PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 13 grudnia 2012

Jarku - dlaczego obrażasz brata, siebie, nas?

W latach 1980-1981 pracowałem z J. Kaczyńskim Ośrodku Badań Społecznych NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze, założonym przez A. Macierewicza. Przyszły prezes PiS zajmował się sprawami prawnymi, ja byłem red. Dziennika „Wiadomości Dnia”. Po wybuchu stanu wojennego J. Kaczyński twierdził – w jednym z wywiadów -, że w podziemiu szukał ze mną kontaktu i jakoś nie znalazł.
Otóż są to brednie gdyby szukał (od 14 grudnia 1981 r. wydawaliśmy pismo „Wiadomości”, będące kontynuacją dziennika „Wiadomości Dnia”) to by znalazł, gdyby chciał działać, to by działał. Zaznaczam przy tym, ze nikt by do niego nie miał pretensji, jednak jeżeli po 30 latach publikuje wywiad, który można porównać tylko i wyłącznie z wyczynami propagandzistów sowieckich, którzy w latach 30 XX wieku twierdzili, ze to Stalin wszystko organizował i był przywódca przewrotu bolszewickiego, to niech nie ma pretensji, ze go potraktuje z należytym humorem.
Jednak bądźmy sprawiedliwi dla Stalina – on był jednym z czołowych działaczy bolszewickich, no ale przewrót organizował Trocki i Lenin. J. Kaczyński w swych kłamstwach bije na głowę Stalina. Wróćmy do faktów, nasz prezes i słoneczko Wolnej i Niepodległej Polski twierdzi, ze chciał działać i jednocześnie twierdzi, ze pomógł Dornowi znaleźć mieszkanie to dlaczego poprzez Dorna nie odnalazł redakcji „Wiadomości”, dlaczego ani razu nie było udziału w redagowaniu numeru czasopisma, dlaczego nie nadesłał ani jednego artykułu? Dlaczego ani razu nie usłyszałem jego nazwiska?
Na czym według J. Kaczyńskiego polegało działanie w podziemiu? Na podpisywaniu papierków, które mu UB –ecja posunęła? J. Kaczyński twierdzi, ze współpracował z Ośrodkiem Badań Społecznych w podziemiu. Kłamstwo – i to tak głupie i ordynarne, że aż płakać się chce. Ośrodek Badań Społecznych zmienił nazwę na Centrum Dokumentacji i Analiz (nowa nazwę wymyślił L. Dorn), jeżeli prezes by cośkolwiek robił to by o tym pamiętał. Nic nie robił. Nie był żadnym działaczem. Nie działał w podziemiu.
Prezes mówi, ze współpracował z „Głosem”, ja bardzo przepraszam – nic z tym miesięcznikiem nie mam wspólnego – ale w lutym 1982 roku odbyła się dyskusja na temat stanu wojennego redakcji „Głosu” i „Wiadomości” w której brali udział L. Dorn, P. Strzałkowski, M. Gugulski i niżej podpisany. Była ona opublikowana w „Głosie”. Nie brałeś w niej udziału, nie myślałeś nie przelewałeś myśli na papier bo gdybyś to robił to by jakiś ślad po tej aktywności pozostał.
Ale może kolportowałeś czasopisma, albo je drukowałeś. Jeżeli tak to przepraszam, bo ciężka praca kolporterów była wtedy niebezpieczniejsza niż praca redaktorów. Jednak nic nie piszesz o tym w swoim wywiadzie. Twierdzisz natomiast, ze współpracowałeś z MRKS –e, kiedy i jak, jeśli można spytać? Miałem stały kontakt z tą redakcja i strukturą podziemną, więcej gdy drukarnia MRKS została zdekonspirowana przez UB to „Wiadomości” wydawały pismo „MRKS”, jako swoja wkładkę.
Ani razu nie spotkałem cie na wspólnych zebraniach, ani razu nikt nie wspominał, ze działasz, ze piszesz. Dlaczego z nas wszystkich – myślę o ludziach podziemia – kpiny sobie robisz, dlaczego nas obrażasz tym groteskowym wywiadem. Pierwsze dwa, trzy miesiące stanu wojennego to był naprawdę strach, nie można tego czasu porównać z latami np. 1985 -89, bo to jest kpina z historii.
W grudniu 1981 roku za rozrzucanie ulotek dostawało się 10 lat, a ty piszesz, ze podpisałeś taki sam papier na UB jak mecenas Jan Olszewski. Moment mecenas J. Olszewski nie był internowany dlatego, że był doradcą Episkopatu i dlatego podpisał na UB wspomniany papier. Więc moje pytanie brzmi: czy byłeś doradca Episkopatu? Jeżeli tak, to miałeś święte prawo podpisać ten papierek, jeżeli nie to naruszałeś podstawowa zasadę wszystkich opozycjonistów w PRL: nic nie podpisywać.
Więc jeżeli nie byłeś doradca Episkopatu, to zachowałeś się jak przedszkolak, jak kretyn, który nie wie gdzie żyje. Dlaczego się kompromitujesz, czy szajba ci już tak odbiła, ze wierzysz w bajki, które sam wymyślasz? Po co ci to, po to by wziął cie w obronę Macierewicz (który w tym czasie siedział w ciężkim więzieniu) więc nic o podziemiu nie mógł wiedzieć? To, ze nigdy nie byłeś opozycjonista, ze nigdy nic nie robiłeś co by ci zagrażało udowadniasz czytelnikom – rzecz jasna tym dla których nie jesteś Stalinem Wolnej Polski – każdym słowem swego wywiadu.
Ot piszesz, ze w pierwszych dniach stanu wojennego spotkałeś się z U. Doroszewską w mieszkaniu J. Karpińskiego. Czyś ty już kompletnie zgłupiał Jarku? Przecież to było najbardziej znane – od 1976 roku - opozycyjne mieszkanie w Warszawie, obserwowane przez UB 24 na 24, jeżeli ktoś tam szedł to wiedział, ze UB go namierza! No dość – nie rozumiem, dlaczego tworzysz mity, jeżeli za cos się ceniłem to właśnie za to, ze nie byłeś opozycjonista, działaczem podziemia itd. Ci wszyscy ludzie skompromitowali się doszczętnie w latach 90 –tych. Ty nie – miałeś zdrowy rozsadek, ale władza absolutna w PiS pozbawiła cie tej najważniejszej cechy w życiu.
Piotr Piętak

ŹRÓDŁO

Wojciech Reszczyński: Reinkarnacja

Od nadskakiwania generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu po wspieranie Tadeusza Rydzyka – Wojciech Reszczyński w ćwierć wieku pokonał długą drogę.

Wyroku na redaktora Wojciecha Reszczyńskiego nie wykonano. Nie stracił pracy w Trójce. Czyli tego ostatniego, co go jeszcze trzyma przy zawodzie dziennikarskim. Owszem – komisja etyki Polskiego Radia zdecydowała, że Reszczyński złamał kodeks zawodowej etyki, gdy pod koniec października, po marszu „Obudź się, Polsko” w Warszawie, przed budynkiem Telewizji Polskiej na placu Powstańców Warszawy wykrzykiwał o ginącej Polsce, władzy dokonującej zamachu na demokrację i dyskryminującej katolików. Nie powinien się angażować w partyjne wiece i piętnować niewierzących – uznali członkowie komisji.

Wyrok zapadł. Ale nie został wykonany. Kierownictwo Trójki nie wywaliło Reszczyńskiego. – Prawnicy nie byli zgodni, czy opinia komisji etyki jest wystarczającą podstawą do zwolnienia, czy nie – tłumaczy jeden z redaktorów stacji.

W cieniu generała

Gdyby próbować opisać początki kariery Wojciecha Reszczyńskiego językiem, którym on sam się posługuje, należałoby napisać tak: reżimowy dziennikarz, który zaczynał karierę w imperium Macieja Szczepańskiego, potężnego prezesa radia i telewizji. W stanie wojennym, gdy komunistyczni siepacze wyrzucali niepokornych dziennikarzy z Trójki, wślizgnął się na ich miejsce. Po przejściu do telewizji, głównej tuby propagandowej reżimu Jaruzelskiego, stał się jej podporą. Karierowicze i chorągiewki – tak Reszczyński mówi dziś o ludziach, którzy mają podobne życiorysy.

Pod koniec lat 70. ze studenckiego radia Bielany w Toruniu trafił do „Sygnałów dnia”, najważniejszej politycznej audycji Polskiego Radia. – To była nasza radiowa szkoła życia – mówi Antoni Mielniczuk, kolega z tamtego czasu. – Zanim usiadł przed mikrofonem i dostaliśmy swą wymarzoną audycję zaczynającą się o czwartej rano, długo parzyliśmy starszym kolegom herbatę.
Po sierpniu ’80 zapisał się do Solidarności. Chodził po radiu w biało-czerwonej opasce. – To był wtedy spory akt odwagi – wspomina Sławomir Zieliński, kolega z radiowej Jedynki. Jednak po stanie wojennym, gdy partyjna komisja weryfikująca dziennikarzy wyrzucała z radia niepokornych, Reszczyńskiemu dano szansę. Zieliński, który był wicedyrektorem Programu Trzeciego, ściągnął go do „Zapraszamy do Trójki”. Razem prowadzili przez kilka lat popołudniową audycję.

Potem przenieśli się do telewizji, gdzie w 1986 r. powstał nowy, młodzieżowy program informacyjny. Reszczyński stał się gwiazdą „Teleexpressu” oglądanego przeciętnie przez 18 milionów widzów. W 1987 roku dostał (wraz z Jolantą Fajkowską) niezwykle odpowiedzialne zadanie poprowadzenia spotkania generała Wojciecha Jaruzelskiego z młodzieżą. Chodziło o ocieplenie wizerunku dyktatora przed nadchodzącym referendum w sprawie reform.
Spotkanie było starannie wyreżyserowane, a wszystkie pytania do generała zostały wcześniej zatwierdzone w KC PZPR. W swojej wydanej parę lat później książce Reszczyński napisał, że przyparł Jaruzelskiego do muru. Ale trzygodzinne nagranie, które zachowało się w archiwum TVP, tego nie potwierdza. Reszczyński jest czarujący, uśmiecha się do generała i strofuje tych, którzy sekretarzowi partii zadają zbyt napastliwe pytania. Zapewnia generała, że „wszyscy się cieszą” z jego wizyty i że dziennikarzom wcale nie przeszkadza obowiązująca w PRL cenzura. A na koniec pyta go, czy nie obraził się za zadane mu pytania.
Program z Jaruzelskim dobrze go ustawił. TVP pozwoliła mu wyjechać na saksy do USA, gdzie w lokalnym radiu w Chicago prowadził program dla Polonii. Kurs dolara był wtedy taki, że za oceanem w miesiąc zarabiało się więcej niż w ciągu roku w Polsce. – Dzięki pracy w Stanach zarobił tyle, że mógł skończyć budowę domu na warszawskiej Sadybie – mówi jego telewizyjny kolega.
Niezłomny z „Teleexpressu”

Wrócił po ośmiu miesiącach. Polska szykowała się do Okrągłego Stołu. „Radiokomitet pozostawał wciąż bastionem komunistycznej propagandy” – zauważył w swojej książce. Ale to się miało zmienić.
– Wojtek dał swoją twarz odradzającej się Solidarności – wspomina Kazimierz Żórawski, jeden z twórców „Wiadomości”, które w 1989 r. zastąpiły znienawidzony „Dziennik Telewizyjny”. – A my szukaliśmy nowych ludzi, którzy nie będą kojarzeni ze starą ekipą „Dziennika”. Reszczyński był lubiany i oprócz tego jednego programu z Jaruzelskim trudno było się o coś do niego przyczepić.

18 listopada 1989 r. cała Polska zobaczyła na szklanym ekranie żartującego i uśmiechniętego Wojciecha Reszczyńskiego. Stał się symbolem zmian zachodzących w mediach. O premierze Tadeuszu Mazowieckim mówił, że przypomina mu ojca, a w wywiadach przedstawiał siebie jako sprawiedliwego szeryfa w telewizyjnym bagnie nieudaczników, manipulantów i komunistów, z którymi musiał walczyć przez całe lata 80. – Zaskoczyło mnie to, bo w tamtych latach przyjaźniliśmy się i nigdy nie zauważyłem, żeby jakąś walkę prowadził – mówi Sławomir Zieliński.

„Nie miał prawa nam wszystkim, którzy nie wywodzili się z Solidarności i pracowali przez ostatnie lata w »reżimowych« środkach przekazu, czynić zarzutu z tego, co także było jego udziałem” – pisała w swojej książce koleżanka z „Wiadomości” Aleksandra Jakubowska. „Na niezależności i popularności Reszczyńskiego budowano zaufanie i autorytet władzy, której on, jak dziś twierdzi, szczerze nienawidził (...). Dlaczego wtedy nie odszedł? Dlaczego przyjął asygnatę na samochód z rąk rzecznika rządu Jerzego Urbana?”.
– Wojtek przypominał pasażera – dodaje Zieliński – który z przyjaciółmi jedzie tramwajem. Ale wysiada przystanek wcześniej i krzyczy, że w środku siedzą szubrawcy i złodzieje. Byliśmy jego kolegami, a on z nas wszystkich zrobił reżimowców.
Jednak Reszczyński miał już nowych kolegów. W październiku 1990 r. wziął urlop z TVP i przeniósł się do telewizyjnego studia wyborczego Lecha Wałęsy. Po jego zwycięstwie wrócił na plac Powstańców Warszawy, by – jak wspominała Jakubowska – „w glorii i chwale przygotowywać listę komuchów, których należy zwolnić z »Wiadomości«”.

Marzył o powrocie na wizję. – Nie był w stanie zrozumieć, że jako wizytówka kampanii wyborczej Wałęsy stał się nieobiektywny i nie mógł dalej prowadzić głównego programu informacyjnego – mówi Kazimierz Żórawski.
Ostatecznie odszedł trzy miesiące później, gdy szefem programów informacyjnych w TVP został Sławomir Zieliński. Okazało się, że nie jest już jego przyjacielem z Trójki i „Teleexpressu”, ale oprawcą. „Kazał mi odpiąć od klapy mały opornik, noszony w stanie wojennym przez członków Solidarności zamiast znaczka” – ujawnił w swojej książce.
Męczennik z PiS

Nie odchodził w nicość. – Miał kontakty, znał polityków i otwierały się przed nim wszystkie drzwi – wspomina Krzysztof Kilian, który pomagał w uruchomieniu radia Wawa na początku lat 90. – On zajął się zdobywaniem pieniędzy, a ja techniką.
Według „Gazety Wyborczej” jednym z pierwszych udziałowców radia Wawa był nomenklaturowy Universal Dariusza Przywieczerskiego, a potem biznesmen Krzysztof Duda, który po serii wyłudzeń kredytów trafił do aresztu. Nawet przeciwnicy Reszczyńskiego podkreślają jednak, że stworzył stację, w której wychowały się pokolenia radiowców. Pomogło mu doświadczenie zdobyte w USA. – Dla wielu ludzi był nauczycielem zawodu – mówi Ryszard Wojciul, były szef programowy Wawy.
A Reszczyński – po rozczarowaniu najpierw premierem Mazowieckiem, a potem prezydentem Wałęsą – odlatywał coraz bardziej na prawo. Podpisywał radykalne listy otwarte, a to w sprawie wykopania z Powązek Bolesława Bieruta, a to przeciw przystąpieniu Polski do UE. Na antenie muzycznej Wawy coraz częściej pojawiali się tacy ludzie jak Wojciech Cejrowski.

Prezenter Paweł Sulik pamięta, że gdy w połowie lat 90. powiedział Reszczyńskiemu, że odchodzi do Agory, ten spojrzał na niego z pogardą: – Do tych Żydów? Pod koniec lat 90. radio wpadło w kłopoty finansowe i zostało przejęte przez koncern Eska. Już bez Reszczyńskiego. Ale – jak twierdzą jego znajomi – pieniądze z tej sprzedaży zapewniły mu spokojne życie.
W 2002 r. zaangażował się w prace związanego z LPR Polskiego Komitetu Niepodległościowego, którego celem było zablokowanie integracji z Unią. Zaczął się pojawiać jako felietonista Radia Maryja i „Naszego Dziennika”, aż wreszcie o. Tadeusz Rydzyk wziął go na wykładowcę do swej toruńskiej szkoły.
Reszczyński ma dzisiaj 59 lat, jest ojcem dwóch dorosłych córek i wciąż mieszka w domu, który wybudował w latach 80. Choć posiwiał, to na ulicy ludzie wciąż rozpoznają w nim pana Wojtka z „Teleexpressu”. Wygląda tak samo, ale wystarczy krótka rozmowa, by dostrzec zmianę. Krzysztof Kilian, który zna go z czasów studenckich, mówi, że nikt ze znajomych nie potrafi wyjaśnić przemiany: – Może miał jakieś widzenie? Może w ten sposób chce zatrzeć pamięć o czasach, gdy pracował w peerelowskich mediach i musiał czytać wiadomości o pierwszych sekretarzach partii?
Samego Reszczyńskiego trudno o to zapytać, bo zerwał kontakty z większością starych przyjaciół. Nie przychodzi nawet na rocznicowe spotkania radia Wawa. Z zawodowego niebytu wyciągnął go kilka lat temu ówczesny PiS-owski prezes Polskiego Radia Krzysztof Czabański, dając mu gwiazdorski kontrakt w Trójce. Przyjęto go tam jak politycznego spadochroniarza, oskarżając o stronniczość. – Jego nieprofesjonalność polegała na tym, że do swoich audycji zapraszał tylko osoby reprezentujące jeden punkt widzenia – mówi Magda Jethon, dyrektorka Trójki.
Gdy stracił politycznych protektorów, stracił też pozycję. Został mu tylko dwugodzinny program nocny raz w miesiącu. – Wie, że jego dni są policzone – mówi jeden z dziennikarzy Trójki. – Będzie więc nadal prowokował, bo chciałby zostać dziennikarskim męczennikiem.

PS Wojciech Reszczyński nie zgodził się na rozmowę z „Newsweekiem”

Cezary Łazarewicz
 

czwartek, 29 listopada 2012

PIS prawdy czyli sądowe porażki

1.Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Jarosław Kaczyński wprowadził
w błąd społeczeństwo, podając nieprawdę o przeznaczeniu dla ITI
przez władze Warszawy 460 mln zł na przebudowę stadionu Legii"


2 Jarosław Kaczyński wyrokiem sądu ma przeprosić Ludwika Dorna za
insynuacje jakoby nie płacił alimentów na dzieci z poprzednich małżństw.

3. Sąd Apelacyjny w Warszawie zdecydował, że prezes PiS Jarosław
Kaczyński ma przeprosić za nazwanie SLD organizacją przestępczą'.
Sąd postanowił, że Kaczyński ma też wpłacić 10 tys. zł. na Polski
Czerwony Krzyż.

4. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Jarosław Kaczyński wprowadził
w błąd społeczeństwo, podając nieprawdę o przeznaczeniu dla ITI
przez władze Warszawy 460 mln zł na przebudowę stadionu Legii"

6. Sąd Najwyższy uznał że Jarosław Kaczyński ma przeprosić Agorę za
insynuacje w sprawie finansowania Agory przez
komunistycznych oligarchów.

7. Warszawski Sąd Okręgowy orzekł, że Jarosław Kaczyński
musi na własny koszt opublikować sprostowanie podanej
przez siebie w audycji "Rozmowy niedokończone" na antenie
Radiu Maryja informacji, jakoby Declan Ganley, lider i
założyciel partii Libertas, popierał Traktat Lizboński i twierdził,
że jest on dobry. Sprostowanie ma zostać opublikowane
w TV Trwam i Radiu Maryja.

8. "Prezes PiS Jarosław Kaczyński wyrokiem I instancji ma przeprosić byłego
ministra spraw wewnętrznych Janusza Kaczmarka i wpłacić 10 tys. zł
na cel dobroczynny za to, że nazwał go "agentem-śpiochem"

9. Zgodnie z wyrokiem sądu Prezes PiS Jarosław Kaczyński przeprosił Agorę SA za
porównanie wydawanej przez nią "Gazety Wyborczej" do "Trybuny Ludu z 1953 r.".

10. Zgodnie z wyrokiem sądu Prezes PiS Jarosław Kaczyński musi
przeprosić PSL za stwierdzenie, że posłowie tej partii "opowiedzieli się
za legalizacją miękkich narkotyków".

11. We wrześniu 2002 roku Sąd Rejonowy skazał Kaczyńskiego na 3 tysiące
złotych grzywny, uznając, że w 2001 roku umyślnie zniesławił Aleksandra
Gudzowatego słowami, jego firma Bartimpex w większym stopniu reprezentuje
interesy Rosji niż Polski. Według sądu Kaczyński popełnił przestępstwo umyślne.

12. PiS zgodnie z poniedziałkowym wyrokiem Sądu Apelacyjnego publikuje przeprosiny
za swój spot "Kolesie". Sąd orzekł też, że PiS” musi przeprosić za rozpowszechnianie
nieprawdziwych informacji o tym, że rząd załatwił zlecenia dla Misiaka i żony Grada.

13. Jacek Kurski ma przeprosić Donalda Tuska za sugestię, że kampanię prezydencką
Tuska pośrednio finansował PZU - zdecydował warszawski sąd okręgowy. Kurski ma
też zapłacić 15 tys. zł na Caritas

14. Przeprosiny dla jedenastu osób, które - zgodnie z wyrokiem sądu - zostały pomówione
o współpracę z WSI w "Raporcie o działaniach żołnierzy i pracowników WSI" autorstwa
Macierewicza zostaną opublikowane przez MON w Dzienniku Urzędowym

15. Jacek Kurski będzie musiał sięgnąć głęboko do kieszeni. Musi przeprosić byłego
prezesa PZU Cezarego Stypułowskiego. Przeprosimy przez dwa tygodnie będą wisiały na
5 bilbordach w Warszawie, Gdańsku i Olsztynie. Ponadto Kurski musi
wykupić czas antenowy w TVN.

16. 12 czerwca 2007 Sąd Okręgowy w Warszawie uznał, iż Jacek Kurski naruszył dobra
osobiste spółki Agora S.A. podczas programu telewizyjnego "Warto rozmawiać" z 8 maja
2006 poprzez wygłaszanie niepotwierdzonych zarzutów zniesławiających firmę.
Sąd nakazał przeproszenie w "Gazecie Wyborczej" i w TVP2 oraz wpłatę 10 tys. zł
na cel społeczny Sąd Apelacyjny w Warszawie utrzymał ten wyrok w mocy.
Jacek Kurski, komentując to orzeczenie, twierdził, iż "Gazeta
przy pomocy posłusznych i usłużnych sędziów (...)
może każdego zniszczyć i opluć (...). Za tę wypowiedź został pozwany przez wydawcę,
a następnie ponownie zobowiązany sądownie do publikacji przeprosin. Pozwany, mimo
uprawomocnienia się wyroku i wezwań, uchylał się od wykonania orzeczeń sądu, wobec
czego Agora S.A. sama je zrealizowała w ramach tzw. wykonania zastępczego na koszt dłużnika.

17. Poseł PiS, były bramkarz reprezentacji Polski Jan Tomaszewski ma zapłacić 50 tys. zł
zadośćuczynienia za obraźliwe wypowiedzi pod adresem byłego trenera polskiej reprezentacji
piłkarskiej Franciszka Smudy - zdecydował Sąd Okręgowy w Łodzi.

18. Krakowski sąd zdecydował.Europoseł PIS Ryszard Legutko musi przeprosić licealistów
za nazwanie ich "rozwydrzonymi smarkaczami".

19. Sąd Rejonowy w Warszawie w procesie karnym uznał, że Kaczyński zniesławił
Wachowskiego i skazał go na 10 tys. zł grzywny oraz nawiązkę 5 tys. zł na rzecz PCK

20. Zgodnie z wyrokiem sądu poseł PiS Anrtoni Maciarewicz musi umieścić
przeprosiny skierowane do byłego szefa WSI na pierwszych stronach "Rzeczpospolitej"
i "Gazety Wyborczej" oraz wpłacić 2 tys. zł na cel społeczny.

21. Po przegranym procesie Gosiewski musi przeprosić PO:
- "Ja, Przemysław Gosiewski, poseł na Sejm RP, przepraszam Platformę
Obywatelską za to, że w czasie audycji radiowej [...] w Studiu Politycznym
Radia Kielce pomówiłem PO, naruszając jej dobre imię poprzez zarzucenie
jej związków z grupą przestępczą Pawliszaków"

22. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że minister sprawiedliwości Zbigniew
Ziobro ma przeprosić SLD za stwierdzenie że SLD "ponosi odpowiedzialność
za śmierć Barbary Blidy, ponieważ środowisko tolerowało jej związki z osobami
z mafii węglowej". Sąd nakazał ministrowi przeprosiny poprzez opublikowanie
oświadczenia w Telewizji Trwam i Radiu Maryja.

23. Sąd Okręgowy w Gdańsku orzekł, że poseł PiS Jacek Kurski ma przeprosić
wiceprezydenta Sopotu Pawła Orłowskiego, kandydata PO do Sejmu.
Kurski rozpowszechniał informacje, że wiceprezydent Sopotu miał
odmawiać współpracy z CBA w sprawie udostępnienia danych dotyczących
sprzedaży gminnych nieruchomości Kurski ma przeprosić Orłowskiego
listem poleconym, a także opublikować oświadczenia w lokalnym dodatku
"Gazety Wyborczej", w gazecie "Dziennik Bałtycki", a także na stronie internetowej PiS.

24. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że były koordynator służb specjalnych
w rządzie PiS, ma przeprosić Agorę, wydawcę "Gazety Wyborczej",
za stwierdzenia że toczy "zawziętą wojnę w celu ochrony układu ludzi władzy,
biznesu mafii i służb specjalnych" oraz że "działania i praktyki
"Gazety Wyborczej" wskazują na instrumentalną manipulację polityczną".

25. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że doradca prezydenta
Lecha Kaczyńskiego, Andrzej Zybertowicz ma przeprosić Adama Michnika
za opublikowaną na łamach "Rzeczpospolitej" wypowiedź, że: "Michnik
wielokrotnie ja tyle lat siedziałem w więzieniu, to teraz mam rację".
Sąd oddalił tym samym apelację Zybertowicza od wyroku
Sądu Okręgowego z grudnia 2007 r., który nakazał też Zybertowiczowi wpłacić
10 tys. zł zadośćuczynienia na cel społeczny i zwrócić koszty procesu

26. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że kontrolowany
przez PIS Instytut Pamięci Narodowej ma przeprosić znanego dziennikarza
Tadeusza Sznuka za bezprawne pomówienie go o współpracę z
tajnymi służbami PRL.

27. Sąd nakazał Ludwikowi Dornowi, a wówczas marszałkowi Sejmu,
przeprosić dziennikarza "Super Expressu", Piotra Krysiaka, za użycie w
stosunku do niego określenia "chłystek" w reakcji na zainteresowanie
redaktora sprawą tak zwanego "wieśmaka", którego policjanci
dostarczyli na dworzec koleżance Ludwika Dorna z rządu

28. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Publicysta związany z PIS
Jan Pospieszalski z TVP ma przeprosić "kolegę dziennikarza" Andrzeja
Morozowskiego z TVN za napisanie o nim, że "doniósł co trzeba"
ministrowi ds. służb specjalnych z SLD, gdy dowiedział się, że dziennik
"Życie" w 1997 przygotowuje materiał o Aleksandrze Kwaśniewskim i
jego kontaktach ze szpiegiem KGB, Ałganowem.

29. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że poseł PiS Antoni Macierewicz ma
przeprosić telewizję TVN za słowa, że "z państwowej kasy dobrowolnie
finansuje się TVN", które padły w jego wywiadzie dla "Rzeczpospolitej".

30. Sąd Okręgowy w Poznaniu nakazał rozgłośni związanej z PIS , Radiu Maryja
przeproszenie europosła PO Tadeusza Zwiefki za stwierdzenie publicysty
rozgłośni, prof. Jerzego Roberta Nowaka, który powtórzył nieprawdziwą
informację niemieckiej telewizji, według której Zwiefka zamiast uczestniczyć
w obradach Parlamentu Europejskiego, pobrał dietę poselską i wyjechał do Polski.

31. Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał wydawcy i naczelnemu redaktorowi,
"Tygodnika Solidarność" ,gazety związanej z PIS, przeproszenie Agory, wydawcy
"Gazety Wyborczej" za to, że w sierpniu 2005 r. w tekście Teresy Kuczyńskiej
"To była nagonka" napisał, że "»Gazeta Wyborcza« woła o inwigilację ugrupowań
prawicowych, o delegalizację ich partii".

32. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że kontrolowany przez PIS
IPN ma przeprosić Adama Michnika za podanie nieprawdziwej informacji,
że jego ojca skazano w II RP za szpiegostwo na rzecz ZSRR.

33. Sąd orzekł, że wszystkie wiadomości i rewelacje podane przez "Rzeczpospolitą" ,
związaną z PIS, na temat posłanki PO Lidii Staroń są nieprawdziwe i naruszają
jej dobra osobiste. We wrześniu 2008 r. dziennik w cyklu artykułów
napisał, że posłanka wzbogaciła się dzięki nowelizacji prawa spółdzielczego,
nad którą w Sejmie pracowała.

34. Sąd Okręgowy w Gdańsku uznał, że przytoczone w opublikowanym w 2006
roku reportażu "Gazety Wyborczej" twoje są policzone" informacje o
nękaniu szykanami, pomówieniami i groźbami osób skonfliktowanych z Kasą
Krajową SKOK były wiarygodne i oddalił w całości pozew powiązanej z
działaczami PIS Centrali SKOK, która domagała się kilkustronicowych
przeprosin od "Gazety" i osób opisanych w reportażu. Sąd stwierdził,
że autorzy publikacji zachowali rzetelność i staranność dziennikarską,
a ich dowody i źródła są wiarygodne

35. Sąd Rejonowy w Szczecinie orzekł, że Małgorzata Jacyna-Witt, radna
i przewodnicząca klubu PiS w sejmiku województwa zachodniopomorskiego,
musi przeprosić prezydenta Szczecina Piotra Krzystka z PO za to, że podczas
konferencji prasowej w kwietniu 2009 r. powiedziała między innymi,
że "prezydent próbuje przekonać, że nie jest oszustem,tylko głupkiem"
i że jest "niezłym cwaniakiem" oraz zarzuciła mu kradzież mieszkania.

36. Sąd Okręgowy w Warszwie wydał wyrok w sprawie pozwu sztabu
Jarosława Kaczyńskiego przeciwko sztabowi Bronisława Komorowskiego,
w którym sztab Jarosława Kaczyńskiego domagał się przeprosin za
wypowiedź, w której Bronisław Komorowski mówił między innymi, że
chciałby "przestrzec przed kłamstwem uprawianym regularnie w ramach
kampanii wyborczej, chciał przestrzec kolegów z PiS: nie róbcie tego
rodzaju świństwa". Sąd oddalił pozew sztabu Jarosława Kaczyńskiego
i orzekł, że Bronisław Komorowski nie musi przepraszać, gdyż "sporna
wypowiedź zawierała informację nieprawdziwą, więc Bronisław
Komorowski miał podstawy by nazwać ją kłamstwem".

37. Gdański sąd oddalił powództwo Jacka Kurskiego, który domagał się
przeprosin od prezydenta Sopotu, Jacka Karnowskiego, za jego wypowiedź,
że Jacek Kurski kupił swoją leśniczówkę za bezcen i że dobrze by było,
gdyby CBA zajęło się tą sprawą. 14.04.2011 - Sąd Rejonowy w Gdańsku
odrzucił apelację Jacka Kurskiego uznając, że w świetle zgromadzonych
materiałów, w szczególności operatu szacunkowego dotyczącego leśniczówki,
Jacek Karnowski mógł sformułować taką ocenną wypowiedź i w związku
z tym nie musi przepraszać powoda.

38. Sąd Apelacyjny w Gdańsku orzekł, że Wyszkowski musi przeprosić Lecha
Wałęsę za nazwanie go współpracownikiem SB uznając, że "Wyszkowski
nie przedstawił wystarczających dowodów, aby zarzucić Wałęsie agenturalną
przeszłość" i nakazał mu opublikowanie w popołudniowym paśmie TVP 2
oraz w "Faktach" TVN przeprosin.

39. Elżbieta Jakubiak wyrokiem sądu została zobowiązana do publikacji
przeprosin za naruszenie dóbr osobistych, dobrego imienia i wiarygodności
TVN oraz do przekazania 20 tys. złotych na rzecz Warszawskiego Hospicjum
dla Dzieci. W marcu 2010 posłanka PiS zarzuciła stacji TVN,
że jest w relacji biznesowej, w rezultacie której ma dostać pół
miliarda na stadion w Warszawie, a jako nadawca popiera jedną z sił politycznych.

40. Sąd Apelacyjny w Warszawie prawomocnie orzekł, że Antoni Macierewicz
ma przeprosić ITI za swe słowa z 2007 r. o związkach tej spółki z wojskowymi
służbami specjalnymi PRL i o finansowaniu jej ze środków FOZZ. Sąd uznał,
że pozwany nie wykazał prawdziwości swych słów

41. Sąd Apelacyjny w Warszawie orzekł prawomocnie, że Antoni Macierewicz ma
przeprosić szefa ABW Krzysztofa Bondaryka za nazwanie w 2009 roku
"kryminalną sytuacją" pobierania przez niego pieniędzy od operatora telefonii
komórkowej z zakazu konkurencji.

42. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że Jarosław Marek Rymkiewicz
ma przeprosić wydawcę "Gazety Wyborczej" za swoje słowa między innymi
o tym, że redaktorzy "GW" nienawidzą Polski i chrześcijaństwa

43. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że dziennikarze "Gazety Wyborczej"
nie muszą przepraszać Jacka Kurskiego za artykuły o leśniczówce,
w których opisali, jak to ówczesny wicemarszałek województwa pomorskiego
kupił budynek po zaniżonej cenie.

44. Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu w trybie wyborczym orzekł, że poseł
PiS Krzysztof Popiołek ma w ciągu 48 godzin przeprosić posłankę PO
Krystynę Skowrońską na łamach mieleckiego tygodnika "Korso" oraz
wpłacić 10 tys. zł na rzecz Stowarzyszenia Chorych na Stwardnienie
Rozsiane w Mielcu, za podanie nieprawdziwych informacji we wrześniowym
biuletynie partyjnym Ruchu Oporu "Kurier Wyborczy". Sprawa dotyczyła
artykułu "Otwarcie rynku, totalna klapa", w którym Popiołek napisał,
że Skowrońska nie wspierała inwestycji przeciwpowodziowych w regionie,
opowiadała się między innymi za niekaraniem posiadaczy narkotyków,
oraz że "posłanka Skowrońska wyręczała w odpowiedzi ministrów
rządu Tuska przy tym kłamiąc".

45. Sąd Okręgowy w Lublinie orzekł, że radna PiS Elżbieta Dados ma
przeprosić strażnika Straży Miejskiej w Lublinie, za publiczne nieprawdziwe
oskarżenia pod jego adresem.

46. Warszawski sąd okręgowy zakazał posłance PiS Jolancie Szczypińskiej
rozpowszechniania nieprawdziwej informacji, jakoby PO nie miała
programu. Szczypińska ma też sprostować tę informację
poprzez opublikowanie w TVP INFO oświadczenia w ciągu 48 godzin
od uprawomocnienia się orzeczenia.

47. Sąd Okręgowy w Warszawie orzekł, że PiS musi przeprosić Platformę
Obywatelską za wypowiedzi na temat kampanii PO „Polska w budowie”.
Sąd nakazał rzecznikowi PiS Adamowi Hofmanowi, szefowi sztabu PiS
Tomaszowi Porębie i komitetowi wyborczemu PiS sprostowanie na antenie
TVN24 oraz wpłacenie 10 tys. zł na hospicjum w Krakowie.

48. Zbigniew Ziobro przegrał proces z Grzegorzem Schetyną i musi przeprosić
go za nazwanie "ciemną postacią Platformy", która odpowiada za
nasyłanie służb specjalnych na opozycję. Przeprosiny mają się znaleźć
w GW, Radiu ZET i Radiu Maryja. Ma też Ziobro zapłacić 30 tys. zł na rzecz fundacji.

49. Krakowski sąd zdecydował, że były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro
musi przeprosić doktora Mirosława G. za słowa " już nikt nigdy przez tego
pana życia pozbawiony nie będzie" wypowiedziane na konferencji prasowej
po zatrzymaniu lekarza przez CBA

sobota, 10 listopada 2012

PiSprawda

Od tygodnia jesteśmy w oparach absurdu. Tydzień temu "Rzeczpospolita" napisała, że na wraku tupolewa znaleziono trotyl i nitroglicerynę. Okazało się to nieprawdą. Choć zanim się okazało, prezes PiS powiedział, że zamordowano 96 osób, że to niesłychana zbrodnia, a rząd odpowiada za poplecznictwo lub mataczenie, ewentualnie za jedno i drugie.
Gdy okazało się, że trotylu ani nitrogliceryny nie znaleziono, redakcja napisała, że się pomyliła, ale potem słowa "pomyliliśmy się" z oświadczenia wypadły.

Oczywiście nie wchodziło w grę stwierdzenie przez Jarosława Kaczyńskiego, że się pomylił. Z bardzo prostego względu. On się nie myli. Gdy prezes dowiedział się, że redakcja się wycofuje z tego co napisała, prezes powiedział, że on się nie wycofuje. Dlaczego? Bo ma swoje źródło. Jakie? Nie powie. Dlaczego? Bo mamy do czynienia z serią niby - samobójstw, źródło byłoby więc zagrożone. Gdy prezesa spytano co on na oświadczenie gazety, powiedział, że świadczy ono o stanie mediów w Polsce.

Ta antylogika jest absolutnie obezwładniająca. Zgodnie z nią można powiedzieć absolutnie każdą bzdurę, bo korzysta się w ten sposób z wolności słowa. Źródeł ujawniać nie tylko nie trzeba, ale nawet nie można, bo źródłom grozi śmierć. Wycofywać się ze bzdur nie można, bo byłoby to niepatriotyczne.

Słucham to i mam, jak pewnie bardzo wielu Polaków, poczucie absolutnej bezradności. Z drugiej strony skłamałbym mówiąc, że jestem zaszokowany. Prezes i jego zwolennicy, nasi patrioci i przedstawiciele sił niepodległościowych, już ponad 20 lat przyzwyczajają nas do takich myślowych wygibasów, że jeden więcej, jeden mniej, nie robi różnicy.

1. Bracia Kaczyńscy brali udział w obradach Okrągłego Stołu. Ale gdy w wyniku tych obrad władzę przejęła "Solidarność", ale nie oni, okazało się, że Okrągły Stół był aktem zdrady.

2. Bracia Kaczyńscy przekonywali, że rząd Mazowieckiego skumał się z komunistami, a dla unicestwienia tej zmowy niezbędne jest polityczne przyspieszenie i zdobycie władzy przez Lecha Wałęsę. Gdy Wałęsa został prezydentem, ale nie jadł Kaczyńskim z ręki, okazało się, że jest zdrajcą i agentem.

3. W 1995 roku, Jarosław Kaczyński, zaciekły antykomunista, pił wino, gdy okazało się, że zgodnie z jego życzeniami, Aleksander Kwaśniewski pokonał w wyborach Wałęsę.

4. W 2004 roku Jarosław Kaczyński oświadczył, że Polska to Rywinland, ale Polska będzie Polską, gdy tylko zdobędzie władzę. Gdy ją zdobył okazało się, że walka z kontrrewolucją musi potrwać.

5. W 2005 roku Jarosław Kaczyński nie pił już wina za Kwaśniewskiego. Powiedział, że teczka Kwaśniewskiego jest w Moskwie, czyli był on agentem SB albo agentem Moskwy albo jednym i drugim.

6. Na początku pierwszej dekady obecnego stulecia Kaczyński mówił, że Samoobrona to partia stworzona przez SB. W 2006 roku szef partii stworzonej przez SB został wicepremierem, a jego partia koalicjantem PIS.

7. W 2005 roku Kaczyński powiedział, że nie zostanie premierem, bo Polacy nie zaakceptują braci bliźniaków na dwóch najważniejszych stanowiskach w państwie. W 2006 roku zmienił zdanie, usuwając ze stanowiska, jak sam mówił wcześniej "najlepszego z premierów", czyli Kazimierza Marcinkiewicza.

8. W 2005 roku Kaczyński powiedział, że Polską rządzi układ. Dwuletnie poszukiwanie układu doprowadziło do sukcesów - do śmierci Barbary Blidy. Wykryto też przedstawiciela układu - szefa MSWiA, ministra w rządzie PiS, Janusza Kaczmarka.

9. W 2010 roku prezes Kaczyński tuż przed wyborami prezydenckimi złagodniał. Po wyborach oświadczył, bo był na proszkach.

11. W następnych latach "łagodniał" jeszcze kilka razy. Nie wiadomo czy na proszkach, wiadomo, że na krótko.

12. Ostatnio prezes odkrył zamach, tak jak wcześniej odkrył, że Polska to kondominium.

To tylko kilka z przykładów. Nie ma takiej rzeczy i takiej obrazy logiki, której prezes Kaczyński by się nie dopuścił, ale ma on poczucie absolutnej bezkarności. I słusznie! Już tyle lat robi w konia Polaków i wszystko mu uchodzi. Już tyle razy traktował ludzi jak kompletnych imbecyli, a jego elektorat uważa, że "nic się nie stało". Jedzie więc dalej, jazda bez trzymanki trwa.

Niektórym, jak słyszę, nie podobała się ostatnia okładka "Newsweeka". Trudno, ktoś musi mieć odwagę, by jednak białe uznać za białe, a czarne za czarne, by jednak rzeczy nazywać po imieniu, zanim będzie za późno, by nie traktować polityka ubiegającego się o władzę jak rozkapryszonego brzdąca, ale człowieka groźnego tak po prostu, by nie dać się szantażować, że zostanie się nazwanym agentem, kapusiem, bydlakiem i kimkolwiek jeszcze.

Poza wszystkim innym skorzystał "Newsweek" z wolności słowa, która prezes wspierał, wspiera i będzie wspierał.

Z moich informacji wynika, że w najbliższym czasie prezes wypowie wiele słów podłych, padnie wiele oskarżeń poniżej pasa i wiele stwierdzeń urągających elementarnej logice. Mam na to aż cztery źródła. Jakie? Nie powiem. Dlaczego? Bo się boją. Czego? Że zginą. Skąd te obawy? Bo Polska to "zewnętrzna dyktatura". Prawda, że ostatni akapit to jedna wielka brednia? A skąd!
To tylko parafraza.

ŻRÓDŁO

wtorek, 30 października 2012

Kto organizował lot do Smoleńska?

Warszawa, 5 marca 2010

Pan Bronisław Komorowski
Marszałek Sejmu RP

Z upoważnienia Pana Prezydenta RP pragnę poinformować, że na uroczystości 70 rocznicy zbrodni katyńskiej w dniu 10.04.2010 w Katyniu Kancelaria Prezydenta RP organizuje przelot samolotu specjalnego. Obok Pana Prezydenta, w skład wchodzą przedstawiciele rodzin katyńskich, wojska, duchowieństwo, osoby zaproszone przez Pana Prezydenta. Liczba miejsc w samolocie jest ograniczona. Odpowiadając jednak na prośbę Pana Marszałka proponuje udostępnienie miejsc w samolocie dla 12 przedstawicieli parlamentu, po trzech z każdego klubu. W związku z koniecznością prowadzenia dalszych prac organizacyjnych proszę o przekazanie listy osób zgłoszonych na uroczystości.

Władysław Stasiak

środa, 12 września 2012

Przemysław Wipler: bigos w głowie i brak zasad moralnych

Parę razy ciepło wspomniałem o Wiplerze, bo jak na posła PiS ma dość rynkowe poglądy. Do czasu, gdy wczytałem się dokładnie w to, co on mówi.

Niewątpliwie ma jedną – raczej rzadką u polityków – zaletę: szczerość. Czasami jest to szczerość zdumiewająca. Jak z wyobrażeń przeciętnego sympatyka PiS o „aferałach”.

Oto jego radiowa (dla TOK FM) wypowiedź przed ubiegłorocznymi wyborami parlamentarnymi: „Przez szereg lat w najlepszych polskich firmach, nie chwaląc się, doradzałem w tym, żeby nie płacić podatków w Polsce (…)podatki w Polsce płacą trzy grupy: ludzie biedni, twardzi patrioci ispółki skarbu państwa”.

To jednak tylko drobny grzeszek wobec tego wyznania (podczas IV Kongresu Republikańskiego, 9 kwietnia 2011): „Drugim moim doświadczeniem takim anegdotycznym była sytuacja, w której złamaliśmy wszelkie przepisy, ale przyznam się do tego i to publicznie, ponieważ wszystko się przedawniło. Jako student postanowiłem z kolegami, że będziemy prowadzić biuro obrotu nieruchomościami, co jest działalnością licencjonowaną. Więc uznaliśmy to, obeszliśmy jako cwani prawnicy, że zamiast tego będziemy sprzedawać informację o dostępnych lokalach. No dobra, później mieliśmy założyć spółkę cywilną, ale po wprowadzeniu za rządów AWS-u nowej ustawy o działalności gospodarczej, okazało się że każdy ze wspólników musi być ZUS-owcem, więc uznaliśmy, że to będzie tragedia i że na ZUS nam nie zarobimy. Zbyt duże jest ryzyko, że na ZUS nie zarobimy. Założymy to na ojca naszego kolegi, któremu rozszerzymy zakres PKD. No i trzeci przepis, który już ordynarnie złamaliśmy to jest przepis, że prowadziliśmy tę działalność w siedzibie partii politycznej Unia Polityki Realnej, w której nic się nie działo były wakacje, sierpień, wrzesień. Korwin-Mikke tylko powiedział: wiecie, że my nie możemy tego lokalu, bo to jest lokal z miasta, na działalność gospodarczą. Tak, tak wiemy. I to był okres bonanzy – moich pierwszych dużych doświadczeń jako przedsiębiorcy.

Ciekawe, dlaczego człowiek z takim podejściem do uczciwości postanowił zostać posłem akurat Prawa i Sprawiedliwości? Może dlatego, że był wtedy dyrektorem departamentu w ministerstwie, a akurat rządziło właśnie PiS? A może uznał, że tam pasuje najbardziej? A może jedno i drugie?

Drugą dominującą cechą Przemysława Wiplera jest umiejętność godzenia kompletnie sprzecznych poglądów. Tu akurat świetnie pasuje do swoich partyjnych towarzyszy, ale i tak wyróżnia się na tle przeciętnej.

W „Liście do koleżanek i kolegów z Nowej Prawicy i UPR” (http://wpolityce.pl/artykuly/16010-list-do-kolezanek-i-kolegow-z-upr-i-nowej-prawicy-nie-popre-zadnej-propozycji-ustawy-podnoszacej-opodatkowanie) opublikowanym (07.10.2011) po decyzji o kandydowaniu do Sejmu napisał: „Nie poprę żadnej propozycji ustawy podnoszącej opodatkowanie naszej pracy ani konsumpcji. Będę inicjował i wspierał aktywnie wszelkie działania mające na celu zmniejszenie ilości naszych pieniędzy wydawanych przez urzędników i zmniejszenie zakresu ich ingerencji w nasze życie”. Jakoś nie przeszkadza mu to w poparciu opodatkowania – i to obrotów, a nie zysku – sklepów: „»Chcemy wprowadzić próg, np. podobnie jak na Węgrzech – 2 mln euro rocznego obrotu, do którego firma będzie z podatku zwolniona. Powyżej niego byłby to 1 proc. od finalnego obrotu«” – mówi poseł PiS Przemysław Wipler, który przewodniczył zespołowi opracowującemu projekt ustawy” (Rzeczpospolita, 31.12.2011).

Wipler domaga się wprowadzenia kolejnego urzędu kontrolującego… inne urzędy (06.06.2012. w klubie „Piwnica pod Harendą”: „Młody poseł PiS mówił m.in. o konieczności powołania instytucji Rzecznika Praw Podatnika. – Obecnie nie ma w administracji polskiej takiego urzędu, który na bieżąco monitorowałby działania ministra finansów, aparatu skarbowego, sądów administracyjnych orzekających w sprawach podatków – zauważył Wipler”), głosząc jednocześnie takie poglądy: „Pisałem pracę magisterską o libertarianiźmie (…) nie miałbym serca dla takich działań, gdybym uważał, że remedium na chore państwo jest rozrost jego agend i większa kontrola nad urzędami” (korespondent.pl, 29.08.2005).

Najwyraźniej tę sprzeczność w poglądach widać tam, gdzie dochodzi do zderzenia osobistych interesów Wiplera i oficjalnych poglądów politycznych. Zgadnijcie, co bierze górę? Gdyby zagadka była za trudna, zamieszczam drobną podpowiedź.

Chronologicznie, nadzieję na sukces upatruję w poparciu przez: studentów i absolwentów wydziału prawa UW (byłem przewodniczącym zarządu samorządu wydziału), kolegów i koleżanek z KoLibra, byłych członków UPR, czytelników Najwyższego Czasu (prawie dwa lata pracowałem w redakcji i publikowałem regularnie teksty), taksówkarzy (pomagałem im merytorycznie podczas strajków przeciwko montowaniu kas fiskalnych)” (korespondent.pl, 29.08.2005).

Bez silnych stowarzyszeń, fundacji, obywatelskich mediów – sferę publiczną zawłaszczają osoby i grupy interesów gotowe wykładać środki i podejmować walkę o korzystny dla siebie kształt prawa. W konsekwencji prawo to zabezpiecza interesy tych grup co do zasady kosztem dobra wspólnego. Efektem całościowego procesu jest korporacyjne ukształtowanie życia publicznego – powstawanie kolejnych zamkniętych grup zawodowych niepoddanych realnej zewnętrznej kontroli, ustanawianie przywilejów grupowych czy wreszcie uwłaszczanie się całych (czasem bardzo nielicznych) grup osób i podmiotów nie tylko na mieniu publicznym, ale wręcz na stałych transferach do ich kieszeni podatków i innych danin publicznych” (Niezależna Gazeta Obywatelska, 15.02.2011).

I na koniec prawdziwa perełka: połączenie szczerości i niezmiernie dobrego mniemania o sobie: „Podstawowy problem, który mamy z wolnością gospodarczą to jest problem z politykami, z politycznością (…) na marginesie powiem, jest to strasznie absurdalne przykład ministra Wilczka i to, że został wypromowany na takiego promotora wolności gospodarczej, ojca wolności gospodarczej - jest dla mnie jedną z miar patologii III Rzeczpospolitej. Apogeum dla mnie było to, że kandydat na prezydenta RP Jarosław Kaczyński został wpuszczony przez swoich doradców i podczas debaty prezydenckiej przytaczał, że trzeba wprowadzić ustawę Wilczka (IV Kongres Republikański, 9 kwietnia 2011).

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że ten wpuszczany przez swoich doradców Jarosław Kaczyński wreszcie zmądrzeje i zacznie się słuchać przede wszystkim Przemysława Wiplera.

Jerzy Skoczylas


LINK

wtorek, 17 lipca 2012

Kuzyn prezydenta na trzech etatach. Wypych: Kaczyński nie zatrudnia rodziny

Kuzyn braci Kaczyńskich zarabiał ponad 30 tys. zł. Był zatrudniony na aż trzech pełnych etatach na raz. Pracował w TVP (8 tys. zł), miejskich wodociągach (5-6 tys. zł) i Orlenie (18 tys. zł.). Prezydencki minister Paweł Wypych nie wierzy, "żeby prezydent Kaczyński miał cokolwiek wspólnego z zatrudnianiem rodziny".

- Jeśli okazało się, że dostał pracę ze względu na bycie kuzynem prezydenta, to jest to skrajny nepotyzm. Apeluję do prezydenta, żeby takich rzeczy nie robił - tak sprawę Jana Maria Tomaszewskiego komentował w Radiu ZET Ryszard Kalisz z SLD.

Więcej niż prezydent

O nieznanym plastyku napisał "Dziennik Gazeta Prawna". Brat cioteczny prezydenta "jednocześnie miał posady w: stołecznych wodociągach (już tam nie pracuje) zarabiał 5-6 tys. zł brutto, w TVP (8 tys. plus premie), w Orlenie około 18 tys. W sumie ponad 30 tys., czyli więcej niż Lech Kaczyński.

Tomaszewski pracował więc na trzech pełnych etatach jednocześnie. Do tego w branżach egzotycznych z punktu widzenia jego kwalifikacji.

Kuzyn od wszystkiego

W warszawskich wodociągach Tomaszewski popisał się niecodziennymi pomysłami na promocję przedsiębiorstwa. Plastyk planował budowę specjalnej kurtyny wodnej do widowisk światło-dźwięk. Instalacje przeszklonych wind i taras widokowy. Pracownicy wodociągów zgodnie powtarzają, że projekty były "niezwykle kosztowne i trudne w realizacji".

Stanowisko miał mu załatwić związany z PiS Stanisław Bortkiewicz, ochrzczony przez prasę "supermanem Kaczyńskich".

- Sam pan Tomaszewski był trudny do uchwycenia. Nawet przez komórkę. Rzadko pojawiał się w pracy - tłumaczy dziennikarzom gazety Joanna Korzeniowska z Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji. Mimo to zarabiał 2-3 tys. zł więcej niż inni pracownicy na tych samych stanowiskach.

Zatrudniony, nieobecny

W kwietniu 2007 r. prezesem TVP został Andrzej Urbański, były szef kancelarii prezydenta Kaczyńskiego - czytamy. Niedługo potem Tomaszewski został zatrudniony w dziale kadr TVP.

Wiadomo, że zarabiał 8 tys. zł. plus premie motywacyjne. Kuzyn dostał także posadę doradcy prezesa Orlenu. Pensja: 18 tys. zł. W Orlenie Tomaszewski znowuż popisał się odlotowymi pomysłami. Pracował nad wyświetlaniem reklam koncernu na... chmurach. W tym celu chciał ściągnąć speców z Australii.

O pomysłach plastyka wspomina Piotr Kownacki, były szef Kancelarii Prezydenta i były prezes Orlenu. - Zadzwonił do mnie w czasie długiego weekendu i zaproponował kupno tronu Augusta Mocnego - wspomina.

"Chcieli wykorzystać talent Tomaszewskiego"

Doniesieniom gazety nie dowierza prezydencki minister Paweł Wypych. - Nie sądzę, żeby prezydent Kaczyński miał cokolwiek wspólnego z zatrudnianiem rodziny - zapewniał w TVN24 polityk.

- To także pytanie do szefów firm, co skłoniło ich do zatrudniania. Może chęć wykorzystania talentów tego pana jako artysty, jako architekta - dodał.

Źródło

niedziela, 15 lipca 2012

Kto zdradza L. Kaczyńskiego o świcie, przy obiedzie i wieczorem

Zagadka pierwsza – co robiło stu posłów PiS w Smoleńsku, 10 kwietnia 2010 roku, w trzy godziny po tragedii? Odpowiedź – jedli obiad. Nie wierzycie Państwo? To się ich zapytajcie. Po tym, jak już się pomodlili za zmarłych i oddali im część, udali się do restauracji, żeby zjeść obiad. Głównym zaganiającym do autobusów i zachęcającym do jak najszybszego wyjazdu ze Smoleńska, był Antoni Macierewicz. Nie potrafię zgadnąć dlaczego setka polskich parlamentarzystów, posiadających paszporty dyplomatyczne, mających immunitety, nie przebiegła tych kilka kilometrów, które dzieliły ich od miejsca katastrofy, i nie pomagała ekipom ratunkowym w akcji. Dlaczego nie pobiegli tam i nie zabezpieczali terenu? Dlaczego nie fotografowali miejsca tragedii? Dlaczego dali się, jak barany, zamknąć w autobusach i zawieźć na obiad? Mam do nich tylko jedno pytanie – smakowało?

A teraz druga zagadka? Kto i w jakim czasopiśmie określił w tym tygodniu Lecha Kaczyńskiego takimi oto słowami – „był żenującym przez swe gafy, lapsusy czy komiczność wystąpień telewizyjnych, z recytatorsko – deklamacyjnym mruczandem i z łapkami Gucia – Pucia trzymanymi przed sobą w manierze szkolnej prymuski.” I dalej: „wypiął” się na obchody rzezi wołyńskiej, bo „akurat podlizywaliśmy się haniebnie probanderowskim Ukraińcom”. Ten sam autor w tym samym tygodniu, parę akapitów dalej, przyznaje rację księdzu Isakowiczowi-Zalewskiemu, kiedy pisał, że „Prezydent Lech Kaczyński dla mnie ikoną nie jest (…) Nie był mężem stanu, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, nie wykorzystał siły swej prezydentury (…) Miał masę fatalnych posunięć (…) Nie sądzę, że powinien spoczywać na Wawelu”. Nie, to nie jest redaktor Maziarski w Newsweeku, to także nie jest Tomasz Wołek w „Gazecie Wyborczej”. Te słowa napisał Waldemar Łysiak w tygodniku niepokornych pod tytułem „Uważam Rze”. Chciałbym się zapytać, czy w przyszłym tygodniu mają zamiar niepokorni opublikować coś obrzydliwego o ojcu Kaczyńskich? A może coś o Marii Kaczyńskiej – że też nie powinna spoczywać na Wawelu? A może zamówicie i zapłacicie za artykuł Januszowi Palikotowi o Przemysławie Gosiewskim? Dlaczego nie? Jak opublikowaliście ten atak na Lecha, to dlaczego nie macie uderzyć w osoby pomniejsze politycznie? Może jeszcze raz oddacie swoje szpalty Łysiakowi?

Trzecia zagadka – kto w ostatnim czasie mówił o konieczności rewizji polityki zagranicznej Lecha Kaczyńskiego? Kto z polskiej klasy politycznej, w zeszłym miesiącu, chciał odebrania Ukrainie możliwości organizowania ME w piłce i przeniesienia ich do Niemiec? Kto przyłączył się do głównego nurtu polityki europejskiej i wraz z nim robił wszystko, by Ukraińcy nigdy już nie mieli szansy na członkostwo u UE ? Nie, to nie był Radosław Sikorski. Nie, to także nie byli Bronisław Komorowski i Donald Tusk (cała trójka aktywnie wspierała naszych ukraińskich partnerów). Tym kimś był Jarosław Kaczyński – brat tragicznie zmarłego Lecha Kaczyńskiego, twórcy polityki określanej jako „jagiellońska”.

W związku z powyższym mam prośbę do polityków PiS, do redaktorów niepokornych oraz do samego Jarosława Kaczyńskiego – nigdy, ale to już naprawdę nigdy, nie powołujcie się na dziedzictwo Lecha Kaczyńskiego, nie rezerwujcie sobie prawa do niego, nie biczujcie wszystkich swoim bólem i przywiązaniem do byłego prezydenta. Bo zdradziliście go i zdradzacie – o świcie, przy obiedzie i wieczorem


Żródło

sobota, 21 kwietnia 2012

Wyższa Kultura wg. PiS-dzielstwa

Wolność słowa w PiS ! ! !

Dzicz przed Pałacem kurwy spierdalać

Kempa szczuje Mularczykiem Tuska

Krzysztof Łoziński: Ekspert… od bredni

2012-04-17. Od kilku dni poli­tycy PiS (Kaczyń­ski, Giżyń­ski i inni) otwar­cie gło­szą nie­po­partą żad­nymi dowo­dami (chyba, że uznać za takie para­no­iczne uro­je­nia) tezę, nawet pew­ność, iż kata­strofa pre­zy­denc­kiego Tupo­lewa była zama­chem. Naj­now­sza wer­sja tych bredni głosi, że były dwa wybu­chy. Dziwne wybu­chy, któ­rych nie widział i nie sły­szał żaden świa­dek, nie zare­je­stro­wały ich żadne przy­rządy, a na wraku nie zostały żadne ślady che­miczne. Na pod­sta­wie tej tezy poseł Giżyń­ski oświad­czył wprost, że „kola­bo­ran­tem Moskwy i zdrajcą jest pre­mier Donald Tusk”, zaś Jaro­sław Kaczyń­ski grzmiał, że Donald Tusk znaj­dzie się na liście hańby naro­do­wej. Pominę roz­wa­ża­nia na temat bez­den­nego cham­stwa obu panów. Pomówmy o ich głupocie.

Na czym oparte są te schi­zo­fre­niczne teo­rie o bez­śla­do­wym zama­chu i samo­lo­cie co ścina brzozy i leci dalej? Na prze­dziw­nej eks­per­ty­zie Wie­sława Biniendy przed­sta­wia­nego jako „pro­fe­sor fizyki pra­cu­jący w USA, eks­pert NASA”. Dziwi mnie, czemu nikt z dzien­ni­ka­rzy nie zain­te­re­so­wał się dotąd, kim naprawdę jest Wie­sław K. Binienda, bo według moich usta­leń, nie jest ani pro­fe­so­rem w pol­skim tego słowa zna­cze­niu, ani fizy­kiem, ani eks­per­tem NASA i obec­nie wcale w NASA nie pra­cuje. Jedyne z tej wizy­tówki, co jest prawdą, to to, iż pra­cuje w USA.

Od początku zwró­ciło moją uwagę to, że czło­wiek przed­sta­wiany jako pro­fe­sor fizyki z USA wyga­duje, na temat fizyki wła­śnie, takie bzdury, iż nie powi­nien nie tylko uzy­skać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jed­no­cze­śnie używa skom­pli­ko­wa­nych pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych do obli­cze­nia wytrzy­ma­ło­ści brzozy i skrzy­dła samo­lotu, nie zna­jąc dokład­nej budowy tego skrzy­dła, wymia­rów, prze­kroi, mate­ria­łów, kształtu pro­fili kon­struk­cji… Jakim cudem fizyk, może obli­czać wytrzy­ma­łość cze­goś, o czym nie wie, jak jest zbu­do­wane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna róż­nica w kształ­cie pro­filu i w skła­dzie stopu, z któ­rego jest wyko­nany, może rady­kal­nie zmie­niać jego wła­ści­wo­ści? Co to za fizyk, który nie wie, że w przy­padku pro­wa­dze­nia obli­czeń, w któ­rych dane wyj­ściowe znane są w przy­bli­że­niu (Binienda ani PiS nie mają doku­men­ta­cji tech­nicz­nej tego samo­lotu), nastę­puje zja­wi­sko mno­że­nia błędu i błąd koń­cowy może nawet prze­kro­czyć sto pro­cent uzy­ska­nego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teo­ria jest błędna, jeśli prze­czą jej fakty empi­ryczne (brzoza została zła­mana, a skrzy­dło odpa­dło, więc wszel­kie teo­rie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie ude­rzyło w brzozę, są do bani i już)?

Zaczą­łem szu­kać. Naj­pierw zna­la­złem list otwarty w „Kon­tra­tek­stach”, o któ­rym już nie pamię­ta­łem. Jest to „Pety­cja w spra­wie dys­kry­mi­na­cji oby­wa­teli pol­skich” z dnia 13 stycz­nia 2008, w któ­rej grupa sygna­ta­riu­szy użala się, iż nie mogą być zatrud­niani na pol­skich uczel­niach, bo pra­cują za gra­nicą, gdzie nie ist­nieje habi­li­ta­cja i sto­pień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrud­nie­nia potrzebna jest habi­li­ta­cja lub „znaczne i twór­cze osią­gnię­cia w pracy nauko­wej”. Jed­nym z sygna­ta­riu­szy jest: „Wie­sław K. Binienda, The Uni­ver­sity of Akron, Akron, OH, USA”.

A to ci dopiero! Pro­fe­sor fizyki, Wie­sław Binienda, jak sam uważa, nie ma habi­li­ta­cji oraz „znacz­nych i twór­czych osią­gnięć w pracy nauko­wej”. Zazna­czam, to nie ja tak uwa­żam, to on sam się pod tym podpisał.

No to szpe­ramy dalej i… bingo! Wie­sław Binienda ukoń­czył w 1980 roku Wydział Samo­cho­dów i Maszyn Robo­czych Poli­tech­niki War­szaw­skiej. Nie jest więc fizy­kiem, tylko inży­nie­rem od samo­cho­dów i trak­to­rów. Fizyki nie stu­dio­wał, przy­naj­mniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).

No dobrze, a może nauczył się póź­niej? W końcu ja też nie stu­dio­wa­łem dzien­ni­kar­stwa i poli­to­lo­gii, a od 30 lat się tym zaj­muję, tylko wła­śnie mate­ma­tykę i fizykę. Czemu więc odma­wiać prawa bycia fizy­kiem Binien­dzie? A no temu, że z jego publicz­nych wypo­wie­dzi wyziera kom­pro­mi­tu­jący wręcz brak zna­jo­mo­ści ele­men­tar­nych praw fizyki i to takich ze szkoły śred­niej (o tym dalej).

A jak to jest z tym pro­fe­so­rem? W sys­te­mie ame­ry­kań­skim słowo „pro­fe­sor” nie ozna­cza stop­nia nauko­wego, tylko etat wykła­dowcy na uczelni. W zna­cze­niu ame­ry­kań­skim Binienda pro­fe­so­rem jest, bo rze­czy­wi­ście pra­cuje w Cole­gium of Engi­ne­ering (Szkole Inży­nier­skiej) Uni­ver­sity of Akron, w Akron w sta­nie Ohio. Po angiel­sku brzmi to nie­mal jak Oxford lub Sor­bona, ale jest to typowa pro­win­cjo­nalna szkółka pry­watna, która w ame­ry­kań­skich ran­kin­gach wyż­szych uczelni nawet nie jest noto­wana (a przy­naj­mniej nie zna­la­złem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym pol­skie Skier­nie­wice, choć pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców, to co naj­mniej Radom. Nie wiel­kość mia­sta jest tu jed­nak istotna (Ber­ke­ley to też nie gigant, a uczel­nia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kole­gów fizy­ków spy­tał, to o ośrodku badaw­czym fizyki w Akron nie słyszał.

Owszem, w języku angiel­skim, w USA, Binienda ma prawo uży­wać tytułu „pro­fe­sor”, ale źle jest, jeśli prze­nosi ten tytuł do Pol­ski i nie pro­te­stuje, gdy na kon­fe­ren­cjach PiS przed­sta­wiany jest jako „pro­fe­sor fizyki”. Uczci­wie powi­nien powie­dzieć: - Sorry, nie jestem fizy­kiem i pro­fe­so­rem, jestem inży­nie­rem i mam tylko dok­to­rat. I nikt by nie miał do niego pre­ten­sji. Ale wyko­rzy­sty­wa­nie w Pol­sce tego, że słowo pro­fe­sor po angiel­sku zna­czy co innego, niż po pol­sku, jest po pro­stu nie­uczciwe. Podob­nie jest ze sło­wem „stu­dent”, które po angiel­sku ozna­cza ucznia, a nie stu­denta, a mimo to ucznio­wie ame­ry­kań­skich szkół śred­nich nie twier­dzą w Pol­sce, że są stu­den­tami wyż­szych uczelni. Dok­tor inży­nier na pewno nie jest pro­fe­so­rem dok­to­rem habi­li­to­wa­nym fizyki, więc niech tako­wego nie udaje.

Kim zatem jest Wie­sław Binienda w tej Szkole Inży­nier­skiej (Cole­gium of Engi­ne­ering) Uni­wer­sy­tetu w Acron? Jest dzie­ka­nem Depart­ment of Civil Engi­ne­ering, co po prze­tłu­ma­cze­niu na język pol­ski ozna­cza Wydział Inży­nie­rii Lądo­wej i Wod­nej (civil engi­ne­ering – inży­nie­ria lądowa i wodna; słow­nik angielsko-polski).

Reasu­mu­jąc: Wie­sław K. Binienda nie jest ame­ry­kań­skim odpo­wied­ni­kiem pro­fe­sora na Wydziale Fizyki Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, tylko inży­nie­rem dok­to­rem, dzie­ka­nem Wydziału Inży­nie­rii Lądo­wej na ame­ry­kań­skim odpo­wied­niku Wyż­szej Szkoły Inży­nier­skiej w Rado­miu. Nie mam nic prze­ciw WSI w Rado­miu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.

I tu zaczyna być coraz dziw­niej. Dzie­kan inży­nie­rii lądo­wej twier­dzi, że „brzoza to mięk­kie drewno”. To pan inży­nier dzie­kan nie wie o ist­nie­niu tablic wytrzy­ma­ło­ści mate­ria­łów uży­wa­nych przez inży­nie­rów budow­la­nych? Ja bez trudu zna­la­złem odpo­wied­nia tabelę twar­do­ści drewna:

Twar­dość drewna w MPa

  • świerk 27 MPa,
  • sosna 30 MPa,
  • jodła 30 MPa,
  • modrzew 38 MPa,
  • brzoza 49 MPa,
  • jesion 56 MPa,
  • dąb 60 MPa.

Jak widać z przy­to­czo­nych danych, twar­dość drewna brzo­zo­wego jest tylko nie­wiele mniej­sza, o 7 MPa, od twar­do­ści jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacz­nie więk­sza (nie­mal dwa razy) od twar­do­ści świerku, z któ­rego wyko­nuje się więk­szość drew­nia­nych kon­struk­cji w budow­nic­twie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzo­zowe jest „mięk­kie”. Zgo­dzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyj­miemy twar­dość dębu za 100%, to twar­dość brzozy wynie­sie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Nie­stety panie inży­nie­rze, teo­ria o „mięk­kim patyku” leży gru­zach. Zresztą nie trzeba być inży­nie­rem ani fizy­kiem. Każdy pol­ski wie­śniak rąbiący drewno na opał wie, że piło­wa­nie i rąba­nie brzozy to ciężka robota, a mięk­kie są tylko cien­kie tego­roczne gałązki, ale nie pień o gru­bo­ści 46 centymetrów!

I tu kolejne twier­dze­nie pana dok­tora inży­niera: Na wio­snę w drze­wie są soki i skutki zde­rze­nia powinny być mniej­sze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inży­nier dok­tor nie wie, że cię­żar wła­ściwy (więc i cał­ko­wity) mokrego drewna jest istot­nie więk­szy, niż suchego? To pan inży­nier dok­tor nie wie, że skutki zde­rze­nia z masyw­niej­szą prze­szkodą są groź­niej­sze, niż z prze­szkodą lżej­szą? Do tej wie­dzy nie trzeba być fizy­kiem ani inży­nie­rem. W liceum uczą. Z mecha­niki New­tona to wynika.

Pan dok­tor inży­nier twier­dzi też, że zde­rze­nie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzy­dło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spa­dło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samo­lot miał pręd­kość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzy­dło z wyso­ko­ści ok. 6 m spa­dło 11 m dalej, jego pręd­kość po zde­rze­niu musia­łaby być zni­koma. Taka pręd­kość czło­wiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Ozna­cza to, że nie­mal cała ener­gia kine­tyczna skrzy­dła została pochło­nięta przy zde­rze­niu, a to z kolei zna­czy, że siły dzia­ła­jące w tym momen­cie musiały być gigan­tyczne. No to jak panie inży­nie­rze, zde­rze­nie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprze­cza sam sobie.

Mógł­bym tak znę­cać się dalej. Lek­tura strony inter­ne­to­wej Wie­sława Biniendy też jest cie­kawa. Słowo pro­fe­sor powta­rza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet nie­zły kom­pleks. Wykaz biblio­gra­fii impo­nu­jący, 148 pozy­cji, bóg wojny w nauce, Ein­stein wysiada! Tylko jak się temu przyj­rzymy kry­tycz­nie, to bar­dzo to bled­nie. Są dwie książki, ale obie pod iden­tycz­nym tytu­łem, tylko w innym czę­ściowo skła­dzie auto­rów. W pierw­szej jest trzech auto­rów, w dru­giej sam Binienda. Druga róż­nica, to rok wyda­nia. Czy aby nie są to dwa wyda­nia tej samej pozy­cji? Tre­ści żad­nej z tych 148 publi­ka­cji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.

Dalej są 4 arty­kuły wstępne, 40 arty­ku­łów pra­so­wych (w pra­sie spe­cja­li­stycz­nej), 66 spra­woz­dań i innych publi­ka­cji, 20 publi­ka­cji NASA i 6 apli­ka­cji paten­to­wych. W sumie 148. Nie­mal wszystko to prace zbio­rowe. Przy­glą­da­jąc się temu szu­mowi zauwa­żam, że nie­które pozy­cje są chyba sztucz­nie roz­mno­żone. Np. w publi­ka­cjach NASA znaj­du­jemy dwie pozycje:

1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Cal­cu­la­tion of Stress Inten­sity Fac­tors in an Iso­tro­pic Multi-C rac­ked Plate: Part I - The­ore­ti­cal Deve­lop­ment,” NASA TM 1 05766, 1992.

2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Cal­cu­la­tion of Stress Inten­sity Fac­tors in an Iso­tro­pic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Imple­men­ta­tion,” NASA TM 105823, 1992.

Nie trudno zauwa­żyć, iż są to dwie czę­ści jed­nej publi­ka­cji. Po co robić z tego dwie pozy­cje w biblio­gra­fii? Dalej w wielu miej­scach, sądząc po bar­dzo podob­nych tytu­łach i iden­tycz­nym skła­dzie auto­rów, odno­szę wra­że­nie, że mogą to być powtó­rzone te same arty­kuły w róż­nych cza­so­pi­smach. Szkoda, że nie można oce­nić tre­ści, bo jest niedostępna.

Nie­stety znów mam wra­że­nie, iż pan inży­nier ma wielką potrzebę bry­lo­wa­nia i pod­kre­śla­nia swo­jej wielkości.

A jak to jest z tym „eks­per­tem NASA”. Wie­sław Binienda nie­wąt­pli­wie pra­co­wał dla NASA w wie­lo­oso­bo­wym zespole bada­ją­cym wytrzy­ma­łość mate­ria­łów. W żad­nej z publi­ka­cji NASA nie wystę­puje samo­dziel­nie. Moi infor­ma­to­rzy twier­dzą, iż zespół ten wyko­ny­wał typowo pomia­rowe prace labo­ra­to­ryjne. Co by to nie było, dla NASA pra­co­wał, tylko czy jako ekspert?

Wcho­dzę na strony NASA i szu­kam nazwi­ska Binienda. Odpo­wiedź wyszu­ki­warki za każ­dym razem brzmi: Inva­lid Requ­est – w wol­nym tłu­ma­cze­niu: błędna prośba. Jed­nym sło­wem w zaso­bach stron NASA takiego nazwi­ska nie ma. Reasu­mu­jąc: Binienda nie­wąt­pliwi uczest­ni­czył w jakiś pra­cach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stro­nach NASA go nie ma. Czy więc nazy­wa­nie go „eks­per­tem NASA” to nie przesada?

No i teraz, co ja o tym wszyst­kim myślę. Jakoś nie wie­rzę, by absol­went Poli­tech­niki War­szaw­skiej i pra­cow­nik nawet naj­bar­dziej pro­win­cjo­nal­nej uczelni ame­ry­kań­skiej do tego stop­nia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest ina­czej. Myślę, że Wie­sław Binienda, z powodu albo ide­olo­gicz­nego zaśle­pie­nia, albo z powodu chęci bry­lo­wa­nia i lecze­nia kom­plek­sów, robi rzecz w nauce nie­do­pusz­czalną. Zało­żył sobie z góry kom­plet­nie nie­praw­dziwą tezę, że w Smo­leń­sku był zamach, i kom­bi­nu­jąc jak koń pod górę, nagi­na­jąc fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udo­wod­nić. W oczach ludzi wykształ­co­nych kom­pro­mi­tuje się i ośmie­sza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gro­mady nie­uków i ćwierć­in­te­li­gen­tów z PiS-u. Ci igno­ranci, ale jakże wszech­stronni, z Kaczyń­skim i Giżyń­skim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci pano­wie, z powodu swego nie­uc­twa, nie wie­dzą, że w każ­dej nauce ist­nieją ludzie gło­szący tak zwane poglądy odosob­nione. Śro­do­wi­ska naukowe nie trak­tują ich poważ­nie. Co innego takie ciała, jak zespół Macie­re­wi­cza, które mają ide­olo­giczne zamó­wie­nie na udo­wod­nie­nie kom­plet­nej nie­prawdy. Dedy­kuję twier­dze­nie Petera: „Nawet naj­więk­sza liczba ćwierć­in­te­li­gen­tów nie daje jed­nego inteligenta”.

Na koniec przy­to­czę pewną zna­mienną aneg­dotkę krą­żącą na Wydziale Fizyki w moich cza­sach stu­denc­kich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wró­blew­ski, na egza­mi­nie z fizyki doświad­czal­nej, posta­wił na biurku szklankę z wodą i spy­tał stu­denta: - Pro­szę pana, dla­czego ta szklanka jest cie­plej­sza nie z tej strony, z któ­rej pada na nią świa­tło sło­neczne, tylko z prze­ciw­nej? Stu­dent zaczął kom­bi­no­wać o zała­ma­niu, odbi­ciu i tak dalej, aż w końcu wypro­du­ko­wał teo­rię tłu­ma­czącą zja­wi­sko. Wów­czas pro­fe­sor powie­dział: - Nie, bo ją obróciłem.

Ta aneg­dota poka­zuje rze­czy­wi­ste zja­wi­sko wystę­pu­jące w pseu­do­nauce. Jeśli robi się to, co robi Wie­sław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selek­cjo­nu­jąc fakty i nagi­na­jąc prawa, można udo­wod­nić każdą bzdurę. Inter­net jest pełen tego rodzaju dowo­dów i takich ekspertów.


ŹRÓDŁO

Kaczyński o "Titanicu" - cała prawda o katastrofie

Dokładnie wiek temu, w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 r., ok. 385 mil morskich na południe od Nowej Fundlandii, doszło do najbardziej znanej katastrofy morskiej w historii. W świetle słów znanego polskiego polityka Jarosława Kaczyńskiego zatonięcie RMS Titanic nabiera nowego sensu.

Mainstreamowe media uporczywie przedstawiają tę tajemniczą i dotychczas niewyjaśnioną katastrofę jako romantyczną opowiastkę o milionerach żegnających wsiadające do nielicznych łodzi ratunkowych żony i w spokoju idących wypalić cygaro i wypić ostatnią brandy w oczekiwaniu na śmierć oraz o damach i dżentelmenach bawiących się na tonącym po zderzeniu z górą lodową statku przy dźwiękach do końca grającej orkiestry.

Kłamstwo Hollywood

Dziś wiemy, że wersja ta jest kłamliwa. Pomimo wielomilionowego wsparcia udzielonego m.in. przez Hollywood oraz ludzi, którym zależy na ukryciu prawdy, to bezczelne kłamstwo zostało odkryte. Dziś coraz więcej faktów wskazuje na niewyjaśnione okoliczności zatonięcia transatlantyku.

Dziwne jest, jak bardzo szybko przyjęto, że "Titanic" zatonął po zderzeniu z górą lodową. Wciąż nie wiadomo jednak, jak góra z zamarzniętej wody i to taka, która szybko topniała w wiosennej temperaturze, mogła rozerwać stalowe poszycie potężnego liniowca. Według znanego polskiego specjalisty, doktora nie-fizyki Jarosława Kaczyńskiego wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment, biorąc metalową łyżkę do lodów i wbijając ją w porcję lodów - to przecież lody są przecięte, nie łyżka.

Kolejną tajemnicą jest sam moment zderzenia. Jak mogło dojść do tego, że pomimo zauważenia góry lodowej statek - wcześniej swobodnie manewrujący w wąskich portach - nie mógł wykonać uniku? Czyżby wcześniej został "obezwładniony" w wyniku dwóch silnych wstrząsów?

Bez wraku!

Dziwne jest także, że tak silnie lansowaną hipotezę o górze lodowej stworzono bez znalezienia wraku, i to pomimo tego, że pozycja statku w momencie zderzenia była znana. Według opracowanych w polskim parlamencie, przy udziale znanych amerykańskich profesorów, nowoczesnej teorii żadnej katastrofy nie da się całkowicie wyjaśnić, nie posiadając wraku.

Nie wyjaśniono także innych okoliczności - nie przebadano ciał ofiar, nie przeprowadzono w ogóle sekcji zwłok! Nie przekopano miejsca zdarzenia! Co więcej, dopuszczono, aby zarówno wrak, jak i ciała zostały dokładnie obmyte przez ocean, niszcząc w ten sposób kluczowe dowody w sprawie.

Przyjęta przez mainstreamowe media hipoteza o śmierci kapitana "Titanica" w katastrofie bez formalnego aktu zgonu i nawet bez odnalezienia ciała musi dziś budzić zastrzeżenia. Dlaczego śledczym tak spieszyło się zakończyć śledztwo i stwierdzić, że główny świadek zdarzenia nie żyje? Dlaczego już dzień po tajemniczym zatonięciu założyli, że kapitan nie przeżył zatonięcia transatlantyku? Nie od wczoraj mówi się o świadkach, którzy widzieli, jak szybka milicyjna motorówka odwozi go do Stoczni Gdańskiej...

Seria nieprawidłowości

Cały czas na wyjaśnienie oczekuje być może najbardziej tajemniczy wątek katastrofy - opisanie jej ze wszystkimi szczegółami przez amerykańskiego pisarza Morgana Robertsona w powieści wydanej już 14 lat przed zatonięciem statku. Znaczące jest całkowite pominięcie tego wątku w prowadzonym śledztwie.

Ważniejszy jest jednak szerszy kontekst tej tajemniczej katastrofy. Bez żadnych wątpliwości należy stwierdzić, że stanowi ona ilustrację kryzysu państwa, w jakiej w drugiej dekadzie XX w. pogrążyła się Wielka Brytania i jaki trwa po dziś dzień.

Ówczesny brytyjski rząd Herberta H. Asquitha nie potrafił zapewnić bezpieczeństwa nie tylko swojemu największemu, sztandarowemu Statkowi Poczty Królewskiej (Royal Mail Steamer), ale także znajdującej się na jego pokładzie nieomalże całej elicie oraz przewożonym setkom paczek, w tym zawierającym ważne dokumenty. Śledztwo, choć ukierunkowane na z góry przyjętą tezę o zderzeniu z górą lodową, ujawniło szereg nieprawidłowości - statek nie miał dostatecznej liczby łodzi ratunkowych, procedur nakazujących radiotelegrafistom przekazywanie ostrzeżeń o górach lodowych na mostek, a sami telegrafiści nie dysponowali jasnymi regułami, jaki sygnał - CQD czy SOS - powinni nadawać w przypadku niebezpieczeństwa.

Statek zamiast czerwonych wystrzelił z niewiadomego powodu białe rakiety, potwierdzona została obecność drugiego statku w zasięgu wzroku "Titanica", który oddalił się, nie udzielając pomocy. Tuż przed zdarzeniem oficer pokładowy wydał rozkaz "prawo na burt" na rumpel, a nie na ster. Czy mogło to zmylić sternika?

Kolumnę Nelsona zdemontować!

W każdym cywilizowanym kraju seria takich nieprawidłowości zakończyłaby się nie tylko dymisją premiera, ale także dymisją twórców brytyjskiej potęgi morskiej królowej Elżbiety I i jej kapitana F. Drake'a oraz demontażem kolumny admirała Nelsona, który tę potęgę ugruntował.

Wiele niechętnych Wielkiej Brytanii rządów czy grup politycznych miało powody, aby doprowadzić do spektakularnej katastrofy sztandarowego statku brytyjskiej marynarki handlowej - mogła być to zarówno zemsta Hiszpanów za odwrót Wielkiej Armady czy Francuzów za Trafalgar, jak i efekt rywalizacji z Niemcami o panowanie na morzach i oceanach, odwet za kryzys marokański. W Wielkiej Brytanii duże znaczenie miały grupy polityczne godzące się na politykę ustępliwości, nieprzywiązane do idei obrony suwerenności Zjednoczonego Królestwa. Czyżby pasażerowie "Titanica" zostali zdradzeni po zachodzie?

Wrak Royal Mail Steamer "Titanic", odkryty w 1985 r., w dalszym ciągu nie został zwrócony Wielkiej Brytanii, co więcej - prawo do niego uzyskała spółka amerykańsko-francuska. Jest to niebywała kompromitacja rządu sprawującej wówczas funkcję brytyjskiego premiera Margaret Thatcher i jej polityki zagranicznej. Dla jej oceny nie mają przecież znaczenia takie szczegóły jak wzrost gospodarczy, zawarte umowy międzynarodowe czy reformy budżetowe - o skuteczności polityki decydują wraki i sprowadzenie tychże do kraju. Popularność Żelaznej Damy w brytyjskim społeczeństwie i jej wygraną w kolejnych wyborach w Wielkiej Brytanii tłumaczyć można tylko bezczelnym kłamstwem establishmentu.

Kłamstwo to upadnie niczym domek z kart w dniu, w którym ujawniona zostanie cała prawda o katastrofie RMS Titanic.

W ogóle w wyniku katastrofy "Titanica" i jej następstw do dymisji powinni podać się wszyscy premierzy świata poza Jarosławem Kaczyńskim - ich rządy skompromitowały się w stopniu tak dalekim, że w każdym cywilizowanym kraju tego samego dnia otrzymałyby dymisję.

Nie ulega wątpliwości, że opozycja brytyjska nie podniosła wszystkich tych wątpliwości w trakcie śledztw po katastrofie "Titanica" ani po odnalezieniu wraku.

Nie ulega wątpliwości, że na czele brytyjskiej opozycji stoją ludzie poważni, nie błazny.

Źródło