niedziela, 10 czerwca 2018

Skarlała rewolucja



Kaczyński może i miał szaleńcze plany budowy państwa na własnych zasadach, ale do realizacji kompletnie zabrakło mu ludzi - mówi filozof, historyk idei prof. Marcin Król

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK; Czy rewolucja PiS zaczyna zjadać własne dzieci?
MARCIN KRÓL: W tej rewolucji coś poszło nie tak. Trudno ją po­równać do francuskiej, sowieckiej czy jakiejkolwiek innej. Do przeprowadzenia rewolucji potrzebna jest wizja, choćby naj­bardziej szalona i utopijna, ale zakładająca tworzenie wszyst­kiego od nowa. Taką wizję wprowadza się w życie bez względu na koszty, zwykle przy pomocy terroru. Trzeci niezbędny czyn­nik to charyzmatyczny wódz, dla którego lud idzie na barykady. W przypadku rewolucji PiS każdy z tych elementów jest w jakiś sposób ułomny i wypaczony.
Jarosław Kaczyński nie jest charyzmatycznym wodzem?
- Wbrew temu, co sądzi wielu komentatorów nie tylko prawi­cy, uważam go za marnego przywódcę. Znałem prezesa PiS dość dobrze i o ile w dawnych czasach był po prostu postacią mało imponującą, to nie przypuszczałem, że gdy dostanie pełnię wła­dzy, okaże się tak kiepskim strategiem. To doprawdy żaden mąż stanu.
Swego czasu porównywał go pan do Robespierre’a.
- To było krótko po wygraniu wyborów przez PiS w 2015 r. Wte­dy wydawało się, że Kaczyński ma jakiś plan. Robespierre był - przepraszam za wyrażenie - państwowcem. Wiedział, że aby utrzymać władzę, trzeba zmontować pewien rodzaj rewolu­cyjnej struktury. Miał do tego ludzi i wizję. Zginął na gilotynie dopiero wtedy, gdy próbował położyć kres działaniom przekra­czającym jego zdaniem granice nawet rewolucyjnej przyzwoi­tości - gdy księży i mniszki ze związanymi łokciami i kolanami zaczęto wrzucać do Loary nazywanej wtedy świętą rzeką, bo spływała krwią.
Powiedział pan: Robespierre miał ludzi i wizję. A Kaczyński?
- Ani ludzi, ani wizji. Nie chciałbym tak ad personam, choć właś­ciwie może nie warto się z tą władzą delikatesować. Czy panowie Sasin i Suski, piastujący prominentne stanowiska w urzędzie premiera, są ludźmi wybitnymi, którzy mogą pomóc w rządzeniu krajem? Albo sięgając na najwyższą półkę - Szydło i Morawiecki? Przecież w obu przypadkach to stuprocentowe rozczaro­wania. Najwybitniejszą postacią w otoczeniu prezesa wydaje się być pan Brudziński, który też orłem nie jest. Do władzy doszedł jakiś trzeci, czwarty, a może i jeszcze bardziej pośledni garnitur. Polityka, jak uczą filozofowie, nie jest nauką. Jest sztuką i aby ją skutecznie uprawiać, trzeba mieć talent.

sobota, 9 czerwca 2018

Państwo na kolanie prezesa,Demos i wirus,Odwrót ze Wschodu,Miłość w cieniu miesięcznic,Tajming,16 do 18 cm,Anegdota jest wszystkim,Żądajmy obrony,Jak grać z władzą,Delfinarium i Cud w pralce



Państwo na kolanie prezesa

Doświadczenie historyczne uczy, by nie wierzyć w stan zdrowia podawany przez partyjnych nadwornych.

Mija już miesiąc od chwili, gdy prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński znalazł się w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Wieść niesie, że przebywa na oddziale gastroenterologii i chorób wewnętrznych.

Wieść niesie także, że leczy kolano. Informacje podawane przez polityków PiS na temat stanu zdrowia prezesa partii świadczą o tym, że – pomijając sprawę nadwerężonego kolana – jest ono kwitnące. Senator Adam Bielan zarzekał się nawet, że poza kolanem prezesowi nic nie dolega, a rzeczniczka partii Beata Mazurek przekonywała, że prezesowi dolega „wyłącznie kolano”. Minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński uspokajał, że prezes nie wybiera się na emeryturę, ma kontrolę nad partią i jest w kontakcie z politykami obozu.

Nie słyszałem o operacji kolana, która trwałaby tak długo. Nie rozumiem, dlaczego partia, motywując to „zachowaniem zasad prywatności”, nie upowszechnia zwykłych komunikatów medycznych. Jarosław Kaczyński, szeregowy poseł, faktycznie kieruje polską polityką, a przysługują mu przywileje niemal królewskie. Władza wiąże się jednak nie tylko z przywilejami, ale także z odpowiedzialnością oraz częściowym pozbawieniem prywatności.

Należę do pokolenia, które swego czasu wysłuchiwało komunikatów o kwitnącym stanie zdrowia I sekretarzy KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – Leonida Breżniewa, Jurija Andropowa czy Konstantina Czernienki – którzy mieli „lekkie przeziębienie”. To doświadczenie historyczne nauczyło mnie sceptycyzmu wobec informacji o zdrowiu partyjnych liderów podawanych przez ich nadwornych.

piątek, 8 czerwca 2018

Pięć lęków władzy



Od blisko trzech lat przeciwnicy PiS zastanawiają się, jakie słabe punkty ma ta partia. Czy jest coś, co powoduje, że prezes Kaczyński się waha, obawia, cofa?

PiS, uchodzący w pewnych kręgach za partię romantyczno-ideową, jest do bólu realistyczny i pragma­tyczny, na tym zresztą polega jego siła. Kalkuluje, co się najbardziej opłaca - czyli kogo, za ile i z jakim prawdopodobieństwem można politycznie zwerbować; to opty­malizacja zysków i strat. Trzeba dotować i dowartościowywać tych, którzy raczej zagłosują, resztę zaś ignorować, neutralizować, podważać wiarygodność. Dlatego PiS tak się uparł w przypadku niepełnosprawnych. Kiedy po wielu dniach nie spełnił głównego finansowego postulatu protestujących, to i tak już poniósł wszyst­kie polityczne koszty tej decyzji.
   Gdyby po ponad miesiącu protestu nagle się ugiął, to - uży­wając powiedzenia prezesa Kaczyńskiego - cnoty by już nie od­zyskał, a rubelka by nie tylko nie zarobił, ale go jeszcze wydał. Rachunek jest prosty: 23 mld zł na program 500+ (czy po 300 zł na wyprawkę) to wydatek politycznie dobrze ulokowany, bo dał PiS władzę i ją wciąż podtrzymuje, ale już kilka miliardów, czyli niby znacznie mniej, na niepełnosprawnych, to pieniądze wyda­ne nieefektywnie. Zwłaszcza kiedy byłyby „wyszarpane” rządowi, bo i tak nikt nie będzie czuł wdzięczności i moralnego obowiązku głosowania na PiS. A kiedy jeszcze pojawiła się narracja, że to pro­test polityczny, że za niepełnosprawnymi stoi pragnąca obalić rząd opozycja, stało się jasne, że dać nie można. Do tego okazało się, że władza nie zapłaciła za niepełnosprawnych utratą popar­cia. To dopełniło rachunek - kiedy PiS widzi pozytywny dla siebie trend sondażowy, natychmiast staje się bezwzględny.
   Obóz rządzący wygląda tak, jakby nie przejmował się niczym, co nie dotyczy jego żywotnych politycznych interesów, czy­li wyborczej bazy. Dopóki ma w granicach 40 proc. poparcia, Platforma około 25 proc., a reszta po 5-8 proc., to nawet jeśli opozycja w sumie ma tyle co PiS, a nawet czasami więcej, ordy­nacja d’Hondta zapewnia PiS większość. Kiedy słucha się poli­tyków rządzącej formacji i samego Kaczyńskiego, jest jasne, że z opozycją się w ogóle nie liczą, jej opinie, ataki, demonstracje, inicjatywy, nie mają dla nich żadnego znaczenia, bo pochodzą od ludzi niereprezentujących istotnego dla PiS elektoratu. Wie­dzą, że tych dwudziestu paru procent Platformy już nie odbiją, bo nie udało im się to przez dekadę, to twardzi liberałowie. Trochę zaniepokoili się wzrostem SLD, ponieważ to akurat podobny lewicowo-konserwatywny target, ale jeśli wynik Sojuszu utrzyma się w granicach 8-10 proc., a na więcej się nie zanosi, nie jest istotnym zagrożeniem. Zawsze do przejęcia są jeszcze kukizowcy, jak kiedyś Samoobrona.
PiS nie przejmuje się opinią publiczną, bo ma swoją. Nie walczy o wizerunek w mediach, bo ma własne. Nie boi się „obciachu”, bo wie, że to pojęcie względne, do zanegowania, bo wyznaczane przez „skompromitowane elity” - że dla swoich są swoi i jedyni. Stąd bierze się ta charakterystyczna arogancja i pewność siebie. Z poczucia posiadania na wyłączność mocnego rezerwuaru po­parcia, nie do odebrania. Związek PiS z wyborcami jest zasadni­czo odmienny od relacji opozycji z jej elektoratem.
   A jednak czasami PiS traci tę pewność, podkula ogon, udaje, że wszystko jest w porządku, ale widać, jak bardzo nie jest. Na­stępuje zamieszanie, plącze się język władzy, politycy gubią się w „zeznaniach”, tworzą własną nieklasyczną logikę albo uciekają od mikrofonów. Po analizie czasów rządów PiS od 2015 r. można dojść do wniosku, że było (i jest nadal) 5 przypadków-powodów, kiedy Kaczyński albo się cofnął, albo zirytował, albo stracił rezon.

czwartek, 7 czerwca 2018

Dziewczynka z nożyczkami



Prezes krakowskiego sądu Dagmara Pawełczyk-Woicka, koleżanka ministra Ziobry ze szkoły, jest najaktywniejszą prezeską w Polsce. Wdraża nowe porządki.

Tę historię opowiedziało nam trzech sędziów. W kwietniu prezes sądu okręgowego w Krako­wie Dagmara Pawełczyk-Woicka, nominatka Zbigniewa Ziobry, odwołała przewodniczącą wy­działu karnego Sądu Rejonowego Kraków-Śród­mieście Beatę Donhóffner-Grodzicką, o której mówią, że była sercem lipcowych protestów. Po degradacji, kiedy już urządzała się w nowym gabinecie, zapukał do niej dyrektor sądu okrę­gowego Piotr Słaby, powołany przez Ziobrę. To wieloletni prezes Przemyskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, który na początku 2015 r. stracił stanowisko, bo władze Agencji zwątpiły w jego menedżerskie talenty (coraz gorsze wyniki finansowe spółki, przeterminowane zobowiązania itp.). Wchodząc do gabinetu Donhóffner-Grodzickiej, Słaby przedstawił się jako posłaniec Pawełczyk-Woickiej. Wręczył jej nożyczki . Taki prezent.
   - Nikt o zdrowych zmysłach nie ma pojęcia, dlaczego dyrektor sądu, pan Słaby, wciela się w rolę posłańca z nożyczkami. Do dziś zachodzimy w głowę, co te nożyczki mają oznaczać? To jakieś mafijne zwyczaje. Nie wiemy, czy to bardziej śmieszne, czy strasz­ne - opowiada jeden z sędziów. Interpretują, że może te no­życzki to taki symbol nowej prezes, że skutecznie wycina ludzi.

środa, 6 czerwca 2018

Dyscyplinowanie sędziego Stępnia



Od blisko roku trwa w Trybunale Konstytucyjnym postępowanie dyscyplinarne byłego prezesa TK Jerzego Stępnia. Sąd zamienił się w prokuratora.

Sprawa Stępnia to pierwsze postępowanie dyscyplinar­ne w Trybunale Konstytucyj­nym od czasu jego powstania w 1986 r. Sędzia Stępień rok temu wystąpił na Marszu Wolności zor­ganizowanym przez PO i KOD.
   Jego przypadek prawdopodobnie prze­trze szlak do karania sędziów za udział w debacie publicznej. Po nim podob­ny „problem” może dotyczyć innych sędziów TK w stanie spoczynku, pu­blicznie i krytycznie wypowiadających się na temat zmian, jakie w Trybunale, sądach powszechnych i Sądzie Najwyż­szym wprowadza władza PiS. Za chwilę nowa Krajowa Rada Sądownictwa obsa­dzi spec-izbę dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym i problem sędziego Stęp­nia może dotknąć też Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf czy sędziów sądów powszechnych, któ­rzy uczestniczyli latem zeszłego roku w „łańcuchu światła” w obronie sądów. I każdego sędziego, który publicznie skrytykuje władzę.
   Udział sędziów w protestach mógłby być przyczynkiem do poważnej dysku­sji: czy i jakie są granice publicznego zaangażowania sędziego? Moglibyśmy porozmawiać o tym, czy sędziowie na­ruszają powagę swojego urzędu, uczest­nicząc w publicznych zgromadzeniach związanych z debatą o ważnych ustro­jowych kwestiach, jak konstytucja czy wymiar sprawiedliwości. Czy wypa­da im uczestniczyć w takich zgroma­dzeniach, jeśli współorganizatorami są politycy? Przemawiać, stojąc obok polityków?
   Moglibyśmy się też zastanowić, czy uczestnictwo w debacie publicznej na fundamentalne tematy ustrojowe i czynna obrona konstytucji nie są wręcz sędziowskim obowiązkiem? Wszak kon­stytucja w art. 82 stanowi: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rze­czypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne”. „Dobrem wspólnym”, do które­go poszanowania wzywa władze konsty­tucja, jest sama ustawa zasadnicza, bę­dąca umową pomiędzy społeczeństwem a władzą. Sędziowie więc mają prawo bronić konstytucji przynajmniej na równi z innymi obywatelami. A nawet bardziej, bo są obywatelami szczególnie świado­mymi i pełnią rolę strażników konstytucji (orzekają wszak w oparciu o konstytucję i ustawy).
   Europejska Sieć Rad Sądownictwa w 2010 r. przyjęła deklarację londyńską w sprawie etyki sędziowskiej. W roz­dziale „Wstrzemięźliwość i dyskrecja” zaleca się sędziom wstrzemięźliwość z udziałem w debacie publicznej. Jed­nak: „W sytuacji zagrożenia dla demo­kracji i podstawowych wolności obo­wiązek zachowania wstrzemięźliwości może ustąpić zobowiązaniu do wyra­żenia zaniepokojenia takim obrotem spraw”. Ale zamiast dyskusji mamy sprawę dyscyplinarną sędziego Stęp­nia, prowadzoną w dość podejrzanym trybie, w którym sąd dąży do skazania, wbrew „prokuratorowi”, którym w po­stępowaniach dyscyplinarnych jest rzecznik dyscyplinarny.

wtorek, 5 czerwca 2018

"Brejza na celowniku" i "Schetyna jest fighterem"



Jak wojna na noże, to na noże. Nie odpuszczę mówi poseł Krzysztof Brejza, który od dwóch lat zadaje pytania kłopotliwe dla PiS. Ostatnio ktoś próbował podpalić dom, w którym mieszka z żoną i trójką dzieci.

Aleksandra Pawlicka

Przed domem posła Brejzy w centrum Ino­wrocławia stoi samochód TVP. Kamera skierowana prosto w jego okna. Dzienni­karka nadaje relację na żywo.
Od dawna jestem na celowniku, ale te­raz jest na nim również moja rodzina. TVP nazywa nas Brejzolandem - mówi poseł, nie kryjąc zdenerwowania. Dwa dni wcześniej na podwó­rzu jego kamienicy wybuchł w nocy pożar. Idziemy obejrzeć osmaloną ścianę. Płomienie sięgały okien pokoju, w któ­rym spały dzieci Brejzów. Po murze biegną rury gazowe, na szczęście - jak uważają budowlańcy remontujący kamienicę - rury starego typu, spawane, bo gdyby były skręcane, pew­nie uległyby rozszczelnieniu pod wpływem temperatury.
   Kamienica jest właśnie remontowana. Na podwórzu sto­sy łatwopalnego styropianu do ocieplenia murów. Spłonęła przenośna toaleta, która zajęła się - jak wynika z ustaleń po­licji - od niedopałka rzuconego przez jednego z mieszkańców.
   Ale w Inowrocławiu mało kto wierzy w taką wersję wydarzeń.
- Toi toi zapalił się od niedopałka? Ci Brejzowie mieli naprawdę dużo szczęścia” - mówią ludzie.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Królowa hejtu


Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zagrała jedną z głównych ról w spektaklu nakręcania hejtu wokół protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów

Renata Grochal

Ma 66 lat, a śmiga w internecie sprawniej od młodszych kolegów. Gdy 23 maja, w 36. dniu protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie, Pawłowicz pisze na Twitterze, że „w parlamencie śmierdzi”, żyje tym cały internet. „Przed chwilą byłam w Sej­mie. Na antresoli, w miejscu dla prasy i w korytarzu głównym na parterze trud­ny do zniesienia smród” - pisze posłanka PiS. Jej wpis stał się inspiracją dla setek trolli. „To te brudne wyrodne matki, co swoje niepełnosprawne dzieci ciągają po Sejmie, śmierdzą jak radzieckie onu­ce. Te pacholęta w przeciekających pam­persach nie są lepsze. Sanepid tam nasłać na tych brudasów”. „Trzeba wezwać sanepid i służby ratownictwa chemiczne­go! Te typiary mogły coś rozlać” - pisali internauci. Dodawali, że matki niepełno­sprawnych zrobiły z parlamentu cyrk i bazar, że się nie myją, znęcają nad swo­imi dziećmi. „Won, baby z Sejmu!” - na­woływały trolle.

niedziela, 3 czerwca 2018

Jak sypał Macierewicz, czyli lustrator ze skazą



W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby - wynika z biografii byłego szefa MON, która ukaże się 6 czerwca. Jako pierwsi publikujemy jej fragmenty.

Marcin Dzierżanowski, Anna Gielewska

Album ze zdjęciami z 1968 r. ponad 30 lat przeleżał w milicyjnym archiwum. Kolejne kilkanaście w Instytucie Pamięci Narodowej. Na zdję­ciach 48 osób, prawie wszyscy w wieku dwudziestu, dwudziestu kilku lat, głównie studenci, zatrzymam przez milicję uczestni­cy marcowych protestów. Zdjęcia zrobiono w areszcie śledczym przy Rakowieckiej. Pod numerem piątym Adam Michnik. W swetrze i okularach. Jest też Jacek Kuroń (numer 14), wyraźnie starszy niż inni. Pod numerem 44 w niedbałej pozie stoi student pierwszego roku historii Antoni Macierewicz. Przy­mknięte oczy, kilkudniowy wąs, sztruksowe spodnie i sfatygowane buty. Jeszcze bez brody.
   Zanim trafia na Rakowiecką, przesłu­chują go w Pałacu Mostowskich, siedzibie Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Tego samego dnia trafiają tam dwaj koledzy Antoniego: Wojciech Onyszkiewicz i Piotr Bachurzewski. W marcu cała trójka próbo­wała razem konspirować, ale nie do końca się im udało.

piątek, 1 czerwca 2018

Przed nami ściana



Rozmowa z dr. Bogusławem Grabowskim, byłym członkiem Rady Polityki Pieniężnej oraz Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku, o tym, czy nadal stać nas na wszystko, czy też pieniądze się skończyły.

JOANNA SOLSKA: - Jak pan ocenia kompetencje ekonomiczne premiera? Obaj byliście w Radzie Gospodarczej przy premierze Tusku.
BOGUSŁAW GRABOWSKI: - Główną spra­wą, którą się zajmowaliśmy, był system emerytalny i reforma OFE. Dużo mówili­śmy o solidarności międzypokoleniowej. Zdziwiłem się więc, że proponując nowy podatek, który miałby sfinansować po­stulaty rodziców osób z niepełnospraw­nością, Mateusz Morawiecki uzasadnia go solidarnością międzypokoleniową. W tym przypadku o żadnej solidarności międzypokoleniowej nie można mówić. Premier powinien o tym wiedzieć, cho­ciaż jest historykiem.
Rząd nie chce dać protestującym czy nie może?
Myślę, że premier Morawiecki w kasie państwa zobaczył dno. W przeciwnym razie nie wyobrażam sobie, że byłby aż tak nieugięty wobec tego, co się dzieje w Sejmie. Zwłaszcza że 87 proc. społe­czeństwa w przypadku rodziców doro­słych dzieci niepełnosprawnych uważa, że im się naprawdę należy.
Jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki na konwencji PiS zapewniał, że „stać nas na wszystko".
Ale pakiet obietnic, które przedstawił, świadczy o czymś innym. Ładnie opa­kowane pudełka, prawie puste w środ­ku. Znaczna część tych obietnic ma być spełniona w najbliższych latach, czyli nie bardzo wiadomo kiedy. lak program Dostępność Plus, który ma kosztować wprawdzie 23 mld zł, ale mają to być  głównie pieniądze unijne i samorzą­dów. W dodatku obietnice są adresowa­ne do trudno identyfikowalnej grupy np. małych przedsiębiorców, którzy pła­cą CIT. Obiecuje im się obniżenie stawki tego podatku z 15 do 9 proc., ale małe fir­my go nie płacą, rozliczają się z fiskusem przy pomocy PIT. Jedyny konkret, czyli wydatek, na który trzeba mieć pieniądze w tym roku, około 1,5 mld zł, to 300 zł wyprawki dla uczniów, którym wcze­śniej rząd odebrał darmowy podręcznik.
Premier pewnie będzie hojniejszy tuż przed wyborami.
Sądzę, że też będzie się starał obiecy­wać coś, co nie będzie musiało być sfinan­sowane natychmiast. Gdyby rządzący widzieli, że mają pieniądze do wydania, to ten pakiet nie byłby taki skromny.

czwartek, 31 maja 2018

Bohater naszych czasów



O Piotrze Walentynowiczu robi się głośno jedynie, gdy: publicznie obrazi kolegów babci z dawnej „S", dosadnie wypowie się na temat katastrofy smoleńskiej czy usiłuje wejść w wielką politykę.

O prócz tego cisza. Piotr Wa­lentynowicz, 40-latek, z za­wodu m.in. mechanik samo­chodowy, operator dźwigów, robotnik portowy, budowla­niec i taksówkarz, to na co dzień człowiek skromny jak jego babcia Anna - legendar­na suwnicowa ze Stoczni Gdańskiej, która zginęła w katastrofie smoleńskiej w kwiet­niu 2010 r. Babcię podaje za życiowy wzór. Mieszka w skromnym mieszkaniu po niej we Wrzeszczu.
   Dwa tygodnie temu portale obiegła wia­domość, że Piotr Walentynowicz nie wpisał do oświadczenia majątkowego 250 tys. zł zadośćuczynienia za śmierć babci. Znów się zrobiło głośno.

środa, 30 maja 2018

Człowiek z plasteliny



Był działaczem i rzecznikiem sopockiego PiS, pracował w Telewizji Republika. Teraz z nadania Jacka Kurskiego jest twarzą „dobrej zmiany” w TVP Info. Według jednych własną twarz przy tej okazji traci, według innych dopiero zyskuje

Elżbieta Turlej

Prywatny numer Micha­ła Rachonia mają nieliczni, najbardziej zaufani. Pew­nie dlatego, kiedy dzwonię, odbiera od razu. Chcę zapy­tać między innymi o to. jak ocenia bojkot swojego programu „Woronicza 17” przez polityków opozycji. I dlaczego podczas jednego z ostatnich programów rzucił na wizji, że któryś z nich wynajmuje miesz­kanie na dom publiczny.
   - Moja praca. to. co robię i jak robię, po­winna dać o mnie najlepsze świadectwo. Nie zwykłem mówić o sobie, tym bardziej nie będę mówić o zatrudniającej mnie te­lewizji publicznej - rzuca do słuchaw­ki. - Ale proszę jeszcze zadzwonić jutro. Zobaczymy.
Dzwonię przez kolejne dni. Nie odbie­ra. Nie oddzwania.
   - Stary numer. A zapytał, kiedy mu­sisz oddać materiał? Zobaczysz, że odbie­rze właśnie wtedy - śmieje się znajomy z sopockiego PiS. - Gra na zwłokę. A gracz z niego niezły. Choć on sam woli inne określenie: strateg.

wtorek, 29 maja 2018

Następca tronu



Brudziński jest jak cesarz Klaudiusz, który przetrwał bo wszyscy uważali go za mało rozgarniętego. Ale to piekielnie sprytny gość i to on weźmie partię po Kaczyńskim - mówią w PiS

Renata Grochal

Znajdzie pan dla mnie chwilę? Piszę o panu tekst - zagaduję w esemesie sze­fa MSWiA Joachima Brudzińskiego.
   - Matko Boża, znowu? Ile razy moż­na pisać o chuliganie w garniturze, szukąjącym haków na swoich przeciwników w Szczecinie? - odpisuje zaczepnie Bru­dziński, ale na spotkanie się nie zgadza. Ten 50-latek, wiel­biciel ziemi sądeckiej, gdzie się wychował, najbardziej boi się jednego: że prezes Jarosław Kaczyński zobaczy w nim delfina z ambicjami. A wtedy podzieli los Zbigniewa Ziobry, który za wcześnie poczuł się sukcesorem i wyleciał z PiS. Brudziński brał udział w pacyfikowaniu Ziobry i wyciągnął z tego lekcję, by swoich ambicji nigdy nie ujawniać.
   - W partii zawsze był ustawiony radar na pierwiastek niezależności. Jak kogoś nie da się do końca kontrolować, to wylatuje. Zostają tylko mierni albo cynicy. Brudziński wybija się na tle pisowskiej miernoty. Jest o pół szczebla wyżej od innych - mówi mi polityk PiS.
   W środowy poranek Brudziński zapewnia w TVN24, że Kaczyński czuje się bardzo dobrze. Dodaje, że „do politycz­nych delfinów ma komunikat, że muszą się uzbroić w duuużo cierpliwości”.
   - To było takie freudowskie, bo wiadomo, jak kończą del­finy w PiS. Joachim chciał powiedzieć: ja nie jestem delfi­nem i nie skończę tak jak oni - uważa doradca prezesa PiS.
   Kilka godzin później w siedzibie partii zbiera się komi­tet polityczny. Po raz pierwszy od dawna obrad nie pro­wadzi Kaczyński, bo jest w szpitalu z powodu chorego kolana. Zastępuje go Brudziński, wiceprezes PiS. Kaczyń­ski już ponad rok temu namaścił go na swojego pierwsze­go zastępcę, mówiąc, że gdyby złamał nogę, to Brudziński będzie go zastępował w partii. Obrady przebiegają spraw­nie, PiS wskazuje kolejnych kandydatów na prezydentów miast.
   - Prowadził posiedzenie bez tremy i zbędnych dysku­sji. Widać było, że czuje się jak ryba w wodzie - opowiada uczestnik partyjnej nasiadówki.
   W ciągu dwóch lat Brudziński stał się jednym z najpotężniej­szych polityków w kraju. Jako szef MSWiA nadzoruje policję, obsadza swoimi ludźmi spółki skarbu państwa. Może mieć wiel­ki wpływ na nadchodzące wybory, bo Krajowym Biurem Wybor­czym kieruje osoba wskazana przez niego.

poniedziałek, 28 maja 2018

Sejm wygaszany



Sejm wygląda tak, jakby ogłoszono najwyższy stopień zagrożenia terrorystycznego. Brakuje tylko wozów opancerzonych. W rzeczywistości instytucja przy Wiejskiej znaczy coraz mniej.

Parlament - wbrew swo­jej nazwie - przestaje być miejscem debaty: parla­mentarzyści opozycji nie mogą wykonywać praw i obowiązków posła i sena­tora: brać udziału w dysku­sji, składać wniosków i po­prawek, a nawet głosować - czyli uczestniczyć w stanowieniu prawa. Parlament przestaje być też miejscem sta­nowienia prawa godnego tej nazwy, zwa­żywszy na jakość procesu legislacyjnego. Podzielił los Trybunału Konstytucyjnego i Krajowej Rady Sądownictwa: został - jak to ujmują prawnicy - „wydrążony z treści”, jakie nadała mu konstytucja.
   Nowe zarządzenia marszałka Marka Kuchcińskiego i działające w jego imie­niu służby sejmowe nie tylko ograniczają dostęp do Sejmu. Uniemożliwiają nawet ubieganie się o pozwolenie na to wejście. Żeby móc się ubiegać, trzeba dostać się do Biura Przepustek, a ono jest na tere­nie Sejmu, na który policja nie wpuszcza. W planach jest budowa muru. To z pew­nością ułatwi policjantom pracę, bo przez ustawione dziś metalowe bariery od czasu do czasu jakiś desperat się przedostaje. Choć jest zaraz odławiany przez policję. Mur załatwi też problem prawny, bo sądy, które sądziły Obywateli RP za próby prze­dostania się na teren Sejmu, uznały, że nie popełnili oni przestępstwa „naruszenia miru domowego marszałka Sejmu”, gdyż murek wokół Sejmu jest za niski, aby Sejm można było uznać za „teren ogrodzony”. Żaden sąd nie spróbował zmierzyć się przy tej okazji z problemem: czy marszałek może dowolnie regulować zasady dostę­pu do Sejmu? Czy może odciąć od niego obywateli? Od prawa spacerowania po sej­mowych ogrodach (w PRL nikt tego nie za­kazywał)? Od oglądania obrad z galerii dla publiczności? Od uczestniczenia w charak­terze ekspertów i interesariuszy - na zapro­szenie posłów - w posiedzeniach komisji sejmowych, na których mogliby zgłaszać uwagi i brać udział w dyskusji?

niedziela, 27 maja 2018

Karuzela z sędziami



W Trybunale Konstytucyjnym manipuluje się składami orzekającymi - tak wynika ze stanowiska Mariusza Muszyńskiego, działającego jako wiceprezes TK.

Oto właśnie chodziło w „na­prawie” TK: o pełną kon­trolę rządzącej partii nad orzecznictwem sądu kon­stytucyjnego. To samo za chwilę stanie się w Sądzie Najwyższym. Art. 45 konstytucji stanowi: „każdy ma prawo do (...) rozpatrzenia sprawy przez właściwy, niezależny bezstronny i nieza­wisły sąd”. Ustawianie składów sądzących oznacza, że taki sąd nie jest ani niezależny, ani bezstronny. To, że polski sąd konstytu­cyjny nie orzeka niezawiśle, zauważył już
m.in. Trybunał w Strasburgu: przestał wy­magać, by osoby skarżące państwo polskie skorzystały przedtem z możliwości skar­gi do TK. Mariusz Muszyński potwierdził to, co było dotąd w sferze przypuszczeń. W istocie zadenuncjował sprawującą funkcję prezesa TK Julię Przyłębską. Zrobił to w oficjalnym dokumencie, publikowa­nym w zbiorze orzeczeń TK.
   Od półtora roku gołym okiem widać, że w Trybunale składy sądzące są „ustawia­ne” tak, by orzeczenie nie naruszało albo wręcz wspierało interes władzy. Sprawy ważne dla PiS sądzili sami zaufani sędzio­wie. Np. wyrok, który miał służyć (w razie potrzeby) podważeniu legalności wyboru Małgorzaty Gersdorf na I Prezesa SN wyda­li: Julia Przyłębską (przewodnicząca skła­du), Mariusz Muszyński (sprawozdawca, czyli autor projektu wyroku), Justyn Pi­skorski i Andrzej Zielonacki. A dla pozoru Leon Kieres, jedyny sędzia w tym składzie nie z nominacji PiS. W sprawie, która miała otworzyć PiS drogę do wymiany sędziów w Krajowej Radzie Sądownictwa, skład orzekający to sami sędziowie i dublerzy mianowani przez PiS, z Mariuszem Mu­szyńskim jako sprawozdawcą.
   Jeśli sprawa z mocy przepisów musi być sądzona przez tzw pełny skład, czyli wszystkich sędziów TK, części „starych” sędziów uniemożliwia się orzekanie. Tak było w przypadku nowelizacji prawa o zgromadzeniach (wniosek prezydenta do TK), którą wprowadzono tzw. zgroma­dzenia cykliczne, by uniemożliwić kontr- miesięcznice organizowane przez Oby­wateli RP Wtedy w TK było jeszcze sześciu „starych” sędziów i jeden niepewny „nowy” (Piotr Pszczółkowski), więc trzech z nich wyeliminowano z orzekania dzięki trikowi. Prokurator generalny Zbigniew Ziobro za­skarżył do Trybunału tryb wyboru w 2006 r. sędziów: Stanisława Rymara, Piotra Tuleji i Marka Zubika, a potem wniósł o ich wyłączenie z orzekania w sprawie kontr- miesięcznic. Wyrok „pełnego składu” był po myśli władzy i prezydent ustawę pod­pisał z czystym sumieniem.
   Tak więc manipulacja składami była tzw. tajemnicą poliszynela. Ale ponieważ postanowień o zmianie składów Trybu­nał nie upublicznia - nie było dowodów. Trybunał informuje jednak o zmianach strony postępowania. Np. rzecznika praw obywatelskich.

sobota, 26 maja 2018

Treser,To tylko żart, ale przestaje być śmiesznie,Nie da się niepełnosprawnych i ich opiekunów zaliczyć do zepsutej kasty III RP,Waszyngton, mamy problem,Protest polityczny,Kary za wyroki,Inny świat,Kartonik,Dar,Poziom,Zwyczajny tchórz i Pedagogika prawdy



Treser

Jest tylko jedna rzecz silniejsza od pogardy, jaką PiS ma dla swych wrogów. To pogarda, jaką ma dla swych zwolenników.
   W kwestii pogardy PiS umiłowało pluralizm. Słowo to wy­stępuje bowiem wprawdzie wyłącznie w liczbie pojedynczej, ale pogarda dla zwolenników zasadniczo różni się od tej dla wrogów. Tymi ostatnimi PiS gardzi za to, że go nie popiera­ją. Tymi pierwszymi za to, że go popierają, mimo wszystkie­go, co robi.
   PiS swych wrogów intensywnie tresuje, by uczynić z nich poddanych. Zwolenników tresuje, by wzmocnić ich bez­względność. Wykopujemy z grobów zwłoki, bo tak chcemy. Popieracie nas mimo tego barbarzyństwa? Dobrze. To teraz lekcja druga. Niepełnosprawnych traktujemy jak natrętów? Nie przeszkadza wam? OK, to lekcja trzecia. Niepełnospraw­nych nie wypuszczamy na powietrze, a 90-letniej bohaterki powstania warszawskiego i niepełnosprawnej bohaterki nie­zliczonych akcji charytatywnych nie wpuszczamy do Sejmu. Nie oburzacie się? Dobrze, robicie imponujące postępy i ma­cie szanse, by stać się barbarzyńcami doskonałymi.
   Jak oni muszą gardzić ludźmi, którzy tym wszystkim bar­barzyństwom przyklaskują!
   Od zaprzysiężenia Andrzeja Dudy, a więc od początku przejmowania władzy przez PiS, minęło właśnie tysiąc dni. Udało się w tym czasie wykastrować demokrację, spalić kon­stytucję, wyrwać zęby wymiarowi sprawiedliwości. Ale w du­żym stopniu udało się też sformatować idealnego zwolennika PiS. Jest patriotyczny, hałaśliwy, dumny i nienawidzący sła­bości. Nie tej słabości z Mickiewicza - „a ze słabością łamać uczmy się za młodu”. Nie, nienawidzący słabości obcych, in­nych, odmiennych, kalekich. Czy w roli słabych występują uchodźcy, Żydzi, geje, gorszy sort czy niepełnosprawni, to już nieważne. Popierający władzę silny człowiek ma się sycić swą dominacją nowego ubermenscha.
   Niektórzy twierdzą, że fundamentem tej władzy jest kłamstwo. Nie - jest nim pogarda. Kłamstwo jest jej skut­kiem. Władza traktuje część ludzi jak idiotów i uznaje słusz­ność takiego nastawienia, widząc efekty. Albo ich brak. W sprawie smoleńskiej przedstawiono 30 wersji zamachu, a suweren nie wpadł na to, że ktoś go robi w trąbę. Władza rozwaliła sądy, bo jakiś sędzia ukradł kiełbasę, i to też zosta­ło kupione. Prezydent podeptał konstytucję, więc suweren ze zrozumieniem przyjął potrzebę referendum konstytu­cyjnego. Mieliśmy wstać z kolan, więc suweren rozumie, że gdy to już nastąpiło, to amerykańskim partnerem dla pol­skiego prezydenta jest burmistrz ichniego Pipidówka. Po­nieważ kilka marginalnych gazetek napisało o „polskich obozach śmierci”, suweren zgodził się, że potrzebna jest ustawa o IPN, która w reputację Polski uderzy tysiąckrot­nie bardziej niż te gazety. A w ogóle to wszystkiemu winien jest Tusk.
   Umysł odpowiednio trenowany zaakceptuje wszystko i takiego elastycznego myślowo człowieka władza potrzebuje najbardziej. Gdyby miał jakieś opory i wątpliwości, da mu się 300 złotych na wyprawkę, a co on za to wyprawi, to już jego sprawa. Oczywiście gotówki nie damy niepełnosprawnym, bo prawdopodobnie żaden z nich nie kupi za nią pół litra, które pozwoli odpowiednio znieczulić się na bezeceństwa władzy.
   Gdy już władza ma pewność, że jej suweren łyknie każde kłamstwo i zaakceptuje każde świństwo, nie będzie się nawet musiała krygować. Zresztą krygować właśnie się przestała. W swej prostackiej i ostentacyjnej bezczelności jest dosko­nale transparentna. Tu nie ma zakłopotania. Tu jest duma. Oczywiście bezbrzeżna pogarda dla własnych wyborców ubrana jest w słowa głębokiego szacunku dla zwykłego czło­wieka, co już jest wyrazem pogardy absolutnej.

piątek, 25 maja 2018

Ksiądz dobrodziej na włościach



 pałac głódź

Arcybiskup Sławoj Leszek Głodź szykuje się do emerytury w rodzinnej wsi Bobrówka. Czeka tam na niego dwudziesto hektarowa posiadłość z pałacem. A także oddani mieszkańcy

Elżbieta Turlej

Obcych w Bobrówce wyczują na kilometr. Wystarczy, że zajadą do sklepu prowadzo­nego przez bratanka arcybiskupa, a już po wsi idzie wieść, że są. Przyjechali szkodzić.
   - A niby po co tu jesteście?! - wypytuje obcego miejscowy, zajeżdżając mu dro­gę samochodem, wychodząc na asfalt albo pokrzykując zza płotu.
   I obcy nie ma szansy odpowiedzieć, bo swój już wie: - Chcecie zniszczyć spokój arcybiskupa, metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia! Naszego dobrodzieja!
   Swój nie ma wątpliwości, że licząca czterysta dusz podlaska Bobrówka jest znana w całym kraju jako rodzinna wieś byłe­go biskupa polowego Wojska Polskiego. Obcy potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, że tu wszystko ma o tym przypominać.
   I to już od wjazdu do wsi, zaznaczonego drewnianym słupem z herbem Bobrówki. Wymyślili go swoi, a arcybiskup jako sołtys honorowy pobłogosławił. W herbie jest przypominający o nim pastorał. Są też dwa kłosy sygnalizujące jego zamiłowanie do uprawy ziemi. I bóbr. Wiadomo - od nazwy wsi.
   Nikomu nie przeszkadza, że wieś nigdy nie była szlachecka - w odróżnieniu np. od sąsiedzkiego Wrócenia. A skoro nie była, to ten herb się tak naprawdę „nie liczy”. Liczy się za to uśmiech wjeżdżającego do wsi dobrodzieja.
A dobrodziej przyjeżdża do rodzinnej Bob­rówki nawet kilka razy w miesiącu i zapowiada, że osiądzie tu na emeryturze. Na razie przywo­żą go z Gdańska służbowe samochody, których nazw swoi nie są w stanie spamiętać. Limuzy­ny gnają z powrotem na Pomorze, a dobrodziej już kilka godzin po przyjeździe rusza w wieś jeepem cherokee.
   Zauważa wszystko: komu przybyło na go­spodarstwie, komu ubyło. Jego gospodarskie oko wyłapie, czyj ogród przy domu rozkwita, a czyj podupada. Ten, komu rozkwita, dosta­nie potem od dobrodzieja nagrodę, ten, komu podupada - radę, żeby więcej się starał. Nie tyl­ko dla siebie, lecz także dla znamienitych gości.
A ci, odkąd Sławoj Leszek został biskupem polowym Wojska Polskiego, bywają tu regularnie.
   Swoi najbardziej zapamiętali prezydenta Aleksandra Kwaś­niewskiego, który przylatywał tu helikopterem i spotykał się z ar­cybiskupem w jego letniej rezydencji w Kolonii Bobrówka.

czwartek, 24 maja 2018

Globalne wybory lokalne



W wyborach samorządowych chodzi o ścieżki rowerowe, żłobki i wodociągi, ale przede wszystkim o krajową politykę. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek. PiS to rozumie, druga strona, jak pokazuje trwająca już nieformalna kampania, na razie słabo.

To będą pierwsze wybory od feralnego dla liberal­no-demokratycznych formacji 2015 r. Przez ten czas PiS przejął państwo niemal w całości, robił, co chciał. Pozostały już tylko samorządy, których partia Kaczyńskiego jeszcze nie ma i w dodatku nie lubi, bo odstają od jej centralistycznej wizji kraju, są według niej siedliskiem „układów i korupcji”. Dlatego mają być podporządkowane władzy, która będzie wreszcie całkowicie jednolita (z trójpodziałem PiS już sobie poradził).
   Jeśli jest jeszcze jakakolwiek niezależna od partii rządzącej po­lityka społeczna, finansowa, kulturalna, zdrowotna, edukacyjna, muzealna, to szukać jej można już tylko w województwach, po­wiatach, większych miastach. Wygrana PiS w jesiennych wyborach oznaczałaby, że już dokładnie cała władza i wszystkie publiczne pieniądze znajdą się w rękach jednego ugrupowania, jednej ideologii, wręcz jednego człowieka. Druga strona nie będzie miała nic. Niezależna przestrzeń publiczna, już dzisiaj nieduża, zniknie.

środa, 23 maja 2018

Delfiny w mętnej wodzie



Jarosław Kaczyński jesienią nie wziął teki premiera, wiosną okazało się, że musi przejść operację kolana. Nad polską polityką, rządzącymi, ale też opozycją, zawisło pytanie: „co będzie, gdy prezes przejdzie na emeryturę?" A nawet jeśli stanie się trochę mniej wszechwładny?

Mniej więcej rok temu po­lityk z władz PiS, spytany o to, co by się stało z partią w razie odejścia na emery­turę Jarosława Kaczyńskie­go, odpowiedział zaskakująco i brutalnie: „Rozejdzie się jak stare gacie”.
   Oficjalnie politycy PiS w ogóle o czymś takim jak sukcesja po Kaczyńskim nie myślą. - Zapewniam, że JK nie wybiera się na żadną emeryturę, a wszystkie del­finy czy inne podstarzałe wilczki jeszcze będą musiały sobie długo poczekać - na­pisał w esemesie zagadnięty o to Joachim Brudziński, człowiek nr 2 w PiS. Sam prezes nieraz zbywał pytania o swój wiek przykładem kanclerza Niemiec Konrada Adenauera, który rządził niemal do dziewięćdziesiątki. Rozmówca POLITYKI wspomina z kolei, że Kaczyński z niejaką satysfakcją śledził pojedynek wyborczy w USA, gdzie w 2016 r. o prezydenturę walczyli starsi od niego Donald Trump i Hillary Clinton.
   Jednak dziś, gdy 69-letniego Kaczyńskie­go czeka długa rehabilitacja po operacji ko­lana, powraca zagadnienie konsekwencji jego ewentualnej emerytury nie tylko dla PiS, lecz dla całej sceny politycznej. Jeśli bo­wiem rację mają ci wszyscy, którzy głoszą wielkość i wyjątkowość prezesa oraz jego niepodzielną dominację nad otoczeniem, to trudno nie zadać sobie kilku pytań: czy jest w PiS lub okolicach ktoś, kto mógłby go zastąpić? Czy taki następca utrzymałby jedność prawicy? Czy emerytura Kaczyńskiego rykoszetem trafiłaby Platformę? A jeśli tak by się stało, to jakie podziały wyłonią się wraz z końcem wojny PO z PiS?

wtorek, 22 maja 2018

Wygaszanie Sejmu



Polski parlament zamienił się w oblężoną twierdzę, do której obywatele nie mają dostępu. PiS wprowadza sejmowy stan wyjątkowy

Renata Grochal, Aleksandra Pawlicka

Poniedziałkowe popołudnie. Na Wiejską zajeżdża delegacja z premierem Węgier Viktorem Orbanem. Barierki szczelnie od­gradzają Sejm od ulicy. Terenu pilnują policjanci.
   - Jak mija służba? - pytamy jednego z nich.
   - Od grudnia mamy tu stałe dyżury, ale dziś jest spokojnie. Jak są manifestacje, to temperatura się podnosi - odpowiada.
   Po sejmowym dziedzińcu spacerują strażnicy z bronią i pa­ralizatorami. Od lutego straż marszałkowska ma uprawnie­nia służb mundurowych - może przeszukiwać, zatrzymywać, nagrywać, a nawet użyć ostrej amunicji. Liczbę pracowników zwiększono ze 160 do 290.
   Orban musi być zdziwiony, bo gmach parlamentu w Budapeszcie nie jest ogro­dzony. Wtapia się w zabytkową architektu­rę nad Dunajem, a turyści mogą nie tylko podziwiać zabudowania z zewnątrz, ale na­wet wejść do sali obrad.
   Kiedyś między budynkami polskiego parlamentu też mogli spacerować prze­chodnie, teren był otwarty. Odkąd PiS do­szło do władzy, zaczęto go zamykać. Po blokadzie Sejmu przez opozycję w grudniu 2016 roku i masowych protestach przed parlamentem w sprawie sądów Sejm od­izolowano na stałe podwójnym rzędem barierek.
Orban nie wchodzi głównym wejściem, lecz przez Senat. Idzie raźnym krokiem do gabinetu marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego.
   - Wprowadzili Orbana bocznym wej­ściem, żeby nie przechodził koło pro­testujących niepełnosprawnych i ich opiekunów. Mieli przygotowane kartki z napisami po węgiersku „zapraszamy na rozmowy” - opowiada jeden z korespon­dentów parlamentarnych.
   Gdy kilka dni wcześniej w parlamen­cie gościł prezydent Czech, marszałek Kuchciński spotkał się z nim w Senacie. Nie chciał, żeby Milos Zeman widział poroz­wieszane przez protestujących ręczniki i posłania rozłożone na posadzce tuż przy sali plenarnej.

poniedziałek, 21 maja 2018

Pycha i Siła




Wszystko wskazuje na to, że rząd PiS nie zamierza spełnić postulatów protestujących w Sejmie niepełnosprawnych i ich matek. Stosuje strategię na przetrzymanie, choć propagandowe koszty rosną. Dlaczego?

Czemu PiS zdecydowało się na eskalację konfliktu z niepełnosprawnymi, za­miast szukać kompromi­su? Na ile taka strategia bierze się z przemyślanej kalkulacji po­litycznych zysków i strat, a na ile ze spe­cyficznej kultury korporacyjnej Prawa i Sprawiedliwości, która nie pozwala na ustępstwa wobec żądań, co najwyżej do­puszcza spełnienie pokornych próśb?
   Tymczasem protest niepełnospraw­nych przynosi partii rządzącej coraz po­ważniejsze straty

HIPOKRYZJA
Po pierwsze, PiS naraża się na za­rzut hipokryzji. Łatwo przypomnieć wypowiedzi prominentnych działaczy partii z czasów, gdy sami byli w opo­zycji, a niepełnosprawni protestowali przeciw rządowi PO i PSL - w ten sam sposób, w tym samym miejscu i w spra­wie podobnych postulatów. „Rząd na własne życzenie zorganizował sobie ak­cję protestacyjną. To wasza wina, że na korytarzach sejmowych leżą dziś chore dzieci. To państwa nieodpowiedzialna, nieprzemyślana polityka w stosunku do osób niepełnosprawnych skutkuje dzisiaj takimi nastrojami społecznymi i takimi emocjami”. Tak mówiła w 2014 roku obecna minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. Dzisiaj ten cytat jak ulał pasuje do niej samej.
   Gdy Andrzej Duda postanowił zosta­wić swoje partyjne koleżanki i kolegów na spalonym, a przy okazji zbić trochę własnego kapitału politycznego i jako pierwszy wybrał się z wizytą do prote­stujących, musiał przejść przez praw­dziwe piekło upokorzenia, gdy jedna z matek odtworzyła mu jego włas­ne wystąpienie z kampanii wyborczej: „To wstyd, że państwo polskie nie tyl­ko o takie rodziny nie dba, ale wręcz je oszukuje. Nie zawaham się użyć mocne­go słowa: ci którzy wychowują, ci którzy opiekują się, poświęcając często swoje życie, nie tylko zawodowe, swoimi nie­pełnosprawnymi dziećmi, to bohatero­wie w każdym społeczeństwie i państwo polskie też ich tak powinno postrzegać.
Oni potrzebują wsparcia ze strony pań­stwa, ale nie powinni tego wsparcia ani się domagać, ani o nie prosić. Uczci­wi politycy sami im powinni to wspar­cie dać”.
   Jedyne, na co w tej sytuacji było stać Andrzeja Dudę, to nieme kiwanie gło­wą. Film z tego wydarzenia bije rekor­dy popularności. Jego oglądalność zbliża się do miliona, nie przysparzając głowie państwa popularności.
   Takie cytaty podważają legitymizację obecnej ekipy opartą na obietnicy reali­zacji wyższych standardów moralnych. To postulaty odzyskania godności przez zwykłego człowieka, wstawania z ko­lan i aktywnej polityki społecznej miały różnić socjalną prawicę od nieczułych liberałów z PO. I oto protest, jaki swe­go czasu Donald Tusk - propagandowy symbol zła, człowiek o „wilczym spoj­rzeniu” - był w stanie rozwiązać w cią­gu 17 dni, dziś, za rządów dobrej zmiany, ciągnie się ponad miesiąc. Wygląda to fatalnie.