poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Minister rodzinnego środowiska



Podwarszawska działka z domem, w którym mieszka minister Jan Szyszko, ma być warta około 300 tysięcy. Ale to jedynie część leśnej rodzinnej posiadłości, w której żyją pokolenia Szyszków

Wojciech Cieśla, Jakub Korus

Drewniany dom w Sta­rej Miłosnej wygląda jak siedem nieszczęść. Sta­ry, pociągnięty szpetną farbą. Tu mieszka mi­nister środowiska Jan Szyszko z żoną Krystyną, radną PiS dzielnicy Weso­ła. Przy wartej kilkaset tysięcy daczy ministra, którą odrestaurował w za­chodniopomorskim Tucznie (o tej po­siadłości pisaliśmy prawie trzy miesiące temu w„Newsweeku”), rodzinny dom na papierze wygląda nad wyraz skromnie. W oświadczeniach majątkowych pod­warszawski dom i działkę (0,17 ha) Jan Szyszko wycenia na 350 tys. zł.
   Podobne nieruchomości w okoli­cy są droższe o 150-200 tys. zł. Wystar­czy jednak spacer wzdłuż płotu, żeby się przekonać, że ustronna, ogrodzona i zadrzewiona parcela jest z pewnością o wiele większa i cenniejsza niż opisana w oświadczeniach majątkowych działka. Stoją na niej trzy budynki - w tym nowy, piętrowy dom z drewna.
   - Mieszkają tam wszyscy - mówi „Newsweekowi” Krzysztof Kacprzak, wi­ceburmistrz dzielnicy Wesoła. - Pan Jan z żoną, jedna z jego córek, mąż córki i ich dzieci. Widuję tam też brata ministra. I jego syna. I drugą córkę ministra. Który kawałek ziemi należy do kogo, czyje są te domy? Nigdy się w to nie wgłębiałem.
   O posiadłości Szyszków sąsiedzi mówią „leśna działka”.

piątek, 12 sierpnia 2016

Big Brother w TVP,Coś się posypało,Dobranoc,opozycjo!i Boa dusiciel



Big Brother w TVP

Z programów TVP nie dowiemy się zbyt wiele o tym, co naprawdę dzieje się w Polsce. Ale to, co dzieje się w i wokół TVP, o władzy w Polsce mówi prawie wszystko.
   TVP to dziś państwo PiS w pigułce. Dramat i kabaret, nie­udolność i buta, mierność i wierność kadr, totalne upartyj­nienie, kłamstwo i manipulacja jako norma, marne pozory pluralizmu skrywające brutalne jedynowładztwo właścicie­la - Polski, PiS-u i TVP.
   Tak zwany pucz w TVP wzbudził wielkie emocje w śro­dowiskach prawicowych. Zrozumiałe. Różne gangi biją się o wpływy, stanowiska i pieniądze. Poza tymi środowiskami wzbudził jednak wyłącznie powszechną wesołość i szyder­stwa. Niesłusznie o tyle, że TVP jest publiczną własnością, potencjalnie mogłaby odgrywać wielką rolę, a zamiana waż­nej instytucji w partyjny folwark powinna wzbudzać poważ­ne reakcje. Na TVP najwyraźniej wszyscy, poza traktującymi ją jak propagandowe narzędzie i dojną krowę PiS-owcami, postawili już jednak krzyżyk. Służy więc ona publiczności jako swoisty materiał badawczy. Nawiasem mówiąc, szop­ka wokół TVP jest o niebo ciekawsza niż wszystko, co ma ona teraz w ofercie programowej. Oto Big Brother w wer­sji narodowo-odpustowej z prawdziwym Wielkim Bratem z uczestnikami z castingu, który on sam przeprowadził.
   Prześledźmy to, co działo się w tym reality show w poprzed­nich odcinkach. Nowa władza, przez lata oskarżająca TVP o sprzyjanie władzy i manipulacje, przejmuje ją, by chwilę potem uczynić z niej zbrojne ramię władzy i królestwo ma­nipulacji. Faktyczny właściciel TVP, który sam przyznaje pry­watnie, że ma niejakie problemy z włączaniem telewizora, funkcję szefa telewizji publicznej powierza wieloletniemu propagandyście partyjnemu. Ten dokonuje w niej czystki na niespotykaną skalę. Żadnemu z wyrzuconych nie stawia się żadnych zarzutów. Wszystkim mówi się, że nie pasują do no­wej koncepcji, co akurat w ostatnich miesiącach jest jednym z niewielu w TVP stwierdzeń prawdziwych. Nowe funkcje obejmują ludzie w stu procentach zaangażowani w popiera­nie rządzącej partii. Ich zdolności i talenty są więcej niż wąt­pliwe, ale nie o profesjonalizm tu idzie, lecz o słuszne poglądy. Wszystkie nowe programy ponoszą koncertową klęskę. Oglą­dalność flagowych programów informacyjnych leci na pysk. Szef TVP podważa rzetelność wyników oglądalności, na któ­re jednak powołuje się za każdym razem, gdy oglądalność jest jak trzeba, czyli wtedy, gdy decydują o nich nie ludzie TVP, ale kreatorzy wielkich widowisk - a to sportowcy, a to papież.
   Władza potrzebuje nowych stanowisk, więc obok istnie­jącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji powołana zo­staje Rada Mediów Narodowych, która ma czuwać nad ich odpolitycznieniem. Realizację tego celu powierza się trójce funkcjonariuszy partii rządzącej. Owa trójka postanawia do­konać zmiany prezesa. Główną kandydatką na następcę pre­zesa propagandzisty jest pani, która w TVP zdążyła już dać dowody skrajnej niekompetencji, ale ma wielki atut - świet­nie znała matkę Wielkiego Brata. Pucz się nie udaje. Wielki Brat rozstrzyga, że właściwy czas jednak nie nadszedł. O pró­bie puczu główny serwis informacyjny TVP nie informuje. Informuje on przecież wyłącznie o tym, co jest w interesie TVP, poza tym skupia się na walce ze wszystkimi, którym nie podobają się rządy partii Wielkiego Brata.

czwartek, 11 sierpnia 2016

Syndrom Kazimierza



Jaka jest pozycja pani premier? Prezes zarzeka się, że mocna. A to wróży jak najgorzej.

Przyspieszenie jest potrzebne. W wielu miejscach zmiany są zbyt wolne - oceniał Jarosław Kaczyń­ski w maju 2006 r. Po dekadzie szef PiS wydaje tę samą komendę. „Musimy jeszcze przyspieszyć, musimy uruchamiać kolejne projekty musimy ru­szyć jeszcze mocniej do przodu” - mówił w kwiet­niu w dyscyplinującym rząd wywiadzie dla „wSieci”. Na partyjnym kongresie w lipcu tę samą treść ubrał w metaforę: „idziemy we właściwym kierunku, ale kolumna nam się rozciągnęła, jest czołówka, ale są też tabory”. W „Rzecz­pospolitej” prosił zaś, by nie zachęcać go do „podnoszenia ręki na panią premier”. Przed laty Kazimierz Marcinkiewicz sły­szał komunikaty równie uspokajające, a właśnie przemknęła dziesiąta rocznica jego wymuszonej przez prezesa dymisji.
   Warto przypomnieć tamte wydarzenia; w dobie Beaty Szydło aktualna jest przecież myśl Piotra Zaremby, który pisząc o od­wołaniu Marcinkiewicza, pytał: „Skoro gabinet Kaczyńskiego staje się realnym centrum władzy, to po co centrum drugie?”. Teraz też istnieje, jak to ujął Zaremba, „pozbawiona logiki dwu­władza, problem odległości między Nowogrodzką i Ujazdow­skimi”. Nowogrodzka to siedziba PiS, w Alejach Ujazdowskich mieści się Kancelaria Premiera.
   To Kaczyński jest ostateczną instancją dla posłów, ministrów i nominatów PiS. Gdy ostatnio ważył się los prezesa TVP Jacka Kurskiego, to ważył się na Nowogrodzkiej, a nie w Ujazdow­skich. Szef  PiS uznał, że Kurski powinien zostać co najmniej do jesieni i posłowie PiS z Rady Mediów Narodowych, którzy dwie godziny wcześniej prezesa odwołali, musieli pospiesznie wiosłować z powrotem.

środa, 10 sierpnia 2016

Sławek Wiśniewski nie padł



Od katastrofy smoleńskiej uśmiercano go już kilka razy. Po raz pierwszy zobaczy to wkrótce na ekranie. Premierę „Smoleńska" zapowiedziano na 9 września.

Sławomir Wiśniewski zwany Lol­kiem, montażysta Telewizji Pol­skiej, 10 kwietnia 2010 r. ustawił w oknie pokoju nr 201 hotelu Nowyj niedaleko smoleńskie­go lotniska Sewiernyj prywatną kamerę. Chciał nagrać lądowanie prezydenckiego samolotu we mgle. Ciekawiło go, jak uda się to małemu tupolewowi, skoro dwa dni wcześniej duży Ił 76 ledwie sobie poradził. W sąsiednich pokojach spali koledzy z in­nych ekip telewizyjnych i prasowych. Od­poczywali po wczorajszych zakrapianych urodzinach kierownika produkcji.
   Około godziny ósmej Lolek musiał wy­łączyć sprzęt, bo za jego oknem robotni­cy zaczęli remonty. Usłyszał nienaturalny huk, aż ziemia lekko zadrżała, zobaczył 30-metrowy słup ognia, oniemiał, ner­wowo zaczął szukać baterii, karty pamięci do aparatu. Pobiec w stronę lotniska czy nie pobiec? Na rosyjskim wojskowym tere­nie nie można swobodnie się przemiesz­czać. Pobiegł, po około 5-6 minutach był już na miejscu. Nadal nie wiedział, co się stało, oprócz tego, że to katastro­fa jakiegoś polskiego samolotu. Krzyknął nieparlamentarnie: „Japierd..., to nasz!”, i nagrywał. Jeszcze nie wiedział, że to tupolew prezydencki.

niedziela, 7 sierpnia 2016

Idziemy po was!



Kończy się pierwsza, a nadchodzi druga faza pisowskiej rewolucji. Wszystkie przygotowane dotąd narzędzia, także propagandowe, właśnie od teraz mają zacząć działać na pełnych obrotach. Przegapienie tego momentu przez opozycję może ją drogo kosztować.

Od wielu miesięcy mówiło się, że po szczycie NATO i po Światowych Dniach Młodzieży rządzący PiS przyspieszy i zacznie realizować jeszcze ostrzejszą politykę, zwłaszcza wobec instytucji demokratycznych i opozycji. Te dwie newralgiczne imprezy właśnie minęły. Wiele wskazuje na to, że rzeczywiście otwiera się nowy polityczny etap. Kończy się przegrupowanie sił w prokuraturze, planowana jest znacząca podwyżka pensji w służbach specjalnych, wdrażana jest akcja dyscyplinowania sędziów za pomocą ustawowych zmian. Nałożono ostatecznie polityczną czapę na publiczne ra­dio i telewizję, powołując tzw. Radę Mediów Narodowych z po­słami PiS w rolach głównych, zmieniono skład KRRiT. Jeśli nowa ustawa o TK nie zostanie skutecznie zaskarżona, praktycznie zli­kwiduje w Polsce konstytucyjną kontrolę. A sympatycy władzy na prawicowych forach odliczają dni do końca kadencji prezesa Rzeplińskiego. Ruszy komisja w sprawie Amber Gold, która pod pretekstem rozliczania afery ma pokazać wszystkie przewiny i przestępstwa poprzedniej ekipy rządzącej. Można spodziewać się nękania politycznych wrogów, wzmożenia lustracji i agresyw­nej polityki historycznej, medialnego ostrzału, zapewne także w końcu aresztowań i głośnych procesów. Czystki i szykany się­gną zapewne jeszcze głębiej, do poziomu szkół, uczelni, instytucji samorządowych, może mediów prywatnych.
   Ostre odpowiedzi rządowych polityków na zalecenia Komisji Europejskiej pokazują, że PiS czuje się coraz pewniej; w rządzą­ cym ugrupowaniu panuje poczucie siły i przekonanie, iż teraz już wolno wszystko, że wyborcy zostali wynagrodzeni, opozy­cja pokonana, przyszedł zatem czas na zaostrzenie kursu. Prze­śledźmy zatem sygnały, które mogą uzasadniać ten manewr.
   Od dwóch miesięcy badania opinii publicznej pokazują, że wyraźnie spada zaufanie do Trybunału Konstytucyjnego. W tym czasie nie nastąpiło nic takiego w sprawie TK, co racjo­nalnie uzasadniałoby tę obniżkę, ale to dokładnie czas, od kie­dy zaczął działać program 500 plus. Według szacunków blisko 3 min rodzin może wziąć pieniądze z programu 500 plus, wśród nich zarówno zwolennicy PiS, jego bardziej lub mniej zagorzali przeciwnicy i ci wahający się. Można przypuszczać, że zwłasz­cza wśród tych dwóch ostatnich grup zachodzi psychospo­łeczny proces racjonalizacji: nie bierze się pieniędzy od wro­gów, wzięliśmy jednak pieniądze, to sytuacja etycznie trudna do zniesienia. Jeżeli zatem nie rezygnujemy z 500 zł, a zrezy­gnować niełatwo, pozostaje przychylniej spojrzeć na dawcę - może PiS nie jest taki zły, może jego przeciwnicy przesadzają.
   Nazywa się to redukcją dysonansu poznawczego. A ponieważ głównym powodem krytyki PiS jest to, co ta władza robi z zasa­dami demokracji, a w szczególności z Trybunałem Konstytucyjnym, niechęć dosięgła właśnie Trybunał. To nie jest paradoks, ale dość prosta zasada psychologii społecznej: jeżeli PiS nie jest taki zły, a walczy z Trybunałem, to znaczy, że zły może być Trybunał. Stąd spadek zaufania do tej instytucji. Tak zapewne wielu ludzi poradziło sobie z problemem, że biorą pieniądze od rządu, któremu świat zarzuca naruszanie demokracji. Za­działanie tego mechanizmu dowodzi, że nadzieje PiS związane z 500 plus się spełniły.

sobota, 6 sierpnia 2016

Poroże Yorricka i Sprzedawcy dymu



Poroże Yorricka


Początek przygotowań do wi­zyty papieża Franciszka był żmudny, pracochłonny i bardzo długi. Pradawni Wiślanie, wśród których przeważały nieuświadomione jeszcze sympatie propisowskie, postanowili wyciąć puszczę i zbudować Kraków Potwierdził to podczas Światowych Dni Młodzieży mini­ster ochrony środowiska Jan Szyszko. Z właściwą sobie przenikliwością skojarzył wszystkie przesłanki i wyszło mu, że gdyby człowiek nie wymyślił siekiery - ani papież nie mógłby przylecieć do Polski, ani bociany. Tę myśl roz­wijał na konferencji zorganizowanej przez Uniwersytet Jagielloński, a poświęconej encyklice „Ekologia integral­na. Laudato si”, w której znalazły się rozważania papieża Franciszka o ochronie przyrody. Ministrowi udało się zna­leźć stu facetów w leśniczych mundurach, którzy spraw­nie bili mu brawo po każdym zdaniu. A mówił on o pol­skiej szkole ekologii, której wyjątkowość polega na tym, że im więcej lasów się wycina, tym więcej lasów przybywa. „Dziękuję za te zielone mundury, które tutaj siedzą” - do­dał na koniec. Mundurom aż popuchły łapy od oklasków.
Szyszko z szacunkiem odniósł się do tematu konferencji i poglądy papieża, który nie jest polskim leśni­kiem, kompletnie zlekceważył. Zda­niem Franciszka ochrona każdego gatunku roślin i zwierząt jest naszym obowiązkiem i wyrazem szacunku dla różnorodności świata. Zdaniem ministra wystarczą kartofle, wieprzo­wina i PiS. A jego kolekcja poroży po­zwoli przyszłym pokoleniom wyobrażać sobie, jak trudno było z czymś takim na głowie chodzić po gęstym lesie.

środa, 3 sierpnia 2016

Nas bali się najbardziej



Rozmowa z JAROSŁAWEM KACZYŃSKIM

Nie było listu Wachowskiego

Warszawska prokuratura pro­wadzi śledztwo w sprawie inwigi­lacji prawicy przez służby specjal­ne w latach 1992-1993. Jak Pan ocenia przebieg tego śledztwa?
- Podpisałem w trakcie przesłuchań zobowiązanie do zachowania ścisłej tajemnicy. Mogę tylko powiedzieć, że śledztwo idzie bardzo szeroko, du­żo szerzej niż się tego spodziewałem.

Ale jako obserwator życia poli­tycznego może Pan przecież oce­nić rozmiar działania służb spe­cjalnych tamtych latach.
- Ogromny obszar życia politycznego poddany byt działalności tych służb. Sporządzano materiały kompromitują­ce polityków (takie w stylu Anastazji P.), przygoto­wywano operacje rozbija­nia partii politycznych, a wiele wskazuje na to, że chciano sfałszować wybory.

Skąd takie podejrzenia?
- W lipcu 1993 r. odbyła się narada rządowa, na której mówiono o „za­bezpieczeniu demokratycznego przebiegu wyborów”. Co to mogło oznaczać w tamtych warunkach - nietrudno zgadnąć.

W kogo te działania były wy­mierzone?
- W nas, czyli w PC i Porozumienie Ludowe, którego z różnych przy­czyn wtedy też się obawiano, chyba również w KPN.

Kto prowadzi to śledztwo?
- Dwóch młodych, energicznych prokuratorów wojewódzkich.

Czy przepowiada Pan szybki fi­nał?
- Myślę, że śledztwo jest prowadzo­ne energicznie, ale czy skończy się konkluzywnie, nie wiem.

Dlaczego Pan tak sądzi?
- Wszystko wskazuje na to, że chcia­no sterować polskim życiem pu­blicznym poprzez służby specjalne I znajdowano w tych staraniach part­nerów. Swego czasu mówiło się o li­ście Wachowskiego tj. spisie polity­ków uwikłanych w niejasne sprawy i dzięki temu szantażowanych przez Belweder. Dziś można sądzić, że nie chodziło o jedną listę i jednego Wa­chowskiego, a o stalą pracę opera­cyjną i to z sukcesami. Wyjście tego na jaw byłoby ciężką kompromitacją niemałej części klasy politycznej.
I dlatego sądzę, że kontrakcja bę­dzie mocna, bardzo mocna.

Które partie skompromitowały się najbardziej?
- Zaplecze rządu premier Suchockiej.

Gdzie znajdowało się centrum działania tych służb?
- Nie mam wątpliwości, że w Bel­wederze.

Podobno prokuratura nie może do tej pory przesłuchać pana brata, Lecha Kaczyńskiego.
- Nie może, bo trzeba go najpierw zwolnić z tajemnicy państwowej. Powinien to zrobić Marszałek Sej­mu. Tymczasem marszałek odesłał papiery do premiera, a premier zwró­cił je marszałkowi. Zresztą przeszko­dy dziwnie się mnożą. W tej sprawie istotnym elementem jest przebieg posiedzeń rządu z roku 1993, w cza­sie których - mam na ten temat wła­sne informacje - naradzano się nad sposobami zwalczania „niekonstruktywnej opozycji”. Z tych posiedzeń są przecież protokóły. Lecz o ile wiem, nie można do nich dotrzeć.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Bulterierka Kaczyńskiego




Minister edukacji nie wie, kto spalił Żydów w Jedwabnem. Wie za to, jak powinna wyglądać polska szkoła, którą właśnie wywraca do góry nogami. Niektórzy mówią, że jej największym atutem jest perfekcyjnie opanowany wrzask

Renata Kim, Rafał Gębura

Zażenowanie. Tak duże, że trudno mi było publicznie zareagować - była minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska tłumaczy, co czuła, kiedy słuchała, co minister eduka­cji Anna Zalewska mówi o Jedwabnem i o pogromie kieleckim. W „Kropce nad i” szefowa MEN tłumaczyła, że za te tra­giczne wydarzenia odpowiadają nie Po­lacy, ale antysemici.
   - Czułem wstyd i dyskomfort - mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Na­uczycielstwa Polskiego. Jest przekona­ny, że pani minister doskonale wie, jaka jest prawda historyczna; nie wie tylko, co o tej prawdzie myśli prezes Kaczyński.
   Była pracownica MEN: - Podlizywała się Kaczorowi, to oczywiste. Wahała się, odpowiadając na pytania, bo kalkulowa­ła, co powinna powiedzieć, żeby mu się spodobało.

NIEBYWAŁA ZMIANA POGLĄDÓW
Radny powiatu Ryszard Kuc zna Zalewską od 1998 r., kiedy oboje do­stali się do rady powiatu świdni­ckiego. - Była wtedy członkiem Unii Wolności, popierała premiera Mazo­wieckiego i grubą kreskę. Była liberalną, tolerancyjną i rozsądną kobietą - opo­wiada. Trudno mu uwierzyć, że dziś Za­lewska naprawdę myśli to, co mówi o mordzie w Jedwabnem.
   Już raz go zaskoczyła: kiedy ogłosiła, że będzie likwidować gimnazja. - Pamię­tam, jak łączono u nas dwa licea w jedno, Zalewska zwołała uczniów, nauczycie­li i stanęła na czele protestu. W liście ot­wartym do starosty pisała, że nie można tłumaczyć likwidacji liceum pogłębia­jącym się niżem demograficznym; za­rzucała mu, że próbuje ratować budżet powiatu kosztem oświaty. Minęło kilka miesięcy, a ona likwiduje wszystkie gim­nazja w Polsce. Niebywała zmiana, praw­da? - uśmiecha się Kuc.
   Urszula Kruczek, szefowa Związku Nauczycielstwa Polskiego w Świebodzi­cach, zna Zalewską od ponad 20 lat. Obie uczyły w szkołach, ona w podstawówce, Zalewska w liceum. Razem organizowa­ły imprezy dla uczniów. Ona była związa­na z SLD, Zalewska jeszcze wtedy z UW.
- Politycznie dwa różne światy, ale po­trafiłyśmy się dogadać. Anka nosiła zielone rajstopy, była zwariowana, wyluzowana, otwarta na nowości, taka wol­no myślicielka. Z dzieciakami jeździła do teatru do Wrocławia na różne spektakle, broń Boże nie jakiś tam Fredro, tylko ra­czej awangardowe - wspomina. Mar­twi ją, że dawna koleżanka stała się taka konserwatywna.
   Dawna znajoma ze Świebodzic też się zdziwiła, gdy w 2007 r. Anna Zalew­ska przeszła z UW do PiS. - Bardziej pasowała do PO. Ale zawsze chciała zro­bić karierę, a w tutejszych strukturach Platformy było dużo znanych facetów, którzy nie pozwoliliby jej pójść wyżej. Więc wybrała PiS.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Śledztwo specjalnej troski



Zbigniew Ziobro, jego matka i brat zrobili prawie wszystko, by udowodnić, że ich ojciec i mąż zmarł 10 lat temu przez błędy lekarzy. Nie udowodnili. Teraz syn, jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny, zyskał nowe narzędzia.

Jest 22 czerwca 2006 r. Jerzy Ziobro - 71-letni le­karz z Krynicy - przyjeżdża do kliniki kardiologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Jego syn Zbigniew jest ministrem sprawiedliwości i pro­kuratorem generalnym w pierwszym rządzie PiS. Atmosfera jest napięta: politycy grożą lekarzom, że weźmie się ich „w kamasze”. Ojciec ministra jest dla krakowskich lekarzy pacjentem szczególnym. Biegają wo­kół niego, starają się.
   Choć z Krynicy na oddział kardiochirurgii w Nowym Sączu jedzie się najwyżej pół godziny, rodzina decyduje się jednak na Kraków. Nalegają na skierowanie do tej właśnie krakowskiej kliniki, bo mają tu znajomego lekarza.
   2 lipca, po północy, Jerzy Ziobro umiera. Co się wydarzyło przez te 10 dni? Pacjent choruje na serce. Lekarze przepro­wadzają koronarografię (badanie drożności tętnic w ser­cu). W trzech tętnicach stwierdzają zwężenia. Kardiolodzy mają do wyboru dwie drogi: stentowanie, czyli wszczepienie sprężyny rozszerzającej tętnicę, albo wszczepienie by-passów. Wybierają to pierwsze. W czasie tego pobytu w szpitalu chory miał cztery koronarografię i dwa zabiegi stentowania. Za drugim razem dochodzi do powikłań. Tuż przed północą wezwani na pomoc oskarżeni dziś lekarze, którzy mieli wtedy wolne, jeden z Rzeszowa, drugi zaraz po dyżurze, przyjeżdżają do krakowskiego szpitala. Zdążyli, jednak Jerzy Ziobro umie­ra w drodze z oddziału do pracowni hemodynamiki. Lekarze stwierdzają, że zamknięte przez skrzepy stenty doprowadziły do zawału.
   Miesiąc później brat ministra sprawiedliwości Witold Ziobro składa doniesienie do prokuratur na czterech lekarzy Zarzut: narażenie ojca na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Polityczna atmosfera wokół lekarzy gęstnieje. Siedem miesięcy po śmierci Jerzego Ziobry CBA zatrzymuje dr. Mirosława Gar­lickiego, pochodzącego z Krakowa kardiochirurga, który leczył w warszawskim szpitalu MSWiA (akcja ma kryptonim Mengele). Ziobro na słynnej konferencji wygłasza słowa: „Nikt nigdy nie będzie już pozbawiony życia przez tego pana”. Garlicki po sądo­wych bataliach doczekał się nakazanych publicznych przepro­sin od Ziobry. Rodzina Ziobrów, oskarżając krakowskich lekarzy o śmierć, nie zamierza nikogo przepraszać.

niedziela, 31 lipca 2016

Grill pod gilotyną



W warszawskim ratuszu panika. Po korytarzach od tygodni krążą plotki, że na jesieni wkroczy do urzędu komisarz i zastąpi prezydent Gronkiewicz-Waltz oraz radę miasta

Renata Kim, Wojciech Cieśla

Warszawa, mod­ny lokal na Powi­ślu. - Grillowanie - mówi znany dzia­łacz samorządowy - to przypiekanie na ruszcie, podsma­żanie, żeby zmiękczyć. A ścinanie - dłoń działacza opada w powietrzu jak gilotyna - to krótkie zakończenie tematu przed podaniem na talerz. Nie wiem, którą op­cję wybierze PiS. Ale ten kucharz, cha, cha, lubi ostre narzędzia.

POPADAM W PARANOJĘ?
Rada Warszawy, jesień 2015 r., jed­na z ostatnich sesji przed wybora­mi. Już wiadomo, że PiS idzie po władzę. Do prezydialnego stołu podchodzi radny Maciej Wąsik, były wiceszef CBA (dziś sekretarz stanu w kancelarii premiera).
- Wyciągał palec i do ludzi z PO za sto­łem mówił: „Wkrótce po pana przyjdzie­my. Po pana też. Nad panem pomyślimy. Pan może spać spokojnie. Taki żarcik, bardzo w jego stylu - opowiada jeden z naszych rozmówców.
   - Maciej Wąsik prowadził batalię, żeby ujawnić wyciągi ze służbowych kart kre­dytowych urzędników ratusza. Zdzi­wił się, bo okazało się, że służbową kartą kredytową płaciliśmy wyłącznie za hote­le. Nie znalazł ośmiorniczek, restaura­cji, Sowy i Przyjaciół - dodaje Jarosław Jóźwiak, wiceprezydent Warszawy.
   Teraz ratusz od miesięcy żyje plotką, że na jesieni wkroczy do urzędu komi­sarz i zastąpi prezydent Gronkiewicz-Waltz oraz radę miasta. Że PiS tylko czeka, żeby skończył się szczyt NATO i z Polski wyjechał papież. Że jesienią przyjdzie CBA i kogoś zabierze. Że za częścią urzędników już chodzi CBA.
   - Kontrole były zawsze, ale nigdy tak intensywne w jednym czasie i tak bardzo nagłaśniane medialnie. Kiedyś były me­rytoryczne, a dzisiaj raczej chodzi o wy­wołanie wrażenia, że w ratuszu dochodzi do nieprawidłowości. Spodziewać się można wszystkiego, bo skoro złe są Try­bunał Konstytucyjny, Komisja Europej­ska, Komisja Wenecka, zły jest Barack Obama i cały świat, to dlaczego prezy­dent Warszawy ma być dobry? Trudno przewidzieć przyszłość, jeśli dziś usta­wy można zmieniać w jedną noc - mówi Jacek Wojciechowicz, pierwszy zastępca prezydenta Warszawy.
   Wiceprezydent Jóźwiak rzuca okiem na redakcyjny dyktafon: - Proszę na­grywać, i tak nas podsłuchują. Popadam w paranoję? Oni nie cofną się przed ni­czym. Ostatnio nasz rzecznik prasowy rozmawiał z panią prezydent, która była na urlopie. Skończyli, rozłączył się. Nag­le oddzwania do niego telefon pani pre­zydent, a on słyszy drugi raz tę samą rozmowę - opowiada.
   Uważa, że warszawski ratusz jest solą w oku działaczy PiS. - To ostatni bastion oporu przeciwko ich wszechwładzy. Sprzeciwia się pomnikowi smoleńskie­mu, źle liczy marsze KOD. Ci bardziej twardogłowi PiS-owcy chcieliby ten opór złamać. Żeby to zrobić, trzeba oczywiście stworzyć wrażenie, że wszyscy dookoła kradną, że ten ratusz to stajnia Augiasza. To jest ich stary scenariusz, już raz go przećwiczyli przy referendum w sprawie odwołania pani prezydent. Li­czą na to, że w takiej atmosferze ludzie zaczną donosić, przynosić różne doku­menty Nie mamy się czego obawiać, ale nerwowość jest. Kilku dyrektorów pyta­ło mnie, jak to będzie. Pytają nawet kie­rowcy. Ja odpowiadam prosto: nic się nie zmienia, pracujemy dalej.
   - Jest nerwówka. Nie wiadomo, co się zdarzy. Gdy pracownicy idą na spotka­nie i ktoś mówi, że zrobimy jakiś pro­jekt w przyszłym roku, odpowiadają: nie wiadomo, czy w przyszłym roku będzie­my tu pracować. Wszyscy czują, że coś się wydarzy - dodaje urzędniczka jedne­go z biur w ratuszu. - Nie mają niczego na sumieniu, ale na wszelki wypadek nie podejmują żadnych decyzji. Boją się, że ktoś przyjdzie i przyczepi się do jakiejś faktury. Dziś do rangi problemu ura­sta to, w jakiej firmie zamówić worki na śmieci, nie mówiąc już o ważniejszych sprawach. Urzędnicy boją się aresztowa­nia, mówią: co z tego, że mnie wypuszczą po kilku godzinach? Nic nie zrobiłem, ale wszyscy zobaczą w telewizji, jak mnie prowadzą w kajdankach.

BOMBA NIE DO ROZBROJENIA
- PiS-owcy odgrażali się zawsze, traktowaliśmy to jako coś normal­nego, zwykłe gadulstwo. Ale od kiedy za-częli rządzić naszym krajem, przeszli od słów do czynów. Przewodniczący klubu PiS w radzie Warszawy, Cezary Jurkie­wicz, straszy, że będą kontrole, po czym one są - mówi dr Michał Czaykowski, warszawski radny PO.
   Działacz warszawskiej PO: - CBA trałuje teraz urzędy marszałkowskie, coś ciekawego zawsze znajdzie. Wte­dy ta wiedza będzie - cytując klasyka - porażająca.
   Atmosfera wokół ratusza rzeczywiście gęstnieje. Od początku roku CBA bada kwestię reprywatyzacji stołecznych nie­ruchomości, analizuje oświadczenia ma­jątkowe najważniejszych urzędników. Kolejna kontrola działa w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania (cho­dzi o działanie systemu gospodarowania odpadami). Czwarta zajmuje się leasin­giem samochodów dla ratusza.
   Urzędnicy najbardziej boją się spra­wy zwrotów nieruchomości. To tyka­jąca bomba, której nie da się rozbroić. Dlaczego?
   Na warszawskim rynku cena metra mieszkania w dobrym miejscu zaczyna się od kilkunastu tysięcy. Na rynku wtór­nym najlepsze kąski to przedwojenne kamienice. Jest ich mało (bo wojna i po­wstanie), więc nawet zniszczone trzyma­ją cenę. W 1945 roku niemal wszystkie zostały odebrane właścicielom na mocy dekretu Bieruta. Po 1989 roku o zwrot kamienic zaczęli się starać spadkobier­cy właścicieli i ci, którzy odkupili od nich roszczenia. Dziś najczęściej wygrywa­ją z miastem w sądzie sprawy o zwrot budynków (w Warszawie jest ich wciąż niemal 2 tysiące). Lekko licząc, chodzi o jakieś 20-40 miliardów złotych.
   Warszawski radny: - Reprywatyzacja?
Dziwna koincydencja zdarzeń, miejsc i osób. Wie pan, jakie jest najcenniejsze dzieło sztuki w Warszawie? Przedwojen­ny papier z bazaru na Kole. Taki, na któ­rym nieuczciwi „roszczeniowcy” mogą sfałszować dowolny dokument.

sobota, 30 lipca 2016

Wtyczka bez właściwości



Ślepo wierzy w prezesa. Jest uważany za jego wtyczkę w rządzie. Ale gdy wierny cień Kaczyńskiego ostatnio przemówił własnym głosem, zrobiło się gorąco

Aleksandra Pawlicka

Pierwszą decyzją, jaką pod­jął Mariusz Błaszczak, gdy został ministrem spraw we­wnętrznych, było zaprosze­nie egzorcysty.
   - Ksiądz przyszedł odprawić egzorcyzmy, aby wyplenić złe duchy po poprzed­nikach. Dopiero gdy poświęcił gabinet, minister Błaszczak mógł zacząć w nim urzędować - opowiada były już pracow­nik resortu. Trochę to dziwne, bo przecież jego poprzedniczka Teresa Piotrowska, minister w rządzie Ewy Kopacz, była w re­sorcie nazywana katechetką, bo skończyła studia teologiczne.
   - Ale widać minister Błaszczak posta­nowił w sposób dosłowny wcielić w życie doktrynę swego szefa: „Polska zaczyna się od PiS. Wszystko, co przedtem, należy wypalić ogniem do żywego” - mówi mój rozmówca.

piątek, 29 lipca 2016

Pierwszy krok w tył,Uwaga - niewypały!,Na bezdechu i Odpocznijcie, pomyślcie...



Pierwszy krok w tył

Nawet ktoś absolutnie niezdolny do ulegania innym czasem ulega swemu dziecku. W sprawie podwy­żek dla najważniejszych osób w państwie Jarosław Kaczyński uległ swemu ukochanemu dziecku - populizmowi, który w Polsce sam rozpętał.
   Tabloidy mają manierę przypisywania sobie większej roli niż ta, którą w rzeczywistości mają. Ale akurat uzasadnione było twierdzenie dwóch największych polskich tabloidów, że to one powstrzymały PiS i prezesa tej partii. Co daje nam przy okazji wgląd w myślenie Jarosława Kaczyńskiego o swym elektoracie. Wie on doskonale, że poparcia dla jego partii nie zmniejszy ani deptanie konstytucji, ani niszczenie państwa prawa. Może jak pyłek z klap marynarki strzepnąć głosy opo­zycji i uczestników marszu KOD. Może całkowicie zignoro­wać stanowisko Komisji Europejskiej i sugestie prezydenta Obamy, opinie Komisji Weneckiej i Rady Europy. Ale nie jest w stanie zignorować złości ludu, który tak długo sam przeko­nywał, że władzy się nie należy, bo podwyżki dla urzędników są zbędne.
   Po dziewięciu miesiącach rządów PiS najważniejszy czło­wiek w państwie po raz pierwszy się cofnął, po raz pierwszy poczuł granicę swej mocy. Wielki językoznawca Kaczyński mógł narzucić Polsce swój język, a swemu elektoratowi emo­cje. Wielki historyk Kaczyński mógł podjąć próbę rewizji hi­storii, likwidując całe jej rozdziały i realnych bohaterów. Mógł nawet, a co tam, obsadzić w roli pierwszego korepetyto­ra historii, szefa IPN, człowieka, który w bezczelny sposób za­przecza historycznym faktom. Może nawet tolerować próby narzucania woli ministra obrony bohaterom Powstania War­szawskiego, których tak wielką czcią otaczał jego brat. Może traktować prezydenta z buta, a premiera jak marionetkę. Może niemal wszystko. Ale nie zaryzykować gniew ludu PiS-owskiego, któremu nawet wdzięczność za 500 plus nie zneu­tralizuje wściekłości na 5000 plus.
   W tym wypadku vox populi nie jest oczywiście vox de i. Moż­na dyskutować, czy podwyżki należą się prezydentowi Dudzie za łamanie konstytucji, premier Szydło - za łamanie prawa, ministrowi Waszczykowskiemu - za niszczenie reputacji Polski, ministrowi Szyszce - za niszczenie przyrody, ministrowi Błaszczakowi - za wybitnie niemądre wypowiedzi, minister Zalewskiej - za oblanie maturalnego egzaminu z historii i wielu innym. Co nie zmienia faktu, że pensje ważnych urzęd­ników państwowych są w Polsce stanowczo za niskie. I co nie zmienia faktu, że była wicepremier Elżbieta Bieńkowska mia­ła absolutną rację, mówiąc, że za sześć tysięcy żaden wybit­ny fachowiec nie przyjdzie do pracy w państwowym urzędzie. Jarosław Kaczyński jest zbyt inteligentny by nie wiedzieć, że Bieńkowska miała rację. Ale wtedy grano w Polsce inną melo­dię. Kraj jest w ruinie, państwo jest teoretyczne, a ludzie wła­dzy z pogardą traktują zwykłych ludzi. Ośmiorniczki miały Platformę zabić. A wyrwany z kontekstu cytat z Bieńkowskiej miał rząd dobić. Kontekst na potrzeby propagandy wyparo­wał, a sens wypowiedzi został mechanicznie unicestwiony. Dziś za tamten propagandowy ostrzał płaci PiS. Prezes strze­la, elektorat kule nosi.

czwartek, 28 lipca 2016

Bajarz i jego baśń



Jarosław Szarek mawiał, że nie wystarczy naczytać się książek; trzeba jeszcze mieć polską duszę. Kim jest nowy prezes IPN?

Anna Dąbrowska

Był pewniakiem od samego po­czątku. Najpierw Kolegium IPN, obstawione przez nominatów PiS, wskazało Jarosława Szar­ka (rocznik 1963) jednogłośnie jako najlepszego kandydata na prezesa, a zaraz potem parlament potwierdził ten wybór. Inne kandydatury były tylko tłem, o nominację nawet nie starał się żaden ze znanych historyków. Mówią, że to nie miało sensu, bo prezesa i tak już wyzna­czył Jarosław Kaczyński.
   Nowy szef IPN przez ostatnie 17 lat, czyli od początku istnienia tej instytucji, pracował w krakowskim oddziale Instytu­tu. Od dawna współpracował z Ryszardem Terleckim, dziś szefem klubu PiS w Sejmie, wcześniej szefem IPN w Krakowie. Pisał pod jego patronatem na Uniwersytecie Papieskim doktorat o działaniach służb bezpieczeństwa wobec krakowskiej mło­dzieży akademickiej. Z rekomendacji Pis zasiadał przez trzy lata od 2009 r. w Ra­dzie Programowej Radia Kraków. Odszedł w proteście przeciwko nieprzyznaniu TV Trwam miejsca na multipleksie. To drugi, po Januszu Kurtyce (zginął w katastrofie smoleńskiej), prezes IPN wywodzący się z Krakowa. Szarek często powołuje się na Kurtykę, uważa go za mentora.
   Wcześniej nie zajmował eksponowa­nych stanowisk, nie ma doświadczenia w kierowaniu tak dużą instytucją. Dziś w IPN pracuje ponad 2 tys. ludzi, ale w związku z nowelą ustawy o IPN i nowy­mi obowiązkami kadra z pewnością się rozrośnie. Ujął Kolegium ostrą krytyką po­przedniego kierownictwa Instytutu. - Ży­czę jak najlepiej Jarosławowi Szarkowi, ale muszę powiedzieć, że bardzo źle zaczął, tak ostro i moim zdaniem niesprawiedli­wie krytykując swojego poprzednika. Ry­szard Terlecki mówił, że oczekuje od IPN większego dynamizmu. Z ciekawością będę obserwował - mówi prof. Antoni Dudek, który przez cztery lata był doradcą Janusza Kurtyki, a przez ostatnie pięć lat zasiadał w Radzie IPN, zlikwidowanej ostatnio przez Sejm.
   Teraz Szarek będzie w IPN, jak mówi prof. Andrzej Paczkowski, monarchą ab­solutnym. Ale trzeba dodać: pod kontro­lą PiS.

środa, 27 lipca 2016

Władzy apetyt dopisuje



Dwa kolejne projekty ustaw, seria mętnych tłumaczeń, w końcu szlaban od prezesa partii. Pomysł ogromnych podwyżek dla rządu i parlamentarzystów spalił na panewce, ale pieniądze dla „krewnych i znajomychPiS i tak płyną z budżetu szeroką rzeką.

Miłosz Węglewski,Dariusz Ćwiklak

Prawie trzy doby trwał żenujący spektakl po­lityków PiS, próbujących przeforsować ra­dykalną podwyżkę wynagrodzeń dla posłów, senatorów, ministrów, prezydenta i premie­ra. Ostatecznie partia Jarosława Kaczyńskie­go zrezygnowała. Robiąc dobrą minę do złej gry, przekonywała, że „wsłuchuje się w głos społeczeństwa”. Została wizerunkowa klęska. I zaoszczędzone ponad 20 min zł rocznie - niemało w czasach, gdy szalejąca „do­bra zmiana” rozdaje pieniądze na prawo i lewo.

KARUZELA PODWYŻEK
Miało być jak zwykle: przygotowany po cichu, bez żadnych konsultacji projekt ustawy został wepchnięty przez PiS we wto­rek wieczorem do porządku obrad Sejmu. Krzyki i protesty opo­zycji - bez znaczenia. Pierwsze czytanie odfajkowane i w końcu
tygodnia nowa ustawa mogłaby już być przyjęta. A w niej już od września między innymi prawie 50-procentowa podwyżka dla szefa rządu, marszałka Sejmu i prezesa NBP, niewiele mniejsza dla prezydenta (plus wynagrodzenie dla pani prezydentowej), ministrów, wiceministrów i wojewodów. No i jeszcze dodatko­we 2,7 tys. zł do kieszeni posłów i senatorów (wszędzie w tekście po daj e my kwoty brutto).
   Zawrzało. Najmocniej uderzył Paweł Kukiz: „Koryto plus”. Na okładkach tabloidów biły w oczy zestawienia 7,5 tys. zł podwyż­ki dla premier Beaty Szydło z 300 zł, jakie wywalczyły po dwu­tygodniowym strajku pielęgniarki z warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Albo z ostatnią waloryzacją rent i emerytur - w większości po kilka złotych.
   Negatywnych komentarzy nie brakło nawet na portalach zwią­zanych z PiS. Na nic zdały się oficjalne tłumaczenia, że zmiana zasad wynagradzania w administracji centralnej jest uzależnio­na od tempa wzrostu gospodarki i od zmian w rozwarstwieniu dochodów w społeczeństwie (tzw. wskaźnik Giniego), więc te­oretycznie pensje mogą także maleć. I że zarobki państwowej „wierchuszki” zostały zamrożone osiem lat temu. Odpowiada­no, że od równie dawna nie drgnęła kwota wolna od podatku PIT, a rząd PiS wcale nie pali się do jej radykalnego podniesienia, co przecież obiecywał w wyborach.
   W siedzibie PiS na Nowogrodzkiej zaczęto więc panikować. Do mediów poszedł w środę przekaz, że prezes Jarosław Kaczyń­ski jest wściekły, bo nie skonsultowano z nim szczegółów projek­tu. Ciekawe, biorąc pod uwagę, że poseł Jarosław Kaczyński dzień
wcześniej zagłosował za projektem podwyższającym jego dietę. Czyli co? Nie rzucił na niego wcześniej okiem? Wolne żarty! W każ­dym razie premier Szydło w zaprzyjaźnionym portalu wPolityce.pl na wszelki wypadek zapewniała, że nie chce żadnej podwyżki.
   W środowy wieczór był już nowy projekt ustawy. Bez śladu po podwyżkach dla posłów i senatorów. Ale zniknęły też zapi­sy o powiązaniu wynagrodzeń urzędników państwa ze wzrostem gospodarczym czy wskaźnikiem Giniego. Wszyscy mieli dostać jednakowy „dodatek wyrównawczy”, w wysokości połowy pod­stawowej pensji podsekretarza stanu, czyli prawie 3,9 tys zł. Też nieźle.
   Tym razem media i opozycja nie zdążyły nawet zareagować. Po kilkunastu godzinach projekt został wycofany. - Nie był wy­starczająco przygotowany na sytuację, w której jesteśmy - uciął Ryszard Terlecki, szef klubu PiS.

wtorek, 26 lipca 2016

Wielki strach w fabryce dokumentów



Zwolnienie wdowca z trójką dzieci i ojca umierającej dziewczynki; przelewy dla firmy byłego posła PiS - tak działa państwowa spółka zarządzana przez współpracownika Antoniego Macierewicza.

Michał Krzymowski

Październik 2015 r. W gmachu Polskiej Wy­twórni Papierów Wartoś­ciowych (PWPW) czuć nastrój dekadencji. Wdro­żenie ważnego systemu komputerowego opóźnia się, spółce grożą zwrot środków unijnych i kompromitacja na całą Polskę, a PiS właśnie wygrało wybory. Prezesi wybrani za czasów PO nie mają złudzeń: czas się pakować.
   - Nagle ktoś wpadł na genialny po­mysł, jak przeprawić się na drugą stronę - wspomina jeden z ówczesnych człon­ków władz PWPW. - Jak dziś pamiętam słowa, które padły na naradzie: „Ściąg­nijmy któregoś z PiS-owskich brytanów, niech odstrasza watahę nowej ekipy”.

MYŚLISZ, ŻE SIĘ CIEBIE BOJĘ?
Pomoc w przejściu przez turbulen­cje mają zapewnić były rzecznik PiS Adam Hofman i jego współpracow­nik Michał Wiórkiewicz. To oni ode­grają rolę „PiS-owskich brytanów”. Jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu Beaty Szydło PWPW podpisuje umo­wę z firmą piarowską R4S, prowadzo­ną przez Wiórkiewicza. Hofman nie ma w niej udziałów, ale na mieście wszyscy wiedzą, że z Wiórkiewiczem jest nieroz­łączny: dzieli z nim biuro na 26. piętrze warszawskiego biurowca, a w rozmo­wach z klientami przedstawia się jako jego doradca.
   - Bardzo nam pomogli - wzdycha je­den z pracowników PWPW. - Trzeba było szybko dobić się do ministra Błaszczaka, załatwić odroczenie wejścia w ży­cie jednego z systemów komputerowych. Zrobili to błyskawicznie.
   Krótko po wyborach doradcą zarzą­du PWPW (wciąż platformerskiego) zo­staje Piotr Woyciechowski. To długoletni współpracownik Antoniego Maciere­wicza, były wiceszef komisji likwidacyj­nej WSI i menedżer kilku państwowych spółek za pierwszego PiS. Dobrze znany w warszawskich sądach - po 2005 r. był stroną w aż 41 sprawach. W szesnastu wy­stępował jako powód, w siedmiu - jako pozwany, w dwóch - jako oskarżyciel pry­watny, a w dwóch innych - jako oskarżo­ny (oba postępowania umorzono).
   W 2006 r. zasłynął sprawą wytoczoną Monice Olejnik, która pytała w Radiu Zet ówczesnego premiera Marcinkiewicza o to, jakie Woyciechowski ma kwalifika­cje menedżerskie. Po programie - według relacji samej Olejnik - Woyciechowski zadzwonił do niej i zapytał: „Co ty, królo­wo, myślisz, że się ciebie boję?”. Później zażądał od niej przeprosin. Sąd prawo­mocnie oddalił jego pozew. Stwierdził, że pytania o kompetencje były uzasadnione, bo Woyciechowski miał słaby wynik na egzaminie uprawniającym do zasiadania w radach nadzorczych.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Prezes według prezesa



Jarosław Kaczyński nie tylko stawia pomniki swemu bratu, zaczął je budować także sobie. Jeszcze nie ze spiżu, na razie ze słów. Jego autobiografia to poza wszystkim pożyteczna lekcja dla dzisiejszych polityków opozycji.

Ukazała się zapowiadana od dawna polityczna au­tobiografia prezesa PiS „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” (swoją drogą pierw­sza część tytułu to niezłe motto dla Schetyny i Petru). Czterystustronicowe dzieło zatrzymuje się na 2001 r., co znaczy że kolejne tomy nadej­dą. Ale i ten pierwszy mówi wiele o Jarosławie Kaczyńskim - przez to, co napisał, ale też, co przemilczał.
   Linią przewodnią autobiografii jest prezentowana na różne sposoby wizja: byli dwaj bliźniacy i reszta. Książkę otwiera zdanie: „Polityka zaczęła się dla mnie i Leszka w marcu 1968 roku”. I tym ściegiem - Ja i Brat - idzie cała opowieść, choć bywały okresy, gdy aktywność braci się rozmijała, a też oddalenie (Leszek mieszkał przez wiele lat na Wybrzeżu, Jarosław cały czas w Warszawie) nie sprzyjało częstym kontaktom. Niemniej książka te okoliczności niejako przeskakuje, gdyż autor (zapewne był też jakiś ghost­writer) cały czas równolegle opowiada, co robi brat bliźniak. Dla czytelników może być jednak sporym rozczarowaniem, że ta bio­grafia prawie nie zawiera wątków osobistych, rodzinnych, szkol­nych, studenckich.
   Dowiadujemy się zatem od razu - i tak poznajemy bohatera - że Jarosław Kaczyński działa w opozycji w końcu lat 70., i o tym, że podobnie działa Leszek w tzw. Wolnych Związkach, a potem podczas strajków stoczniowych. I niemal natychmiast Jarosław zauważa, że Leszek „nie tylko nie był w najlepszych stosunkach z Wałęsą, ale też nie chciał się dać przekupić”, bo tak zostały ode­brane słowa Wałęsy: „jak masz jakiś kłopot, to przyjdź do mnie, jak do ojca”. W dodatku czytamy: „Leszek naraził się jeszcze w stocz­ni doradcom z Mazowieckim na czele. Powtarzam, miał ciężko”.
O co tak dokładnie chodziło, nie wiadomo, choć od kilkunastu lat Jarosław Kaczyński próbuje budować legendę, że jego brat - choć nie wskazują na to żadne historyczne dowody - był bez mała równoważny Wałęsie i tzw. wielkim doradcom Solidarności, tyle że miał inną koncepcję programową. Ale to on w zasadzie zarzą­dzał związkiem. (Wałęsa już odpowiedział na te uzurpacje w swoim stylu: trzymałem przy sobie Lecha jako posłusznego wykonawcę).
   Lata 80., po Grudniu, są opowiedziane w podobnym tonie, a za­czynają się od internowania Leszka i nieinternowania Jarosława, co - zdaje się - nadal pozostaje źródłem jego jakiegoś kompleksu. Stwierdza w książce, że esbecy proponowali mu internowanie, ale odmówił i napisał stosowne odmawiające oświadczenie (co wy­daje się kompletnie niewiarygodne). Niemniej bracia działali w podziemiu, mamy kronikę tej aktywności, przy czym Jarosław lubi podkreślać niejako zwierzchnią wobec niego pozycję Leszka, typu: Leszek polecił czy przekazał mi polecenie. Charakterystycz­ne, że Lech z kolei lubił powtarzać, że prawdziwym mózgiem po­litycznym jest Jarosław Ich skomplikowane relacje rodzinno-po- lityczne, gdyby miały miejsce w kraju o większym, globalnym znaczeniu, stałyby się bez wątpienia światowym fenomenem.

niedziela, 24 lipca 2016

Powrót do PRL



Minister edukacji twierdzi, że nigdy nie chciała być jak Neron, który podpalił Rzym. Wzięła się jednak za burzenie. Zanim padną szkoły, powstać mogą rodzice, uczniowie i nauczyciele

Małgorzata Święchowicz

Mam dwie córki, w sierpniu urodzę syna. Prawdopodobnie każde z mo­ich dzieci będzie uczyć się w innym systemie - mówi Natalia Tur z Bia­łegostoku, socjolożka, autorka bło­ga „Nishka”. Starsza córka w tym roku skończyła gimnazjum. Młod­sza po wakacjach pójdzie do 5. klasy szkoły podstawowej, wszystko wskazuje na to, że do gimnazjum już nie trafi. A sy­nek to nawet nie pozna podstawówki, pójdzie programem szko­ły powszechnej.
   Gdy na blogu napisała, że jest przeciw­na tej reformie, obawia się, że to będzie dla władzy okazja, by do nowych podręcz­ników wrzucić nowe treści - nie naukowe, a światopoglądowe - zaraz odezwali się inni rodzice. Komentarze wrzucali ucznio­wie, nauczycielki. Większość przeciwna zmianom. Jedna z nauczycielek (rocznik ‘86, który przecierał gimnazjalny szlak) tłumaczyła, że kiedyś uważała tworzenie gimnazjów za poroniony pomysł, ale zmie­niła zdanie. Po pierwsze: tamta reforma była przygotowywana trzy lata, a ta teraz zaledwie 10 miesięcy. Po drugie: nad tym, żeby tamta się przyjęła, zadziałała, jak na­leży, pracuje się w szkołach od ponad 18 lat.
„I właśnie teraz, kiedy widzę, że to wszyst­ko ma ręce i nogi - napisała nauczycielka - idziemy za słowami Gomułki: Kiedyś staliśmy na skraju prze­paści, teraz uczyniliśmy ogromny krok naprzód“.

sobota, 23 lipca 2016

Bliskie okolice bolszewizmu z niezłymi widokami na faszyzm



Nie było ani nie będzie partii tak wyrastającej z narodu jak PiS. To krew z krwi tego ludu, nie tylko smoleńskiego, ale też tych, którzy mówią: nie wybrałem ich, ale skoro już są, niech będą przekonuje pisarz Eustachy Rylski

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Gdy rozmawialiśmy rok temu...
EUSTACHY RYLSKI:... powiedziałem, że jeśli wygra PiS, mogą nam zgotować kraj wredny i męczący.

Zgotowali?
- Są w trakcie. Ktoś kiedyś napisał, że cy­wilizacji nikt nie wykańcza, one popeł­niają samobójstwa. Mam wrażenie, że ta nasza 26-letnia cywilizacja, prawdę po­wiedziawszy, byle jaka, rozchwiana, nie­konsekwentna, niepilnująca państwa, łagodna raczej z konieczności niż z prze­konań, ta liberalno-demokratyczna cywi­lizacja lub - jak kto woli - cywilizacyjka, popełniła samobójstwo. A że życie nie znosi pustki, na jej miejsce przyszła kontrcywilizacja, która demoluje wszyst­ko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i co jest dla nas ważne. Zastanawiam się tylko, czy to jest szaleństwo, czy może jednak metoda?

Szaleństwo więc czy metoda?
- Jedno nie wyklucza całkowicie drugie­go, ale postawiłbym na metodę. Emocje mają być wulkaniczne, instynkty niskie, źródła pozatruwane, znaczenia odwróco­ne, wartości przeciągnięte przez szambo, historia im bliższa naszym czasom, tym bardziej wykrzywiona, odwet za winy rzeczywiste lub urojone - co za różnica - w nieustannym pogotowiu. Ma to nas zdeprymować, skonsternować, przestra­szyć, a jeżeli się da - sparaliżować.

Da się?
- Gra PiS jest ciemna - by posłużyć się słowami Andre Malraux skierowany­mi w latach 40. pod adresem francu­skich komunistów - i sięga dużo głębiej niż polityka.

Co znaczy dużo głębiej?
- Do samego dna. Aż od spodu zapuka do nas Białoruś na przykład, a my będzie­my mogli już tylko powiedzieć: chyba jesteśmy na miejscu.

Zwolennikom PiS podoba się ten kierunek, skoro poparcie dla władzy nie maleje?
- W odróżnieniu od powszechnego prze­konania, że PiS wygrało za sprawą prze­kupstwa politycznego - 500+, wyższej kwoty wolnej od podatku, obniżenia wie­ku emerytalnego czy powrotu do ceny franka z czasów, gdy powszechnie udzie­lano w nim kredytów - twierdzę, że Ka­czyński wygrałby te wybory, nawet gdyby niczego nie obiecał. Parę nut, kilka miło brzmiących refrenów, pomarcowe echa, slogany z politycznej przechowalni - elektorat kupiony. Ordynarne przekup­stwo polityczne pomaga, ale nie przesą­dza sprawy.

PiS nazywa to przywracaniem dumy narodowej.
- Źle rozumianej. Inna sprawa, że nie było w przeszłości ani nie będzie w przy­szłości partii tak wyrastającej z narodu jak PiS. Ona jest z samych jego trzewi. To krew z krwi, kość z kości tego ludu, nie tylko smoleńskiego, ale też tych, którzy mówią: nie wybrałem ich, ale skoro już są, niech będą. Tych, którzy przypomina- ją, że istnienie jest mgnieniem zaledwie i nie poświęcą go sprawom publicznym, bo na prywatne go mało. I tych, którzy pytają: o co ten cały krzyk? Jest grill, jest piwko, jest mecz w telewizji, żona jak pa­sowała lub nie pasowała, tak nie pasuje lub pasuje nadal, rodzice się chylą, dzie­ciaki rosną, pory roku się zmieniają, ży­cie upływa. Więc o co, do diabła, ten cały krzyk?

No właśnie, o co?
- O wszystko, wbrew pozorom. Posta­wie akceptującej rzeczywistość, dopó­ki ona nas lub naszej rodziny nie rani, trudno odmówić elementarnej racjonal­ności. Jest z nią tylko mały problem, jak z kamykiem w bucie: niby nic, ale doku­cza. To niebezpieczeństwo, może jeszcze odległe, więc iluzoryczne, a może już za rogiem? Kto to wie.

piątek, 22 lipca 2016

PiS jak komuniści



Cele Kaczyńskiego nie są odległe od celów, jakie stawiali sobie komuniści w 1946 r. Jemu też chodzi o budowę własnych elit, ale wcześniej musi usunąć te stare - z administracji, szkolnictwa, sądownictwa - mówi historyk propagandy, dr hab. Piotr Osęka

Rozmawia Rafał Kalukin

NEWSWEEK: Oglądał pan relacje ze szczytu NATO w „Wiadomościach” TVP?
PIOTR OSĘKA: Przyznam, że wstrząs­nął mną materiał Klaudiusza Pobudzina o tym, jak Wałęsa i politycy Unii Demo­kratycznej bronili sowieckich interesów. Okazuje się, że Olszewski z Kaczyńskim i  Macierewiczem dzielnie stawili im czo­ła i do tego stopnia udało im się zapędzić w kozi róg Geremka, że musiał podpisać akcesję Polski do NATO. Upadek rządu Olszewskiego po nocy teczek miał być desperacką próbą zablokowania naszej drogi do Paktu Północnoatlantyckiego.

Na początku lat 90. ówczesne elity faktycznie nie spieszyły się do NATO. Bały się reakcji Moskwy.
- Nikt wtedy nie wiedział, w którą stro­nę będzie szła Rosja. Zresztą nie od nas zależało, czy Polska wejdzie do NATO. Chodziło o to, czy nas przyjmą; to był ogromny i wieloletni wysiłek polskiej dyplomacji. Nie rozumiem, po co ro­bić materiały kwestionujące oczywiste sprawy?

Po co? Aby stworzyć nową hierarchię zasłużonych!
- Zdaję sobie sprawę, że nie ma cze­goś takiego jak absolutnie obiektywny serwis informacyjny Przydają się jed­nak obiektywizujące formuły. Uderzy­ła mnie również ocena warszawskiego szczytu NATO w „Wiadomościach”. Po prostu powtórzono za przedstawiciela­mi władzy, że szczyt był historycznym sukcesem. Nie pojawiła się nawet próba analizy politycznej, choć ciemne chmury wiszą na horyzoncie. Jeśli Trump wygra wybory prezydenckie i spełni obietni­ce z kampanii, to NATO ulegnie daleko idącym i niekorzystnym dla Polski zmia­nom. O tym jednak „Wiadomości” już nie powiedziały. O sukcesie szczytu NATO mówiono tak, jak kiedyś o otwar­ciu Huty Katowice.

Dopiero co słyszeliśmy, że Polska jest bezbronna i zdana na łaskę Rosji. Teraz dowiadujemy się, że dzięki PiS nikt już nam nie zagrozi.
- No właśnie. Nowej władzy udało się za­blokować dążenia Rosji oraz Platformy Obywatelskiej, która zdradziecko nas wpychała w rosyjskie łapy. Choć przecież to politycy PO przygotowali ten szczyt, a PiS tylko przyszło na gotowe. Serwis agencyjny w publicznej telewizji wystę­puje w charakterze rządowej agencji PR.

W atmosferze propagandowo wykreo­wanego sukcesu wręcz niestosowne stało się wspominanie słów prezydenta Obamy o Trybunale Konstytucyjnym.
- „Osiągnęliśmy sukces, którego nie kwestionuje nikt. Nawet nasi wrogo­wie!” - ryczał Edward Gierek w 1976 r. na stadionie w Katowicach. Ten sam ton propagandy sukcesu. Zwłaszcza że zaraz po ogłoszeniu sukcesu szczytu dosta­jemy materiał o wojskowej grochówce i o tym, że w wojsku fajnie jest.

czwartek, 21 lipca 2016

Chamleci,Zielona wsypa,Kto spalił papieża,Złe słowa, złe czyny



Chamleci

Nasza władza robi być może coś gorszego niż nisz­czenie państwa prawa i rujnowanie wizerunku Polski. Metodycznie unicestwia pojęcia - dobrego smaku, stylu, kultury i prawdy.
   Robi to z rozmysłem, ale jednocześnie jakby podświadomie daje upust temu, co ludziom władzy w duszach gra. I ożywia oraz nobilituje przy okazji to, co gra w duszy dużej części elek­toratu. To, co w zakamarkach polskiej duszy dotychczas było wstydliwie skrywane, wypełzło. Nagle zadowolone, a nawet dumne z siebie, z podniesioną głową umiejscowioną na wytrenowanym karku, bezceremonialne i obcesowe.
   To był w swej zwykłości tydzień jednak niezwykły. Oto władca państwa funduje despekt prezydentowi, bo ten miał czelność podziękować poprzednikom za udział w doprowa­dzeniu do szczytu NATO. Z historii Polski zmierzającej do NATO znikają jej prawdziwi bohaterowie. Minister od edu­kacji nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, kto dokonał pogromu w Kielcach i spalił Żydów w Jedwabnem. Posłanka PiS, już za chwilę członkini Rady Mediów Narodowych, nazy­wa swych oponentów durniami. Przyboczny władcy państwa pisze o kimś, kto miał czelność z nim polemizować, że „coś go oderwało od zmywaka”. Minister obrony, ustami swego rzecz­nika, potwierdza, że apel smoleński w rocznicę wybuchu Po­wstania Warszawskiego będzie, co tam protesty powstańców. Władca państwa informuje, że to jego brat był faktycznym li­derem Solidarności. Po tragicznym zamachu w Nicei mini­ster spraw wewnętrznych i wiceminister sprawiedliwości pomstują na europejskie elity i poprawność polityczną. I od razu wiadomo, co jest jej antytezą. Zwykłe chamstwo. Burak wygrywa z brukselką i jest z tego powodu niezmiernie rozra­dowany, waląc sierpem, młotem i cepem.
   Jeszcze parę chwil temu uznawano panią Pawłowicz i jej ekscesy za egzotyczne anomalie. Bzdura. To tylko egzemplum, błyskawicznie zresztą ginące w upodobniającym się do niej tle. Nie mamy tu do czynienia z rewizją prawdy i podwa­żaniem norm. Prawda jest unicestwiana, reguły likwidowane. Oto kult antyintelektualizmu, bezceremonialności i cham­skiej krzepy, oczywiście z ludem i w imię ludu.
   Kilka dni temu fala hejtu zalała Agatę Młynarską, która miała czelność zaprotestować, że choć „jesteśmy na wcza­sach”, już nie ten, co „szarpie bas”, narzuca rytm, lecz ten, co gra na nerwach współwczasowiczów, hałasując i chamstwo manifestując. Prawicowe brukowce, papierowe i interneto­we, pisały o tym, że wykazała „pogardę dla ludzi”, bo „jaśnie- pani gardzi Polakami”. Tu w obronie ludu wystąpili, jak ludzie obecnej władzy (nie dziwi to powinowactwo), ci, którzy ludu broniąc, mają go w realnej pogardzie. Jedni i drudzy czują, kto stanowi ich klientelę. Kiedyś obrywało się za naruszanie spo­koju innym, dziś obrywa się za piętnowanie naruszeń.