piątek, 13 stycznia 2017

Agent



Jan K., w przeszłości obnażający w CBA największe afery korupcyjne, został przyłapany, jak obnażał sam siebie. W parku miejskim nieopodal pracy.

Edyta Gietka

Pokonujący kilka razy dziennie kameralny park warszawski no­torycznie natykali się na osob­nika czającego się w zaroślach. Na widok matek z dziećmi osobnik ten ściągał spodnie i ze wzro­kiem zwróconym w ich stronę, dokony­wał czynności zaspokajających siebie samego. Przy czym zawsze zdążał uciec, nim nadjeżdżała powiadamiana policja. Pierzchał podekscytowany w różnych kierunkach, w tym Ministerstwa Środo­wiska, izraelskiej ambasady lub (ale o tym nie było wówczas wiadomo) miejsca swe­go obecnego zatrudnienia o najwyższej gramaturze państwowej. Złapany po roku onieśmielał dzielnicowych piastowa­nym stanowiskiem.
Oto historia pewnych erekcji, ze zorga­nizowaną przestępczością w tle.

czwartek, 12 stycznia 2017

Słusznie nieposłuszni



Lider Obywateli RP Paweł Kasprzak o tym, jak państwo walczy z opozycją polityczną i społeczną - i na ile radykalne powinny być protesty wobec władzy

Joanna Podgórska: - Nie ma pan uczucia deja vu? Jako opozycjonista w czasach PRL namawiał pan do przestępstwa i teraz znów pan namawia.
Paweł Kasprzak: - Bardzo głębokie. Nie tylko dlatego, że dziś, jak za czasów komuny, znów trzeba rozrabiać. Miałem zaszczyt załapać się na opozycję z lat 70. Ona była zupełnie unikatowa. Tego się nie pamięta, bo dziś mówi się głównie o opozycji nie­podległościowej. W latach 70. opozycja miała na sztandarach prawa człowieka. Na tym się wychowałem. Potem w tłumie ma­szerującym pod znakiem Solidarności działacze starej opozycji zostali zadeptani. Dziś Obywatele RP walczą o tę samą sprawę i napotykają podobny deficyt zrozumienia. Tak, deja vu mam cholernie silne.

Dlaczego nawołuje pan do nieposłuszeństwa obywatelskiego?
Nie zamierzałem w najmniejszym stopniu aż tak szaleć. Tak jak 50 tys. ludzi wpisałem się na facebookową grupę KOD. Przez wszystkie wpisy wyrażające oburzenie i przerzucanie się ko­lejnymi przykładami paskudztw, które PiS wyprawia, zaczęły się przebijać komentarze, że może byśmy coś zrobili, zamiast biadolić. Na to pojawiały się odpowiedzi, że cóż można zrobić, skoro oni są tak bezczelni i mają władzę? Akurat wtedy powstawał rząd i prezydent Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego. Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy - rzeczywiście żywcem wyra­stająca z dawnych doświadczeń - skoro Kamiński wielokrotnie zapowiadał, że pozwie każdego, kto go nazwie przestępcą, to nic prostszego, jak to zrobić. Jeśli da się sprowokować i naprawdę mnie pozwie, to spełnią się społeczne postulaty, by jego sprawa zakończyła się przed sądem. Oczywiście w tej sprawie ja byłbym oskarżony, a nie on, ale to jego uczynki byłyby przedmiotem za­interesowania sądu. Niestety, KOD uznał, że takie działanie nie mieści się w ich modus operandi.

Następnym przestępstwem, do jakiego wzywa ruch Obywatele RP, jest lżenie prezydenta Dudy.
Andrzej Duda nas skusił z tego powodu, że lżenie prezydenta jest automatycznie ścigane z oskarżenia publicznego. Na ten au­tomat bardzo liczyliśmy. Przeliczyliśmy się. Chcieliśmy sprowo­kować proces. Byłby ciekawy, bo według prawników w artykule dotyczącym lżenia prezydenta nie ma kontrasygnaty prawdy. To znaczy, jeżeli prezydent kogoś zamordował, to nazwanie go mordercą nadal jest zniewagą. W tym kontekście ciekawe byłoby rozumienie istoty konstytucyjnej wolności słowa. Bo zgodnie z konstytucją wolność - więc również wolność słowa - wolno ograniczyć w wyraźnie określonych przypadkach - tu chodzi o ochronę porządku konstytucyjnego - ale nie wolno naru­szać istoty tej wolności. Ciekawe, jak tę sytuację interpretowałby sąd konstytucyjny - no, ale już tego sądu nie ma.
W każdym razie w ramach tej akcji stawaliśmy z transparen­tem, że Andrzej Duda jest łgarzem i krzywoprzysięzcą. Podpisy­waliśmy się pod tym z imienia i nazwiska. Zgodnie z tym, czego się spodziewaliśmy, druga strona unikała reakcji, choć bywało nerwowo. Ostatnio, gdy prezydent był pod Cieszynem w jakiejś małej miejscowości, dwie osoby od nas udały się na rekonesans. Przeganiano je zewsząd, jak na westernach. Najpierw interwe­niowało BOR, a potem, gdy stanęli na obrzeżach wioski, w jakimś lesie, nasłano na nich policję. Mieliśmy ochotę powtórzyć akcję w święto Trzech Króli, ale okazało się, że uroczystości z udzia­łem prezydenta mają charakter religijny. W takich sytuacjach nie chcemy rozrabiać.

środa, 11 stycznia 2017

Jak kupić sobie władzę



Jednym z najważniejszych celów deklarowanych przez PiS była zawsze walka z korupcją. Ale, jak się okazuje, z tą „prywatną". Bo w używaniu publicznych pieniędzy na potrzeby partii i jej zwolenników PiS jest arcymistrzem. Z korupcji politycznej zbudował cały system, który stale rozwija.

Motyw zwalczania przekupstwa jest na trwałe związany z legendą braci Kaczyńskich. Bo obydwaj byli za­wsze, przynajmniej na pokaz - choć nie brak opowieści, że też autentycz­nie - uczuleni na wszelkie przeja­wy korupcji, niezwykle podejrzliwie przyglądali się każdej przedsiębiorczości czy inicjatywie z pieniędzmi w tle. Lech Kaczyński, na przykład, w okresie swojej stołecznej prezyden­tury zatrzymał niemal wszelkie inwestycje w mieście, ponoć właśnie z obawy przed możliwością korupcji. Teraz zresztą tak­że wiele przetargów i inwestycji jest wstrzymywanych z tego samego powodu. Jarosław Kaczyński natomiast zawsze, gdy tylko uzyskiwał jakiś kawałek władzy natychmiast zaczynał tropić przestępczy przepływ pieniędzy; tak było przed 2007 r. i tak się dzieje od października 2015 r. I już nawet nie wiadomo, czy decyduje jego faktyczne przekonanie, że Polskę obsiedli złodzieje, czy chodzi raczej o używanie tego widma jako in­strumentu politycznego.

wtorek, 10 stycznia 2017

Czas na bunt



Pierwszy raz się boję, że może w Polsce dojść do wojny domowej, bo takiego podziału, jaki mamy dziś, to nie pamiętam - mówi kompozytor Zbigniew Preisner

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Napisał pan ostatnio utwór „Dobra zmiana”.
ZBIGNIEW PREISNER: Uważam, że po­winnością artysty jest zabieranie gło­su w ważnych sprawach. Dobra zmiana zboczyła z kursu i zamienia się w wielki chaos. Mógłbym oczywiście powiedzieć, że mało mnie to obchodzi, bo po filmach Kieślowskiego napisałem muzykę tylko do jednego filmu w Polsce. Pracuję za gra­nicą. Ostatnio pracowałem z Fernando Truebą przy filmie „La Reina de Espańa” inawet zagrałem epizodyczną rolę u boku Penelope Cruz. Ale nie będę siedział ci­cho, bo na moich oczach legalnie wybrana władza dokonuje wewnętrznego rozbioru Polski, niszczy dorobek wielu pokoleń.

To budzi pana żal, gniew, złość, frustrację?
Przede wszystkim wstyd.

Wstyd?
Mam tyle lat, że pamiętam kryzys ku­bański w 1962 roku. Biegaliśmy wte­dy z ojcem, żeby kupić słoninę i smalec, bo miała być wojna. Pamiętam rok 1970, gdy czołgi jechały na stoczniowców. By­łem w pierwszej klasie liceum i na lekcji wychowawczej krzyczeliśmy, że chcemy szynki, masła i pomarańczy. O mało nie wywalili mnie ze szkoły. Potem był 1977 r. i morderstwo Staszka Pyjasa. Juvenalia w Krakowie zamieniły się w czarną procesję. W1980 r. z Piwnicą pod Barana­mi robiliśmy widowisko na krakowskim rynku. Była to inscenizacja wjazdu księ­cia Poniatowskiego i tysiące ludzi witało Daniela Olbrychskiego, który grał księcia w taki sposób, jakby to się działo współ­cześnie. Ludzie krzyczeli: „My chcemy króla!”. W tym czasie stał już Gdańsk. Na 13 grudnia 1981 r. miałem bilet do Berlina i załatwioną pracę w Australii. Nie poje­chałem, to dla mnie jedyny dobry przy­padek stanu wojennego. Zaraz potem poznałem Krzysztofa Kieślowskiego. Mówię o tym wszystkim dlatego, że gdy ma się w pamięci historię Polski, to nie może być zgody na to, aby ktoś roztrwo­nił to wszystko, o co walczyli nasi pra­dziadkowie, dziadkowie, ojcowie i o co my walczyliśmy. Nie można spokojnie przyglądać się temu, jak niszczy się na­sze marzenia o wolności. Jesteśmy jedy­nym pokoleniem, które żyje bez wojny. W wolnym kraju i w wielkiej Europie.

A gdzie ten wstyd?
Polska na naszych oczach w ciągu ostat­niego roku spsiała. PiS-owi wystarczył rok, żeby roztrwonić osiągnięcia ćwierć­wiecza. Wszędzie za granicą słyszałem pochwały. Polska była krajem podziwia­nym, przykładem rewolucji bez ofiar. Dziś ci sami ludzie pytają mnie: co się dzieje? Jak to w ogóle możliwe? Jak wy się na to zgadzacie? Co się dzieje z Polską? I wtedy jest mi wstyd, bo nie wiem, co powiedzieć.

No właśnie, co powiedzieć?
PiS trwoni naszą wolność i demokra­cję. Niszczy nasz wizerunek w świecie. Zgłasza utopijne pomysły ekonomicz­ne. To wszystko prowadzi do katastrofy. To jest jakiś koszmarny powrót do prze­szłości. Od Gomułki, Gierka, Jaruzel­skiego słyszałem epitety o warchołach, o wichrzycielach, o podżegaczach. Dzi­siaj od przedstawicieli partii rządzącej słyszę o drugim sorcie, o komunistach i złodziejach, manifestujące tłumy na­zywa się rebelią. A wszystko w imię ha­sła, że suweren tego oczekuje. Gdy dziś słucham tego, co mówią przedstawicie­le władzy, to zastanawiam się, czy oni nie biorą gotowych tekstów z minionej epoki i nie wciskają dobrze przerobionej w hi­storii retoryki, bo - jak powiedział prezes TVP - „ciemny lud to kupi”.

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Kaczyńskiego przemysł pogardy



Kaczyński uważa, że hejt związanych z PiS niszowych mediów doprowadził go do władzy. Liczy, że ten sam hejt, nagłośniony teraz przez potężne media państwowe, pozwoli mu tę władzę zachować

Noworoczna szopka Mar­cina Wolskiego mogła być zaskoczeniem chy­ba tylko dla tych, którzy do telewizji Jacka Kurskiego od dawna nie zaglądali. Jeśli na­wet TVP bywała wcześniej zbyt ostrożna wobec władzy, to w ciągu ostatniego roku stała się miejscem nieustającego podlizu wobec rządzących. Wcześniej czasami nudnawa, teraz stała się kopią telewizji Gomułki z najgorszych lat.
   W „Wiadomościach”, „Telexpressie” i TVP Info premier Beata Szydło każ­dego dnia zapowiada kolejne dary dla najuboższych Polaków. Bez informowa­nia, kto za te „dary” zapłaci. Gospodar­skie wizyty i wbijane przez Kaczyńskiego czy Morawieckiego pierwsze łopaty pod nowe inwestycje pojawiają się na prze­mian z paszkwilami na opozycyjne partie i przedstawicieli „łże-elit” - sędziów, sa­morządowców, biznesmenów.
   Jedyny w tej ofercie atrakcyjny horror to obrazy Europy Zachodniej masakro­wanej przez polityczną poprawność, fe­minizm i islamistów. Nieco starszy widz ma wrażenie nieustającego deja vu. To ten sam upadający Zachód, na który Jerzy Urban w pierwszą zimę stanu wojennego posyłał z Polski śpiwory i konserwy ryb­ne, by nowojorczycy nie pomarli z zim­na i głodu (podczas gdy obywatelom PRL władza zapewniała ciepłe kaloryfe­ry i kartki na artykuły spożywcze). Dziś Kaczyński, Waszczykowski i narodow­cy chętnie zaoferowaliby przerażonym mieszkańcom Zachodu nasze poczucie bezpieczeństwa - wszak na Zachodzie nie ma dziś nikogo, kto umiałby budować ar­mię z pasją Macierewicza, kierować poli­cją z sumiennością Błaszczaka i tworzyć prawo z bezwzględnością Ziobry.

sobota, 7 stycznia 2017

Giganci wolności 2016,Wódz ma wizję



Tygodnik „WWazelinie” wierny swej misji na­wilżania jak najpiękniej Prezesowi Tysiąclecia przyznał swą nagrodę Człowiek Wolności Prezesowi Tysiąclecia. Jak podkreśla redakcja: „Głów­nym przesłaniem naszej nagrody jest wyróżnianie osób, które swoją pracą, działaniami, postawą, twórczoś­cią lub działalnością publiczną przysługują się obronie wolności - zarówno wolności słowa, jak i wolności oby­watelskich”. W towarzyszącym ogłoszeniu zwycięzcy okolicznościowym wywiadzie na łamach „WWazelinie” do wspomnianych powyżej zasług sam laureat dodaje stłumienie puczu kanapkowego, podczas którego finan­sowana przez Niemców opozycja próbowała się zamach­nąć tartinkami na dobrą zmianę.
   Nie sposób nie zgodzić się z redakcją. Cały rok 2016 był jednym wielkim dowodem, że Jarosław Kaczyń­ski nie spocznie, dopóki nie upora się z polską wolnoś­cią. Jak rezolutnie to ujął w wywiadzie dla Reutera, a co my możemy rozwinąć pełniej ku pożytkowi mniej roz­garniętych czytelników, będzie tak walczył o swoją wol­ność, że choćby gospodarkę i państwo szlag miał trafić, to on wolności nie odpuści, aż z bękarta zwanego Trzecią Rzeczpospolitą nie zostanie kamień na kamieniu. Zna­czy wolność Jarosława zostanie.
   Do uzasadnienia redakcji dodałbym legendarną skłon­ność laureata do kompromisu, jego wkład w łagodzenie napięć społecznych i zasypywanie linii podziałów, wzno­szenie się ponad osobiste urazy oraz niechęć do mało­stkowej pamiętliwości i mieszającej kompleks wyższości i niższości polityki na obrażonego bachora.

piątek, 6 stycznia 2017

Wydmuszka



Prawo i Sprawiedliwość zrealizowało swój plan Trybunał Konstytucyjny stał się instytucją fasadową. Sędziowskie autorytety wypierają partyjni nominaci bez dorobku

Aleksandra Pawlicka

Co dalej z Trybunałem? - pytam byłego prezesa TK Jerzego Stępnia.
   - Chce się pani zajmo­wać archeologią? - odpo­wiada. - PiS w sposób ostentacyjny robi, co chce. Nawet mogąc osiągnąć coś legal­nie, łamie prawo, żeby pokazać, że jest ponad prawem. Brutalność i premedy­tacja, z jaką niszczy Trybunał, sprawiają, że w Polsce właściwie nic już nie jest bez­pieczne. Ta władza może przeforsować wszystko.
   - To bardzo niebezpieczny moment, w którym kończy się sprawdzony system kontroli konstytucyjności stanowione­go prawa. Nasz Trybunał Konstytucyjny był powszechnie docenianą na świecie in­stytucją, wzorcem dla wielu krajów. Dziś sami to niszczymy - dodaje prof. Marek Safjan, również były prezes Trybunału, dziś sędzia Trybunału Sprawiedliwości UE w Luksemburgu.
   Także prof. Andrzej Rzepliński, któ­ry swoją kadencję na stanowisku prezesa TK zakończył 19 grudnia, nie ma złudzeń: - Ordynarne napaści pana Kaczyńskie­go na sądownictwo pokazują, w jakim podążamy kierunku. Tylko patologiczny kłamca lub idiota może twierdzić, że bez niezawisłego wymiaru sprawiedliwości istnieje demokratyczne państwo prawa.

czwartek, 5 stycznia 2017

Kaczyński mówi Moczarem



Przedstawiciele obozu władzy z upodobaniem przebierają się za antykomunistów. Jednak w stosunku do przeciwników używają języka komunistycznej propagandy

W ustach polityków PiS i w mediach wspie­rających tę partię usłyszeliśmy słowa znajome, choć niesłyszane od 1989 r.: „uliczna rozróba”, „wichrzyciele” czy „podpalanie pań­stwa”. Dla kontrastu pokazywany jest Jarosław Kaczyński wbijający pierw­szą łopatę pod budowę „mieszkań dla wszystkich Polaków”. Tego też nie wi­dzieliśmy u polityków po roku 1989. Poprzednicy Kaczyńskiego bali się oczywistego nawiązania do gospodar­skich wizyt Bieruta, Gomułki, Gierka i Jaruzelskiego.
   Poseł Jacek Sasin jako inspirato­rów opozycji znów, jak za dawnych lat, wskazał obce siły, a Beata Szydło oskar­żyła je o sianie zamętu. Wicepremier Piotr Gliński wzorem Mieczysława Ra­kowskiego z grudnia 1981 r. mówił, że „opozycja nie chce, by Polacy spokojnie spędzili święta”. Wszystkich jak przelicytował Jarosław Kaczyński, który protesty opozycji i manifestacje KOD nazwał „próbą puczu”.

środa, 4 stycznia 2017

Z ojca - przedsiębiorca



Nie było bardziej udanego roku w 25-letniej historii biznesowej działalności ojca Tadeusza Rydzyka niż ostatni. Bo chyba nigdy tak niewielu nie dostało od państwa tak wiele w tak krótkim czasie.

Wyrazy wdzięczności dla redemptorysty zaczęły płynąć na długo przed nastaniem „dobrej zmia­ny”. Jeszcze w 2014 r. PiS wyceniło wsparcie ze strony ojca Tadeusza i jego mediów zaledwie na 81 tys. zł. Ale już w roku wyborczym suma, która zasiliła konto kierowanej przez o. Rydzyka funda­cji Lux Veritatis (Światło Prawdy), zwięk­szyła się ponad trzykrotnie - do 286 tys. zł.
   To był jednak tylko wątły strumień, który na początku tego roku zamienił się w rwącą rzekę. Bo - jak powiedział Jarosław Kaczyń­ski na zeszłorocznych obchodach rocznicy założenia Radia Maryja, które odbyły się trzy tygodnie po zaprzysiężeniu rządu PiS - „bez Ciebie, Ojcze Dyrektorze, nie byłoby tego zwycięstwa”. Pierwsza próba okaza­nia prawdziwej wdzięczności kapelanowi „dobrej zmiany” okazała się falstartem. Poprawka do ustawy budżetowej, złożona przez szefa klubu PiS Ryszarda Terleckie­go, a przewidująca odebranie 20 min zł teatrom i przekazanie ich Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, równie szybko została wycofana, jak się po­jawiła. A to dlatego, że taka dotacja byłaby złamaniem prawa.
   Później szło już gładko i z rozmachem. Nadzorowany przez bliskiego Rydzykowi ministra środowiska Jana Szyszkę Naro­dowy Fundusz Ochrony Środowiska i Go­spodarki Wodnej wypłacił Lux Veritatis 26 min zł. To suma, której redemptorysta domagał się za zerwanie w 2007 r. umowy na dofinansowanie odwiertów geotermal­nych, którą podpisał NFOŚiGW za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Sprawa trafiła do sądu, proces trwał przez cały okres władzy PO, aż w końcu Fundusz - już po „dobrej zmianie” - zgodził się na ugo­dę. O. Rydzyk wspaniałomyślnie zrezy­gnował z 14 min zł odsetek.
   Strumień z pieniędzmi pompowanymi w kierunku Torunia zaczął płynąć wart­kim nurtem. Minister Zbigniew Ziobro dał 3 mln zł WSKSiM na szkolenia prokurato­rów i sędziów, a ponad 800 tys. i 300 tys. zł w ramach różnych programów dorzucili jej jeszcze szef MSZ Witold Waszczykowski i Jan Szyszko, któremu nie przeszkadza­ło, że wraz z córką jest tam wykładowcą. Swoje dostała także TV Trwam -140 tys. zł na promocję czytania - i po raz kolejny Lux Veritatis - 200 tys. zł od MSZ w ra­mach współpracy w dziedzinie dyploma­cji publicznej. W sumie - jak wyliczyła PO w ramach akcji „Dług wdzięczności” - róż­ne przedsięwzięcia ojca Rydzyka od lutego do października dostały zastrzyk w wy­sokości prawie 30,5 min zł. I to zapewne nie koniec, bo plany, a w związku z tym i potrzeby, ma redemptorysta duże. Tak duże, że nie lubi się dzielić tym, co dostaje, z nikim, nawet z zakonnymi współbraćmi. Wszystko, co dostał od rządu, zasiliło fun­dację, szkołę i telewizję, a więc podmioty, nad którymi ma pełną kontrolę. I pełen dostęp do ich kont.
   Ojciec Rydzyk nie czuje się jednak spe­cjalnie wyróżniony. Wręcz przeciwnie. Niedługo po nagłośnieniu przez media zawarcia ugody przez NFOŚiGW z Lux Veritatis duchowny zabrał głos na ła­mach „Naszego Dziennika”. „Powtarzają w swych mediach o dawaniu ojcu Rydzy­kowi milionów - to następne kłamstwo”, które zdaniem duchownego z Torunia „ob­liczone jest bardzo sprytnie na odebranie dobrego imienia”. Bo przecież „były na te i inne projekty pieniądze w poprzednim rządzie. Nie wszystkie te projekty były ujawniane dla ogółu Polaków, natomiast jeśli nawet były, to nigdy tamte rządy nie przyznały nam środków (...). Komu przy­znawali? Na jakie miliardy popełniano nad­użycia? Coraz bardziej wychodzi to na jaw. Dopiero w tym rządzie wszystkie projekty są jawne. Każdy może ubiegać się o nie, jeśli spełnia kryteria”.

wtorek, 3 stycznia 2017

Jak Jacek Kurski zdemolował TVP





Sylwestrowa noc. Telewizyjna Dwójka bawi widzów relacją z koncertu w Zakopanem. Pod scenę usta­wioną na Równi Krupowej ściąga kilkadziesiąt ty­sięcy osób, przed telewizorami zasiada kolejne 3,5 min. Gdy na scenę wchodzi weteran disco polo Zenon Martyniuk, widownia dobija do 5 min. W prestiżowym pojedynku z Polsatem na sylwe­strową widownię TVP wygrywa o 700 tys. widzów. Pomiarem wi­downi zajmuje się firma Nielsen Audience Measurement. Ta sama, której prezes TVP zarzucał nierzetelne metody badawcze, gdy wy­kazała spadek oglądalności państwowej telewizji. W „Wiadomoś­ciach” pojawiły się wtedy paszkwile atakujące szefową firmy. Teraz jednak prezes TVP o pretensjach zapomniał. W Nowy Rok trium­fował: - To najlepszy wynik oglądalności koncertu sylwestrowe­go od siedmiu lat - ogłosił. W telewizji można usłyszeć anegdotę o tym, jak Jacek Kurski angażował się w organizację „Sylwestra z Dwójką”. - Ktoś od prezesa dopytywał, czy mamy techniczne możliwości podświetlenia Giewontu - mówi jeden z pracowników technicznych TVP. – Na wszelki wypadek wytłumaczyliśmy, że tak, ale że telewizja nie ma takich pieniędzy. Dali się zniechęcić.
   Dobry wynik w badaniach Nielsena miał jednak swoją cenę. Według Juliusza Brauna, członka Rady Mediów Narodowych i by­łego prezesa TVP, organizacja ostatniego noworocznego koncertu kosztowała ponad 6 min zł. (TVP temu zaprzecza). - To dwa razy więcej niż za moich czasów - podkreśla. Zanim ekipa TVP trafiła do Zakopanego, badała możliwości organizacji koncertu w Toru­niu, potem we Wrocławiu. - Jeszcze zanim zapadła ostateczna de­cyzja, w każdym z miast TYP musiała płacić za sprawy techniczne,
rezerwacje, logistykę. W takim stylu to się odbywało - mówi pra­cownik techniczny TVP.
   TVP potraktowała sylwestra ambicjonalnie, bo firma potrze­buje wymiernego sukcesu. Jesienią szef Rady Mediów Narodo­wych Krzysztof Czabański, zazdrosny o notowania Kurskiego u Jarosława Kaczyńskiego, zapowiadał, że szef TVP zostanie roz­liczony po roku urzędowania. Ten okres próbny właśnie minął. Z dokumentów, jakie TVP udostępniła Radzie, wynika, że jeszcze w styczniu 2016 r. na kontach spółki leżało ponad 110 min zł go­tówki. W czerwcu, po pięciu miesiącach rządów Jacka Kurskiego, było 40 min zł - ale na minusie. A jesienią prognozowany na ko­niec roku niedobór miał wynieść ponad 160 min zł! Z tych samych dokumentów wynika, że od stycznia do sierpnia przychody spad­ły o ok. 8 proc., a koszty wzrosły o ok. 7 proc. Kilkanaście dni temu prezes Telewizji Polskiej przyznał, że zadłużył firmę na 155 min zł i zaapelował do polityków o poważne wsparcie finansowe. - Nie ma co ukrywać, doszliśmy do ściany - mówił.

Gwardia ludowa



Największa jednostka w polskiej armii to oficerowie odesłani do rezerwy. Ale dymisje i zwolnienia dopiero się zaczynają. Macierewicz czyści armię z tych, którzy choćby otarli się o PRL. Pójdzie gładko, bo kadrowym w armii jest zawodowy lustrator.

Wojciech Cieśla

W marcu zeszłego roku z Dowództwa Gene­ralnego Rodzajów Sił Zbrojnych w cią­gu kilku dni odeszło pięciu generałów (jedna piąta wszystkich w dowództwie), w tym aż trzech gene­rałów dywizji, tak zwanych dwugwiazdkowych. We wrześniu odwołany zostaje dowódca GROM, pułkownik Piotr Gąstał. Zaraz po nim szef polskich komandosów, generał dywizji Piotr Patalong. W listo­padzie lecą szefowie pionu Służby Kontr­wywiadu Wojskowego odpowiedzialnego za tropienie nieprawidłowości w spół­kach zbrojeniowych i zakupach dla ar­mii (awansowali jesienią 2015 r., już za czasów Antoniego Macierewicza). W grudniu dymisję składa generał broni Mirosław Różański, dowódca generalny polskiej armii. Z funkcji szefa Sztabu Ge­neralnego rezygnuje Mieczysław Gocuł. Odchodzi generał Adam Duda, szef In­spektoratu Uzbrojenia.
   Mówi oficer, sztabowiec, pracujący w Warszawie: - Chodzi o najwyższych, najważniejszych polskich oficerów. Gocuł kilka miesięcy wcześniej dostał nomina­cję na drugą kadencję w Sztabie Gene­ralnym od prezydenta Andrzeja Dudy. Różański dowódcą generalnym był od lipca. Odeszli, bo nie mogli działać pod rzą­dami „aptekarzy”

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Sejmowe zasieki



Pan zhańbił parlament! - krzyczy poseł PO Sławomir Nitras w gabinecie marszałka Sejmu. Prezes PiS Jarosław Kaczyński spogląda w kierunku drzwi. - Zabrać go stąd!

Michał Krzymowski

Szesnasty grudnia. Opozycja od kilkudziesięciu minut okupuje sejmową mównicę. W drugiej części budynku, w gabinecie marszałka Sejmu, szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz próbu­je mediować w sprawie wykluczonego z ob­rad posła PO Michała Szczerby. - Niech pan zakończy posiedzenie i zwoła kolejne - radzi marszałkowi Markowi      Kuchcińskiemu. - Kara Szczerby auto­matycznie zostanie anulowana, pan wyjdzie z twarzą bez prze­praszania i wszyscy będą zadowoleni.
   Kuchciński słucha z zainteresowaniem, wygląda, jakby był na tak. - Rozwiążemy to regulaminowo - odpowiada po chwi­li namysłu.
Ale zanim zbierze się prezydium i konwent seniorów, do gabi­netu marszałka wchodzi Jarosław Kaczyński.
Zamyka się z Kuchcińskim na ponad godzi­nę. Po nim ponownie zjawia się Kosiniak, po raz drugi prosi o polubowne zakończenie spo­ru. Kuchciński jest już jednak zmieniony. Nie chce słyszeć o przywróceniu posła.
   Kosiniak: - Odniosłem wrażenie, że to roz­mowa z prezesem wpłynęła na zmianę nasta­wienia pana marszałka.
W tym czasie kilkadziesiąt metrów dalej zbiera się komisja regulaminowa, która ma rozpatrzyć odwołanie wykluczonego posła.
Osiem osób jest za przywróceniem, dziewięć - przeciw.
   W gabinecie marszałka dochodzi do trze­ciej, ostatniej próby mediacji z Kuchcińskim.
Kosiniak: - Może pan pominąć opinię komi­sji. Niech pan się z tego wycofa, będzie pan bohaterem.
   Bez reakcji. Szczerba nie wróci na salę.

niedziela, 1 stycznia 2017

Czy wolno być neutralnym,Halo, tu Lizbona! i Nie mamy gęsi



Czy wolno być neutralnym

Odpowiedzialność za Polskę leży w naszych rękach. Budowniczym nowych żelaznych kurtyn nie możemy pozwolić na to, aby spychali nas w stronę Wschodu.

Kiedy dwa lata temu wybierali mnie na radną, planowałam, że będę się zajmować zielenią, obroną drzew i parków, ścieżkami rowerowymi, placami zabaw, walką ze smogiem. Nie spodziewałam się, że trzeba będzie walczyć nie tylko o czyste powietrze, ale przede wszystkim o wolność i demokrację"- mówiła mi ostatnio młoda krakowska radna Anna Szybist. I pewnie wielu z Was, podsumowując 2016 r., nie może uwierzyć, jak ekspresowo poszło niszczenie Polski. Czy już zaczynamy tęsknić za ciepłą wodą w kranie? Czy trzeba jeszcze bardziej rozwalić to, co udało się w ostatnich latach zbudować, żebyśmy uświadomili sobie, jak niebezpieczna jest nasza sytuacja i że„ciekawe czasy" to przekleństwo?
   W Parlamencie Europejskim każda kolejna debata o Polsce jest bardziej dramatyczna. Jest grupa posłów, którym bardzo na Polsce zależy; dobrze wiedzą, co się u nas dzieje, i nawołują polski rząd do opamiętania się. O Polskę demokratyczną i europejską walczy z imponującym zaangażowaniem wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Frans Timmermans.„Zapisów prawa nie można sobie wybierać jak rodzynek z ciasta! Nie można publikować tylko tych orzeczeń Trybunału Konstytucjonalnego, które się nam akurat podobają!"- grzmiał ostatnio na sali plenarnej.
   Takie słowa i apele zderzają się ze śmiechem i kąśliwymi uwagami europosłów PiS. Ich zachowanie jest tak żenujące, że wywołuje niedowierzanie, ale i autentyczny smutek, uczestników debaty.„Jako młody człowiek w '81 r. pojechałem pociągiem z Chorwacji do Warszawy. Byłem w Gdańsku, by wspierać Solidarność. Byłem w katedrze gdańskiej, słuchałem waszych pieśni, wierzyłem wam! W Chorwacji śpiewaliśmy wtedy: Polska w moim sercu! I moje serce było pełne Polski. Ale dzisiaj, kiedy widzę, jak się śmiejecie, przypominacie mi komunistów, którzy wtedy śmiali się z was i moje serce jest puste. Dziś w Polsce komunistów już nie ma, chociaż wierzyli, że będą trwali bez końca. I wasza polityka również przepadnie!"- wołał w stronę rozweselonych posłów po prawej stronie sali mocno zawiedziony poseł Ivan Jakovcic.

sobota, 31 grudnia 2016

Polsce jest gorzej



Prof. Radosław Markowski, politolog, o polityce prywaty, czyli o tym, że nie warto dawać na autostrady, lepiej obywatelowi prosto do ręki

JACEK ŻAKOWSKI: - Panie profesorze kochany...
RADOSŁAW MARKOWSKI: - Już pan jest wykluczony.

To mi nasuwa pytanie, jak to się mogło stać, że przez jeden rok z prymusa demokratycznej transformacji staliśmy się wzorcowym osłem trojańskim autorytarnego populizmu w całej zachodniej wspólnocie?
Iluzje okazują się faktami.

Czyli?
Dzięki pluralizmowi świata nowych mediów dużo łatwiej niż wcześniej jest przekonać ludzi do rzeczy które słabo są osadzone w twardej rzeczywistości.

Na przykład?
Przekonanie społeczeństwa, że Polska jest w ruinie.

W badaniach tego nie ma.
Mogę panu wymieniać nazwiska publicystów, którzy to powtarzają.

Ale mało kto w to wierzy.
W świecie iluzji różni ludzie wierzą w różne głupstwa. One zle­wają się w potok, który teraz wylał pod postacią wiary, że w Polsce można było zrobić dużo więcej i że ćwierćwiecze wolności to wiel­ka porażka. Chociaż z twardych danych widać, że w porównaniu z innymi krajami regionu Polska pod każdym względem odniosła wielki sukces. Wzrost PKB, spadek korupcji, stan państwa, jakość edukacji nas pozytywnie wyróżnia. A ludzie kontrfaktycznie wie­rzą, że to wszystko są nasze porażki.

Zaraz, zaraz... Odczucie korupcji spadło. Mierzy się ją tylko, pytając o odczucie. Obywatele są zadowoleni, że korupcja jest mniejsza. I na pytanie, czy jesteś zadowolony ze swojej sytuacji, coraz częściej odpowiadają, że tak.
Ale wierzą, że kraj jest w ruinie. A wybory polityczne nie są zwią­zane z oceną własnej
sytuacji, tylko z wyobrażeniem sytuacji kra­ju. „Mnie jest lepiej, ale Polsce jest gorzej”.

piątek, 30 grudnia 2016

7 pytań na rok 2017



W   2017 r. nie będzie co prawda żad­nych wyborów, przynajmniej w normalnym trybie, ale będą w nim zachodzić polityczne proce­sy decydujące o roku następnym, kiedy to zostaną rozpisane wybory samorządowe - pierwsza wielka próba sił po wyborczym marato­nie w 2015 r. Na sukces lub porażkę zarówno władza, jak i opozycja zapracują sobie przez najbliższe 12 miesięcy Jakie zatem ważne wydarzenia mogą określić polską politykę? Poniżej przedstawiamy siedem kluczowych pytań.

   1 Czy PiS straci większość w Sejmie?
   Przy okazji ostatniego kryzysu parlamentarnego podobno wie­lu posłów PiS przyznawało nieoficjalnie (a niektórzy publicznie), że kierownictwo partii idzie zbyt ostrym kursem. Rzeczywiście, wielu z nich wyglądało na wystraszonych i zdezorientowanych. Gwałtowny społeczny opór, na jaki po raz pierwszy od zeszło­rocznego triumfu wyborczego natrafili, spowodował być może refleksję, że PiS nie będzie rządził wiecznie, a żyć potem trzeba. Zwłaszcza że nasilają się głosy opozycji, ale i demonstrantów, że tym razem pobłażania w rozliczaniu obozu IV RP nie będzie, że pojawią się akty oskarżenia i procesy sądowe.
   Trzeba pamiętać, że chociaż PiS poszedł sprytnie do wyborów jako jedna formacja, jest w istocie koalicją PiS, Solidarnej Pol­ski Zbigniewa Ziobry i Polski Razem Jarosława Gowina. Z tym ostatnim „antyPiS” wiąże pewne nadzieje. Od pewnego czasu wicepremier i minister nauki zgłasza, co prawda ostrożnie, roz­maite wątpliwości co do kilku ważnych punktów programu PiS, m.in. reformy emerytalnej, stosunku do przedsiębiorców, syste­mu podatkowego, nawet w kwestii Trybunału Konstytucyjnego. Także po wydarzeniach 16 grudnia mówił, że obie strony muszą wykonać „krok w tył”. W głośnym sporze ministra kultury Piotra Glińskiego z prorządową TVP sprzed kilku tygodni wziął stronę Glińskiego. Gowin ma w Sejmie - jak się mówi - około dziesięciu posłów i gdyby odeszli z klubu razem z liderem, PiS mogłoby stra­cić większość (dzisiaj to przewaga pięciu mandatów). Wciąż jest to mało prawdopodobne, ale Jarosław Kaczyński musi się z tym liczyć, skoro stale utrzymuje bliską łączność z klubem Kukiz’15 i traktuje tę formację jako strategiczną rezerwę.
   A jednak utrata samodzielnej większości (także w wyniku jakie­goś innego, nagle ujawnionego, konfliktu i rozłamu, np. w kwestii aborcji) byłaby dla PiS i całej sceny politycznej wielkim wstrząsem, także psychologicznym. PiS musiałby albo uzupełnić swój klub o kilku posłów Kukiza (w innej wersji wejść z Kukiz’ 15 w formalną koalicję), albo też pozostać w formule rządu mniejszościowego z korzystaniem z poparcia K’15. Byłaby to jakaś odmiana „paktu stabilizacyjnego” sprzed dziesięciu lat, który PiS tworzył wówczas z Samoobroną i LPR. Wtedy było to dla Kaczyńskiego przedsion­kiem piekła i doprowadziło jego rząd do upadku. Z kukizowcami mogłoby wyglądać podobnie, nawet jeśli na początku pozornie niewiele by się zmieniło. To jednak byłoby sztukowanie suwerena w miejsce jednej, namaszczonej przez patriotycznych wyborców, „świętej” formacji.
   Oczywiście Gowin, jeśli w ogóle, nie odejdzie bez politycznych profitów. Jego ambicje - jak mówią znajomi - sięgają premiero­stwa, na które w obecnym układzie, przy Kaczyńskim, nie ma szans i o tym wie. Pytanie, czy opozycja byłaby w stanie poświęcić się i oddać tak wiele dzisiejszemu wicepremierowi za to, że ten wraz z małą grupą odejdzie z obozu władzy? Ale bez tego rządy PiS przez najbliższe trzy lata są raczej gwarantowane.

czwartek, 29 grudnia 2016

Wice prezesa



„Wiem o tym, że będę musiał mieć następcę, i wiem, ile mam lat. To piękna wizja dla Szczecina" - odpowiadał w radiu 67-letni Jarosław Kaczyński na pytanie o to, czy jego następcą będzie Joachim Brudziński. Ten zaś, w tym samym Radiu Szczecin, odparł, że „Piękna wizja dla Szczecina to Jarosław Kaczyński premierem Polski", choć już wtedy szefową rządu była Beata Szydło. Czyli o tym, jak rośnie w siłę wiceprezes PiS Joachim Brudziński.

We wrześniowych wybo­rach władz partii Bru­dziński (w lutym skoń­czy 49 lat) do funkcji szefa komitetu wyko­nawczego, czyli dowodzącego partyj­nym aparatem, dorzucił stanowisko wiceprezesa. A nawet coś więcej. - Prezes publicznie nazwał Achima [jak mówią o nim w partii - red.] pierwszym wice­prezesem. Na jednym ze spotkań kie­rownictwa partii Kaczyński powiedział, że jak on złamie nogę, to za wszystko od­powiada Joachim - wspomina nasz roz­mówca z centrali partyjnej. Wcześniej nieformalnym zastępcą Kaczyńskiego był Adam Lipiński.

    Potrzebni posłuszni
    Rzeczniczka PiS Beata Mazurek uwa­ża, że awans Brudzińskiego był oczywi­stą oczywistością: - Przecież od wielu lat jest prawą ręką prezesa. To najważniej­sza osoba w otoczeniu Jarosława Kaczyń­skiego. Dowodem jego siły jest to, że nie poszedł do rządu, ale został w centrum dowodzenia. Arietta Brudzińska (żona) w wywiadzie dla „Wprost” ujawniła zresztą, że była to wspólna decyzja jej męża i Kaczyńskiego, pokazując mimo­chodem wagę polityczną Beaty Szydło.
    Polityk PiS mówi, że ministrowie wy­konują polecenia z centrali, bo mają re­alizować program partii: - To naturalne, że w hierarchii są elementem podrzęd­nym, również wobec Achima.
    Promocja Brudzińskiego nie może dziwić. Prezes nie potrzebuje w naj­bliższym otoczeniu intelektualistów i doradców. Ma złe doświadczenia z poprzednimi wiceprezesami - Lu­dwikiem Dornem, Pawłem Zalewskim, Kazimierzem Ujazdowskim czy Mar­kiem Jurkiem, których uważa za rozdyskutowane towarzystwo, które o mało nie rozsadziło mu partii. I wszyscy - z punktu widzenia Kaczyńskiego - zdradzili. W obecnym PiS potrzebni są posłuszni oficerowie, a jeśli przy tym są sprawni i bezwzględni, to mogą zajść bardzo wysoko.

środa, 28 grudnia 2016

Kod Władka



Władysław Frasyniuk zostawał liderem zmian, po czym wycofywał się w cień. Czy teraz znów kolej na niego?

W lutym 1989 r. przy Okrągłym Stole siedział po lewej stronie Lecha Wałę­sy (po prawicy Tadeusz Mazowiecki, za kilka miesięcy pierwszy niekomu­nistyczny premier powojennej Polski). Wydawało się, że to on po Lechu przej­mie władzę w Solidarności. W sierpniu 1980 r. był kierowcą we wrocławskim MPK, potem przywódcą milionowej Solidarności na Dolnym Śląsku, w stanie wojen­nym jedną z legend podziemia, wreszcie wiceprzewodniczą­cym i przewodniczącym Unii Demokratycznej i Unii Wolności. Dziś jest uczestnikiem manifestacji KOD. I jednym z najpoważ­niejszych kandydatów na lidera ruchu oporu wobec Jarosława Kaczyńskiego i PiS.

   To mądrzejszych nie było?
   Kiedy zostawał przewodniczącym Zarządu Regionu Soli­darności we Wrocławiu miał 26 lat. Wcześniej był rzecznikiem związku. - Od początku miał cechy przywódcze, był dynamicz­ny, więc kiedy w regionie doszło do kryzysu kierownictwa, objął władzę. Jedną z pierwszych jego decyzji było powołanie Ośrodka Badań Społeczno-Zawodowych. Uważał, że Solidarność takiego zaplecza potrzebuje - mówi prof. Włodzimierz Suleja, historyk, autor książek o dolnośląskiej Solidarności, przez kilkanaście lat dyrektor oddziału IPN we Wrocławiu.
   Kiedy powiedział ojcu, że został przewodniczącym, usłyszał: „To nikogo mądrzejszego nie mieli?”. Zapamiętał to na całe życie.
   W grudniu 1981 r. dał zgodę na akcję, która przeszła do historii i do filmu. Józef Pinior, Piotr Bednarz i Stanisław Huskowski - tuż przed tym, nim pieniądze zajęła służba bezpieczeństwa - wy­płacili 80 min zł z konta związku i przekazali wrocławskiej kurii. Bezpieka oszalała z wściekłości. Po latach Waldemar Krzystek nakręcił o tym film „80 milionów”.
   13 grudnia uniknął internowania, bo wyjechał z Gdańska, zanim milicja otoczyła hotel, w którym nocowali wszyscy naj­ważniejsi w związku. Ostrzeżony przez kolejarzy, że SB czeka już na niego na dworcu we Wrocławiu, wyskoczył z pociągu wcze­śniej. Ukrywał się. Zszedł do podziemia.

piątek, 23 grudnia 2016

Wiara, nadzieja, siła, Abecadło,Prawo grawitacji i Gorzki opłatek



Wiara, nadzieja, siła

Demokratyczna, obywatelska, otwarta, tolerancyjna i mądra Polska przetrwa jedynie wtedy, gdy Po­lacy nie zapomną, że jej przetrwanie zależy tylko od nich. Bezradność i poczucie beznadziei, odczuwane przez obywateli, to najwięksi sojusznicy obecnej władzy.
   Przed napisaniem tego tekstu sięgnąłem do tego, co pisałem tu rok temu, by uniknąć kalek i powtórzeń. Tytuł tekstu sprzed roku: „Źle się dzieje w państwie polskim”. I jak tu uniknąć dziś powtórzeń? Może tylko rozszerzając litanię wydarzeń zasmu­cających. W minionym roku populiści uczynili wielkie szkody w państwie polskim, ale rozpoczęli też triumfalny marsz na Zachód. Brexit oznaczał zachwianie Unii Europejskiej, a zwy­cięstwo Trumpa może już za chwilę zachwiać światem nawet bardziej niż Ameryką. Demokratyczni przywódcy tego świata pokazali swą dojmującą niemoc - w obronie przed populista­mi i w obronie przed autokratami. Człowiekiem roku magazy­nu „Time” został Donald Trump, ale być może powinien nim zostać Władimir Putin. Najpierw pomógł zwolennikom Brexitu, potem za pomocą operacji bardziej wyrafinowanej niż przeprowadzane niegdyś przez KGB wpłynął na wynik wy­borów w Ameryce. A po drodze pomógł w rzezi Aleppo, którą świat długo traktował tak, jakby była tragedią mniej więcej tej miary co rozwód Angeliny i Brada.
   No dobrze, ale ten tekst wymaga jakiegoś kontrapunk­tu. W końcu przynajmniej od roku zamęczam tu państwa mrocznymi analizami wydarzeń smutnych i groźnych. To może tak, dla odmiany, optymistycznie?
   W minionym roku zobaczyliśmy w Polsce piękne twa­rze ludzi godnych, przyzwoitych i odważnych. Tych, którzy uznali, że Polska, nasza demokracja i zwykła moralność wy­magają, by zachować się po prostu porządnie, by nie ulegać machinie zła. Miałem, tak jak pewnie większość z Państwa, okazję poznać ich osobiście, na ulicach tak wielu polskich miast. Dla dziennikarza był to wspaniały prezent. Zwykle bowiem komentator tylko wyobraża sobie swoich czytelni­ków. A tu nagle (dziękuję, partio rządząca!) pojawiło się wie­le okazji, by ich spotkać i z nimi porozmawiać. Naprawdę podtrzymujące na duchu jest to, jak wielu ludzi w Polsce my­śli o naszym państwie poważnie, jak liczni uważają za bez­dyskusyjną wartość normalną demokrację - taką, w której władza nie może wszystkiego i w której prawa mniejszości są respektowane. Za taką wartość, która wymaga starań, za­biegów, gestów, czynów, a przynajmniej powstrzymywania się od flirtu ze złem.

czwartek, 22 grudnia 2016

Piniorgate



Czy szlachetny opozycjonista może być łapówkarzem? Oczywiście może, bo z ludźmi bywa różnie. A konkretnie, czy Józef Pinior jest łapówkarzem? To mało prawdopodobne, orzekł sąd i wypuścił go na wolność.

Cała ta historia przypomina powtórkę z hi­storii. O szóstej rano po Piniora przyszli agenci CBA. W scenariuszu mały retusz, po Barbarę Blidę o szóstej rano przyszli funkcjonariusze ABW. I tu, i tam chodziło o znane osoby, cieszące się autorytetem i uważane za uczciwe. I tu, i tam czekały w gotowo­ści kamery. I tu, i tam powodem operacji była rzeko­ma korupcja.
   Spektakularne zatrzymanie Józefa Piniora, byłego europosła (z listy SDPL) i byłego senatora (z listy PO), jednego z najbardziej zasłużonych działaczy opozycji w czasach PRL, było wielkim zaskoczeniem. - Każdy, ale nie Józek-tak zareagowali prawie wszyscy jego przy­jaciele z dawnych lat.
   Poręczenia za Piniora złożyli m.in.: Władysław Frasyniuk, Karol Modzelewski, Henryk Wujec, Danuta Kuroń, Krystyna Stachowiak, Jan Lityński, Janusz Pałubicki, a nawet wrocławski senator z ramienia PiS Jarosław Obremski, z którym Pinior przegrał rywalizację w ostat­nich wyborach. Jedynie dawny lider Solidarności Wal­czącej Kornel Morawiecki odciął się od kolegi z opozycji i oświadczył, że nie wyobraża sobie, aby zarzuty stawiane przez prokuraturę były nieprawdziwe.

środa, 21 grudnia 2016

8.41



Zegarki ofiar katastrofy smoleńskiej zatrzymały się na godz. 8.41. Przez sześć lat od tamtej chwili politycy zrobili wszystko, żeby zegarki rodzin tragicznie zmarłych również zatrzymały się na tej godzinie.

Sekwencja odnajdywania ciał katastrofy smoleńskiej zajmuje spory rozdział akt sprawy Ale można ją zsyntetyzować do teorii chaosu. Nawet jeśli pasażerowie lotu zajmowali miejsca koło swoich przyjaciół i znajomych, to po godz. 8.41 nic już nie było na swoim miejscu. Zwłaszcza że przez kabinę przeleciał ciągle pracujący element jed­nego z silników. A kadłub niczym gigantyczna betoniarka kręcił w powietrzu młynka, a następnie z liczoną w wielu tonach siłą uderzył o ziemię.
   Ci, którzy polecieli do Moskwy na identyfikację ciał swoich bliskich, pamiętają, że tam jeszcze dało się poczuć atmosferę tego wymieszania. Ludzie padali sobie w ramiona, nie patrząc, z jakiej ktoś był partii, jakie miał poglądy. Na pokładzie był pe­łen przekrój sceny politycznej. Wtedy jeszcze bliscy zmarłych wzajemnie się nie obrażali i nie ranili. Dziś trudno ustalić, ile to trwało i kto pierwszy zaczął.
   Podziały zeszły nawet na poszczególne rodziny. W., syn, jest związany ze środowiskiem Platformy Obywatelskiej. Jego ojciec twierdzi, że w Smoleńsku był zamach. Niewiele ze sobą rozma­wiają. Najmniej o tym, co wydarzyło się 10 kwietnia. Mama Z., wdowy smoleńskiej, jest zagorzałą zwolenniczką PiS. Do córki dzwoni rzadko, bo politycznie są po dwóch stronach barykady. Kiedy się dowiedziała, że zięć miał z tyłu czaszki dziurę, nie mo­gła się powstrzymać. Zadzwoniła, żeby powiedzieć, że jednak dobijali. W rodzinie R. wszystko, co związane ze Smoleńskiem, jest wspólnie dyskutowane, a następnie wypracowuje się jedno stanowisko. Tak podjęto decyzję o przeniesieniu ciała ojca z grobu na Powązkach na mały wiejski cmentarz. Nie wytrzymali wycie­czek i komentarzy obcych ludzi, którzy nie rozumieli, że cmentarz to nie wystawa. Grób stoi pusty, ale ciągle podpisany, no i w Alei Zasłużonych. Taki kompromis, żeby nikogo nie urazić, a jednocześnie zachować intymność i spokój żałoby. Na ten pusty grób też czasem chodzą. Trzeba sprzątać znicze i kwiaty. Ludzie dużo ich przynoszą. Na początku rodziny ustaliły, że nagrobki będą w jed­nakowej stylistyce. Potem na niektórych zaczęło przybywać złota. Nawet w tak prostej kwestii nie udało się osiągnąć porozumienia.