PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 27 października 2015

Między polityką, Bogiem a teatrem



Koledzy mówią zgodnie: skupiony na roli, pracowity, zawsze przygotowany, perfekcjonista. Tylko brakuje ognia. Jerzy Zelnik odnalazł ten ogień w polityce.

JACEK TOMCZUK

Jurek? Miły chłopak. Ale nie chcę się wypowiadać na jego temat, bo jeszcze wyśle mnie na wcześ­niejszą emeryturę - śmieje się Kazimierz Kaczor, aktor i kolega z Teatru Powszech­nego w Warszawie.
- Często mnie irytuje to, co mówi. Jak każdej osobie, która wypowiada się pub­licznie, można Zelnikowi przypiąć łatkę głupca lub mędrca, ale nie można mu dopiąć gęby świni, bo to w ogóle do nie­go nie pasuje - poważnie mówi aktorka Joanna Szczepkowska.
   Wielu mu ją przykleiło po akcji Rock Radia. - Którego antysystemowego arty­stę, który krytykował prezydenta Dudę, moglibyśmy wysłać na wcześniejszą eme­ryturę? - zapytał Jerzego Zelnika dzienni­karz podający się za urzędnika kancelarii prezydenta Andrzeja Dudy. Jako pierw­szego aktor miał wytypować prezesa ZASP Olgierda Łukaszewicza. Następnie powie­dział: - Artur Barciś! On miał takie wy­powiedzi „anty” bardziej. Bardziej był za prezydentem Komorowskim. No, fajnie, z Bogiem.
 - Cała ta akcja świadczy o jego naiw­ności. Dać się tak łatwo złapać - mówi Jan Englert. - Może byłoby lepiej, gdyby Zelnik więcej grał, niż mówił?

poniedziałek, 26 października 2015

Rewolucja autorytarna



Boję się, że z kraju, który się rozwija, który jest w świecie szanowany, zrobią pośmiewisko i zaścianek - Roman Giertych opowiada o Polsce pod rządami Jarosława Kaczyńskiego.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czy Jarosław Kaczyński ma teraz większe szanse na zostanie naczelnikiem państwa niż w roku 2005?
ROMAN GIERTYCH: Wtedy był bardzo bli­sko, ale zabrakło mu większości w Sejmie i tamto doświadczenie z pewnością spra­wia, że dziś jest bardziej zdeterminowany. Ma poza tym motyw osobisty, którego 10 lat temu nie było - Smoleńsk. Nie cofnie się więc dziś przed niczym, aby wreszcie osiągnąć swój cel.

Co nim jest?
- Priorytetem Kaczyńskiego było i jest uzy­skanie większości konstytucyjnej. Będzie więc próbował ją zdobyć za wszelką cenę. Zacznie od rozbijania opozycji. Iluś lu­dzi zacznie straszyć aresztem, może nawet za słuszne przekręty, bo Platforma to nie aniołek, któremu nie zdarzyły się poważ­ne niedociągnięcia. Każda władza korum­puje, w rządzie PiS też mieliśmy ministra, którego aresztowano.
Następnie, gdy zdoła już osłabić przeciw­nika, zacznie wyłuskiwać posłów. Niektó­rych po prostu kupi. Karierowiczostwo, żądza stanowisk - tego się nie uniknie. Po­tem przyjdzie czas na „wypiórkowanie” przywódców potencjalnych sojuszników, co oceniając ich potencjał, nie zajmie Ka­czyńskiemu więcej niż trzy miesiące. I jeśli mimo tych wszystkich zabiegów nie uda się skompletować konstytucyjnej większości, to prezes PiS będzie dążył do przyspieszo­nych wyborów. Być może zmieni ordynację wyborczą , aby sobie sprawę ułatwić. A wte­dy upragnioną większość już zdobędzie.

Co dzięki niej zmieni w konstytucji?
- Celem Kaczyńskiego jest dokonanie re­wolucji autorytarnej. Doprowadzenie do dwóch dekad jego władzy w formule, w której będą się odbywać demokratyczne wybory, ale w praktyce nie będą one mia­ły żadnego znaczenia, bo siła całego pań­stwa będzie pracowała na jedną partię. Mając rząd, prezydenta oraz konstytucyj­ną większość w Sejmie i Senacie, Kaczyń­ski będzie mógł zlikwidować niezależność sądów. Utrzymanie wyroku skazującego Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, na trzy lata więzienia za nadużycie prawa w aferze gruntowej jest dla PiS poważnym problemem. Owszem, prezydent może Kamińskiego ułaskawić, ale to wywołało­by niebywały skandal podważający wiary­godność nowej władzy. Jednocześnie PiS nie dopuści przecież, aby Kamiński, wice­szef partii, poszedł siedzieć. Muszą więc tę niezależność sądów zmienić. Bo jak tu rzą­dzić, kiedy sądy nie są podporządkowane Jarosławowi Kaczyńskiemu?

piątek, 23 października 2015

Prognoza ostrzegawcza



Przez ponad trzy miesiące w każdym numerze POLITYKI publikowaliśmy, przygotowane przez naszych dziennikarzy, kolejne raporty o stanie państwa „Polska przed wyborem". Przyjrzeliśmy się kilkunastu wybranym obszarom, od systemu wyborczego, przez sądownictwo, oświatę, służbę zdrowia, wieś, aż po gospodarkę. Zadaliśmy sobie pytanie, gdzie jesteśmy po 25 latach transformacji, 8 latach rządów Platformy i tuż przed wyborami, które mogą przynieść albo jakąś formę kontynuacji, albo „zmianę wszystkiego"?
Czego potrzebujemy i co nam grozi?

W kraju jak nasz, którego instytucje są jeszcze bar­dzo młode, gdzie niemal w każdej dziedzinie życia trwają jakieś planowane i nieplanowane ekspery­menty, nie ma lepszej okazji do przeprowadzenia „audytu państwa” niż odbywające się raz na cztery lata wybory. Pewnie w państwach bardziej ustabilizowanych można sobie pozwolić, aby kampania wyborcza rozgrywała się wokół ja­kiegoś wiodącego tematu, u nas przegląd okresowy powinien objąć całą konstrukcję. To znaczy dobrze by było, gdyby tak było, ale wiadomo, że nie będzie, bo nasze kolejne kampanie wyborcze stają się coraz bardziej domeną czystego marketingu - gry emocjami, wizerunkami, grepsami, symbolami. Po­dobno jako wyborcy sami, w ogromnej większości, nie chcemy nudnej rozmowy o państwie, gospodarce, wyzwaniach, ogra­niczeniach - chcemy igrzysk. Więc polityka, za naszym przy­zwoleniem, łatwo odrywa się od rzeczywistości, przestaje być odpowiedzialna, racjonalna, staje się medialnym reality show, gdzie na końcu mamy zagłosować na zwycięzcę widowiska. Ale w prawdziwym życiu, od którego nie uciekniemy, każdy wybór lub jego brak ma twarde konsekwencje. Te raporty były po to, żeby wspólnie, choćby we własnym gronie, owe konsekwencje sobie uświadomić.

Prawo i Sprawiedliwość króluje w polskim internecie. Pomaga w tym zdyscyplinowana armia trolli



Witold Głowacki

Partia Jarosława Kaczyńskiego jeszcze niedawno kojarzona ze wszystkim, tylko nie z internetem, totalnie dominuje dziś w mediach społecznościowych i w sieci. Pomaga w tym zdyscyplinowana armia trolli.

Dziś w polskiej polityce w sieci niepodzielnie króluje Prawo i Sprawiedliwość. To właśnie partia Jarosława Kaczyńskiego zdołała zawładnąć internetowym przekazem politycznym. To także PiS i jego zwolennicy dominują dziś w większości sieciowych politycznych wymian ognia.

Naiwny jednak, kto sądzi, że dzieje się tak wyłącznie za sprawą internetowych entuzjastów Prawa i Sprawiedliwości. Zarządzanie emocjami, kierowanie przekazem w sieci to dziś praca całych zespołów specjalistów.

Sobotni poranek. Dziennikarka Polskiego Radia Agnieszka Rucińska komentuje na Twitterze news „Faktu” o nocnej potajemnej wizycie prezydenta Andrzeja Dudy u prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. „Fakt potwierdza jedynie przypuszczenia z kampanii. Nie ma mowy o niezależności PAD”.

Tylko tyle. Komentarz jak komentarz - odnoszący się do najnowszych doniesień tabloidu. Ale wokół tweeta Rucińskiej natychmiast zaczyna się ruch. „Ile razy skomentowała Pani alkoholowe wizyty PBK u Palikota? Ile razy skomentowała jego potajemne spotkania z Patruszewem?” - krzyczy anonimowy miłośnik prawicy. Jego wpis zostaje podany dalej ponad 50 razy - to o wiele więcej niż „retweety” postu Rucińskiej. „Spotkanie Tusk - Kulczyk oznaczało brak niezależności Tuska czy Kulczyka? A Sikorski - Rostowski?” - awanturuje się pod postem Rucińskiej dziennikarz „Gazety Polskiej Codziennie” Samuel Pereira. Jego odpowiedź może konkurować pod względem zasięgu z wpisem Rucińskiej. Sprawiać to może wrażenie kompletnie spontanicznej, masowej reakcji twitterowiczów. Tymczasem wystarczyło do tego zaledwie kilkanaście osób. Bynajmniej nie spontanicznych.

Chłopi na dopalaczach



Jest zasługą PSL, że na wieś płyną ogromne pieniądze. Winą, że jej mieszkańcy już się od nich uzależnili. PiS obiecuje, że da jeszcze więcej, uzależniając jeszcze mocniej. Obie partie, zamiast polityki rolnej, uprawiają polityczne przekupstwo.
Za pieniądze przeznaczone na rozwój rolnictwa kupują głosy wiejskich wyborców.
Chcą utrzymać na wsi skansen.

Joanna Solska

Polityczna licytacja powoduje, że obecnie wieś jest największym beneficjentem europejskiej integra­cji. Kiedy jednak funduszy unijnych zabraknie, okaże się jej największą ofiarą. Liderów PSL ani PiS - największych „wiejskich” partii - najwyraźniej to nie obchodzi, liczy się tylko władza. Ludowcom głosy wsi gwarantowały udział w kolejnych koalicjach rządzą­cych, PiS mogą nareszcie dać władzę. Więc jadą po ban­dzie. Cokolwiek ludowcy „załatwią”, PiS obieca więcej.
   Kiedy rząd ogłosił, że przeznacza pół miliarda złotych na rekompensaty dla rolników, którym plony zniszczyła susza, PiS kontrowało, że to za późno i za mało. Chociaż kiedy PiS było przy władzy, rolnicy dostali odszkodowa­nia dopiero w listopadzie. Beata Szydło już zapowiedzia­ła, że nowy rząd, którym ona pokieruje, dopłaci rolnikom do ubezpieczeń upraw. Obecny też dopłaca i to aż połowę ceny polisy, a mimo to rolnicy się nie ubezpieczają.
   Państwo więc zapłaci za utracone z powodu suszy do­chody. Dla rolników, którzy niczego nie sprzedają na ry­nek, odszkodowanie oznacza jedynie dopływ gotówki. Nikt nie pyta, dlaczego komisje nie określają wielkości strat. W każdym innym unijnym kraju jest to proste. Sprawdza się, jaki dochód przeciętnie z danej uprawy osiągał rolnik w ostatnich latach i porównuje z tegorocz­nym. Prosty rachunek, wszystko jest w papierach. U nas rekompensaty będą od hektara, po równo, obojętnie, czy straty były rzeczywiste, teoretyczne czy żadne.

czwartek, 22 października 2015

Państwo Maryi



Jeśli prawica pod wodzą PiS dojdzie do władzy, Polska będzie miękkim państwem wyznaniowym, czyli deodemokracją.

Za pierwszym razem zabrakło czasu. W latach 2005-07 rządy Prawa i Sprawiedliwości w koali­cji z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin skoncentrowały się na polityce i gospodarce. Gdyby zjednoczona pra­wica zdobyła teraz większość w parla­mencie, mogłaby spróbować swój pro­jekt ustrojowo-polityczny zrealizować do końca. Można go nazwać narodową demokracją suwerenną (potocznie nazy­wany przez krytyków demokraturą), czy­li miękkim autorytaryzmem, a w dziedzinie stosunków państwo-Kościół deodemokracją, czyli miękkim pań­stwem wyznaniowym.
  Miękkość ma jednak różne stopnie. W ośmioleciu rządów PO utrwalał się stan niejasności. Państwo nie było konfesyjne, ale nie było też świeckie. Rozdział między państwem a Kościo­łem katolickim był niezrównoważony na korzyść Kościoła i katolicyzmu. Jeśli teraz wygra prawica, przechył kościelny w polityce rządu i państwa zwiększy się dramatycznie. Za demokratyczną fasadą
Polską będzie rządziła prawica z Kościołem. Prawna pozycja Kościoła rzymsko­katolickiego zostanie potwierdzona bez zastrzeżeń i wzmocniona.

Andrzej Mleczko znów na wybory



Tuż przed wyborami w październiku 2007 r. opublikowaliśmy dodatek do POLITYKI składający się z rysunków Andrzeja Mleczki powstałych w okresie rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR (2005–07). Dziś okazuje się, że wiele z nich – niestety – nie straciło na aktualności. Przed kolejnymi ważnymi wyborami przypominamy te komentarze satyryka, które mogłyby równie dobrze powstać w ostatnich kilkunastu tygodniach.


Kliknij Zdjęcie aby Powiększyć


Kliknij Zdjęcie aby Powiększyć

środa, 21 października 2015

Kaczyński: Tak – Nie



Każdy wyborca, oddając swój głos 25 października, odpowie w istocie na jedno zasadnicze pytanie: czy chce, by Polską przez cztery lata niepodzielnie rządził Jarosław Kaczyński. Tak czy nie?

Nie ulega wątpliwości, że Prawem i Sprawiedliwością na swoich wyłącznie prawach kieruje jego prezes. Także swoimi nominatami na różne urzędy i funkcje, nie wyłą­czając urzędującego prezydenta i kandy­datki na premiera. O roli Kaczyńskiego świadczy choćby niedawny obrazek, jak Krystyna Pawłowicz wręcz błaga prezesa, aby powiedział o niej jako kandydatce cie­płe słowo, a po spełnieniu prośby niemal całuje go po rękach. Prezydent Duda zaś w telewizyjnym wywiadzie bronił jak lew znanej wypowiedzi Kaczyńskiego o cho­robach przenoszonych przez uchodźców. Dochodzą do tego wiernopoddańcze sy­gnały z biznesu, mediów, szkół wyższych, urzędów, samorządów. Jeśli już teraz ko­niunkturalizm jest tak silny, to można sobie wyobrazić, co stanie się po zwycięstwie PiS.
  Przekazanie władzy PiS będzie więc oddaniem jej w jedne ręce - Jarosława Kaczyńskiego. To człowiek, który zawsze chciał ułożyć rzeczywistość według swo­ich osobistych planów. Stopień spersonalizowania, wręcz prywatności, koncepcji Kaczyńskiego nie da się chyba z niczym w polskiej, ale też europejskiej polityce porównać. Dlatego zbliżające się wybory nie są momentem w zwykłym politycznym cyklu, w którym rządzących podmienia opozycja - choć takie wrażenie próbuje wytworzyć od wielu miesięcy samo PiS. (Jak pokazują sondaże, z powodzeniem).
  Umożliwienie Kaczyńskiemu dojścia do pełni władzy jest zmianą znacznie dalej idącą, bo odchodzącą od przewidywalne­go modelu liberalnej demokracji na rzecz idei czy obsesji jednego tylko człowieka. Jest oddaniem państwa w ręce tylko po­zornie znane, ale w istocie całkiem nowe, ponieważ nigdy jeszcze formacja w ro­dzaju PiS, narodowo-katolicko-postendecka, z tak specyficznym przywódcą, nie zdobyła w Polsce pełni rządów. Dopiero teraz miałoby się okazać, co tajemniczy i nieprzenikniony Kaczyński ma naprawdę w ideologicznym zanadrzu i jak zamierza wprowadzić w życie swoje koncepcje.

Wybory to potwór



ZBIGNIEW HOŁDYS

Wszystko miało być inaczej, ale kilka godzin temu dostałem empetrójkę z Zelnikiem. Zanie­mówiłem. Aktor na pytanie rzekomego przedstawiciela nowej władzy sugeruje, kogo należy wyrzucić z pracy, jak już PiS wygra wybory - rzuca nazwiska Olgier­da Łukaszewicza i Artura Barcisia. Opad­ły mi ręce. Znany człowiek, którego prawa do odmiennej opinii broniłem w progra­mie telewizyjnym i mimo napiętej atmosfe­ry ani przez moment żaden z nas nie wysłał zatrutej strzały - tu, jak na tacy, wydruko­wał swoje nazwisko na nowej „liście Wildsteina”, z własnej nieprzymuszonej woli i sam dokaligrafował przy nim własnoręcz­nie wielkie TW. Tak się zapełniało swo­je wstydliwe teczki parszywymi donosami za komuny, a ich treść po latach szorowała łamy gazet od najzacniejszych po najpodlejsze. Przeraziła mnie łatwość i ochoczość, z jaką Zelnik sypał kumpli do odstrzału. I świadomość, że sam tego nie wygenerował - atmosferę kapusiostwa, śledzenia, wyrzucania ludzi z pracy i karania ich za odmienne zdanie zwiastują politycy PiS od wielu dni. „TAK BĘDZIE” - zapowiada Ja­rosław Sellin i Zelnik, o którym teraz krąży żart „Pseudonim okupacyjny Aktor, tożsa­mość właściwa Szmalcownik”, niczym spe­cjalnym się nie wychylił. On się zastosował.

wtorek, 20 października 2015

Demokracja na podsłuchu



Kończy się najdłuższa kampania wyborcza III RP, która przesunęła Polskę z obszaru zachodnich demokracji na obszar wschodnioeuropejskich niestabilnych politycznie peryferii, gdzie wybory wygrywa się poprzez ujawnienie podsłuchów, afer na styku polityki, biznesu i służb.

Zaczęło się od taśm. Taśmy nie były aferą Watergate, nie zawie­rały żadnych dowodów na prze­stępstwa polityków PO, a jednak miały działanie jeszcze bardziej niszczące. To był polski odpowiednik taśm Gyurcsanya, węgierskiego premiera, którego przed laty podsłuchano, jak mówił do aktywu swej partii: „Kłamaliśmy rano, nocą i wieczo­rem. Nie zrobiliśmy nic w ciągu czterech lat. Nie możecie mi podać ani jednego po­ważnego działania rządu, z którego mo­glibyśmy być dumni”. To nie był dowód na żadne przestępstwo, raczej gorzkie samo- rozliczenie. Jednak „taśmy prawdy” po­zbawiły Gyurcsanya władzy i zniszczyły wiarygodność całego politycznego obozu.
  Także w podsłuchach, które jako pierw­sze opublikował „Wprost”, najbardziej niszczące dla wizerunku Platformy okaza­ły się doniesienia o ośmiorniczkach jedzo­nych przez ministrów i liderów rządzącej partii, a także pogardliwe (czasami wul­garne) oceny instytucji państwowych, ko­legów i wyborców.
  Taśmy były po to, żeby tej kampanii - całego roku wyborczego: kampanii sa­morządowej, prezydenckiej i parlamen­tarnej - w ogóle nie musiało być. W Polsce „epoki przedtaśmowej” Platforma Oby­watelska zawsze, przez osiem lat, wy­grywała z PiS. Wygrała też europejskie wybory z maja 2014 roku - ostatnie przed ujawnieniem taśm. I mogłaby tak wygry­wać aż do emerytury Kaczyńskiego. Gdy­by nie taśmy.
  Taśmy nie okazały się totalnym sukce­sem PiS, bo Platforma jednak zachowa­ła władzę przez cały wyborczy rok. Jednak zmieniły dynamikę politycznego konflik­tu, pozbawiając partię rządzącą pozycji faworyta,
  Kaczyńskiemu nie udało się obalić władzy PO już po pierwszym uderzeniu taśm. Jego wysiłki na rzecz zbudowania w Sejmie alter­natywnej koalicji były nieudolne; jednych potencjalnych koalicjantów do siebie zra­żał, innych przestraszył perspektywą swojej arbitralnej władzy. Tusk ocalił zarówno jed­ność PO, jak i stanowisko premiera, a potem zdecydował się odskoczyć do Brukseli z na­dzieją, że osłabi to siłę rażenia taśm. Zwle­kał z głęboką rekonstrukcją rządu, uważając, że w jego wykonaniu oznaczałaby kapitula­cję. Naturalną konsekwencją takiej kapitu­lacji byłoby pytanie, dlaczego rekonstrukcji nie poddał się sam premier.

Nie ciesz się, Zygmuncie



Jupi, jupi, to już tylko kilka dni! Polska wstanie z kolan, a ja wraz z nią, dosyć mam tego domowe­go dżendera, który sprawia, że właśnie popylam na rzeczonych kolanach ze zmiotką i szufelką w ręce, tropiąc okruchy z roga­lika, którym posilała się szanowna córa. A więc witaj po ośmiu latach ponurej nocy, jutrzenko swobody! Ciepełko spływa na moje serce nie tylko dlatego, że jak mogę przeczytać na plakatach kandydatów PiS, nadchodzi czas patriotów. Ja się cieszę każ­dą komórką mych trzewi, bo oto nadciąga upragniona sprawiedliwość.
   Powiedzcie mi sami, wy, którzy oglądacie „Dzień dobry TVN”: w czym ja jestem gor­szy od tego Prokopa, Kuźniara i Węglarczyka, moich „kolegów” z redakcji, no w czym? Prokopa wszyscy lubią i chwalą, a mnie nie. Gorzej, jak moja własna ślubna żona robi­ła z Prokopem wywiad do swego interne­towego kanału o książkach, to patrzyła na rzeczonego Prokopa jak nigdy na mnie, a przynajmniej nie w tej dekadzie. Bo dla mnie ma tylko zmiotkę, szufelkę, pieluchy i siatę na zakupy. I czemu to tak? Bo prokopowych dwóch metrów wzrostu nie mam? Nie sądzę. I swoje wiem. A Kuźniar to niby dlaczego ma dwa razy więcej polubień na fejsie niż ja, mimo że moje posty są dużo inteligentniejsze, subtelniejsze, świadczą­ce o erudycji i wysiedzianych dupogodzinach w lektorium Instytutu Historycznego UW, co? Przypadek? Nie sądzę. Aten Węglarczyk, to dlaczego jest zastępcą naczel­nego „Rzeczpospolitej”, a nie ja, mimo że też w Ameryce byłem, a nawet w Moskwie. Powie mi ktoś? I jeszcze, co najgorsze, bo jak wbicie zardzewiałego sztyletu w ple­cy przez domownika, zapraszają tego Węglarczyka na przegląd prasy do „DDTVN”, a mnie nie. Ale nie cieszcie się redakcyjni „koledzy”, to się niebawem skończy.

poniedziałek, 19 października 2015

Zagadka Kaczyńskiego



Wciąż nie możemy mieć pewności, czym naprawdę jest ta partia. Bo PiS jest projektem, który istnieje w głowie jednego człowieka. 1 to jest potencjalnie groźne - mówi Aleksander Smolar.

Rozmawia RAFAŁ KALUKIN

NEWSWEEK: Mamy nawyk, by określać kolejne wybory jako przełomowe, choć doświadczenia temu przeczą. Bywały krótkie odstępstwa, lecz Polska nigdy nie opuściła kursu z 1989 roku. Czy w tym roku może stać się inaczej? ALEKSANDER SMOLAR: Nie wydaje mi się. Ale nie sposób tego rozstrzygnąć; mamy bowiem do czynienia z wyjątkowo wysokim stopniem niepewności co do ce­lów oraz zamiarów Prawa i Sprawiedliwo­ści. Co prawda zawsze byłem sceptyczny wobec określania tej partii jako niedemo­kratycznej, niemniej widzę w PiS zwo­lennika „demokracji inaczej”, demokracji nieliberalnej.
Jarosław Kaczyński, w odróżnieniu od Viktora Orbana, nigdy wprost nie odwoły­wał się do tego pojęcia, ale gdy dziesięć lat temu sprawował władzę, można było za­uważyć elementy tego myślenia. Zwłasz­cza widać to było w nieustannych atakach PiS na instytucje gwarantujące liberal­ny charakter demokracji - na Trybunał Konstytucyjny, Radę Polityki Pieniężnej, korporacje zawodowe. Oczywistym ce­lem było osłabienie instytucji ogranicza­jących pole czysto politycznych decyzji. Kaczyński bardzo wtedy lubił zapożyczo­ny od Marka Jurka termin „imposybilizm władzy”, co było wyłożoną nie wprost kry­tyką zasady trójpodziału władzy, będącej podstawą liberalnej demokracji.

„Imposybilizm” dawno już wyparował z języka PiS.
- Język PiS stał się znacznie mniej Wa­rowny. Ale czy to oznacza, że ta ideologia została zarzucona? Tego nie wiemy. Nie­dawno Marek Borowski i paru publicy­stów wydobyli z zapomnienia PiS-owski projekt konstytucji, otwarcie podważa­jący zasady liberalnej demokracji, ogra­niczenia i kontrolę władzy, niezawisłość sądów, osłabiający gwarancje praw i wol­ności obywatelskich. Na dodatek podwa­żający separację Kościoła od państwa. Jak traktować ten dokument, skoro PiS o nim nie mówi, ale on nadal spokojnie wisi na internetowej stronie partii?

Mało kogo to interesuje. Tematem są emerytury i 500 złotych na dziecko.
- To normalny opozycyjny populizm w sferze społeczno-gospodarczej. Pro­gram „gruszki na wierzbie” mieści się niestety w granicach naturalnej materii politycznej.

Tak dorodnych gruszek jeszcze nie było!
- Oczywiście są w tym istotne zagrożenia, ale też sądzić można, że poważna ich część nadal będzie sobie rosła na drzewach - czekając na kolejną kampanię. Chcę tyl­ko zwrócić uwagę, że ten bieżący wymiar polityki przyćmił sprawy dalece bardziej fundamentalne, dotyczące ustroju Polski. Radykalizm PiS miał kilka etapów, ale po klęsce wyborczej z 2007 roku ideologiczny język Prawa i Sprawiedliwości stopnio­wo zanikał.

Czyja będzie Polska



Po półtorarocznym wyborczym maratonie w niedzielę wszyscy wpadniemy na metę. W ponie­działek obudzimy się w tym samym pań­stwie, które ocalało, albo w państwie, które za chwilę będzie zupełnie inne.
   Czeka nas referendum nad całym dzie­łem ostatniego ponad ćwierćwiecza. Jed­ni, nawet dostrzegając jego liczne wady, są z niego dumni. Inni owego państwa nie lubią albo wręcz nienawidzą. Dlate­go, niezależnie od partyjnych afiliacji, do wyborów staną dwa ogromne bloki obywateli. Jedni, generalizując i uprasz­czając, choć nie zanadto, mówią: rozpie­przyć to wszystko. Inni mówią: brońmy się, bo tamci chcą wszystko rozpieprzyć.
   Wiele partii, różne wyborcze pro­gi, nieskończenie wiele arytmetycznych układanek w zależności od tego, kto bę­dzie choćby odrobinę nad progiem, a kto wyląduje pod nim. Ale niezależnie od wy­niku wyborów i podziału mandatów owe dwa bloki Polaków są mniej więcej rów­nie silne. A jeśli tak, jeśli około połowy Polaków chce nie tylko zmiany władzy, ale zmiany charakteru państwa, należy zadać pytanie fundamentalne: dlaczego połowa Polaków - albo nie do końca, albo zupełnie - nie identyfikuje się z własnym państwem. Państwem, ośmielam się po­wiedzieć, najlepszym, jakie Polacy kiedy­kolwiek mieli.

niedziela, 18 października 2015

EKIPA PREZESA



PiS idzie po władzę. Ławą, w dwieście osób. Ludzie mają być Lojalni, choć niekoniecznie genialni - prezes ma ich w głowie od dawna.
Oto oni.

ALEKSANDRA PAWLICKA, MICHAŁ KRZYMOWSKI

Warszawa, kilkanaście dni temu. Spotkanie z miesz­kańcami Żoliborza w kinie Wisła. Przemawia Ja­rosław Kaczyński: - Proszę państwa, musimy mieć taką dobrą ekipę. Premiera, wicepremierów, mini­strów, wiceministrów. Ale także wojewodów, wicewojewo­dów, szefów urzędów centralnych.
Poznań, wystąpienie w Akademickim Klubie Obywatel­skim im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego: - To będzie na­wet dwustuosobowa grupa. Ci ludzie muszą być skierowani na wspólny cel i wolni od sposobu myślenia, który nazwał­bym imposybilnym determinizmem.
Wywiad dla „Rzeczpospolitej” sprzed dwóch lat, ale - jak się wydaje - najbardziej szczery: „Nie wszyscy będą geniu­szami, nie wszyscy będą nadzwyczajnie zdolni, ale będą musieli być zdyscyplinowani, uczciwi i muszą wiedzieć, czego chcą”.

Gospodarka zamknięta na klucz
Podczas wyborczych przemówień Jarosław Kaczyński po­wtarza, że w rządzie PiS najważniejszy będzie resort roz­woju. Powstanie z połączonych ministerstw rozwoju regionalnego (prezes zaznacza, że w nowym rządzie ten przymiotnik zniknie bezpowrotnie), gospodarki oraz części skarbu państwa. Ma to być coś w rodzaju megaresortu. Będą mu podlegać takie spółki jak KGHM, PZU, PKO BP, Grupa Azoty, Totalizator Sportowy czy Polska Grupa Zbrojeniowa, a jego szef ma mieć rangę wicepremiera i sprawować nadzór nad wszystkimi ministerstwami gospodarczymi. Najpoważ­niejszym kandydatem do tej funkcji jest dziś poseł PiS Pa­weł Szałamacha (najważniejszy doradca ekonomiczny Beaty Szydło, współautor jej przemówień dotyczących gospodarki, po niedawnym stypendium na Harvardzie). W rządzie PiS w latach 2005-2007 Szałamacha był wiceministrem skarbu. Zasłynął spektakularną czystką resortu. W kwietniu 2006 roku zorganizowano spotkanie kadry kierowniczej. Salę za­mknięto na klucz i wręczano wypowiedzenia. Za jednym za­machem zwolniono 14 dyrektorów, wobec których nie było wcześniej żadnych zastrzeżeń.
- Akcję przeprowadzono zgodnie z wytycznymi Szałamachy. Ludzie z jego gabinetu robili każdemu zwalnianemu zdjęcie. Gdy ktoś protestował, słyszał: „Nie masz nic do ga­dania, wy tu już nie rządzicie” - wspomina jeden z uczest­ników tamtego spotkania.
Wielka czystka została przeprowadzona tuż przed podpisaniem przez PiS umowy koalicyjnej z Samoobroną i LPR. Trze­ba było przygotować posady dla nowych koalicjantów. W resorcie skarbu krąży anegdota o tym, jak w czerwcu 2006 r. zwalniano wiceministrów skarbu. Szałamacha padł przed Jarosławem Kaczyń­skim na kolana - błagał, żeby pozostawić go w resorcie. Premierem był wówczas jeszcze Marcinkiewicz, ale zmiana na sta­nowisku szefa rządu była już bliska.
- W resorcie słynne były jego „godziny szału”, zwykle koło południa, kiedy nie na­leżało wchodzić do gabinetu Szałamachy - opowiada jeden z ówczesnych ministrów i wspomina: - Potrafił w czasie spotkania wyszczerzyć zęby.
Teraz Szałamacha ma objąć tekę naj­ważniejszego ministra w rządzie. Jego kontrkandydatem jest prezes banku BZ WBK Mateusz Morawiecki (według roz­mówców z PiS osobiście spotykał się z Jarosławem Kaczyńskim, któremu miał zaimponować tym, że nie przyjął teki mi­nistra skarbu w rządzie Donalda Tuska).

sobota, 17 października 2015

Sąd: Szef CBA Mariusz Kamiński nie tropił korupcji



Mariusz Jałoszewski

Były szef CBA stawiał się ponad prawem. Za akcję CBA uderzającą w Leppera może też odpowiadać Zbigniew Ziobro.
Takie mocne wnioski znalazły się w pisemnym uzasadnieniu głośnego wyroku z marca tego roku skazującego na więzienie Mariusza Kamińskiego, szefa CBA za rządu PiS, i jego trzech podwładnych za nielegalną prowokację wymierzoną w Andrzeja Leppera i Samoobronę.

"Wyborcza" poznała jawną część uzasadnienia. Napisał je sędzia Wojciech Łączewski, który przewodniczył trzyosobowemu zawodowemu składowi. Uzasadnienie jest rozwinięciem ustnych tez wygłoszonych w marcu.

To niczym mowa oskarżycielska w imieniu państwa wobec CBA z IV RP, jej szefa Mariusza Kamińskiego, dziś wiceprezesa PiS, i Macieja Wąsika, wówczas zastępcy szefa CBA. Obaj kandydują dziś do Sejmu z list PiS.

Akcja CBA zakończyła się głośną aferą gruntową i upadkiem rządu Jarosława Kaczyńskiego w 2007 r. po rozsypaniu się koalicji PiS-LPR-Samoobrona. Mariusz Kamiński od lat przekonywał, że jest niewinny, bo działał dla dobra państwa. Walczył z korupcją, której szukał w Ministerstwie Rolnictwa kierowanym przez Leppera.

"Wyjaśnienia te są niewiarygodne (...). Celem oskarżonych nie była walka z korupcją" - napisał w uzasadnieniu sędzia Łączewski.

Jaki miał cel i motyw Kamiński i jego CBA? Polityczny? Nasuwa się to po lekturze uzasadnienia, choć sędzia nie napisał tego wprost.

piątek, 16 października 2015

Stefan Niesiołowski: Piechociński? Jest podły i głupi



Czegoś takiego jak charyzma nie da się zaprogramować. Andrzej Olechowski to mądry facet, ale jak zaczyna mówić, człowiek ziewa albo zmienia program - mówi Stefan Niesiołowski, poseł Platformy Obywatelskiej, profesor biologii na Uniwersytecie Łódzkim

Rozmawiał Piotr Wesołowski

Piotr Wesołowski: Prywatnie sympatyczny, łagodny, dobroduszny, dusza towarzystwa. Gdy pojawiają się dziennikarze, jest pan złośliwy, używa dosadnego języka. Dlaczego?
Stefan Niesiołowski: To opinia moich wrogów lub ludzi, którzy nie słuchają uważnie.

"Część z tych, którzy stoją tam i rzekomo pilnują krzyża, to rzeczywiście kandydaci do kliniki psychiatrycznej. Ostatnia stacja tej ich procesji to Tworki". Tak mówił pan o obrońcach krzyża przed Pałacem Prezydenckim. Po co tak agresywny język?
- A jak mam inaczej nazwać ludzi, którzy głoszą tezy oparte na szaleństwie? Przecież to, co mówią, wynika z kłamstwa, nienawiści, głupoty. Modlą się i jednocześnie kolportują pocztówki ze mną w czapce czekisty. Twierdzą, że należy kanonizować Lecha Kaczyńskiego, bo tylko on mógł obronić Polskę przed Rosją, że trzeba egzorcyzmować Pałac Prezydencki. Według nich Andrzej Duda jest wcieleniem Ducha Świętego i dopiero jak został prezydentem, to wygrało Powstanie Warszawskie. Takie poglądy głosi raczej pensjonariusz Tworek.

Ale po co ich obrażać? Nie lepiej wyśmiać?
- Ja reaguję ostro, kiedy niszczona jest Polska, gdy słyszę, że Tusk jest mordercą i że sfałszowaliśmy wybory. I także gdy słyszę, że okupacja jest teraz gorsza niż w czasie II wojny światowej, bo wtedy wróg mówił po niemiecku, a teraz po polsku. To podłe, bezmiernie głupie kłamstwo.

czwartek, 15 października 2015

ZNISZCZYĆ RZĄD



Kto stał za aferą podsłuchową, która rozpoczęta agonię rządu PO? Wiele tropów wskazuje, że mogła to być operacja przeprowadzona przez ludzi związanych z PiS.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Do prokuratora generalnego i sze­fa ABW trafił w ubiegłym ty­godniu poufny raport na temat śledztwa w sprawie afery podsłuchowej. Znamy treść tego dokumentu, który za­wiera analizę zeznań świadków. Wynika z niej, że większość tropów prowadzi do ludzi związanych z PiS, ale prokuratura nie zajmuje się tym w śledztwie.
Nie bada ewentualnego politycznego motywu przestępstwa. Nie sprawdza, czy Marek Falenta i kelnerzy mogli nagrywać ludzi PO na polityczne zlecenie. Choć je­den z kelnerów zeznaje, że po ujawnieniu pierwszych taśm usłyszał od drugiego: „Łukasz mi mówił, że celem tej akcji jest s obalenie rządu i że musimy to przeczekać”.

Polskie Watergate
Łukasz N., kelner z restauracji Sowa i Przyjaciele, zeznaje: „Falenta powiedział mi, że jest blisko z PiS, że może zorganizować spotkanie z prezesem Kaczyńskim i że te nagrania mogą pomóc PiS”. Przyznaje również, że słyszał od Falenty zapewnienia: „Jak PiS przejmie władzę, to ja mogę nawet dostać jaką tekę z tymi informacjami, które mam. Czyli mogę dostać stanowisko w rządzie PiS”.
Drugi podejrzany, kelner Konrad L., także wskazuje na polityczny motyw nielegalnych nagrań: „Pamiętam też, że w okolicach marca 2013 r. Łukasz poinformował mnie, że zostanie zmieniony minister finansów - to było na dwa miesiące przed właściwą zmianą. On użył wtedy jakiegoś takiego dziwnego e    określenia - powiedział, że »teraz oka­że się, z kim współpracujemy« czy coś podobnego”.
Raport stawia hipotezę o współudziale „osób ze środowiska partii opozycyjnych” i/lub „osób ze środowiska służb, zwłasz­cza ABW i CBA”.

środa, 14 października 2015

Wieści z matecznika



Co kandydaci PiS obiecują, kiedy sądzą, że słuchają ich tylko ci, którzy na nich zagłosują?

Anna Dąbrowska

W pierwszą niedzielę października sympatycy i działa­cze PiS zostali zwiezieni do sanktuarium w Strachocinie, do miejsca narodzin św. Andrzeja Boboli, patrona Polski. 2 maja przyjechali tu pierwszy raz, by modlić się o wybór Andrzeja Dudy na prezydenta. I został wybrany-po­twierdzał moc modlitwy proboszcz Józef Niżnik, który serdecz­nie powitał Jarosława Kaczyńskiego, życząc mu, „by z pomocą św. Boboli znosił z godnością to, co gotują panu niektórzy ludzie w naszej ojczyźnie. Obyto pana nie załamało".
   W mszalnych czytaniach było to o stworzeniu kobiety z żebra Adama, co niektórzy odczytali jako znak. - Pani Beata jest taką kobietą z żebra pana prezesa - mówiła uczestnicząca we mszy kobieta. Mówił też proboszcz o tym, że posłem i senatorem zostaje się nie tylko z woli ludzi, ale też z woli Boga. - Nadejdzie czas, kiedy sam Bóg rozliczy każdego parlamentarzystę. (...) Z tego, jak szanowaliście prawo Boże w swoim życiu, jak żeście głosowali, kto był w Sejmie ważniejszy: Bóg czy człowiek - ostrzegał.
   Na Podkarpaciu wszyscy kandydaci Zjednoczonej Prawicy wiedzą, że nad prawem świeckim powinno stać to Boże. Andrzej Głaz, kandydat z Mielca, mówił nawet, że właśnie ze względu na to przywiązanie do wartości chrześcijańskich „oni chcą zniszczyć województwo podkarpackie”: - To ziemia karana za to, że ma wartości chrześcijańskie i patriotyczne i trzeba je zniszczyć, trzeba zniszczyć Kościół, bo wtedy nie będzie już au­torytetów. Na tym samym spotkaniu w Sali Królewskiej Szkoły Muzycznej w Mielcu w niedzielny wieczór Ewa Kantor (kiedyś posłanka LPR, dziś związana z ziobrystami, kandydatka z list PiS) wołała, że Polska musi być katolicka, „bo inaczej Polski nie będzie”, i nawoływała do nieustającej modlitwy o zwycię­stwo w wyborach, „abyśmy mogli rządzić w tym kraju po bo­żemu”. Powinni w tym pomóc księża, ale nie wszyscy garną się do współpracy. W Izabelinie prowadząca wyborcze spotkanie z Jackiem Sasinem i Magdaleną Mertą (kandydaci podwarszaw­scy) żaliła się, że spotkanie było słabo rozreklamowane. Przy­szło 25 osób. Kiedyś była tu taka praktyka, że ksiądz zapraszał na te wiece z ambony, ale obecny nie chce pomagać.

wtorek, 13 października 2015

Dlaczego prezes uwolnił pana Hyde’a



Widmo rewanżu krąży nad Polską. Nie każdemu przypadnie do gustu. Ale ma to, czego brakuje socjalnym prezentom Beaty Szydło: odnawia więź z elektoratem na wypadek powyborczych problemów.

RAFAŁ KALUKIN

W miarę zbliżania się wybo­rów różowa chmura so­cjalnych obietnic kampanii PiS opada i zaczynają wyłaniać się co­raz wyraźniejsze, znajome kształty IV Rzeczypospolitej. Pod cienką koszul­ką złudnego optymizmu Andrzeja Dudy i Beaty Szydło napinają się mięśnie tra­dycyjnego PiS. Jak dekadę temu, a na­wet mocniej. Dodatkowo wzmocnione sterydem rewanżu i zemsty.

Odzyskać co splugawione
Są w Polsce takie miejsca, gdzie obni­żony wiek emerytalny i 500 złotych na dziecko nie budzą większych emocji.
To urzędy, państwowe agencje, insty­tucje kultury. Głównym tematem roz­mów o dojściu PiS do władzy jest to, jak głęboko sięgać będą czystki.
W prokuraturze ponowne podpo­rządkowanie politykom przyjmowane jest już za pewnik; co wiąże się z zapo­wiadaną „głęboką zmianą” wewnętrz­nych hierarchii. Rzecz jasna kryterium awansów i degradacji nie będą kom­petencje, tylko usłużność wobec nowej władzy oraz „umoczenie” w rządy PO i w tuszowanie „afer”. Podobne lęki są pewnie udziałem sędziów. Zwłaszcza tych, którzy narazili się wyrokami na­ruszającymi poczucie sprawiedliwości ludu pisowskiego - doświadczając me­dialnych nagonek i lustracji przodków.
W mediach nastrój ten sam. Pierwsze listy proskrypcyjne przeznaczonych do zwolnienia dziennikarzy TVP pojawi­ły się w pisowskim tygodniku „wSieci” jeszcze latem, na fali zwycięstwa An­drzeja Dudy. Potem niektórym „niepo­kornym” też ulewały się niepoprawne fantazje. Choćby szefowi warszawskie­go SDP Marcinowi Wolskiemu, który umartwiał się, „co zrobić z tą niemałą grupą kolegów, która tej jesieni będzie musiała pożegnać się ze splugawionym przez nich po wielokroć zawodem”. Czyżby miano nie poprzestać na ruty­nowej czystce i pojawią się komisje we­ryfikacyjne, władne decydować o tym, kto w ogóle ma prawo wykonywać zawód dziennikarski?

poniedziałek, 12 października 2015

Bo będzie duszno



Boją się, że jeśli PiS wróci do władzy, zaczną się nagonki na Lekarzy 5 przedsiębiorców.
Że oni sami stracą pracę, a ich dzieci będą się uczyć, że homoseksualizm da się leczyć.
Im bardziej ktoś PiS nie lubi, tym bardziej się boi.

RENATA KIM

Zamiast odpoczywać, Grzegorz, przedsiębiorca z Warszawy, spę­dził urlop, porządkując spra­wy w urzędach skarbowych oraz ZUS. Ze strachu. Jest przekonany, że wnikliwa kontrola zawsze coś wykaże, a zanim uda się domniemane nieprawidłowości wytłu­maczyć, interesy zostaną sparaliżowane, a on sam stanie się znacznie uboższy.
Jest przekonany, że jeśli PiS wygra wy­bory i obejmie władzę, nadejdzie czas rozliczeń. Z Platformą Obywatelską, jej zwolennikami i wszystkimi, którzy myślą inaczej. Ale też z ludźmi, którzy odnieśli sukces.
- Każdy sukces, a szczególnie spekta­kularny, w mniemaniu tych ludzi musiał mieć u podłoża jakieś nieuczciwe dzia­łania. Nic dziwnego, że najwięksi polscy przedsiębiorcy, na przykład świętej pa­mięci Jan Kulczyk czy Ryszard Krauze, w czasie poprzednich rządów PiS przeno­sili swoje interesy za granicę - tłumaczy biznesmen. Ma już wszelkie możliwe za­świadczenia, oświadczenia oraz protokoły i czuje się nieco bezpieczniej.
Czego się właściwie boi?
Tego, że znowu zaczną się spektaku­larne akcje specjalnych jednostek w to­warzystwie ekip telewizyjnych. Ze wróci niszczenie ludzi, wsadzanie ich do aresz­tów i przetrzymywanie latami. - Zacznie się rozpaczliwe poszukiwanie pieniędzy na choćby częściowe spełnienie obietnic wyborczych, a jak wiadomo, pieniądze najłatwiej wycisnąć z tych, którzy ciężko pracują, są zdolni i przedsiębiorczy.
Grzegorz przyznaje, że tak się w tym czarnowidztwie zapędził, że czasami wy­daje mu się, że lepiej byłoby przenieść działalność za granicę, na przykład do Dubaju. Ale zaraz zaczyna się obawiać, że mogłoby to zostać uznane za brak pa­triotyzmu. Poza tym nie wie, czy pra­cownicy polskich ambasad, którzy do tej pory tak chętnie mu pomagali, po zmia­nie władzy będą równie życzliwi? A może w ogóle zostaną wymienieni na innych - wybranych według klucza partyjnego i niekompetentnych?
Doprawdy przykro mu będzie patrzeć, jak konkurenci z innych krajów UE, często z mniej atrakcyjną ofertą, za to ze wspar­ciem swojej dyplomacji, będą zabierać sprzed nosa lukratywne kontrakty polskim przedsiębiorcom. - Boję się, że stracimy czas i pieniądze. Świat pójdzie do przodu, a my znów będziemy musieli go gonić.

niedziela, 11 października 2015

Abudaba, książę z Kwidzyna



Chciał prywatyzować pamięć o Lechu Kaczyńskim i przejmować nieruchomości PiS. Prezesem jednej ze swoich spółek zrobił kibola. Część interesów wylądowała na Seszelach. Marcin Dubieniecki upadł, ale z przytupem.

WOJCIECH CIEŚLA

Nad imperium Marcina Dubienieckiego słońce nie zachodzi. Jego część rozpościera się na polu pod Mławą: farma energii słonecznej, bizneso­we fiasko. Północna flanka tego imperium to nadmorski las na pograniczu Sopotu i Gdańska - kilka nowiutkich apartamentowców - a także posiadłości gdańskiej AWFiS, atrakcyjne działki w Gdańsku.
Południe Polski to Kraków, biznes na niepełnosprawnych. Tu dwie spółki Dubienieckiego dostały 13 milionów z PFRON na zatrudnienie niewidomych i niedowi­dzących. Ale zięć Lecha Kaczyńskiego ma też przyczółki na Cyprze, nad Morzem Czarnym, w Chicago i Mahe na Oceanie Indyjskim. Wszystkie bada dziś CBA.

piątek, 9 października 2015

Lista przebojów Antoniego Macierewicza



Agnieszka Kublik, Wojciech Czuchnowski

Wiceprezes PiS w mowie i czynie

Kilka dni temu w Chicago: "Rozgrabianie Polski musi mieć konsekwencje. To są ludzie, którzy zeszli na poziom Bieruta, Bermana, na poziom okupantów Polski z okresu komunistycznego. Główny problem polega na tym, by przestali rządzić ludzie, dla których polskość to nienormalność, żeby zaczęli rządzić polscy patrioci. Wyzwolić ją mogą rządy PiS. Poczekajmy jeszcze te trzy tygodnie".

W Toronto: "Trzeba zmienić zdemoralizowany, przeniknięty korupcją, antypolskością aparat władzy. Niech odejdą z aparatu. Bo niszczą, marnotrawią Polskę".

"Tu jest takie miłe pytanie, czy jest prawdą, że Tusk był agentem Stasi. To ja zostawiam, żeby państwo sami sobie po jego czynach na to odpowiedzieli".

Zamorska kampania wyborcza wiceprezesa PiS wywołuje w Polsce burzę. Platforma ma nadzieję, że Macierewicz skutecznie zmobilizuje do głosowania jej elektorat. PiS drży, że wystraszy jego umiarkowanych wyborców, co może zamknąć drogę Jarosławowi Kaczyńskiemu do władzy.

Słowa i czyny Antoniego Macierewicza w najnowszej historii Polski już parę razy doprowadziły życie polityczne na skraj przepaści.

czwartek, 8 października 2015

V RP



Jarostaw Kaczyński szykuje wielką rewolucję w polityce historycznej. Chce też zapewnić nieżyjącemu bratu właściwe miejsce w panteonie narodowym.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Prawo i Sprawiedliwość do prze­jęciu władzy zapowiada wielkie zmiany. Na razie wiemy dość do­kładnie, co miałoby się zmienić w kulturze i edukacji. - To jest masakra - komentu­je plany PiS reżyserka Agnieszka Holland. - Nonsens i karykatura - uważa pisarz Eu­stachy Rylski. - Czysty Orwell - ostrzega historyk prof. Tomasz Nałęcz. A minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska nazy­wa to, co PiS chce zrobić w szkole, „złoże­niem jednostki na ołtarzu wspólnoty”.

środa, 7 października 2015

Straszydła Prawicy



Prawica od lat karmi Polaków swoimi lękami. Społeczeństwo długimi okresami potrafiło się przed nimi bronić. Ale czasami te prawicowe strachy przebijają barierę ochronną i przenikają do zbiorowej świadomości. Tak jak teraz.

Kiedy PiS zaczęło opowiadać o śmiertelnie groźnej inwazji islamistów, którzy zaleją Polskę i zrobią tu straszne rzeczy, niezwłocznie pojawił się zarzut, że jest to cyniczne stra­szenie Polaków. Mnie on nie przekonuje. Choć nie wierzę w głupstwa o śmiertelnym niebezpieczeństwie. Gdyby kilku dziesięciomilionowy naród miał powód poważnie bać się kilku lub choćby kilkudziesięciu tysięcy imigrantów, znaczyłoby to, że jest narodem upadłym. A nie uważam, żebyśmy byli takim narodem.
   Jednak nie czuję się przez prawicę oszukiwany ani manipu­lowany. Uważam, że pisowska prawica mówi i pisze z grubsza to, co czuje. Prawica nas nie straszy, ona szczerze się boi. Nie­ustannie. Żyje lękami, tak jak lewica żyje nadziejami. Z tym że polska prawica bardziej, a polska lewica mniej niż w starych demokracjach. Lęki rządzą Polską. Zmieniają się tylko wizje przerażających zagrożeń. Gdy jedne się zbyt długo nie spraw­dzają, ich miejsce zajmują kolejne.

wtorek, 6 października 2015

Wszystko dla partii



Choć dopiero co stawiał przed Komorowskim chorągiewkę z partyjnym logo, dziś w kampanii PiS gra na pozycji wysuniętego napastnika. Andrzej Duda robi to, co wynika wprost z doktryny jego obozu.

RAFAŁ KALUKIN

Udał nam się Duda” - żachnął się Jarosław Kaczyński jeszcze przed wyborami prezydenckimi. Słowa prorocze - od zaprzysiężenia mija­ją dwa miesiące, a nowy prezydent nie wy­konał ani jednego gestu wyłamującego się z logiki kampanii wyborczej.
I można obstawiać w ciemno, że już się nie wyłamie.

Kto kogo wciąga
Zaczęło się od tego, że zapytany tuż po ob­jęciu urzędu o realizację własnych obiet­nic z kampanii, jako adresata wskazał rząd. Ewa Kopacz musiała się tłumaczyć, dlacze­go nie chce dawać po 500 złotych na dzie­cko, choć wcale tego nie obiecywała.
Dwa tygodnie później prezydent ogłosił swoją pierwszą polityczną inicjatywę: re­ferendum z pytaniami o wiek emerytalny, sześciolatki w szkole i prywatyzację lasów. Logika ta sama: niech się Platforma zade­klaruje, czy pragnie uszczęśliwić obywate­li demagogicznymi propozycjami PiS. I czy w ogóle zamierza słuchać ich głosu. Nie chce? Świetnie, niech się tłumaczy.
A potem gaz do dechy i prezydent kieruje do Sejmu projekt ustawy o obniżeniu wie­ku emerytalnego. W wersji najradykalniejszej, ekonomicznie zabójczej, ale przecież Sejm i tak nie zdąży się tym na serio zająć. Cel? A jakże, niech się premier wytłumaczy.
Rozgrywce na politycznej szachowni­cy towarzyszy odpowiednie tło. Trwa za­początkowany już w pierwszym tygodniu prezydentury objazd po powiatowych fe­stynach, gdzie głowa państwa opowiada o zanikającej Polsce, upadłym rolnictwie, papierowym wzroście gospodarczym, krzyczącej niesprawiedliwości.
Równolegle prezydent mebluje swo­ją kancelarię. Dobór współpracowników może jednak emocjonować co najwyżej fa­natyków analizujących tajemne hierarchie w PiS. Poprzednicy zwykle starali się po­szerzać zaplecze o nabytki spoza partyjnej centrali. Drużyna Dudy jest jednobarwna. Zresztą prezydenccy urzędnicy mówią w mediach mniej więcej to samo co ludzie Kaczyńskiego. Chodzi przecież o zdublo­wanie PiS-owskiej propagandy.
Trwa wreszcie żenujący ping-pong z Ewą Kopacz o to, kto z kim ma się spotykać.
- O ile medialne apele pani premier o zwoła­nie Rady Gabinetowej - co powinno wiązać się z sytuacjami nadzwyczajnymi - prezy­dent mógł jeszcze zignorować, to w obliczu kryzysu z uchodźcami odmowa nabrała in­nego sensu. Aż z kancelarii wyszedł sygnał, że prezydent do wyborów w ogóle nie spot­ka się z panią premier, ponieważ nie chce być „wciągany w kampanię”.
Tylko musiałby wcześniej sam się wyciągnąć.

poniedziałek, 5 października 2015

JAROSŁAWA INSTYTUT LECHA



W pierwszym domu działa wydawnictwo publikujące książki na temat Lecha Kaczyńskiego. W drugim mieszka prezes. A w trzecim jest izba pamięci brata, w której można przyjąć prezydenta.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Czwartek, późny wieczór. Pre­zydencka kolumna wjeżdża w boczną uliczkę na Żoliborza i parkuje na tyłach domu Jarosława Ka­czyńskiego. Ochroniarz uchyla drzwi, Andrzej Duda wysiada z limuzyny i na ponad dwie godziny znika za furtką.
„Fakt”, który opublikuje zdjęcia z tej nocnej wizyty, napisze na swojej czo­łówce krótko: „Przyłapani”. Spotkanie jest niecodzienne nie tylko ze względu na jego uczestników, ale także i miej­sce: Jarosław Kaczyński to bodaj je­dyna osoba, do której głowa państwa fatyguje się osobiście.
Szybko się jednak okaże, że prezes przyjął prezydenta nie w swoim miesz­kaniu, a w domu obok.

niedziela, 4 października 2015

Powrót prezesa



Im bliżej wyborów, tym wyraźniej widać, jak Beata Szydło staje się malowaną kandydatką na premiera. Jarosław Kaczyński znów wziął sprawy w swoje ręce - i irytuje się jej samodzielnością.

OSTATNIE TYGODNIE BYŁY DLA JAROSŁAWA Kaczyńskiego wyjątkowo pracowite. Choć do czasu sejmowej debaty o uchodź­cach wydawał się publicznie nieobecny, od drugiej połowy sierpnia przycinał i wy­cinał, czyli zajmował się partyjną robotą, w której zawsze znajdował najwyższą przy­jemność. A cel tych zabiegów był bardzo prosty - by przypadkiem nikomu na prawicy nie przyszło do głowy, że przestał się liczyć.

Efekt Szydło przestaje działać
Początkowy plan na jesienne wybory był prosty: po sukcesie Andrzeja Dudy wystar­czyło powtórzyć główne punkty z kampa­nii prezydenckiej. Jarosław Kaczyński, An­toni Macierewicz i inni politycy kojarzeni z radykalnym obliczem PiS wycofali się na drugi plan, a twarzą partii uczyniono Be­atę Szydło (najbliższą współpracowniczkę Dudy ze zwycięskiej batalii), którą ogłoszo­no kandydatką na premiera. Sztab wybor­czy pracował nad łagodnym przekazem, by nadal przyciągać do partii umiarkowanych i centrowych wyborców.
  Na efekty nie trzeba było długo czekać. Sondaże zaczęły pokazywać, że przewa­ga PiS nad PO szybko rośnie. Dużo było w tym zasług samej Platformy, która - osłabiona porażką Bronisława Komorow­skiego - popełniała coraz poważniejsze błędy. Poraniona kolejnymi odsłonami afery taśmowej Ewa Kopacz zdecydowała się wprawdzie na rekonstrukcję rządu, ale nie na długo to wystarczyło, bo w PO wy­buchła wojna o miejsca na listach. Wybor­cy Platformy - co pokazywały w ostatnich latach sondaże - niczego tak nie znoszą,
jak właśnie wewnętrznych sporów w par­tii, które stają się przedmiotem publicz­nych debat.
  Mimo to w połowie wakacji w kampa­nii PiS coś zaczęło trzeszczeć. Malkontenci wewnątrz partii coraz głośniej krytykowali sztab. Jak mówią na prawicy, dziś na za­mkniętych spotkaniach Kaczyński pozwala sobie na otwartą krytykę Beaty Szydło.
Faktem jest, że kandydatka PiS nie okaza­ła się tak zdolna jak Andrzej Duda. Nie mia­ła takiego czaru jak nowy prezydent i nie uczyła się tak szybko. W czasie kampanii prezydenckiej wykonała ogromną pracę, lecz w partii coraz więcej osób zaczynało zadawać pytania, czy efekt Szydło nie prze­stał działać.

czwartek, 1 października 2015

TEOLOGIA I PRZEMOC: PRZYPADEK KSIĘDZA OKO



KS. KRZYSZTOF CHARAMSA

Z punktu widzenia teologii chrześcijańskiej retoryka ks. Dariusza Oko jest nie do zaakceptowania. Godzi nie tylko w rzetelność naukową, ale też w ogólnoludzkie standardy przyzwoitości, a poza tym nadużywa autorytetu, jaki sobie przypisuje.
Brak reakcji ze strony władz kościelnych na wystąpienia, które są przepełnione nienawiścią, to skandal. Warto być przyzwoitym, jak mawiał Władysław Bartoszewski, nawet wtedy, gdy jest się księdzem-naukowcem. A może właśnie szczególnie wtedy.


Mojej Mamie,
która nauczyła mnie teologii,
Boga odrzucającego wszelką przemoc.

Chrześcijanie potrzebują konfrontacji z różnorodnymi naukami, także tymi, które zajmują się płcią kulturową. Taka konfrontacja, otwarta i rzetelna, może być pomocą również dla samych myślicieli gender. Tyle że w jej trakcie nie mogą być de­precjonowani - tale jak to robi pewien krakowski teolog wspie­rany przez autorytet Konferencji Episkopatu Polski. By to wyra­zić obrazowym przykładem: z ateistkami Judith Butler czy Julią Kristevą można się nie zgadzać, ale nie można ich wyzywać tyl­ko dlatego, że podejmują kwestie gender. Z Kristevą, genialną lingwistką, psychoanalityczką i filozofką, watykański dziennik „L’Osservatore Romano” robi wywiady, a papież Benedykt XVI zaprasza ją na spotkanie w Asyżu, natomiast polski ekspert, w majestacie przyzwolenia Kościoła instytucjonalnego, insynu­uje, że jako uczona zajmująca się problematyką gender jest „maniaczką seksualną”. Kto zaś nie podziela jego stanowiska, jest „Ju­daszem już zadeklarowanym albo w procesie deklaracji”.
W tym względzie zresztą trudno odmówić mu dużej dozy słuszności: Kościół i jego naukowcy bywają odpowiedzialni za odejścia tych, którzy zostali urażeni zasianą przez nich przemo­cą. Dziś jest to, niestety, jeden z wyrazistych owoców teologii roz­wijającej się w ostatnich dziesięcioleciach w wolnej Polsce. Owoc niedaleki od dokonań naukowego komunizmu.