wtorek, 20 grudnia 2016

Celebryta sybaryta



Jeden, dwa wiersze dziennie. Medytacja. Czystek, korzeń karczocha oraz kąpiel w jeziorze. Janusz Palikot jest na politycznym odwyku i wraca do biznesu; w nowym wcieleniu będzie piwowarem. Do polityki też pewnie wróci, ale jeszcze nie teraz

Michał Krzymowski

Sierpniowe grzybobranie. Siwa plereza wyrasta spod kaszkietu i swobodnie opada na kark. Broda długa i gęsta, jak u świętego Mikołaja. Na nosie okulary, w dłoni dorodny prawdziwek. Na profi­lu Palikota na Instagramie ktoś nie dowierza: „To pan, panie Januszu?”.
Chyba on - obstawia były współpracow­nik. - Kilka miesięcy temu wpadłem na niego przypadkiem na mieście. Był mocno zarośnięty, ledwo go poznałem. Gdyby nie dobrze skrojony garnitur i drogie buty, powiedziałbym, że to hipster albo nurek śmietnikowy.
   Znajomy kręci głową: - Nie, nie. Tam, na zdjęciu, to Janusz Opryński, reżyser teatralny i jego przyjaciel. Palikot otacza się dziś ludźmi sztuki, dawnymi znajomymi z biznesu, myślicielami. Polityka? Już nie. Odbił od niej.

PAN KLEKS NA DNIE SŁOIKA
Listopad 2016 roku, w hotelu Lublinianka w Lublinie obraduje rada polityczna Twojego Ruchu. Ci, którzy przyjechali, to naj­wierniejsi z wiernych, weterani zakochani w liderze. Posiedze­nie bardziej przypomina spotkanie towarzyskie niż polityczną naradę: jest piwo, włoskie jedzenie, wszyscy są ze sobą na „ty”. Ale gdy na mównicę wchodzi przewodniczący z lekko przy­strzyżonym zarostem, sala zamiera w nadziei. Może to już? Czy Janusz wreszcie da sygnał?
   Nie, jeszcze nie. Przewodniczący szybko studzi oczekiwania: - To nie czas na nasz powrót. A kiedy? Może za trzy lata, może za siedem.
   Kto prześledzi portale społecznościowe, ten szybko się zo­rientuje, że Janusz Palikot od kilkunastu miesięcy zanurza się we własnym, odrębnym świecie. 29 sierpnia przewodniczący wyjawia na blogu plany na najbliższe lata: „Moje czytanie polega na tym, że pracuję nad jednym, dwoma wierszami dziennie. Je­śli trzeba, sięgam po mitologię grecką, Biblię, czasem teksty fi­lozoficzne, różne encyklopedie, teorie symbolu czy przewodniki po kabale. Taka lektura ma więc bardziej charakter medytacyjny niż filologiczny. Po skończeniu Kawafisa stanąłem przed pyta­niem: co dalej? kto teraz? Brałem pod uwagę Hölderlina, poe­tę filozofów, Rilkego czy też Miłosza. Zdecydowałem się na tego ostatniego, choć ostatecznie przesądziła sprawa związków z Suwalszczyzną, tak przeze mnie ukochaną. Przede mną więc parę lat z Miłoszem”.
   Gdy kończą się wakacje, ogłasza: „Stało się. Czystek, liście bia­łej morwy, korzeń karczocha zastąpiły mi herbatę. Całkowicie”.
   W październiku rozważa o wyższości Pana Kleksa nad Harrym Potterem: „Już tylko pompka do powiększania siebie, któ­rej trzeba użyć rano (bo w nocy Pan Kleks się kurczy) wystarczy, gdyż niczego tak wielowymiarowego psychologicznie, metafi­zycznie i epistemologiczne nie ma w Harrym. Albo Pan Kleks śpiący na dnie słoika w szufladzie w kuchni! Genialne”.
   A w listopadzie zagłębia się w sekretny świat roślin: „Dzięki kooperacji z grzybniami drzewa tworzą coś w rodzaju systemu komunikacji, informacji i odpowiednich reakcji na problemy poszczególnych gatunków. Oto drzewo, które straciło liście, żyje dziesiątki lat, bo inne drzewa pompują w jego system cu­kier i co trzeba”.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Filozof w czasach marności



Jak żyć, gdy wszystko wokół się wali? Nie karmić się złudzeniami i dbać o drobne przyjemności

Rafał Kalukin

Widział pan te kobiety w hawajskich strojach, które w Białymstoku plą­sały na cześć wiceministra spraw wewnętrznych? Coś niewiary­godnego! - profesor wydaje się autentycznie poruszony scen­ką, która od kilku dni robi karie­rę w mediach społecznościowych. Dodaje: - To coś więcej niż absurd. Mnie to wcale nie śmieszy. Może się pan zdziwi, ale wczoraj przez dwie godziny przewracałem się z boku na bok; a zazwyczaj nie miewam kłopotów ze snem. Tak mnie to wytrą­ciło z równowagi. Poczułem dotyk szaleństwa, które ogarnęło mój kraj.

Intelektualista osobny. Swoją autobiografię sprzed ośmiu lat zatytułował „Nieco z boku”, co jest wyjątkowo trafnym skrótem. Nie odwracał się nigdy od życia publicznego - ale jeśli podążało ono przez ostatnie pół wieku środkiem ulicy, to profesor przeważnie maszerował wtedy po krawężniku. Stam­tąd zawsze było więcej widać i przede wszystkim można było uciec przed presją zbiorowości.
   W biografii nawet śladu flirtu z komuną. Twierdził, że za­wdzięczał to wychowaniu. Inteligenckiej rodzinie z tradycjami nie przydarzyła się ani jedna czerwona owca, „nawet komuni­stycznego paluszka”. Nie było więc pokusy wchodzenia w dwu­znaczne układy. Nie zachwycał się młodym Marksem i obojętni mu byli rewizjoniści, co w latach 60. na Uniwersytecie Warszaw­skim było ekstrawagancją. Zwłaszcza gdy pobierało się nauki u Leszka Kołakowskiego oraz balowało z Adamem Michnikiem i resztą „komandosów”.
   Przez pół wieku były raptem dwa momenty, kiedy przekro­czył granicę uczestnictwa w bezpośredniej polityce. W marcu 1968 roku, gdy po aresztowaniu liderów studenckiego bun­tu 24-letni asystent Marcin Król sam angażuje się w protest: pracuje nad rezolucjami, wchodzi w skład studenckiej delegacji. Zapłaci cenę trzech miesięcy więzienia.
   I w 1989 roku, kiedy uczestniczy w rozmowach Okrągłego Sto­łu. Po powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego mógł zostać szefem telewizji publicznej bądź naczelnym rządowej wtedy „Rzeczpospolitej”. Odmówił.
   A co pomiędzy? Pisał: „Od Marca do Okrągłego Stołu, a zatem przez ponad 20 lat, zawsze byłem w jakiejś formie w opozycji. I chociaż wiele z tych działań opozycyjnych dzisiaj oceniam jako mało poważne, wiele innych po prostu jako nudne, a jeszcze inne - daremne, to w sumie nie narzekam”.

Był pan już kiedyś aż takim pesymistą, jak teraz?
   - Nigdy. Nie pamiętam aż tak bezdennego poczucia obrzydliwości.
Nawet za komuny?
   - Teraz jest gorzej. Bo komunizm sam w sobie był idiotyczny. Nie byłem w stanie wysłuchać choćby jednego komunistyczne­go przemówienia. Było mi więc wszystko jedno, co oni wyga­dywali. Byli dla mnie obcy. Ten kraj nie był wtedy mój, a teraz jest. To zresztą nasza wina, że dopuściliśmy zło pod postaciami półniewinnymi: kłamstwa, pogardy, mowy nienawiści.
   Świadomie?
   - Nie, przez bierność, nieuctwo i lenistwo. Liberalizm nas roz­leniwił. Intelektualiści przestali czytać znaki czasu. A diabeł jest cwany. Nie kłuje rogami i nie polewa smołą piekielną. Przycho­dzi pod różnymi postaciami. Poseł Piotrowicz, który mówi z try­buny sejmowej: „Precz z komuną!”, to jest właśnie wcielone zło. Tak samo jak w Anglii złem jest Nigel Farage, którego kiedyś uważano za postać śmieszną. Moim zdaniem, i mówię serio, on jest wysłannikiem diabla.
   A Trump?
   - Nie, on nie. Jest tylko narzędziem. Diabeł nie wybiera idiotów.
   Po namyśle: - W Polsce największym złem jest jednak Kościół hierarchiczny. Stał się - i mówię to z pełną odpowiedzialnością człowieka wierzącego - wcieleniem diabła. Absolutna odmo­wa zajęcia stanowiska moralnego w jakiejkolwiek sprawie poza sprawą seksu jest bowiem czystym złem. „Czymże jest prawda?” - pytał Piłat.

niedziela, 18 grudnia 2016

Kłamstwo+,Felieton dla Rafała,Tak uwodzą populiści.,Na legalu,Siła zdziwionych i Dlaczego warto manifestować



Kłamstwo+

Fundamentem III RP były kompromis z 1989 roku i konstytucja z roku 1997. Fundamentem obecnej władzy jest kłamstwo.
   Właściwie powinniśmy podziękować za prokuratora Piotro­wicza, bo stanowi on cudowną ilustrację istoty obecnej władzy. „Ambitny pracowity i wydajny” w dziele umacniania władzy ludowej, równie ambitny i wydajny jest w dziele jej przywra­cania. Służy tej samej idei co 35 lat temu. Jako reprezentant „starej dobrej szkoły”, tak jak wtedy, tylko na nieporównanie większa skalę, jest „twarzą przywracania ładu konstytucyj­nego”. Jego przeszłość dla obecnej władzy ludowej nie tylko nie jest problemem - jest atutem. Połamany kręgosłup, pla­ma w życiorysie - zrobi wszystko. Jest kłamcą - ale dlaczegóż miałoby to być problemem dla władzy na kłamstwie opartej?
   Kłamstwo jest częścią polityki, ale w wypadku PiS ma cha­rakter założycielski i fundamentalny. To nie jest jakaś pół­prawda, to nie jest kłamstwo banalne, sprytne czy nawet wyrafinowane. Nie jest ucieczką przed trudnym pytaniem, wy­biegiem, a nawet wyłącznie formą manipulacji. Jest absolutne. I ma charakter tożsamościowy, tak jak dwa hasła, które utoro­wały PiS drogę do władzy - „zamach w Smoleńsku” i „Polska w ruinie”. Gdy Jarosław Kaczyński mówi, że prawda o Smo­leńsku zwycięży idzie mu o przystawienie państwowej pie­czątki do smoleńskiego kłamstwa. Gdy zarzuty o współudział w zamachu przypisuje się Tuskowi czy Komorowskiemu, nie idzie o ich zdezawuowanie, ale o zadekretowanie kłamstwa. Gdy okazuje się, że Wałęsa był zdrajcą, nie idzie o rewizję hi­storii, ale apoteozę kłamstwa. Podobnie jak wtedy, gdy pa­triotyzmu odmawia się Bartoszewskiemu, a ucieleśnieniem patrioty zostaje mordujący cywilów (a i tak bywało) „wyklęty”.
   Tu nie idzie o jedno, drugie czy trzecie kłamstwo, które - jak pokazują ostatnie lata - przez dużą część elektoratu PiS ku­powane są gładko. Tu mamy do czynienia z orgią kłamstwa, w którym przedstawiciele obecnej władzy nurzają się i któ­rym się napawają. Bo trudno powiedzieć, czy większą drwi­ną z Polaków jest przedwyborcze twierdzenie Andrzeja Dudy, że rolą prezydenta nie jest podpisywanie wszelkich ustaw, czy jego zapewnienie, że jest niezłomny, czy też obietnica, że bę­dzie budował wspólnotę. Czy większym szyderstwem jest de­klaracja Kaczyńskiego, że nie będzie zemsty, czy deklaracja pani Szydło, że PiS będzie słuchało Polaków.

sobota, 17 grudnia 2016

Jak zostałem wrogiem publicznym



W Polsce nastał czas polowań z nagonką na osoby niepoprawne politycznie - uważa Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli, członek zarządu partii Nowoczesna

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

Newsweek: Boi się pan skoku PiS na samorządy?
Wadim Tyszkiewicz: Tak. Z jakiegoś powodu poseł Kaczyński ubezwłasno­wolnił Trybunał Konstytucyjny. Konsty­tucja chroniła przed dyktaturą. Teraz już nie chroni. Gdy zastanawiam się, czym Kaczyński różni się od Trumpa, docho­dzę do wniosku, że Trump ma wszystko i nic do stracenia, a Kaczyński nie ma nic i też nic do stracenia.
Co to oznacza?
- Że nic go nie powstrzyma w drodze do osiągnięcia celu, jakim jest władza abso­lutna. Ma już Sejm, Senat, prezydenta, rząd, armię, zdemolowany Trybunał i do pełni szczęścia brakuje mu tylko samo­rządów, które są niezwykle łakomym ką­skiem.
Dlaczego łakomym?
- Bo to stanowiska do rozdania i pie­niądze do przejęcia. W Polsce jest bli­sko 2,5 tys. gmin. Nawet w najmniejszej z nich oprócz wójta jest sekretarz, są kie­rownicy wydziałów, sekretarki... Tysią­ce miejsc do obsadzenia swoimi ludźmi. Gdy są to członkowie partii, to ta partia potwornie rośnie w siłę. Dziś zdecydo­wana większość wójtów, burmistrzów i prezydentów to osoby bezpartyjne, ale wystarczy wprowadzić kadencyjność, która zadziała wstecz, i wszyscy dobrzy gospodarze, ludzie z dorobkiem, zo­staną w kolejnych wyborach wyelimi­nowani, robiąc miejsce dla partyjnych nominatów.
PiS wyczyści samorządy?
- Dla swoich ludzi, i je upartyjni. To ma­rzenie o nowej PZPR. Kaczyński, cokol­wiek by o nim powiedzieć, to przebiegły i niegłupi strateg. Wie, że samorząd da mu władzę nad ludźmi w terenie.           
I pieniądze?
- I pieniądze. Tu największą poku­są są sejmiki, bo tam dzieli się fundu­sze unijne, a w sejmikach PiS poniosło w ostatnich wyborach sromotną poraż­kę. Dlatego na razie PiS poprzez swoich wojewodów próbuje pozbawiać samo­rządy wpływu w regionie. To już się dzie­je, na naszych oczach, chociaż po cichu.
W jaki sposób?
- Wojewoda jest z nadania politycz­nego, podlega ministrowi spraw we­wnętrznych i kawałek po kawałku zwiększa się jego kompetencje kosztem urzędów marszałkowskich. Właśnie do wojewody przeszły ośrodki doradztwa rolniczego i melioracje, którymi zawsze zajmowały się urzędy marszałkowskie. Teraz słyszymy, że lada moment będą przejęte Regionalne Izby Obrachunko­we, czyli organy kontrolujące działal­ność władz lokalnych, i Samorządowe Kolegia Odwoławcze, rozstrzygające sprawy między mieszkańcami a władza­mi samorządowymi. Jeśli to się stanie, organ polityczny dostanie narzędzie do podejmowania decyzji przeciwko nie swoim wójtom, burmistrzom i pre­zydentom. Oskarżenie ze strony nie­zadowolonego mieszkańca zawsze się przecież znajdzie.
Ma pan już u siebie CBA?
- Jeszcze nie. Od kiedy zostałem pre­zydentem Nowej Soli, czyli od 14 lat, nigdy nie było u mnie służb, ale teraz wszystko jest możliwe. Wiele moich ko­leżanek i kolegów prezydentów już wy­dzieliło w swoich urzędach specjalne pokoje dla panów z CBA. Ja ostatnio na­rozrabiałem, więc chyba powinienem się spodziewać wizyty smutnych panów o szóstej rano.

piątek, 16 grudnia 2016

Wyziewy z fabryki mitów



Historycy nie chcą pracować w „fabryce narodowej wyobraźni" nie chcą fałszowania i banalizacji przeszłości.

Ulubione narzędzie obecnej władzy, polityka historyczna, służy ukazaniu rządzących jako jedynych obrońców polskości. W ich mito­logicznych opowieściach, np. o żołnierzach wyklętych czy Lechu Kaczyńskim, co smoka komunizmu pokonał, przeszłość zostaje nie­rozerwalnie złączona z teraźniejszością. To, co było wczoraj, uprawomocnia to, co jest dziś. By przeszłość była w ten sposób użyteczna, musi zostać poddana rewizji, na nowo wynaleziona. Ten instrumentalizm jest maskowany zwrotami o „przywra­caniu godności”, „walce z pedagogiką wstydu”, konieczności pamiętania o „tych, których zdradzono o świcie”.
   Na politykę historyczną składają się wypowiedzi polityków, teksty publicystów, państwowa celebra rocznic i bohaterów, dotacje na „słuszne” badania i likwidowanie „niesłusznych” wydawnictw jak Pamięć.pl. Kształtują ją prawicowe media, publiczna telewizja, państwowe instytucje, programy szkolne. Jesteśmy świadkami intensywnego fabrykowania nowej prze­szłości. Na czym polega obróbka i skrawanie narodowych dzie­jów? Warto przyjrzeć się pracującej pełną parą fabryce mitów.

czwartek, 15 grudnia 2016

Malkontent w rządzie



Liczył na posadę szefa rządu, ale został wicepremierem. Chciał odpowiadać za politykę gospodarczą - nie ma na nią wpływu.  Gdy „dobra zmiana” podniosła rękę na jego żonę i przyjaciół, Piotr Gliński zaprotestował.
I znów przegrał

Michał Krzymowski

U biegła niedziela, gmach TVP. Wicepre­mier w oczekiwaniu na zaproszenie do studia ogląda wieczorne wydanie „Wia­domości” poświęcone organizacjom po­zarządowym. W materiale jest mowa między innymi o Pracowni Badań i Inno­wacji Społecznych „Stocznia”, która do­stała 50 tys. zł od jego resortu. W radzie tej organizacji zasiada jego żona Renata Koźlicka-Glińska. Kilkanaście minut później, już na wizji, wicepremier zwróci się do dziennikarza prowadzące­go rozmowę: - Pana pytania powinni badać studenci dziennikar­stwa jako propagandowe. To jest jakiś koszmar, dom wariatów! Państwo żeście oszaleli!

WICEPREMIER? NIE WIEM, CO ON ROBI
Szarżę w obronie trzeciego sektora trudno uznać za zwycię­stwo Piotra Glińskiego. Politycy Prawa i Sprawiedliwości szyb­ko się od niego odcięli, a szef TVP Jacek Kurski ogłosił w portalu wPolityce.pl, że odbył dobrą rozmowę z wicepremierem i uwa­ża sprawę za zamkniętą. Po czym podziękował swoim dziennika­rzom za „ważne i dobrze udokumentowane materiały dotyczące powiązań sektora organizacji pozarządowych”. Mimo telewizyj­nego występu Piotra Glińskiego i jego przeprosin skierowanych do działaczy pozarządowych krucjata przeciw NGO-som trwa w najlepsze.
   - Wyobraża pan sobie, że TVP zaprasza do studia Antoniego Macierewicza i na chwilę przed jego występem puszcza mate­riał uderzający w niego i jego rodzinę? Przecież to upokorzenie, a Kurski wiedział i o materiale „Wiadomości”, i o zaproszeniu pro­fesora. Gliński formalnie jest wicepremierem, ale w rzeczywisto­ści nikt się z nim nie liczy Nawet szef telewizji - mówi poseł PiS.
   Jeden z ministrów: - Gliński miał odpowiadać za gospodarkę, a dziś nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia. Choć jest mini­strem kultury, to stracił jakikolwiek wpływ na media publiczne. Po roku pracy jego resort nie miał ani jednej ukończonej ustawy [ministerstwo chwali się przeprowadzeniem trzech nowelizacji, ale w rzeczywistości to tylko dostosowanie polskich przepisów do prawa unijnego - przyp. red.]. Nie wiem, co on właściwie robi.
   W biurze partii przy Nowogrodzkiej panuje przekonanie, że w sprawie trzeciego sektora wicepremiera poniosły emocje, bo sprawa dotyczyła jego żony i znajomych (państwo Glińscy od lat przyjaźnią się z szefem „Stoczni” Jakubem Wygnańskim). A przecież profesor już kiedyś przyznał półżartem w wywiadzie dla „Polityki”, że boi się tylko Boga i żony.
   Czy Jarosław Kaczyński przejął się tą awanturą? - Nie. Na­czelnik siedzi na Żoliborzu złożony chorobą i nawet nie spot­kał się z profesorem. Uważa, że Gliński popełnił polityczny błąd i tyle - twierdzi polityk związany z Nowogrodzką.

środa, 14 grudnia 2016

Cichy cień



Witold Olech pracował dla Zbigniewa Ziobry i Andrzeja Dudy, a dziś jest głównym doradcą premier Beaty Szydło. Choć jego nazwisko prawie nikomu nic nie mówi, to znaczy coraz więcej.

Anna Dąbrowska

Szeregowi posłowie PiS pytani o Witolda Olecha (rocznik 1973) zastygają w zamyśleniu i odpo­wiadają pytaniem: a kim on jest? Tylko ci dobrze zorientowani w kuluarowym życiu Kancelarii Premie­ra mówią więcej i podkreślają, że Olech jest ważny w otoczeniu premier Szydło. Od trzech miesięcy jest jej głównym do­radcą. Czym konkretnie się zajmuje?
O tym na stronach KPRM ani słowa.
   Olech, zajmujący gabinet vis-a-vis rzecz­nika rządu Rafała Bochenka i obok Elżbie­ty Witek, szefowej gabinetu politycznego premier, jest jedną z kluczowych postaci.
- Dołączył do zespołu, bo brakowało nam kogoś, kto potrafi analizować nastroje społeczne, wskaże trendy - mówi minister z KPRM. Elżbieta Witek, koleżeńsko i poli­tycznie silnie związana z Szydło, pilnuje jej kalendarza, dba o to, by ministrowie rapor­towali realizację programu. Bochenek, co­raz chętniej chodzi do mediów i jest ustami Szydło, a Paweł Szefernaker od niedawna koordynuje prace rzeczników i od dawna chętnie sięga po nowe technologie, by kre­ować wizerunek rządu w mediach społecznościowych. Rzeczywiście brakowało tu kogoś, kto nie zajmuje się bieżączką, ale ma ucho społeczne i w zależności od tego, co usłyszy, profiluje przekaz szefowej rzą­du. Szydło ma świadomość, że dziś chroni ją lojalność względem Jarosława Kaczyń­skiego i wysoka popularność, którą wi­dać we wszystkich sondażach zaufania do polityków. Ufa jej 57 proc. Polaków, nie ufa 31 proc., a rozpoznają wszyscy. Aby wzmacniać tę popularność, potrzebowała kogoś takiego jak Olech.

wtorek, 13 grudnia 2016

Będą przeklęci



Bez mocnej Europy i z Polską poza tą Europą nie mamy większych szans na przetrwanie - mówi Donald Tusk, szef Rady Europejskiej

Rozmawia Tomasz Lis

Newsweek: Większy ból głowy ma pan z powodu Europy czy Polski?
Donald Tusk: Nie rozdzielam tych dwóch kwestii, jeśli odczu­wam dzisiaj polityczny ból głowy, to głównie wtedy, kiedy widzę ludzi podważających mocną pozycję Polski w sercu Europy.
Widzi ich pan na Zachodzie czy w Polsce?
- Eurosceptycznie nastawionych polityków jest sporo w każ­dym kraju, ale niepokoi mnie, że w Polsce niechęć do UE nabra­ła wymiaru państwowego, i to wydaje mi się najistotniejszym zagrożeniem.
Jak bardzo słabnie pozycja Polski w Europie?
- Wstrząsy, które przeżywa Europa, takie jak Brexit i ogólnie kry­zys liberalnej demokracji, osłabiają pozycję każdego państwa. Mówiąc wprost: dzisiaj w Europie nie ma państw wielkich...
Nawet to jedno?
- Nawet to jedno. W skali globalnej Unia liczy się i może się liczyć w przyszłości, ale żadne państwo z osobna nie będzie w stanie zapewnić całej Europie bezpieczeństwa i powodzenia. Osła­biona czy rozbita Unia z definicji oznacza także słabszą Polskę i - prędzej czy później - poważne kłopoty.
Eurosceptykom na Zachodzie jest na rękę to, co robi władza
w Warszawie?
- Proeuropejskie nastawienie w Berlinie i Paryżu wydaje się kluczowym warun­kiem, aby UE przetrwała ten kryzys poli­tyczny. Znaczenie Polski zależy od tego, jak dobre są relacje z tymi dwiema stolica­mi. Mirażem jest wizja bezpiecznej Polski patrzącej z tęsknotą wyłącznie na Amery­kę, która dość wyraźnie odpływa od Euro­py, czy na Wielką Brytanię, która podjęła decyzję o wyjściu z Unii. I kiedy widzę, co się dzieje z Trójkątem Weimarskim, któ­ry był taką kotwicą zapewniającą Pol­sce wpływ na Unię, nie mam wątpliwości, że nasza pozycja słabnie. Dzisiaj w Pol­sce władzę sprawują ludzie tradycyjnie nieufni i niechętni wobec Niemiec, któ­rzy postanowili w dodatku dość poważnie nadwerężyć relacje z Paryżem. To jest teraz najpoważniejszy kłopot dla Polski.
Pan to tłumaczy psychoanalitycznie czy politycznie?
- Nie jestem psychoanalitykiem i szczerze powiedziawszy, nie ma dla mnie znaczenia, jakie są motywacje polityków w Europie i w Polsce. Nie myślę o ich intencjach, tylko o skutkach ich an­tyeuropejskich działań. A te są groźne dla wszystkich. Dla mnie ważniejsze jest, jak je niwelować.
Na razie w Polsce to się raczej pogłębia, niż niweluje.
- Często mówię naszym partnerom w Europie, by nie wyciągali zbyt daleko idących wniosków z tego, co się dzieje w Warszawie.
Skoro musi pan przekonywać, to znaczy, że nie jest dobrze.
- No nie jest. Polska była do niedawna symbolem sukcesu, nie tylko gospodarczego. Była traktowana jako lider regionu i je­den z filarów całej Unii. Zamykaliśmy usta wszystkim, którzy na Zachodzie twierdzili, że rozszerzenie Unii było błędem.
I co pan im dzisiaj mówi? Że ta gorączka przeminie?
- Mówię, że nie ma w Europie drugiego narodu tak proeuropej­skiego jak Polacy.
Może raczej bardziej profunduszowego?
- To też ma znaczenie. Sądzę jednak, że przywiązanie Polaków do idei zjednoczonej Europy ma głębszy wymiar.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Chamoobrona



Pogróżki, wyzwiska, oskarżenia o związki z WSI i seksistowskie żarty tak działa klub Pawła Kukiza po roku spędzonym w Sejmie. Lider stracił panowanie nad swoim ruchem

Michał Krzymowski

Przypki pod Tarczynem. W sali konferencyjnej pod­warszawskiego hotelu ob­radują posłowie Kukiz’15, trzeciego co do wielkości klubu w Sejmie, Wyjazdowe posiedze­nie ma uspokoić atmosferę i załagodzić niesnaski.
   O głos prosi gdańska posłanka Magda­lena Błeńska. Nie wygląda na uspokojoną:
- My już nie jesteśmy jak Samoobrona, Gorzej, jesteśmy Chamoobrona!

niedziela, 11 grudnia 2016

Historia mowi sprawdzam, Narodowy felieton polski,Należy nam się ,Prawa nie ma, będzie wojna i But why



Historia mowi: sprawdzam

O rządzącej Polską ekipie po roku jej ekscesów wie­my właściwie wszystko. Wciąż niewiele wiemy jednak o nas samych.
   Norman Davies nazwał niedawno ekipę Kaczyńskiego „najbardziej mściwym gangiem w Europie”. Jeśli dorzu­cić do tego jej chroniczną nieudolność, mamy niemal pełny obraz. Niemal, bo nieudolna władza jest całkiem skutecz­na w niszczeniu ustroju i sprowadzaniu suwerena do roli poddanego. Zmiana ustroju odbywa się na naszych oczach metodami pozornie legalnymi. Pozornie, bo fundamen­tem zamachu jest zniszczenie - za pomocą złamania prawa - Trybunału Konstytucyjnego, bez którego prawa są jak za­pisy Kodeksu karnego bez sądów: fikcją.
   A propos Kodeksu karnego - są w nim dwa artykuły, któ­re politycy PiS powinni przeczytać uważnie. W artykule 127 stwierdza się, że „kto mając na celu pozbawienie nie­podległości, oderwanie części obszaru lub ZMIANĘ PRZE­MOCĄ KONSTYTUCYJNEGO USTROJU RP, podejmuje w porozumieniu z innymi osobami działalność zmierzającą do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 10, karze 25 lat pozbawie­nia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolno­ści”. Artykuł 128 stanowi z kolei, że „kto w celu usunięcia przemocą konstytucyjnego organu RP podejmuje działal­ność zmierzającą bezpośrednio do urzeczywistnienia tego celu, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krót­szy od lat 3”. Twierdzenie, że główny detonator akcji roz­walania Trybunału Konstytucyjnego pozostanie tak czy owak bezkarny, w przeciwieństwie do łamiących prawo prezydenta Dudy i premier Szydło, niekoniecznie jest więc uzasadnione.
   Dobrze, to władza. A co z nami? Poetka pisała, że „tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono”. Czyż obecny czas nie mówi nam właśnie: sprawdzam? Tabloidy zarzuciły ostat­nio wyjątkową arogancję wicepremierowi Morawieckiemu, który pozostawienie ponadprzeciętnej kwoty wolnej od po­datku parlamentarzystom uzasadnił tym, że ciężko pracują. Nad zmianą ustroju, demontażem instytucji demokratycz­nych, ograniczeniem praw obywatelskich przynajmniej po­słowie i senatorowie PiS pracują naprawdę ciężko. Prezes Kaczyński może być więc złożony chorobą (podobnie jak zgodnie chorzy PiS-owscy sędziowie TK), ale jego ludzie na jego wezwanie już organizują mu w okresie przedświątecz­nym komplet zabawek, po zgromadzeniu których zaprowa­dzenie w Polsce zamordyzmu będzie dziecinnie proste.

sobota, 10 grudnia 2016

Wolności w niebezpieczeństwie



O zagrożonym prawie do prywatności, wolności słowa i języku nienawiści mówi rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Dlaczego odmówił pan przyjęcia Nagrody im. Teresy Torańskiej?
ADAM BODNAR: To niewątpliwie jed­no z najważniejszych wyróżnień w mojej pracy na rzecz praw człowieka. Jestem ogromnie wdzięczny szanownej kapi­tule i redakcji „Newsweeka”. Przyjąłem jednak zasadę, że jako rzecznik praw obywatelskich nie będę przyjmował żad­nych nagród związanych z moją dzia­łalnością zawodową. Traktuję to jako kwestię standardów i czegoś, co nazwał­bym powściągliwością. Nie chcę też ni­komu dawać pretekstu do podważania mojej bezstronności.

I tak nazywają pana lewakiem.
- Ostatnio lewak zamieniono na lewico­we skrzywienie. Skoro nastał czas dzie­lenia Polaków na różne kategorie, na różne plemiona, to trzeba pewnie zaszu­fladkować także Adama Bodnara. Pew­nie taka jest potrzeba polityczna. A swoją drogą, jak się nazywa tych, którzy tworzą te wymyślne kategorie? Prawakami?

Nie, są lewacy i nasi.
- To znaczy, że lewak jest określeniem wykluczającym? Oczywiście na to nigdy nie będzie zgody Rzecznika Praw Oby­watelskich. I może na tym poprzestańmy.

Władza chciałaby pozbawić pana urzędu.
- Zgodnie z konstytucją moja kadencja kończy się za trzy lata i dziewięć miesięcy.

Dlaczego podkreśla pan ciągle, że jest rzecznikiem wszystkich Polaków?
- Nikogo, komu pomagam, nie pytam o poglądy. Każdy, kto zechce przyjrzeć się temu, co robię, może zobaczyć, że zajmuję się sprawami wszystkich, któ­re zwrócą się do mnie lub znajdują się w trudnym położeniu. Przecież osoby z niepełnosprawnością, chore, starsze, pokrzywdzone znajdziemy po każdej stronie politycznych barykad.

Czy dzisiaj w Polsce są zagrożone prawa człowieka?
- Wiele jest na pewno zagrożonych. Przy czym trzeba wyjaśnić, że prawa czło­wieka, z pewnymi wyjątkami, nie mają charakteru absolutnego. Wyjątki są dwa: prawo do życia (bez wchodzenia w spór, co jest życiem) oraz zakaz tortur. Wszystkie pozostałe prawa, np. wolność słowa, sumienia czy prawo do prywat­ności, mogą podlegać ograniczeniom, ale tylko wtedy, gdy te ograniczenia słu­żą interesowi publicznemu i są wpro­wadzone na drodze ustaw. Zgodność tych ustaw z konstytucją ocenia Trybu­nał Konstytucyjny. Władza próbuje go sparaliżować, bo, niczym nieograniczo­na, może ustanawiać prawa niezgodne z konstytucyjnymi gwarancjami wolno­ści obywatelskich.

piątek, 9 grudnia 2016

Kronikarze „podłej zmiany”



Dokumentują łamanie prawa i nadużywanie władzy przez PiS. Zapisują najbardziej szokujące wypowiedzi i kłamstwa. I mają nadzieję, że ktoś kiedyś obecnych rządzących rozliczy

Renata Kim

Można by nie odchodzić od komputera od rana do wieczora, tyle jest mate­riałów. Ludzie przysyłają nam opisy kolejnych afer z udziałem polityków PiS, memy z ich wypowiedziami, infografiki i teksty. Kiedyś myślałem, że takie strony prowadzą agencje reklamowe albo specjalnie wynajęci specjaliści, a tymczasem okazało się, że to zwykli ludzie dokumentują nadużycia władzy opowiada Daniel, inżynier budowlany i jeden z administrato­rów popularnej na Facebooku strony „Nie lubię PiS-u”. Drugim jest emerytka Ela, a trzecim jej mieszkająca w USA koleżanka, która pracuje nad stroną wtedy, kiedy Polska śpi.
   Ostatnio zrobili sondę z pytaniem: „Który z trzech ministrów jest najgorszy: Antoni Macierewicz, Anna Zalewska czy Witold Waszczykowski?”. - Ponad 90 procent internautów zagłosowa­ło na Macierewicza. To pewnie przez te bojówki, które zamierza tworzyć. Ludzie się najwyraźniej boją, do czego mogą zo­stać użyte Wojska Obrony Terytorialnej
zgaduje Daniel. Ale najbardziej oburza ich - co widać po liczbie przysyłanych ma­teriałów - upór, z jakim PiS forsuje swoje pomysły. Program 500+, obniżenie wie­ku emerytalnego, likwidacja gimnazjów.
I jeszcze ludzi wkurza to mordercze tem­po, w jakim pracują posłowie PiS, to przyj­mowanie ustaw bez żadnych konsultacji, bez szacunku dla sejmowych procedur.
   Założyciel innej strony - „Kłamstwa PiS” - pamięta swój szok, gdy w listopa­dzie ubiegłego roku Sejm przyjął w nocy tzw. ustawę naprawczą w sprawie Try­bunału Konstytucyjnego. Od razu zrozu­miał, że chodzi o demontaż Trybunału, coś takiego robi każda autorytarna wła­dza. Przeraziło go to, postanowił działać.
Stworzyłem listę najważniejszych wyda­rzeń politycznych ostatniego roku, a jed­nocześnie próbuję demaskować kłamstwa PiS - tłumaczy.
   On też ma dużo roboty, bo - jak mówi - w zasadzie cała po­lityka obecnego rządu polega na okłamywaniu obywateli. - Oni kłamią nawet wtedy, gdy kłamać nie muszą. Przede wszyst­kim udało im się wmówić wielu Polakom, że w kraju dzieje się źle, a oni mają receptę na rozwiązanie problemów. Niestety nie mają, co potwierdzają ostatnie dane GUS o mocnym spowol­nieniu gospodarczym - mówi. Nazwiska nie poda, powie tylko, że jest zwykłym obywatelem, który ma komputer, sporo czasu i chce go dobrze spożytkować. Ale tego, co robi, nie nazwałby mi­sją. - Raczej moim skromnym wkładem w aktywny opór prze­ciwko niedemokratycznym działaniom władz - tłumaczy.
   Urodził się 13 grudnia 1981 roku i zawsze lubił żartować, że kiedy dowiedział się o tym generał Jaruzelski, wypowiedział wojnę Polakom. - A dzisiaj to Jarosław Kaczyński wypowiada nam wojnę - mówi.

czwartek, 8 grudnia 2016

Królestwo chaosu



Mówi się, że Jarosław Kaczyński i jego partia lubią zarządzać strachem. Że kontrolują polityczną sytuację za pomocą kolejnych konfliktów. Coraz bardziej jednak widać lawinowo rosnące koszty tej metody: to wszechogarniający chaos w państwie.

Władza PiS ma dwa oblicza. Pierwsze to su­rowa twarz rewolucjonisty, sanatora i in­kwizytora, który z żelazną konsekwencją i makiaweliczną zręcznością przeprowa­dza plan całkowitego przejęcia państwa i jego instytucji. Ale spod tej maski wyłania się inne, wstydliwe, oblicze: niekompetentnego, nieudolnego ba­łaganiarza, który nie ma spójnego, długofalowego progra­mu, działa bez namysłu, zmienia zdanie między ranem a wieczorem; nie zgadzają mu się budżetowe rachunki i to o grube miliardy.
   Okazało się, że jednoosobowa władza prezesa Kaczyń­skiego, tak imponująca dla wielu, ma swoje limity wydolnościowe, nie ogarnia całej złożoności państwowego or­ganizmu, a nawet gdyby ogarniała, nie jest powiedziane, czy byłoby to lepsze. Chaotyczni, nieudolni w konkretnych sprawach kraju rewolucjoniści to mieszanka prawdziwie wybuchowa. Wyrządzają szkody - zwłaszcza ustrojowe - płynące dokładnie z ich intencji, ale też powodują wiel­kie straty swoim niedbalstwem, ideologicznym zacietrze­wieniem, kuriozalnymi wypowiedziami, ekonomicznym dyletanctwem, nieznajomością międzynarodowych realiów. Z takim zjawiskiem mamy właśnie do czynienia.
   Poniżej przedstawiamy, zbiorowym piórem naszych dziennikarzy, redakcyjnych specjalistów w różnych dzie­dzinach, stan chaosu, jaki powstał i pogłębia się za spra­wą władzy PiS w najbardziej newralgicznych miejscach społecznego życia.

środa, 7 grudnia 2016

Instytut pustych pokoi



Instytut im. Lecha Kaczyńskiego dysponuje wielomilionowym majątkiem. Mieści się w willi obok domu Jarosława. Czym się zajmuje, skoro najwyraźniej nie upamiętnianiem byłego prezydenta?

Patryk Szczepaniak  OKO.press

Willa to w istocie pro­sty, klockowaty domek z lat 60. Przez lata miesz­kali tu sąsiedzi państwa Kaczyńskich, potem dom wynajęto - mieściła się w nim redakcja „Gazety Polskiej”. Od ponad czterech lat zajmuje go fundacja Instytut im. Lecha Kaczyńskiego. We władzach organizacji zasiadają Jarosław Kaczyński oraz Krzysz­tof Czabański, a jednym z jej zadań jest upamiętnianie byłego prezydenta i pro­pagowanie jego myśli społeczno-politycznej. Prezes PiS wielokrotnie mówił o tym, że konieczne jest zachowanie pamięci o jego zmarłym bracie. Elementem upa­miętnienia ma być mieszcząca się w In­stytucie Izba Pamięci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Która, wbrew idei, nie jest miejscem otwartym.
   Wejść do Instytutu można tylko ze spe­cjalnym zaproszeniem, przechodząc przez kontrolę byłych żołnierzy GROM. Gości ewidencjonuje się na listach zatwierdza­nych osobiście przez Jarosława Kaczyń­skiego. Zaproszenie jest swego rodzaju nobilitacją dla członków PiS i osób nie- związanych z partią. Zdarzały się przypad­ki, gdy prezes Kaczyński odmawiał komuś wstępu. Senator Anna Maria Anders na po­czątku tego roku była zaproszona do In­stytutu. Z nieznanych jej przyczyn została usunięta z listy gości. Senator i jej asystent nie pamiętają szczegółów. - Prezes był na nią cięty - mówi działaczka związana z Instytutem.
   Jesienią 2012 r., gdy Jarosław Kaczyński wskazał prof. Piotra Glińskiego na „pre­miera technicznego”, w Instytucie nocami odbywały się spotkania i narady z człon­kami gabinetu cieni. - Zostawialiśmy im szklanki, soki, ciastka, żeby nie pomarli z głodu. Tutaj jest spokojnie i cicho. Dzien­nikarze często nie wiedzieli, co tu się dzieje - opowiada działacz PiS.
   We wrześniu 2015 r. - także pod osło­ną nocy - Jarosław Kaczyński spotkał się w Instytucie z prezydentem Andrzejem Dudą. Gdy informacja o wizycie przeciekła do mediów, komentowano, że to dziwna sytuacja, by prezydent w takich okolicz­nościach odwiedzał prezesa, zamiast zaprosić go do siebie, do Pałacu Prezydenc­kiego. Urzędnicy prezydenta tłumaczyli wówczas, że spotkanie odbyło się na Żoli­borzu, bo dotyczyło m.in. pamiątek po Le­chu Kaczyńskim.

wtorek, 6 grudnia 2016

Kobieta, która nie lubi kobiet



Uważa, że Polki nic, tylko chwalą się swoimi aborcjami, że PO to szkodnicy, a KOD to jedna wielka manipulacja. Dowala wszystkim, jest pęknięta, do bólu zgorzkniała - mówią dawni koledzy Aleksandry Jakubowskiej z lewicy

Anna Szulc

Miałam wrażenie, że idą na piknik – wypaliła o Polkach idących na czarne protesty prze­ciw antyaborcyjnym pomysłom PiS, I dodała, że są wulgarne, a ich hasła chamskie. Na salonach jest jeszcze gorzej. „Tak jak wstyd nie mieć to­rebki Louisa Vuittona za kilkanaście ty­sięcy, tak i wstyd nie mieć choć jednej aborcji i nie opowiadać o niej. A praw­dziwa elita musi mieć tych aborcji kilka” - poskarżyła w „Rzeczpospolitej”.
   Katarzyna Kądziela, dyrektorka Fun­dacji Izabeli Jarugi-Nowackiej, pub­licystka i obrończyni praw kobiet, skomentowała słowa Aleksandry Jaku­bowskiej krótko: „To haniebne”.
   - Co ona opowiada? Ten protest był egalitarny, to była kobieca moc! - irytuje się Katarzyna Piekarska, działaczka SLD, była wiceminister spraw wewnętrznych w rządzie Cimoszewicza, którego Jaku­bowska była rzeczniczką. Piekarska doda­je, że nie zna kobiety, która by się chełpiła aborcją. Zna za to taką, która po urodze­niu chorego dziecka i nieplanowanym zajściu w kolejną ciążę błagała los, by uro­dziło się zdrowe. Traciła zmysły ze stra­chu. Tak, wie, że Aleksandra Jakubowska jest matką niepełnosprawnego syna.
- Ale to nie powód, by wyszydzać kobie­ty, które boją się takiego ciężaru - mówi. Jej zdaniem Jakubowska nie lubi innych kobiet. Za coś je obwinia. Tylko za co?

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Schabowy z Łupaszką



Gdy nadejdzie czas, nowym Jarosławem Kaczyńskim zostanie góral ze Szczecina Joachim Brudziński

Wojciech Cieśla

Jeśli w partii z jakiegoś po­wodu zabraknie prezesa, zastąpi go Jojo - uważa po­seł PiS, który przez kilka lat pracował w biurze partii na Nowogrodzkiej. - Dekadę temu był na cenzurowanym, ale wrócił, mozolnie wydreptał nową ścieżkę do naczelnika i dziś to on jest jego najbliższym współ­pracownikiem. Zabiera go na łódki, na pizzę do Szczecina i w Beskidy.
   Po listopadowym kongresie PiS Bru­dziński ma w terenie mocne zaplecze. Jest wiceprezesem partii, szefem Komi­tetu Wykonawczego PiS, kimś w rodzaju sekretarza generalnego, który kontrolu­je struktury terenowe. - Wszędzie ma lu­dzi, którzy coś mu zawdzięczają - uważa rozmówca „Newsweeka”.
   Scena z rady politycznej PiS, głos ma Jarosław Kaczyński: - Gdyby mi się noga złamała, to wiecie, za wszystko odpowia­da Joachim.

niedziela, 4 grudnia 2016

Zwykli zakładnicy PiS,Kik - wieczny tułacz,Staw biodrowy,Zakład o 100 tysięcy,Specjaliści od dłubania i Na złość matuli



Zwykli zakładnicy PiS

Jeśli PiS miało jakiś projekt dokonania prawdzi­wie pozytywnej zmiany w Polsce, to właśnie go w poczuciu niemocy porzuca. Teraz jedynym celem jest utrzymanie władzy za wszelką cenę, a prowadzić ma do tego konsolidacja własnego elektoratu i spacyfikowanie wszystkich oponentów.
   Prawie rok trwały próby przekonania Polaków, że wła­dza działa dla dobra wszystkich i dla dobra Polski. Dziś cho­dzi już tylko o elektorat PiS. Jarosław Kaczyński wie, że do sprawowania niepodzielnej władzy nie potrzebuje poparcia większości Polaków. Wystarczy mu owe mityczne 35 pro­cent. Resztę dobierze się z posłów partii Kukiza, którzy swą antypartyjną retoryką coraz bardziej nieporadnie skrywa­ją całkowitą spolegliwość wobec partii rządzącej. Oczywi­ście 35 + przystawka nie musi dawać wygranej w wyborach, ale da ją, jeśli opozycję, nie tylko partyjną, ale i obywatelską, ostatecznie się spacyfikuje.

sobota, 3 grudnia 2016

Broszkowanie polityki



Jeśli oglądamy coś, co obraża naszą inteligencję, przyzwoitość i zasady, to możemy albo iść na emigrację wewnętrzną, albo się z tego śmiać. Postanowiliśmy się śmiać mówi mecenas Jacek Dubois

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Kim jest Broszkowa z pana felietonów?
JACEK DUBOIS: To postać, która do­biera broszki, a potem czyści je i pole­ruje. Dba o to, by pani premier jaśniała w publicznych sytuacjach.

Ładnie tak kpić z szefowej rządu?
- Pani premier jest z pewnością konse­kwentna i pracowita, ale jeśli te cechy idą w złym kierunku, to stają się śmiesz­ne i przestają zasługiwać na jakikolwiek szacunek.

Co to znaczy?
- Umowa społeczna polega na tym, że rządzi grupa, która wygrała wybory. Ale są reguły, których nie zmieniamy - kon­stytucyjne, etyczne, przyzwoitości. Je­śli władza zaczyna je naruszać, idzie w złym kierunku.
Gdy ustawa powstaje w taki sposób, że władza jednego dnia ma pomysł, a dru­giego dnia rękami posła czy senatora go realizuje, bez żadnych konsultacji, to nie można mówić o mądrości, tylko o działaniu na polityczne zamówienie.

A jaką umowę naruszyła premier Szydło?
- Przede wszystkim tę, że uchwalone prawo należy opublikować.

Mówi pan o odmowie publikacji wyroku Trybunału Konstytucyjnego?
- „Bądź spokojny, poeta pamięta, spisa­ne będą czyny i rozmowy. Zabijesz jed­nego, narodzi się nowy” - pisał Czesław Miłosz. Przejeżdżając Alejami Ujazdow­skimi, widzimy licznik, który pokazuje, ile dni minęło od chwili, gdy premier Szydło postanowiła nie opublikować wyroku Trybunału.
Ten licznik nam przypomina, że ponad 260 dni temu zostały złamane zasady i do dziś ich nie przywrócono. Tak długo trwa stan broszkowania polityki.

piątek, 2 grudnia 2016

Dziewczynka z zapałkami



Publicystka Telewizji Trwam, teolog dr hab. Urszula Dudziak ma stworzyć nową podstawę programową do wychowania do życia w rodzinie. Już za rok nastolatki będą uczyć się z zatwierdzonych przez nią podręczników.

Studenci Katolickiego Uniwer­sytetu Lubelskiego nazywają ją Papaja: od tytułu popularnej piosenki jej imienniczki Urszu­li Dudziak. - Dam sobie głowę uciąć, że nigdy jej nie słyszała. Nie tylko dlatego, że nie lubi jazzu, ale również z powodu stylu życia piosenkarki i roz­wodów - mówi jeden z doktorantów dr hab. Urszuli Dudziak. I dodaje, że jej lista zabronionych piosenek, książek czy zachowań jest długa. Nie czyta prasy poza „Naszym Dziennikiem”. Nie ogląda telewizji z wyjątkiem Telewizji Trwam. Nie rozmawia z dziennikarzami z laic­kich mediów. Nie wpuszcza na wykłady nikogo spoza uczelni. Nie odbiera telefo­nów od obcych i zabrania pracownikom KUL rozmów o swoim życiu prywatnym.
O tym, że jest mężatką, świadczy jedynie dedykacja na jej habilitacji z teologii pa­storalnej: „Mojemu Mężowi, bez którego ta praca by nie powstała”. Dr hab. Urszula Dudziak żyje - jak mówi - dla zbawienia wiecznego. A życie doczesne filtruje pod kątem zbawienia innych. Głównie kobiet.
   Na początku kariery naukowej jeszcze chyba chciała je zrozumieć. W1982 r. jako studentka psychologii KUL badała dwie grupy kobiet - matki i kobiety dokonujące aborcji. Miała szerokie pole do popisu, bo w PRL przerywanie ciąży było dopuszczal­ne ze względu na ciężkie warunki życiowe.
I nadużywane, bo z przytaczanych przez nią statystyk wynika, że w latach 80. na dwa porody przypadał jeden zabieg. Zauważy­ła, że uświadamianie odbywa się głównie przy trzepaku, bo - co też wynika ze staty­styk - tylko 6 proc. Polaków słyszy o seksie w szkole. Wypunktowała, że dwu na stu rodaków wie co nieco o antykoncepcji, o poradniach planowania rodziny mało kto słyszy, a większość kobiet „dokonujących interrupcji” ma mężów i dzieci. Dziwiło ją, że te, które zdecydowały się na przerwanie ciąży, nie chciały powiększać rodzin, ale nie stosowały żadnych środków zaradczych.
I - przede wszystkim - współczuła kobie­tom. Przytacza ich słowa: „Nie znam żad­nych metod antykoncepcji i musiałam się na to zdecydować”. „Nie zrobiłabym tego, gdybym miała lepsze warunki i w sklepie można było coś dostać”. „Mieszkamy w su­terenie, mamy jeden pokoik, brakuje wody i jest grzyb na ścianie. Urodzić dziecko, któremu byłoby ciężko, to lepiej nie uro­dzić”. „Mam 45 lat, nie wypada w tak póź­nym wieku mieć dzieci, iść z wózeczkiem po osiedlu”.
   Na podstawie rozmów napisała pracę magisterską „Osobowość kobiet przery­wających ciążę”. We wnioskach zauważa, że te, które zostały matkami, i te, które poddały się aborcji, niewiele się od siebie różnią. Są wierzące, uznają role matki, żony i gospodyni za męczeństwo i tak samo skarżą się na słaby kontakt i złe po­życie z mężem. Za pracę dostała nagro­dę rektora, ale na KUL pojawiły się głosy, że mgr Dudziak jest za mało radykalna.
   Prowadzi zajęcia z psychoprofilaktyki, ale szuka swojej niszy. Jest ambitna, energiczna, nie odpowiada jej siedzenie w książkach. Jako jedna z pierwszych w Polsce robi międzynarodowy certyfikat uprawniający do nauczania naturalnych metod planowania rodziny w zakresie metody objawowo-termicznej. Działa w Towarzystwie Odpowiedzialnego Rodzi­cielstwa, prowadzi kursy NPR dla nauczy­cieli i katechetów. Kiedy wraz ze zmianami politycznymi KUL podupada, a większość wykładowców odpływa do prywatnych uczelni, znajduje pomysł na siebie. Czyli walkę ze źródłem upadku wartości: anty­koncepcją. Zaczyna drugie studia, teolo­gię. Dzięki nim utwardza kurs. Już nie pyta o źródła i skutki niewiedzy o pigułkach czy prezerwatywach. Piętnuje grzech anty­koncepcji jako ubezpłodnienie człowieka, czyli zniszczenie jego naturalnej, bo danej od Boga, płodności. A idące za antykon­cepcją nastawienie na przyjemność sek­sualną pozbawia akt płciowy celu prokrea­cyjnego i jednoczącego. A więc prowadzi w stronę rozpusty, rozwodów i upadku. Jedynym ratunkiem dla społeczeństwa - przekonuje - jest propagowana przez nią metoda objawowo-termiczna.
   Klimat polityczny zaczyna jej sprzyjać. Wraz z dojściem do władzy PiS negocjuje 60 godzin obowiązkowych ćwiczeń z na­turalnego planowania rodziny. Ale kiedy zaczyna rządzić PO i władze KUL likwi­dują Katedrę Psychofizjologii Małżeństwa i Rodziny, traci połowę zajęć. Wtedy znaj­duje kolejnego wroga: tym razem szkołę, w której decydują się losy fakultatywne­go do tej pory przedmiotu „wychowanie do życia w rodzinie”. Nawołuje do walki w obronie najmłodszych, bo wychowanie w aprobacie dla antykoncepcji prowadzi do nadmiernego zainteresowania seksem. Stąd tylko krok do kolejnych zagrożeń, czyli masturbacji i pettingu. „Koncen­tracja na własnym narządzie nie zastąpi bogactwa osobowego kontaktu dwojga. A żałosna próba dostarczenia sobie same­mu przyjemności seksualnej ogranicza człowieka i zubaża”. Przy tym, jak prze­konuje, skutki masturbacji biją nie tylko w jednostkę, ale również w społeczeń­stwo, powodując obniżenie jego poziomu intelektualnego i wykształcenia. Fiksacja na sferze genitalnej wpływa też niekorzyst­nie na życie towarzyskie i zawodowe. A jeśli dojdzie do tego petting, czyli „szczególny rodzaj masturbacji we dwoje”, w nasto­latku utrwali się seksualny egoizm. Który popchnie go do druzgoczącej wszystko grzesznej inicjacji seksualnej.

czwartek, 1 grudnia 2016

Szkoły i cokoły



Prowadzi monolog oświatowy, nie debatę. Zamiast edukacją zajmuje się ochroną życia od poczęcia. I lubi wyręczać się bardzo młodymi asystentami

Małgorzata Święchowicz

Wielokrotnie podno­siłem rękę, próbo­wałem zabrać głos, ale byłem bloko­wany przez młode­go asystenta pani wiceminister edukacji. W końcu wstałem, zacząłem zadawać py­tanie, a nagle ktoś krzyczy: „Ty złodzieju! Siadaj! Zamknij się!” - Leszek Celej opo­wiada, jak w Mińsku Mazowieckim wy­glądała debata o reformie oświaty.
   Celej jest dyrektorem Muzeum Ziemi Mińskiej, nauczycielem historii, działa w PO. Sądził, że skoro do Mińska przyje­chała wiceminister edukacji Teresa War- gocka, która jest stąd, to będzie świetna okazja, żeby porozmawiać o reformie.
- Ale szybko okazało się, że spotkanie jest ustawione. Przyszło wielu członków Klubu Gazety Polskiej, dyskusja była niemożliwa - wspomina Celej.
   - To był monolog oświatowy, nie de­bata - twierdzi Alicja Cichoń, miejska działaczka społeczna. Widziała, jak asy­stent Wargockiej blokuje dostęp do mi­krofonu byłemu radnemu PO.
   Jeden z nauczycieli (należy do ZNP) mówi, że nerwowo nie wytrzymał, wy­szedł przed końcem. - Kupa klakierów, żadnych konkretów, tylko ten spokojny, usypiający głos pani wiceminister, że oto idzie dobra zmiana i będzie lepiej.
   ZNP wylicza, że w całym kraju zagro­żonych zwolnieniem może być 37 tys. nauczycieli, 30 tys. sekretarek, księgo­wych, sprzątaczek i około 7,5 tys. dy­rektorów szkół. - Ale ludzie po takim
spotkaniu z wiceminister Wargocką za­czynają myśleć: może jednak nie będzie źle? Łudzą się - mówi nauczyciel. Pro­si, żeby w tekście nie było jego nazwi­ska, bo może przyjdzie mu jeszcze kiedyś spotkać się z panią wiceminister. Wolał­by, żeby chciała rozmawiać, nie była na niego obrażona.
   - Jest pamiętliwa, potrafi się obrazić i przez kilka miesięcy kogoś unikać, nie odezwać się - mówi o Wargockiej lokal­na dziennikarka. - Nazywamy ją „Pani Oświadczenie”, bo ona raczej nie rozma­wia, tylko w kółko powtarza to, co sobie zawczasu przygotowała.