno robić takich rzeczy. To jest kwestia dobrego smaku, poziomu, stan­dardów rządzenia. A także wiary, że moż­na z sędziami Trybunału współpracować, że oni nie są wrogami.

wtorek, 5 lipca 2016

WyPiSani z Europy



Polska powoli znika z UE. To skutek rządowych działań i zaniechań

Aleksandra i Jacek Pawliccy

Czy mamy scenariusz na wy­padek Brexitu? - pyta polski urzędnik w Brukseli podczas spotkania z szefem MSZ Wi­toldem Waszczykowskim. W sali jest kilkudziesięciu eurokratów zatrudnionych w unijnych instytucjach.
   - Państwo zarabiacie tyle tysięcy euro, że nie pozwolicie, aby do tego doszło. Rozpad Unii nie jest w waszym interesie - ironizuje Waszczykowski.
   Spotkanie odbywa się miesiąc przed bry­tyjskim referendum. - Takiego poziomu ignorancji i arogancji jeszcze tu nie widzia­łem. Wyszliśmy z tego spotkania zażenowa­ni i przekonani, że Polska sama odsyła się na ławkę rezerwowych - mówi nasz rozmówca.

NIE BĘDZIE NIEMIEC ZAGLĄDAŁ NAM DO PORTFELA
Spotkanie odbyło się 23 maja w przedstawicielstwie polski przy UE w Brukseli. Dokładnie w tym sa­mym dniu, który Komisja Europejska wyznaczyła jako ostateczny termin na podjęcie przez polski rząd działań na­prawczych dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Trzy dni po słynnym wystąpieniu Beaty Szydło w Sejmie, gdy pani premier zarzuciła opozycji zamach na suwerenność Polski i pytała, czy „de­cyzje dotyczące Polski mają zapadać tu­taj, w Warszawie, czy gdzie indziej?”. Ten sam ton pojawił się w wystąpieniu Waszczykowskiego do Polaków z bruk­selskich instytucji: rząd PO sprzeniewie­rzył polską suwerenność w poddańczej polityce wobec UE i dlatego prioryte­tem rządu PiS jest zastąpienie uległości asertywnością.
   - W Polsce mamy czasami błędne przekonanie, że jako chłopskie społe­czeństwo jesteśmy skazani na poddań­stwo - mówił Waszczykowski. Przerwała mu jedna z urzędniczek: - Przepraszam, aleja mam chłopskie pochodzenie i je­stem z tego dumna. To pochodzenie dało mi upór w dążeniu do celu.
   Minister przez moment wydaje się zbity z tropu, ale po chwili kontynuu­je atak: - Unijne pieniądze, zwłaszcza środki pochodzące z polityki spójności, uzależniły Polskę od Brukseli na pokole­nia. Dobro kraju trzeba budować na ro­dzimym kapitale.
   Wśród zebranych w ambasadzie poru­szenie. Ktoś pyta, czy Polska byłaby w sta­nie zbudować bez unijnej pomocy szybką kolej. Budżet UE na lata 2014-2020 prze­widuje 376 miliardów euro na politykę spójności, która obejmuje infrastrukturę, ochronę środowiska, cyfryzację, projekty edukacyjne. Jedną piątą tej kwoty, czyli 82,5 mld, zapisano dla Polski. - Gdy bę­dziemy chcieli wybudować kolej dużych prędkości, to możemy skorzystać z po­mocy Chin. Chińskie pieniądze są równie dobre co niemieckie i nie będzie Niemiec zaglądał nam do portfela - odpowiada szef polskiej dyplomacji.
   -  To miał być chyba żart w stylu Wasz­czykowskiego, ale nie wzbudził śmie­chu - opowiada nasz rozmówca i dodaje: - Wypowiadanie takich sądów, nawet w żartach, to kompromitacja i dowód na kompletne niezrozumienie intere­su własnego kraju. Ten człowiek powi­nien nauczyć się trochę rozumieć świat, zanim otworzy usta.
   Witold Waszczykowski kończy spotka­nie w znakomitym humorze: - No i co? Nie taki ten pisior straszny, jak go malu­ją? - pyta retorycznie.
   - Przesłanie było jasne - mówi osoba, która uczestniczyła w tamtym spotka­niu. - Polski rząd nie ma innego pomy­słu na obecność Polski w UE, jak tylko budowanie oblężonej twierdzy i pozy­cjonowanie Warszawy w kontrze do Brukseli.
   - Biuro prasowe MSZ na pytanie o bruk­selskie wystąpienie ministra odpowia­da „Newsweekowi”: „Nie komentujemy spekulacji medialnych”.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kiedy Macierewicz kłamie i Koniec lustracji



Kiedy Macierewicz kłamie

Od polityków nie wymagajmy prawdy. Z KONRADEM RĘKASEM, mimowol­nym bohaterem ataku „GW” na ministra Antoniego Macierewicza, rozma­wia Rafał Pazio.

W jednym z Pańskich ostatnich wpi­sów na portalu społecznościowym po­jawiło się tłumaczenie strofy z wiersza Roberta Frosta o ciemnym lesie, dłu­giej drodze i potrzebie dotrzymywania obietnic. Czy to w nawiązaniu do arty­kułu w „Gazecie Wyborczej” o rzeko­mych związkach szefa MON Antoniego Macierewicza z byłym tajnym współ­pracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL Robertem Luśnią, w którym został Pan wymieniony? A może cytuje Pan wiersz w związku z „Brexitem”?
- To wiersz o podróży. Kto pamięta sensacyj­ne kino amerykańskie z lat siedemdziesiątych XX wieku, powinien kojarzyć, w jakim filmie ten wiersz się pojawia i do czego nawiązuje. Żart może to niezbyt wyszukany, ale niestety mam taką skłonność jak bohater filmu „Ży­cie jak sen”. Myślę serialami, myślę scenami z książek i filmów. Przywołana scena, w której pojawił się cytowany tekst, skojarzyła mi się z sytuacją w Polsce. Chociaż rzeczywiście je­stem w drodze i muszę kilka spraw w Polsce załatwić. Mam nadzieję, że również te, które przybliżą wyjaśnienie tych nieszczęsnych pu­blikacji w „Gazecie Wyborczej”.

Rozmawiamy w dniu, w którym już wiadomo, jaką decyzję podjęli Brytyj­czycy w referendum. Jak Pan zareago­wał na wiadomość o „Brexicie”?
- Wstrzymajmy jeszcze oklaski. Można zakładać, że eurobiurokraci i establishment brytyjski coś wymyślą, żeby utrudnić „Brexit”. Premier Cameron zapowiedział dymisję, ale nie od razu, tylko w ciągu trzech miesięcy. To pokazuje, że ciężko jest im się pogodzić z wynikiem. Fakt, że przewaga zwolenników „Brexitu” jest dużo mniejsza niż jeszcze ty­dzień temu, pokazuje, jaki skutek przyniosło wyeksploatowanie medialne śmierci Jo Cox. Gdyby nie bardzo nachalna propaganda wo­kół tej śmierci, zwolennicy „Brexitu” wygrali­by ze znaczną przewagą. Byłem na Wyspach Brytyjskich, obserwowałem kampanię z bli­ska. Przewaga zwolenników wyjścia z Unii była zdecydowana. Dopiero ostatni tydzień po śmierci Cox przewagę zmniejszył. Wynik jest dla Polski optymistyczny. Osłabia Unię, nie wzmacnia Niemiec, wbrew różnym opi­niom. Cała Unia jest narzędziem polityki nie­mieckiej, więc osłabienie Unii, tak czy siak, Polsce pomaga i jest dobrym rokowaniem na przyszłość.
Jest też w jakimś sensie wyrokiem podpisa­nym pod losem Zjednoczonego Królestwa.
Minimalna przewaga zwolenników „Brexitu” na całych Wyspach przy dużej przewadze zwo­lenników pozostania w Unii w Szkocji zapowia­da, że w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się odłączenia Szkocji od Zjed­noczonego Królestwa, czyli rozpadu Wielkiej Brytanii. To z kolei jest korzystne, gdyż osłabia Londyn jako pewien element polityki amery­kańskiej, prowojennej i agresywnej, która też Polsce zagraża. Wyniki są korzystne dla Pol­ski. Ja akurat obudziłem się dzisiaj z dużym zadowoleniem. Chociaż przez ostatnie dni obawiałem się, że po tym nieszczęsnym tak zwanym zamachu na Cox może być gorzej. Spora część Polaków głosowała bardzo od­powiedzialnie, czyli za wyjściem. Dobrze to świadczy o naszych rodakach na Wyspach.

Wróćmy jednak na nasze podwórko. Politycy obecnej opozycji z radością przyjęli wiadomość, że wspomniany wyżej artykuł w „Gazecie Wyborczej” uderza w mit Antoniego Macierewicza. Jak Pan podchodzi do tej kwestii?
- Przy całej mojej niechęci do III RP, jako okupacyjnej formy zarządzania państwem polskim, jestem państwowcem. Jakiekolwiek formy strzelania, nawet prasowego, do mini­strów mnie nie cieszą - czy to byłby minister tego, czy poprzedniego rządu. Nie klaszczę, wyznając zasadę, że im gorzej, tym lepiej. Jest szczyt NATO i jakie państwo by nie było, jest to państwo polskie. Źle, kiedy wychodzimy na cyrkowców i kosmitów, a tak się wspólnymi si­łami rządu i opozycji ciągle dzieje. Faktem też jest i nie mam najmniejszych wątpliwości, że publikacja „Gazety Wyborczej” i fakt, kto się wypowiada w tym tekście, pokazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z zagrywką polityczną li­czoną na osłabienie Antoniego Macierewicza. Zapewne jest to też jakaś forma rozgrywki we­wnątrz PiS. Jeżeli na to spojrzymy także w kon­tekście poprzednich wydarzeń, zatrzymania Mateusza Piskorskiego, całej tej akcji ABW przeciwko konsekwentnej opozycji w zakresie polityki zagranicznej, widzimy, że ABW bry­luje i minister Kamiński znajduje się w ścisłej czołówce czekistowskiej. Zaskakujące jest milczenie Służby Kontrwywiadu Wojskowe­go i ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze był pierwszy, jeśli chodzi o tropienie agentów. Od kilku miesięcy siedzi cicho, a w ostatnich wydarzeniach w ogóle nie bie­rze udziału. Można się spodziewać, że jest to jakaś wyższa forma wojny rewolucyjnej, czyli wojna wewnętrzna. Trzeba teraz obserwować, kto będzie chciał na tym dodatkowo zyskać.
Było też faktem, że to strojenie się w szaty całkowitej bezkompromisowości, jakie Antoni Macierewicz stosował od lat jako pomysł na siebie, może się na nim zemścić. Pozostawało tylko kwestią czasu, kto i jakie niekonsekwen­cje wyciągnie. Pozostawało tylko pytanie, jak mocny i dotkliwy będzie ten cios. Ministerstwo Obrony kłamie w swoich wyjaśnieniach doty­czących relacji ministra Macierewicza ze mną czy kwestii formalno-organizacyjnych dotyczą­cych fundacji i spółek. Ale to tylko pokazuje, jak słabo są przygotowani. Cios nie jest zbyt mocny, a tekst nie ujawnia jakiś szczególnych faktów, ale MON nie jest w stanie nawet w ta­kiej sytuacji zareagować w sposób sprawny, zorganizowany i zgodny z prawdą.
Przecież umówmy się, że mamy do czynie­nia z politykami demokratycznymi. Od polity­ków demokratycznych nie wymagamy, żeby mówili prawdę. Wymagamy od nich, żeby się nie dali złapać na kłamstwie. Minister Maciere­wicz w banalnych sprawach daje się złapać na kłamstwie. Osobiście takiemu ministrowi nie ufam. Jeśli siądzie do negocjacji z partnerami rosyjskimi, niemieckimi, amerykańskimi czy brytyjskimi i będzie tak nieudolnie kłamał, na­razi na szwank bezpieczeństwo całego kraju.

niedziela, 3 lipca 2016

Pod ostrzałem



Alimenty, podrzucona do komputera dziecięca pornografia, a teraz rzekoma afera w PZU - lider KOD Mateusz Kijowski opowiada, jak prawicowi politycy i dziennikarze próbują znaleźć na niego haki

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Co pan robił w PZU Życie?
MATEUSZ KIJOWSKI: Pracowałem. Wstrząsające, prawda? A najgorsze jest to, że za tę pracę dostawałem pieniądze.
Gigantyczne, 10 tys. złotych miesięcznie.
- Pełniłem obowiązki dyrektora zarządzającego ds. informatyki. Zarządzałem 200 osobami.
Mimo że miał pan tylko licencjat z zarządzania z prywatnej uczelni. Informacje na ten temat pochodzą z audytu w PZU zleconego na polecenie nowych władz spółki.
To one zawiadomiły CBA.
- Miałem licencjat z zarządzania informacją w biznesie, czyli właśnie z kierowania strukturami informatycznymi. Wcześniej byłem m.in. prezesem spółki prowadzącej portal. Już dawno się przyzwyczaiłem, że mówi się o mnie wiele różnych dziwnych rzeczy, więc się tym nadmiernie nie przejmuję. Natomiast mar­twi mnie całkowity brak rzetelności dziennikarzy, którzy wy­produkowali ten wstrząsający news.
A co z nim jest nie tak?
- Wszystko. Afera w grupie PZU, jeśli w ogóle była, polegała na tym, że w zarządzie spółki było dwóch byłych członków zarzą­du największej wówczas w Polsce firmy informatycznej. Oni bardzo chcieli, żeby właśnie ta firma robiła informatyzację PZU.
Ja uważałem, że możemy sami integrować systemy, zamiast za­trudniać kogoś z zewnątrz za grube pieniądze. Mieliśmy sporą grupę własnych dobrych analityków, projektantów, programi­stów. Musiałem odejść po tym, jak powiedziałem w obecności wiceprezesa PZU odpowiedzialnego za IT, że możemy wiele zro­bić we własnym zakresie. Po moim odejściu projekt podjęto, a po wydaniu około 400 milionów na studium wykonalności okazało się, że nie da się nic zrobić. Teraz próbuje się insynuować, że to ja tą aferą kierowałem. Chamskie i absurdalne.
Faktem jest jednak, że zarabiał pan wtedy krocie, a alimentów nie płacił.
- Tak się składa, że wtedy jeszcze nie miałem alimentów. „Super Express”, który teraz manipuluje w sprawie mojej pracy w PZU, zrobił to samo w sprawie alimentów. To jest ewidentna próba dyskredytacji KOD za pomocą kłamstw na mój temat.
Jak to?
- Na krótko przed rozstaniem z byłą żoną miałem tę nieźle płat­ną pracę w PZU, więc sąd ustalił wysokie alimenty. Potem pracę straciłem, a alimenty pozostały wysokie. Próbuje mi się wma­wiać, że łamię prawo, że jestem alimenciarzem. To bzdura, pła­cę alimenty regularnie, nie kwalifikuję się do takiej definicji. A mimo to ciągle jestem atakowany przez generałów szczujni.
Przez kogo?
- Generałów szczujni. Ludzi, którzy wrzucają do sieci krótki ma­teriał, jasno wskazujący, co należy z czym wiązać. To może być Krzysztof Bosak, ksiądz Isakowicz-Zaleski czy naczelny „Super Expressu”. Ktoś, kto ma w tym prawicowym światku jakąś po­zycję. Później lecą setki, tysiące komentarzy od anonimowych ludzi, którzy się na mnie wyżywają, nic nie wiedząc ani nie ro­zumiejąc. Są też internetowe trolle, boty, fejkowe konta stwo­rzone wyłącznie po to, żeby po mnie jeździć. W ten sposób przypuszczano na mnie wiele ataków na Twitterze, Facebooku czy w wątpliwej jakości mediach. Już dawno zbanowałem więk­szość generałów, bo to były niesmaczne, chamskie ataki. Szkoda mi czasu na czytanie takich bredni.
Przejmował się pan?
- Tylko na początku. Kilka dni po tym, jak na Facebooku powstała grupa Komitetu Obro­ny Demokracji, mieliśmy spotkanie ludzi, któ­rzy ją tworzyli. I wtedy wszyscy powiedzieli, jaką mają historię i co im na pewno będą wy­ciągać. Bo każdy coś takiego ma. Nie ma czło­wieka, który zawsze szedł prostą ścieżką, bez żadnego potknięcia. Ja wtedy powiedziałem, że z całą pewnością za chwilę tematem będą moje alimenty i sprawy rodzinne. One generalnie są pod kontrolą, prawnicy się tym zajmują, nie ma żadnej sensacji, niczego, co warto nagłaś­niać. Ale wiadomo, że jak ktoś chce uderzyć, to się kij znajdzie.

sobota, 2 lipca 2016

Pastorałem po łbie, Katastrofa europejska, Na śmierć i życie, Paganini i Koniec świata i co dalej



Pastorałem po łbie

Wcale mnie nie zdziwi, jeśli w polskich ko­ściołach zaczną się nabożeństwa dzięk­czynne za mądrość i odwagę społeczeństwa Wielkiej Brytanii. Proboszczo­wie będą z ambon dowodzić, że oderwanie się Wyspiarzy od gnijącej Europy Zachodniej było dla nich ostatnią de­ską ratunku. Skąd to przypuszczenie, a nawet pewność? Z tego, co się działo w czasie obchodów 40-lecia wydarzeń radomskiego Czerwca 1976. Biskup płocki Piotr Libera wygłosił niby-homilię, a w rzeczywistości wylał kubeł politycznych pomyj, których nie powstydziłby się nawet Jarosław Kaczyński. Na kogo? Na tych, którzy wyciągnęli nas z łap komunizmu, zasłużonych dla początków III RP i całej naszej historii ostatnich 27 lat. Ganił tych, którzy „z premedytacją” oddali gazety, radiostacje i telewizje resortowym dzieciom lub za bezcen sprzedali ogłupia­jącym Polskę cudzoziemcom z Zachodu. To właśnie oni dziś sączą nam jad lewackiej ideologii multi-kulti i każą odrzucać kulturę, w której wyrośliśmy - „chrześcijańską, Chrystusową”. Chyba tylko pogarda dla materialnych dóbr tego świata nie pozwoliła biskupowi powiedzieć wprost, że wszystkie te gazety, radia i telewizje należą się ubogiemu Kościołowi za symboliczną złotówkę. Dopiero wtedy zapanowałby ład moralny - jedna owczarnia, je­den pasterz. Na razie jednak, grzmiał biskup, małpujemy Zachód. Ciekawe, co powie, gdy będziemy musieli mał­pować Wschód.
   Wiadomo, że wiara czyni cuda, ale w przypadku emi­nencji z Płocka doświadczamy raczej próżni Torricellego. W dalszym ciągu biskupiej oracji usłyszeliśmy bowiem, że tzw. nowoczesna demokracja tu w kraju i pogubiony duchowo Zachód „panicznie przestraszyły się Polski”. Dlatego Unia Europejska tak nas prześladuje. Nie o żaden Trybunał ani praworządność chodzi Brukseli, tylko o to, że Polska „od­najdująca swą tożsamość w wierze Chrystusowej” jest dla ateistycz­nych elit i bankierów po prostu nie­wygodna. Mam wrażenie, że próż­nia w głowie uniosła hierarchę pod same obłoki. Niebieskie, oczywiście.
   Czy to, co głosił eminencja, a co tu opisuję, miało cokolwiek wspólnego z protestem tysięcy robotników przeciwko drastycznym podwyżkom cen za Gierka i Jaroszewicza? Z wsadzaniem demonstrujących do więzień i pałowaniem ich podczas tzw. ścieżek zdrowia? Słowem - z wydarze­niami Czerwca 1976? Nie. Jest natomiast bardzo ważne dla rączka rączkę myje w 2016. Homilii słuchali przecież elitarni komisarze PiS, z Andrzejem Dudą, Beatą Szydło i Antonim Macierewiczem na czele. Kościół dał im pełne poparcie. Naiwniacy, którzy wierzyli, że może upomnieć się choćby o szacunek dla naszej konstytucji, dostali pa­storałem po łbie.

piątek, 1 lipca 2016

Meandry dziennikarstwa resortowego



Co łączy współautorkę „Resortowych dzieci” ze służbami specjalnymi i lobbystą podejrzewanym przez PiS o związki z rosyjskim wywiadem?

Leszek Szymowski

W poprzednim numerze „Gazety Pol­skiej” (nr 23 z 8 czerwca 2016 r.) Dorota Kania pisała o tym, że „Lu­dzie Giertycha skłócają prawicę”. Opluła również przy okazji redakcję „Najwyż­szego CZASU!”, choć nigdy nie zajmo­waliśmy się skłócaniem żadnej prawicy
   Kania zarzuciła nam współpracę z Ja­nem M. Fijorem - wiceprezesem szkoły biznesu ASBIRO, który był zarejestro­wany przez Służbę Bezpieczeństwa jako tajny współpracownik o pseudo­nimie „Bereta”. Jest to oczywista nie­prawda. „Najwyższy CZAS!”, decyzją redaktora naczelnego Tomasza Sommera, zakończył współpracę z Janem M. Fijorem, gdy jego teczka wyszła na jaw (nota bene w samej teczce, poza faktem rejestracji, nie ma niczego, co mogłoby kompromitować Fijora). Do­rota Kania mogła to sprawdzić, choć­by przeglądając archiwalne numery „NCz!” (wszystkie są dostępne za dar­mo w czytelni Biblioteki Narodowej).
   Dorota Kania (nazwisko nosi po pierw­szym mężu - synu Stanisława Kani, byłego sekretarza KC PZPR) lubuje się w atakach na wszystkie środowiska, które ośmielają się nie zgadzać się z rzą­dzącą partią. W artykułach i książkach używa często głównego argumentu - agenturalnych powiązań. Czy jednak ten argument i zarzuty dotyczące powiązań ze służbami specjalnymi w ustach Doro­ty Kani brzmią wiarygodnie?

czwartek, 30 czerwca 2016

Gabinet strachów



Niewidzialna ręka rynku dobrze działa wtedy, kiedy jest wsparta przez widzialną rękę państwa - przekonuje wicepremier Mateusz Morawiecki. Tylko czy ta widzialna ręka musi być zaciśnięta w pięść? - pytają przedstawiciele polskiej gospodarki.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli nie­dawno do wszystkich urzędów marszałkowskich w kraju. Przez kilka najbliższych miesięcy będą kontrolowali wydatkowanie pieniędzy unijnych. To nietypowa akcja, bo wyspecjali­zowanych kontrolerów unijnych funduszy jest już wielu. Zajmują się tym m.in. urzędy kontroli skarbowej, NIK, minister rozwoju, Europejski Trybunał Obrachunkowy.
   To klasyczne „trałowanie”, tłumaczą eks­perci. CBA ciągnie sieci w nadziei, że coś wyłowi. Nawet jeśli nie będą to przypadki korupcji, nadające się do procesowej ob­róbki, to może znajdą się punkty zaczepie­nia do innych akcji. Wśród samorządowców panuje przekonanie, że akcja CBA jest przygrywką do uderzenia w lokalne sa­morządy, których większość jest w rękach opozycji. Może doprowadzi to do przedter­minowych wyborów? W ostateczności coś
się przecież znajdzie, choćby do obróbki medialnej, która umocni wiarę wyborców, że rząd musi zrobić porządek, bo w samo­rządach dzieje się źle.

środa, 29 czerwca 2016

Prezes szykuje ofensywę



Katastrofa Brexitu rozwiązuje ręce prezesowi PiS. Europejskie instytucje i ośrodki polityczne mają teraz większe zmartwienia niż grożący Polsce autorytaryzm

Brexit zmienia sytuację w Europie. Zmienia tak­że sytuację w Polsce. Grze­gorz Schetyna próbował znaleźć dobre strony tej katastrofy mówiąc w słoneczny brexitowy poranek: „Unię Europejską opusz­cza największy sojusznik Jarosława Kaczyńskiego”.
   Schetyna zapomniał jednak dodać, że katastrofa Brexitu wiąże uwagę i siły in­stytucji oraz politycznych ośrodków, które Kaczyński postrzega jako najwięk­sze dla siebie zagrożenie. Nie są nimi - przynajmniej dzisiaj - partie Grzego­rza Schetyny i Ryszarda Petru podstawia­jące sobie nogę nawet w sprawie wotum nieufności dla Antoniego Macierewi­cza. Kaczyński widzi zagrożenie wyłącz­nie ze strony czynników zewnętrznych - Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, całej sumy instytucji wspólnotowych. A także ze strony Berlina, któremu na stabilności i przewidywal­ności sytuacji w Polsce szczególnie zależy
   Jednak po Brexicie zarówno Bruksela jak i Berlin - zamiast pytać Waszczykowskiego o Trybunał Konstytucyjny, usta­wę inwigilacyjną i inne grzeszki - zajmą się ratowaniem z brexitowego pogorze­liska resztek kosztowności i mebli, które pozwoliłyby przetrwać i dalej się integro­wać nie tyle nawet całej Unii, ile przynaj­mniej rdzeniowi UE, czyli strefie euro.
   Znienawidzony przez Kaczyńskiego gorset unijnej i zewnętrznej kontroli po Brexicie znów się rozluźnił.
   A jednak czegoś lub kogoś Kaczyń­ski jeszcze się boi. Świadczy o tym nowy kalendarz „dobrej zmiany”, której wie­le kluczowych frontów zostało zamrożo­nych na letnie wakacje. Nie dlatego, że Kaczyński gdzieś na wakacje wyjeżdża. Ale dlatego, że wakacje to Światowe Dni Młodzieży i warszawski szczyt NATO. Już tylko te dwa wydarzenia blokują na paru
istotnych frontach determinację prezesa PiS i każą mu odłożyć na jesień parę waż­nych elementów kadrowej rewolucji.

wtorek, 28 czerwca 2016

W poczekalni u Kaczyńskiego


Wojna domowa w obozie PiS. Menedżerowie PZU i politycy biegają na skargę do Jarosława Kaczyńskiego, w ruch idą służby specjalne, agencje czarnego PR, prywatni detektywi, donosy. W tle próba przejęcia „Gazety Wyborczej’

W PZU od pół roku trwa brutalna wal­ka PiS-owskich frakcji. Najważ­niejsi politycy w państwie - prezydent, premier, szef partii rządzącej, minister skarbu, pro­kurator generalny, szef CBA i wicemar­szałek Sejmu - wpychają do giełdowej spółki członków swych rodzin i kolegów. A prezes PZU w ferworze walki strzela partii w kolano: kontrolowana przez nie­go firma sprzedaje funduszowi inwesty­cyjnemu George’a Sorosa akcje Agory.

DOCISNĄĆ AGORĘ, ZGASIĆ, PODDUSIĆ
8 czerwca, dzień po informacji kupnie przez fundusz akcji wy­dawcy „gazety”. W sympatyzującym z rządem portalu wPolityce.pl publicy­sta Piotr Skwieciński snuje przypuszcze­nia: „Wygląda mi to na wyprzedzające zabezpieczanie się przed ewentualnymi nieprzyjaznymi akcjami Skarbu Państwa (którego spółki same mogłyby kupić te ak­cje, by w różny sposób szkodzić »GW«)”.
   W siedzibie PZU nominaci PiS gryzą się: co będzie, gdy wyjdzie na jaw, że to oni wypuścili z rąk akcje Agory?
   - Nie wiem, dlaczego zbyliśmy te udziały, nie taki był plan - denerwuje się w rozmowie z „Newsweekiem” poli­tyk PiS (musi zachować anonimowość).
I przyznaje: - Już w okolicach wyborów pod okiem Dawida Jackiewicza rozwa­żaliśmy warianty dociśnięcia Agory. To były prace studyjne, raczej niewinne. Planowaliśmy wprowadzenie swojego człowieka do rady nadzorczej, żeby zy­skać wgląd w papiery spółki. Chcieliśmy wiedzieć, co się stanie, jak im zgasimy reklamy. Ile wtedy pociągną? Co jeszcze trzeba by zrobić, żeby odcięło im tlen?
Politycy PiS wiedzą, że do przyduszenia „Wyborczej” wystarczy wcisnąć od­powiedni guzik w PZU. Jesienią 2015 r., gdy partia idzie po władzę, fundusz spółki Złota Jesień jest największym akcjonariuszem Agory. Ma kilkanaście procent akcji.
Po co PiS miałoby dociskać Agorę? Żeby stępić krytykę wydawanej przez nią „Gazety Wyborczej”.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Pożegnanie z rurą



Rozkaz to rozkaz. Wojsko rozkaz wykonać musi i nazwiska ofiar Smoleńska w Poznaniu odczyta. W końcu nie wiadomo, czy ta brzoza wybuchła, czy nie. A ten, co na rocznicy Czerwca będzie chciał rozrób, nie jest Polakiem ani patriotą.

Wojciech Cieśla

Poznaniem, stolicą solidności i porządku, rzą­dziły zawsze drobny biznes ze zdrowym roz­sądkiem. I poznaniacy. Teraz po rząd dusz sięgnął warszawiak. Najpierw przysłał woj­skową ciężarówkę z olbrzymim Jezusem. Osobiście złożył pod figurą kwiaty z dwu- barwną wstążką „Antoni Macierewicz, mini­ster obrony narodowej”. A gdy w mieście zagotowało się wokół Jezusa giganta, ogłosił: - Dzisiaj z Poznania na całą Polskę idzie wielkie wołanie o jedność narodu polskiego, opartą na wierze i patriotyzmie!
   Zaraz potem wyjechał i już z Warszawy zarządził: w rocznicę wydarzeń Czerwca, podczas Apelu Pamięci, wojsko odczyta listę ofiar katastrofy w Smoleńsku.
   28 czerwca 1956 r. na ulice Poznania wyszły tysiące robotników. Domagali się „prawa, wolności, chleba”. Władza wysłała przeciwko nim czołgi. Poległo co najmniej 58 osób, ponad 600 było rannych. Czer­wiec ‘56 to w Poznaniu świętość. Pozna­niacy mają teraz zgryz: czy ich Czerwiec można zrównać z wypadkiem lotniczym?

ZDRAJCA I PEDAŁ
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, niedawno ubezpieczył mur, który ogradza jego dom na poznańskiej ła­wicy. Musiał: najpierw jesienią ktoś na­malował dużymi literami słowa „zdrajca” i „pedał”. A w lutym znów „zdrajca”. Poli­cja nie znalazła sprawców.
   Komu i czym naraża się Jaśkowiak? Je­sienią poszedł w Marszu Równości. Na ob­chody 97. rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego wysłał zastępcę, a sam pojechał odpocząć w góry (zdjęcie na Facebooku, na którym wylegiwał się w łóż­ku z rodziną, oburzyło prawicę). Chodzi na marsze poznańskiego KOD, a nie chodzi na mecze Kolejorza. Nie fraternizuje się z bi­skupami, nie kłania księżom. Jest pierwszym prezydentem, któ­ry głośno mówi, że Kościół łupi miasto na nieruchomościach, i pierwszym, który chce to uregulować. Poznaniacy komentują: Poznań ma wreszcie prezydenta.
   - W mieście walczą dwie frakcje: jedna to zwolennicy Pozna­nia jako twierdzy, miasta zamkniętego. Druga to zwolennicy ot­wartości - uważa jeden z moich rozmówców. - Jaśkowiak to były biznesmen, sztywniak i kapitalista. Ale ma dobry PR. Kreuje wi­zerunek faceta, któremu w mieście nie będzie bruździć żadna centralna władza.
   Na demonstracji KOD w Poznaniu dużo ludzi i duże emocje. Ktoś krzyczy do mikrofonu: - Czy zgadzają się państwo na to, jak mówi posłanka Pawłowicz, że władza musi mieć media publicz­ne, że media publiczne powinny służyć do rządzenia państwem? Kryśka, do domu!
Jaśkowiak interweniuje, chwyta mikrofon: - Musimy pokazać reszcie Polski, że Poznań to wolne miasto, w którym szanujemy europejskie tradycje!

niedziela, 26 czerwca 2016

Ambasadorowie wyklęci



Do Budapesztu pojedzie tłumacz z węgierskiego, do Londynu krakowski radny z listy PiS, do Moskwy akademicki znawca Rosji. W MSZ trwa wielka wymiana ambasadorów. - Wymiatanie elit - mówią odwoływani

Jacek Pawlicki

Miotła w MSZ pojawia się po każdej zmianie rządu. Ale obecne zmiany to coś wię­cej - to kompletna wymiana dyplomatycznych elit, osta­teczna rozprawa z tym, co PiS nazywa „korpora­cją Geremka i Bartoszewskiego”. Jak tłumaczy mi jeden z weteranów polskiej służby zagranicznej, „zamiast zawodowych dyplomatów z wielolet­nim stażem kluczowe placówki obejmować będą ludzie z naukowego zaplecza PiS albo drugiego garnituru MSZ”. Wszystko odbywa się w ramach zwyczajowej rotacji.
   - W dyplomacji zawsze była krótka ławka, ale teraz ławki już nie ma. Z ulicy biorą - mówi jeden z dyplomatów z ponad ćwierć wiekowym stażem. Należy do grupy około 30 ambasadorów, którzy w najbliższym czasie wrócą do Polski. To mniej więcej jedna trzecia wszystkich przedstawicieli Polski za granicą. Wymieniani są też konsulowie generalni i szefowie Instytutów Polskich. Resort zmian nie tłumaczy - przynajmniej oficjalnie.
   Dyplomata, z którym rozmawiam, prosi o za­chowanie anonimowości. Wraca do centrali MSZ przy al. Szucha w Warszawie, a tam zapewne spę­dzi najbliższe lata w pokoiku na piętrze zarezer­wowanym dla „ambasadorów wyklętych”, jak z przekąsem nazywają ich w MSZ. Dzięki swym poprzednikom, którzy nie wypracowali jasnych przepisów i zasad dotyczących ambasadorskich nominacji i powrotów, Waszczykowski ma dodat­kowy bat. - Ludzi z wieloletnim stażem ambasa­dorskim można zgnoić, np. zsyłając ich na jakieś marne stanowisko z pensją 3 tys. złotych - mówi mi jeden z weteranów z alei Szucha. Kilkoro spo­śród wracających do Polski ambasadorów mówi, że Waszczykowski i tak jest lepszy od Anny Fotygi, szefowej dyplomacji poprzedniego rządu PiS. Może dlatego, że większość odwoływanych zna osobiście, bo sam związany jest z MSZ od lat 90.
- Za Fotygi można było stracić stanowisko tylko dlatego, że zajęło się złe miejsce w samochodzie - opowiada jeden z rozmówców. - Witek wciąż się mityguje i jest nawet krytykowany przez PiS, że zbyt wolno wprowadza „dobrą zmianę” w MSZ.
Minister nie ma jedynie litości dla tych, któ­rzy związani byli z poprzednim szefem resortu Radosławem Sikorskim. To osobista zadra. Sześć lat temu Sikorski wyrzucił go z MSZ za nielojal­ność oraz ujawnienie niektórych szczegółów ne­gocjacji z USA w sprawie tarczy antyrakietowej.

sobota, 25 czerwca 2016

Co się stało z Leszkiem M.? i Kandydatka



Co się stało z Leszkiem M.?

Jedni twierdzą, że oszalał bądź się czegoś boi. Inni - że dostrzegł w Kaczyńskim bratnią duszę albo bawi go wkurzanie salonu. Tak czy owak jest jedynym z historycznych przywódców III RP, który nie martwi się o polską demokrację

Rafał Kalukin
W wywiadach mówi o PiS, że to „dobra propozycja dają­ca poczucie bezpie­czeństwa zwłaszcza w kwestii socjalnej”. Konflikty ustrojo­we uważa za „drugorzędną kwestię, któ­ra interesuje tzw. warszawkę. Nie stroni nawet od mówienia o „histerii”, choć to słówko wprost z propagandowego zasobu PiS.
   Zagraniczne naciski na Polskę o prze­strzeganie standardów demokratycz­nych? To tylko hipokryzja euroelit. Oburzenie Billa Clintona? Element kampanii w USA, bo - konstatuje Le­szek Miller - wszystko jest polityką. Doradza więc rządowi PiS, aby poszedł na ostro i zaskarżył procedurę dyscy­plinującą do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
   Wojna o Trybunał Konstytucyjny to dla niego zwyczajna rozgrywka poli­tyczna, w której nie ma dobrych i złych, a liczą się tylko interesy. Powtarza, że Tusk robił to samo - tyle że w białych rękawiczkach.
   A była jeszcze zapowiedź walki z bro­nią w ręku o zachowanie europejskiej
tożsamości zagrożonej przez przybyszy ze świata islamu i słowa o „kretynizmie politycznej poprawności”.
   Nic dziwnego, że jego dawni towa­rzysze przecierają oczy ze zdumienia i miotają obelgi pod adresem „pisowca lewicy”.

piątek, 24 czerwca 2016

Jarosław kontra Lech



Przedmieściu. PiS buduje kult Wielkiego Prezydenta. Ale sam Jarosław kompletnie ignoruje lub odwraca poglądy i deklaracje „poległego" brata.

Lech Kaczyński prezydentem był słabym. Jego wypowiedzi zwykle wpisywały się w ówczesną linię partii (i jej prezesa) - zwłaszcza jeśli kierowane były wprost do elektoratu. Cytaty można mnożyć.
Podobnie było z podpisywanymi ustawami czy z tzw. polityką ułaskawień. Był bratu oddany i powolny. Nie przez przypadek tuż po wyborze ostentacyjnie ogłosił: „Panie Prezesie, melduję wykonanie zadania!”.
   Lecha Kaczyńskiego stać było jednak na czyny i słowa godne prezydenta RP - możliwe do akceptacji, a czasem poparcia, także przez politycznych oponentów.
   Na fali żałoby po tragedii smoleńskiej pochowano go na Wa­welu obok Józefa Piłsudskiego. Teraz poświęcony mu monument stanąć ma na stołecznym Trakcie Królewskim. Inne postumenty już stoją, a będzie ich na pewno znacznie więcej. Ostatnio imię Lecha Kaczyńskiego w obecności najwyższych władz nadano gazoportowi w Świnoujściu.
   Ale prócz zachowań rytualnych wszyscy bez wyjątku politycy PiS także w codziennej retoryce odwołują się do myśli śp. prezy­denta. Prezydent Andrzej Duda od razu po wyborczym zwycię­stwie stwierdził - i to przy grobie Lecha Kaczyńskiego - że jest on dla niego „wzorem męża stanu w znaczeniu myślenia o sprawach państwowych”. Niedawno, odbierając nagrodę Ruchu Społecz­nego im. Lecha Kaczyńskiego, poszedł dalej, obwieszczając: „Nie było w dziejach Polski polityka takiego formatu jak on”. Rów­nocześnie przy każdej okazji podkreśla, że realizuje testament polityczny i wizję Lecha Kaczyńskiego. Nazwał się nawet jego „czeladnikiem”.
   W podobnym tonie (choć bez słowa „czeladnik”) wypowia­da się o bracie prezes PiS. W ślad za nim deklarację wierności myśli Lecha Kaczyńskiego składają tabuny partyjnych działaczy - także tych, którzy kilka miesięcy temu objęli funkcje państwowe, fotele w administracji lokalnej czy posady w gospodarce. Sławomir Cenckiewicz, prezentując swoją książkę „Prezydent”, przekonywał, że „Lech Kaczyński był pierwszym prezydentem s prawdziwie wolnej Polski, bo wszystkie idee, które przyświecały Polakom i w XIX wieku, ale przede wszystkim w XX wieku (...),zaistniały w polskiej polityce dopiero w roku 2005”. Po czym ocenił: „Cały wysiłek obozu patriotycznego, który dziś dzierży ster Rzeczypospolitej, jest realizacją tego, co zaczął realizować Lech Kaczyński”. Rzecz w tym, że „realizacja” ta jest wybiórcza, cząstkowa, cyniczna.

czwartek, 23 czerwca 2016

Bezkarny oskarżyciel



Scenariusz całkowitego podporządkowania sobie prokuratury Zbigniew Ziobro próbował zrealizować już dziesięć lat temu. Ale dopiero teraz to robi. Prowadzi wojnę i nie bierze jeńców.

Jak mówił w książce „Cena władzy” Janusz Kaczmarek, pro­kurator krajowy w czasach poprzednich rządów PiS, ów­czesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ujawnił mu kiedyś swoją filozofię kierowania resortem: „Musimy przyjmować na stanowiska (prokuratorskie) ludzi młodych, i to do pierwszego szeregu, ponieważ tacy ludzie będą nam całko­wicie oddani”. Na polecenie Ziobry Kaczmarek awansował wtedy na kierownicze stanowisko do wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną Prokuratury Krajowej młodego, obiecującego pro­kuratora z Katowic Bogdana Święczkowskiego. I ten miał nieba­wem wyznać Kaczmarkowi: „Jestem oddany Zbyszkowi, zawsze będę. Zobacz, w tej chwili biorę do siebie prok. Hołdę, który dzięki mnie awansuje i też będzie mi zawsze oddany”.
   Prokuratura w pierwszej odsłonie IV RP miała skutecznie rozbi­jać tzw. układ. Ale PiS tak się rozpędził, że po dwóch latach rozbił własny układ koalicyjny i oddał władzę. Prokuratorzy awanso­wani przez Ziobrę jeszcze jakiś czas przetrwali w Prokuraturze Krajowej, a po powołaniu w jej miejsce Prokuratury Generalnej 26 nominatów Ziobry odeszło w stan spoczynku. Skorzystali ze specjalnie dla nich uchwalonej ustawy. Na jej mocy prokura­torzy likwidowanej PK, a niepowołani w skład Prokuratury Ge­neralnej, mogli przejść w stan spoczynku, zachowując 100 proc. uposażenia (ok. 14 tys. zł). Ten tryb szczególny uprawniał do za­chowania przywilejów w stanie spoczynku niezależnie od wieku. W trybie zwykłym prokuratorzy przechodzili wtedy w stan spo­czynku od 60. (kobiety) i 65. (mężczyźni) roku życia. Skorzystali z tej furtki m.in. 40-latki Bogdan Święczkowski, Dariusz Barski oraz 38-letni Jarosław Hołda.
   Niedawno wrócili i to od razu na sam szczyt. Święczkowski zo­stał szefem Prokuratury Krajowej. Jarosław Hołda (ten sam, który miał awansować dzięki Święczkowskiemu i być mu za to zawsze oddany) kieruje Biurem Kadr Prokuratury Krajowej.

środa, 22 czerwca 2016

To dopiero początek złej zmiany



Jarosław Kaczyński może doprowadzić do katastrofy, której rozmiarów nie jesteśmy wstanie przewidzieć - ostrzega Jarosław Wałęsa, eurodeputowany PO

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Dlaczego zawiesił pan członkostwo w PO?
JAROSŁAW WAŁĘSA: Mało rzeczy de­nerwuje mnie bardziej niż działacz, który po latach w partii zaczyna nag­le publicznie się dziwić, że mógł znaleźć się w takim gronie i z takimi programa­mi. Dlatego tę sprawę wyjaśniam bez­pośrednio z kierownictwem. Nosiłem się z decyzją parę tygodni, to była ku­mulacja wielu krytycznych refleksji. Przekazałem je Grzegorzowi Schetynie. Nasze spotkanie było trudne, momen­tami wręcz nieprzyjemne, ale wydaje mi się, że trochę się zrozumieliśmy.

Długo rozmawialiście?
- 15 minut.

15 minut?
- Tak, w przerwie między głosowaniami.

A z Donaldem Tuskiem pan rozmawia?
- Spotkałem się z nim po rozmowie z Grzegorzem Schetyną. Donald Tusk jest moim mentorem, człowiekiem, któ­ry 11 lat temu zaprosił mnie do Platfor­my, dlatego zawsze chętnie słucham, jak ocenia sytuację w Europie, w Polsce, w Platformie.

Czyli PO nadal Tuska interesuje?
- Proszę pytać o to Donalda Tuska.

Co jest dziś największym zagrożeniem dla Platformy?
- Podział. Może dojść do separacji kil­ku czy kilkudziesięciu posłów. Może na­stąpić transfer do Nowoczesnej albo powstać zupełnie nowy klub parlamen­tarny. I to jest najważniejsze wyzwanie dla Grzegorza Schetyny: utrzymanie jed­ności partii. Musi pokrzepiać, zjednywać i dowartościowywać, bo bycie w opozy­cji jest trudne, przerabiałem to w latach 2005-2007 i wiem, że w takim czasie potrzeba naprawdę dobrego i mądrego lidera, który potrafi scalać zespół.

Schetyna na razie wyrzuca.
- Rządzi partią od paru miesięcy, trzeba mu pozwolić poukładać partię po swoje­mu i pokazać, na co go stać.

Pana ojciec, Lech Wałęsa, mówi, że Schetyna będzie grabarzem PO, czym więc szef partii pana przekonał?
- Nie powiedziałem, że mnie przekonał. Mam wciąż wątpliwości. Grzegorz Sche­tyna musi zrozumieć, że nie może brać wszystkiego na swoje barki, że ma wielu doświadczonych ludzi, którzy mogą mu pomóc w uczynieniu z PO silnej opozy­cji. Licytowanie się z Nowoczesną, kto bardziej dowali PiS, uważam za bezsen­sowne. Musimy być merytorycznie przy­gotowani i konkretnie odpowiadać na to, co robi władza. Punktować. W rozmo­wie ze Schetyną pokrzepiające było to, że wydawało mi się, iż to zrozumiał.

Ile pan mu daje czasu?
- Moje zawieszenie mija we wrześniu, wtedy odbędą się kongresy programowe PO i one pokażą, co Grzegorzowi Schety­nie udało się osiągnąć. Wtedy podejmę decyzję, czy gram da­lej z partią, czy zostaję politykiem niezależnym.

Co najbardziej zniechęciło wyborców do Platformy?
- Zaczęliśmy za bardzo bić się w pier­si. Byłem jednym z pierwszych, którzy mówili, że jesteśmy zbyt aroganccy w naszych rządach i powinniśmy się zre­flektować. Ale wnioski należy wyciągać do pewnego momentu, a my zapędzi­liśmy się w przepraszaniu w kozi róg i zaprzepaściliśmy tym samym najważ­niejszy przekaz - to, że osiem lat naszych rządów to był najlepszy dla Polski czas, jeśli chodzi o inwestycje i rozwój. Zabrakło eksponowania sukcesów, pozwoliliśmy wmówić Polakom, że rządy PO to był czas dla kraju stra­cony. A przecież nie był, co widać gołym okiem.

PiS mówi: autostrady, orliki, ale o obywatelach zapomnieli. To my daliśmy ludziom 500 złotych na dziecko.
- Gdyby zabrakło odpowiedzialnych rządów PO, tego, że prowadziliśmy rze­telną politykę fiskalną, trzymaliśmy budżet w ryzach i działaliśmy w warun­kach procedury nadmiernego deficy­tu nałożonej przez Komisję Europejską po rządach PiS w latach 2005-2007, to dzisiaj PiS nie mogłoby rozdawać owo­ców naszej pracy. Zgadzam się, że 500 zł to doskonały strzał i trudno bę­dzie go przebić, bo jak człowiek wi­dzi w portfelu dodatkowe 500 czy 1000 złotych, to oczywiście powie: wzbogaciłem się za rządów PiS. I nikt nie będzie się zastanawiał nad tym, że te pieniądze wzięły się z odpowiedzialnych rządów PO.
Tyle że jeśli PiS będzie kontynuowało rozdawnictwo, to Polska będzie mu­siała pożyczać coraz więcej pieniędzy, obsługa długu będzie wyższa i w koń­cu kumulacja złych pomysłów dotknie portfeli obywateli. Będą musieli płacić wyższe podatki, wyższe składki, a wtedy i kwota 500 zł się skurczy.
Prawo i Sprawiedliwość jest na fali, do­póki budżet, przygotowany zresztą jesz­cze przez Platformę Obywatelską, się domyka.

Kiedy fala zacznie opadać?
- Do końca roku PiS będzie biło rekordy popularności, a potem zacznie się zjazd, bo kołderka budżetowa zawsze jest za krótka, a gdy ktoś ciągnie ją tak nachal­nie jak PiS, to musi jej zabraknąć.

wtorek, 21 czerwca 2016

Na smyczy prezesa



Zbigniew Ziobro w kilka miesięcy uzyskał imponujące wpływy nie tylko w prokuraturze, lecz także w służbach i państwowym biznesie. A to początek. Szeryf IV RP dopiero się rozkręca.

Michał Krzymowski

Narada Zbigniewa Ziobry ze współ­pracownikami, kilka miesięcy temu. W latach 2005-2007 byliśmy od­ważni. Teraz musimy być odważni i rozważni - mówi minister sprawied­liwości. Zamiast zagrzewać do walki z układem, nakazuje umiar i przestrze­ga: za nieudokumentowane wnioski o areszt tymczasowy będzie wyciągać konsekwencje, włącznie z wyrzucaniem prokuratorów z pracy.
   Na innym spotkaniu Ziobro zadziwia swoich współpracow­ników jeszcze bardziej. Zapowiada ograniczenie występów w telewizji i decyduje, że twarzą resortu będzie jego zaufany zastępca Patryk Jaki.

PUKANIE DO DRZWI PIS-U
- Ziobro się zmienił? - pytam człowieka z Nowogrodzkiej.
   - Na pewno chce sprawiać takie wrażenie. Najpierw wy­rzucenie z PiS, a potem klęska jego Solidarnej Polski podob­no nauczyły go pokory, ale Jarosław twierdzi, że ta nagła zmiana stylu to wynik ich ustaleń. Biorąc Ziobrę do rządu, Kaczyński zakazał mu medialnych szarż i zażądał większej wstrzemięźliwości.
   Prezes PiS w rozmowach ze współpracownikami zapew­nia, że wszystko, co robi minister, odbywa się za jego wiedzą. Twierdzi, że od kilku miesięcy prowadzi Ziobrę „na krótkiej smyczy”.
   Czy rzeczywiście?
   Zaraz po wyborach parlamentarnych Ziobro zapowiada najbliższym współpracownikom, że niebawem wstąpi do Pra­wa i Sprawiedliwości. Prosi, żeby w związku z tym zostawić pracę w strukturach Solidarnej Polski i wstrzymać się z przyjmowaniem do partii nowych członków, - Wbrew pozorom chętnych nie bra­kowało. Dobijali się do nas ludzie, którzy z różnych powodów nie mogli się dostać do PiS, a chcieli dołączyć do obozu zjednoczonej prawicy - twierdzi jeden z parlamentarzystów.
   Od wyborów mija jednak ponad pół roku, a Ziobro nadal stoi na czele Solidarnej Polski. Jego współpracownicy zapewniają, że fuzja jest kwestią czasu, ale na razie nie trzeba się z nią spie­szyć, bo współpraca w koalicji układa się bez zarzutu, a sondaże są zadowalające. Według marcowego bada­nia CBOS zaufanie do ministra sprawiedli­wości deklaruje 39 procent respondentów, a do prezesa PiS - 36.
   Ludzie z centrali PiS na Nowogrodzkiej widzą to jednak inaczej. Ich zdaniem czas gra na niekorzyść Solidarnej Polski, której dzia­łacze niedługo będą musieli zabiegać o miej­sca na wspólnych listach samorządowych.
Dlatego Ziobro miał sondować możliwość powrotu na stanowisko wiceprezesa PiS i wprowadzenia swoich ludzi do rady poli­tycznej tej partii. Wybrał jednak zły moment na stawianie żądań, bo PiS jest w przededniu kongresu, na którym delegaci mają wybrać Kaczyńskiego na kolejną kadencję. Wyło­nione zostaną też władze partii: kongres wytypuje radę polityczną, a rada - komitet polityczny. - Wpuszczenie drugiego lisa do kurnika w takim momencie byłoby głupotą.
Ziobro zacząłby eskalować żądania, trzeba by negocjować z nim liczbę miejsc w kierow­nictwie dla ludzi Solidarnej Polski. Jarosław chce tego uniknąć - mówi człowiek z otocze­nia Kaczyńskiego. - Zresztą sytuacja, w któ­rej Zbyszek jest poza partią, a wyborcy i tak uważają go za PiS-owca, jest dla nas bardzo wygodna. Nie może zwrócić się przeciw prezesowi i jest na jego łasce.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Smoleńsk objazdowy



Katastrofę smoleńską „bada” specjalna podkomisja wyodrębniona z Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Gwiazdami tego zespołu Macierewicza są twórcy teorii o zamachu.

   „Specjaliści” Macierewicza byli długo testowani w tzw. zespole par­lamentarnym. Pod rządami PiS ich rolą jest dolewanie oliwy do pro­pagandowego ognia. Żeby igrzyska trwały jak najdłużej. Bardzo trafnie ujął to przed kilkoma dniami Ja­rosław Kaczyński podczas 74 ob­chodów tzw. miesięcznicy smoleń­skiej. „Spotkajmy się tu za miesiąc, za kwartał, za rok, za kilka lat, nawet wtedy, kiedy będzie się wydawało, że wszystko już załatwione” - apelował szef wszystkich szefów.
   Problem Macierewicza wynika z faktu, że w jego cyrku nie chcą wy­stępować specjaliści od badania wy­padków lotniczych, a żaden z człon­ków podkomisji nie brał dotychczas bezpośredniego udziału w badaniu tego typu zdarzeń. „Zobowiązuję się do zrealizowania zapowiedzi, którą teraz państwu przedkładam, że jeżeli uważacie, że skład komisji jest z jakie­goś punktu widzenia - naukowego czy jakiegokolwiek innego - niereprezen­tatywny, uważacie, że powinien tam być jeszcze jakiś specjalista, którego chcecie wskazać i który chce wziąć udział w tych pracach, jestem gotów to zrobić (...). Powtarzam jeszcze raz, rozszerzę wtedy skład. Podejmę taką decyzję” - gwarantował Macierewicz (30 marca w wystąpieniu przed sej­mową Komisją Obrony Narodowej). Niestety, nikt się nie zgłosił. - Ma­cierewicz narzucił styl debaty obcy środowisku naukowemu i nie dziwię się, że idiotyzmy agresywnie wypo­wiadane przez jego ekspertów nor­malni ludzie wolą obchodzić szero­kim łukiem - tłumaczy fizyk Michał Jaworski, autor referatu na I Kon­ferencji Smoleńskiej.
   Dotarliśmy do maila z 21 wrześ­nia 2015 roku, który dzisiejszy prze­wodniczący podkomisji dr inż. Wacław Berczyński (w kręgach PiS-owskich zwany „profesorem”) wysłał do kilku przyszłych członków tegoż gremium. Instruował kolegów: „ Wnikanie coraz bardziej w szczegó­ły [katastrofy] może skutkować utratą szerszego obrazu. Mamy dość dowo­dów, że to była eksplozja”. 14 listo­pada 2015 r. ludzie Macierewicza podsumowali dorobek wszystkich konferencji smoleńskich. W końco­wym dokumencie podkreślili, że ka­tastrofa to

efekt wyrafinowanego planu.