PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Podkarpacie już nie kocha Dudy



Andrzej Duda to zdrajca. Dołączył do Zachodu, który chce obalić Prawo i Sprawiedliwość. Tak woltę prezydenta widzą zwolennicy PiS w bastionie partii na Podkarpaciu

Renata Grochal

W poniedziałek tuż przed godz. 10 pan Janek zasiadł przed telewizorem wraz z synem. O tej po­rze prezydent Andrzej Duda wygłaszał oświadczenie na temat ustaw dotyczą­cych sądownictwa. Pan Janek założył się z synem o to, czy będzie weto. On uwa­żał, że Duda nie odważy się zablokować ważnej reformy PiS. Syn był przeciwnego zdania, bo projekty były niezgodne z kon­stytucją, a Duda jest prawnikiem.
   Obaj głosowali na PiS i Dudę, bo Pol­ska potrzebuje zmian. Pan Janek, któ­ry generalnie lubi się zakładać, jeszcze przed wyborami prezydenckimi zało­żył się z kolegą o skrzynkę niemieckiego piwa, że Duda pokona Komorowskiego. Chciał zrobić na złość Michnikowi, któ­ry powiedział, że Komorowski przegra tylko wtedy, jeśli pijany przejedzie na pasach zakonnicę w ciąży. 24 piwa wypi­li na dwóch spotkaniach.
   - Prezydent nie powinien był weto­wać. Mam do niego żal, bo w kampanii obiecał, że będzie popierał dobrą zmia­nę - mówi pan Janek. Krótko ostrzyżony, wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce prowadzi kwiaciarnię w samym cen­trum prawie 200-tysięcznego Rzeszo­wa, tuż przy dworcu kolejowym. Już od ósmej rano jest duży ruch. Pan Janek rozkłada na zewnątrz słoneczniki i bu­kiety różowych gerber, żeby przyciąg­nąć klientów.
   - Duda powinien podpisać wszystkie trzy ustawy. Ale była za duża presja za­granicy i protesty w całym kraju, to się przestraszył. Dziwię się, że PiS nie orga­nizowało kontrmanifestacji. Czy Jaro­sław Kaczyński jeszcze nad tym panuje? Przecież to on jest wodzem. Kiedyś, jesz­cze w opozycji, na manifestacje potrafi­li zwieźć do Warszawy tysiące ludzi. Ale kto pojedzie ze wsi czy z małych miaste­czek protestować, jak w domu jest robo­ta - tłumaczy niemoc PiS mój rozmówca. Uważa, że zmiany w Krajowej Radzie Są­downictwa i Sądzie Najwyższym i tak wejdą w życie, ale kilka miesięcy później. Nie wierzy, że teraz zacznie się wojna PiS z prezydentem.
   - Żadnej wojny nie będzie. Oni wiedzą, że jak się będą między sobą żarli, to bę­dzie koniec - twierdzi pan Janek.
   Nie przeszkadza mu to, że politycy chcą wziąć sądy pod but. Za posłami PiS powtarza, że gdyby Prawo i Sprawied­liwość nie obsadziło swoimi sędziami Trybunału Konstytucyjnego, TK zablo­kowałby reformy. A w sądach są układy i PiS musi je rozbić.
   - Jak nie zmienią sądów, to dalej będzie korupcja. Tu, w Rzeszowie, wszyscy się znają, ręka rękę myje. Kancelaria prawna chciała 25 tys. zł za uniewinnienie w są­dzie człowieka, który potrącił pieszego. Facet nazbierał tylko 6 tys., to dostał wy­rok w zawiasach - opowiada.
   - Ale w ustawach PiS nic nie było o przyspieszeniu orzekania ani innych rozwiązań korzystnych dla obywateli - zwracam uwagę.
   - Za to też się wezmą, ale po wymianie kadr - zapewnia mój rozmówca.
   Z rządów PiS jest zadowolony, ale tyl­ko w 75 procentach.
   - Dali 500+. Kiedyś tu, na Podkarpa­ciu, była bieda. A teraz, gdy ludzie dostali 500+, to, co się w weekendy dzieje w mar­ketach budowlanych, to jest koniec świa­ta! Takie są kolejki. Ludzie remontują na potęgę. Kolejna rzecz to obniżenie wieku emerytalnego. Nikt mi nie będzie mówił, kiedy mam przechodzić na emeryturę. PiS odkręciło to, co wprowadziła PO, dało ludziom wybór. Widać, że chce reformo­wać - zachwala pan Janek.
   - A te 25 proc., które się panu nie podoba?
   - To, że w nocy przepychają usta­wy. Ten styl pracy Sejmu nawet dla mnie, zatwardziałego PiS-owca, jest nie do przyjęcia. Mają przecież więk­szość, po co tak dopychać kolanem? - podkreśla.
   Kolejną rzeczą, która go drażni, są czystki w spółkach i urzędach.
   - W PO też są tacy, którzy się znają na robocie. Ja to bym w ogóle po 10 proc. działaczy powyrzucał z PiS i Platformy i zrobił PO-PiS.
   - Kogo by pan wyrzucił? - dopytuję.
   - Na pewno nie Macierewicza, bo on robi dobrą robotę - mówi pan Ja­nek i deklaruje, że znowu zagłosu­je na PiS, a może nawet na Dudę, jeśli nie będzie za bardzo przeszkadzał rządowi.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Rozstanie



Decyzja o wetach zapadła w weekend, w tajemnicy przed partią i ludźmi z pałacu. - Jest inny ośrodek który ma wpływ na prezydenta - twierdzą jego współpracownicy

Michał Krzymowski

Piątek 21 lipca, wieczorem. PiS w pośpiechu przepycha w Senacie ustawę o Sądzie Naj­wyższym. Politycy Prawa i Sprawiedliwości już wiedzą, że w projekcie jest kompromitu­jący błąd. Artykuł 12. mówi, że prezydent wy­biera prezesa SN spośród pięciu kandydatów, a artykuł 18. - że spośród trzech. Ustawę moż­na poprawić, ale trzeba by zwołać dodatkowe posiedzenie Sejmu. Posłowie musieliby ponownie głosować, byłyby kolejne awantury, przedłużyłyby się protesty.
   Późnym wieczorem marszałek Senatu Stanisław Karczew­ski dzwoni do prezydenta. Musi go wysondować, bo jeśli Andrzej Duda miałby zawetować ustawę przez jej feler, to pośpiech nie ma sensu. Lepiej złożyć poprawkę, naprawić błąd i zwrócić projekt do Sejmu. - Duda zapewnił Karczewskiego, że weta nie będzie. Mó­wił, że może skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, ale na pewno jej nie zawetuje - opowiada człowiek z głównej siedziby PiS przy Nowogrodzkiej.
   Gdy w poniedziałek 24 lipca Duda ogłasza swoją decyzję na konferencji, politycy PiS są w szoku. Prezydent oszukał, zdradził. Współpracownik Kaczyńskiego: - Jeszcze przed wetami Krzysz­tof Szczerski, szef gabinetu prezydenta wyznaczony do kontak­tów z partią, ostrzegał nas, że jest jakiś inny ośrodek, który ma wpływ na Andrzeja.

sobota, 19 sierpnia 2017

Prezydent między prawicami



Andrzej Duda, nawet jeśli walczy tylko z Ziobrą czy Macierewiczem, podważa przywództwo prezesa Kaczyńskiego. To jednak nadal spór w prawicowej rodzinie.

Wygląda na to, że „Adrian” bezpow­rotnie wyprowadził się z przedpo­koju prezesa. Wbrew nadziejom najbliższego kręgu Kaczyńskiego prezydenckie weta nie okazały się jednorazowym incydentem. An­drzej Duda stał się suwerenną figu­rą polskiej polityki i najwyraźniej dobrze się z tym czuje.
   Blokując generalskie nominacje, prezydent potwierdza ten kurs. Niemrawa odpowiedź rządu pokazuje zaś, że PiS nie bar­dzo dziś wie, co z tym począć, i najwyraźniej czeka aż Dudzie przejdzie. Wedle logiki państwowej sytuacja jest oczywista: skoro minister obrony nie jest w stanie stworzyć choćby ele­mentarnych kanałów komunikacyjnych ze zwierzchnikiem sił zbrojnych, powinien odejść. Problem w tym, że Macierewicz j est przede wszystkim jednym z pisowskich notabli, głównym strażnikiem partyjnej ortodoksji. Konfrontacja prezydenta z szefem MON - niezależnie od jej wymiaru kompetencyjne­go - staje się więc przy okazji symbolicznym sporem dwóch fundamentalnych prawicowych wrażliwości.

piątek, 18 sierpnia 2017

Rzeczpospolita obojga narodów



W Polsce nie ma opinii publicznej w tradycyjnym dla demokracji znaczeniu. Są dwa ideowo-informacyjne obiegi, dwa systemy wartości. W tym sensie nie istnieje już społeczeństwo jako całość. Politycznie korzysta z tego wyłącznie PiS.

Blisko jedna trzecia Polaków uważa, że żyje teraz w najlep­szym państwie od 1989 r. albo wręcz w całej historii, wreszcie demokratycznym i polskim, z rozwijającą się w szalonym tempie go­spodarką, patriotycznymi wizjonerami u steru władzy. W państwie, które dumnie wstaje z kolan po to, aby stać się regio­nalnym mocarstwem, budzącym ogólny szacunek i respekt. Pozostali zaś (odlicza­jąc tych, którzy w ogóle nie interesują się sferą publiczną) sądzą, że zamieszkują kraj staczający się w stronę wschodniej, prowincjonalnej satrapii, rozdający socjal na kredyt, którego władze likwidują demo­krację i przez skłócenie z Europą prowa­dzą do całkowitego osamotnienia państwa w coraz mniej bezpiecznym świecie.
   Te dwa obrazy różnią się tak dramatycz­nie, że nie ma już jednego języka ich opisu. A jeśli go nie ma, to rozdwojeniu ulegają też normy polityczne, moralne, kategorie dobra i zła. Inaczej jest rozumiany interes
narodowy i kwestia suwerenności. Zanika zatem coś niezmiernie w demokracji cen­nego - opinia publiczna, zbiorowa etycz­na intuicja. Praktycznie przestaje istnieć jeden z najważniejszych bezpieczników ustrojowego systemu - w miarę jednolite i powszechnie akceptowane kryteria oce­ny ludzi i zdarzeń.
Często słyszy się stwierdzenie: w normal­nym kraju po „takich” słowach, eksce­sach, aferach byłyby od razu zawieszenie, dymisja, infamia, wypadnięcie z politycz­nego obiegu. Ale nie u nas. Takie opinie pojawiały się na przykład po śmierci młodego człowieka we wrocławskim ko­misariacie, czy po słynnej „córce leśnika”, po Misiewiczach, mistralach, Berczyńskich i w wielu innych przypadkach. W sprawnie działającym systemie, po tym jak sztanda­rowe projekty ministra są następnie wetowane przez prezydenta jako niekonstytu­cyjne, taki minister zwyczajowo powinien przynajmniej oddać się do dyspozycji pre­miera. Ale w nienormalnym systemie taki szef resortu pozwala sobie na pouczanie głowy państwa - od której dostał przecież nominację - oraz krytyczne, łagodnie mó­wiąc, uwagi pod adresem prezydenckie­go otoczenia.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Bóg harcmistrz



Ksiądz harcmistrz Wojciech L. przyznał się do molestowania harcerzy na obozie w Wołkowyi. Tłumaczył, że robił to dla ich dobra: aby stali się lepszymi katolikami, Polakami i dziećmi Boga

Elżbieta Turlej



Ksiądz dyrektor z dziećmi. Niemalże jak święty Jan Bosko - słychać głos z offu. Ksiądz Wojciech L. (łysi­na, okulary) układa puzzle z kilkuletnimi chłopcami. Mówi, lekko sepleniąc: - Jest doskonale! Doskonale!
   Na innym filmie nagranym telefonem i wrzuconym na stronę obozu w Wołko­wyi jest mniej opanowany. Odwrócony tyłem do kamery (szare dresy i czarny polar) krzyczy w stronę nastolatków. Kil­ku wykonuje jego polecenia. Kiedy wy­maga, żeby zeszli z ławek, schodzą, a gdy przywołuje, aby podeszli, podchodzą.
   O dwóch z nich reszta grupy mówi: „przydupasy księdza”. Nikt nie chce obok nich siadać podczas posiłków, wszyscy milkną, gdy przechodzą obok. Prawdo­podobnie zaczynają się sobie zwierzać. Ustalają, że po powrocie do domu opo­wiedzą matkom, co się działo na kolo­niach z księdzem Wojtkiem L.

środa, 16 sierpnia 2017

Bardzo długi marsz,Polski lipiec,Polsko,Wielki mistrz,Karty na stół,Program 500 (tysięcy)+ i Nowa poczekalnia w obozie władzy



Bardzo długi marsz

Dyktatura nadchodzi wielkimi krokami. Ale równie szybko budzi się pogrążone w letargu społeczeń­stwo obywatelskie. Dwa procesy. Dwie dynamiki. Dwa wektory. I nieuchronne starcie, które zdecyduje o tym, czy Polska będzie demokracją, czy dyktaturą.
   Oba procesy robią wrażenie. Po 20 miesiącach PiS-owskiej władzy Jarosław Kaczyński ma już niemal wszystkie narzę­dzia, by dyktaturę zainstalować. A właściwie wszystkie, bo mechanizm autokracji może puścić w ruch nawet przy kilku wciąż istniejących niezależnych mediach, ich dorżnięcie zo­stawiając na później. 22 lipca - dzień, który przez 45 lat był de facto świętem nadejścia komunistycznej dyktatury - Ka­czyński mógł więc świętować powrót do PRL, choć tym ra­zem socjalizm będzie nie tylko realny, lecz także narodowy.
   Jednocześnie jednak niemal na finiszu dzieła, w sumie niespodziewanie, pojawiły się na nim ogromne rysy. Oto upokarzany przez Kaczyńskiego prezydent Duda w końcu się odwinął. Nie było to (bo nie mogło być) wypowiedzenie posłuszeństwa. Ale błędem byłoby bagatelizowanie tego, co się stało. PiS-owska horda miała wpaść do pałacu sprawied­liwości niczym bolszewicy do Pałacu Zimowego. Tymczasem ingerencja prezydenta sprawiła, że przybysze będą się mu­sieli zameldować w biurze przepustek, chwilę w nim posto­ją, a wielu odejdzie z kwitkiem. To nie jest drobna różnica. Huragan to jednak nie tsunami.
   Niemal ze stuprocentową pewnością można powiedzieć, że skandowane na ulicach hasło: „Chcemy weta!” nie zosta­nie wysłuchane. Żadnego weta zapewne nie będzie. Byłaby na nie szansa, gdyby A. Duda bardziej niż Kaczyńskiego bał się Polaków. Tak jednak nie jest.
   Było jednak miniweto. Z perspektywy obywateli cichut­kie może i nieznaczące, ale w systemie znaków PiS-owskiej władzy aż dudniące. Do dekompozycji obozu władzy wciąż bardzo daleko, ale dziś jest ona na horyzoncie, a nie tylko w abstrakcyjnych spekulacjach.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Kaczyńskiemu strzeliły stabilizatory



Tego dnia pan prezydent wbił Kaczyńskiemu nóż w plecy. I to go tak rozwścieczyło. A że nie mógł mówić o zdradzieckiej mordzie do pana prezydenta, to dostało się PO – twierdzi Ludwik Dorn

Renata Grochal



Newsweek: Czy Kaczyński oszalał, krzycząc do opozycji z sejmowej trybuny: „Nie wycierajcie sobie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Niszczyliście go, zamordowaliście go, kanalie!”. Tego w polskim Sejmie jeszcze nie było.
Ludwik Dorn: Nie wiem, czy oszalał. Na pewno strzeliły mu stabilizatory polityczno-emocjonalne. Widać było, że mówca jest w stanie emocjonalnej gorączki i emocjonalnego proszku. Stracił nad sobą jakąkolwiek kontrolę.
Często mu tak strzelają stabilizatory?
- Każdy widział, jak Kaczyński, umie­jętnie podpuszczony przez przeciwni­ków, coś chlapnie. Ale tym razem to nie było wyjście z siebie. To było ustano­wienie nowej sytuacji politycznej mię­dzy PiS a opozycją. Nie bardzo sobie wyobrażam po tej wypowiedzi porozu­mienie z udziałem PO i PiS co do tego, że Ziemia jest okrągła, a u biegunów nieco spłaszczona. To, co zrobił szef PiS i nieformalny szef państwa, wyklucza możliwość jakiejkolwiek komunikacji.
Ale co się stało?
Nic, co się działo na sali sejmowej, nie uzasadniało takiego wzburzenia. Ale tego dnia pan prezydent doko­nał aktu zdrady, wbił Kaczyńskiemu nóż w plecy. I to go tak rozwścieczy­ło. W wyniku zapowiedzianych przez Dudę decyzji posypał się cały plan PiS i pana Kaczyńskiego. A że nie mógł mówić o zdradzieckiej mordzie i ka­nalii do pana prezydenta, to dostało się PO.
Ale przecież prezydent swoimi poprawkami nie zmienił filozofii ustawy o KRS, sędziów dalej będą wybierać politycy.
- Filozofii nie zmienił, ale pożytki zmienił. Filozofii i poezji, jak pisał kla­syk, nikt nie zji, a korzyści i pożytki rzecz już bardziej konkretna. Kaczyń­ski chciał przejąć sądy tak, jak przejął Trybunał Konstytucyjny. Sądów tak szybko w całości się przejąć nie da, ale można tu i ówdzie zainstalować swoje jaczejki. A teraz PiS musi się podzielić z prezydentem i innymi partiami.
Krajowa Rada Sądownictwa jest kluczo­wa, jeśli chodzi o sterowanie karierami sędziów, a każdy chce zrobić jakąś ka­rierę. I nagle, jeśli chodzi o mianowanie sędziów do KRS, pojawia się trudność, trzeba się dogadywać.
Będzie bardzo trudno zebrać 276 głosów w Sejmie, czyli 3/5 potrzebne, by powo­łać sędziów do KRS. Trzeba włączyć w dogadywanie nie tylko klub Kukiza, ale także posłów z kół i niezrzeszonych, co łatwe nie będzie. Gdy to było skupio­ne w jednym ręku, tak jak przewidywał projekt PiS, to w ramach tak skonsolido­wanej władzy można było w miarę szyb­ko wymienić KRS. Tak by jeszcze przed wyborami w 2019 roku uzyskać np. wy­roki, które zablokowałyby niektórym posłom opozycji możliwość kandydo­wania do Sejmu. Teraz to będzie o wie­le trudniejsze.
Poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński twierdzi, że Kaczyński powiedział mu, iż politycy PO będą siedzieć. Też pan tak sądzi?
- Generalnie Kaczyński potrzebuje są­dów, żeby mieć narzędzie wpływu na opozycję. W 2009 roku została uchwa­lona głosami PiS i PO, w pełni entu­zjazmu, zmiana konstytucji. Dziewięć osób wstrzymało się od głosu, w tym ja. W art. 99 dodano ustęp 3, który mówi, że jak ktoś zostanie skazany na karę po­zbawienia wolności za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicz­nego, to traci bierne prawo wyborcze, czyli nie może kandydować do Sejmu i Senatu.
Do tej pory PiS-owska władza występo­wała w roli psa, który głośno szczeka, ale słabo kąsa. Jedyne wnioski o ukaranie, które z okazji tych wszystkich puczów były kierowane, to były wnioski z ko­deksu wykroczeń. Ale one nie pozbawia­ją biernego prawa wyborczego. Jeżeli się dość szybko zamontuje gdzieś jakąś jaczejkę, czyli sędziego nadgorliwego, to w jakiejś tam sprawie - a jest jeszcze przecież zdrada dyplomatyczna Tuska - będzie można wyrok uzyskać.
Przecież parę dni temu, gdy opozycja zapowiadała protesty w Sejmie i przed Sejmem, pan Kaczyński powiedział, że posłowie wchodzą w konflikt z kodek­sem karnym i muszą sobie zdawać spra­wę z konsekwencji politycznych. Moim zdaniem miał na myśli właśnie dopro­wadzenie do utraty biernego prawa wyborczego.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Jesteście kanaliami



Gdy Jarosław Kaczyński schodzi z mównicy, pierwsza do oklasków podrywa się Beata Szydło. Po niej Piotr Gliński i reszta posłów. Prezes nie ma sobie nic do zarzucenia. To inni go zdradzili: Andrzej Duda, Krzysztof Szczerski, Paweł Kukiz

Michał Krzymowski

Wtorek rano. W Sejmie trwa posiedzenie klu­bu PiS. - Opozycja szykuje powtórkę gru­dniowego ciamajda­nu - ostrzega poseł Marek Suski - ale tym razem jesteśmy zdani tylko na siebie, na Kukiza już nie ma co liczyć. Przecież on na poprzednim posiedzeniu Sejmu pró­bował z Platformą zerwać kworum. Ma­ska opadła.
   W PiS pełna mobilizacja, w Sejmie - stan wyjątkowy. Jeszcze przed rozpo­częciem obrad biuro klubu obdzwania wszystkich posłów, żeby upewnić się, czy wystarczy głosów do przeprowadzenia czystki w Sądzie Najwyższym. W sali sej­mowej mównicy pilnują uzbrojeni funk­cjonariusze Straży Marszałkowskiej. Wokół budynku ustawiono barierki, ściągnięto policję i zaryglowano wejście do Sali Kolumnowej - na wypadek, gdy­by opozycja znów zablokowała mówni­cę w sali plenarnej i trzeba by przenieść obrady. Na tyłach budynku już czeka policyjna armatka wodna i furgonetka z napisem: „Technika konferencyjna, na­głośnienia, głosowania”.
   Wieczór. Kilka godzin po konferencji prasowej, na której prezydent Andrzej Duda postawił PiS warunek: jeśli par­lament nie przyjmie jego poprawki, to ustawa o Sądzie Najwyższym zostanie za­wetowana. W marszałkowskim gabinecie trwa spotkanie kierownictwa PiS z prezy­denckim ministrem Krzysztofem Szczerskim. Atmosfera jak na przesłuchaniu. Szczerski siedzi naprzeciwko Jarosława Kaczyńskiego i jego podwładnych: Beaty Szydło, Joachima Brudzińskiego, Ryszar­da Terleckiego i Marka Suskiego. Pada­ją oskarżenia o nielojalność, powtarzają się pytania dlaczego on - człowiek partii wyznaczony do kontaktów z głową pań­stwa - nie ostrzegł o planach prezydenta. Gdy Szczerski po raz kolejny zapewnia, że o niczym nie wiedział, prezes zarzuca mu kłamstwo i zaczyna kpić.
   Po spotkaniu Suskiego z rzeczniczką partii Beatą Mazurek idą w kuluary i przekazują posłom: prezydent zdradził.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Cel: TVN ?



Przejęcie TVN przez amerykański koncern Discovery zbiegło się w czasie ze spekulacjami, że PiS spróbuje ugrać i swój interes - „odzyskać" TVN24 i przekazać tę stację w inne, słuszniejsze ręce. Ma w tym pomóc dekoncentracja mediów.

Stałoby się faktem to, o czym w branży medialnej mówi się od dawna, czyli przejęcie wy­łuskanego z grupy medialnej TVN24 przez jedną ze spółek Skarbu Państwa lub firmę neutralną wo­bec władz. W ten sposób partia Jarosława Kaczyńskiego pozbyłaby się z przestrzeni publicznej telewizji, która „manipuluje”, „wprowadza widza w błąd”, „szczuje prze­ciwko sobie Polaków”, „rozbija narodową jedność”, „demoralizuje” czy „zaszczuwa posłów i przedstawicieli obecnych władz” (wszystkie cytaty za skargami polityków PiS i ich sympatyków do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji). Zrealizowałaby też ogłoszony niedawno w TV Trwam plan prezesa, dla którego uchwalenie ustawy dekoncentracyjnej to obok ponowne­go skoku na Sąd Najwyższy najważniej­sze wyzwanie.
   Od ludzi związanych z rynkiem telewi­zyjnym można usłyszeć, że podchody pod TVN24 odbyły się kilka miesięcy temu. Do amerykańskich właścicieli TVN z kon­cernu Scripps Networks Interactive mieli się zgłosić emisariusze, którzy złożyli ofertę zakupu największej polskiej telewizji infor­macyjnej. Żeby transakcję uwiarygodnić biznesowo i nie sprawiać wrażenia prostac­kiego przejęcia przez podporządkowaną rządowi spółkę, nowy podmiot powstały na bazie informacyjnej części TVN miałby trafić na giełdę.

sobota, 12 sierpnia 2017

Po-rachunki



Wniosek posła Mularczyka o zbadanie możliwości uzyskania reparacji wojennych od Niemiec wywołał stary temat. Zwykle nie chodzi o odszkodowanie - całkowicie nierealne, lecz o sygnał wobec Berlina. Głównie jednak o domowy użytek.

Jerzy Mąkosa

O reparacjach mówił już wcze­śniej, na konwencji Zjedno­czonej Prawicy w Przysusze, prezes PiS Jarosław Kaczyń­ski, zaskakując ponownym żądaniem wypłaty Polsce odszkodowań wojennych przez Niemcy. Przypomniał, że Polska poniosła gigantyczne straty ma­terialne i ludzkie w wyniku niemieckiej agresji i okupacji, „których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś” i które „są wła­ściwie nie do odrobienia”. Przypomniał, że „Polska była pierwszym krajem, który zbrojnie przeciwstawił się niemieckiemu hitleryzmowi”, i krytykujące dziś PiS kraje zachodnie powinny o tym pamiętać. Prezes przekonywał, że „Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań - a ci, którzy tak sądzą, są w błędzie”. Kilkanaście dni później, po­twierdzając niejako tezę o krajowym ad­resacie takich wystąpień, znacznie osłabił wymowę swoich słów z Przysuchy i spro­wadził kwestię zaledwie do „sygnału” oraz do „przypomnienia pewnych spraw”. Teraz
te sprawy znów wróciły. Przypomnijmy za­tem, jak się naprawdę mają.
Wychodzenie z żądaniem odszkodo­wań wojennych w 72 lata po zakończeniu wojny to droga w ślepy zaułek, to polityka wyprana z realizmu. Polska nie ma mocy sprawczej do realizacji takiej polityki, a rząd niemiecki, nawet gdyby chciał uznać nasze roszczenia, to nie jest w stanie prze­bić się przez opór powojennych pokoleń Niemców, którzy nie poczuwają się już do odpowiedzialności za wojnę. I każdo­razowo w takich przypadkach odsyłają nas do znaczącego wkładu Niemiec do wspól­nego unijnego budżetu, z którego Polska czerpie niespotykane nigdy wcześniej w hi­storii korzyści.
Niemcy przypominają nam także, że wprawdzie po wielu latach i z dużymi oporami, ale pogodzili się w końcu z gra­nicą na Odrze i Nysie i przejęciem przez Polskę ziem zachodnich, i ta kwestia po wiekach sporów granicznych przestała konfliktować i dzielić oba narody. Oceniają, nie bez racji, że przesunięcie terytorialne Polski po wojnie z rolniczego wschodu na zurbanizowany zachód pomogło nam w dokonaniu skoku cywilizacyjnego i przy­bliżyło zarówno geopolitycznie, jak i men­talnie do cywilizacji zachodniej. Uważają, że ten historyczny akt jest istotnym skład­nikiem ich zadośćuczynienia Polsce. Tyle, jeśli chodzi o standardowe, dobrze zna­ne argumenty.

piątek, 11 sierpnia 2017

Sędziowie ulegli?



Dwa tygodnie po spektakularnych protestach obywateli w obronie niezależności sądów i niezawisłości sędziów Sąd Najwyższy wydał rozstrzygnięcie, które wygląda jak kapitulacja przed PiS.

Ewa Siedlecka

Wkrótce potem z Naczelne­go Sądu Administracyj­nego wyszła informacja sugerująca, że uznaje on dublerów w Trybunale Konstytucyjnym za prawomocnych sę­dziów. Od takiej interpretacji odcięło się jednak w piątek Kolegium Sędziów NSA.
   Nie warto było bronić sądów? Nieza­leżnie, jak oceniamy te dwa fakty, prawda jest taka, że bronimy sądów dla siebie, a nie dla sędziów. Bo sądy, obok wolności zgromadzeń (której możemy dochodzić jedynie przed sądami), to jedyna tarcza obywateli przed samowolą władzy. I jeśli to władza obsadzać będzie sędziów – sądy będą pasem transmisyjnym władzy, a nie obywatelską tarczą.
   Po drugie: rozstrzygnięcie trzech sę­dziów SN czy pismo rzeczniczki prasowej NSA nie są stanowiskiem „sądownictwa”. Sędziowie, jak nauczyciele, hydraulicy, lekarze czy dziennikarze, są różni. Mają różne poglądy prawne i różne motywacje. Warunek jest jeden: muszą się one mieścić w granicach prawa. A te się mieściły.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wrona górą,Frajerzy i kanalie,W tunelu,Zdradzieckie mordy - łączcie się!,To lato na lata,Prezydent zreformuje sądy?,Opór powinien trwać i Bój Polaków Europejczyków



Wrona górą

Co wyłączać najpierw - wizję czy fonię? Kiedy na ekranie pojawia się prezes, wyłączam wizję, bo widok znam, a dzięki fonii można czasami usłyszeć coś nowego - „mordercy”, „zdradzieckie mordy” albo „kanalie”. Gdy natomiast wi­dzę panią premier, to wyłączam fonię, bo niczego cieka­wego się nie spodziewam, ciągle to samo: „Polki i Polacy”, ale przynajmniej broszka co dzień inna. A broszka jest ważna, bo pomaga zorientować się, gdzie przód - gdzie tył. „Dżentelmeni zapraszają damy./Tam gdzie broszka - tam jest przód”, jak w piosence Agnieszki Osieckiej.
   Gdzie się podziała dobroduszna ciocia Szydło, która miała dla nas tyle obietnic - wspólnota, rzecznik opozycji, comiesięczne sesje pytań i odpowiedzi w Sejmie, a teraz, zła jak osa, wymyśla od elit, krzyczy i wygraża? „Podwyżki benzyny nie będzie, reforma sądów będzie” - zapowia­dała kilka dni temu. Okazuje się - przedwcześnie.
   Natomiast Jarosław Gowin wart jest zarówno wizji, jak i fonii. Zazwyczaj w pierwszych rzędach loży rządowej, pod ręką szefowej, tego dnia, kiedy poparł haniebną ustawę o Sądzie Najwyższym, skurczył się, jak gdyby chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu, że podniósł rękę „za” egzekucją sądu. Kiedy wszyscy ministrowie stali i klaskali ze szczęścia, że pogonią Trybunał, Sąd i Radę, wicepremier Gowin, skulony, malutki jak pięć groszy, bawił się w chowanego. Podczas kiedy jego wspólnicy klaskali samym sobie, on przyjął pozę Gowina frasobli­wego. A przecież mógł się wstrzymać od głosu. To jed­nak wymagało odwagi, która była ponad jego siły. Ja go rozumiem, a nawet mu współczuję. Wiem, co to strach. Pierwszy kamieniem nie rzucę.
   Kiedy pokolenie „złogów” zdawało egzamin z odwagi, miało przeciwko sobie Biuro Paszportów, partię, nomen­klaturę, a najbardziej odważni - „zęby krat”. Czym ryzy­kują dzisiejsi subtelni intelektualiści - Gowin czy Gliński? Głową na pewno nie, nawet nie tyłkiem, w najgorszym przypadku - stołkiem. O tym, że król jest nagi, że „refor­ma” to zamach na państwo prawa - dobrze wiedzieli. Ostrzegali ich co bardziej myślący publicyści. Paweł Li­sicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy”, pisma tzw. niepo­kornych, pisał przed głosowaniem w Sejmie: „Trudno przyjąć choćby to, żeby ustawa mogła wygasić mandaty sędziów zasiadających w KRS, skoro długość ich kadencji określa wyraźnie konstytucja. (...) Czy sytuacja, w której prokurator generalny, oskarżyciel w imieniu państwa, ma tak duży wpływ na obsadę stanowisk sędziowskich i ka­rierę sędziów, od których wymaga się bezstronności, nie ogranicza podstawowego prawa obywatela do obrony?”.

środa, 9 sierpnia 2017

Duet przeciw soliście



Fala protestów wyniosła w górę Kamilę Gasiuk-Pihowicz i Borysa Budkę. To na nich wskazuje się dziś w rozważaniach o zmianie generacyjnej w polityce.

Anna Dąbrowska

Oboje opublikowali na swoich profilach na Facebooku wspólne zdjęcie. Pod nim tysiące lajków i komentarzy w stylu: „wielka nadzieja opozycji”, „jesteście naszym zbawieniem”, „czas na zmianę sztafety”, a nawet za­chęty do stworzenia nowej partii, „za którą pójdą tłu­my”. Niektórzy wróżą, że to zdjęcie przyszłej premier i prezydenta, inni - że odwrotnie. Oliwy do ognia dolał Władysław Frasyniuk, który pod Sądem Najwyższym ogłosił abdykację polityków swo­jego pokolenia. Wymienił Budkę i Gasiuk-Pihowicz z nazwiska, dodając trochę w stylu macho, że pod jej rozkazami to byłby nawet gotowy wynosić śmieci. Dziś to wizja na wyrost, ale z pewnością daje do myślenia i Ryszardowi Petru, i Grzegorzowi Schetynie.
   Choć to Gasiuk-Pihowicz i Budka zostali najcieplej przyjęci przez tłum na Krakowskim Przedmieściu, oboje studzą emocje, szczególnie te dotyczące personaliów. Jakby się umówili. - To oczy­wiście miłe sercu, ale teraz rozważania personalne są mało ważne. Ja widzę siłę protestu Polaków - i to jest teraz ważna sprawa, która zaważy na polityce, a nie dyskusja o polskim Macronie. Teraz naj­ważniejsza jest wspólna walka o wymiar sprawiedliwości - mówi Gasiuk-Pihowicz. - To wszystko mnie buduje i daje energię, ale staram się podchodzić do tego na chłodno. Polityka to gra zespo­łowa. A gramy teraz o najwyższe stawki, o fundamenty państwa demokratycznego - stwierdza Budka. Akurat oni zespołowo grają już od początku kadencji. W duecie organizowali wiele konfe­rencji prasowych w Sejmie i tłumaczyli prostym językiem, co PiS chce zrobić z Trybunałem Konstytucyjnym. Wzywali wspólnie prezydenta, aby nie przyjmował ślubowania od trzech sędziów dublerów. W marcu zeszłego roku, stojąc ramię w ramię, wzywali Polaków, by stanęli przed Trybunałem i „pokazali swoją determi­nację, by żyć w państwie prawa”. Ona o Budce: - Borys jest zawsze świetnie przygotowany do rozmowy i wystąpień w Sejmie. Zdecy­dowanie to z nim spoza Nowoczesnej najwięcej w Sejmie współ­pracuję, nigdy się na nim nie zawiodłam. On o Gasiuk-Pihowicz:
- Często się konsultujemy, pokazaliśmy, że współpraca w opozycji jest możliwa. Kamila daje świeżość, a ja doświadczenie. PiS nie może im zarzucić obrony komunistycznego porządku. Ona, kiedy upadał komunizm, miała 6 lat, on - 11.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Drążenie szczeliny



Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna o współpracy partii opozycyjnych i ruchów obywatelskich, o pęknięciu w PiS i dochodzeniu do wizji

- Co się właściwie stało? Czy weta prezydenta to autentyczna odpowiedź na bunt społeczeństwa? Czy może jest tu jakaś rozgrywka - żeby nie powie­dzieć ustawka - której opinia publiczna może jeszcze nie dostrzegać?
Grzegorz Schetyna: - Przede wszystkim nic by się nie zmieniło, gdyby nie wielki, spontaniczny opór społeczny przeciw za­właszczeniu sądów przez PiS i współpraca tego ruchu z opozycją parlamentarną. Bez tego nie byłoby dwóch wet prezydenta. Zakładam jednak, że intencje prezydenta są szczere, że chce się wybić na niepodle­głość i rozpocząć nowy etap prezydentury. Gdybym był złośliwy, tobym powiedział, że chce wstać z kolan. Wierzę w te inten­cje, choć widać, że na razie podniósł się tylko z jednego. A przyczyn doszukuję się w otoczeniu prezydenta, czyli w Kancela­rii, wśród współpracowników: tych, którzy się tam niedawno pojawili, i tych, których już tam nie ma. Odeszła Małgorzata Sadurska, ale jest za to Krzysztof Łapiński. Wiązałbym więc te weta z wejściem poli­tyki do Pałacu. Nie bez znaczenia jest to, że Łapiński pozostawał w ostrym konflikcie z Ryszardem Terleckim i Beatą Mazurek, był sekowany i anihilowany politycznie, więc de facto uciekał z Sejmu.
Co się zatem stanie w perspektywie najbliższych kilku miesięcy?
Decydujące będą dwie rzeczy: czy opór społeczny i opozycji wobec PiS zachowa swą dynamikę oraz jaki będzie drugi krok prezydenta. Czy Andrzej Duda będzie ofen­sywny, zechce pokazać własną koncepcję na siebie i urząd, czy stanie się realnym ośrodkiem decyzyjnym dla części PiS, bo będzie czytelnie wskazywał, że chce bu­dować swoje miejsce w polityce. Nie tylko jako głowa państwa, ale i osoba, która ma ambicje zarządzać emocjami polityczny­mi tego środowiska. Zatem: czy wpisze się w scenariusz nazywany przez niektórych scenariuszem sukcesji po Kaczyńskim.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Ręka w rękę



Zimna wojna prezydenta z Kaczyńskim, gorąca z Ziobrą - oto jak wygląda krajobraz w obozie władzy po wecie do ustaw sądowniczych.

Podwójne weto Andrzeja Dudy do ustaw sądow­niczych przypadło na poniedziałek, dzień dyżu­rów poselskich. Posłanka PiS: - Wisiały u mnie dwa plakaty Dudy z kampanii prezydenckiej. Moi współpracownicy spojrzeli na nie, potem na mnie. Kiwnęłam głową. Zdjęli plakaty, na ich miejsce zawiesili nowe, z Janem Pawłem II i Piłsudskim.
   Ta niemal filmowa scena więcej mówi o prze­łomie w relacjach prezydenta z partią rządzącą niż gorączkowe narady na Nowogrodzkiej. I na pewno więcej niż zaklęcia z roz­syłanych do posłów przekazów dnia: „Nie ma wojny na górze. Prezydent ma konstytucyjne uprawnienia do tego, co zrobił”.
   Nie ma mowy o ustawce, tajnym porozumieniu Nowogrodz­kiej i Pałacu, na czym miałby skorzystać zarówno prezydent
(zrywając z wizerunkiem notariusza), jak i prezes (dzięki wy­gaszeniu protestów w obronie sądów). - Duda wszedł na drogę Kazimierza Marcinkiewicza - ocenia szeregowy poseł PiS.
   - Do tej pory strzelbę miał Jarosław Kaczyński. Teraz wszyscy strzelają do wszystkich - oceniał tuż po wecie jeden z ministrów. Teraz niby się trochę uspokoiło, czemu sprzyjają wakacje par­lamentarne, ale z puzzli prezesa wypadł jeden ważny i niezastępowalny element.
   Przyznał to zresztą półgębkiem Kaczyński, gdy kilka dni po wecie udzielił wywiadu TV Trwam i Radiu Maryja. „W ciągu 20 miesięcy opozycji nie udało się doprowadzić do sytuacji, któ­ra stwarzałaby niebezpieczeństwo przełomu, a dzisiaj, nieste­ty, takie niebezpieczeństwo powstało. To był bardzo poważny błąd” - powiedział.
   A zatem prezydent nie tylko postawił się Kaczyńskiemu, nie tylko zablokował kluczowe ustawy, lecz i pomógł „totalnej opo­zycji”. To koniec pewnego etapu.
   By zrozumieć, jak ważne były te ustawy - niekonstytucyj­ne, łamiące kręgosłup sądownictwu i wprowadzające czystkę w KRS i Sądzie Najwyższym - wystarczy wrócić do znanych od lat tez Kaczyńskiego. Niemożliwa jest, powiada prezes, prze­budowa państwa i jego dekomunizacja bez starcia z prawni­kami stojącymi na straży III RP. Rozwinięta w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego - i wspierana przez sędziów SN - doktryna państwa prawnego stoi w sprzeczności z będącą rdzeniem tożsamości PiS chęcią „szarpnięcia cuglami”. Weto było podstawieniem nogi biegaczowi na ostatniej prostej. A ści­ślej dwóm biegaczom, bo głównym beneficjentem ustawy o SN miał być Zbigniew Ziobro.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Lepiej być karłem?



Na naszych oczach kształtuje się nowa tożsamość polskiej wspólnoty narodowej: wspólnota strachu i neurozy. Bo takie jest zasadnicze przesłanie obecnego obozu władzy, który odmawia przyjęcia choćby jednego uchodźcy.

To tylko z pozoru czysta polityka. Jarosław Kaczyński w 2015 r. odkrył polityczną moc wiążącą się z genero­waniem strachu i zarządzaniem nim (sławetne rozno­szenie przez uchodźców pasożytów i zarazków). Wobec fali zamachów terrorystycznych w Europie Zachodniej linię tę podtrzymał objąwszy rządy, choć silniejszego związku mię­dzy tamtymi aktami terroru a uchodźcami i/lub migrantami z lat 2014-17 nikomu dotąd nie udało się wykazać. Niemniej, i to jest dla PiS najważniejsze, prowadzona polityka zarządzania strachem okazała się skuteczna: przyjmowaniu uchodźców przeciwstawia się, według sondaży, ponad 70 proc. Polaków, a rządy PiS przedsta­wiane są jako jedyna realna zapora przed migracyjną falą.
   Gdyby chodziło tylko o zarządzanie strachem w celu utrzymania władzy przez PiS, można by ostatecznie machnąć ręką. Kolejne rządy, partie - rzecz przemijająca. Chodzi jednak o rzecz głębszą, ważniejszą i poważniejszą - o metapolitykę i głęboką modyfikację tożsamości narodowej przesądzającej o funkcjonowaniu polskiej wspólnoty w Europie i świecie, a przede wszystkim u siebie - w Pol­sce. I nie jest przy tym ważne, czy ta modyfikacja jest uświadomio­nym celem PiS, czy tylko nieprzewidywanym efektem ubocznym. Nawet jeśli intencji nie ma, to na jedno wychodzi.
   Można mieć do sondaży jako wskaźnika głębszych procesów społecznych stosunek sceptyczny, ale coś jednak one o rzeczywi­stości mówią, zwłaszcza wtedy, gdy stawiają respondentów w sytu­acji realnego wyboru. Dlatego nie można lekceważyć tego, że ponad 60 proc. Polaków jest przeciwnych otwarciu organizowanych przez Kościół katolicki korytarzy humanitarnych dla uchodźców z Syrii. Mało kto w Polsce wie, na czym korytarze humanitarne polegają, ale repulsywna reakcja na zbitkę: uchodźcy-przyjmowanie-Kościół, daje do myślenia. Podobnie jest z opublikowanym w POLITYCE sondażem, według którego blisko 57 proc. popiera odmowę przy­jęcia uchodźców muzułmańskich, nawet gdyby groziło to utratą funduszy unijnych, a 51 proc. jest przeciw przyjęciu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z koniecznością opuszczenia Unii Euro­pejskiej . Unia Europejska i jej fundusze to już nie coś mglistego, ale twardy konkret, który, dzięki tablicom informacyjnym o finansowa­niu inwestycji, widać niemal w każdej polskiej gminie. A jednak.