PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 30 lipca 2011

Kielce, obudźcie się!

Andrzej Nowak
2011-07-17, ostatnia aktualizacja 2011-07-18 14:59

Po powrocie z biura Artur powiedział, że chcą go zwolnić. Potem już nie odbierał telefonów
Chcą głów, to moja powinna starczyć" - napisał w pożegnalnym liście do kolegów. Kilkanaście godzin przed zaciśnięciem sobie pętli na szyi stawił się na wezwanie w oddziale regionalnym Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Kielcach.

Chociaż od śmierci 32-letniego Artura Padalca, pracownika ARiMR, minie w październiku pięć lat, nie zdołano ustalić, kto go wezwał i co takiego usłyszał, że zdecydował się na ostateczny krok. Jego śmierć spowodowała jedno: pracownicy zaczęli otwarcie mówić o atmosferze panującej w Agencji. Ruszyła lawina skarg i żalów. Ludzie opowiadali o znęcaniu się psychicznym, terroryzowaniu, wpływaniu na ich postawy, wypowiedzi i decyzje. Doprowadziło to do wielkiej sprawy o mobbing, którą po ponad 60 rozprawach i przesłuchaniu kilkudziesięciu świadków zakończy niebawem Sąd Rejonowy w Kielcach.

Nagłe wezwanie

- Nigdy nie pogodzę się ze śmiercią syna - mówi Jan Padalec z Ćmielowa koło Ostrowca Świętokrzyskiego. - Najgorsze, co może spotkać rodzica, to pochowanie własnego dziecka. Chłopak nie powinien pchać się w to środowisko. To świat nie dla niego. Za bardzo był wrażliwy.

Artur Padalec pracował w ostrowieckim biurze ARiMR. Dzień przed tragedią udzielał jeszcze porad rolnikom w Bałtowie. To tam odebrał telefon, że natychmiast ma się stawić w Kielcach. Podobno zrobił się blady, wystraszony. Zostawił papiery i wsiadł do samochodu. - Nawet nie wiedziałabym o jego wyjeździe, gdyby z Bałtowa nie wpadł po drodze do biura i nie spytał, czy zabrać raporty do Kielc - pamięta ostatnie spotkanie z Arturem jego koleżanka z pracy Renata Bera.

Przypuszcza, że wezwać mógł go kierownik, naczelnik albo dyrektor. To nie mogła być osoba przypadkowa. Sama kiedyś była wezwana przez panią z kadr, a okazało się, że ma iść na rozmowę do dyrektorki. Tak samo mogło być z Arturem. Zresztą był osobą dość charakterystyczną, potężnej budowy, o mocnym zaroście. Dziwne, że nikt w Kielcach nie pamięta, u kogo był feralnego dnia. - To niemożliwe - uważa Renata Bera.

- Nie mogę powiedzieć, że wchodził do dyrektorki, bo tego nie widziałem - mówi Marcin Chłodnicki ze związków zawodowych ARiMR. - Tego dnia był jednak w sekretariacie, a to by oznaczało, że czeka na przyjęcie. Ciekawe, że ci, którzy z nim wtedy rozmawiali, nie chcą o tym opowiadać. Niektórzy awansowali do Warszawy i milczą.

Po powrocie z Kielc Artur Padalec to był już inny człowiek. Jednej z koleżanek powiedział podobno, że chcą go zwolnić. Potem już nie odbierał od nikogo telefonów. Zapewne wyłączył komórkę. Następnego dnia rano samochód stał przed domem. Babcia Artura zdziwiła się, bo wnuczek codziennie o tej porze był już w pracy. Zaczęła go wołać, szukać. Rozejrzała się po podwórku, nigdzie się nie kręcił. Weszła w końcu do komórki na węgiel. Panował tam półmrok, ale w samym rogu dostrzegła postać opartą o ścianę. - Czego mnie tu straszysz? - spytała. Żadnej odpowiedzi.

Podeszła bliżej. Wnuk miał zawinięte rękawy u koszuli. Wzięła go za rękę. Była zimna jak lód. Musiał wisieć kilka godzin. Nad samym betonem. Widać było ślady, jakby czubkami stóp starał się dotknąć do podłoża.

Biurka do przeglądu

Ojciec Artura po raz kolejny analizuje zachowanie syna tuż przed śmiercią. Widać było, że coś go gnębi, że czymś się gryzie. - Byłem wtedy u córki w Świnoujściu - wspomina. Miałem wrócić za cztery, pięć dni. Coś mi mówiło, że źle się dzieje. Może matce by się zwierzył, ale ona nie żyła wtedy od dwóch lat. Nie miał się komu wyżalić.

Ze słów syna wnioskował, że atmosfera w pracy popsuła się, gdy w marcu 2006 roku oddziałem ARiMR w Kielcach zaczęła kierować Iwona Jakubowska. - Opowiadał mi, że zginęły gdzieś cztery wnioski rolników z gminy Bałtów o dopłaty unijne - opowiada Jan Padalec. - On je przyjmował i zostały zarejestrowane. Raptem nie wiadomo, co się z nimi stało. Przepadły jak kamień w wodę. To był cień na jego honorze, bo uważany był za wzorowego pracownika. A tu chcieli go zgnoić, zniszczyć, ośmieszyć. Komuś na tym zależało. Po śmierci papiery się znalazły, ale nikt nie wie, gdzie się znajdowały. To była jakaś celowa robota. Miało być wszczęte śledztwo. Nie zostało.

Kiedyś Artur opowiadał ojcu, jak osoba wyznaczona przez Iwonę Jakubowską sprawdzała porządek na jego biurku, wysunęła szufladę. Chciała się przypodobać przełożonej.

W rozmowie z Wojciechem Gajewskim, kolegą Artura z pracy, też pojawia się ten wątek: - Był oburzony tym, że ktoś robił zdjęcia jego szafek, zaglądał mu do szuflady. W jakim celu to robiono?

Na rozprawach dyrektorka Iwona Jakubowska tłumaczyła, że zdjęcia robiono, bo miał być przeprowadzony remont. Ale co remont miał wspólnego ze zdjęciami biurek i zawartością szuflad?

Każdy chciał do pana z bródką

Robotę miał żmudną i monotonną, ale wykonywał ją starannie. Jeździł po wsiach. Zajmował się identyfikacją i rejestracją zwierząt. - Dzień dobry, panie Arturze! - witali go wszędzie chłopi.

Miał z tego trochę satysfakcji, bo każdy chciał być jego znajomym. Cieszył się, że może pomagać ludziom. Kiedyś przyjechał do biura rolnik z Okoła i pytał o Artura. Z nikim innym nie chciał załatwiać sprawy. Swojego ulubionego urzędnika nie zastał, więc przyjechał na drugi dzień.

Artur nie liczył czasu, który poświęcał pracy. Jeździł wieczorami. Do domu wracał czasami o dwunastej, pierwszej w nocy. Zawsze miał coś do wprowadzenia w komputerze. Przyjeżdżał na obiad po południu. Zjadł coś, poleżał trochę i dalej jechał. "Artek, co ty, w kołchozie pracujesz!" - denerwował się ojciec.

Renata Bera pamięta, jak zmieniono mu stanowisko pracy. Przyjmował rolników na parterze, a potem kierownictwo przeniosło go do pokoju na piętrze, gdzie kontakt z ludźmi miał ograniczony. - On to bardzo przeżył, bo lubił rozmawiać z rolnikami - opowiada. - Każdy chciał do pana Artura. Jak ktoś nie pamiętał imienia i nazwiska, to mówił, że chce do pana z bródką. Bo Artur był rzetelny, obowiązkowy, starał się do końca sprawę załatwić. Jeśli ktoś dokumentów nie przyniósł, potem mógł dowieźć. Był takim gospodarzem w biurze. Jak śnieg spadł, to on odśnieżał, sople strącał.

- On żył rolnictwem, pochodził ze wsi i ta tematyka była mu bliska - wspomina Jolanta Krzykawska, koleżanka jeszcze z Technikum Rolniczego w Bałtowie, pracownica Agencji. - Jako pracownik wypełniał misję. Zachowywał się nie jak urzędnik, ale rolnik. Chłopi to czuli i szybko się z nim zaprzyjaźniali. Zawsze służył im pomocą, był przystępny, z każdym umiał się porozumieć.

- Miał dobre podejście do ludzi - potwierdza Wojciech Gajewski. - Prowadził małe gospodarstwo, znał problemy wsi, umiał nawiązać kontakt z rolnikami. I cieszył się z pracy.

Nawet przed śmiercią myślał o ludziach, z którymi się spotykał. W zostawionym liście napisał: "Serdeczne podziękowania za czteroletnią współpracę burmistrzom, wójtom, sołtysom, pracownikom Ośrodka Doradztwa Rolniczego, a przede wszystkim rolnikom powiatu ostrowieckiego. Jeśli miałem okazję kiedyś pomóc, to jest mi miło. A jeśli coś nie wyszło, to przepraszam".

A mógł zrobić naukową karierę

Ojciec mówi, że Artur nie potrafił pogodzić się ze zmianami w Agencji. Uważał, że wiedza, doświadczenie, umiejętności są najważniejsze, a nie stosunki towarzyskie czy polityczne.

- Zootechnikę na Akademii Rolniczej w Lublinie skończył jako prymus - opowiada ojciec. - Dostał listy pochwalne od rektora i wojewody lubelskiego.

Przez rok pracował na uczelni, prowadził zajęcia ze studentami. Przygotowywał się do doktoratu. Mógł robić karierę naukową. Ale zarobki były niskie i postanowił wrócić do Ćmielowa. - Pochopnie postąpił - mówi ojciec. - Z tytułem doktora wszędzie znalazłby pracę. Jeden z profesorów jeszcze namawiał go do powrotu.

Skrzydlate hobby

Rozmawiałem z Arturem Padalcem na pół roku przed jego śmiercią. Znajomi przedstawili mi go jako człowieka z wielką pasją. Napisałem wtedy o nim reportaż. Nie przypuszczałem, że kilka miesięcy później będę pisał o jego śmierci.

Artur był wiceprezesem Świętokrzyskiego Związku Hodowców Gołębi, Drobiu Ozdobnego i Ptaków Egzotycznych. Ozdobą jego hodowli był gołąb budapeszteński białotarczowy, rzadki okaz w Polsce, pawik, dawniej hodowany na dworach szlacheckich. Starą rasę reprezentował ryś polski.

- Stare rasy polskie zanikały, jednak dzięki takim ludziom jak Artur były odtwarzane - powtarzają hodowcy. - Zresztą jako zootechnik służył nam wszystkim radą. Mógł dużo osiągnąć.

Obudźcie się, wszyscy uciskani

Nie miał stanów depresyjnych. Nie leczył się. Nigdy wcześniej nie zdradzał żadnych objawów samobójczych. - Każdy się dziwił, dlaczego to zrobił - mówi ojciec Artura.

Po tragicznym zdarzeniu na stronach internetowych (np. www.gazeta.pl) pojawiły się wpisy: "Kochani! Jego śmierć nie może iść na marne. Obudźcie się wreszcie, wszyscy uciskani. Artur jasno daje nam do zrozumienia, że przez swój czyn chce zmienić sytuację. Taka jest jego wola. To jest jego testament! Dołóżmy wszelkich starań, aby ten tragiczny testament został wypełniony! Nie bójmy się tego uczynić! Wypowiedzmy walkę demonom".

- Sprawa o mobbing wyszła po śmierci Artura, wcześniej nikt się na to nie odważył - mówi Renata Bera. - Widzieliśmy w telewizji lokalnej, jak pani dyrektor pojawiała się w towarzystwie z posłem Przemysławem Gosiewskim. Była pewna swego stanowiska. Została dyrektorem Agencji, by zrobić porządki. Tu chodziło o to, by zatrudnionych w poprzednim okresie ludzi zastraszyć, zwolnić lub doprowadzić do tego, by sami odeszli. Polityka wmieszała się do spraw Agencji.

Po samobójstwie Artura pracownicy zaczęli głośno mówić, zwłaszcza ci w Kielcach, którzy na co dzień pracowali z Iwoną Jakubowską. - I tak doszłoby do tego - uważa Wojciech Gajewski. - Był za duży nacisk psychiczny na ludzi. Artur po prostu pękł pierwszy. Był pierwszą kostką domina.

Jeszcze przed śmiercią Artura wiele osób zwalniało się z pracy, chociaż w Kielcach było o nią trudno. - Szefowie otrzymywali polecenia, by podnieść wydajność - opowiada Wojciech Gajewski. - Zakładali cele do wykonania. A przecież w tym całym mechanizmie są ludzie. Wszystko się dzieje poprzez drobne jednostki. Ktoś tutaj zapomniał, że ludzie mają swoją wytrzymałość psychiczną. Artur nie popełnił przecież przestępstwa, że tak musiało się to skończyć.

Poniżani i zastraszani

Ciągnący się od 2008 roku w kieleckim sądzie proces o mobbing może zakończyć się 20 lipca. Prokurator Andrzej Woźniak dla głównej oskarżonej Iwony Jakubowskiej zażądał dwóch lat pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata i trzyletniego zakazu pełnienia funkcji kierowniczych w administracji i instytucjach państwowych.

- Chcę, byśmy pamiętali, że w tle tych wszystkich wydarzeń była tragiczna śmierć pracownika - podkreśla prokurator . - Naruszenie praw pracowniczych trwało od marca do października 2006 roku, do chwili samobójstwa.

Na korytarzu sądowym wiele osób zastanawia się, dlaczego Jakubowska tak traktowała swoich pracowników. - Chciała wykazać się przed przełożonymi - przypuszcza Marcin Chłodnicki ze związków zawodowych ARiMR. - To było dla niej zepchnięcie na prowincję, a ona liczyła na funkcję w centrali. Chciała więc się przypodobać. To dla niej miała być trampolina do dalszych awansów.

Marcin Chłodnicki pamięta, jak Sylwester Banaś, ówczesny wojewoda i senator z listy PiS, powiedział, że pracownicy Agencji mówią o mobbingu, bo nie chce się im pracować. - Dotychczas nie przeprosił nas za te słowa - nie ukrywa rozżalenia. - Ludziom z PiS w głowach się wtedy przewróciło, bo byli pewni zwycięstwa, dalszych swoich rządów. A zwycięzców się nie sądzi.

Rafał Borkowski, inny pracownik Agencji, przypomina, że w czasach rządów PiS do kieleckiego oddziału ARiMR przyszło 12 nowych kierowników biur powiatowych (na 13 istniejących w województwie).

Marcin Chłodnicki pamięta pierwszą rozmowę z szefową. Weszła do jego pokoju i spytała go, czym się zajmuje. Gdy usłyszała, że odwołaniami od decyzji, powiedziała, że to samo robiła w Warszawie. Ucieszył się, że będzie miał wspólny temat z panią dyrektor. Ona jednak nie podzielała jego radości, wręcz stwierdziła, że nie wiadomo, czy się będzie cieszył, gdy "ona mu pokaże". - Jaki z niej człowiek - zastanawia się Chłodnicki. - Nawet mnie nie poznała i od razu stwierdziła, że nie będzie dobrze, tylko źle.

- Mobbing był po to, by zrobić jak najwięcej wolnych miejsc dla swoich ludzi z partii - uważa Mariusz Czernic, który twierdzi, że Iwona Jakubowska zmusiła go do podpisania wypowiedzenia dzień przed samobójstwem Artura. - Nie chodziło o żadne wprowadzanie dyscypliny, tylko o pognębienie, sponiewieranie ludzi.

Ucieczka na zwolnienia

Pracownicy Agencji podają całą masę zachowań Jakubowskiej, które świadczą o mobbingu wobec nich i ich kolegów i koleżanek.

Jeden z pracowników przyszedł do sekretariatu, usłyszał, że ma iść do swojego pokoju i czekać na telefon. Ledwie siadł, telefon zadzwonił, że może już przyjść. Przyszedł i usłyszał, że znowu ma wracać do pokoju. I tak cztery razy.

- Ośmieliłem się usiąść w gabinecie dyrektorki. Dostałem burę, że siadam - opowiada pracownik odpowiedzialny za szkolenia i marketing. - Kiedy stałem, usłyszałem wymówkę, dlaczego tak stoję. Jak patrzyłem na nią, pytała, co się tak gapię. Jak odwracałem wzrok, zwracała uwagę, żebym jej patrzył w oczy. Jak zamknąłem drzwi, zostałem zrugany, że trzaskam.

Podwładni opowiadają, że Iwona Jakubowska niszczyła dostarczane przez nich dokumenty. Chwaliła się znajomościami w prokuraturze i służbach specjalnych. Mówiła, że nie ma od niej lepszego prawnika w promieniu 100 kilometrów. Bezustannie powoływała się na Przemysława Gosiewskiego. Groziła, że wykryje w biurze wszystkie nieprawidłowości. Podczas zebrania jednego z pracowników doprowadziła wręcz do płaczu. Kilka osób musiało skorzystać z pomocy psychiatry, kilkanaście ratowało się ucieczką na zwolnienie lekarskie, inni szukali nowej pracy.

- Miałam kontakt z dyrektorką wielokrotnie. To były stresujące spotkania - mówi Renata Bera. - Mam męża, dzieci, wypłakałam się w domu, wygadałam. Najbliżsi bardzo mi pomogli. Artur był niezwykle opanowany, spokojny. Wewnętrznie na pewno przeżywał, na zewnątrz nie wykazywał emocji. W końcu nie wytrzymał napięcia.

Bajka o złej królowej

Iwona Jakubowska do ARiMR została oddelegowana przez PiS, była protegowaną posła, potem wicepremiera Przemysława Gosiewskiego. Wcześniej, od 1983 roku, przez 20 lat kierowała oddziałem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Ostrowcu Świętokrzyskim. Od marca do grudnia 2006 roku była dyrektorem ARiMR w Kielcach. Przewodniczyła także radzie nadzorczej Radia Kielce. Po samobójstwie pracownika i rozpętaniu się afery o mobbing odeszła z ARiMR i pracowała w Urzędzie Rady Ministrów, w kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Zarówno sama oskarżona, jak i jej adwokat Andrzej Lew-Mirski całkiem inaczej interpretują to, co działo się w Agencji. - Słuchając wypowiedzi prokuratora, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z bajką - mówi adwokat. - Z jednej strony zła królowa, z drugiej bardzo dobrzy poddani.

Jego zdaniem nie miało tu miejsca złe kierowanie zakładem pracy. - Agencja była na szarym końcu, potem znalazła się w czołówce, na pierwszym miejscu. Pani Jakubowska osiągnęła określony efekt - mówi.

Adwokat twierdzi, że nie podano żadnego bezstronnego przykładu mobbingu, bo przecież przełożony ma prawo udzielać kar, nagan, ale i nagród, pochwał. - W tej firmie zmieniło się wszystko po przyjściu Jakubowskiej. Ludzie naprawdę zaczęli pracować - twierdzi. Uważa, że z zebranych materiałów wynika jedynie obraz surowego zwierzchnika, który wprowadza dyscyplinę pracy i osiąga wyniki. Może zbyt surowego, ale z sukcesami. - Owszem, nie efekt się liczy, ale relacje, które powinny być właściwe - przyznaje. - Nie twierdzę, że były idealne, ale także były dalekie od czarnego obrazu, który przedstawili pracownicy. Prokurator chce kary. Ale musimy spytać, czy za metodę, czy za efekt. Bo za efekt, który był dobry, Jakubowska otrzymała nagrodę od Prezydenta RP.

- Doznałam wiele krzywdy - mówi mi po wyjściu z sali rozpraw Iwona Jakubowska. - Media przypuściły brutalny atak. A nikt nie poprosił mnie o wypowiedź. Za ciężką pracę taką otrzymałam podziękę. A nikomu nie zrobiłam krzywdy. Nie wprowadzałam nawet swoich sekretarek. To wszystko jest niczym "Proces" Kafki.

W ostrowieckim biurze jej zdaniem było bagno, zaległości w pracy. I nigdy media rzetelnie o tym nie napisały. - Byłam dobra dla ludzi, ale niechciana - uważa. - Nie pochodziłam z układu. Jestem kojarzona ze sprawą, z którą nie miałam nic wspólnego, z samobójstwem Artura Padalca. Nigdy z człowiekiem nie rozmawiałam i nigdy nie widziałam go na oczy. Cała ta sprawa to określony kontekst, określony trend.

Jakubowska przerywa na chwilę rozmowę, bo męczy ją nadciśnienie. - Cud, że to wszystko przeżyłam - wyznaje. - Jestem osobą wrażliwą. Nie spodziewałam się, że tak będzie. Człowiek, który idzie prostą drogą, dostaje po grzbiecie. Nikogo nie obraziłam w swoim życiu. Wyrządzono mi zło. Dlaczego?

Zapowiada, że będzie skarżyła media, bo informacje o niej były jednostronne, nieprawdziwe, niesprawdzone. Wydano na nią wyrok, chociaż sąd jeszcze tego nie dokonał.

Pijak i menel?

- Pogrzeb był olbrzymi, przybyło sporo narodu - wspomina Jan Padalec. - Nad trumną przemawiało kilka osób. Każdy obiecywał: wyjaśnimy, kto, po co, dlaczego. Ale potem niektórzy jeszcze chcieli winę zrzucić na Artura.

Do dzisiaj nie może się uspokoić, gdy mówi, jak poseł Przemysław Gosiewski obraził pamięć syna. Zachowały się archiwalne nagrania z Radia Kielce. - Zrobił z niego pijaka, menela. A przecież nikt nie widział Artura pijanego.

Nieżyjący już poseł Leszek Bugaj wspólnie z mecenasem Henrykiem Szymczykiem przygotowywał nawet pozew przeciwko Gosiewskiemu. - Ale wszystko rozeszło się po kościach - mówi Jan Padalec. - Gosiewski wycofał się okrakiem z tej wypowiedzi. A przecież i on miał udział w całej sprawie. To dzięki jego wpływom Jakubowska została dyrektorem i zdobyła olbrzymią władzę.

Ojciec Artura ma nadzieję, że sprawiedliwość dosięgnie tych, którzy skrzywdzili jego syna. Śledztwo w sprawie jego śmierci prowadziła Prokuratura Rejonowa Kielce-Zachód. Jednak umorzyła je po kilku miesiącach od zdarzenia.

- Tamta sprawa musiała tak się zakończyć, bo rozpatrywano ją w kategorii czynu za namową - uważają koledzy Artura. - Ale znęcanie się nad człowiekiem do tego stopnia, że targa się na swoje życie, to byłoby do udowodnienia.

Kielce: wyrok za mobbing

Agnieszka Drabikowska, Kielce
2011-07-28, ostatnia aktualizacja 2011-07-27 19:45

- To był mobbing w najczystszej postaci - stwierdził w środę sąd w uzasadnieniu wyroku skazującego Iwonę J., byłą dyrektorkę Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Kielcach, pracownicę kancelarii premiera za rządów PiS.

Była dyrektor otrzymała 1,5 roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata oraz dwuletni zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych w administracji publicznej. Sąd zgodził się z ustaleniami prokuratury, która oskarżyła Iwonę J. o "uporczywe i złośliwe łamanie praw pracowniczych". Przypomniał, jak oskarżona zwracała się do swoich podwładnych: "Ty jesteś jakiś nienormalny", "Jesteś kłamcą, zerem, śmierdzielem", "Wy głąby z Akademii Świętokrzyskiej". J. krzyczała na podwładnych, zmuszała ich do pracy po godzinach, upokarzała, straszyła zwolnieniem, prokuraturą i ABW. - Wielu pracowników zaczęło korzystać z pomocy psychiatry, brało leki uspokajające - mówił sędzia Łukasz Sadkowski.

Iwona J. została dyrektorem oddziału ARiMR w marcu 2006 r. z nadania PiS. Odeszła stamtąd pod koniec listopada 2006 r., kilka tygodni po samobójczej śmierci pracownika biura powiatowego w Ostrowcu Artura Padalca. W pożegnalnych listach obwinił on za swoją śmierć zwierzchników. Wielu pracowników zdecydowało się wówczas ujawnić, co działo się w Agencji.

Podczas procesu J. nie przyznawała się do winy. Żaliła się, że stała się ofiarą nagonki medialnej oraz zmowy politycznej. - Nie znajduje to potwierdzenia w rzeczywistości. Przeciwnie, to ona powoływała się na znajomość z "Przemkiem" [Przemysławem Gosiewskim] i jego żoną - podkreślił sędzia Sadkowski.

Wyrok nie jest prawomocny.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nasze gwiazdy "Szkła Kontaktowego" (wideo)

Wątpliwą gwiazdą czwartkowego posiedzenia Sejmu, a w konsekwencji wieczornego programu "Szkło kontaktowe" stała się świętokrzyska posłanka Maria Zuba. Na zakończenie obrad wystąpiła z żądaniem unieważnienia przysięgi prezydenta Bronisława Komorowskiego, bo ten popełnił pomyłkę przy jej składaniu.

Nasze gwiazdy "Szkła Kontaktowego" - 17 08 10 from TV Dami Skarżysko on Vimeo.



Otóż zamiast sformułowania, że "dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem" powiedział on "dobrość Ojczyzny". Pikanterii sprawie dodaje fakt, że sama w tym wystąpieniu z marszałka Senatu Bogdana Borusewicza zrobiła Bogusława Borusiewicza . Przysięga prezydenta Komorowskiego jest ważna. Konstytucjonaliści oraz profesorowie uniwersyteccy, jednoznacznie wypowiadają się, że pomyłka językowa prezydenta Komorowskiego to "lapsus językowy", który w żaden sposób nie wypacza sensu przysięgi.

Maria Zuba to druga postać związana z Prawem i Sprawiedliowością, która zagościła w popularnym programie stacji TVN 24, uprzedził ją radny miejski Prawa i Sprawiedliwości Stanisław Szymonik, który po wielu miesiącach pracy w lokalnym samorządzie podzielił się z mieszkańcami miasta za pośrednictwem własnej strony internetowej refleksją o następującej treści: "Nie będę przytaczał Państwu moich osiągnięć na polu społecznym czy innym, ponieważ ich nie posiadam. Z jakiej przyczyny ich nie posiadam. Otóż bardzo późno odkryłem u siebie to, że posiadam zdolności o bardzo szerokim polu działania,czy to z dziedziny organizacyjnej, ekonomicznej, techniki, a przede wszystkim obdarzony zostałem nadmierną wrażliwością na czynniki społeczne, nurtujące nasze społeczeństwo zarówno w skali lokalnej, jak i ogólnonarodowej. Bardzo lubię historię, literaturę i muzykę klasyczną. Posiadam wykształcenie wyższe techniczne oraz dwa oddzielne fakultety dwóch różnych uczelni, jest to jedyne moje osiągnięcie. Bardzo przepraszam Państwa, że aż dwa lata musieli Państwo czekać na to moje odkrycie się przed Państwem".

Koniec końców: skarżyski radny powinien zostać premierem - tak oświadczyli komentatorzy telewizyjnego programu "Szkło kontaktowe”, po zaprezentowaniu tego komunikatu. Jak nie trudno się domyślać wystąpienie tej treści ze strony internetowej radnego znikło. Dla odmiany później namawiał do dyskusji. Cytujemy: "Myślę, że włączą się Państwo aktywnie do dyskusji na tej stronie internetowej. Będzie to dyskusja dobra dla nas i naszego miasta. Tylko aktywna forma dyskusji pozwoli nam na zdobywanie doświadczeń, poznawanie siebie, problemów miasta, które są naszymi problemami. Ja natomiast Państwu przyrzekam, że te nasze wspólne problemy, które ukażą się na tej stronie internetowej, będę przedstawiał do dyskusji Radzie Miasta.

Obecnie strona internetowa radnego jest w przebudowie, możliwe, że jeszcze czymś nas zaskoczy. Cóż problemy zawsze warto rozwiązywać, a polityczny serial, ten w Sejmie, pod krzyżem i w Skarżysku trwa.

autor: Jacek Kurpeta / jkurpeta@tvskarzysko.pl

LINK

piątek, 22 lipca 2011

Pytanie do posła Mularczyka

Jak pan nazwie panie pośle działania PiS z 2006 roku?

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk w "Polskim Punkcie Widzenia" w Telewizji Trwam ochoczo wyliczał grzechy Trybunału Konstytucyjnego, który w środę orzekał w sprawie kodeksu wyborczego. Wyjaśniał widzom, że najcięższy polega na tym, że TK wydał orzeczenie pół roku przed wyborami, bo takich rzeczy przecież się nie robi. Trybunał powinien, według polityka PiS, w całości uchylić kodeks wyborczy, tak by żadne zmiany nie były teraz możliwe. - TK nie uchylając w całości kodeksu, złamał swoją zasadę, to pogwałcenie elementarnych zasad państwa demokratycznego - przekonywał widzów telewizji o. Tadeusza Rydzyka.

A mnie zainspirował do zadania pytania. Jak nazwać działania PiS z 2006 roku, gdy jego partia zmieniła ordynację wyborczą wprowadzając do niej twór zwany blokowaniem list, by zawładnąć województwami, miastami i gminami?

Ponieważ poseł Mularczyk nie zasiadał wówczas w sejmowej komisji samorządu terytorialnego, która wprowadzała zmiany, przypomnę mu jak to wyglądało. Tak, by łatwiej mógł mi odpowiedzieć na pytanie.

Plan nie był łatwy mimo, że PiS, LPR i Samoobrona miały wówczas sejmową większość. By się powiódł, najpierw PiS musiał przejąć sejmową komisję samorządu terytorialnego. Szefował jej wówczas Waldemar Pawlak nieprzychylny blokowaniu list. Zapadła decyzja, by go odwołać. Dlatego w ciągu jednego dnia, do wcale nie najpopularniejszej komisji, zapisało się 30 posłów z koalicji. A ta od razu stała się największą w Sejmie (Dwa miesiące później większość posłów się wypisała). Pawlaka zastąpił Dawid Jackiewicz z PiS. Ówczesna opozycja (PO, PSL) mówiła wówczas: - To dyktatura. Koalicja odpowiadała: - To demokracja.

A w pięcioosobowym prezydium komisji zasiadał zaledwie jeden przedstawiciel opozycji.

Był sierpień 2006 roku. We wrześniu ustawa leżała już na biurku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czekając na jego podpis. W listopadzie PiS, LPR i Samoobrona zgrupowały swoje listy wyborcze i wystartowały w wyborach samorządowych. Blokowanie list nie bardzo im pomogło w wyborczym sukcesie.

Jak pan to nazwie panie pośle?

LINK

Lot do Gruzji (zapytanie Gosiewskiego)

Zapytanie nr 2496

do ministra obrony narodowej

w sprawie odznaczenia pilota prezydenckiego samolotu, kpt. Grzegorza Pietruczuka, srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności

Uzasadnienie

Według informacji prasowych i wywiadu, jakiego szef MON udzielił dla Radia Zet 19 września br., kpt. Grzegorz Pietruczuk został odznaczony srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności. Wedle słów szefa MON pilot otrzymał medal za ˝przestrzeganie procedur i poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo czterech prezydentów na pokładzie˝. Ministrowi chodziło o lot, jaki wykonał prezydencki TU-154 na Kaukaz 12 sierpnia br. Planowo samolot miał lądować w Azerbejdżanie w Ganji, ale prezydent RP podjął decyzję o locie do Tbilisi. Pilot odmówił zmiany kierunku lotu. Decyzja pilota doprowadziła do licznych komplikacji w wizycie czterech prezydentów w Gruzji. Przejazd drogą do Tbilisi był bardzo niebezpieczny i sprowadzał realne zagrożenie dla osób w nim uczestniczących. Według doniesień medialnych obawy pilota o stan techniczny lotniska w Tbilisi były całkowicie nieuzasadnione i można było na nim bezpiecznie wylądować.

Proszę wobec tego Pana Ministra o odpowiedzi na następujące pytania:

1. Czy pilot ma prawo odmówić wykonania rozkazu zwierzchnika Sił Zbrojnych RP?

2. Czy odznaczenie pilota za de facto zaniechanie działania tak wysokim odznaczeniem państwowym jest zgodne z obowiązującymi procedurami?

3. Czy Minister, podejmując decyzję o odznaczeniu, chciał pokazać, iż będzie premiował w przyszłości przypadki niesubordynacji, tchórzostwa i odmawiania wykonywania rozkazów?

4. Czemu sprawa odznaczenia pilota została tak nagłośniona w mediach przez szefa MON? Czy był to kolejny element prowokacyjnej polityki rządu wobec prezydenta RP?

5. Czy zbadano przebieg wydarzeń w kabinie pilotów i zgodność podejmowanych przez nich decyzji z obowiązującymi procedurami? Jakie są wnioski z tej kontroli?

6. Czemu szef MON nie odznaczył innych członków załogi?

7. Jak MON zamierza reagować, jeśli w przyszłości będą powtarzać się tego typu przypadki odmawiania zmiany kierunku lotu?

Z wyrazami szacunku

Poseł Przemysław Gosiewski

Kielce, dnia 23 września 2008 r.

LINK

czwartek, 21 lipca 2011

Jak głosował sejm nad Kodeksem wyborczym

GŁOSOWANIE Nr 60 - POSIEDZENIE 79.
Dnia 03-12-2010 Godz. 09:57
Pkt 3. porz. dzien. Sprawozdanie Komisji o projekcie ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę - Kodeks wyborczy
Głosowanie nad przyjęciem w całości projektu ustawy Przepisy wprowadzające ustawę Kodeks wyborczy, w brzmieniu proponowanym przez Komisję Nadzwyczajną, wraz z przyjętą poprawką
Głosowało - 426 Za - 426 Przeciw - 0 Wstrzymało się - 0 Nie głosowało - 31

Klub/Koło Liczebność Głosowało Za Przeciw Wstrzymało się Nie głosowało
PO 202 186 186 - - 16
PiS 148 143 143 - - 5
SLD 44 40 40 - - 4
PSL 31 28 28 - - 3
PJN 15 15 15 - - -
niez. 10 8 8 - - 2
SDPL 4 3 3 - - 1
DKP_SD 3 3 3 - - -



LINK

wtorek, 19 lipca 2011

Fatalna pomyłka przy liczeniu głosów. Wola niebios?

- To niebo zadziałało - tak mąż zaufania PiS tłumaczy fatalną pomyłkę komisji na Bemowie, która odwrotnie spisała wyniki dogrywki wyborów prezydenckich. Ludzie głosowali tam głównie na Bronisława Komorowskiego, ale protokół mówi o miażdżącym zwycięstwie jego konkurenta


W nowych blokach na osiedlu Górce na Bemowie od lat wygrywa Platforma Obywatelska. W Szkole Podstawowej nr 82 przy ul. Górczewskiej (komisja obwodowa nr 759) głosują głównie ludzie młodzi. W Warszawie to elektorat partii Tuska. W pierwszej turze wynik nikogo nie zaskoczył: Jarosław Kaczyński dostał tu 219 głosów, Komorowski - 545.

Śledztwo w schronie

W dogrywce, jak można było wyczytać z dokumentów, nastąpił niespodziewany zwrot. Kandydata PO poparło zaledwie 246 mieszkańców, a jego konkurenta z PiS - aż 681.

- Dzień po wyborach przeglądałem wyniki z naszej dzielnicy. Nagle zobaczyłem, że w jednej komisji na Górcach Kaczyński dostał ponad 70 proc. głosów. Byłem w szoku, bo PiS ma tam zawsze małe poparcie - opowiada Krzysztof Zygrzak, rzecznik Bemowa.

Zaniepokojony, wszczął lokalne śledztwo. Urzędnicy zeszli do schronu urzędu dzielnicy, w którym przechowywane są worki z kartami do głosowania. Gdy je rozpakowali, wszystko stało się jasne: głosy policzono poprawnie, ale komisja odwrotnie wpisała wyniki do protokołu. To Bronisław Komorowski dostał o 435 głosów więcej od Jarosława Kaczyńskiego.

Dokument podpisało dziewięcioro członków komisji. Wyniki wywiesili też na drzwiach szkoły. Jak to się stało, że nikt z nich nie zauważył tak poważnego błędu?

- Podczas spisywania protokołu mieliśmy scysję z jednym z członków komisji. Domagał się uznania kilkunastu kart do głosowania, na których ludzie błędnie oddali głosy. W zamieszaniu pomyliliśmy się i wpisaliśmy wyniki nie w te rubryki, co trzeba. Wstyd przyznać, ale nie zorientowaliśmy się, że jest coś nie tak, i wyniki wysłaliśmy do PKW - przyznaje Ryszard Sikora, przewodniczący komisji obwodowej nr 759.

Kłopot PKW, radość PiS

Pismo z jego wyjaśnieniami trafiło do okręgowej komisji wyborczej, jednak PKW wcześniej ogłosiła oficjalne wyniki wyborów prezydenckich.

- Wczoraj wysłaliśmy zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez tę komisję. To pierwsza taka sytuacja podczas tegorocznych wyborów prezydenckich - mówi Anna Lubaczewska, szefowa stołecznej delegatury Państwowej Komisji Wyborczej.

Prokuratorzy na razie sprawy komentować nie chcą. - Wypowiemy się dopiero, gdy zapoznamy się z pismem PKW - wyjaśnia Monika Lewandowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej.

O unieważnieniu wyników wyborów nie może być mowy, bo 435 głosów nie ma wpływu na ich finalny wynik. Ale korekta oficjalnych danych to konieczność. - Sami nie możemy zmienić już ogłoszonych wyników. Poprawimy je dopiero wtedy, gdy sprawę rozstrzygnie prokuratura lub sąd - tłumaczą w PKW.

Zamieszanie nie zmartwiło jedynie Ireny Awłasewicz-Borkowskiej, która jako mąż zaufania PiS obserwowała przebieg wyborów w bemowskiej szkole: - To niebo zadziałało. Przez cały dzień do naszej komisji przychodzili młodzi ludzie spod Warszawy, którzy na moje oko mieli lewe zaświadczenia o prawie do głosowania. Słyszałam, że w ten sposób głosy kupuje Platforma. Jak widać, anioły spłatały tej partii figla.

LINK

niedziela, 17 lipca 2011

JOANNA HOFMAN NA CELOWNIKU ZUS

Żona posła PiS na lewych zwolnieniach?

Joanna Hofman, żona posła PiS Adama Hofmana, może mieć problemy. KGHM, spółka, w której jest zatrudniona, chce, by ZUS skontrolował jej zwolnienia lekarskie. Z dokumentu, do którego dotarł "Dziennik Gazeta Prawna", wynika, że KGHM prosił o kontrolę już na początku października.

Joanna Hofman jest zatrudniona w KGHM. W pracy nie pojawiła się od dwóch lat. W tym czasie była już na zwolnieniu chorobowym, świadczeniu rehabilitacyjnym, urlopie macierzyńskim, urlopie wypoczynkowym oraz urlopie wychowawczym, z którego wróciła 4 września tego roku, by dzień później przedstawić zwolnienie lekarskie, na którym jest do dziś.
Z naszych informacji wynika, że Joanna Hofman została zatrudniona w KGHM w kwietniu 2007 roku w czasie, gdy rządziło PiS. Wtedy prezesem tej jednej z największych spółek Skarbu Państwa był Krzysztof Skóra, członek Prawa i Sprawiedliwości i kandydat tej partii w wyborach parlamentarnych w 2005 roku Hofman została głównym specjalistą w wydziale komunikacji korporacyjnej z pensją około 6 tysięcy złotych.
Czym się zajmowała? Tego do końca nie wie nawet jej mąż.
"Obsługiwała bieżącą działalność spółki w Warszawie, to znaczy to, czym spółka zajmuje się na co dzień, ale szczegółów jej codziennych zajęć nie znam" - powiedział nam Adam Hofman, zastrzegając jednak, że jego żona nie była zatrudniona na kierowniczym stanowisku.
Informacji o szczegółach zajęć Joanny Hofman nie chce udzielać też KGHM. "To są wewnętrzne sprawy korporacyjne objęte tajemnicą. Ponadto wydział komunikacji korporacyjnej został zlikwidowany, więc trudno mi coś powiedzieć o zakresie obowiązków jego pracowników" - poinformowała nas Anna Osadczuk, p.o. rzecznika prasowego KGHM. Zdradziła jednak, że do obsługi warszawskiej filii spółki wystarcza praca dwóch osób.

Dokładnie Joanna Hofman jest nieobecna w pracy od 23 grudnia 2007 roku, czyli przepracowała w spółce osiem miesięcy. Dwa dni przed tą datą pojawiła się informacja, że prezes Krzysztof Skóra ma zostać odwołany ze stanowiska prezesa KGHM, co ostatecznie nastąpiło 17 stycznia 2008 roku. Zmian w spółce domagał się wtedy nowy minister Skarbu Państwa Aleksander Grad z PO.

Zdaniem Adama Hofmana te wydarzenia nie mają ze sobą związku. Dodaje, że jego żona była już kontrolowana przez ZUS na wniosek KGHM, kiedy była na urlopie.

"Widać władze KGHM ukochały sobie ten środek nadzoru. Cóż czasem złośliwość ludzka jest silniejsza niż zdrowy rozsądek" - mówi Hofman. Zaznacza, że jego żona pozostaje na zwolnieniu, gdyż przygotowuje się do zabiegu lekarskiego.
Z naszych informacji wynika, że KGHM chce wyrzucić z pracy Joannę Hofman. Ale nie może tego zrobić, bo ta przebywa na urlopie lub zwolnieniu lekarskim. Wydział komunikacji korporacyjnej KGHM, w którym została zatrudniona żona posła PiS zlikwidowano w maju zeszłego roku.

LINK

sobota, 16 lipca 2011

Za kupowanie głosów musi teraz zapłacić 4 tysiące

Na karę 4 tysięcy zł grzywny skazał Sąd Rejonowy w Szczytnie Bożenę A., która startując z list PiS w ubiegłorocznych wyborach samorządowych do rady gminy Jedwabno, kupowała głosy wyborców.


Oskarżona przyznała się do winy i dobrowolnie poddała karze. Bożena A. została oskarżona przez szczycieńską prokuraturę o udzielenie korzyści majątkowej 16 osobom uprawnionym do głosowania w gminie Jedwabno. Płaciła po 20 zł w zamian za pójście do obwodowej komisji wyborczej i głosowanie za jej kandydaturą.

Razem z kandydatką na ławie oskarżonych zasiadły 2 osoby, które pomagały jej w przekupieniu wyborców. Józefa S. i jej syn Mariusz K. w dniu wyborów wyszukiwali skłonnych głosować za opłatą i przekazywali im pieniądze. Obydwoje oskarżeni nie pracują, nie mają żadnego wykształcenia i żyją z renty socjalnej. Wśród podobnych do siebie osób wyszukiwali chętnych do głosowania za pieniądze.

Wiadomości o łatwym zarobku stały się we wsi na tyle głośne, że sprawą zainteresowała się miejscowa policja. Wszyscy oskarżeni przyznali się do winy i dobrowolnie poddali karze. Prokurator przychylił się do wniosku o proponowany przez nich wymiar kary.

Bożena A. powiedziała w sądzie, że nie zdawała sobie sprawy, iż popełnia przestępstwo zagrożone karą 5 lat więzienia. Myślałam, że po wyborach jakoś się odwdzięczę osobom, które na mnie głosowały i dam im pieniądze. Nie wiedziałam, że jest to czyn zabroniony - stwierdziła oskarżona.

Sąd rejonowy w Szczytnie skazał Bożenę A. na karę 4 tysięcy złotych grzywny. Jej wspólnikom - Józefie S. i Mariuszowi K. - nakazał prace społeczne przez 3 miesiące. Ponieważ skazani nie mają żadnych dochodów sędzia odstąpił od obciążania ich kosztami sądowymi.

Kupowanie przez kandydatkę PiS głosów wyborców nie zapewniło jej zwycięstwa. Otrzymała 39 głosów i nie dostała się do rady gminy Jedwabno.
za PAP

LINK

środa, 13 lipca 2011

Agora vs. Jarosław Marek Rymkiewicz [Video]

Cenzor dla Ziobry

Po ostatnich kontrowersyjnych wypowiedziach Zbigniewa Ziobry lider PiS postanowił zatkać mu usta. Kneblem ma być Adam Hofman, dawny protegowany Ziobry.

Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości Adam Hofman to jedyny facet w tej partii, który regularnie się maluje. Pod ręką zawsze ma wypchaną po brzegi kosmetyczkę z substancjami do maskowania niedoskonałości cery i układania włosów. Jest w każdej chwili gotowy do telewizyjnego występu czy zdjęć dla kolorowych gazet. – To partyjne kosmetyki – żartuje, patrząc w lustro i malując się przed sesją dla "Newsweeka".

Jednak ci, którzy znają wyłącznie upudrowany wizerunek Hofmana, tak naprawdę wiedzą o nim niewiele. Bo nie jest on grzecznym chłopcem. A prezes nie wykorzystuje go do odmawiania wieczornych paciorków, tylko do brudnej politycznej roboty. Najnowsze zadanie Hofmana to przytemperowanie Zbigniewa Ziobry, który za bardzo się rozbrykał. To nobilitujące zadanie, biorąc pod uwagę, że Jarosław Kaczyński ma sporo zastrzeżeń co do lojalności Hofmana.

Plan był taki: powołamy nowe ugrupowanie, partię młodej generacji. Przekonamy ludzi, że konflikt Tuska z Kaczyńskim to zapasy starszych panów, którzy stracili kontakt z rzeczywistością i nie potrafią już zmodernizować Polski. My jesteśmy młodzi, unieważnimy ich spory i przebudujemy kraj. Takie było myślenie kilkunastu początkujących polityków z PO, PiS i SLD, którzy od przełomu 2009 i 2010 r. spotykali się w warszawskim biurze Adama Hofmana w tajemnicy przed opinią publiczną, mediami i partyjnymi bossami.

To było jak poufne, ponadpartyjne sprzysiężenie. Do dziś lista uczestników spotkań jest tajemnicą. Ale według ustaleń "Newsweeka" poza Hofmanem (PiS, 31 lat) na spotkania przychodzili m.in. Bartosz Arłukowicz (wówczas w SLD, 40 lat), Agnieszka Pomaska (PO, 31 lat), Zbigniew Girzyński (PiS, 38 lat), Paweł Poncyljusz (wówczas w PiS, 42 lata), Cezary Tomczyk (PO, 27 lat) oraz Dawid Jackiewicz (PiS, 38 lat). To nie było polityczne bicie piany. Młodzi na tajne konwersatoria zawsze zapraszali gości, aby rozmawiać o konkretnych kwestiach. Spotykali się m.in. z Aleksandrem Kwaśniewskim (polityka zagraniczna), prof. Jadwigą Staniszkis (transformacja ustrojowa) czy prof. Krzysztofem Rybińskim (gospodarka). Tak rodziła się idea partii młodych. – Uważaliśmy, że Polsce potrzebna jest partia generacyjna – opowiada Bartosz Arłukowicz, dziś minister w rządzie Tuska. – Partia budowana przez młodych polityków, których łączy liberalizm gospodarczy i chęć modernizacji kraju, a także odrzucenie historycznych i osobistych podziałów.

Z Arłukowiczem Hofmana połączyła szczególna więź. Spotykali się bardzo często przy wódce i snuli polityczne plany. – Poznałem Adama bardzo dobrze, znam też jego rodzinę – przyznaje Arłukowicz. – To sympatyczny facet, z przyjemnością spędzałem z nim czas. Gadaliśmy godzinami na rozmaite tematy, najczęściej spoza polityki, choćby o hobby czy dzieciach.

Partia młodych była – jak twierdzą nasi rozmówcy – jednym z wielu pomysłów Hofmana na rozstanie z PiS. Przez lata czuł się tam niedoceniany, w dodatku ze swoimi poglądami nie przystawał do większości polityków PiS. On był za podpisaniem przez Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego, który zacieśniał integrację Unii Europejskiej. Oni byli przeciw. On był za dopuszczalnością zapłodnienia in vitro. Oni byli przeciw. Ostatnio wypowiedział się przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Oni chcieliby aborcji zakazać zupełnie. Kiedyś dopuszczał nawet koalicję z SLD, choć dziś mówi na ten temat tak jak oni. – Gdzieś pod koniec 2008 roku, po awanturze o traktat lizboński, Adam zaprosił mnie na kolację do chińskiej knajpy. W grupie kilku osób rozmawialiśmy o tym, żeby powołać nową partię z Kazikiem Marcinkiewiczem, który jeszcze wtedy był popularny – opowiada jeden z polityków PiS.

LINK

Prezes PiS: Cnotę straciliśmy, a rubla nie zarobiliśmy

- Strategia z kampanii się nie sprawdziła. Cnotę straciliśmy a rubla nie zarobiliśmy – tak według ustaleń „Wprost” Jarosław Kaczyński tłumaczył na jednym z zamkniętych spotkań powrót do tematu katastrofy smoleńskiej.
Słowa padły podczas posiedzenia klubu parlamentarnego PiS, na którym Mariusz Błaszczak został wybrany nowym przewodniczącym. Spotkanie zaczęło się od wystąpienia socjologa dr. Tomasza Żukowskiego, który przedstawił partyjny sondaż zamówiony przez PiS. Było to porównanie wyników obecnych z rezultatami z kampanii wyborczej. – Okazało się, że zmiana retoryki, powrót do tematu Smoleńska i spór o krzyż nie odbiły się na naszym poparciu. Nasze wyniki właściwie ani drgnęły – relacjonuje poseł kojarzony z partyjnym talibanem.

Samo wystąpienie Kaczyńskiego było bardzo szczerze. - Strategia pomijania tej sprawy z kampanii się nie sprawdziła. Cnotę straciliśmy a rubla nie zarobiliśmy. Ale wtedy tak trzeba było, tego oczekiwali ludzie. Tak wskazywały sondaże – stwierdził.

Te słowa wprawiły część posłów PiS w konsternację. – Prezes brzmiał jak człowiek, który czuje, że zdradził własne ideały. Dało się wywnioskować, że to współpracownicy wymogli na nim łagodną retorykę, w której zabrakło miejsca na Smoleńsk – wspomina dziś w rozmowie z „Wprost" jeden z posłów PiS.

Szef PiS odniósł się także w swoim wystąpieniu do publicystyki europosła Marka Migalskiego i redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej" Pawła Lisickiego. - Dwóm panom, którzy krytykują mnie na blogu i w gazecie, nie zarzucam złych intencji. Ich problem polega jednak na tym, że Bóg poskąpił im umiejętności politycznej analizy. Nasza dzisiejsza strategia jest przemyślana i doprowadzi nas do zwycięstwa - zapowiedział.

Marek Migalski w swoim blogu skrytykował powyborczą strategię PiS. „Od czwartego lipca ponosimy same porażki. Jesteśmy w stałej defensywie. Tracimy kolejne punkty. Daliśmy się wpuścić w spór o krzyż, o tragedię smoleńską, zajmujemy się wciąż sobą, a nie rozliczaniem PO z realizacji obietnic wyborczych" – napisał. Z kolei Paweł Lisicki zarzucił Jarosławowi Kaczyńskiemu, że, angażując się w wojnę o krzyż, „otwiera Polsce prostą drogę do zapateryzmu" oraz wzmacnia „antychrześcijańską lewicę, której głównym postulatem stanie się walka z Kościołem i publiczną obecnością religii". Zaatakował również prezesa PiS za publiczne snucie „opowieści o niby-zamachu", o tym, „że blisko Katynia doszło do więcej niż katastrofy, więcej niż do nieszczęśliwego wypadku”.

LINK

Wrocław: Członek komisji fałszował karty do głosowania

kt, IAR

We wrocławskiej prokuraturze rozpoczęło się przesłuchanie 71- latka podejrzewanego o sfałszowanie kart wyborczych. Miał oddawać głosy na kandydatów PiS. Mężczyzna był pracownikiem komisji wyborczej numer 270 we Wrocławiu. Grozi mu do 3 lat więzienia.


Do incydentu doszło w komisji nr 270 przy ulicy Osobowickiej. Tuż po zamknięciu lokalu, gdy zaczęło się liczenie oddanych głosów, członek komisji zaczął dopisywać dodatkowe znaki. Zanim odebrano mu karty, dokonał kilkudziesięciu skreśleń.


Policję o zdarzeniu powiadomiła szefowa komisji. 71-letni mężczyzna mężczyzna już po zamknięciu lokalu miał sfałszować karty wyborcze - łącznie 56 dokumentów. Miał oddawać głosy na kandydatów PiS.

LINK

Nowy Sącz: Oskarżenia o fałszowanie list wyborczych PiS

Iwona Kamieńska

Kolejny akt oskarżenia dla działaczy PiS. Prokuratura wciąż bada kampanię z 2005 r.

Trzeciej osobie prokuratorzy z Krakowa postawili zarzuty dotyczące fałszowania podpisów na listach poparcia dla m.in. byłego posła, a obecnego prezydenta Nowego Sącza Ryszarda Nowaka, kompletowanych przed wyborami parlamentarnymi w 2005 roku.


Ponad rok temu jako pierwsza usłyszała zarzuty Dominika G., która pracowała w biurze poselskim Nowaka jako sekretarka. Przyznała się do winy
i zadeklarowała dobrowolne poddanie karze. W ten sposób uniknęła procesu. W sierpniu stanie przed sądem kolejny podejrzany - Paweł K. Był wolontariuszem sztabu zbierającego autografy poparcia dla kandydatów PiS. Nie przyznał się do winy. Sprawę rozstrzygnie Temida.


- Zakończono formułowanie aktu oskarżenia wobec trzeciej osoby. Tym razem chodzi o Rafała K. - powiedział nam wczoraj prokurator Janusz Hnatko z krakowskiej Prokuratury Okręgowej. - Zarzuty są takie same jak w przypadku dwóch wcześniejszych oskarżeń.


Jak wyjaśnia prokurator - to nie jest koniec śledztwa w tej sprawie.

LINK

Kandydatka PiS płaciła 20 złotych za głos. "Nie wiedziałam, że tak nie można"

Na karę 4 tys. zł grzywny skazał Sąd Rejonowy w Szczytnie Bożenę A., która startując z list PiS w ubiegłorocznych wyborach samorządowych do rady gminy Jedwabno, kupowała głosy wyborców. Oskarżona przyznała się do winy i dobrowolnie poddała karze. Kupowanie głosów nie zapewniło Bożenie A. wyborczego sukcesu. Otrzymała 39 głosów i nie dostała się do rady gminy Jedwabno. Bożena A. została oskarżona przez szczycieńską prokuraturę o udzielenie korzyści majątkowej 16 osobom uprawnionym do głosowania w gminie Jedwabno.

Płaciła po 20 zł w zamian za pójście do obwodowej komisji wyborczej i głosowanie za jej kandydaturą. Razem z kandydatką na ławie oskarżonych zasiadły dwie osoby, które pomagały jej w przekupieniu wyborców. Józefa S. i jej syn Mariusz K. w dniu wyborów wyszukiwali skłonnych głosować za opłatą i przekazywali im pieniądze. Obydwoje oskarżeni nie pracują, nie mają żadnego wykształcenia i żyją z renty socjalnej. Wśród podobnych do siebie osób wyszukiwali chętnych do głosowania za pieniądze. Wiadomości o łatwym zarobku stały się we wsi na tyle głośne, że sprawą zainteresowała się miejscowa policja.

Wszyscy oskarżeni przyznali się do winy i dobrowolnie poddali się karze. Prokurator przychylił się do wniosku o proponowany przez nich wymiar kary. Bożena A. powiedziała w sądzie, że nie zdawała sobie sprawy, iż popełnia przestępstwo zagrożone karą 5 lat więzienia. - Myślałam, że po wyborach jakoś się odwdzięczę osobom, które na mnie głosowały i dam im pieniądze. Nie wiedziałam, że jest to czyn zabroniony - stwierdziła oskarżona.

Sąd rejonowy w Szczytnie skazał Bożenę A. na karę 4 tys. zł grzywny. Jej wspólnikom - Józefie S. i Mariuszowi K. - nakazał prace społeczne przez 3 miesiące - ponieważ skazani nie mają żadnych dochodów sędzia odstąpił od obciążania ich kosztami sądowymi.

PAP, arb

LINK