PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 30 czerwca 2016

Meandry dziennikarstwa resortowego



Co łączy współautorkę „Resortowych dzieci” ze służbami specjalnymi i lobbystą podejrzewanym przez PiS o związki z rosyjskim wywiadem?

Leszek Szymowski

W poprzednim numerze „Gazety Pol­skiej” (nr 23 z 8 czerwca 2016 r.) Dorota Kania pisała o tym, że „Lu­dzie Giertycha skłócają prawicę”. Opluła również przy okazji redakcję „Najwyż­szego CZASU!”, choć nigdy nie zajmo­waliśmy się skłócaniem żadnej prawicy
   Kania zarzuciła nam współpracę z Ja­nem M. Fijorem - wiceprezesem szkoły biznesu ASBIRO, który był zarejestro­wany przez Służbę Bezpieczeństwa jako tajny współpracownik o pseudo­nimie „Bereta”. Jest to oczywista nie­prawda. „Najwyższy CZAS!”, decyzją redaktora naczelnego Tomasza Sommera, zakończył współpracę z Janem M. Fijorem, gdy jego teczka wyszła na jaw (nota bene w samej teczce, poza faktem rejestracji, nie ma niczego, co mogłoby kompromitować Fijora). Do­rota Kania mogła to sprawdzić, choć­by przeglądając archiwalne numery „NCz!” (wszystkie są dostępne za dar­mo w czytelni Biblioteki Narodowej).
   Dorota Kania (nazwisko nosi po pierw­szym mężu - synu Stanisława Kani, byłego sekretarza KC PZPR) lubuje się w atakach na wszystkie środowiska, które ośmielają się nie zgadzać się z rzą­dzącą partią. W artykułach i książkach używa często głównego argumentu - agenturalnych powiązań. Czy jednak ten argument i zarzuty dotyczące powiązań ze służbami specjalnymi w ustach Doro­ty Kani brzmią wiarygodnie?

środa, 29 czerwca 2016

Gabinet strachów



Niewidzialna ręka rynku dobrze działa wtedy, kiedy jest wsparta przez widzialną rękę państwa - przekonuje wicepremier Mateusz Morawiecki. Tylko czy ta widzialna ręka musi być zaciśnięta w pięść? - pytają przedstawiciele polskiej gospodarki.

Funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli nie­dawno do wszystkich urzędów marszałkowskich w kraju. Przez kilka najbliższych miesięcy będą kontrolowali wydatkowanie pieniędzy unijnych. To nietypowa akcja, bo wyspecjali­zowanych kontrolerów unijnych funduszy jest już wielu. Zajmują się tym m.in. urzędy kontroli skarbowej, NIK, minister rozwoju, Europejski Trybunał Obrachunkowy.
   To klasyczne „trałowanie”, tłumaczą eks­perci. CBA ciągnie sieci w nadziei, że coś wyłowi. Nawet jeśli nie będą to przypadki korupcji, nadające się do procesowej ob­róbki, to może znajdą się punkty zaczepie­nia do innych akcji. Wśród samorządowców panuje przekonanie, że akcja CBA jest przygrywką do uderzenia w lokalne sa­morządy, których większość jest w rękach opozycji. Może doprowadzi to do przedter­minowych wyborów? W ostateczności coś
się przecież znajdzie, choćby do obróbki medialnej, która umocni wiarę wyborców, że rząd musi zrobić porządek, bo w samo­rządach dzieje się źle.

wtorek, 28 czerwca 2016

Prezes szykuje ofensywę



Katastrofa Brexitu rozwiązuje ręce prezesowi PiS. Europejskie instytucje i ośrodki polityczne mają teraz większe zmartwienia niż grożący Polsce autorytaryzm

Brexit zmienia sytuację w Europie. Zmienia tak­że sytuację w Polsce. Grze­gorz Schetyna próbował znaleźć dobre strony tej katastrofy mówiąc w słoneczny brexitowy poranek: „Unię Europejską opusz­cza największy sojusznik Jarosława Kaczyńskiego”.
   Schetyna zapomniał jednak dodać, że katastrofa Brexitu wiąże uwagę i siły in­stytucji oraz politycznych ośrodków, które Kaczyński postrzega jako najwięk­sze dla siebie zagrożenie. Nie są nimi - przynajmniej dzisiaj - partie Grzego­rza Schetyny i Ryszarda Petru podstawia­jące sobie nogę nawet w sprawie wotum nieufności dla Antoniego Macierewi­cza. Kaczyński widzi zagrożenie wyłącz­nie ze strony czynników zewnętrznych - Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego, całej sumy instytucji wspólnotowych. A także ze strony Berlina, któremu na stabilności i przewidywal­ności sytuacji w Polsce szczególnie zależy
   Jednak po Brexicie zarówno Bruksela jak i Berlin - zamiast pytać Waszczykowskiego o Trybunał Konstytucyjny, usta­wę inwigilacyjną i inne grzeszki - zajmą się ratowaniem z brexitowego pogorze­liska resztek kosztowności i mebli, które pozwoliłyby przetrwać i dalej się integro­wać nie tyle nawet całej Unii, ile przynaj­mniej rdzeniowi UE, czyli strefie euro.
   Znienawidzony przez Kaczyńskiego gorset unijnej i zewnętrznej kontroli po Brexicie znów się rozluźnił.
   A jednak czegoś lub kogoś Kaczyń­ski jeszcze się boi. Świadczy o tym nowy kalendarz „dobrej zmiany”, której wie­le kluczowych frontów zostało zamrożo­nych na letnie wakacje. Nie dlatego, że Kaczyński gdzieś na wakacje wyjeżdża. Ale dlatego, że wakacje to Światowe Dni Młodzieży i warszawski szczyt NATO. Już tylko te dwa wydarzenia blokują na paru
istotnych frontach determinację prezesa PiS i każą mu odłożyć na jesień parę waż­nych elementów kadrowej rewolucji.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

W poczekalni u Kaczyńskiego


Wojna domowa w obozie PiS. Menedżerowie PZU i politycy biegają na skargę do Jarosława Kaczyńskiego, w ruch idą służby specjalne, agencje czarnego PR, prywatni detektywi, donosy. W tle próba przejęcia „Gazety Wyborczej’

W PZU od pół roku trwa brutalna wal­ka PiS-owskich frakcji. Najważ­niejsi politycy w państwie - prezydent, premier, szef partii rządzącej, minister skarbu, pro­kurator generalny, szef CBA i wicemar­szałek Sejmu - wpychają do giełdowej spółki członków swych rodzin i kolegów. A prezes PZU w ferworze walki strzela partii w kolano: kontrolowana przez nie­go firma sprzedaje funduszowi inwesty­cyjnemu George’a Sorosa akcje Agory.

DOCISNĄĆ AGORĘ, ZGASIĆ, PODDUSIĆ
8 czerwca, dzień po informacji kupnie przez fundusz akcji wy­dawcy „gazety”. W sympatyzującym z rządem portalu wPolityce.pl publicy­sta Piotr Skwieciński snuje przypuszcze­nia: „Wygląda mi to na wyprzedzające zabezpieczanie się przed ewentualnymi nieprzyjaznymi akcjami Skarbu Państwa (którego spółki same mogłyby kupić te ak­cje, by w różny sposób szkodzić »GW«)”.
   W siedzibie PZU nominaci PiS gryzą się: co będzie, gdy wyjdzie na jaw, że to oni wypuścili z rąk akcje Agory?
   - Nie wiem, dlaczego zbyliśmy te udziały, nie taki był plan - denerwuje się w rozmowie z „Newsweekiem” poli­tyk PiS (musi zachować anonimowość).
I przyznaje: - Już w okolicach wyborów pod okiem Dawida Jackiewicza rozwa­żaliśmy warianty dociśnięcia Agory. To były prace studyjne, raczej niewinne. Planowaliśmy wprowadzenie swojego człowieka do rady nadzorczej, żeby zy­skać wgląd w papiery spółki. Chcieliśmy wiedzieć, co się stanie, jak im zgasimy reklamy. Ile wtedy pociągną? Co jeszcze trzeba by zrobić, żeby odcięło im tlen?
Politycy PiS wiedzą, że do przyduszenia „Wyborczej” wystarczy wcisnąć od­powiedni guzik w PZU. Jesienią 2015 r., gdy partia idzie po władzę, fundusz spółki Złota Jesień jest największym akcjonariuszem Agory. Ma kilkanaście procent akcji.
Po co PiS miałoby dociskać Agorę? Żeby stępić krytykę wydawanej przez nią „Gazety Wyborczej”.

niedziela, 26 czerwca 2016

Pożegnanie z rurą



Rozkaz to rozkaz. Wojsko rozkaz wykonać musi i nazwiska ofiar Smoleńska w Poznaniu odczyta. W końcu nie wiadomo, czy ta brzoza wybuchła, czy nie. A ten, co na rocznicy Czerwca będzie chciał rozrób, nie jest Polakiem ani patriotą.

Wojciech Cieśla

Poznaniem, stolicą solidności i porządku, rzą­dziły zawsze drobny biznes ze zdrowym roz­sądkiem. I poznaniacy. Teraz po rząd dusz sięgnął warszawiak. Najpierw przysłał woj­skową ciężarówkę z olbrzymim Jezusem. Osobiście złożył pod figurą kwiaty z dwu- barwną wstążką „Antoni Macierewicz, mini­ster obrony narodowej”. A gdy w mieście zagotowało się wokół Jezusa giganta, ogłosił: - Dzisiaj z Poznania na całą Polskę idzie wielkie wołanie o jedność narodu polskiego, opartą na wierze i patriotyzmie!
   Zaraz potem wyjechał i już z Warszawy zarządził: w rocznicę wydarzeń Czerwca, podczas Apelu Pamięci, wojsko odczyta listę ofiar katastrofy w Smoleńsku.
   28 czerwca 1956 r. na ulice Poznania wyszły tysiące robotników. Domagali się „prawa, wolności, chleba”. Władza wysłała przeciwko nim czołgi. Poległo co najmniej 58 osób, ponad 600 było rannych. Czer­wiec ‘56 to w Poznaniu świętość. Pozna­niacy mają teraz zgryz: czy ich Czerwiec można zrównać z wypadkiem lotniczym?

ZDRAJCA I PEDAŁ
Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, niedawno ubezpieczył mur, który ogradza jego dom na poznańskiej ła­wicy. Musiał: najpierw jesienią ktoś na­malował dużymi literami słowa „zdrajca” i „pedał”. A w lutym znów „zdrajca”. Poli­cja nie znalazła sprawców.
   Komu i czym naraża się Jaśkowiak? Je­sienią poszedł w Marszu Równości. Na ob­chody 97. rocznicy wybuchu powstania wielkopolskiego wysłał zastępcę, a sam pojechał odpocząć w góry (zdjęcie na Facebooku, na którym wylegiwał się w łóż­ku z rodziną, oburzyło prawicę). Chodzi na marsze poznańskiego KOD, a nie chodzi na mecze Kolejorza. Nie fraternizuje się z bi­skupami, nie kłania księżom. Jest pierwszym prezydentem, któ­ry głośno mówi, że Kościół łupi miasto na nieruchomościach, i pierwszym, który chce to uregulować. Poznaniacy komentują: Poznań ma wreszcie prezydenta.
   - W mieście walczą dwie frakcje: jedna to zwolennicy Pozna­nia jako twierdzy, miasta zamkniętego. Druga to zwolennicy ot­wartości - uważa jeden z moich rozmówców. - Jaśkowiak to były biznesmen, sztywniak i kapitalista. Ale ma dobry PR. Kreuje wi­zerunek faceta, któremu w mieście nie będzie bruździć żadna centralna władza.
   Na demonstracji KOD w Poznaniu dużo ludzi i duże emocje. Ktoś krzyczy do mikrofonu: - Czy zgadzają się państwo na to, jak mówi posłanka Pawłowicz, że władza musi mieć media publicz­ne, że media publiczne powinny służyć do rządzenia państwem? Kryśka, do domu!
Jaśkowiak interweniuje, chwyta mikrofon: - Musimy pokazać reszcie Polski, że Poznań to wolne miasto, w którym szanujemy europejskie tradycje!

sobota, 25 czerwca 2016

Ambasadorowie wyklęci



Do Budapesztu pojedzie tłumacz z węgierskiego, do Londynu krakowski radny z listy PiS, do Moskwy akademicki znawca Rosji. W MSZ trwa wielka wymiana ambasadorów. - Wymiatanie elit - mówią odwoływani

Jacek Pawlicki

Miotła w MSZ pojawia się po każdej zmianie rządu. Ale obecne zmiany to coś wię­cej - to kompletna wymiana dyplomatycznych elit, osta­teczna rozprawa z tym, co PiS nazywa „korpora­cją Geremka i Bartoszewskiego”. Jak tłumaczy mi jeden z weteranów polskiej służby zagranicznej, „zamiast zawodowych dyplomatów z wielolet­nim stażem kluczowe placówki obejmować będą ludzie z naukowego zaplecza PiS albo drugiego garnituru MSZ”. Wszystko odbywa się w ramach zwyczajowej rotacji.
   - W dyplomacji zawsze była krótka ławka, ale teraz ławki już nie ma. Z ulicy biorą - mówi jeden z dyplomatów z ponad ćwierć wiekowym stażem. Należy do grupy około 30 ambasadorów, którzy w najbliższym czasie wrócą do Polski. To mniej więcej jedna trzecia wszystkich przedstawicieli Polski za granicą. Wymieniani są też konsulowie generalni i szefowie Instytutów Polskich. Resort zmian nie tłumaczy - przynajmniej oficjalnie.
   Dyplomata, z którym rozmawiam, prosi o za­chowanie anonimowości. Wraca do centrali MSZ przy al. Szucha w Warszawie, a tam zapewne spę­dzi najbliższe lata w pokoiku na piętrze zarezer­wowanym dla „ambasadorów wyklętych”, jak z przekąsem nazywają ich w MSZ. Dzięki swym poprzednikom, którzy nie wypracowali jasnych przepisów i zasad dotyczących ambasadorskich nominacji i powrotów, Waszczykowski ma dodat­kowy bat. - Ludzi z wieloletnim stażem ambasa­dorskim można zgnoić, np. zsyłając ich na jakieś marne stanowisko z pensją 3 tys. złotych - mówi mi jeden z weteranów z alei Szucha. Kilkoro spo­śród wracających do Polski ambasadorów mówi, że Waszczykowski i tak jest lepszy od Anny Fotygi, szefowej dyplomacji poprzedniego rządu PiS. Może dlatego, że większość odwoływanych zna osobiście, bo sam związany jest z MSZ od lat 90.
- Za Fotygi można było stracić stanowisko tylko dlatego, że zajęło się złe miejsce w samochodzie - opowiada jeden z rozmówców. - Witek wciąż się mityguje i jest nawet krytykowany przez PiS, że zbyt wolno wprowadza „dobrą zmianę” w MSZ.
Minister nie ma jedynie litości dla tych, któ­rzy związani byli z poprzednim szefem resortu Radosławem Sikorskim. To osobista zadra. Sześć lat temu Sikorski wyrzucił go z MSZ za nielojal­ność oraz ujawnienie niektórych szczegółów ne­gocjacji z USA w sprawie tarczy antyrakietowej.

piątek, 24 czerwca 2016

Co się stało z Leszkiem M.? i Kandydatka



Co się stało z Leszkiem M.?

Jedni twierdzą, że oszalał bądź się czegoś boi. Inni - że dostrzegł w Kaczyńskim bratnią duszę albo bawi go wkurzanie salonu. Tak czy owak jest jedynym z historycznych przywódców III RP, który nie martwi się o polską demokrację

Rafał Kalukin
W wywiadach mówi o PiS, że to „dobra propozycja dają­ca poczucie bezpie­czeństwa zwłaszcza w kwestii socjalnej”. Konflikty ustrojo­we uważa za „drugorzędną kwestię, któ­ra interesuje tzw. warszawkę. Nie stroni nawet od mówienia o „histerii”, choć to słówko wprost z propagandowego zasobu PiS.
   Zagraniczne naciski na Polskę o prze­strzeganie standardów demokratycz­nych? To tylko hipokryzja euroelit. Oburzenie Billa Clintona? Element kampanii w USA, bo - konstatuje Le­szek Miller - wszystko jest polityką. Doradza więc rządowi PiS, aby poszedł na ostro i zaskarżył procedurę dyscy­plinującą do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
   Wojna o Trybunał Konstytucyjny to dla niego zwyczajna rozgrywka poli­tyczna, w której nie ma dobrych i złych, a liczą się tylko interesy. Powtarza, że Tusk robił to samo - tyle że w białych rękawiczkach.
   A była jeszcze zapowiedź walki z bro­nią w ręku o zachowanie europejskiej
tożsamości zagrożonej przez przybyszy ze świata islamu i słowa o „kretynizmie politycznej poprawności”.
   Nic dziwnego, że jego dawni towa­rzysze przecierają oczy ze zdumienia i miotają obelgi pod adresem „pisowca lewicy”.

czwartek, 23 czerwca 2016

Jarosław kontra Lech



Przedmieściu. PiS buduje kult Wielkiego Prezydenta. Ale sam Jarosław kompletnie ignoruje lub odwraca poglądy i deklaracje „poległego" brata.

Lech Kaczyński prezydentem był słabym. Jego wypowiedzi zwykle wpisywały się w ówczesną linię partii (i jej prezesa) - zwłaszcza jeśli kierowane były wprost do elektoratu. Cytaty można mnożyć.
Podobnie było z podpisywanymi ustawami czy z tzw. polityką ułaskawień. Był bratu oddany i powolny. Nie przez przypadek tuż po wyborze ostentacyjnie ogłosił: „Panie Prezesie, melduję wykonanie zadania!”.
   Lecha Kaczyńskiego stać było jednak na czyny i słowa godne prezydenta RP - możliwe do akceptacji, a czasem poparcia, także przez politycznych oponentów.
   Na fali żałoby po tragedii smoleńskiej pochowano go na Wa­welu obok Józefa Piłsudskiego. Teraz poświęcony mu monument stanąć ma na stołecznym Trakcie Królewskim. Inne postumenty już stoją, a będzie ich na pewno znacznie więcej. Ostatnio imię Lecha Kaczyńskiego w obecności najwyższych władz nadano gazoportowi w Świnoujściu.
   Ale prócz zachowań rytualnych wszyscy bez wyjątku politycy PiS także w codziennej retoryce odwołują się do myśli śp. prezy­denta. Prezydent Andrzej Duda od razu po wyborczym zwycię­stwie stwierdził - i to przy grobie Lecha Kaczyńskiego - że jest on dla niego „wzorem męża stanu w znaczeniu myślenia o sprawach państwowych”. Niedawno, odbierając nagrodę Ruchu Społecz­nego im. Lecha Kaczyńskiego, poszedł dalej, obwieszczając: „Nie było w dziejach Polski polityka takiego formatu jak on”. Rów­nocześnie przy każdej okazji podkreśla, że realizuje testament polityczny i wizję Lecha Kaczyńskiego. Nazwał się nawet jego „czeladnikiem”.
   W podobnym tonie (choć bez słowa „czeladnik”) wypowia­da się o bracie prezes PiS. W ślad za nim deklarację wierności myśli Lecha Kaczyńskiego składają tabuny partyjnych działaczy - także tych, którzy kilka miesięcy temu objęli funkcje państwowe, fotele w administracji lokalnej czy posady w gospodarce. Sławomir Cenckiewicz, prezentując swoją książkę „Prezydent”, przekonywał, że „Lech Kaczyński był pierwszym prezydentem s prawdziwie wolnej Polski, bo wszystkie idee, które przyświecały Polakom i w XIX wieku, ale przede wszystkim w XX wieku (...),zaistniały w polskiej polityce dopiero w roku 2005”. Po czym ocenił: „Cały wysiłek obozu patriotycznego, który dziś dzierży ster Rzeczypospolitej, jest realizacją tego, co zaczął realizować Lech Kaczyński”. Rzecz w tym, że „realizacja” ta jest wybiórcza, cząstkowa, cyniczna.

środa, 22 czerwca 2016

Bezkarny oskarżyciel



Scenariusz całkowitego podporządkowania sobie prokuratury Zbigniew Ziobro próbował zrealizować już dziesięć lat temu. Ale dopiero teraz to robi. Prowadzi wojnę i nie bierze jeńców.

Jak mówił w książce „Cena władzy” Janusz Kaczmarek, pro­kurator krajowy w czasach poprzednich rządów PiS, ów­czesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro ujawnił mu kiedyś swoją filozofię kierowania resortem: „Musimy przyjmować na stanowiska (prokuratorskie) ludzi młodych, i to do pierwszego szeregu, ponieważ tacy ludzie będą nam całko­wicie oddani”. Na polecenie Ziobry Kaczmarek awansował wtedy na kierownicze stanowisko do wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną Prokuratury Krajowej młodego, obiecującego pro­kuratora z Katowic Bogdana Święczkowskiego. I ten miał nieba­wem wyznać Kaczmarkowi: „Jestem oddany Zbyszkowi, zawsze będę. Zobacz, w tej chwili biorę do siebie prok. Hołdę, który dzięki mnie awansuje i też będzie mi zawsze oddany”.
   Prokuratura w pierwszej odsłonie IV RP miała skutecznie rozbi­jać tzw. układ. Ale PiS tak się rozpędził, że po dwóch latach rozbił własny układ koalicyjny i oddał władzę. Prokuratorzy awanso­wani przez Ziobrę jeszcze jakiś czas przetrwali w Prokuraturze Krajowej, a po powołaniu w jej miejsce Prokuratury Generalnej 26 nominatów Ziobry odeszło w stan spoczynku. Skorzystali ze specjalnie dla nich uchwalonej ustawy. Na jej mocy prokura­torzy likwidowanej PK, a niepowołani w skład Prokuratury Ge­neralnej, mogli przejść w stan spoczynku, zachowując 100 proc. uposażenia (ok. 14 tys. zł). Ten tryb szczególny uprawniał do za­chowania przywilejów w stanie spoczynku niezależnie od wieku. W trybie zwykłym prokuratorzy przechodzili wtedy w stan spo­czynku od 60. (kobiety) i 65. (mężczyźni) roku życia. Skorzystali z tej furtki m.in. 40-latki Bogdan Święczkowski, Dariusz Barski oraz 38-letni Jarosław Hołda.
   Niedawno wrócili i to od razu na sam szczyt. Święczkowski zo­stał szefem Prokuratury Krajowej. Jarosław Hołda (ten sam, który miał awansować dzięki Święczkowskiemu i być mu za to zawsze oddany) kieruje Biurem Kadr Prokuratury Krajowej.

wtorek, 21 czerwca 2016

To dopiero początek złej zmiany



Jarosław Kaczyński może doprowadzić do katastrofy, której rozmiarów nie jesteśmy wstanie przewidzieć - ostrzega Jarosław Wałęsa, eurodeputowany PO

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Dlaczego zawiesił pan członkostwo w PO?
JAROSŁAW WAŁĘSA: Mało rzeczy de­nerwuje mnie bardziej niż działacz, który po latach w partii zaczyna nag­le publicznie się dziwić, że mógł znaleźć się w takim gronie i z takimi programa­mi. Dlatego tę sprawę wyjaśniam bez­pośrednio z kierownictwem. Nosiłem się z decyzją parę tygodni, to była ku­mulacja wielu krytycznych refleksji. Przekazałem je Grzegorzowi Schetynie. Nasze spotkanie było trudne, momen­tami wręcz nieprzyjemne, ale wydaje mi się, że trochę się zrozumieliśmy.

Długo rozmawialiście?
- 15 minut.

15 minut?
- Tak, w przerwie między głosowaniami.

A z Donaldem Tuskiem pan rozmawia?
- Spotkałem się z nim po rozmowie z Grzegorzem Schetyną. Donald Tusk jest moim mentorem, człowiekiem, któ­ry 11 lat temu zaprosił mnie do Platfor­my, dlatego zawsze chętnie słucham, jak ocenia sytuację w Europie, w Polsce, w Platformie.

Czyli PO nadal Tuska interesuje?
- Proszę pytać o to Donalda Tuska.

Co jest dziś największym zagrożeniem dla Platformy?
- Podział. Może dojść do separacji kil­ku czy kilkudziesięciu posłów. Może na­stąpić transfer do Nowoczesnej albo powstać zupełnie nowy klub parlamen­tarny. I to jest najważniejsze wyzwanie dla Grzegorza Schetyny: utrzymanie jed­ności partii. Musi pokrzepiać, zjednywać i dowartościowywać, bo bycie w opozy­cji jest trudne, przerabiałem to w latach 2005-2007 i wiem, że w takim czasie potrzeba naprawdę dobrego i mądrego lidera, który potrafi scalać zespół.

Schetyna na razie wyrzuca.
- Rządzi partią od paru miesięcy, trzeba mu pozwolić poukładać partię po swoje­mu i pokazać, na co go stać.

Pana ojciec, Lech Wałęsa, mówi, że Schetyna będzie grabarzem PO, czym więc szef partii pana przekonał?
- Nie powiedziałem, że mnie przekonał. Mam wciąż wątpliwości. Grzegorz Sche­tyna musi zrozumieć, że nie może brać wszystkiego na swoje barki, że ma wielu doświadczonych ludzi, którzy mogą mu pomóc w uczynieniu z PO silnej opozy­cji. Licytowanie się z Nowoczesną, kto bardziej dowali PiS, uważam za bezsen­sowne. Musimy być merytorycznie przy­gotowani i konkretnie odpowiadać na to, co robi władza. Punktować. W rozmo­wie ze Schetyną pokrzepiające było to, że wydawało mi się, iż to zrozumiał.

Ile pan mu daje czasu?
- Moje zawieszenie mija we wrześniu, wtedy odbędą się kongresy programowe PO i one pokażą, co Grzegorzowi Schety­nie udało się osiągnąć. Wtedy podejmę decyzję, czy gram da­lej z partią, czy zostaję politykiem niezależnym.

Co najbardziej zniechęciło wyborców do Platformy?
- Zaczęliśmy za bardzo bić się w pier­si. Byłem jednym z pierwszych, którzy mówili, że jesteśmy zbyt aroganccy w naszych rządach i powinniśmy się zre­flektować. Ale wnioski należy wyciągać do pewnego momentu, a my zapędzi­liśmy się w przepraszaniu w kozi róg i zaprzepaściliśmy tym samym najważ­niejszy przekaz - to, że osiem lat naszych rządów to był najlepszy dla Polski czas, jeśli chodzi o inwestycje i rozwój. Zabrakło eksponowania sukcesów, pozwoliliśmy wmówić Polakom, że rządy PO to był czas dla kraju stra­cony. A przecież nie był, co widać gołym okiem.

PiS mówi: autostrady, orliki, ale o obywatelach zapomnieli. To my daliśmy ludziom 500 złotych na dziecko.
- Gdyby zabrakło odpowiedzialnych rządów PO, tego, że prowadziliśmy rze­telną politykę fiskalną, trzymaliśmy budżet w ryzach i działaliśmy w warun­kach procedury nadmiernego deficy­tu nałożonej przez Komisję Europejską po rządach PiS w latach 2005-2007, to dzisiaj PiS nie mogłoby rozdawać owo­ców naszej pracy. Zgadzam się, że 500 zł to doskonały strzał i trudno bę­dzie go przebić, bo jak człowiek wi­dzi w portfelu dodatkowe 500 czy 1000 złotych, to oczywiście powie: wzbogaciłem się za rządów PiS. I nikt nie będzie się zastanawiał nad tym, że te pieniądze wzięły się z odpowiedzialnych rządów PO.
Tyle że jeśli PiS będzie kontynuowało rozdawnictwo, to Polska będzie mu­siała pożyczać coraz więcej pieniędzy, obsługa długu będzie wyższa i w koń­cu kumulacja złych pomysłów dotknie portfeli obywateli. Będą musieli płacić wyższe podatki, wyższe składki, a wtedy i kwota 500 zł się skurczy.
Prawo i Sprawiedliwość jest na fali, do­póki budżet, przygotowany zresztą jesz­cze przez Platformę Obywatelską, się domyka.

Kiedy fala zacznie opadać?
- Do końca roku PiS będzie biło rekordy popularności, a potem zacznie się zjazd, bo kołderka budżetowa zawsze jest za krótka, a gdy ktoś ciągnie ją tak nachal­nie jak PiS, to musi jej zabraknąć.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Na smyczy prezesa



Zbigniew Ziobro w kilka miesięcy uzyskał imponujące wpływy nie tylko w prokuraturze, lecz także w służbach i państwowym biznesie. A to początek. Szeryf IV RP dopiero się rozkręca.

Michał Krzymowski

Narada Zbigniewa Ziobry ze współ­pracownikami, kilka miesięcy temu. W latach 2005-2007 byliśmy od­ważni. Teraz musimy być odważni i rozważni - mówi minister sprawied­liwości. Zamiast zagrzewać do walki z układem, nakazuje umiar i przestrze­ga: za nieudokumentowane wnioski o areszt tymczasowy będzie wyciągać konsekwencje, włącznie z wyrzucaniem prokuratorów z pracy.
   Na innym spotkaniu Ziobro zadziwia swoich współpracow­ników jeszcze bardziej. Zapowiada ograniczenie występów w telewizji i decyduje, że twarzą resortu będzie jego zaufany zastępca Patryk Jaki.

PUKANIE DO DRZWI PIS-U
- Ziobro się zmienił? - pytam człowieka z Nowogrodzkiej.
   - Na pewno chce sprawiać takie wrażenie. Najpierw wy­rzucenie z PiS, a potem klęska jego Solidarnej Polski podob­no nauczyły go pokory, ale Jarosław twierdzi, że ta nagła zmiana stylu to wynik ich ustaleń. Biorąc Ziobrę do rządu, Kaczyński zakazał mu medialnych szarż i zażądał większej wstrzemięźliwości.
   Prezes PiS w rozmowach ze współpracownikami zapew­nia, że wszystko, co robi minister, odbywa się za jego wiedzą. Twierdzi, że od kilku miesięcy prowadzi Ziobrę „na krótkiej smyczy”.
   Czy rzeczywiście?
   Zaraz po wyborach parlamentarnych Ziobro zapowiada najbliższym współpracownikom, że niebawem wstąpi do Pra­wa i Sprawiedliwości. Prosi, żeby w związku z tym zostawić pracę w strukturach Solidarnej Polski i wstrzymać się z przyjmowaniem do partii nowych członków, - Wbrew pozorom chętnych nie bra­kowało. Dobijali się do nas ludzie, którzy z różnych powodów nie mogli się dostać do PiS, a chcieli dołączyć do obozu zjednoczonej prawicy - twierdzi jeden z parlamentarzystów.
   Od wyborów mija jednak ponad pół roku, a Ziobro nadal stoi na czele Solidarnej Polski. Jego współpracownicy zapewniają, że fuzja jest kwestią czasu, ale na razie nie trzeba się z nią spie­szyć, bo współpraca w koalicji układa się bez zarzutu, a sondaże są zadowalające. Według marcowego bada­nia CBOS zaufanie do ministra sprawiedli­wości deklaruje 39 procent respondentów, a do prezesa PiS - 36.
   Ludzie z centrali PiS na Nowogrodzkiej widzą to jednak inaczej. Ich zdaniem czas gra na niekorzyść Solidarnej Polski, której dzia­łacze niedługo będą musieli zabiegać o miej­sca na wspólnych listach samorządowych.
Dlatego Ziobro miał sondować możliwość powrotu na stanowisko wiceprezesa PiS i wprowadzenia swoich ludzi do rady poli­tycznej tej partii. Wybrał jednak zły moment na stawianie żądań, bo PiS jest w przededniu kongresu, na którym delegaci mają wybrać Kaczyńskiego na kolejną kadencję. Wyło­nione zostaną też władze partii: kongres wytypuje radę polityczną, a rada - komitet polityczny. - Wpuszczenie drugiego lisa do kurnika w takim momencie byłoby głupotą.
Ziobro zacząłby eskalować żądania, trzeba by negocjować z nim liczbę miejsc w kierow­nictwie dla ludzi Solidarnej Polski. Jarosław chce tego uniknąć - mówi człowiek z otocze­nia Kaczyńskiego. - Zresztą sytuacja, w któ­rej Zbyszek jest poza partią, a wyborcy i tak uważają go za PiS-owca, jest dla nas bardzo wygodna. Nie może zwrócić się przeciw prezesowi i jest na jego łasce.

niedziela, 19 czerwca 2016

Smoleńsk objazdowy



Katastrofę smoleńską „bada” specjalna podkomisja wyodrębniona z Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego. Gwiazdami tego zespołu Macierewicza są twórcy teorii o zamachu.

   „Specjaliści” Macierewicza byli długo testowani w tzw. zespole par­lamentarnym. Pod rządami PiS ich rolą jest dolewanie oliwy do pro­pagandowego ognia. Żeby igrzyska trwały jak najdłużej. Bardzo trafnie ujął to przed kilkoma dniami Ja­rosław Kaczyński podczas 74 ob­chodów tzw. miesięcznicy smoleń­skiej. „Spotkajmy się tu za miesiąc, za kwartał, za rok, za kilka lat, nawet wtedy, kiedy będzie się wydawało, że wszystko już załatwione” - apelował szef wszystkich szefów.
   Problem Macierewicza wynika z faktu, że w jego cyrku nie chcą wy­stępować specjaliści od badania wy­padków lotniczych, a żaden z człon­ków podkomisji nie brał dotychczas bezpośredniego udziału w badaniu tego typu zdarzeń. „Zobowiązuję się do zrealizowania zapowiedzi, którą teraz państwu przedkładam, że jeżeli uważacie, że skład komisji jest z jakie­goś punktu widzenia - naukowego czy jakiegokolwiek innego - niereprezen­tatywny, uważacie, że powinien tam być jeszcze jakiś specjalista, którego chcecie wskazać i który chce wziąć udział w tych pracach, jestem gotów to zrobić (...). Powtarzam jeszcze raz, rozszerzę wtedy skład. Podejmę taką decyzję” - gwarantował Macierewicz (30 marca w wystąpieniu przed sej­mową Komisją Obrony Narodowej). Niestety, nikt się nie zgłosił. - Ma­cierewicz narzucił styl debaty obcy środowisku naukowemu i nie dziwię się, że idiotyzmy agresywnie wypo­wiadane przez jego ekspertów nor­malni ludzie wolą obchodzić szero­kim łukiem - tłumaczy fizyk Michał Jaworski, autor referatu na I Kon­ferencji Smoleńskiej.
   Dotarliśmy do maila z 21 wrześ­nia 2015 roku, który dzisiejszy prze­wodniczący podkomisji dr inż. Wacław Berczyński (w kręgach PiS-owskich zwany „profesorem”) wysłał do kilku przyszłych członków tegoż gremium. Instruował kolegów: „ Wnikanie coraz bardziej w szczegó­ły [katastrofy] może skutkować utratą szerszego obrazu. Mamy dość dowo­dów, że to była eksplozja”. 14 listo­pada 2015 r. ludzie Macierewicza podsumowali dorobek wszystkich konferencji smoleńskich. W końco­wym dokumencie podkreślili, że ka­tastrofa to

efekt wyrafinowanego planu.

czwartek, 16 czerwca 2016

Co robić, Między Brzegami a Watykanem,Slalom im. Szczerskiego i Nasze Ajnsztajny



Co robić?

Zwolennicy państwa prawa i racjonalnej Polski mają dwóch przeciwników. Pierwszym jest obec­na władza. Drugim, dużo groźniejszym, są apa­tia i rezygnacja, które ta władza chce zafundować swoim oponentom.
   Od miesięcy w różnych miejscach w Polsce ludzie zada­ją mi to samo pytanie - jak długo to potrwa? Odpowiadam, zgodnie z prawdą, budząc niezmiennie zawód pytających, że nie mam pojęcia. O wiele ważniejsze wydają mi się inne py­tania, ale w tym najczęściej zadawanym kluczowe wydaje mi się sformułowanie ,jak długo”. Już nie „ile”, ale właśnie „jak długo”, bo że długo, nie ma wątpliwości.
   Sławomir Sierakowski mówi w wywiadzie w tym nume­rze „Newsweeka”, że albo Kaczyński będzie rządził tylko dwa lata, albo tak zabetonuje Polskę i reguły gry, że skoń­czy się na dwóch dekadach. Cóż, Jarosław Kaczyński prawie ćwierć wieku temu mówił mi, że marzy o karierze Adenauera, co biorąc pod uwagę wiek prezesa i finisz urzędowa­nia kanclerza Niemiec, dawałoby nam rzeczywiście jakiś 20-letni wyrok. Nawiasem mówiąc, trochę mnie bawi natrę­ctwo powtarzanego u nas w nieskończoność hasła o potrze­bie młodych liderów. Troje najpoważniejszych (w każdym razie troje do niedawna) kandydatów do amerykańskiej prezydentury, państwo Clinton, Trump i Sanders, mają od­powiednio - 68,69 i 75 lat. Kanclerz Merkel też zdaje się nie oferować młodego przywództwa, choć od ponad dekady ra­dzi sobie nieźle. Demokratyczne potęgi są więc całkiem od­porne na powiewy młodości. Polska wkrótce wstanie z kolan i potęgą zostanie, co wpisze ją w trend światowy, dając pre­zesowi Kaczyńskiemu realną perspektywę rządów do roku 2035. Uprzejmie proszę o odnotowanie, że czarne proro­ctwo opakowałem w czarny humor.
   Istotą tezy Sierakowskiego nie są jednak liczby, lecz su­gestia - biorąc pod uwagę inklinacje PiS, akurat ta władza nie musi ulegać naturalnej w demokracjach erozji. Kolejne lata nie osłabiają ani Erdogana, ani Orbana. Z całą pewnoś­cią PiS będzie chciało polską politykę zamrozić, a każdy rok sprawowania władzy przez tę ekipę będzie wyrządzał Pol­sce wielkie szkody, czyniąc dzieło sprzątania po niej wybit­nie trudnym.
   Ważniejsze niż desperackie pytanie, jak długo to potrwa, wydaje mi się pytanie, co zrobić, by się bronić, a przede wszystkim, co zrobić, by nie przegrywać ponownie. Odpo­wiedź na to pierwsze: nie poddać się beznadziei wynikającej z poczucia, że bezwzględnego walca nie można powstrzy­mać. Używając właściwej w tych dniach metafory piłkar­skiej, należy pielęgnować w sobie wolę walki niezależnie od wyniku i sytuacji na boisku. A to z kolei znaczy walczyć o każdy centymetr kwadratowy boiska w przekonaniu, że okazje do strzelenia goli prędzej czy później się pojawią.
   Odpowiedź na drugie pytanie jest bardziej skomplikowa­na. Przede wszystkim nie można się ograniczyć do złorzecze­nia i obrony. Batalia o Trybunał Konstytucyjny jest szalenie ważna, ale - powiedzmy to sobie szczerze - na tym etapie jest nie do wygrania. Nie może to prowadzić do zaprzestania opo­ru, musi za to prowadzić do wyznaczenia także innych pól gry. Opozycja siłą rzeczy będzie jeszcze przez lata przegłosowywana, ale jedynym jej refrenem nie może być: zaprzysiąc trzech sędziów i opublikować wyrok. Bo sprawia to wrażenie, że opo­zycja jest nie tylko pozbawiona zębów, lecz także pomysłów.
   Jarosław Kaczyński ma swoją opowieść o Polsce. Może poronioną, ale wystarczająco skuteczną, by uwieść prawie sześć milionów Polaków. Druga strona żadnej opowieści nie ma, bo nie jest nią ani wezwanie „precz z Kaczyńskim”, ani hasło „każdy, byle nie PiS”, ani tym bardziej całkowicie nie­poważne w tym momencie wzywanie do przyspieszonych wyborów. To nie jest żaden polityczny pomysł. To radyka­lizm skrywający polityczną impotencję.

środa, 15 czerwca 2016

Przez sport do polityki



Funkcja we władzach Związku Piłki Ręcznej ma pomóc Adamowi Hofmanowi wyjść z politycznego niebytu. Ale na ściągnięciu byłego posła PiS najwięcej zyskają związek i jego władze

Radosław Omachel

W Zawierciu, niewielkim mieście w Zagłębiu Dąbrowskim, Ryszard M. to znana persona. W latach 90. był wiceprezydentem, potem przez osiem lat prezydentem mia­sta. I prominentnym działaczem w Związku Piłki Ręcznej w Pol­sce (ZPRP). Ale w 2014 r. został zatrzymany pod zarzutem przyj­mowania łapówek przy okazji kilku miejskich inwestycji. Spędził trzy miesiące w areszcie, sprawa przycichła, po wyjściu na wol­ność Ryszard M. zdobył mandat radnego, utrzymał też funkcję wiceprezesa ZPRP.
   Koledzy ze związku bronili go jak lwy, tłumacząc, że dopóki nie ma wyroku, jest niewinny. Aż do marca 2016 r. Wtedy Ryszard M. został powtórnie zatrzymany. Prokuratura przesłuchała go, po­stawiła dwa kolejne zarzuty i wypuściła. Ale tym razem zatrzyma­nie nie rozeszło się po kościach.
   Akcja prokuratury zbiegła się bowiem w czasie z listem, jaki -jak wiadomo nieoficjalnie - wysłał do związku szczypiorniaka Janusz Kowalski, wiceprezes Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazowni­ctwa. PGNiG to krajowy potentat w obrocie gazem i główny spon­sor ZPRP. Kowalski miał w liście wyrazić niezadowolenie z faktu, że kłopoty prominentnego działacza szkodzą wizerunkowi związ­ku. - Rysiek musiał zrezygnować z funkcji. Z opinią głównego sponsora trudno polemizować - mówi osoba związana z ZPRP.

wtorek, 14 czerwca 2016

Może zabetonować Polskę



Jesteśmy w newralgicznym momencie, teraz decyduje się, czy będziemy mieć Kaczyńskiego jeszcze przez dwa lata, czy lat dwadzieścia – mówi Sławomir Sierakowski, publicysta, szef Krytyki Politycznej
ALEKSANDRA PAWLICKA MAREK SZCZEPAŃSKI
NEWSWEEK: Na czym polega siła Kaczyńskiego?
SŁAWOMIR SIERAKOWSKI: W polityce kluczowa jest odpo­wiedź na pytanie, co to znaczy być ludowym. Najlepiej od­powiadał na nie Tusk, ale także dlatego, że nie ma go już w krajowej polityce, najskuteczniej odpowiada dziś Kaczyński.

Co znaczy być ludowym?
- Umieć komunikować się z ludem takim, jaki on jest, co nie­koniecznie oznacza pisanie programów dla jego dobra. Kuroń mówił: ludzie życia codziennego. Lud potrzebuje partii, któ­ra ma prosty przekaz, taki jak hasło „Polska solidarna kontra Polska liberalna” albo „dobra zmiana”. Kaczyński jest najbar­dziej świadom różnicy między demokracją a liberalizmem. W demokracji chodzi o to, żeby rządził lud. Liberalizm to regu­ły rządzenia, np. trójpodział władzy, które w gruncie rzeczy są wtórne. Nie przypadkiem mamy demokrację liberalną, a nie li­beralizm demokratyczny. Jeśli lud nie ma poczu­cia wpływu, to żeby go odzyskać, może poświęcić liberalizm. Zyskują na tym populiści, bo odpo­wiadają - choć zwykle fałszywie - na potrzeby zwykłych ludzi.

Co sprawiło, że lud poczuł się pozbawiony wpływu?
- Wzorcowym przykładem są ostatnie eurowybory. W Wielkiej Brytanii i Francji, czyli dwóch najstarszych demokracjach Europy, zwycięstwo odniosły partie kontestujące cały system - Front Narodowy i Partia Niepodległości Zjednoczone­go Królestwa. Stało się tak dlatego, że wszystko w tych wyborach było zdecydowane przed wybo­rami - kto zostanie komisarzem, jakie będą naj­większe frakcje w europarlamencie. Po co więc iść do urn? To irytujące. Jedynym wyborem, który pozwalał wyborcy obronić poczucie własnej god­ności i jakiegokolwiek wpływu, był protest.

Ten protest okazał się także decydujący w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w Polsce.
- To się dziś dzieje wszędzie. Według mnie zbliża się ostateczny krach mainstreamu, który staje się niewybieralny. Kto urato­wał Austrię przed skrajnie prawicowym prezydentem? Polityk spoza mainstreamu, który wygrał o włos. Odczucia ludzi są dziś takie: możemy zmieniać polityków, ale nie jesteśmy w stanie zmienić polityki, dlatego wybierajmy takich, którzy nie pozo­stawiają cienia wątpliwości, że namieszają. I przy okazji uka­rzą tych, na których nie da się już patrzeć.

Stąd Kaczyński?
- W Polsce - Kaczyński i Kukiz. W USA - Donald Trump. Na jego widok robimy wielkie oczy, bo białoruski prezydent przy nim zachowuje się jak mąż stanu, ale to właśnie Trump od­powiada na realną potrzebę suwerenności ludu. Daje Amery­kanom poczucie wpływu. A demokracja tylko na tym polega. Gdy Trump mówi, że odmieni Amerykę, i gdy mówi to Clin­ton, kto brzmi wiarygodniej? Clinton, która od dekad siedzi w Waszyngtonie i coś obiecuje, a płace realne w USA, jak sta­ły w miejscu, tak stoją? Przecież jakby miała coś zmienić, to już by zmieniła. Jest uosobieniem polityki dynastycznej, skorum­powanej, mainstreamowej.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Order Zasłużonego Antysemity



Prezydencka kancelaria i Ministerstwo Spraw Zagranicznych garną się z orderami do działaczy Polonii, którzy walczą z żydokomuną, a o PiS mówią, że to „partia żydowsko-amerykańska”

Wojciech Cieśla

Koniec maja, prezydent Andrzej Duda w Norwegii wręcza odznaczenia Polo­nii. Fotografowie uwiecz­niają moment, w którym Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski dostaje Bogdan Kulas „za wybitne zasługi na rzecz środowisk polonijnych, krzewienie polskiej kultury i tradycji narodowych”. Kilka dni później wybu­cha skandal. „Gazeta Wyborcza” dono­si, że Kulas krytykował rządy PO i PiS za wspieranie Ukrainy, wychwalał Putina, wskazywał na Żydów jako popleczników Stalina.
   W MSZ afera, minister Witold Waszczykowski wszczyna śledztwo w sprawie odznaczenia. „Była znana jedynie działal­ność patriotyczna pana Kulasa, a nie jego publicystyka” - głosi oficjalny komuni­kat. Kancelaria Prezydenta umywa ręce: ze sprawą nie ma nic wspólnego, wniosek o order zatwierdzał ambasador w Oslo (mianowany w czasach PO).
   Z informacji „Newsweeka” wynika jed­nak, że order dla Kulasa to niejedyny wy­padek przy pracy. Jeszcze w kwietniu Kancelaria Prezydenta próbowała odzna­czyć dwóch działaczy Polonii, którzy za­słynęli albo z antysemickich wypowiedzi, albo z wypowiedzi atakujących Andrzeja Dudę. Tego samego, który miał im osobi­ście wręczać ordery.
   Kto w kancelarii wpuszcza prezydenta na miny z odznaczeniami?
   Koniec kwietnia. Urzędnicy kancela­rii przygotowują wizytę Andrzeja Dudy w Kanadzie. Mówi jeden z dyrektorów w MSZ: - Od ubiegłego roku w minister­stwie leży około 200 wniosków o od­znaczenia, które przysłali ambasadorzy mianowani jeszcze za czasów PO. Dostał je na biurko wiceminister Jan Dziedziczak. Z tego, co wiem, wszystkie zostały wstrzymane. Obecna władza nie ufa dy­plomatom z poprzedniego nadania. Część to wnioski o odznaczenia dla Polonii, część o odznaczenia dla obywateli innych państw zasłużonych dla spraw Polski, bi­znesmenów, polityków. W kwietniu oka­zało się, że z ludzi z PiS zeszło napięcie, iż część wniosków można już odblokować.
   Zaczyna się ruch na linii ambasady.
   - MSZ. Nasze źródła w Kancelarii Prezy­denta twierdzą, że przed wizytą w Kana­dzie urzędnicy Andrzeja Dudy akceptują trzech kandydatów do odznaczeń, któ­rych zgłosił odchodzący ambasador Mar­cin Bosacki. A dwa dni później proponują dwa kolejne nazwiska. - Z pałacu prezy­denckiego przyszła prośba, żeby Bosacki wypisał dodatkowo wnioski o odznacze­nia dla Jerzego Czartoryskiego i Andrze­ja Kumora. I informacja, że prezydent osobiście ich odznaczy - wspomina je­den z dyplomatów. - Koledzy na placów­ce w Kanadzie pospadali z krzeseł.

niedziela, 12 czerwca 2016

Prezes Prezesa?



Czy ślepa lojalność wobec Jarosława Kaczyńskiego da się pogodzić z niezależnością na stanowisku prezesa NBP? Adama Glapińskiego czeka wielkie wyzwanie. Ale bank centralny jeszcze większe.

MIŁOSZ WĘGLEWSKI

Formalnie nie należy do PiS, ale politykę go­spodarczą obecnej władzy popiera całym ser­cem. Uważa się za niezależnego ekonomistę, ale z drugiej strony od lat jest związany z Jaro­sławem Kaczyńskim i deklaruje bezwarunkowy podziw dla jego politycznych wizji. Zarzeka się, że niezależność NBP jest poza dyskusją i że nie zamierza zmieniać prowadzonej przez polski bank centralny polityki ostrożnościowej. Ale zarazem - wbrew wszystkim liczą­cym się ekonomistom - przekonuje, że obietnice wyborcze PiS można realizować bez jakiegokolwiek zagrożenia dla finansów państwa.
   Adam Glapiński, 66-letni ekonomista, ale też polityk, niemal na pewno zastąpi w czerwcu Marka Belkę na fotelu prezesa Narodo­wego Banku Polskiego. Dobra zmiana?

piątek, 10 czerwca 2016

My, ciemny naród, Diabelski cyrograf, Całe życie na nic i Przeczekam ich



My, ciemny naród

Nasze tak bardzo zwaśnione plemiona powinny zna­leźć ukojenie w tym, co je łączy. Jedyny suweren w Polsce, przez swych zwolenników nazywany na­czelnikiem albo liderem państwa, a przeze mnie - właścicie­lem Polski - przedstawicieli obu plemion uważa za kretynów.
   Czy to możliwe, skoro członkowie plemion mają tak różne wyobrażenie o tym, co dobre i złe, co wartościowe, a co bez­wartościowe, co patriotyczne, a co antypatriotyczne? Oczy­wiście, że możliwe. Właściciel Polski jednych uważa za kretynów, bo go nie popierają. Innych uważa za kretynów, mimo że go popierają, a może właśnie dlatego.
   Żaden przywódca żadnego demokratycznego państwa nie poczęstował części społeczeństwa takim stekiem obelg - gorszy sort, potomkowie Gestapo, wyposażeni w gen zdra­dy. W ostatnim wywiadzie dla prawicowego tygodnika z gro­teskowym, biorąc pod uwagę jego zawartość, tytułem „Do Rzeczy” właściciel państwa aż tak mocnych słów nie używa. Znajduje za to nowe argumenty potwierdzające zasadność ich użycia. Z entuzjazmem mówi na przykład o wywiadzie z pewnym profesorem psychiatrii, sugerującym, że wszyst­kich, którzy występują przeciw PiS, dotknął obłęd, czyli mó­wiąc po ludzku, są oni stuknięci. „Świetny” - tak właściciel Polski mówi o tym wywiadzie.
   W innym miejscu prezes twierdzi, że „wbrew powszechne­mu przekonaniu to nasza strona jest lepiej wykształcona i le­piej inkulturowana niż tamta”. Cóż, akurat to nie jest kwestia przekonań, ale twardych danych - im niższe wykształcenie wyborców, tym większe poparcie dla PiS. Nie w tym jednak rzecz. Idzie raczej o demonstrację wyższości „naszej strony”. Zdanie właściciela Polski o jego oponentach jest znane. Gdy­by przez przypadek nie było, właściciel Polski stawia kropkę nad i: „Platforma Obywatelska u każdego inteligenta powin­na budzić wielkie wątpliwości na pierwszy rzut oka”. Ale jak się to ma do tezy, że także swoich zwolenników ma on za kre­tynów? Akurat to nie wprost, ale absolutnie logicznie wynika z innej jego wypowiedzi: „W Polsce za pomocą telewizji moż­na wykreować obraz, jaki się chce, bo społeczeństwo nie ana­lizuje tego, co tam widzi, tylko przyjmuje jako prawdziwe”.

czwartek, 9 czerwca 2016

500 plus minus



Polacy, obdarowani 500 zł na dziecko, ruszyli na zakupy. Mają tym rozruszać polską gospodarkę. Przyjrzyjmy się zatem, jak po kilku tygodniach działa 500 plus. Czy zgodnie z oczekiwaniami i prognozami rządu?

To nie wydatek, to inwestycja - powtarzała pre­mier Beata Szydło, mówiąc o programie 500 plus, który w tym roku będzie kosztował 17, a w przy­szłym już ponad 20 mld zł. Inwestycja polegać ma na tym, że beneficjenci programu - zwłaszcza ci ubożsi, do których przede wszystkim kierowany był program - otrzymane od państwa pieniądze wydadzą w pierwszej kolejności na polską żyw­ność. Nie wytransferują ich za granicę, kupując importowa­ne towary, może nawet nie zaniosą do banków, bo biedni nie oszczędzają. Dadzą zarobić polskim firmom, które dzięki temu będą szybciej się rozwijać. Do państwowej kasy wpłynie więcej pieniędzy z podatków. Jeszcze w tym roku aż 2 mld zł. Sami tylko producenci mebli liczyli na dodatkowe zakupy wartości nawet miliarda złotych.
   Pogląd, że biedni dzięki pieniądzom z budżetu rozruszają polską gospodarkę, podziela Narodowy Bank Polski. Według prognoz Instytutu Ekonomicznego NBP zasiłki na dzieci przy­spieszą w tym roku tempo wzrostu PKB o 0,3 proc., a w na­stępnym już o 0,5 proc. Kalkulacje opierają się na założeniu, że połowa dodatkowych dochodów rodzin od razu zostanie wydana na konsumpcję. Zaś po spłaceniu zaległości czynszo­wych i innych długów beneficjenci będą kupować jeszcze wię­cej. W ubogich rodzinach największą część domowego budżetu pochłaniają wydatki najedzenie. Jak się nieco wzbogacą, będą chciały jeść lepiej. Może też lepiej się ubrać.
   Sami zainteresowani w deklaracjach potwierdzali to prze­konanie. Z internetowej ankiety firmy SW Research, przepro­wadzonej przed startem programu, wynikało, że pierwszą pozycją, którą sfinansują najubożsi, będą ubrania dla dzieci (35 proc. pytanych). Drugą (27 proc.) - codzienne zakupy, czyli właśnie żywność. Co czwarty ankietowany zapewniał, że wyda pieniądze na książki i dodatkowe zajęcia dla dzieci. W odpowiedziach zarówno osób uważających siebie za ubogie, jak i zamożniejszych nie pojawiał się zamiar zakupu gadżetów elektronicznych. Rzeczywistość obserwowana po starcie pro­gramu 500 plus na razie rozmija się z deklaracjami.

środa, 8 czerwca 2016

Odwet i strach i Dopiero się zaczynam



Odwet i strach

Rozmowa z Jarosławem Kuźniarem o jego odejściu z TVN i o tym, dlaczego PiS boi się dziennikarzy, a media boją się PiS

GRZEGORZ RZECZKOWSKI: - Miałeś być „bohaterem porannej zmiany" i „fajnie się zestarzeć w telewizji". Dokładnie dwa lata temu tak mówił o tobie Edward Miszczak, szef programowy TVN. Ale z „Poranka TVN24" przesunięto cię do programu śniadaniowego, a teraz w ogóle odchodzisz z TVN. Co się takiego nagle stało?
JAROSŁAW KUŹNIAR: - I jestem bohaterem dobrej porannej zmia­ny. Cóż, wTVN24 opisywałem świat, który się dzieje - polityczny i społeczny. Zaś w „Dzień dobry TVN”, do którego dołączyłem we wrześniu ubiegłego roku, musiałem opisywać świat, który kręci mnie mniej. Więc kiedy nadarzyła się okazja, żeby wrócić do tego, co robiłem - choć już w medium internetowym - uzna­łem, że nastał idealny moment na dobrą zmianę w moim życiu.
   Kilka miesięcy temu TVN postawił mnie przed wyborem „albo, albo”. Albo mój własny biznes [Jarosław Kuźniar prowadzi biuro turystyczne i portal podróżniczy goforworld.com - red.], albo telewizja. Nie udało mi się przekonać stacji, że dzisiaj raczej się docenia pracowników, którzy mają pasję i ją próbują rozwijać, niż się ich za to karci. „Dzień dobry TVN” miało być kołem ra­tunkowym: „Jak odejdziesz teraz, to zginiesz, więc zostań z nami i spróbuj to połączyć, ale pracując już w »DD TVN«”. Ja sam nie myślałem jeszcze wtedy o wyjściu poza telewizję. Brakowało mi pewności siebie. Ale przez ten rok poukładałem sobie wszystko w firmie, przygotowałem się na trudny czas i uznałem, że to jest ten moment.

Wiele osób i tak wie swoje: byłeś pierwszą ofiarą „dobrej zmiany", zanim jeszcze nastała.
To jest miłe, ale wydaje mi się nieprawdziwe. Ja tę paranoję widzę, ale bardziej na polu biznesowym niż dziennikarskim. Widzę takie nastawienie: z tą władzą się nie zgadzamy, ale chuchajmy na relację z nią, by jakaś nagła zmiana ustawy nie pokiereszowała naszych biznesów.
Na razie nie odczułem osobiście strachu mediów przed władzą. Nie mam też poczucia, bym był ofiarą zmiany władzy albo żeby Monika Olejnik musiała odejść z Zetki, bo Kaczyński zasugero­wał, że „zadaje brutalne pytania”. Ale media potrafią się lepiej kamuflować z trwogą przed PiS. Maski tutaj będą spadać wolniej.

Faktem jest jednak, że „lud pisowski" żywi do ciebie i paru innych dziennikarzy, w tym Moniki Olejnik, nieskrywaną nienawiść. A „lud" to też widz i słuchacz.
Widziałem ostatnio taką furgonetkę, która miała z tyłu, na drzwiach, naklejone logo TVN, ale zamiast nazwy stacji, było słowo „DNO”. Widziałem też na jakimś płocie logo „Gaze­ty Wyborczej” z dopiskiem „gó...na nie ruszam”. Te marki mają znaczną siłę oddziaływania na prawicę - jakbyś wyłożył przed nimi czerwoną płachtę - ale jednak fajniej jest przecież uderzyć w konkretnego człowieka, a nie tylko w markę. Dlatego Tomek Lis, Monika Olejnik czy też dziennikarze telewizji TVN to łatwiejsze cele. Mamy nazwiska, nasza prawicowa publiczność wie, w kogo napieprzać. Do nazwisk można pododawać jeszcze jakieś inne rzeczy, wtedy jest gwarancja, że będzie się działo.

Na przykład transparent na stadionie.
Paweł Lisicki, naczelny „Do Rzeczy”, uznał, żeby się nie cze­piać, bo to nic takiego, pozwólmy kibicom wygłaszać własne opi­nie. Widać, że nie ma żadnej granicy. Prawicowa część mediów jest naprawdę bardzo dobrze zorganizowana w internecie. Mają wierną armię, która na wezwanie zrobi kropka w kropkę to, co j ej się powie. Jest zadanie i koniec. Zwróć uwagę, że do otoczenia prezydenta i premier Szydło powpuszczano żonę Pereiry i inne dzieciaki z pisowskiej młodzieżówki, którzy znają internet, wie­dzą, jak zagrać na emocjach, i są w tym skuteczni.

wtorek, 7 czerwca 2016

Polska chuligańska



Mieliśmy państwo demokratyczne, mamy chuligańskie. A jeśli tempo „dobrej zmiany” nie siądzie, to wkrótce obudzimy się w państwie mafijnym. I zupełnie nie wiadomo, po co to wszystko

Rafał Kalukin

To nie przypadek, że partia uzurpująca sobie prawo przemawiania w imieniu narodu tak się go per­spektywicznie boi, że or­ganizuje jednostki militarne, bo wie, że wcześniej czy później ulica będzie decy­dowała o tym, co się z nią stanie” - zasu­gerował na łamach „Gazety Wyborczej” Radosław Markowski. Znany politolog głośno wyraził obawy, które pojawiają się od pewnego czasu. Że organizowana przez MON obrona terytorialna to początek procesu militaryzacji obozu władzy - „bo­jówki Macierewicza”, „pisowskie SA”.
   Podobnych hipotez krąży bez liku. Że za niedawną falą alarmów bombowych stoi minister Kamiński, który prag­nie uwiarygodnić konieczność restryk­cji zapisanych w ustawie inwigilacyjnej. Że ostrze tej ustawy będzie w praktyce wymierzone w niemiłe władzy obywa­telskie inicjatywy. Że władza będzie za­mykać nie tylko krytykujące ją media i strony internetowe, ale i liderów opo­zycji. Że kolejne wybory w ogóle mogą się nie odbyć...
   Trudno zaprzeczyć, że ktoś tu osza­lał. Tylko kto? Obóz III RP, który do
tej pory piętnował przejawy spiskowe­go myślenia i szczycił się realistycznym oglądem rzeczywistości? Tak chciałyby to widzieć prawicowe media. Te same, które lubowały się w teoriach zamachu smoleńskiego i sfałszowanych wyborów samorządowych. Dziś wyśmiewają „od­loty” i „histerie” obecnej opozycji.
   Ale gdy zagłębimy się w spontanicz­ną twórczość odbiorców tychże prawi­cowych mediów, to odnajdziemy stały motyw szubienicy i „kałacha” jako uży­tecznych narzędzi rozprawienia się ze „zdrajcami narodu”; a nowa elita to tole­ruje. Może więc „histerycy” mają prawo do histerii?

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Ucho partii



Obwołano go internetowym geniuszem PiS, ale na razie założył tylko Beacie Szydło konto na Snapchacie. Głównym zadaniem Pawła Szefernakera jest informowanie Joachima Brudzińskiego o tym, co dzieje się w otoczeniu pani premier

Michał Krzymowski

Poseł PiS: - Nie nazwałbym go szpiegiem, bo szpiego­wanie wymaga konspiracji. A w Kancelarii Premie­ra wszyscy wiedzą, że Pa­weł chodzi raportować do partii. Szydło wzięła go, bo chciała mieć przedstawi­ciela Nowogrodzkiej na swoim pokła­dzie, a po drugie liczyła, że Szefernaker uzna kancelarię za swój główny ośrodek lojalności. Przeliczyła się. Paweł wciąż jest cynglem Joachima.
   Polityk związany z Beatą Szydło: - Pa­weł dostał gabinet po Igorze Ostachowiczu i Michale Kamińskim. Ale żeby zostać spin doktorem pani premier, mu­siałby zdobyć jej zaufanie. A na razie, mówiąc oględnie, nie jest tu ulubień­cem. Na dystans trzyma go też otoczenie Szydło, czyli Ela Witek i ludzie z Cen­trum Informacyjnego Rządu.

W PRZEDSIONKU, POD SCHODAMI
To kariera, jakich w PiS wiele: zaczynał w młodzieżówce, nosił teczkę za ważnym politykiem, a w nagrodę za służbę w partyjnym aparacie został po­słem i ministrem. Typ prymusa. Ukoń­czył prestiżowe katolickie liceum i - jak twierdzą jego znajomi - idealnie pasu­je do wyobrażenia o absolwencie szkoły prowadzonej przez księży: uporządko­wany, obowiązkowy, ale też bardzo skry­ty. Ma ambicje, ale brakuje mu odrobiny szaleństwa. - Zlecając mu zadanie, mo­żesz być pewny, że wszystkiego do­pilnuje i zrobi, co należy. Ale gdybyś potrzebował świeżej koncepcji, to zły adres. W partii nigdy nie podejrzewano Pawła o błyskotliwe pomysły - przyzna­je człowiek z Nowogrodzkiej.

niedziela, 5 czerwca 2016

Minister na włościach



Prywatne lasy ministra Szyszki są jak puszcza magiczna, w której jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wart setki tysięcy złotych dom przemienia się w stodołę bez wartości. Przynajmniej w oświadczeniach majątkowych ministra

Wojciech Cieśla

Wiosną tego roku dziennikarze dopy­tują ministra środowiska o wycin­kę Puszczy Białowieskiej. Szyszko traci cierpliwość, zapowiada „spe­cjalne szkolenia”, żeby dzienni­karze „wiedzieli, w jaki sposób zadawać pytania”.
   I dotrzymuje słowa. Między 16 a 17 kwietnia urządza warszta­ty dziennikarskie. Zawozi kilku reporterów do Tuczna w woj. za­chodniopomorskim. Uczestnik wyjazdu: - To nie byli kandydaci do Pulitzera, raczej nieśmiała młodzież, trochę zbieranina. Mini­ster nie pouczał, jak zadawać pytania, opowiadał o lesie, czasem na użytek publiczności rozpoznał i nazwał po łacinie jakiegoś ro­baka. W którymś momencie wycieczka wylądowała w jego po­siadłości: elegancka hacjenda w Tucznie, w ogrodzie ludowe smętki, piękne pod­dasze. Cudowne miejsce. Szyszko naj­częściej pokazuje się w wyciągniętej, wędkarskiej kamizelce. Zdziwiłem się, że mieszka tak bogato. Już w Warszawie chciałem sprawdzić, ile warta jest taka posiad­łość. Okazało się, że tego dom nie ma w jego oświadczeniach majątkowych. Dziwne.
   Transport, nocleg i wyżywienie dzien­nikarzy na warsztatach w Tucznie zapew­niło Ministerstwo Środowiska. Przez dwa tygodnie pytaliśmy rzecznika resortu i sa­mego Szyszkę, ile kosztowała impreza - nie dostaliśmy odpowiedzi.
   Dzisiejszy minister w latach 80. pra­cował w nadleśnictwie Tuczno. Jak opo­wiada w wywiadach, na początku lat 90. (nawiasem mówiąc, był wtedy działaczem Porozumienia Centrum), choć mieszkał i pracował w Warszawie, zaczął dzierżawić, a następnie kupować od Agencji Własno­ści Rolnej Skarbu Państwa tereny zlikwi­dowanego PGR Marcinkowice. Określa je jako nieużytki - te 170 ha to teren po­kryty w części lasem, w części łąkami. Od miejscowego księdza Jan Szyszko kupu­je za grosze działkę z murowanym budyn­kiem po starej stacji pocztowej. Od gminy - przylegającą działkę z urokliwą łąką. Również za grosze.

piątek, 3 czerwca 2016

Pogoda dla wariatów, Dzień Dziecka,Natenczas Wolski chwycił...i Doskonały świat



Pogoda dla wariatów

Nie tylko Polska, ale cały świat coraz intensywniej romansuje z populizmem i szaleństwem. Naj­wyraźniej raz na kilka pokoleń ludzkość, zapo­mniawszy o błędach z przeszłości, musi solidnie pocierpieć, zanim znowu zmądrzeje.
   Europa, w każdym razie normalna Europa, odetchnę­ła z ulgą. W Austrii zielone wygrało z czarnym. Ale tylko o włos. W Wielkiej Brytanii szaleństwo idzie z rozumem łeb w łeb i może z nim w końcu wygrać. Exitczycy mogą wypro­wadzić Brytanię z Unii Europejskiej, za co Brytyjczycy za­płacą straszną cenę, ale przynajmniej nie będą klękać przed Unią Europejską. We Francji pani Le Pen pnie się w górę. A w Ameryce już za pięć miesięcy i kilka dni prezydentem może zostać tamtejszy Hitlerek. Zamordyścii populiści już robią, co chcą, w Turcji i na Węgrzech, a u nas chyba dopie­ro się rozpędzają. Prezydentem Filipin został przed chwilą „mocny człowiek”, który chce wieszać przestępców, ale - jak podkreśla - dwukrotnie. Za drugim razem głowa ma się od­rywać od korpusu.
   Rosnące wpływy szaleńców i populistów to tendencja światowa, przekraczająca kontynenty i oceany A skoro tak, to trzeba się zastanowić, dlaczego tak się dzieje. Oczywiście powody są różne, bo w każdym kraju są inne uwarunkowania i konteksty. W Ameryce przyczyną jest globalizacja, która wyekspediowała hen daleko miliony miejsc pracy i spowo­dowała ubożenie niższej klasy średniej. W Europie strach przed imigrantami i utratą miejsc pracy. W Polsce strach części ludzi przed imigrantami, niepewnością, przed no­woczesnością, przed różnymi genderami, które wydają się zagrożeniem dla tradycyjnego stylu życia. I nie ma co tych obaw bagatelizować ani ośmieszać. Trzeba je zrozumieć.
   W austriackich wyborach prezydenckich zielone wpraw­dzie wygrało, ale wyłącznie w dużych miastach. W Amery­ce rozjazd między wielkimi ośrodkami na obu wybrzeżach a stanami od oceanów odgrodzonymi rośnie błyskawicz­nie. Te pierwsze są liberalne i popierają raczej demokratów. Te drugie - szczególnie tam, gdzie tradycyjny, wielki, ciężki przemysł dogorywa - to ląd przegranych białych mężczyzn, są naturalną bazą dla Trumpa. W Stambule i w Ankarze pre­zydent Erdogan nie cieszy się wielką popularnością, ale poparcie Anatolii, czyli uboższej, azjatyckiej części Tur­cji, i tak daje mu zwycięstwa w kolejnych wyborach. Na Węgrzech wszystko poza Budapesztem jest prowincją i ta prowincja zapewnia Orbanowi niepodzielne rządy. Wiel­kie polskie miasta w ogromnej większości nie lubią PiS, ale mniejsze ośrodki i wsie gwarantują PiS władzę i poparcie. W zdecydowanej większości zamieszkane są przez osoby go­rzej wykształcone. To nie jest stwierdzenie protekcjonalne. To stwierdzenie faktu.

czwartek, 2 czerwca 2016

Robił to jawnie



Podróże do Moskwy i na Krym, plany wyjazdu do Czeczenii oraz nad Bajkał. Zainteresowanie posłami Kukiz’15 i związek z Rosjanką z kontaktami w Dumie. „Newsweek” odsłania kulisy historii aresztowanego za szpiegostwo Mateusza Piskorskiego

Michał Krzymowski, Michał Kacewicz

Ulica Mokotowska w Warszawie, 18 maja. Samochód AB W zajeż­dża drogę Mateuszowi Piskorskiemu, który jak co rano odwozi do szkoły dwójkę dzie­ci swojej partnerki. Funkcjonariusze z długą bronią wyciągają go z auta i za­kuwają w kajdanki. W tym samym cza­sie agenci wchodzą do biura kierowanej przez niego partii Zmiana i mieszkań jego współpracowników. Szukają skry­tek z pieniędzmi i dokumentów pisanych cyrylicą. Zdejmują flagi, rekwirują kom­putery, wizytówki z ambasady Wenezue­li i butelkę rosyjskiej wódki.
   Piskorski w tym czasie jest już na Ra­kowieckiej, gdzie funkcjonariusze od­czytują mu zarzut szpiegostwa. Były poseł Samoobrony miał za pieniądze współpracować z rosyjskim wywiadem: przyjmować zadania operacyjne, pro­mować rosyjskie interesy i manipulować nastrojami polskiego społeczeństwa.
   Dwa dni później sąd wysyła go na trzy miesiące do aresztu.

środa, 1 czerwca 2016

Kolonizatorzy z PiS w kraju podbitym



Polityczni zwierzchnicy z nadania Jarosława Kaczyńskiego traktują polskich żołnierzy i policjantów jak wrogów swojego - dopiero tworzonego – państwa

Prawo i Sprawiedliwość pro­wadzi coraz bardziej niebez­pieczną politykę skierowaną przeciwko państwu, którym rządzi już od kilku miesięcy. W przeszłości zdarzało się, że zatrzyma­nych przez policję kiboli, którym posta­wiono kryminalne zarzuty, bronili przed „brutalnością policji i pośpiechem proku­ratury” czołowi posłowie i posłanki Plat­formy Obywatelskiej, kiedy ta partia była w opozycji, a szefem MSW był Ludwik Dorn. Tak samo jak kiboli i narodowców atakujących policję publicznie bronili po­słowie i posłanki PiS, gdy ta partia była w opozycji, a szefami MSW byli Schetyna, Cichocki czy Sienkiewicz.
   Dziś jednak, po raz pierwszy w histo­rii polskiego państwa, to partia rządzą­ca uderza w policję i wojsko. Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro za­wiesza wykonanie kary wobec chuliga­na i recydywisty który kopał policjanta interweniującego w czasie „patriotycz­nej manifestacji”, by umożliwić jego unie­winnienie. Minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak krytykuje gdańską po­licję, która osłaniała legalną paradę rów­ności przed atakiem narodowców. Robi to dlatego, że narodowcy są dla Jarosła­wa Kaczyńskiego potencjalną rezerwą wyborczych głosów i ulicznej przemocy, a wśród zatrzymanych znalazła się córka radnej PiS. Minister Antoni Macierewicz twierdzi, że w ciągu paru miesięcy swego urzędowania przywrócił zdolność obrony granic Polski i NATO, której polska armia wcześniej ponoć nie miała. Jednocześnie lustruje żołnierzy, konfliktuje oficerów starszych i młodszych rangą, a wreszcie zleca ludziom spoza struktur armii przy­gotowanie projektu, zgodnie z którym zdolności bojowe Wojska Polskiego uzu­pełniałyby jednostki obrony terytorialnej werbowane spośród „karków”, narodow­ców i organizacji paramilitarnych.
   Samobójstwo wysokiego oficera Służ­by Kontrwywiadu Wojskowego, który choć „zweryfikowany” przez Macierewi­cza w 2007 roku, nie przeszedł kolejnej „weryfikacji” po powrocie PiS do wła­dzy, a także ataki na policję we Wrocławiu i w Warszawie dopełniają coraz bardziej niepokojącego pejzażu.