wtorek, 7 lutego 2017

Donos na prezesa



Ktoś podsuwa dziennikarzom zdjęcia mające skompromitować Maksa Kraczkowskiego, byłego posła, wiceszefa państwowego banku. Kto śledzi prominentnych polityków PiS? I po co?

Wojciech Cieśla

Zdjęć jest kilka. Zrobiono je pod koniec czerwca 2016 r. Trzech mężczyzn pogrążo­nych w rozmowie; są rozba­wieni. Na dwóch zdjęciach spacerują, na czterech jedzą obiad w fast foodzie. Zdjęcia są dobrej jakości, ostre, mimo że wykonane z daleka długą ogni­skową - widać, że robiono je z ukrycia. Detektywistyczna robota.
   Styczeń 2017 r. Zdjęcia przez pośred­ników trafiają do kilku warszawskich re­dakcji. Towarzyszy im informacja: na fotografiach są Maks Kraczkowski (po­lityk PiS, wiceszef państwowego banku PKO BP) i Tomasz Górski (były poseł PiS z Poznania). Trzeci - wysoki mężczyzna w żółtej koszuli - to Wołodymyr P, pseu­donim Wowa, poznański kryminalista.
   Zdjęcia trafiają do dziennikarzy w chwili, gdy Maks Kraczkowski jest bra­ny pod uwagę jako potencjalny nowy szef banku PKO.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Pierwsza rodzina



Dramat żony „ojca narodu" opisała sama Danuta Wałęsa, dramat dzieci pisze życie. A Lech Wałęsa, legendarny przywódca Solidarności, były prezydent, w wieku 74 lat jeździ sam po kraju, żeby mobilizować opozycję i bronić się przed pomówieniami o współpracę z SB. Taką ma starość.

W Instytucie Pamięci Narodowej też był właści­wie sam. Przyszedł w towarzystwie dwóch borowców i narzeczonego swojej córki Ma­rysi, Patryka, młodego człowieka, o którym niewiele wiadomo poza tym, że próbuje zostać aktorem i że był dwukrotnie skaza­ny za jazdę pod wpływem alkoholu. Wałęsa usiadł w pierwszym rzędzie i czekał na wy­kład Sławomira Cenckiewicza (awansowanego przez PiS na człon­ka kolegium IPN i szefa Centralnej Biblioteki Wojskowej) „Prze­wodniczący - Noblista - »Bolek« - Prezydent. Kim jest naprawdę Lech Wałęsa?”. Historyk odwołał spotkanie w związku ze śmiercią syna Wałęsy Przemysława, pouczając przy okazji byłego prezy­denta, jak ojciec powinien przeżywać żałobę. Świadom zapewne, że ekspertyzy grafologiczne teczki agenta o pseudonimie Bolek, dostarczonej rok temu do IPN przez wdowę po gen. Czesławie Kiszczaku, potwierdzają: pismo agenta Bolka to pismo Wałę­sy Tak twierdzi Instytut Sehna w Krakowie. Wałęsa cały czas zaprzecza. Po to przyjechał w ostatni piątek do IPN. Nie było u jego boku doradców-polityków, historyków, którzy bez emocji mogliby merytorycznie odpowiedzieć na zarzuty.
   Wałęsa zabrał głos i trudno mu było ukryć, jak wiele go to kosztuje. W pojedynkę stawił czoła wyraźnie mu nieprzy­chylnej sali, gdzie co chwila rozlegały się szydercze śmiechy i komentarze. - Ja nikogo tam nie chciałem mieć u boku - mówi Lech Wałęsa. - Zawsze byłem sam i nigdy nie prosiłem o pomoc. Te najważniejsze polityczne gry też prowadziłem sam, i w cza­sach Solidarności, i prezydentury.
   Sam. To potwierdzają wszyscy, którzy z Lechem Wałęsą współ­pracowali. - Było wokół niego wiele osób, ale te najważniejsze decyzje rzeczywiście podejmował w samotności - mówi senator Sławomir Rybicki (PO), który sekretarzem Lecha Wałęsy został w wieku 21 lat i przez lata był bliskim współpracownikiem szefa Solidarności. Rybicki był z Wałęsą w dniu, w którym ogłoszono, że dostał Nobla.-Rano zadzwonił do mnie i powiedział: jedziemy na Kaszuby, na ryby - wspomina Rybicki. I pojechali, a za nimi długi sznur aut zagranicznych dziennikarzy. Informację o tym, co postanowił Komitet Noblowski, przekazała Rybickiemu kore­spondentka niemieckiego radia Deutsche Welle na leśnej polanie. Ten pobiegł do Lecha i wykrzyczał: dostałeś Nobla! - Ucieszył się, ale od razu spoważniał - mówi Rybicki. -1przez dwie godziny po­wrotnej drogi nie powiedział prawie ani słowa.




Wałęsowie w 1986 r. Od lewej: Bogdan, Danuta z Brygidą, Lech, Przemysław, Sławomir. Na dole: Jarosław, Magdalena, Maria Wiktoria i Anna.

niedziela, 5 lutego 2017

Straszne podobieństwo,Człowiek i jego ludzie,Wolność nie obroni się sama,Karbowy na falii i Gdzie sikają towarzysze



Straszne podobieństwo

Moje pokolenie, podobnie jak i starsze, marzyło, by Polska stała się czymś na podobieństwo tak idea­lizowanej wtedy przez nas Ameryki. Upodabnia­nie się właśnie następuje, tyle że to Ameryka upodabnia się do Polski w jej najnowszym, nieszczęsnym wcieleniu.
   Czy Ameryka przetrwa Trumpa, zastanawiają się najtęższe głowy. Albo dokładniej: w jakim będzie stanie, gdy dobiegnie kres obecnego eksperymentu? Czy nadal będzie światową potęgą? Czy ocaleje wolność słowa, chyba nie dość zabez­pieczona pierwszą poprawką do konstytucji? Takie pytania padają teraz absolutnie poważnie. A najważniejsze z nich, za­dawane ze śmiertelną powagą, brzmi tak: czy Ameryka prze­trwa jako republika? W Polsce republika pada pod ciosami wodza i jego bezrefleksyjnych pretorianów. Trumpowi tak łatwo nie pójdzie. Ale niebezpieczeństwo istnieje.
   W czasie inauguracji Trumpa niemal wszyscy skupili się na jego wystąpieniu, a poza tym na didaskaliach: ilu ludzi w niej uczestniczyło, jak wytrzymała tak trudny dla siebie moment Hillary Clinton, jaka była mowa ciała i mowa spojrzeń po­przedniej i obecnej pierwszej damy. Niemal nie zwrócono uwagi na rzecz z punktu widzenia trwałości instytucji szale­nie ważną: na dostojeństwo, z jakim zachowywali się sędzio­wie Sądu Najwyższego, i na okazywany im szacunek. Jakby to dziś wyglądało u nas? Sędzia Przyłębska, sędzia Muszyń­ski, sędzia Cioch... Dajmy spokój, bo zestawienie jest aż przy­kre. Gruchotanie republiki, które tradycyjnie zaczyna się od zdemolowania sądu konstytucyjnego, w Ameryce nie przej­dzie. Jest też partia prezydenta Trumpa. W ostatniej deka­dzie ulegała radykalizmowi i populizmowi, ale wciąż jest partią, której parlamentarzyści nie są i nie będą zestawem rąk podnoszących się w rytm wskazań wodza.
Trumpowi będzie o niebo trudniej, ale może zadać Ame­ryce i światu potężne ciosy, bo choć ma miliardy, zamiło­wanie do kobiet i konto w banku, jako przywódca ma cechy - nomen omen - szalenie podobne do cech lidera PiS.
   Komentatorka londyńskiego „Timesa” słusznie zwróci­ła uwagę, że Trump chce nie tyle Amerykę uczynić „great again”, ile zaprząc ją do uczynienia wielkim Trumpa. Jaro­sław Kaczyński wiele mówi o potencjale Polski, ale prakty­ka jego rządów wskazuje, że jego celem jest nie tyle wielkość Polski, co wielkość władzy Kaczyńskiego w Polsce. Może na­wet więcej - skala jego panowania nad Polską. Dumni ofice­rowie CIA nagradzają Trumpa oklaskami, gdy w pierwszym dniu prezydentury beszta media, nazywając dziennika­rzy jednymi z najbardziej nieuczciwych ludzi na planecie, i chwali się liczbą okładek w magazynie „Time”. U nas naj­ważniejsze osoby w państwie, każda wyprężona jak struna, oddają w Filharmonii Narodowej hołd wodzowi, którego za­przyjaźnione pismo uznało za „Człowieka Wolności”. Cała filharmonia otoczona jest kordonem policji, bo wolność, jak wiadomo, wymaga przecież pałek i ochrony. Oba zdarzenia to tylko epizody, a jednak bardzo wiele mówiące o naturze władzy i ludzi ją sprawujących.

sobota, 4 lutego 2017

Prawo Ziobry



Prokuratura ściga biegłych, którzy wydali ekspertyzy w procesie o śmierć ojca ministra Ziobry, i robi wiele, aby zmienić kierunek dotychczasowych ustaleń. A on sam zmienia prawo tak, aby sobie i swojej rodzinie w tym procesie pomóc

Nie doszło do spodziewanego za­mknięcia przewodu sądowego i wydania wyroku w procesie czworga krakowskich lekarzy oskarżonych o nieumyślne spowodowanie śmierci Jerzego Ziobry Zbigniew Ziobro, jego matka i brat od po­nad 10 lat próbują udowodnić winę lekarzy Krakowski sąd musiał przerwać rozprawę (odbyła się 18-19 stycznia) z powodu złego samopoczucia Krystyny Kórnickiej-Ziobro, do której wezwano karetkę. Oskarżyciele posiłkowi, czyli Ziobrowie, i prokurator (od­delegowany z Małopolskiego Wydziału Za­miejscowego Prokuratury Krajowej), który włączył się do procesu po ich stronie, kilku­krotnie podczas dwudniowej rozprawy pró­bowali zawiesić ten proces, ale sąd oddalał ich wnioski. Najpierw sędzia Agnieszka Pi­larczyk nie zgodziła się na powołanie nowe­go zespołu zagranicznych biegłych, który miałby wydać opinię w sprawie przebiegu leczenia Jerzego Ziobry, czego domagała się rodzina skarżąca lekarzy. Z opiniami pol­skich biegłych powołanych w tej sprawie, korzystnymi dla oskarżonych lekarzy, ro­dzina kategorycznie się nie zgadza.

piątek, 3 lutego 2017

Jak Jacek Kurski zdemolował TVP



Oglądalność i wpływy abonamentowe w dół. Zatrudnienie i zadłużenie w górę. Oto dołujący bilans rocznych rządów PiS na Woronicza

Radosław Omachel

Sylwestrowa noc. Telewizyjna Dwójka bawi widzów relacją z koncertu w Zakopanem. Pod scenę usta­wioną na Równi Krupowej ściąga kilkadziesiąt ty­sięcy osób, przed telewizorami zasiada kolejne 3,5 min. Gdy na scenę wchodzi weteran disco polo Zenon Martyniuk, widownia dobija do 5 min. W prestiżowym pojedynku z Polsatem na sylwe­strową widownię TVP wygrywa o 700 tys. widzów. Pomiarem wi­downi zajmuje się firma Nielsen Audience Measurement. Ta sama, której prezes TVP zarzucał nierzetelne metody badawcze, gdy wy­kazała spadek oglądalności państwowej telewizji. W „Wiadomoś­ciach” pojawiły się wtedy paszkwile atakujące szefową firmy. Teraz jednak prezes TVP o pretensjach zapomniał. W Nowy Rok trium­fował: - To najlepszy wynik oglądalności koncertu sylwestrowe­go od siedmiu lat - ogłosił. W telewizji można usłyszeć anegdotę o tym, jak Jacek Kurski angażował się w organizację „Sylwestra z Dwójką”. - Ktoś od prezesa dopytywał, czy mamy techniczne możliwości podświetlenia Giewontu - mówi jeden z pracowników technicznych TVP. – Na wszelki wypadek wytłumaczyliśmy, że tak, ale że telewizja nie ma takich pieniędzy. Dali się zniechęcić.
   Dobry wynik w badaniach Nielsena miał jednak swoją cenę. Według Juliusza Brauna, członka Rady Mediów Narodowych i by­łego prezesa TVP, organizacja ostatniego noworocznego koncertu kosztowała ponad 6 min zł. (TVP temu zaprzecza). - To dwa razy więcej niż za moich czasów - podkreśla. Zanim ekipa TVP trafiła do Zakopanego, badała możliwości organizacji koncertu w Toru­niu, potem we Wrocławiu. - Jeszcze zanim zapadła ostateczna de­cyzja, w każdym z miast TYP musiała płacić za sprawy techniczne,
rezerwacje, logistykę. W takim stylu to się odbywało - mówi pra­cownik techniczny TVP.
   TVP potraktowała sylwestra ambicjonalnie, bo firma potrze­buje wymiernego sukcesu. Jesienią szef Rady Mediów Narodo­wych Krzysztof Czabański, zazdrosny o notowania Kurskiego u Jarosława Kaczyńskiego, zapowiadał, że szef TVP zostanie roz­liczony po roku urzędowania. Ten okres próbny właśnie minął. Z dokumentów, jakie TVP udostępniła Radzie, wynika, że jeszcze w styczniu 2016 r. na kontach spółki leżało ponad 110 min zł go­tówki. W czerwcu, po pięciu miesiącach rządów Jacka Kurskiego, było 40 min zł - ale na minusie. A jesienią prognozowany na ko­niec roku niedobór miał wynieść ponad 160 min zł! Z tych samych dokumentów wynika, że od stycznia do sierpnia przychody spad­ły o ok. 8 proc., a koszty wzrosły o ok. 7 proc. Kilkanaście dni temu prezes Telewizji Polskiej przyznał, że zadłużył firmę na 155 min zł i zaapelował do polityków o poważne wsparcie finansowe. - Nie ma co ukrywać, doszliśmy do ściany - mówił.

czwartek, 2 lutego 2017

Operacja „opozycja w ruinie"



Zawrotną karierę po kryzysie parlamentarnym robi taki przekaz: genialny Kaczyński ogrywa swoich przeciwników jak dzieci, opozycja jest beznadziejna, nie ma lidera i właśnie się skończyła.


Teraz, kiedy opozycja właśnie wróciła karnie do swoich poselskich ław po długiej przerwie „na uspokojenie”, rozpoczął się proces ostatecz­nego jej pognębienia, straszenia karami, zmiana­mi regulaminu. Ma to pokazać nienaruszoną hege­monię obozu władzy i jej bezwzględną supremację nad histerycznymi przeciwnikami, którzy zostali przez prezesa uspokojeni. Temu służy odpowiednia narracja o pokonaniu i skompromitowaniu Petru, Schetyny i Kijowskiego.
   Teza o „zaoraniu opozycji”, ewidentnie wyprodukowana w centrali PiS, jest powtarzana nie tylko przez polityków władzy i związanych z nią dziennikarzy ale także przez wielu zagorzałych przeciwników partii rządzącej.
   Spin doktorom Kaczyńskiego udało się wtłoczyć swoją narrację do powszechnego obiegu na tyle zręcznie, że ci, którzy ją powta­rzają, nie zdają sobie sprawy z autorstwa przekazu. Rozgłaszają to po stronie „antypisu”, umacniając przekonanie, że „opozycja przegrała”, jej liderzy są żałośni, nie ma na kogo głosować itp.
O nic więcej marketingowym strategom PiS nie chodzi. Powtarza­ją tę samą akcję, która pod nazwą Polska w ruinie przyniosła PiS wielkie sukcesy w 2015 r. Teraz trwa jej nowa odsłona: opozycja w ruinie. Mechanizm propagandowy jest identyczny, podobnie wysoka jest skuteczność.

środa, 1 lutego 2017

TKM*



Miało nie być Bizancjum, nepotyzmu, celebry i arogancji władzy. Wyszło jak zawsze. A nawet znacznie lepiej.

Tempo, w jakim władza deprawu­je ludzi z PiS, porównać można jedynie z tym, w jakim Antoni Macierewicz pokonał trasę od ojca Rydzyka do prezesa Ka­czyńskiego. Dojechać w niespełna godzinę i 40 minut spod Torunia do centrum War­szawy to więcej niż wyczyn. Według relacji świadków monowska kolumna w terenie zabudowanym poruszała się z prędkością grubo przekraczającą 100 km na godzinę. Trudno się dziwić, że kierowcom nie udało się wyhamować na czerwonym świetle.
   Później można się już tylko dziwić. Ja­dący w kolumnie minister obrony narodo­wej nie zainteresował się stanem zdrowia poszkodowanych. Ze spuszczoną głową przesiadł się po prostu do trzeciej limu­zyny, która towarzyszyła mu w tej podró­ży i opuścił miejsce wypadku. A raczej drobnej kolizji, jak poinformowała policja, która zresztą szybko oddała postępowanie Żandarmerii Wojskowej. Tej samej, której kierowcy najprawdopodobniej byli spraw­cami wypadku. - Minister Macierewicz dał właśnie kolejny przykład, jak zachowuje się w sytuacjach kryzysowych. W Smoleń­sku też uciekł. Strach pomyśleć, jak zacho­wa się na wypadek wojny- mówi Tomasz Siemoniak, były minister obrony naro­dowej. Partyjni koledzy stoją za Macie­rewiczem murem. Według wiceministra Kownackiego jego szef jechał „z taką pręd­kością, jaka była potrzebna”. A umykać musiał przed ewentualnym zamachem.
   Trzy samochody w kolumnie to przy­wilej, z którego poprzednio korzystali jedynie prezydent i premier. Antoni Ma­cierewicz rozbudował własną ochronę do rozmiarów absurdalnych i dotychczas niespotykanych w MON. Jego poprzedni­cy korzystali z jednego kierowcy i jednego ochroniarza. Macierewicz najczęściej uży­wa dwóch limuzyn. W jednej jeździ on wraz z ochroniarzem. W drugiej ma dodatkowy zespół ochraniający W sumie na bieżąco ma dwóch kierowców i trzech ochronia­rzy Każdą z tych osób trzeba policzyć razy trzy bo dla zapewnienia ciągłości ochrony funkcjonariusz musi mieć dwóch zmienni­ków. Taka rozbudowana ochrona ma chro­nić ministra przed zamachem. Ale wygląda na to, że największym zagrożeniem dla mi­nistra jest on sam.

wtorek, 31 stycznia 2017

Kogo boi się Kaczyński



Cel Kaczyńskiego: zniszczyć wszystko, co w Polsce liberalne, obywatelskie, niezależne od jego władzy. Cel jego prawicowych sojuszników stworzyć w Polsce państwo wyznaniowe. Czy te dwie wizje wejdą ze sobą w konflikt?

Wielu obserwatorów konfliktu politycz­nego w Polsce wciąż jest autentycznie zdziwionych, cze­mu priorytetem uderzenia PiS wcale nie są Platforma, Nowoczesna czy różne nie­dobitki partyjnej lewicy Celem ataków propagandowych, działań kontrolnych, obcinania dotacji, a wreszcie utrudnia­jących działanie zmian prawa stały się KOD, Wielka Orkiestra Świątecznej Po­mocy, organizacje pozarządowe, sądy, instytucje kultury, media prywatne. A więc instytucje świeckiego i liberalnego społeczeństwa obywatelskiego.
   Oprócz prób podporządkowania PiS samorządów, planów złamania środo­wiska sędziowskiego, poza tzw. reformą edukacji, będącą okazją do programowej i personalnej przebudowy polskiej szkoły, rozpoczyna się atak prawicy na środowi­sko akademickie. Wkrótce znowu na pol­skich uczelniach pojawią się „marcowi docenci”. Jest bowiem pomysł głębokiej korekty systemu przyznawania docentu­ry. Począwszy od zmiany trybu zgłaszania kandydatów (bez koniecznego dorob­ku) przez uczelnie i instytuty, a skoń­czywszy na zmianie systemu centralnego zatwierdzania kandydatur i stworze­niu dodatkowej instytucji odwoławczej podporządkowanej rządowi.
   Wystarczy więc jedna prowincjonalna uczelnia pod kontrolą prawicy, nie mó­wiąc już o wyższej szkole o. Rydzyka czy seminarium duchownym, aby w parę lat wyprodukować setki karnych uczelnia­nych funkcjonariuszy. Bez dorobku na­ukowego, ale za to o właściwej ideowej i wyznaniowej proweniencji. Pamiętają­cych, komu zawdzięczają awans. Do tego dochodzą takie kurioza jak rugowanie przez rząd świeckich instytucji adopcyj­nych na rzecz katolickich czy usuwanie z list instytucji dopuszczonych do rea­lizowania dotowanych przez państwo programów społecznych organizacji podejrzewanych o feminizm.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Chcą upaństwowić prawdę



Spotkania Jarosława Kaczyńskiego z właścicielami TVN, podchody pod „Polskę The Times” i „Rzeczpospolitą”. Od półtora roku PiS przymierza się do przejęcia niezależnych mediów. Najnowszy pomysł to ustawa wymierzona w zagraniczne koncerny

Michał Krzymowski

Aula Uniwersytetu Me­dycznego w Łodzi. Jaro­sław Kaczyński zagrzewa działaczy PiS. Prosi o mo­bilizację i objaśnia plany rządu: - Potrzebna jest reforma mediów. Chcemy by dążyły one do prawdy a nie angażowały się po jednej ze stron.
   Prezes uważa, że dziennikarze są nie­obiektywni, bo pracują dla zagranicznych koncernów. Ale jest na to sposób. Trzeba uchwalić przepisy, które ograniczą wpływ obcego kapitału. Najlepiej przetłuma­czyć francuską ustawę medialną i przy­jąć ją w Polsce. Poza tym - ciągnie lider PiS - rząd kontroluje spółki skarbu pań­stwa, ostatnio bardzo ekspansywne. To one mogą wziąć na siebie koszty repolonizacji mediów.
   Relacjonuje działacz PiS, uczestnik łódzkiego spotkania: - Prezes powiedział między innymi, że nie może być tak, iż większość regionalnych dzienników na­leży do jednego niemieckiego wydawni­ctwa. Nie podał nazwy koncernu, ale było jasne, że chodzi o grupę Polska Press.
   Kwestia repolonizacji mediów musi być w biurze PiS na Nowogrodzkiej żywa, bo Kaczyński poruszają podczas partyjnego objazdu kraju kilkukrotnie. Tydzień przed wizytą w Łodzi gości w Poznaniu, gdzie rozwija wątek zmian wprawie: - Koniecz­na jest równowaga społeczna. Nie może być tak, że duża część społeczeństwa nie ma swojej reprezentacji w głównych me­diach. Trzeba wprowadzić przepisy de- koncentracyjne, które uregulują ten rynek. W Europie oczywiście podniosłoby się larum, więc najlepiej wprost przepisać francuską ustawę. Wtedy nikt nas nie za­atakuje. To samo powtarza w Katowicach.

środa, 25 stycznia 2017

Świat wirtualny,San Polando,Dobra zmiana made in the USA,Polska wałachem stoi,Era smogu i Tysiąc walecznych



Świat wirtualny

Będzie o kręceniu filmów w Hollywood, choć akcja rozegra się w studiu filmowym przy Wiejskiej. Oto scena. Na planie czterech osobników z PiS, jeden jest kobietą. Przed nimi mikrofo­ny. Konferencja prasowa na temat odwołania Kuchcińskiego z funkcji marszałka Sejmu. Dziennikarka: „Czy w odwecie odwołacie na przykład marszałek Kidawę-Błońską?”. Nie mieli w planie tego pomysłu. Z zasko­czenia odpowiadają: „Eee... yyy... ”. Dziennikarka drąży: „Ale macie taki zamiar czy nie? Tak się często postępu­je”. Odpowiedź: „Eee... yyy... na razie wniosek w sprawie Kuchcińskiego nie wpłynął”. Koniec konferencji.
   Pół godziny później stado dziennikarzy dopada na ko­rytarzu Kidawę-Błońską. „Podobno PiS chce panią od­wołać ze stanowiska marszałka!”. „Pierwsze słyszę, a za co?”. „Za Kuchcińskiego!”. Zdumiona: „Nic o tym nie wiem”.
   Wieczorem pytania do polityków brzmią: „Czy zło­żyliście już wniosek o odwołanie Kidawy-Błońskiej?”. I kolejne: „Podobno jej miejsce ma zająć ktoś z PSL?”. Do końca dnia odwołanie Kidawy padnie jeszcze 100 razy i właściwie jest już wyrzucona. Na Twitterze z oburze­niem komentują rzecz posłowie opozycji, w studiach tele­wizyjnych omawiają wyrzucenie politycy różnych partii, komentatorzy snują scenariusze. Ci się pienią, tamci bu­rzą, mądrale omawiają dalsze konsekwencje. Cały dzień różni ludzie maglowali wymyślony przez dziennikarkę kit, aż stał się na tyle miękki, że dał się wcisnąć we wszel­kie szczeliny. Prymitywna intryga niczym ochłap padliny wylądowała na stole wygłodzonych hien. I tak wypichconym daniem naród był karmiony przez 24 godziny. Któ­ra to dziennikarka zaczęła i jaki był jej cel - nie wiadomo. Tytuł powyższego filmiku: „News”.
   Jacek Kurski, szef telewizji, wyznał właśnie, że jego firma potrzebuje nowoczesnego studia HD z obłę­dnym wyposażeniem, żeby móc wypełnić misję rze­telnej informacji. Kilka dni wcześniej pokazał scenę, która w realu nie istniała. Z klapy mówiącego posła zni­kło serduszko WOSP, które wcześniej w tym materiale było. Ślad po serduszku jednak pozostał, gdyż sprzęt do pikselowania był kiepski.
   Kurski-Zemeckis - mówi wam to coś? W filmie „For­rest Gump” aktor Tom Hanks rozmawia z prezydentem Kennedym, który nie żyje od 50 lat. Materiał symulo­wany na lata 60. ubiegłego wieku, obaj ruszają ustami, mówią, podają sobie ręce, poklepują się, żartują. Dla re­żysera Roberta Zemeckisa to był tydzień roboty na kom­puterze. Pomyślałem, że dla sportu jakaś inna wielka stacja - powiedzmy TVN - mogłaby dokleić komputero­wo serduszka do klap Kaczyńskiego, Macierewicza czy Kempy, pokazać, jak krzątają się na ulicy w tłumie, gratu­lują Owsiakowi, a komentator rzuciłby niewinnie: „Jak zwykle pieniądze na WOSP zbierały miliony ludzi, w tym także znane osobistości”.

wtorek, 24 stycznia 2017

Gmach się sypie



Największym sukcesem szefa polskiej dyplomacji jest stworzenie nowego państwa San Escobar. Największą porażką demontaż MSZ, który zmienia się w resort dyplomatów wyklętych i ministerstwo szukania haków na przeciwników politycznych

Aleksandra Pawlicka

Kiedy na czele stoi fru­strat, to poważny urząd zamienia się w dom wa­riatów - mówi mi pra­cownik MSZ. Na wszelki wypadek spotykamy się z dala od Gma­chu, jak nazywana jest siedziba Minister­stwa Spraw Zagranicznych.

MIOTŁA W AMBASADACH
Minister Witold Waszczykowski zaczął urzędowanie od wymiany am­basadorów wykonanej na zlecenie par­tyjnej centrali. PiS-owska miotła zrobiła porządki w blisko 30 ambasadach, w tym w kluczowych dla naszych relacji za­granicznych. I rzecz nie w tym, że nowa władza wymienia korpus dyplomatycz­ny, bo każda chce mieć zaufanych ludzi, ale w tym, że partyjna ławka PiS okazała się za krótka. Sięgnięto więc po ludzi na­uki, którzy często z dyplomacją nie mieli dotychczas nic wspólnego. Do Waszyng­tonu pojechał prof. Piotr Wilczek, zaj­mujący się badaniami nad reformacją. Urzędowanie zaczął od wpadki - pokaz filmu „Smoleńsk” okazał się klapą, a przy okazji nowy ambasador próbował lanso­wać tezę o zamachu, co nie spotkało się ze zrozumieniem.
   - Wiele lat zajęło nam przekonanie Amerykanów, że Polska jest ikoną ich suk­cesu w zimnej wojnie i ważnym elemen­tem amerykańskich wpływów w Europie. Teraz robimy wszystko, by to zaprze­paścić. Wciskanie smoleńskiego kitu ni­kogo za oceanem nie interesuje - mówi pracownik MSZ.
   Nowy ambasador w Londynie, prof. Arkady Rzegocki, wcześniej radny miej­ski z poparciem PiS, zaczął propagando­wą działalność na Wyspach jeszcze przed złożeniem listów uwierzytelniających u królowej, co świadczy o kompletnej nie­znajomości protokołu dyplomatycznego. Od wpadki zaczął swoją misję także nowy ambasador w Berlinie. Prof. Andrzej Przyłębski (mąż nowej prezes Trybuna­łu Konstytucyjnego) udzielił wywiadu, w którym nazwał Niemców, z prezyden­tem Joachimem Gauckiem na czele, ludź­mi o zawężonych horyzontach.
   - Ambasador nie krytykuje państwa, w którym pełni misję, ani go nie poucza.
To jest świadectwo jakichś nowych oby­czaj ów i standardów - ocenia takie zacho­wanie były szef MSZ Dariusz Rosati.
   - Polska ambasada w Berlinie zosta­ła już praktycznie odcięta od informacji. Poza oficjałkami nikt z niemieckiej stro­ny nie spotyka się z dyplomatami z no­wego rozdania - mówi „Newsweekowi” urzędnik pracujący w Niemczech.
Tymczasem odwołani z placówek za­wodowi dyplomaci siedzą w MSZ w tzw. pokoju wyklętych. Z wyjątkiem tych, któ­rzy wraz z zakończeniem misji odeszli z MSZ, tak jak Ryszard Schnepf po po­wrocie z Waszyngtonu czy Marcin Bosacki z Ottawy, albo dostali unijną posadę - jak Marek Prawda, który po odwołaniu z Brukseli został dyrektorem przedstawi­cielstwa Komisji Europejskiej w Polsce.
   Do „pokoju wyklętych” trafili m.in. byli ambasadorowie w Danii, Wielkiej Bryta­nii, Chinach i na Węgrzech. Tego ostat­niego miotła dobrej zmiany przegnała m.in. dlatego, że krytykował występy Jana Pietrzaka w Budapeszcie.
   - Kiedyś niewygodnych ambasado­rów wysyłało się na kwarantannę do ar­chiwum, a teraz trzyma się pod kluczem. Nic nie robią, nie dostają zadań, otrzy­mują tylko pensje. To znana z czasów mi­nister Fotygi strategia na przetrwanie - mówi mój rozmówca.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Straszak



Szef MSW dostał od Kaczyńskiego polecenie, by z farsy PiS-owskiego autorytaryzmu uczynić tragedię. W tych, którzy śmieją się, słysząc pogróżki o „konsekwencjach karnych czekających uczestników puczu”, ma obudzić autentyczny strach

Błaszczak w roli silnego człowieka stara się, jak może. Wymusza na niechętnej policji co­raz twardsze interwencje wobec ludzi prote­stujących przeciw władzy PiS. Zniechęcają zaś do działań wobec kiboli czy narodowców, których partia Kaczyńskiego chce uczynić swymi sojusznikami. Zastrasza uczestników protestów pod Sejmem i pod Wawelem poprzez publikowanie ich portretów - wraz z wezwaniem do stawienia się lub wskazania policji miejsca ich pobytu. Wypowiada się przeciw imigrantom, jeśli wcześniej tak samo wypowie się prezes. I milczy w sprawach trudnych, dopóki prezes nie przedstawi swego stanowiska.
   Czy Błaszczak jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu? Czy da się z niego zrobić choćby cień Kiszczaka?
   Odpowiedź z pozoru wydaje się prosta - nie. Błaszczak jest człowiekiem bez właściwości, bez charakteru, wydaje się, że nawet jego energia życiowa jest w cało­ści pożyczona od Kaczyńskiego. Ale z dru­giej strony właśnie dzięki temu cieszy się absolutnym zaufaniem najsilniejszej oso­by w państwie. Może liczyć na kontakt i wsparcie w każdej chwili. Czy jednak człowiek, który jest tylko cieniem inne­go człowieka, może zbudować autorytet swego obozu? Czy taki człowiek może wymusić na kimkolwiek strach?

MAŁY PARTYJNY BIUROKRATA
Kaczyński od początku swojego istnienia w polityce budował swą pozycję na dwóch różnych planach. Na planie pub­licznym od początku przedstawiał się jako człowiek nieunikający kontrowersji i starć.
Lubił rozmawiać i spierać się z prawicowy­mi inteligentami o wyrazistych poglądach i silnych charakterach. Jadwiga Staniszkis,
Ludwik Dorn, młodzi prawicowi dzienni­karze, intelektualiści - to byli jego partne­rzy do rozmów. Z dobrotliwym uśmiechem znosił ich połajanki, a nawet - do pewnego momentu - publiczną krytykę.
   Jednak w ważniejszym dla siebie wy­miarze - budowania partii - Kaczyński od samego początku był osobowością autorytarną, nieznoszącą sprzeciwu, nietolerującą różnic. Swoje prawdziwe otoczenie polityczne od początku budu­je z ludzi bez własnej pozycji, bez silnego charakteru, skłonnych do kultu, do całkowitego poddania się „silnej osobowości”.
Jednym z takich partyjnych funkcjonariuszy jest Mariusz Błaszczak. Przy Jarosławie Kaczyńskim od zawsze, choć po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim dopiero w okresie warszawskiej pre­zydentury Lecha Kaczyńskiego, kiedy partia rzuciła go na odci­nek samorządowy. Na kilka miesięcy zostaje nawet burmistrzem Śródmieścia, ale na tym stanowisku wyraźnie cierpi. Ma kłopo­ty z podejmowaniem decyzji, w każdym trudniejszym momen­cie znika na długo w gabinetach braci Kaczyńskich. Nie czuje się dobrze jako człowiek władzy, woli wykonywać rozkazy.
   Z tamtych czasów wszyscy wspominają go jednak jako osobę sympatyczną, a przede wszystkim unikającą konfliktów. Niezdol­ną do przeciwstawienia się komukolwiek w rozmowie w czte­ry oczy. Kiedy po powołaniu na stanowisko premiera Kazimierz Marcinkiewicz dowiaduje się, że to Jarosław Kaczyński wska­że szefa jego kancelarii - właśnie Błaszczaka - pełen jest niepo­koju. Jednak pierwsze miesiące współpracy rozwiały jego obawy.
- Błaszczak był wobec mnie wyjątkowo grzeczny - wspomina były premier. - W ogóle sympatyczny, stale uśmiechnięty, dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że za moimi plecami terroryzuje mi asystenta, młodego chłopaka, żądając od niego szczegółowego planu moich spotkań, informacji o wszystkich moich kontaktach.

sobota, 21 stycznia 2017

Koniec samowolki!,Obowiązki polskie,Mojżesz lewicy i ustawka PiS,Strasznie śmiesznie,Wędzone łby i Polityka Kapuścińskiego



Koniec samowolki!

Już nie mam wątpliwości: to będzie dobry rok. Ostatnie miesiące starego nie nastrajały opty­mistycznie. Okupacja Sejmu przeprowadzona przez warchołów i politykierów określonych kół, wspie­rana przez wiadome siły niewiadomego pochodzenia re­prezentujące wiadome interesy, frymarczenie dobrem Polski, które przerodziło się w próbę puczu, mającego obalić demokratycznie wybrane władze naszej Ojczyzny, zaniepokoiły wszystkich odpowiedzialnych i patriotycz­nie nastawionych obywateli Rzeczypospolitej.
   Wrogowie Polski wszelkiej maści, hałastra najpodlejszego sortu, zdrajcy, renegaci i dewianci, zaciekli i zajadli w nienawiści do Narodu Polskiego, wspierani przez międzynarodowe, a szczególnie niemieckie me­dia i ich polskojęzyczne ekspozytury w naszym kraju, chcieli chaosu, anarchii i rozlewu krwi. Opętani szałem destrukcji, łamiąc prawo na każdym kroku, dążyli do po­grążenia naszej Ojczyzny w otchłani unicestwienia. Bo dla nich samo istnienie niepodległej Polski jest kamie­niem obrazy i powodem wścieklizny.
   Na szczęście, jak wiele razy w naszych niełatwych dzie­jach, na drodze zaprzańców stanęła królowa Polski, Ma­ryja. Jak celnie i poruszająco ujął to w Radiu Maryja minister obrony narodowej Antoni Macierewicz, odbicie Sejmu z krogulczych łap tzw. opozycji nie powiodłoby się bez pomocy Czarnej Madonny: „Nie byłoby tej skutecz­ności, gdyby nie obecność kierownictwa PiS w grudniu przed ołtarzem Matki Boskiej Częstochowskiej. Nie ma wątpliwości, że nasza modlitwa była jednym z decydu­jących działań, jakie zaowocowały w dniu dzisiejszym”.
   Świątobliwy Antoni przez wrodzoną skromność nie dodał, ale my to wiemy z dobrze poinformowanych źródeł, że przy okazji grudniowego spotkania Maryja wypełniła deklarację członkowską PiS oraz zobowią­zała się do ochrony polskich granic i nieba, co pozwoli środki zaoszczędzone na zakupie caracali przeznaczyć na oprawę rocznic, miesięcznic i tygodniówek smoleń­skich oraz na wykucie na ścianie Giewontu pełnego tekstu apelu smoleńskiego.
   Nie ma też wątpliwości, że to Duch Święty przemawiał przez ministra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka, gdy głosił, że protestującym posłom opozycji może grozić do 10 lat więzienia. My ze swej strony moglibyśmy spytać ministra, dlaczego tylko 10, a nie np. dożywocie, rozerwanie pędzącymi końmi albo nasadzenie na rosną­cy bambus.

piątek, 20 stycznia 2017

Między Molvanią a San Sombrero



Witold Waszczykowski niechcący stworzył państwo. Jego San Escobar jest niczym innym jak przejęzyczeniem. Ale błyskawicznie zaczął żyć własnym życiem. I dołączył do wielkiego archipelagu teoretycznych państw.

San Escobar stał się kolejnym funkcjonującym w popkultu­rze wymyślonym państwem. Na Twitterze i Facebooku po­wstały profile San Escobaru, a z tych profili można dowiedzieć się m.in., że długoletnią parą prezydencką tego kraju byli Leoncio i Isaura (z nieco zapomnianego, ale dawniej słynnego serialu „Niewolnica Isaura”), ministrem obrony jest grany przez Cezarego Pazurę w „Ki­lerów 2-óch” Jose Arcadio Morales, a sto­licą państwa jest Santo Subito. W stolicy stoi wielki kiczowaty pomnik odkrywcy kraju – Witolda Waszczykowskiego w stro­ju antycznego rycerza (w rzeczywistości - pomnik Filipa Macedońskiego ze stolicy Macedonii, Skopje).
   Lawina ruszyła i w sieci zaczęło poja­wiać się coraz więcej memów i obrazków dotyczących San Escobar. Okazało się, że walutą kraju jest pablo (nawiązanie do Pablo Escobara, który zapewne był ojcem chrzestnym Waszczykowskiego przejęzyczenia), a na awersie banknotu 10-pablowego widnieje „El Commandante” z twarzą Jarosława Kaczyńskiego. W escobarskiej sieci księgarń „Los Empicos de San Escobar” największym hi­tem jest książka, której okładka jest kopią opakowania kakao, a escobarska prasa donosi, że Polska może nieszczęsne fran­cuskie caracale zastąpić escobarskimi śmigłowcami desperados, uzbrojonymi w rakiety jalapeno. I tak dalej.
   Słowem: San Escobar to nic innego jak stereotyp, który „lewicowo-liberalna” Pol­ska posiada na temat Polski prawicowej, tylko że wtłoczony w wyobrażony laty­noski kraj. Dość zabawny i niespecjalnie istotny. Przypominać to może słynne „You forgot Poland”, które George W Bush rzucił w twarz Johnowi Kerry’emu podczas deba­ty prezydenckiej w 2004 r. Kerry zarzucał wtedy Bushowi, że nie udało mu się zor­ganizować międzynarodowego poparcia dla interwencji w Iraku w 2003 r. i że udało mu się pozyskać dla sprawy tylko dwa kra­je: Wielką Brytanię i Australię.
   - Zapomniałeś o Polsce - odpowiedział mu Bush i liberalna, antybushowska część Stanów Zjednoczonych umarła ze śmie­chu, uznając, że równie dobrze Bush mógł przywołać Tuvalu czy Tanzanię. W sieci od razu pojawiły się me my, w których rela­cja Bush-Polska mniej więcej odpowiadała relacji Waszczykowski - San Escobar.

Zadziory, czyli siła mistyfikacji



Takich ludzi jak Jarosław Kaczyński i jego otoczenie marszałek Piłsudski wsadzałby do więzienia mówi wybitny historyk Norman Davies

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

Newsweek: Czy Polska znalazła się na zakręcie historii?
Norman Davies: Polska wpadła w ręce zadziornych, zaczepnych ludzi, którzy uważają, że mają absolutną rację. Jedną, słuszną, prawdziwą i niepodlegającą żad­nej dyskusji, a przede wszystkim nieliczącą się ze zdaniem innych. Zadziorność nie jest jednak tylko polską chorobą. Miesz­kam w Wielkiej Brytanii i wydaje mi się, że tu jest jeszcze gorzej. Brexit spowo­dował straszne spustoszenie zarów­no w państwie, jak i w głowach ludzi. To samo uczynił trumpizm w USA. Nie tylko Polska, ale cały demokratyczny świat jest na niebezpiecznym zakręcie.

Co rozumie pan przez zadziorność?
- Wykorzystywanie frustracji przegra­nych. Anglicy poparli Brexit, czując się wykorzystani przez polityków, przez bankierów, przez Brukselę i nawet przez Szkotów, którzy - ich zdaniem - zbudo­wali swój dobrobyt na plecach starej, do­brej Anglii. Powiedzieli: „Mamy tego dość”. Amerykanie mówią „dość” wa­szyngtońskim elitom, które wyeman­cypowały się ze społeczeństwa, jego kosztem. Za chwilę Francuzi mogą ulec uwodzicielskiej wizji Marine Le Pen gło­szącej potrzebę Francji czystej etnicznie. Celem zadziornych czy też, jak to nazy­wam - zadziorów politycznych, jest wichrzycielstwo. Zadziory dokładnie wiedzą - i dobitnie to artykułują - co się nie po­doba społeczeństwu, tyle że jednocześnie nie mają żadnego własnego pomysłu, żad­nego pozytywnego programu. Ich jedy­nym programem jest negacja. Brytyjczycy zagłosowali za Brexitem, nie wiedząc, dokąd ten wypchnięty z portu wspólnej Europy brytyjski statek ma płynąć.

Celem zadziornych jest izolacjonizm narodowy?
- Będący utopijną mrzonką w warun­kach globalnego świata. Siłą Europy przez ostatnie pół wieku była współ­praca międzynarodowa. Zadziory chcą ją pogrzebać. Oczywiście Unia Euro­pejska daleka jest od perfekcjonizmu, ale gdy nie ma współpracy, wcześniej czy później pojawi się konflikt. Woj­na z Brukselą oznacza piętrzenie się narodowo-nacjonalistycznych sprzecz­nych interesów.

czwartek, 19 stycznia 2017

Czy kaczyści to faszyści?



Rozmowa z prof. Romanem Kuźniarem, politologiem, dyplomatą, byłym doradcą do spraw bezpieczeństwa prezydenta Komorowskiego, o tym, czy państwo PiS zaczyna przypominać Włochy za Mussoliniego

RAFAŁ KALUKIN: - Ostrzega pan, że w Polsce rodzi się faszyzm. Problem w tym, że ten termin straszliwie się zdewaluował. Faszystami bywali już w swoim czasie nazywani choćby de Gaulle i młodszy prezydent Bush.
ROMAN KUŹNIAR: - Zgadzam się, że trze­ba unikać epitetowi kanonicznych pojęć w sytuacjach nieadekwatnych. Faszyzm de Gaulle’a to przecież propagandowa groteska uprawiana przez Sowietów. Za­rzuty wobec Busha brały się zaś z tego, że kręcili się wokół niego ludzie ze skrajnej prawicy z kręgu Newta Gingricha. Ostatnio zresztą pojawiający się również w kampanii Donalda Trumpa. W poglą­dach tych ludzi można doszukiwać się elementów faszyzmu.

Radykalnej amerykańskiej prawicy ostatnio zdarza się nawet wprost relatywizować faszyzm. U nas to jednak nie do pomyślenia.
Bo trudno sobie wyobrazić, aby kraj, który był ofiarą faszyzmu w wersji nazi­stowskiej, mógł być dotknięty tym samym schorzeniem. Tyle że faszyzm nie jest jed­nolity. W Polsce mamy ten problem, bo on natychmiast kojarzy się nam z nazistow­skimi Niemcami. Ale to była przecież bardzo skrajna wersja faszyzmu. Najbar­dziej klasycznym przykładem, do które­go się tutaj odwołuję, są Włochy z czasów Benito Mussoliniego.
Miałem świetnego nauczyciela prof. Franciszka Ryszkę, którego „Pań­stwo stanu wyjątkowego” to jak dotąd najlepsza w Polsce monografia faszy­zmu. Potrafię więc wiarygodnie konotować ten termin w odniesieniu do zja­wisk, które obserwuję. A kilka istotnych elementów składających się na definicję faszyzmu dostrzegam dziś wyraźnie w polskiej rzeczywistości.

Jakich?
Po pierwsze, autorytaryzm. Po drugie, nacjonalizm. I po trzecie, wodzostwo. Wódz stoi ponad państwem i ponad pra­wem. Włoscy faszyści mówili, że wódz ma zawsze rację. U nas jest podobnie. O wszystkim rozstrzyga organ poza konstytucyjny, czyli pan Jarosław Kaczyński.

Gdyby faszyzm zamykał się w tych trzech elementach, to i schyłkowego Piłsudskiego można by uczynić faszystą.
Ale Piłsudski nie był nacjonalistą!

środa, 18 stycznia 2017

Puczyk prezesa



Schetyna wzmocniony, Petru przetrącony, Kaczyński przestraszony. Lub odwrotnie. Trwa spór o interpretację zakończonego właśnie protestu sejmowego. Co się zmieniło w polskiej polityce? I dokąd to prowadzi?

Pisowscy pretorianie przekonują, że opozycja próbowała dokonać zamachu stanu, ale dzielny prezes Kaczyński stanął naprzeciw i uratował Polskę przed ludźmi, którzy chcieli zatrzymać „dobrą zmianę”. Temu też służyć miał wyemitowany w ostatnią niedzielę w rzą­dowej TVP1 „Pucz”, propagandowy, zmanipulowany i wyjąt­kowo prymitywny - nawet jak na obecne standardy telewizji publicznej - dokument autorstwa Ewy Świecińskiej, drugiej reżyserki „Smoleńska”. Widzowie mogli zobaczyć zaszczutych, Bogu ducha winnych posłów PiS, a z drugiej strony - agre­sywnych polityków opozycji oraz kodowców: głównie histe­rycznych lewaków i byłych esbeków martwiących się o swoje emerytury. Autorka tego dzieła, zmontowanego przede wszyst­kim z filmików krążących po mediach społecznościowych, nie pokusiła się, aby wytłumaczyć, z jakiego powodu poseł PO Michał Szczerba wszedł 16 grudnia na sejmową mównicę z kartką „#WolneMedia” (za co został wykluczony), ani też nie wspomniała o bezprecedensowym sposobie głosowania usta­wy budżetowej w sali kolumnowej.
   Znamienną scenę autorka zostawiła na koniec. To konferen­cja Jarosława Kaczyńskiego, na której zapowiada on wycią­gnięcie konsekwencji wobec protestujących posłów opozycji. Narzucenie narracji, że oto mieliśmy do czynienia z nieuda­nym zamachem stanu, inspirowanym może nawet w Rosji, ma być podglebiem pod zmianę regulaminu sejmowego oraz pod system dotkliwych kar dla parlamentarnych buntowników. A wszystko po to, aby w przyszłości uniemożliwić Platformie i Nowoczesnej podobne zrywy. Bo opozycja - ale i wspierający ją demonstranci - dała się we znaki prezesowi PiS. Człowiek, który - jak słychać - ma silne poczucie fizycznego zagrożenia (już w latach 90. chodził po sejmowych korytarzach z „malut­kim pistolecikiem”), przestraszył się tłumów, które 16 grudnia ściągnęły pod Sejm, oraz ludzi, którzy dwa dni później próbo­wali uniemożliwić mu wjazd na Wawel. I choć uliczne prote­sty już się zakończyły, a opozycja przestała blokować sejmową mównicę, wendeta prezesa PiS dopiero się rozpoczyna.
   W obozie władzy pojawiają się pomysły, aby na protestujących posłów nałożyć wysokie kary finansowe, odebrać im immunitety, a nawet na 10 lat pozamykać w więzieniu (Mariusz Błaszczak). A to i tak mniej radykalne rozwiązania od tych, które propono­wali niektórzy prawicowi publicyści uważający, że buntownikom należał się po prostu „lekki wpierd...” (Cezary Gmyz, TVP). Jak w republice bananowej. -Proszę bardzo, niech nas karzą- mówi przewodniczący PO. Wtórują mu inni, bo nic tak nie buduje opo­zycji, jak przemoc ze strony władzy.

wtorek, 17 stycznia 2017

Grzechy nasze i wasze



Każda dyskusja wewnętrzna, każdy podział w „naszym obozie” daje „tamtej stronie” argument do młócki propagandowej. A przecież jeśli nie chcemy stać się takimi jak oni, musimy mówić o błędach demokratycznych polityków

Cezary Michalski

Jak rozmawiać o błędach własnej strony? O faktu­rach Mateusza Kijowskiego, o osobistych ambicjach Ra­domira Szumełdy, o grani­cach politycznej skuteczności Grzegorza Schetyny, o granicach uroku osobiste­go Ryszarda Petru, a wreszcie (to może najtrudniejsze) o dochodzeniu prowa­dzonym przeciw Józefowi Piniorowi w sprawie o korupcję? Jak to robić, gdy trwa coraz bardziej radykalny konflikt polityczny, a druga strona zbudowała narrację, media, kult i wspólnotę wy­znawców? I każda dyskusja wewnętrzna, każda samokrytyka, każdy podział w „na­szym obozie” daje „tamtej stronie” wy­łącznie argument do cynicznej młócki propagandowej?
   Bo przecież nikt w prawicowych me­diach nie pochyli się nad tym, że ci libe­rałowie to jednak są uczciwi, bo potrafią krytykować Petru czy Kijowskiego, nor­my są dla nich ważniejsze niż osoby i własny polityczny interes. Nie - odbior­cy prawicowej polityki i mediów ni­gdy takich rzeczy od swoich polityków, dziennikarzy, nawet intelektualistów nie usłyszą. Co najwyżej dowiedzą się, że na­wet liberałowie przyznali, że ich liderzy są skorumpowani.
   Wyjątki są, warto je odnotować. Na przykład Rafał Ziemkiewicz chętnie szy­dzi z Kaczyńskiego. Ale najczęściej kryty­cy Kaczyńskiego na prawicy robią to tylko dlatego, że mają własne ambicje - jeszcze bardziej oszalałe niż ambicje Kaczyń­skiego. I wyznają własną, jeszcze bardziej radykalną ideologię (etniczny nacjona­lizm, katolicki fundamentalizm). Więc nie bezstronnością czy obiektywi­zmem są podyktowane ich krytyki, ale zwykłą nadzieją, że kiedyś Na­czelnika zastąpią czy też na pra­wicy po Kaczyńskim zbudują sobie pozycję autorytetu en­deckiego lub religijnego.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Kurs na Białoruś



Eksperymenty gospodarcze rządu PiS grożą Polsce katastrofą - ostrzega prof. Leszek Balcerowicz. Emocje dobrze ukrywa, ale jego współpracownicy mówią, że jeszcze nigdy nie był tak wzburzony cynizmem i podłością polityków

Radosław Omachel

Teraz paraliż Sejmu. Wcześniej obezwład­nienie i przejęcie Trybunału Konstytu­cyjnego. Fatalne relacje z sojusznikami na Zachodzie, za to wzmacnianie go­spodarczej roli państwa na modłę bia­łoruską. Polska pod rządami PiS jest na najlepszej drodze do zmarnowania osiągnięć ostatniego ćwierćwiecza. Były wicepremier i pre­zes NBP Leszek Balcerowicz naprawdę niepokoi się o losy kraju. Ale nie zamierza siedzieć z założonymi rękami. Pod­trzymuje to, co napisał w tytule swojej książki: „Trzeba się bić z PiS o Polskę”.

W OBRONIE DEMOKRACJI
70-letni (urodziny ma w tym tygodniu) autor najwięk­szych reform gospodarczych w dziejach Polski wyraźnie się ostatnio unowocześnił. Jest aktywny na Twitterze, gdzie jego wpisy obserwuje prawie 200 tys. osób. Jego profil na Facebooku śledzi 64 tys. osób (dla porównania: profil Grzego­rza Kołodki -13 tys., a Marka Belki niewiele ponad 200 osób).
   W sieci twardo dyskutuje i „bije się o Polskę”, choć nie brak internautów, którzy mają mu za złe liberalne poglądy i po­wtarzają dawne hasło Andrzeja Leppera: „Balcerowicz musi odejść”. „Skąd się pan tego nauczył o wolnym rynku? Z bia­łoruskich podręczników?” - odpisał niedawno na Twitterze jednemu z krytyków wolnorynkowego kapitalizmu.
W jednym z najnowszych wpisów profesor cytuje Waltera Ulbrichta, dyktatora NRD z nadania Związku Radzieckiego, któ­ry o „demokratycznych” porządkach w swoim totalitarnym kra­ju mówił: „Mają wyglądać na demokrację, ale wszystko ma być w naszych rękach”. Brzmi znajomo?
   - W przypadku PiS mamy do czynienia ze strategicznym, nie­demokratycznym celem, którym jest opanowanie całego państwa. Rządzący robią to metodami, które po 1989 roku się w Polsce nie zdarzały - mówi wyraźnie wzburzony prof. Leszek Balcerowicz w rozmowie z „Newsweekiem”. - Jeżeli rząd PiS w jaskrawy spo­sób uderza w rdzeń konstytucji, czyli w Trybunał Konstytucyj­ny, jeżeli potem bezwstydnie go przejmuje, to jest to jasny sygnał, że w Polsce nie obowiązują żadne reguły. To jest także sygnał dla inwestorów - dodaje. - Zarówno polskich, jak i zagranicznych.
   Profesor zapowiada serię raportów FOR (Fundacji Obywa­telskiego Rozwoju) o polityce gospo­darczej rządu: o skutkach dokręcania śruby podatkowej czy wypychaniu z ryn­ku prywatnego biznesu i zastępowaniu go państwowym monopolem (coś takie­go dzieje się teraz w przypadku części ra­townictwa medycznego). - Demaskowania populistycznej, partyjnej propagandy, która szkodzi Polsce, nigdy nie będzie za wiele - mówi Balcerowicz.

sobota, 14 stycznia 2017

Szyk zwarty,Faktury z Madery,Domykanie dekady Jarosława Kaczyńskiego,Dykta i warta i Lepsi piją pepsi



Szyk zwarty

Nasza opozycja, a w każdym razie jej poważna część, wpadła w turbulencje akurat w momencie, gdy po raz pierwszy w czasie rządów PiS zaczęła sprawiać wrażenie, że się - jak mawia młodzież - ogarnia.
   Wizerunkowe problemy liderów Nowoczesnej i KOD teoretycznie łatwo bagatelizować. W istocie wyglądają jak zapalenie papierosa w czasie, gdy trwa pożar. Standardy? Po tym, jak szef SKOK-ów wyprowadził dziesiątki milionów złotych na konta w Luksemburgu i uczyniono go potem sze­fem senackiej komisji finansów, kilka przelewów na w su­mie 90 tysięcy zł to niby drobiazg. Historie obyczajowe też raczej łączą, niż dzielą polityków różnych opcji. Oczywiście nie przez przypadek sensacyjne informacje pojawiają się do­kładnie w momencie, gdy PiS, po sejmowej awanturze, ma wielkie problemy wizerunkowe. Oczywiście, wszystko na to wskazuje, były to dość ordynarne wrzutki. Tyle że wrzutki, a nie wymysły. Bagatelizować więc można, ale nie ma to sen­su. Kłopot nie polega na tym, że wizerunkowe problemy dają amunicję PiS-owskiej propagandzie - w niej liderzy opozy­cji i tak są zdrajcami, durniami albo pajacami. Istotą sprawy jest to, że za problem uważa te wpadki bardzo wielu zwolen­ników opozycji. Nie interesuje ich bowiem, że PiS-owskie standardy są znacznie gorsze. Są, ale właśnie dlatego ludzie przeciw nim protestują.
   Grudniowy sukces opozycji nie polegał na tym, że cokol­wiek politycznie ugrała, ale na tym, że przestała sprawiać wrażenie, iż przynajmniej w tym samym stopniu co PiS-em zajęta jest sobą. Hasztag Zjednoczona Opozycja nie wyglą­dał jak marny dowcip. Po historii „portugalskiej” Grzegorz Schetyna był stonowany, być może w imię pierwszej zasa­dy polityki - nie przeszkadzaj rywalowi, który jest na dro­dze do autodestrukcji. Ale następnego dnia było już gorzej. Samodzielne negocjacje Ryszarda Petru z PiS sprawiały nie­uchronnie wrażenie złamania niepisanego paktu - działamy razem, mówimy jednym głosem. Podobnym głosem, ow­szem, mówili, ale dopiero następnego dnia, gdy ich z kolei połączyły kłopoty Mateusza Kijowskiego.
   A przecież właśnie teraz toczy się kluczowa rozgryw­ka. Sejmowy protest parlamentarzystów ma głęboki sens. Uważałem, że powinien się zacząć rok wcześniej, przy oka­zji pierwszego zamachu na Trybunał Konstytucyjny. Ale może dobrze się stało. Ten rok pozbawił chyba resztek złu­dzeń wszystkich, którzy myśleli, że może nie będzie tak źle. W istocie. Jest znacznie gorzej.