O najważniejszych
nieprawdach, półprawdach i manipulacjach filmu Antoniego Krauze na temat przyczyn
i przebiegu katastrofy smoleńskiej mówi Maciej Lasek.
MACIEJ LASEK: -
Szukałem pozytywów w tym filmie, dobrych stron.
GRZEGORZ RZECZKOWSKI: -1?
Są w nim momenty które mnie
wzruszyły które chwytają za serce. To archiwalne zdjęcia z pierwszych dni po
katastrofie. Powinniśmy o tych chwilach pamiętać, bo żałoba wszystkich wtedy
zjednoczyła. Na krótko, ale jednak zjednoczyła.
Potem nastąpił podział i
„Smoleńsk" ten podział jeśli nie pogłębia, to na pewno wzmacnia. Fabuła od
początku układa się w dość logiczny ciąg zdarzeń - bez wątpliwości zamach był.
Nie zgadzam się, że film jest
skonstruowany w logiczny sposób.
W jednej z pierwszych scen
widzimy rosyjskiego lła-76 i słyszymy komunikat pilota: „Zrzut
zakończyłem". Zaś w jednej z ostatnich - najpierw wybuch na skrzydle
tupolewa, potem w kadłubie, a w końcu kulę ognia pędzącą przez kabinę
pasażerów. Wszystko bardzo sugestywne.
W końcowych scenach możemy
zobaczyć i usłyszeć trzy wybuchy - pierwszy na skrzydle, drugi również i
trzeci w kadłubie. Ale w pierwszej scenie, jeszcze przed napisami początkowymi,
słychać najpierw pracujące silniki, potem huk, znów odgłos silników i w końcu uderzenie o ziemię.
Czyli o dwa wybuchy za mało. Co ciekawe, to powielenie tej samej niekonsekwencji,
którą prezentowały osoby współpracujące z zespołem parlamentarnym Antoniego
Macierewicza. Każdy, kto śledził ich wypowiedzi i publikacje, pamięta, że oni
sami nie wiedzieli, ile eksplozji było. Podawali różne liczby na zasadzie - jak
czegoś nie potrafili wytłumaczyć, dodawali kolejny wybuch.
I jeszcze jedna rzecz. W pierwszej
scenie widzimy o. załogę Jaka-40, która słyszy ten narastający dźwięk silników
tupolewa, potem huk brzmiący jak wybuch itd. Tyle że ta sekwencja zdarzeń nie
zgadza się z tym, co zeznali w prokuraturze członkowie załogi jaka. Powiedzieli,
że niczego takiego nie słyszeli. Dowódca, porucznik Artur Wosztyl przyznał, że
słyszał jedynie głuche uderzenia, a potem odgłos zderzenia z ziemią. I nastała
cisza.
Ten oficer był konsultantem
„Smoleńska".
Tak jak i dowódca eskadry
tupolewów w nieistniejącym już 36. specpułku, który obsługiwał lot do
Smoleńska.
Ma postawione zarzuty
prokuratorskie za niewłaściwy dobór załogi i jej nieodpowiednie przygotowanie
do lotu. No dobrze, ale co z wybuchami?
W film wmontowano archiwalne nagrania z
konferencji prokuratorów wojskowych. Z ich wypowiedzi można wywnioskować, że
nie dało się wykluczyć obecności materiałów wybuchowych na szczątkach tupolewa.
Ta część filmu to dość zręczna
manipulacja. Są wypowiedzi prokuratora, które nie rozstrzygają sprawy ale
później nie ma ani słowa o tym, że wyniki badań pirotechników z Centralnego
Laboratorium Kryminalistycznego, opublikowane zresztą przez prokuraturę,
kategorycznie wykluczyły wybuch na pokładzie samolotu.
Zamach miał dwie fazy: oprócz
zrzutu tajemniczego ładunku i serii wybuchów było też przejęcie kontroli nad
samolotem. To kolejna teza
Macierewicza, która materializuje się w „Smoleńsku", gdy widzimy, jak
pilot kilka razy naciska przycisk odejścia na wolancie, a potem dodaje gazu. A
mimo to samolot spada.
Byłem mocno zdziwiony, że reżyser
zdecydował się umieścić tę scenę w filmie. Bo to, co zostało w niej pokazane, w
dużej mierze zgadza się z ustaleniami komisji Millera i z tym, co opisaliśmy w
raporcie końcowym. Przypomnę: zawarliśmy informację, że załoga prawdopodobnie
chciała odejść na drugi krąg, ale przy użyciu autopilota. I stąd brała się ta
zwłoka, tragiczna zresztą w skutkach, pomiędzy komendą „odchodzimy” a
rzeczywistym odejściem, czyli zwiększeniem mocy silników i ściągnięciem przez
kapitana wolantu na siebie. Bo tzw. odejście w automacie można przeprowadzić
jedynie na lotniskach wyposażonych w system ILS, który współpracuje z autopilotem.
Na pozostałych, takich jak Smoleńsk, manewr trzeba wykonać manualnie. To była
zresztą teza, którą wielokrotnie próbowano podważać. Dlatego przeprowadziliśmy
nawet loty próbne na drugim tupolewie, nr 102, żeby udowodnić, że odejście w
automacie na lotniskach bez ILS jednak nie jest możliwe. Scena, w której
prezydencki pilot naciska przycisk odejścia, nie jest dowodem na to, że ktoś
przejął kontrolę nad samolotem, ale że jego załoga była niedoszkolona.
Kilka scen przed wielkim
finałem towarzyszymy głównej bohaterce filmu w jej wyprawie do USA. Tam spotyka
naukowca, w domyśle prof. Biniendę, który mówiąc o wybuchach,
podsuwa m.in. następujące dowody: 15 m nad ziemią zanikło zasilanie. Do tego te gwałtowne zmiany
przyspieszenia pionowego.
Gwałtowne zmiany przyspieszenia
pionowego były konsekwencją zderzeń z przeszkodami terenowymi, one pojawiły się
mniej więcej w miejscu, w którym doszło do kontaktu z brzozą. Należałoby
jednak zacząć od tego, że pan naukowiec, nie mając dostępu do zapisów
rejestratorów parametrów lotu, stwierdził, że samolot znalazł się na wysokości
dwudziestu kilku - 35 m
nad ziemią.
Czyli nad brzozą.
Kiedyś spotkałem się z innym
profesorem, który po tym, jak na jednym ze spotkań naukowych przedstawiliśmy
trajektorię lotu w oparciu o zapisy rejestratorów, stwierdził, że oni, czyli
grupa naukowców wspierająca zespół Macierewicza, mają inną, wykonaną na
podstawie innych danych. Gdy zacząłem dopytywać, odpowiedział, że w oparciu o
urządzenie TAWS, ostrzegające przed zbliżaniem się do ziemi, którego zapisy
były jawne. Tyle że TAWS zarejestrował jedynie pięć punktów na odcinku lotu około
6 km.
Pięć punktów! Tymczasem rejestrator parametrów lotu (FDR) zapisuje wysokość
samolotu co pół sekundy Jeślibyśmy nałożyli trajektorie wykonane na podstawie
TAWS i rejestratora, to okaże się, że owszem, punkty z TAWS pokrywają się z
trajektorią z FDR, ale pomiędzy nimi samolot znajduje się na różnych
wysokościach, czego już TAWS nie zarejestrował. Dlatego teoria, jakoby samolot
przeleciał nad brzozą, jest błędna.
A stwierdzenie naukowca, że
samolot stracił zasilanie 15 m
nad ziemią.
Całkowite odcięcie zasilania
nastąpiło w chwili zderzenia z ziemią. Przeprowadzone przez Amerykanów badania
komputera pokładowego dowodzą, że ostatnie współrzędne zarejestrowane przez
trzy anteny satelity systemu GPS to punkty, które pokrywają się z miejscem
zderzenia. I dopiero w tym momencie nastąpił zanik zasilania. Wtedy też kończy
się zapis rejestratora rozmów w kokpicie (CVR). O tym film już nie
mówi. Podobnie jak o tym, że nie nagrały się na nim tak dobrze słyszane przecież
w filmie odgłosy wybuchów ani żadne wątpliwości ze strony załogi, że samolot
nie jest w pełni sprawny. Film nie mówi też o tym, że w końcowej fazie zniżania
nawigator odczytywał wysokość tupolewa od 100 m do 20, ostatnią
wysokość wykrzykując. To są celowe, świadome pominięcia.
Mateusz, operator i partner
głównej bohaterki Niny, dziennikarki telewizji TVM, w pewnym momencie wypowiada takie zdanie: „samolot rozbił
się o pancerną brzozę, obrócił się na wysokości mniejszej niż długość własnego
skrzydła i, spadając z kilkunastu metrów, rozsypał się na kawałki". Trzy
stwierdzenia, które grzebią w zasadzie wszystko, co ustaliła komisja Millera.
W tym jednym zdaniu, które pan
zacytował, są trzy kłamstwa. Co do obrócenia
się tupolewa wokół własnej osi po zderzeniu z brzozą, na małej wysokości,
trzeba pamiętać, że samolot w momencie uderzenia w drzewo już się wznosił,
silniki pracowały pełną mocą. Jeszcze przed brzozą załoga zdała sobie sprawę,
w jak trudnym znalazła się położeniu, i próbowała uciec od ziemi. Pamiętajmy-
to nie była pierwsza przeszkoda, o którą zawadził tupolew. Już wcześniej
samolot zderzył się z drzewami. Piloci zresztą dali temu wyraz, wykrzykując te
trudne do zacytowania słowa, które słychać na nagraniu z kokpitu.
Po zderzeniu z brzozą i utracie
fragmentu skrzydła nastąpił obrót, który został odnotowany przez rejestrator.
Ale po pierwsze, samolot nie obraca się natychmiast, tylko stopniowo, po drugie,
stało się to podczas wznoszenia pod kątem około 20 stopni i to z dużą
prędkością, 270-280 km
na godzinę. I jeszcze jedno - bez 6-7 m skrzydła, które odpadło po
zderzeniu z brzozą; zostało go jakieś 12 m. Ten kikut i tak podlegał dalszej
destrukcji, bo zaczepiał o kolejne drzewa. Ślady zostały zarówno na skrzydłach
maszyny, jak i były widoczne w postaci ściętych gałęzi drzew.
Ale samolot był już na tyle
wysoko, że nie uderzył tym kikutem o ziemię. To wszystko wynika ze zwykłej
dynamiki lotu.
Wróćmy do początku filmu, gdy
słyszymy meldunek pilota lła-76 o zrzuceniu ładunku. Czy są jakiekolwiek choćby
poszlaki, które wskazywałyby na to, że takie słowa rzeczywiście padły? Co
zawierał ładunek, można bez trudu się domyślić, gdy kapitan tupolewa dziwi się,
że o godzinie 10 jest mgła. Tak powróciliśmy do teorii sztucznej mgły.
Co do słów o zrzuceniu ładunku,
jest to zwyczajna nadinterpretacja. Gdy piloci jaka rozmawiali z tupolewem,
załogi przeszły na kanał 123,45, czyli taki, na którym piloci prowadzą
nieoficjalne rozmowy, by nie przeszkadzać innym w łączności. I rzeczywiście
taka korespondencja nagrała się na rejestratorze rozmów tupolewa o 6.28 czasu
UTC (13 minut przed wypadkiem), tylko że nie wiadomo, kto i gdzie ją
wypowiedział ani z jakiego samolotu padła. Na pewno nie z iła, bo ten próbował
wylądować w Smoleńsku niecałą godzinę wcześniej i dawno już odleciał. To mógł
być choćby jakiś samolot rolniczy 100 km od Smoleńska. Nigdy się tego nie
dowiemy, bo nikt takich rozmów nie nagrywa. Nie ma czegoś takiego, jak
rejestracja rozmów prowadzonych na kanale 123,45.
A mgła o godzinie 10? 10 kwietnia
mgłą pokryty był obszar większy niż terytorium Polski, ale o tej porze roku to
nic nadzwyczajnego, wystarczy prześledzić zdjęcia satelitarne rejonu
Smoleńska. Gdyby wojsko miało dobrą służbę meteorologiczną, to załoga o mgle dowiedziałaby się znacznie wcześniej niż podczas lotu.
Ale załóżmy nawet, że mgły nie
dało się przewidzieć że w nieznany sposób ktoś
rozpylił ją nad Smoleńskiem. Mgła sztuczna czy prawdziwa nie zwalnia załogi od
obowiązku odejścia na drugi krąg, jeśli na określonej wysokości nie widzi
ziemi.
A jak pan nazwie to, co
widzieliśmy w scenie z pomieszczenia kontrolerów, gdy mówiący po rosyjsku i
ubrany w mundur mężczyzna mówi do drugiego: „Pasza, sprowadzasz go do 50 m.
Bez gadania. Do 50 m".
To jest świadomie użyte przez
twórców filmu kłamstwo. Ewidentna manipulacja.
Żaden dokument, żaden dowód nie
potwierdza, że ktokolwiek wydał taką komendę. Polskim ekspertom, którzy
polecieli do Smoleńska tuż po katastrofie, udało się zgrać zapis rozmów w
pomieszczeniu kontrolnym, i to jeszcze zanim zrobili to Rosjanie. Są wśród nich
słowa (o 6:26:19): „doprowadzasz do stu metrów Sto metrów. Bez dyskusji”. Do 100 metrów! A więc do
wysokości, która była wydrukowana na kartach podejścia do lotniska Siewiernyj
jako minimalna wysokość zniżania. Załoga powinna była się z nimi zapoznać przed
lotem.
O 50 m mówią w filmie także
pilot i nawigator z Jaka-40. Tylko że na zapisie rejestratora lotu w kabinie
tej maszyny nie słychać polecenia Rosjan zejścia do takiej wysokości. Słychać
„100 metrów”.
O 50 metrach mówili w
swych zeznaniach tylko członkowie załogi jaka, z czego - jak informowała sama
prokuratura - wycofali się.
Jest taka scena w filmie, gdy
ci dwaj lotnicy z jaka stoją z Niną na wiślanej skarpie w Warszawie. Jeden z
nich w pewnym momencie mówi coś takiego: „Widzi pani?
To jest wysokość 20 m. Z niej też się da
odejść".
Te słowa to coś bardziej jeszcze
zatrważającego. Są przejawem nonszalancji, która była pośrednią przyczyną tej
katastrofy. Oczywiście są samoloty, które mogą odejść z tej wysokości, ba,
mogą odchodzić nawet od zera. Ale tylko na lotniskach wyposażonych w system ILS
najwyższej, drugiej i trzeciej kategorii. Tymczasem w Smoleńsku w ogóle nie
było ILS. Dlatego piloci tupolewa nie mieli prawa zejść poniżej wysokości 100 m, jeśli nie widzieli
pasa.
W filmie nie usłyszymy żadnej
negatywnej opinii o pilotach, którzy w zasadzie nie powinni w ogóle lecieć
tamtego dnia, bo oprócz technika pokładowego żaden nie miał ważnych uprawnień.
Słyszymy za to zdanie wypowiedziane przez ojca niewymienionego z nazwiska
lotnika z tupolewa, w domyśle kapitana Protasiuka: „Nasz syn był najbardziej
doświadczonym pilotem na tupolewie, na Smoleńsk latał wielokrotnie, a język
rosyjski znał świetnie".
To, czy kpt. Protasiuk był
najlepszym z trzech pilotów 36. pułku, czy był w Smoleńsku wielokrotnie, czy w
ogóle, nie ma znaczenia. Mógł nie być tam ani razu i lecieć, ważne, by kierował
się procedurami. Faktem jest, że w porównaniu z pilotami liniowymi
doświadczenie Arkadiusza Protasiuka na tym typie samolotu było niewielkie.
Kapitan tupolewa jako dowódca miał wylatanych niespełna 500 godzin. Czyli tyle,
ile kapitan w dużej cywilnej linii zalicza w 7-8 miesięcy.
Załoga zawsze jest ostatnim
ogniwem w łańcuchu, który prowadzi do wypadku, a zarazem ostatnią barierą,
która może ochronić przed katastrofą. Ale załoga jest produktem systemu
szkolenia, nadzoru, treningu. I jest tak dobra jak system, w którym się
wykształciła i w którym działała. Proszę zwrócić uwagę, że nasze zalecenia
końcowe nie dotyczą poszczególnych pilotów, praktycznie wszystkie dotyczą
systemu szkolenia - nadzoru. I nikt ich nie
podważył.
A co z przebudowanym samolotem
podczas remontu w Samarze? Koleżanka Niny podaje jej taki trop: zamiast salonki
ośmioosobowej, dwa tygodnie przed tragicznym lotem zbudowano 18-osobową: „i
upchnęli tak, by zmieścił się cały Sztab Generalny". Wszystko zaczyna się
składać w całość - to wtedy Rosjanie
umieścili w samolocie ładunki wybuchowe.
Po powrocie do Polski tupolew
został dokładnie sprawdzony, był też kontrolowany pod względem
pirotechnicznym przed każdym lotem. Robiono to prawidłowo, co potwierdził
prawomocnie sąd w wyroku, który zapadł w procesie zastępcy dowódcy BOR. O
braku śladów materiałów wybuchowych na wraku mówiliśmy wcześniej. O tym, że
samolot został przebudowany, twórcy filmu dowiedzieli się z naszego raportu. A
dlaczego został przebudowany inaczej, niż wcześniej planowano? Bo na taką
liczbę pasażerów było zapotrzebowanie z KPRM i KPRP Sztab Generalny? Totalna
bzdura. Do Smoleńska poleciał tylko szef Sztabu Generalnego, a wszystkich
wojskowych zapraszała imiennie Kancelaria Prezydenta. Nikt z zewnątrz nie
wsadził do samolotu oficerów.
A jak to jest z tą niechęcią do
poproszenia o pomoc Amerykanów i NATO, co można usłyszeć co najmniej
dwukrotnie? Mówi o tym m.in. generał, w którym bez trudu można rozpoznać twórcę
GROM gen. Sławomira Petelickiego. Film sugeruje, że popełnił samobójstwo w
tajemniczych okolicznościach, w domyśle dlatego, że „za dużo wiedział".
Amerykanie byli zaangażowani w śledztwo. Badanie systemu TAWS oraz urządzenia FMS, czyli komputera zarządzającego lotem, odbywało się w USA pod nadzorem amerykańskich rządowych instytucji. Przebiegło bez żadnych problemów.
Amerykanie byli zaangażowani w śledztwo. Badanie systemu TAWS oraz urządzenia FMS, czyli komputera zarządzającego lotem, odbywało się w USA pod nadzorem amerykańskich rządowych instytucji. Przebiegło bez żadnych problemów.
Dla mnie było niepojęte, z jaką
łatwością reżyser powiązał z katastrofą smoleńską tragedie osób, które zmarły
lub zginęły w innych okolicznościach. Tylko dlatego, że być może kiedyś
wypowiedziały się na ten temat? Pamiętajmy, że we wszystkich sprawach siedmiu
tragicznych śmierci prokuratura umorzyła śledztwa, nie stwierdzając, że brały w
nich udział jakieś nieznane osoby trzecie. I jak na razie nie słychać, by
prokuratura pod nowym kierownictwem którekolwiek wznowiła. Ten wątek w filmie
jest żenujący i w mojej ocenie to zwykłe draństwo. Uśmiercono nawet operatora TVP, który robił zdjęcia wraku tuż po katastrofie, choć ten
człowiek żyje i ma się dobrze.
Zatrzymajmy się na koniec przy
argumencie, który w filmie przemawia na rzecz tezy o manipulowaniu i
zakłamywaniu śledztwa. Ba! Oddania go Rosjanom. Czyli badanie wypadku wojskowej
maszyny według cywilnej konwencji chicagowskiej.
Znów nieprawda. Konwencja chicagowska nigdy nie miała zastosowania w badaniu katastrofy tego samolotu. Powiedziałem to już dawno i powtarzane było wielokrotnie, że podstawą do zbadania katastrofy było polskie prawo lotnicze oraz porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 r. w sprawie wspólnego badania wojskowych wypadków lotniczych. Przewidywało ono, że takie zdarzenia będą badane przez dwie komisje - polską i rosyjską. I tak było w przypadku Smoleńska. Skąd się wzięła konwencja? Ponieważ między Polską a Rosją nie było określonych procedur, jak to robić, więc przyjęto najbardziej znane na świecie i wielokrotnie sprawdzone procedury zawarte w załączniku 13. do konwencji chicagowskiej, z których korzysta nawet NATO. Ale to nie znaczy, że sięga się po konwencję. Bo ona odnosi się do lotnictwa cywilnego. Cały ten film opiera się na niedomówieniach, zdaniach wyrwanych z kontekstu, wpisanych do scenariusza po to, by mnożyć wątpliwości i budować atmosferę zagrożenia. Jedno w tym kontekście skłania do optymizmu: po serii katastrof w wojskowym lotnictwie od sześciu lat nie doszło do żadnego poważnego wypadku. To efekt naszych zaleceń profilaktycznych, które wojsko z dużym zaangażowaniem wdrożyło.
Znów nieprawda. Konwencja chicagowska nigdy nie miała zastosowania w badaniu katastrofy tego samolotu. Powiedziałem to już dawno i powtarzane było wielokrotnie, że podstawą do zbadania katastrofy było polskie prawo lotnicze oraz porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 r. w sprawie wspólnego badania wojskowych wypadków lotniczych. Przewidywało ono, że takie zdarzenia będą badane przez dwie komisje - polską i rosyjską. I tak było w przypadku Smoleńska. Skąd się wzięła konwencja? Ponieważ między Polską a Rosją nie było określonych procedur, jak to robić, więc przyjęto najbardziej znane na świecie i wielokrotnie sprawdzone procedury zawarte w załączniku 13. do konwencji chicagowskiej, z których korzysta nawet NATO. Ale to nie znaczy, że sięga się po konwencję. Bo ona odnosi się do lotnictwa cywilnego. Cały ten film opiera się na niedomówieniach, zdaniach wyrwanych z kontekstu, wpisanych do scenariusza po to, by mnożyć wątpliwości i budować atmosferę zagrożenia. Jedno w tym kontekście skłania do optymizmu: po serii katastrof w wojskowym lotnictwie od sześciu lat nie doszło do żadnego poważnego wypadku. To efekt naszych zaleceń profilaktycznych, które wojsko z dużym zaangażowaniem wdrożyło.
Rozmawiał Grzegorz Rzeczkowski
Wszystko się zgadza tylko nie przemawia to do zwolenników zamachu twierdzą ze wszystkim co było w rekach Rosjan zostało zmanipulowane i sfałszowane . To samo dotyczy komisji Laska.
OdpowiedzUsuń