PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 23 czerwca 2017

Jarosław Mniejszy


Zamienił Tuska na Kaczyńskiego. I teraz chyba wie, na czym polega różnica

Rafał Kalukin

Najpierw (trochę długi) cytat: „To liderzy PiS wynaturzy­li idee, które wyniosły ich do władzy. Naprawę państwa zastąpili »odzyskiwaniem« kolejnych instytucji (...). Idea IV RP za­kładała reformę instytucji i procedur, PiS zaś kontynuuje dzieło ich defor­mowania, łudząc się, że powstawianie wszędzie »swoich« ludzi - w których »jest samo dobro« - zastąpi zmiany struktu­ralne. (...) Niestety, kierownictwo PiS, na czele z premierem, zastąpiło lancet maczugą, wykorzystując uzasadnioną krytykę patologii do demagogicznej roz­prawy z politycznymi oponentami.
   Słuszne dążenie do wzmocnienia państwa pomylono z atakiem na nieza­leżne instytucje wyznaczające granice roszczeń wszelkiej władzy, takie jak (...) Trybunał Konstytucyjny. Próba odpo­litycznienia mediów skończyła się ich bezprecedensowym upartyjnieniem. Taka praktyka musiała wywołać gniew i oburzenie. Po rządach PiS trzeba będzie
rzeczywiście zabrać się do gruntowne­go sprzątania”.
   To diagnoza Jarosława Gowina. Do­tyczy jednak nie obecnych rządów PiS, lecz poprzednich; sformułował ją je- sienią 2007 r. Co sprawiło, że dziś jest prominentem obozu rządzącego, który postanowił podnieść ówczesne patologie do entej potęgi?

czwartek, 22 czerwca 2017

Księstwo Kempy



Asystenci Beaty Kempy, znajomi policjanci i mąż fryzjerki dzięki „dobrej zmianie” pną się po szczeblach kariery. Kempa nic do wszystkich się przyznaje. „Newsweek” dotarł do zdjęć, które mogą być dla niej kłopotem

Renata Grochal

Syców to małe miasteczko z niską zabudową, jakich wiele w Polsce powiatowej. Mieszka tu 10 tys. osób. Wszyscy się znają, bo albo razem chodzili do szkoły, albo spotykają się na imprezach. Gdy Beata Kempa przyjeżdża do rodzinnego Sycowa z Warszawy w obstawie BOR, zawsze wywołuje sensację. - Raz, gdy chciała zrobić zakupy w pasmanterii, najpierw wszedł BOR-owiec, który wystraszył ekspedientkę, a dopiero później ona - opowiada mi jeden z urzędników.
   W mieście wszyscy komentowali paź­dziernikowy ślub córki Kempy. Do Sy­cowa zjechali politycy, lokalni notable, księża, a nawet szef Radia Maryja, ojciec Tadeusz Rydzyk. Kempa, jak podkreśla poseł zaprzyjaźniony z redemptorystą z Torunia, ma lepsze kontakty z Rydzy­kiem niż premier Beata Szydło. Doda­je, że w obozie Zjednoczonej Prawicy są cztery osoby, od których Rydzyk zawsze odbiera telefon - ministrowie Antoni Macierewicz i Jan Szyszko, poseł Andrzej Jaworski oraz Beata Kempa.
   - Dla niej Rydzyk jest w stanie zmie­nić swój kalendarz. Przyjaźnią się od kil­kunastu lat. Spotykają się na kolacjach lub podwieczorkach mówi ważny dzia­łacz PiS. Dzięki znajomości z Rydzykiem Kempa często gości na falach Radia Ma­ryja, co daje jej popularność w prawico­wym elektoracie.

środa, 21 czerwca 2017

Jarosław udzielny



Po wyjściu Beaty Szydło z gabinetu na Nowogrodzkiej poirytowany prezes pyta: Czyim ona jest premierem, moim czy Ziobry?

Wojciech Cieśla, Michał Krzymowski, Paweł Reszka

Lipcowy kongres Prawa i Sprawiedliwości będzie doniosłym wydarzeniem w życiu partii. Prezes wy­głosi przemówienie, na­kreśli strategię, a delegaci przyjmą napisany przez niego program.
   Takiego święta nie może nic zepsuć. Na przykład: gdyby któryś z mówców dostał dłuższe oklaski niż prezes, by­łaby katastrofa. Dlatego we wstępnym planie kongresu oprócz przemowy Ja­rosława Kaczyńskiego są jeszcze tyl­ko dwa wystąpienia: koalicjantów Zbigniewa Ziobry i Jarosława Gowina. Pierwszy to nawrócony zdrajca, a drugi był w Platformie - można więc być spokojnym, że żaden nic dostanie gromkich owacji. Co innego - Beata Szydło.
   I właśnie dlatego jej wystąpienia w planie kongresu nie przewidzia­no. - Jeśli media to rozdmuchają, jej przemówienie może się jeszcze poja­wić, żeby nie dawać nikomu pożywki, ale na dziś tak to wygląda. Rolą Beaty będzie oklaskiwanie prezesa - mówi polityk PiS.

PREZES I BELZEBUBY
Prezes najbezpieczniej czuje się w partyjnej siedzibie. Poza biurem żartuje czasem - „atakują belzebu­by”, ale na Nowogrodzkiej jest spokój. W świecie Kaczyńskiego najważniej­sze są komfort i stabilizacja, wszyst­ko odbywa się według sprawdzonego schematu. Każdego ranka przyjeżdża do siedziby, zdejmuje płaszcz, dosta­je herbatę i zaczyna urzędowanie. Kto ten porządek spróbuje zakłócić, tylko go zdenerwuje.
   - Mieliśmy kiedyś takiego europosła Mieczysława Janowskiego. Chłop był kiepsko zorientowany w partyj­nych realiach - opowiada poseł PiS.
- W 2009 r. Jarosław wyciął go z li­sty, więc Mietek przyjechał aż z Pod­karpacia, żeby zawalczyć o miejsce. Chciał być cwany, więc ustawił się o 8 rano na parkingu. Nikt mu nie po­wiedział, że prezes o tej porze jesz­cze przewraca się z boku na bok. O 10.30 auto z prezesem wresz­cie wjechało. - Panie prezesie, mogę na dwa słowa? - zagaił Mietek.
- Nie. I drzwi się zatrzasnęły.
   Polityk PiS: - Jarosław nie lubi być za­skakiwany. Gdy jedzie w teren i jakiś sze­regowy poseł chce z nim porozmawiać, to powinien najpierw zadzwonić do pani Basi i to zasygnalizować. Wtedy prezes podczas wizyty może zamienić z nim parę zdań. W przeciwnym razie przy ła­paniu za rękaw może ofukać.

wtorek, 20 czerwca 2017

Państwo kelnerów,Płachta,Sprawa najważniejsza z ważnych,Chwinie, Chwinie, wystaw rogi



Państwo kelnerów

W głośnej ostatnio sprawie Małgorzaty Sadurskiej w sumie najciekawsza jest sprawa ks. Kazimierza Sowy. Samo przejście byłej szefowej Kancelarii Prezydenta do zarządu PZU (jeśli, jak zażartował jej klubowy kolega, „wygra konkurs”) nie zbulwersowałoby tak opinii publicznej, gdyby nie wysokość zarobków przyszłej wiceprezes. Par­tyjne nominacje do spółek Skarbu Państwa - na skalę niespotykaną za żadnych wcześniejszych rządów - już zdążyły spowszednieć. Ale pensja w okolicach 90 tys. zł miesięcznie dla działaczki partyjnej wy­wołała poruszenie tabloidów, a więc zapewne wzburzenie tzw. zwy­kłych Polek i Polaków, w imieniu których, jak wiadomo, władza spra­wuje władzę. No i co w takiej sytuacji robi partia? Partia, jak zawsze podobno radzą piarowcy, musi aferę przykryć. Więc TVP „ujawniła” ko­lejne kawałki taśm nagranych w 2014 r. w restauracji Sowa i Przyjacie­le. Padło, nomen omen, na księdza Sowę, „ulubionego duchownego liberałów” jak przedstawiała go bulwarówka. Z imieninowych gadek przy alkoholu najbardziej zaszokowały polityków PiS i komentato­rów TVP wypowiadane przez księdza tu i ówdzie przekleństwa oraz - uwaga - powtarzane przez niego plotki o ewentualnej nominacji posła Aleksandra Grada z PO do spółki Tauron. Przekaz prosty jak uchwyt cepa: Grad tam, Sadurska tu, o co chodzi?
   Mimo wszystko zatrzymajmy się chwilę przy „aferze ks. Sowy.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Jak nie on, to kto?



Walcząc z mafią, prokurator Marek Pasionek nauczył się, że czasem nie ma miejsca na skrupuły. To nie przypadek, że właśnie jemu powierzono śledztwo smoleńskie.

Marek Pasionek mówi o sobie niechętnie. O życiu osobi­stym wcale. - Proszę mu się nie dziwić, przecież polowali na niego najwięksi bandyci w kraju - mówi Małgorzata Wassermann, dla której Pasionek to wzór prokuratora.
- Kiedy zaczynałam swoją przygodę z pra­wem, prokurator Pasionek był już legendą. Człowiekiem ścigającym i wsadzającym za kratki bandytów, z którymi inni sobie nie radzili. Od początku też walczył o prawdę o katastrofie smoleńskiej, choć utrudnia­no mu pracę. Jeśli on sobie nie poradzi z tą sprawą, to nikt sobie nie poradzi - do­daje Wassermann.
   Druga strona rodzin smoleńskich rolę prokuratora Pasionka widzi w innym świe­tle. - Barbarzyństwo, jakim są przymusowe ekshumacje wszystkich ofiar, to nic więcej niż tylko tuszowanie własnych błędów. Przecież Pasionek był w Moskwie już trzy dni po katastrofie. Widział, co się tam działo - mówi Paweł Deresz, mąż Jolanty Szymanek-Deresz. - Pytam się: co wtedy zrobił, żeby uniknąć błędów, którymi dziś nas epatuje? I odpowiadam: nic.

niedziela, 18 czerwca 2017

Skok doskonały



Ludzie z WSI zawłaszczyli, powiedzmy, 800 mln zł. Tak wynika z prokuratorskiego śledztwa. Kto ukradł resztę z 3 mld zł, które zniknęły ze SKOK Wołomin? Garstka byłych klientów walczy o to, by ktoś zaczął wreszcie szukać tych pieniędzy.

Marcin Karliński, z zawo­du elektronik, umysł ści­sły, analityczny, do czasu upadku SKOK Wołomin w ogóle nie interesował się finansami. Po prostu blisko pracy miał od­dział SKOK. W 2011 r., w budynku Pod Or­łami przy ul. Jasnej w Warszawie, otworzył konto oszczędnościowe. W 2015 r. w ciągu miesiąca ze sztandarowej instytucji spół­dzielczego sektora rynku finansowego, nadzorowanej przez Kasy Krajowe, a po­tem Komisję Nadzoru Finansowego, SKOK Wołomin stał się bankrutem.
   - Ktoś, kto wymyślił ten skok stulecia, bo tak to nazywamy, wymyślił kradzież niemal doskonałą - opowiada Karliński. - Doskonałą, bo w zasadzie nie ma po­krzywdzonych. Gdyby SKOK nie zostały w listopadzie 2013 r. objęte gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, to byłby bunt 100 tys. ludzi. A tak, proszę, ludzie dostali te poniekąd swoje pieniądze - dla nich jest po temacie.
   Na rozprawę upadłościową przyszło niewielu zainteresowanych. Głównie tzw. nadgwaranci, którzy mieli na ra­chunkach więcej niż 100 tys. euro - a tylko do tej wysokości straty pokrywa Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Najbardziej strat­na była firma budowlana, która akurat sprzedała maszyny - 4 mln zł, inna straciła 2 mln zł, jest parę przypadków rodziców dzieci niepełnosprawnych, którzy skła­dali na zabezpieczenie przyszłości dzie­ci, są emigranci, którzy wrócili z uciułaną na stare lata emeryturą. Marcin Karliński stracił gotówkę na średnią kawalerkę.
   Garstka zainteresowanych powołała Stowarzyszenie Wspierania Spółdzielczości Finansowej im. św. Michała (od kościo­ła, w którego salce odbyło się spotkanie założycielskie), Karliński został prezesem.
Zaczęli się wgryzać w akta, dokumenty fi­nansowe SKOK Wołomin, studiować zapi­sane maczkiem tomy z danymi kredyto­biorców, raporty, kontrolować działania syndyka i sądu, czytać sprawozdania Rady Wierzycieli. Jak dziś mówią, dzięki kon­taktom, tysiącom rozmów, przesłuchań, analiz, zdobyli dużą wiedzę na temat „skoku stulecia”, ale przy okazji posiedli też przekonanie, że żadnej z instytucji państwowych nie zależy na rzetelnym za­jęciu się sprawą. Nowe ustalenia, jak mó­wią, mogłyby popsuć medialny przekaz, że za kradzieżą pieniędzy stoi WSI, czyli służby, z którymi walczy PiS. Inni sprawcy są władzy nie na rękę.

sobota, 17 czerwca 2017

Poskromieni złośnicy



Stanowią o sile uderzeniowej obozu rządzącego. Zbigniew Ziobro forsuje najważniejszy projekt „dobrej zmiany, Jacek Kurski maluje jej propagandowy obraz. Właśnie dlatego, że kiedyś zdradzili Jarosława Kaczyńskiego, teraz gotowi są zrobić dla niego wszystko.

Jacek Kurski z 10. piętra gma­chu TVP na Woronicza zarządza głównym ośrodkiem propagandy. Opiewa wielkie sukcesy rządu, szczuje na opozycję, straszy ob­cymi. Choć toporność tej produkcji woła o pomstę do nieba, a widzowie (i ostat­nio artyści) odpływają, pozycja Kurskiego wydaje się mocna. Robi w końcu to, do czego został zobowiązany. O roli TVP w koncepcji rządzenia Jarosława Ka­czyńskiego możemy wnioskować z wy­powiedzi prezesa PiS z czasów rządów Platformy. Podkreślał wtedy, że jeśli rząd kontroluje przekaz telewizyjny między godziną 19 i 20, a jednocześnie utrzymu­je się wzrost gospodarczy, to opozycja skazana jest na walenie głową w mur.
   Zbigniew Ziobro jako minister spra­wiedliwości odpowiada za strategiczną reformę rządu „dobrej zmiany” mającą na celu podporządkowanie sądownictwa władzy politycznej. Jako prokurator gene­ralny nadzoruje z kolei kluczowe śledz­twa - smoleńskie oraz mające rozliczyć domniemane afery rządów PO. Nad rangą tych zadań w hierarchii pisowskich pryn­cypiów nie warto się rozwodzić; pierwsza to przecież nic innego jak „prawo”, druga - „sprawiedliwość”.

   Premia za upokorzenie
   Dorzućmy jeszcze prawą rękę Ziobry w Ministerstwie Sprawiedliwości Patryka Jakiego, który niedawno stanął na czele komisji weryfikacyjnej ds. reprywatyzacji. Wspomnijmy o szefowej Kancelarii Pre­miera Beacie Kempie. Co ich łączy? Jeszcze nie tak dawno każde z nich funkcjonowało w PiS na papierach zdrajców z Solidarnej Polski. Niedoszłych królobójców, koniec końców ośmieszonych klęską własnego projektu politycznego, którym łaskawy władca z Nowogrodzkiej pozwolił wrócić z dalekiego wygnania w pokutnych worach.
   Rytuał upokorzenia najboleśniej odczuł zapewne Kurski. Latem 2015 r. znajdował się na samym dnie. Politycznym, finanso­wym i życiowym (właśnie się rozwiódł). Rok wcześniej zagrał va banque, inwestując wszystkie oszczędności (ponad 400 tys. zł) w swoją kampanię do europarlamentu. Klęska była podwójna: nie dość, że cała li­sta Solidarnej Polski znalazła się pod pro­giem, to jeszcze sam Kurski zebrał w War­szawie raptem 9 tys. głosów („jedynka” na liście PiS Zdzisław Krasnodębski - po­nad 10 razy więcej!).
   Nazajutrz po wyborach ogłosił wycofa­nie się z polityki. Lecz długo w postano­wieniu nie wytrwał, bo już miesiąc później nieoczekiwanie zjawił się na zjeździe PiS. „Stoję przed wami z pokorą, z której mnie nie znacie” - pochylał głowę. A część sali krzyczała: „Na kolana!”. Koledzy z Soli­darnej Polski nie czekali z wyrzuceniem Kurskiego. Mieli prawo uznać, że próbując tylnymi drzwiami dostać się na pisowskie salony, wystawił ich do wiatru.
   Oczywiście ziobryści tak samo już wie­dzieli, że ich projekt jest martwy. Chodziło tylko o to, aby jak najdrożej się sprzedać.
   Został im ostatni atut: ewentualna kan­dydatura Ziobry w wyborach prezydenc­kich 2015 r. Wtedy jeszcze nikomu nie śniło się o Andrzeju Dudzie, a prezydenc­ka elekcja uchodziła za piętę achillesową PiS. Komorowski miał wygrać w cuglach, a Kaczyńskiemu - jak powszechnie uwa­żano - brakowało nawet kandydata, który byłby w stanie w miarę honorowo przegrać. Gdyby więc nadal popularny w prawico­wym elektoracie Ziobro stanął do wybo­rów, to pisowski figurant - ktokolwiek nim będzie - osunie się na kompromitujący, jednocyfrowy poziom.
   Plan był więc taki, aby start Ziobry przehandlować za miejsca na listach PiS w późniejszych o kilka miesięcy wyborach do parlamentu. Ziobryści odpuszczą sobie chwilową satysfakcję, Kaczyński zaś zapo­mni im dawne winy. Ale żeby plan się udał i negocjacje przebiegały owocnie, najpierw należało Kaczyńskiego solidnie przestra­szyć. Kandydat Ziobro - już sam w sobie mocny - zyskałby dodatkowej mocy, gdyby kampanię poprowadził mu Jacek Kurski.
   Podobna historia już się zresztą wyda­rzyła w 2004 r., kiedy w wyborach do Par­lamentu Europejskiego niedoceniana LPR wyprzedziła PiS o kilka punktów procento­wych i sensacyjnie wyszła na drugie miej­sce (za PO). To właśnie Kurski odpowiadał za ówczesną kampanię partii Giertycha. Bo wcześniej poczuł się w PiS niedocenio­ny i postanowił pokazać Kaczyńskiemu, co potrafi. Na tyle skutecznie, że za chwilę znów był w PiS. Lech Kaczyński miał po­wiedzieć wtedy Tuskowi, że może i z Kurskiego „s...syn”, ale warto go mieć po swo­jej stronie.
   W 2015 r. wydawało się jednak, że tym razem nie będzie happy endu. Bo Kurski wyszedł na swoim cwaniactwie jak Za­błocki na mydle. Ziobro odpuścił start, Duda sensacyjnie wygrał, umowa koalicyj - na PiS z Solidarną Polską i Polską Razem Jarosława Gowina na wybory do Sejmu została zawarta. Tymczasem samotnemu Kurskiemu musiało wystarczyć słowo Ka­czyńskiego, złożone w rozmowie w cztery oczy, że i dla niego znajdzie się miejsce na liście. Do ostatniego dnia przed re­jestracją zapewniał zresztą znajomych, że ma to jak w banku. Może nawet faktycz­nie w to wierzył, a może tylko z desperacji zaklinał rzeczywistość. Miejsca na listach nie dostał.
   I gdy już woda zalewała mu twarz, trium­fująca „dobra zmiana” w ostatniej chwili rzuciła koło ratunkowe - stanowisko wi­ceministra kultury. Stąd kapitański mostek był już na wyciągnięcie ręki.
   Kurski marzył o posadzie prezesa TVP od lat, choć - co możemy przeczytać w dawnej książce Kaczyńskiego - niespe­cjalnie wierzył, że marzenie kiedykolwiek się ziści. Jako hardy i ambitny pisowiec faktycznie nie miał wielkich szans. Nabrał odpowiednich kwalifikacji, dopiero stając się upokorzonym i po wielekroć przeczołganym synem marnotrawnym.

   Wygnani z pisowskiego raju
   Ziobro nie został wystawiony na tak ciężką próbę. Choć i on, wracając w orbi­tę PiS, nie miał prawa poczuć się pewnie. Na przedwyborczej giełdzie potencjal­nych ministrów jego nazwisko nie krążyło. Powrót do Ministerstwa Sprawiedliwości był więc powszechnym zaskoczeniem. Wskazywano, że Kaczyński nie miał wiel­kiego wyboru. Plany wobec sędziów, choć głośno o tym nie mówiono, od dawna były skrystalizowane. Jedyne, czego brakowało, to obojętnego na prawnicze gadanie sze­ryfa. Bezkompromisowego, ale i lojalnego wobec politycznego patrona.
   Akurat lojalności Ziobro pewnie nie był w stanie zagwarantować. Pokory mu jednak nie brakowało. Nieraz w ostatnich latach zmuszany był weryfikować własne wyobrażenia o osobistym potencjale poli­tycznym. Boleśnie odczuł, jak Kaczyński na dużym luzie rozgrywał go za pomo­cą marchewki i kija. Zastawiał pułapki, zmuszając Ziobrę do słownej ekwilibrystyki przed rozgrzanym prawicowym tłumem. Upupiał paternalistycznym „Wróć, synu, ojciec czeka”. A jednocześnie pisowska „Gazeta Polska Codziennie” niszczyła kandydata Solidarnej Polski do Senatu dętymi kwitami o pezetpeerowskiej przeszłości.
    „Kaczyński dzieli ludzi, jego wady unie­możliwiają współpracę. Nawet przegrani nie wrócimy do PiS” - zarzekał się wtedy Ziobro. Ataki na kandydata SP określał jako „plugawe i przypominające mowę nienawiści, którą stosowali wobec Lecha Kaczyńskiego Palikot i Tusk”. Innym ra­zem żalił się: „Prezes nabiera do nas sym­patii tylko wtedy, kiedy kamery są wokół, a po ich wyłączeniu traktuje nas jak po­wietrze”. I odcinał się, że „wróć, synu” było nadużyciem, bo nigdy nie uważał Kaczyń­skiego za swego politycznego ojca.
   Gdy już było po zawodach i Ziobro nie miał innego wyjścia (poza honorowym), jak wcielić się w rolę syna marnotraw­nego, tłumaczył dawne żale krążącymi w powietrzu „diabełkami”, które „zamiast tonować, dorzucają do pieca i nakręcają spirale konfliktu”.
   Byłoby jednak nieścisłością uważać, iż wracając do obozu PiS, Kurski z Ziobrą dali sobie połamać polityczne kręgosłupy. Przecież budując w 2012 r. alternatywny ośrodek prawicy, ani myśleli kwestiono­wać pisowską metodę. Przeciwnie, Soli­darna Polska została pomyślana jako PiS na sterydach. Bez tłuszczyku, który tu i ówdzie odkładał się w partii macierzystej. Jeśli więc wysuwali pod adresem Kaczyń­skiego zarzuty programowe, to dotyczyły one tego, że za pierwszych rządów PiS w latach 2005-07 był za miękki. Głęboko kłaniał się liberałom, oddając gospodarkę Zycie Gilowskiej. Oraz Unii Europejskiej, godząc się na przyjęcie traktatu lizboń­skiego. Nie ma więc mowy o tym, aby kurs „dobrej zmiany” mógł być teraz niemiły Ziobrze i Kurskiemu.
   Wyjątek od reguły to Smoleńsk. W cza­sach SP Kurski twierdził, że „lansowanie dogmatu o zamachu bez stuprocento­wych dowodów jest szkodliwe dla Polski”. A do tego „w interesie Rosjan jest podpusz­czanie Polaków, aby wierzyli w tezę o za­machu, bo wtedy po całej dawnej radziec­kiej strefie wpływów idzie historiozoficzny hyr, że kto podskoczy Rosji, Putinowi, ten skończy jak prezydent Kaczyński”. Tyle że abdykacja Solidarnej Polski ze smoleń­skich pozycji wynikała głównie z politycz­nych kalkulacji; wiedzieli, że Kaczyńskiego i Macierewicza nigdy nie przelicytują.
   Tak więc Kaczyński wcale nie pogruchotał im zatem ideowych kręgosłupów. Ale zrobił coś znacznie dotkliwszego: odebrał duszę. Odsączył ambicje, pozbawił hono­ru, podeptał osobistą autonomię, wykazał osobistą nicość. Skazał ich na wieczne ży­cie z piętnem grzechu, czyniąc swą łaskę już nie przyrodzonym prawem człowieka, lecz warunkowo przyznanym darem.
   Wedle standardów demokratycznych nieposłuszeństwo Ziobry i Kurskiego nie było przecież zbrodnią. Zostali wyrzuce­ni z PiS tylko za to, że po szóstych z rzędu przegranych wyborach (do parlamentu jesienią 2011 r.) ośmielili się zasugerować zmianę przywództwa. I to nawet nie otwar­cie, na forum publicznym; ograniczyli się do dworskiej intrygi.
   Wyrzucenie powielało zresztą stali­nowskie wzorce. Sam Kaczyński żartował z tych analogii w wystąpieniu na klubie PiS. Bo prawicowy wyborca dowiedział się od przybocznych prezesa, że Ziobro z Kurskim - niczym Kamieniew, Zinowjew i Bucharin opisani w latach 30. w „Krót­kim kursie historii WKP(b)” - od dawna budowali klikę wysługującą się wrogom ludu. „Mówią o jedności prawicy, a w rze­czywistości działają na jej rozbicie. To było w pełni świadome działanie” - donosił wte­dy Mariusz Błaszczak.
   Rzecz jasna nie trafiło na wzorcowych demokratów. Jeszcze rok wcześniej podob­ny donos na grupę rozłamową z PJN złożył sam Ziobro. Trzy lata wcześniej Kurski pu­blicznie zadenuncjował skonfliktowanego z Kaczyńskim Ludwika Dorna, że nie płaci alimentów. Zdarzało mu się w tamtych cza­sach parafrazować Cyrankiewicza: „Wszy­scy, którzy mówią, że ktoś chce podnieść rękę na Jarosława Kaczyńskiego, muszą wiedzieć, że Jacek Kurski mu tę rękę odrą­bie”. Po wyrzuceniu z PiS ochota do żartów mu jednak przeszła.

   Bat zamiast batuty
   Komentował Kurski w kolejnych la­tach: „Jeżeli demokracja ma wyglądać tak, że prezes nie udziela nikomu głosu i prze­trzymuje mikrofon, to znaczy, że zmierza­my w kierunku Korei Północnej”.
    „Szczególnie w ostatnim czasie czułem się, jakbym był w kolonii karnej połączonej z przedszkolem, a nie w partii politycznej”.
    „Jarosław Kaczyński powinien być jak dyrygent orkiestry. W ręku batuta, wsłucha­ny w skrzypce, w świetne brzmienie wio­lonczeli. Szukający harmonii brzmienia, muzyków, których prowadzi. Ale batuta pomyliła się dyrygentowi z batem”.
    „[Ludzie z PiS] Inaczej pojmują lojalność. Dla nich lojalność to salutować i zgadzać się na wszystko, co powie prezes. Dla mnie lojalność to imperatyw, by kiedy trzeba, po­wiedzieć w oczy, co się myśli”.
    „Kaczyński nie może mieć monopolu na prawicy, bo monopol zawsze prowadzi do klęski - bez względu na to, czy sprawuje się władzę, czy jest się w opozycji”.
    „Chcieliśmy, aby przywództwo Kaczyń­skiego miało jakieś bezpieczniki pozwala­jące na korygowanie błędów”.
   Ziobro był oględniejszy w komentarzach, ale i on zarzucił Kaczyńskiemu dyktatorskie praktyki. Jego reputacja karierowicza zmie­rzającego po trupach do celu zapewne nie była odległa od prawdy, choć po prawdzie ambicje były całkiem uzasadnione. Jako minister sprawiedliwości w pierwszym rzą­dzie PiS zdobył szlify pisowskiego prymusa. Bo w walce z „układem” jechał po bandzie i nadstawiał za Kaczyńskiego własną gło­wę, ryzykując Trybunał Stanu oraz procesy karne i cywilne. Jego popularność w elektoracie mierzono setkami tysięcy głosów 3 W hierarchii partyjnej miał stanowisko £ wiceprezesa. Niemal wszyscy widzieli go w roli „delfina”. Z wyjątkiem Kaczyńskiego.
   Najwyraźniej Ziobro wyciągnął lekcję z tamtych czasów. Dziś po jego dawnej chełpliwości i efekciarstwie wiele nie zo­stało. Zamknął się w resorcie, występu­je sporadycznie, stroni od retorycznych uniesień. Wedle maksymy „tisze jediesz, dalsze budiesz” konsekwentnie realizuje pisowski plan na podporządkowanie są­dów. A że przy okazji odbudowuje poli­tyczną pozycję, rozprowadzając swych lu­dzi po spółkach Skarbu Państwa? Na razie Kaczyński stara się udawać, że tego nie za­uważa. Weryfikacja pozycji Ziobry zapew­ne nadejdzie wraz z uchwaleniem zmian w sądownictwie.

   Najemnicy
   Dawna diagnoza Kurskiego o „koreań­skich” stosunkach w obozie PiS jak dotąd raczej nie straciła na aktualności. O czym świetnie wiedzą zwłaszcza założyciele Soli­darnej Polski, którzy - choć na eksponowa­nych stanowiskach - w partyjnej hierarchii nadal są podludźmi.
   Kurski to otoczony wilkami polityczny singiel, zdany na łaskę i niełaskę Kaczyń­skiego. Solidarna Polska jest z kolei pro­jektem zamrożonym. Zaraz po wyborach życie partyjne stanęło w miejscu, struktury zastygły w bezruchu, zablokowano przyj­mowanie nowych członków. To na wszelki wypadek, aby nie dawać Kaczyńskiemu pretekstu do podejrzeń, że tylnymi drzwia­mi mogłyby się wepchnąć w przyszłości do PiS niepożądane persony. Solidarni liczą bowiem, że całą organizacją przejdą wkrótce do Prawa i Sprawiedliwości. Czas nagli, za rok wybory samorządowe.
   Tyle że Kaczyńskiemu wcale się nie spieszy. Im dłużej potrzyma ziobrystów w niepewności, tym mniej będą mieli czasu na dopięcie alternatywnych koalicji wyborczych. W obrębie wspólnej partii, nawet rządzonej dyktatorsko, siłą rzeczy musieliby podlegać regułom wzajemności. Weszliby w normalny obieg dystrybucji zo­bowiązań i korzyści. Czy zasłużyli na taki przywilej? Za to, pozostając poza partią, nadal są tylko prawicowymi najemnika­mi zaciągniętymi do konkretnych batalii. Nawet jeśli zasłużeni w boju, to na razie bez szans na oficerskie stopnie, skazani na niepewność.
   Ich obecność w obozie „dobrej zmiany” nie jest więc wynikiem nadzwyczajnej ła­skawości wodza. To tylko efekt wyracho­wanej, chłodnej kalkulacji. Jedynym be­neficjentem tamtego rozłamu okazał się bowiem sam Kaczyński.
Rafał Kalukin

piątek, 16 czerwca 2017

Wyklęci Cichociemni



Rozmowa z Dariuszem Zawadką, byłym dowódcą GROM, o kulisach zmian w tej jednostce specjalnej

JULIUSZ ĆWIELUCH: - Wybiera się pan na święto GROM?
DARIUSZ ZAWADKA: - O które święto pan pyta?
To z okazji oficjalnego powołania 13 czerwca 1991 r. Jednostki Wojskowej 2305, czyli GROM.
Tyle się domyśliłem. Chodzi mi o to, o którym święcie mówimy, bo w tym roku będą dwa. Jedno oficjalne na tere­nie jednostki i drugie nieoficjalne poza jednostką dla weteranów oraz przyjaciół GROM. Pierwsze organizuje dowodzą­cy jednostką płk Mariusz Pawluk i nie jestem na nie zaproszony, więc się nie wybieram. Uprzedzając pana ewentual­ne pytanie, gdybym został zaproszony, również bym się nie wybrał.

To już chyba tradycja, żeby nie zapraszać byłych dowódców, pan nie zapraszał gen. Romana Polko. Trudno byłoby świętować w towarzy­stwie człowieka, który publicznie atako­wał jednostkę.

Atakował głównie pana.
Pod wnioskiem o odebranie gen. Pol­ko odznaki GROM podpisało się oko­ło 200 osób z GROM, więc trudno sprowa­dzić tę sytuację do konfliktu personalne­go. Zresztą obecnie dowodzący jednostką płk Pawluk wtórował panu generałowi w tym ataku, a nawet można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza. Pod wnio­skiem o odebranie jego odznaki GROM podpisało się ponad 400 żołnierzy jednost­ki posiadających taką odznakę.

To chyba nie będzie wesołe świętowanie.
Za to w tym roku wreszcie będzie god­nie i z podniesionym czołem. Nawet jednostka GROM wstaje z kolan po latach upadku. A posłańcem „dobrej zmiany” jest obecny dowódca, który z GROM żegnał się w aurze skandalu. Człowiek, który jako jedna z dwóch osób w całej 26-letniej historii GROM gremialną de­cyzją żołnierzy pozbawiony został prawa do noszenia odznaki jednostki.

Zdaje się, że jako dowódca płk Pawluk z automatu zasiada w tej kapitule.  
Kapituła jest ciałem niezależnym od dowódcy, faktem jest jednak, że dowódca zatwierdza jej decyzje. Ale na szczęście honor nie jest dekretowa­ny komisyjnie. Ludzie sami wiedzą, kto go ma, a kto nie. Prawnik, który niemal od początku istnienia GROM związany był z jednostką, w dniu objęcia dowódz­twa powiedział panu płk. Pawlukowi, co o nim sądzi.

czwartek, 15 czerwca 2017

PiS nie taki zły?



Polacy powoli przyzwyczają się do PiS. Partia Kaczyńskiego zaczyna być traktowana przez wielu jako w miarę normalne ugrupowanie, które ma swoje grzechy, ale inni też je mają. Na razie zatem wszystko idzie według planu Kaczyńskiego.

Spadki sondażowe, a potem odrabianie strat przez PiS pokazują, że ci, którzy od tej partii najpierw odpadają, zbrzydzeni i oburzeni kolejnymi eksce­sami jej polityków, następnie powracają jak wańka-wstańka. Widać już, że ci labilni wyborcy są w stanie emocji porzucić to ugrupowanie, ale też gotowi są ponownie je poprzeć, jak im przejdzie. Nie ma zatem granicy ostatecznego zbrzydzenia, nieprzekraczalnego poziomu ataku na demokra­tyczny system, po którym PiS już nie da się wybaczyć. To zasad­nicze odkrycie tego sezonu politycznego.
   Okazuje się, że w planie wizerunkowym wszystko jest wymie­nialne (np. 500 plus za Trybunał Konstytucyjny, Macierewicz za ekshumacje, Berczyński za uchodźców itd.). Nie ma spraw kardynalnych i pobocznych, każda znaczy tyle samo. Dowolnie też mogą się układać nastroje i odczucia społeczne. Według son­daży większość Polaków nie chce rządów PiS (było takie pytanie w jednym z niedawnych badań), ale większość ufa i ceni pracę prezydenta Dudy i premier Szydło. Jednocześnie większość nie ufa Kaczyńskiemu i Macierewiczowi. Większość kibicowała Tu­skowi w sporze z polskim rządem, większość chciałaby odwoła­nia niektórych kluczowych ministrów, ale też zarazem ten rząd się Polakom wyraźnie podoba bardziej niż wiele poprzednich, na co też wskazują sondaże.
   Politycznie i logicznie nie ma to wszystko sensu, ale też poka­zuje, z jakim stanem zbiorowej świadomości musi się mierzyć dzisiaj opozycja. Te sondaże pokazują właśnie wspomniany proces unormalniania obecnej władzy. Trybunał Konstytucyjny poszedł w zapomnienie, bo ile można o nim mówić. Podobne milczenie zapewne zapadnie nad tzw. reformą Sądu Najwyż­szego, KRS, całego sądownictwa, edukacji, nauki i innych. PiS liczy na zwyczajne znudzenie, na to, że każdy dzień daje władzy kolejną szansę, a pamięć wyborców się resetuje.

niedziela, 11 czerwca 2017

Jeśli PiS chce wojny, to będzie ją miało



Nie byłam w Moskwie jako prokurator, byłam tam przede wszystkim jako człowiek, z rodzinami podczas najtrudniejszych dla nich momentów w czasie identyfikacji – mówi była premier Ewa Kopacz

Rozmawia Renata Grochal

Newsweek: Czy obrazy z Moskwy jeszcze do pani wracają?
Ewa Kopacz: Pani wie, że ja rzad­ko mówię o Smoleńsku. Nie chcia­łam opowiadać o szczegółach. Mam te obrazy przed oczami i będą we mnie jeszcze bardzo długo.
Jakie?
- Tych ciał, tego zapachu, którego nie mogę, mimo upływu czasu, wyrzucić z pamięci. To jest taki słodkawy za­pach śmierci, pomieszany z ziemią
naftą. Ten zapach mi bardzo długo towarzyszył. Pamiętam ubrania po ca­łym dniu w zakładzie medycyny sądo­wej w Moskwie, które przesiąkały tym zapachem. To było nie do zniesienia.  
Co wraca najczęściej?
- Schodzę na dół do sali prosektoryjnej, tam, gdzie były ciała ofiar kata­strofy, i widzę morze ciał - nie 96, tylko 300, 400 rozkawałkowanych szczątków. Korpus oddzielnie, gło­wa oddzielnie, ręce i nogi oddzielnie. Wszystko na rozkładanych stołach.
Nie zemdlała pani?
- Ani razu, chociaż ludziom to się zda­rzało. Mnie się tylko strasznie chcia­ło ryczeć. Wokół rodziny ofiar płakały, a ja musiałam być dla nich wsparciem, mimo że miałam gulę w gardle. Gdzieś się zaszywałam w kącie, chwilę popłakałam i wracałam do nich. Ale już ze spokojną twarzą. Chociaż chwila­mi myślałam: „Boże, dziewczyno, na co ty się porwałaś!”. To nie jest jedna osoba czy cztery do ogarnięcia, które płaczą nad swoim zmarłym. To była ponad setka ludzi i 96 ofiar. I wszystko w jednym budynku.
Dużo pani paliła?
- Tak. Dwójka naszych psycholo­gów nie wytrzymała tej rozpaczy i po dwóch dniach wróciła do kraju.
Korzystała pani z pomocy psychologa?
- Nie, chociaż wiem, że wiele osób, które były wtedy w Moskwie, korzy­stało. Ale te obrazy wracały w snach. I ten zapach. Miałam wrażenie, że się duszę. Wiedziałam, że muszę sobie sama poradzić.
Kiedy było najtrudniej?
- Chyba po powrocie do kraju. Naj­trudniejsze było zderzenie tego, co tam widziałam, czyli Polski zrozpa­czonej, ale solidarnej, z tym, co zo­baczyłam po przyjeździe tutaj, kiedy zaczęły się wrzaski, krzyki, obwinia­nie zaraz po pogrzebach. To mnie strasznie dotykało, bo ciągle tamte obrazy z Moskwy były świeże. A tu­taj było już wyłącznie szukanie winnych i próba wzięcia odwetu za to, co się stało. Chodziło oto, żeby tę swoją nienawiść na kimś wyładować. I tak to trwa do dziś.
Mówi pani o Jarosławie Kaczyńskim?
- Nie tylko o nim. Czasem mam wrażenie, że część polityków Pis próbuje tym jazgotem zagłuszyć własne wyrzuty sumienia. Ktoś wsadził tych wszystkich ludzi do jednego samolotu, ktoś kazał lądować pomimo fatalnych warunków pogodowych. Ale sumienia nie da się zagłuszyć. Teraz się zaczęła nagonka na mnie.

sobota, 10 czerwca 2017

Nihiliści,Ludzkie zoo,Raport z oblężonego bloku,Nie jest wesoło,Katastrofa bez końca,Polak Pollackowi nierówny,Wojskowy z wężykiem i Czy warto nadstawiać pierś



Nihiliści

Istotą natury obecnej władzy nic jest jej populizm, radykalizm czy obskurantyzm, choć każdą z tych cech można jej zasadnie przypisać. Tą istotą jest totalny nihilizm, który ona manifestuje, promuje i którym się upaja.
   Wyroki trybunałów są ważne albo i nie, w zależności od na­szego uznania, prawdą można nazwać kłamstwo i odwrotnie, zło może być dobrem, a dobro ziem, bohatera możemy nazwać świnią, a statysty herosem. Nic nie jest pewne, nic nie ma wartości, wszystko można podważyć. Nihilizm w pełnej krasie.

Opinie notabli PiS o uchwale Sądu Najwyższego w spra­wie ułaskawienia niewinnego ministra Mariusza Kamińskiego w każdym normalnym kraju, w którym szanuje się prawo i respektuje przyzwoitość, skazywałyby Ich na banicję z życia publicznego. Oto przedstawiciele władzy roszczą sobie prawo do decydowania, które wyroki, orzecze­nia i uchwały są ważne, a które nie. Ale w tych kompromi­tujących wypowiedziach było coś ważniejszego niż tylko zakwestionowanie prawa Sądu Najwyższego do oceny prawo­mocności decyzji prezydenta. Ich sensem było zakwestiono­wanie elementarnej logiki. Jeśli można ułaskawić formalnie niewinnego, to można za niewinnego uznać przestępcę, a nie­winnego - za przestępcę. Nie jest to już bowiem kwestia za­stosowania normy prawnej, ale woli panującego. Woli władzy. Jeśli 2+2 niekoniecznie równa się 4, to jakikolwiek rachunek przestaje mieć sens, prawa matematyki i logiki zostają unice­stwione. Witamy w świecie nihilizmu.
   Nihilizm mości się w Polsce od półtora roku. Nie jesteśmy, oczywiście, jedyni. Wcześniej naszą drogą poszła Rosja Puti­na. Turcja Erdogana, Węgry Orbana. Ostatnio, choć w mniej­szym tempie, ze względu na siłę tamtejszych instytucji, tą drogą podąża Ameryka Trumpa. Marne to jednak pociesze­nie. Skutki nihilizmu już są bardzo dolegliwe, a to tylko symp­tomy bólu. który nadchodzi. Całkowita relatywizacja norm i wartości burzy porządek społeczny, niszczy społeczną tkan­kę. degraduje państwo prawa, podważa sens istnienia wspól­noty. Przy czym w menu PiS oferuje nam się pełen zestaw odmian nihilizmu - prawny, moralny i historyczny.
   Zacznijmy od tego pierwszego, który PiS zaserwowało nam już na początku swych rządów, teraz twórczo go rozwijając. Trybunał Konstytucyjny przestał być sądem nad prawem, bo skoro władzę ma ekipa uzurpująca sobie prawo do reprezen­towania suwerena, wszelka kontrola nad prawem jest zbęd­na. Wola ludu jest wszak ważniejsza od jakichś norm. Wyroki Trybunału nie są już ostateczne, władza może je, w zależności od swej woli, uznawać albo i nie, publikować albo i nie. Zaczy­nają one być ostateczne dopiero w momencie, gdy władza za­mienia Trybunał w atrapę i jego parodię. Teraz mamy novum. Nie są już obowiązujące także decyzje Sądu Najwyższego. Są, o ile spodobają się władzy. I wyłącznie pod tym warunkiem. Efekty są druzgocące dla państwa prawa - to utrata mocy pra­wa i wagi instytucji. Trybunał Konstytucyjny został już wy­kastrowany całkowicie, pozbawiony autorytetu, ośmieszony, zbrukany. Teraz pod nóż ma iść Sąd Najwyższy. Potem przyj­dzie kolej na sądy powszechne.

piątek, 9 czerwca 2017

Pod Kloszem Partii



Za wygiętą żaluzją w oknie zapuszczonego biurowca, przy stole z badylami, siedzi prezes. Ręce zaplótł na brzuchu i popatruje. Między gorzką herbatą a tortem od działaczki o sarnim spojrzeniu decyduje o losach Polski

Wojciech Cieśla, Michał Krzymowski, Paweł Reszka

Najważniejsi ludzie w codziennym życiu pre­zesa PiS to dwaj asystenci-kierowcy Jacek Cieślikowski i Jacek Rudziński, pani Basia, pracownik sekretariatu Radosław Fogiel i działaczka PiS Janina Goss. Z dwutygo­dnika „Gala” z 2010 r.: „Zostali przyjaciele, którzy są wspaniali, wspierający, niezwykle serdeczni. Jest pani Basia [Barbara Skrzypek, sekretarka prezesa - przyp. red.], przyjaciółka domu. (...) Są moi polityczni przyjacie­le. Nie czuję się sam”.
   Dzięki tym „politycznym przyjaciołom” Jarosław Kaczyński żyje pod kloszem. Chodzą za niego do sklepu, zamawiają mu gar­nitury, kupują karmę dla kota i przynoszą wydruki z internatu. Wożą go w gości oraz na groby mamy i brata. Wiążą mu krawaty, czyszczą marynarki z paprochów i dostarczają wypłatę. Bo nawet jeśli Jarosław Kaczyński ma konto, to z niego nie korzysta. Sej­mową pensję odbiera w kasie. - Może to robić sam albo przez jed­nego z Jacków, który przywozi mu kopertę z pieniędzmi. Prezes oczywiście ma portfel, ale kilka lat temu widziałem, jak wyciąg­nął z marynarki kopertę, a z niej banknot. Jak w „Uchu prezesa” - opowiada jeden z posłów.

czwartek, 8 czerwca 2017

Zamienić elity na Misiewiczów



Awantura wokół Opola to logiczna konsekwencja PiS-owskiej rewolucji kadrowej. Ludzie z partyjnego awansu mają dzięki niej zająć miejsce dotychczasowych elit. Nic to, że mało utalentowani, słabi, bez dorobku. Grunt, że będą wierni prezesowi, który im dał posadę

Cezary Michalski

Obawy, że przyjęta przez PO strategia czekania na błędy PiS nie wystarczy, rozwiał kryzys wokół fe­stiwalu w Opolu. Opolski festiwal przetrzymał PRL (w 1981 roku Kaczmarski, Gintrowski, Łapiński za­śpiewali z opolskiej sceny najbardziej niecenzuralną pieśń w całym Ukła­dzie Warszawskim, czyli „Epitafium dla Wysockiego”), jednak chamstwo, buta Jacka Kurskiego i jego pracowni­ków przetransferowanych z Telewizji Trwam i TV Republika zmusiły do reakcji nawet artystów tak nieskłonnych do Politycznych zaangażowań jak Maryla Rodowicz, zespół Kombii czy Andrzej Piasek” Piaseczny.
   Wcześniej Jarosław Kaczyński sku­tecznie zamiótł pod dywan Misiewicza wsadził na parę tygodni do szafy Anto­niego Macierewicza (którego wyciągnę­ła stamtąd dopiero sejmowa próba jego odwołania). Poprawiło się też w polskiej gospodarce, która - jak się okazuje - ni­gdy nie była „w ruinie”. Za to posypało się w kulturze i w polityce kadrowej, pokazu­jąc po raz kolejny, że ludzie PiS nie dają sobie rady ze sprawowaniem władzy, któ­ra wpadła im w ręce.

środa, 7 czerwca 2017

Bulterier na krótkiej smyczy



Awanturami wokół opolskiego festiwalu TVP wystawiła się na pośmiewisko. Jacek Kurski może jednak spać spokojnie, bo jego najważniejszy widz wie, że doszło do prowokacji.

Michał Krzymowski

Kilkanaście godzin po tym, jak prezydent Opola wypowiedział TVP umowę na or­ganizację festiwalu, Jacek Kurski pojawił się w wieczornym programie „Gość Wia­domości”. Ubrany w czarny krawat i ze zbolałą miną zaczął: - Jestem porażony, że w dniu śmierci takiego artysty [Zbi­gniewa Wodeckiego - red.] można coś takiego zrobić. Mogliśmy się umówić, że zorganizujemy koncert jego pamięci. To niewy­baczalny skandal, prezydent Opola okrył się hańbą.
   - Chcę powiedzieć jasno. Jedynym powodem odwołania koncertu Maryli Rodowicz była śmierć jej mamy. Ja wiem, co to jest śmierć mamy. Sam noszę żałobę po mamie, która zmar­ła kilka miesięcy temu - ciągnął Kurski, spuszczając wzrok na swój krawat.

TO PROTEST FEMINISTEK, NIE FILM PORNOGRAFICZNY
Oskarżenia o cenzurowanie artystów, odwołanie koncer­tów przez większość muzyków, wyrzu­cenie festiwalu z Opola i zadeklarowanie przeniesienia go do Kielc. Ktoś mógłby pomyśleć, że po takiej serii los Kurskiego jest przesądzony. Tymczasem Jacek Kur­ski jest pewny swego, co zresztą widać było w „Gościu Wiadomości”. Atakował w nim wszystkich dookoła. Prezydenta Opola Arkadiusza Wiśniewskiego za ze­rwanie umowy i nieuszanowanie śmierci Zbigniewa Wodeckiego, Kayah - za fał­szywe zarzuty pod adresem władz TVP i manipulacje, internautów - za pod­burzanie artystów, a na koniec także Marylę Rodowicz za uleganie środowi­skowej presji i wydanie nieprawdziwego oświadczenia.
   Poseł: - A dlaczego Kurski miałby wy­lecieć? Gdyby telewizja wyemitowała film pornograficzny, to można by speku­lować o dymisji, ale tu zaprotestowało kil­ka feministek. Za takie rzeczy nie traci się stanowisk w PiS.

wtorek, 6 czerwca 2017

Bitwa o pole,Chrystus Narodów umywa ręce,Zmień ton,Kara na skarżypytów,A tu zonk! i Stół poziomy



Bitwa o pole

W wojnie, jaką państwo PiS wypowiedziało części społeczeństwa, bitwa pod Opolem jest dość nieoczekiwana. Ale ważna, bo uderza w moralna legitymację obecnej władzy.        !
   Zapewne nie wszyscy piosenkarze, którzy przyłączyli się do bojkotu, mieli na niego ochotę. Chcą oni, co naturalne po prostu śpiewać piosenki dla jak największej publiczno­ści. A ponieważ festiwal opolski jest ich świętem rezygnacji z udziału musiała być bolesna. Tym bardziej jest wymowna Dotyka bowiem subtelnej, ale znaczącej linii podziału od­dzielającej arogancję, hucpę i bezwstyd od poczucia smaku i wstydu. Strach przed ostracyzmem z powodu wystąpię ma w medialnym show TVP okazał się większy niż lęk przed utratą szansy na spotkanie z odbiorcami i możliwymi sank­cjami w wyniku odmowy. Jeśli bowiem coś na kształt czarnej listy pojawiało się w TVP przed festiwalem, to jest niemal pewne, że będzie w niej istniało po jego storpedowaniu.
   „Piosenkarze ulegli presji ośrodków wrogich władzy” - pomstowano PRL-owskim językiem w PiS-owskich me­diach. Presja najwyraźniej rzeczywiście była, ale raczej estetyczno-środowiskowa. I musiała być bardzo silna, skoro tak wielu zdecydowało się na krok, który może ich słono koszto­wać. Prawdopodobnie decyzji każdego z artystów towarzy­szyła kalkulacja. I niemal wszyscy uznali, że w przyszłości straty wynikające dla nich z powodu dzisiejszej rezygnacji mogłyby być zdecydowanie większe niż zyski z dzisiejszego udziału w zabarwionym politycznie festiwalu.
   Bitwy opolskiej oczywiście w normalnych warunkach by nie było. Piosenkarze śpiewają - ludzie słuchają. Gdzie tu miejsce na politykę? Ale warunki nie są całkiem normalne. Naturalną cechą państwa autorytarnego jest rozszerzanie sfery polityczności. Nagle lądują w niej uczniowie, drzewa, Wielka Orkiestra Owsiaka, muzeum wojny, teatralne przed­stawienia i cała masa innych rzeczy, całkowicie i naturalnie apolitycznych. Tym razem padło po prostu na piosenka­rzy, bo prezes TVP, dla którego racją trwania na stanowisku jest wykazywanie ultragorliwości, jak zwykle się rozpędził.
I zamiast być przy okazji Opola naturalnym mecenasem piosenkarzy, stał się uzurpatorem.
   Opole jest ważne jako kolejna stacja w ciągu prestiżowych porażek władzy. W Brukseli władza ośmieszyła się podwój­nie, pokazując niemoc i groteskowość, gdy klęskę w sprawie Tuska przedstawiła jako zwycięstwo. We Wrocławiu okazało się, że władza, codziennie powtarzająca, że zapewnia Pola­kom bezpieczeństwo, sama stanowi dla nich niebezpieczeń­stwo. W Opolu okazało się, że władza nie jest nawet w stanie bezproblemowo zorganizować igrzysk. W ten sposób wła­dza ludu staje się w oczach ludu jeszcze bardziej obciachowa. Nikt przy zdrowych zmysłach, myślący o przyszłości w perspektywie dłuższej niż dwa i pół roku, nie będzie chciał się do niej zbliżać. Dlatego w Opolu przestało chodzić o pio­senki. Nagle znowu poszło o estetykę. To tylko pozornie rzecz nieistotna. Dziesięć lat temu PiS straciło władzę nie ze względu na gospodarczą zapaść, ale - na swą arogancję, bezceremonialność i fatalny styl.
   Opole będzie miało ciąg dalszy. Musi mieć. Gdyby szef PiS-owskiego aparatu propagandy odpuścił, poległby na łuku kurskim, czyli straciłby stołek. Jego zwierzchnik źle to­leruje sytuacje, gdy lud, szczególnie jego pierwszy sort, jest zły. Opole więc musi się odbyć. Czy w Suwałkach, czy w Kiel­cach - to już drobiazg. Idzie tu jeszcze o coś więcej. Jeśli państwo PiS poniosłoby prestiżową porażkę w starciu z pio­senkarzami, to może nie ma się co go tak bać. A to mogłoby być zaraźliwe.
   Piosenkarze i generalnie artyści też nie mają odwrotu. Gdy powstał front odmowy, udział we wszelkich związa­nych z państwem PiS przedsięwzięciach stał się bardzo ry­zykowny. Mało kto będzie chciał być Adamem Zwierzem PiS-u (dla młodszych wyjaśnienie - to była gwiazda festiwa­li piosenki żołnierskiej w Kołobrzegu, śpiewał m.in.: „Gdy Polska da nam rozkaz, stanie cały naród nasz jak zielo­ny młody las, zgłosimy się do wojska, żeby socjalizmu bro­nić wraz” - a wtedy nie było jeszcze dzisiejszej obrony terytorialnej).
   Problemem każdej władzy autorytarnej jest to, że nie po­trafi odpuszczać, wszelki kompromis uznając za niewy­baczalną słabość. Dlatego walka, taka jest logika, musi się zaostrzyć. Dlatego raczej prędzej niż później dojdzie do na­stępnej szarży władzy, która wywoła kolejną falę niechęci do niej. Furia naczelnego propagandysty z powodu decyzji artystów tylko to uprawdopodabnia.
   Estetyczny kordon sanitarny wokół tej władzy i TVP, bę­dącej symbolem PiS-owskiego aparatu propagandy, będzie się wzmacniał. Opole już pokazało, że wykracza on dale­ko poza „totalną opozycję, sędziowską kastę i oderwanych
od koryta”. Tak to jest, gdy nawet „koryto” zaczyna bardzo źle pachnieć.
Tomasz Lis

niedziela, 4 czerwca 2017

Polowanie na Platformę



Kontrolowana przez rząd prokuratura prowadzi kilka śledztw, w których przewijają się nazwiska czołowych polityków PO. Działacze PiS liczą, że kiedy zaczną się zatrzymania, notowania ich partii wzrosną

Renata Grochal

Za chwilę będzie się działo. Prokuratorskie śledztwa wchodzą w fazę realizacji. Szczęki wam pospadają, kto dostanie zarzuty - zaciera ręce ważny polityk PiS. Prezes Jarosław Kaczyński mówił niedawno podczas sej­mowej debaty, że „młyny sprawiedliwości mielą powoli, ale mielą”, co było skiero­wane do opozycji.
   - Zaraz po wyborach usłyszałem od jednego pisowca: chłopie, jak myślisz, że czegoś nie zrobią, że do czegoś się nie posuną, to oni pójdą jeszcze dalej - opo­wiada Stanisław Gawłowski, sekretarz generalny PO.
   Z ustaleń „Newsweeka” wynika, że jed­no ze śledztw, którymi szczególnie interesują się w PiS, krąży właśnie wokół Gawłowskiego, wiceministra środowiska w rządzie Donalda Tuska. Dotyczy ko­rupcji przy przetargach w zachodniopo­morskim zarządzie melioracji. Prowadzi je zamiejscowy wydział Prokuratury Kra­jowej w Szczecinie. Wydziały, które po­wstały po przemianowaniu prokuratur apelacyjnych na regionalne, mają prowa­dzić najpoważniejsze śledztwa w kraju. Są oczkiem w głowie ministra sprawiedliwo­ści Zbigniewa Ziobry.
   Prokurator Aldona Lema, szefowa za­chodniopomorskiego wydziału, mówi mi, że sprawa jest bardzo poważna, do­kumentacja zajmuje dwa pokoje. Zarzu­ty postawiono już kilkunastu osobom, ale wśród nich nie ma Gawłowskiego. Jest za to jego znajomy, dyrektor zachodniopo­morskiego zarządu melioracji Tomasz P, były działacz PO. Po kilku miesiącach w areszcie P. zaczął sypać. Zeznał, że do­stał 200 tys. złotych łapówki od Krzysz­tofa B., niegdyś wspólnika pasierba Gawłowskiego, w zamian za korzystne rozstrzygnięcia przetargowe.

sobota, 3 czerwca 2017

Kaczyński Tower



Kontrolowana przez PiS spółka chce zbudować 140-metrowy biurowiec na działce, o którą upomina się rodzina dawnego właściciela. Inwestycję pilotują sekretarka prezesa, jego kierowca i zaprzyjaźniona specjalistka od weków.

Michał Krzymowski

Kto nie zna miejskich planów, wzruszy ra­mionami. Niebieski budynek pomazany sprejem ze schodami przeciwpożarowymi i pustym parkingiem. Dookoła pofabryczne tereny, dziurawy asfalt. Ale w rzeczywisto­ści niewiele jest w Warszawie cenniejszych adresów niż róg Towarowej i Srebrnej. Okolica za kilka lat przemieni się w centrum biurowe stolicy, na­szpikowane wieżami, w których będzie pracować 30 tys. ludzi. Powstanie tu tyle biur, ile w sumie ma cała Łódź. Do tego nowa galeria handlowa, rozmiarami dorównująca stołecznej Arkadii. W ratuszu mówią o tym miejscu: „rejon ulicy Twardej”. O dział­ki biją się najwięksi gracze na warszawskim rynku nieruchomości - Skanska, Griffin Real Estate, Ghelamco, Penta, HB Reavis. Nic dziwnego - to centrum miasta, ze stacją metra, torami tramwajo­wymi i szybką koleją na lotnisko.
   Tu, w sercu kolejnego Mordoru (tak warszawiacy nazywają największą dziś dzielnicę biurową przy ul. Domaniew­skiej), kontrolowana przez Jarosława Kaczyńskiego spółka Srebrna chce po­stawić 140-metrową wieżę ze szkła. A in­westycji patronuje fundacja nieżyjącego prezydenta.

czwartek, 1 czerwca 2017

Łapaj złodzieja,O Mazowieckim, preambule i prezydencie Dudzie,Angielski dla dublerów



Łapaj złodzieja

Do tej pory tylko raz nie odbył się Festiwal Pio­senki Polskiej w Opolu w 1982 r. Był wtedy stan wojenny. Minęło 35 lat i ten skromny jubileusz postanowił uczcić Jacek Kurski, przypominając, na czym polegała peerelowska cenzura. Ja to akurat bardzo dobrze pamiętam - tych państwa na es­tradę nie wpuszczamy i koniec rozmowy. Ale dziś? Zakaz występowania, bo ktoś wziął udział w manifestacji anty­rządowej lub w teledysku przebrał się za księdza? Wstyd taki, że nos zatyka. A podobno w Polsce mamy demokrację „najlepszą ze wszystkich w Europie” - jak zapewnia nas pewien pan z ulicy Ciemnogrodzkiej w Warszawie.
   Szkoda mi tylko tych młodych, 20-, 30-letnich piosen­karzy, którzy w poczuciu solidarności z ocenzurowany­mi przez przewodnią siłę narodu zrezygnowali z udziału w festiwalu. Odebrali tę maleńką lekcję bolszewizmu, a powinni się o nim dowiadywać tylko w szkole na zaję­ciach z historii.
   Tymczasem jednak do historii przechodzi trójpodział władzy. Katowicki Kongres Prawników Polskich obrado­wał tuż przed pogromem szykowanym przez państwo PiS. Zjazdu tego jak ognia bali się i minister prokurator Ziobro, i prezydent. Obaj są prawnikami, więc nie po honorze by­łoby im paść jak muchy w bezpośrednim starciu z autory­tetami z branży. Wysłali drugi garnitur, który zachowywał się jak w starej anegdocie, gdzie uciekający z portfelem złodziej krzyczy „Łapaj złodzieja!”.
   Garnitur Warchoł naurągał prof. Adamowi Strzembo­szowi, a potem z lekko zmarszczonymi rękawami prze­szedł do ataku na całe środowisko sędziowskie za to, że do dziś się nie zdekomunizowało. Duża część uczest­ników kongresu opuściła wtedy salę. Garnitur przysłany przez prezydenta, czyli minister Dera, przekazał zebranym, że mają milczeć, a nie „recen­zować działalność innych organów władzy publicznej”. O nieprzestrze­ganiu konstytucji przez Andrzeja Dudę nie wspomniał, bo przecież gdy prezydent na nią przysięgał, to się po prostu przejęzyczył.
   Zachwyciła mnie sędzia Barbara Piwnik, która w TVN krytykowa­ła prawników, że wychodzą z sali, buczą i wymachują konstytucją, zamiast podjąć meryto­ryczną dyskusję. Świetny pomysł. Jak ogólnie wiadomo, rząd cały czas z niecierpliwością przebiera nóżkami, żeby dyskutować. Chyba tylko o zaletach jedynowładztwa, ina­czej zwanego dyktaturą. Przykład geograficznie bliskiej nam Białorusi jest wprost zniewalający.