PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 31 marca 2015

Ścigana przez SKOK



Piotr Pytlakowski: - Czy to ty przyszłaś do SKOK, czy one do ciebie?
Bianka Mikołajewska: - Zaczęło się od listu czytelnika, który był klientem jednej z Kas. Żalił się, że musi płacić wielkie odsetki od pożyczki, która miała być niskooprocentowaną pożyczką pomocową. Wtedy po raz pierwszy przyjrzałam się systemo­wi SKOK. Uderzyło mnie, że to coraz potężniejsza instytucja finansowa, ale niedziałająca tak jak banki, pozostająca wła­ściwie poza kontrolą, bo nieobjęta państwowym nadzorem.

Pierwszy artykuł o SKOK napisałaś 11 lat temu. Potem było jeszcze ponad 20 twoich tekstów. Uzależniłaś się od Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych?
Wiele razy obiecywałam sobie, pisząc kolejny tekst o SKOK, że to już ostatni raz. Ale wciąż odkrywałam coś no­wego. Teraz także rozgryzam całkiem nowy wątek. To wciąga.

A właściwie co złego jest w tej instytucji, nawiązującej do przedwojennej spółdzielczej tradycji?
Idea SKOK jest bardzo piękna i ja sama, jako osoba o po­glądach raczej lewicowych, kibicowałabym im, gdyby funkcjonowały tak, jak zakładano początkowo. Problem w tym, że miały być demokratyczne, rządzone oddolnie, najważniejsze decyzje miały być podejmowane przez wszystkich członków. Bardzo szybko okazało się, że tak nie jest, że Kasami rządzi wąska grupa ludzi, którzy robią swoje własne biznesy.

Twórca SKOK, dzisiaj senator Grzegorz Bierecki, mówił, że ideę założenia SKOK przywiózł ze Stanów Zjednoczonych. Zastanawiam się, dlaczego musiał aż z USA przywozić pomysł na stworzenie instytucji, która w Polsce działała już przed wojną?
W 1989 r. pojechał do Stanów z delegacją Solidarno­ści i tam spotkał się z działaczami Światowej Rady Związ­ków Kredytowych, czyli World Council of Cre­dit Unions, w skrócie WOCCU. Przekonali go, by podobne instytucje tworzył w Polsce. Do­piero później SKOK sięgnęły do korzeni pol­skich, czyli do przedwojennych Kas Stefczyka.

poniedziałek, 30 marca 2015

Goście Wołomina (Zdjęcia)



„Newsweek" dotarł do zdjęć z trzech zamkniętych imprez urodzinowych SKOK-u Wołomin. W towarzystwie Piotra P. i Mariusza G podejrzanych
Wielomilionowe wyłudzenia bawili się m.in. Jacek Sasin, Tomasz Kaczmarek, Dariusz Rosami Ryszard Kalisz.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Politycy PiS od kilkunastu dni pokazują w telewizji zdjęcie z premiery filmu „1920. Bitwa warszawska”, na którym prezydent Bro­nisław Komorowski pozuje z byłymi de­cydentami ze SKOK-u Wołomin Piotrem P. i Mariuszem G. Obaj jesienią ubiegłego roku trafili do aresztu. Pierwszy jest po­dejrzany o wyłudzenie 360 min zł, a na drugim ciąży zarzut działania w zorga­nizowanej grupie przestępczej. Fotogra­fia zdaniem polityków PiS była dowodem na znajomość prezydenta z biznesmena­mi, którzy w przeszłości byli powiązani z WSI.
Tymczasem na imprezach organizowa­nych przez ludzi z Wołomina bawili się politycy wszystkich partii. Dotarliśmy do kilkudziesięciu niepublikowanych dotąd zdjęć z trzech kolejnych imprez urodzi­nowych SKOK-u Wołomin: z 2011, 2012 i 2013 roku.
Najwięcej jest na nich polityków pra­wicy. Wśród gości bryluje na przykład poseł i były minister w Kancelarii Prezy­denta Lecha Kaczyńskiego, Jacek Sasin, który na jednym ze zdjęć odbiera statuet­kę i kwiaty od Mariusza G. Oprócz niego na urodzinach SKOK-u Wołomin bawili się posłanka Małgorzata Gosiewska, poseł i były agent CBA Tomasz Kaczmarek wraz z żoną, eurodeputowany wybrany z list PiS Marek Jurek oraz PiS-owscy samorządow­cy: były burmistrz Wołomina Ryszard Ma­dziar (Sasin, zanim został posłem, był jego doradcą) i były starosta Piotr Uściński. Na imprezach bywali również prawicowi po­litycy spoza PiS - europarlamentarzysta Janusz Korwin-Mikke i były poseł Artur Zawisza (Ruch Narodowy).
Na fotografiach w towarzystwie Ma­riusza G. widać eurodeputowanego Plat­formy Dariusza Rosatiego, który do niedawna kierował sejmową komisją fi­nansów publicznych. Na innym zdję­ciu jest niedawny szef sejmowej komisji sprawiedliwości Ryszard Kalisz. Siedzi przy jednym z stoliku z Piotrem P. Na im­prezach SKOK-u Wołomin lewica była zresztą reprezentowana licznie - bawili się tam m.in. była rzeczniczka rządu Jó­zefa Oleksego Aleksandra Jakubowska i były szef TVP Robert Kwiatkowski, do niedawna związany z Twoim Ruchem.
Na jednej z imprez honorowym goś­ciem był były prezydent Lech Wałęsa. Na zdjęciach towarzyszą mu zarówno Piotr P., jak i Mariusz G. Na urodzinach SKOK-u Wołomin bawili się też ludzie show-biznesu: aktor Zbigniew Bucz­kowski, satyryk związany z tygodnikiem „W Sieci” Jan Pietrzak i znana z TVN We­ronika Marczuk.

Jacek Sasin oraz Małgorzata Gosiewska na zamkniętej, urodzinowej imprezie SKOK-u Wołomin 

Były burmistrz Wołomina Ryszard Madziar oraz Jacek Sasin

 
                                               Ryszard Kalisz w towarzystwie Piotra P. 

Jan Pietrzak

Jacek Sasin odbiera statuetkę i kwiaty od Mariusza G. 
Lech Wałęsa był gościem honorowym na jednej z imprez. Tu na zdjęciu z Piotrem P. 
Eurodeputowany wybrany z list PiS Marek Jurek
 
 Eurodeputowany PO Dariusz Rosati w towarzystwie Mariusza G. 
Były agent CBA Tomasz Kaczmarek wraz z żoną oraz Mariusz G. 





niedziela, 29 marca 2015

Jak Duda wspierał szefa SKOK-ów



Kandydat PiS na prezydenta Andrzej Duda dwukrotnie próbował ratować prezesurę Grzegorza Biereckiego w Kasie Krajowej SKOK.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Ustawa o SKOK, przed którą przez lata wzbraniał się Grzegorz Bie- recki, lądowała w Trybunale Konstytucyjnym dwukrotnie. W obu przy­padkach kluczową rolę odgrywał Andrzej Duda.
Po raz pierwszy ustawę skierował tam Lech Kaczyński. Przygotowanie skargi pi­lotował Duda, wówczas prezydencki praw­nik, który - jak ujawniła „Gazeta Wyborcza" - tuż przed wysłaniem wniosku gościł Bie­reckiego w prezydenckiej kancelarii.
W 2012 r. sytuacja się powtórzyła. Tym razem ustawę zaskarżyli posłowie PiS re­prezentowani przez Dudę. Ich pełnomoc­nikiem przed Trybunałem była adwokat Joanna Mędrzecka, która od lat reprezen­tuje w procesach Biereckiego i Kasę, czapę wszystkich SKOK-ów.
Oba wnioski były do siebie bardzo po­dobne i w obu kwestionowano paragraf mówiący o tym, że prezes Krajowej Kasy „powinien dawać rękojmię ostrożnego i stabilnego zarządzania”. Dla Biereckiego zapis był solą w oku - od tego, czy znajdzie się w ustawie, zależało, czy on będzie mógł dalej kierować Kasą.
W obu w nioskach argumentacja mająca podważyć konstytucyjność zapisu o rękoj­mi była równie ogólnikowa: „Ogranicze­nie swobody w wyborze prezesa nie jest konieczne w demokratycznym państwie prawnym i nie znajduje godziwej podstawy w standardach”.
Ina nieszczęście Biereckiego w obu przy­padkach Trybunał ją oddalał.

sobota, 28 marca 2015

Amber SKOK



Amber Gold pochłonęła prawie 700 milionów złotych oszczędności ponad 18 tysięcy pokrzywdzonych. Grupa SKOK-ów obraca ponad 16 miliardami złotych 2,6 miliona Polaków. Za wyczyny kompanów senatora PiS Biereckiego zapłaciliśmy już 4 miliardy złotych! Ale będzie nas to kosztować znacznie więcej…

Kilkadziesiąt Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych tworzy największy parabank w Pol­sce. To finansowe imperium wciąż obraca aktywami wartości ponad 16 miliardów złotych. Na zewnątrz wygląda świetnie. SKOK-i jeszcze do niedawna kusiły oprocentowa­niem depozytów znacznie wyższym niż w bankach. Tam - około 2 proc., a w niektórych SKOK-ach - 5 proc.! Gdy banki oferowały 4,5 proc., SKOK-i obiecywały nawet 7 proc.! Gdzie tkwiła tajemnica tej finanso­wej przewagi? Rządzący prominenci PiS dbali, aby SKOK-i miały więcej przywilejów, a mniej obowiązków i kosztów. Polityczne wsparcie PiS chroniło SKOK-i m.in. przez obo­wiązkiem płacenia składek na Ban­kowy Fundusz Gwarancyjny, który wypłaca pieniądze klientom upad­łych banków. Dlatego SKOK-i mo­gły obiecywać wyższe odsetki. Stąd też kasy rosły niczym na drożdżach. Od początku było to

piątek, 27 marca 2015

Skok na grób


O tym, jak senator Bierecki odbił bankom spółdzielczym grób Franciszka Stefczyka, ich patrona.

Violetta Krasowska

Eugeniusz Laszkiewicz zna osobiście Grzegorza Biereckiego. Spotykali się nie raz na niwie bankowej, są po imieniu. Tym większy ma żal, że Bierecki nie skon­taktował się, tylko od razu na papierze z orłem i nadrukiem „senator Rzeczypospolitej” napi­sał do Rady Miasta Lwowa, żeby natychmiast usunięto tablice z grobu Franciszka Stefczyka. Jedna, 40 na 20 cm, była z białego marmuru: „Pionierowi Polskiej Bankowości Spółdzielczej doktorowi Franciszkowi Stefczykowi w 80. rocznicę śmierci Krajowy Związek Banków Spółdzielczych”. Druga, mniejsza, niżej, pod napisem „Sursum Corda”, też na marmurze, złotymi literami: „Bank Spółdzielczy w Brod­nicy, najstarszy bank spółdzielczy, w hołdzie Franciszkowi Stefczykowi w jubileusz 150-lecia polskiej spółdzielczości bankowej”.
Pisał senator Bierecki, że tablice zostały tam umieszczone bez zgody rodziny zmarłego i bezprawnie. A także, że „niszczą zabytkowy pomnik oraz poważnie zaniżają jego wartość nie tylko historyczną, lecz również sentymen­talną”. - Gdy zbieraliśmy środki na odbudowę i renowację tego grobu, wysłaliśmy też pismo do Kasy Krajowej SKOK, by włączyli się do tej zbiórki - opowiada Eugeniusz Laszkiewicz. - Nie dostaliśmy żadnej odpowiedzi. Wtedy sam zadzwoniłem do Biereckiego. Powiedział, że nie jest tym zainteresowany.
Laszkiewicz, który wtedy był prezesem Krajowego Związku Banków Spółdzielczych, pa­mięta, że był zawiedziony. W tamtym właśnie czasie reklamy SKOK wisiały wszędzie, widać było, że szastają pieniędzmi. - Podczas gdy my, banki spółdzielcze, płaciliśmy 18 proc. podatku od każdej złotówki osiągniętego dochodu, mu­sieliśmy łożyć rezerwy do NBP, płacić na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, oni byli zwolnieni od tego wszystkiego - opowiada. - My przy nim byliśmy „biedakami”, ale sprawa grobu Stefczy­ka to była dla nas sprawa honorowa.

czwartek, 26 marca 2015

Skoki Biereckiego. Opowieść o karierze senatora


Roman Daszczyński

Jeden z najbogatszych ludzi w Trójmieście. Jego nazwisko dzieli w tej chwili polskie społeczeństwo mocniej niż wyborcza walka o prezydenturę. Według jednych senator Grzegorz Bierecki jest bliskim krachu wizerunkowego aferzystą. Według innych - bohaterem, finansistą lepszej Polski, która nadejdzie wraz z rządami PiS.
Przyjaciele i najbliżsi współpracownicy Grzegorza Biereckiego z zasady nie rozmawiają z dziennikarzami. On sam też raczej nie - łatwiej jest przedstawicielom zaprzyjaźnionych mediów, którzy nie zadają trudnych pytań.

Dawni koledzy? Bywa, że decydują się na rozmowę, ale są ostrożni. Po pierwsze - "nie kopie się leżącego". Po drugie - nie warto się narażać na proces, a wiadomo, że Bierecki otacza się świetnymi prawnikami i pozwy sądowe są w jego działaniach po prostu metodą walki.

- Co to jest dla niego wyjąć 50 tys. na adwokata? Ja nie zarabiam tyle rocznie - stwierdza jeden z rozmówców "Wyborczej".

- Myśli pan, że Grzegorz leży i jest bliski klęski?

- Na to wygląda. Ten raport Komisji Nadzoru Finansowego nie brzmi dobrze. Było 77 mln zł, niby wspólny kapitał całego ruchu Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych, a teraz okazuje się, że te pieniądze poszły do spółki Biereckiego. Wyborcy są czuli na takie sprawy. Kaczyński już doprowadził do tego, że Grzegorz jako senator PiS zawiesił swoje członkostwo w klubie parlamentarnym partii do czasu wyjaśnienia sprawy. Jego brat Jarek, jako radny pomorskiego sejmiku, postąpił zresztą podobnie.

Inny z rozmówców przyznaje, że od lat uważnie przygląda się karierze Biereckiego. W drugiej połowie lat 80. buntowali się razem przeciw komunie, działali w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów.

środa, 25 marca 2015

SKOK na miejską kasę



Bianka Mikołajewska

Dariusz Stefaniuk został prezydentem Białej Podlaskiej dzięki poparciu senatora Grzegorza Biereckiego i SKOK-ów. Przyszedł czas zapłaty.

Biała Podlaska, czerwiec ubiegłego roku. Impreza podsumowująca cykl szkoleń dla samorządowców zorganizowanych przez fundację Grzegorza Biereckiego. Przemawia prezes PiS Jarosław Kaczyński. - Nie będziemy mieli dobrej władzy, dobrego życia publicznego bez moralnego przełomu. Trzeba ten przełom przygotować. Nie ma żadnego powodu, by nie czynić tego tutaj, w Białej Podlaskiej - mówi. I dziękuje Grzegorzowi Biereckiemu oraz jego współpracownikowi Dariuszowi Stefaniukowi za to, że chcą tchnąć w samorząd ducha odnowy.

Chwilę wcześniej Stefaniuk przekonywał, że w polskich samorządach rządzą "rodzinno-towarzyskie klany" oraz "układy i układziki". I że nadzieje na zmiany Polacy wiążą z PiS. - Jestem przekonany, że PiS nie zawiedzie tych nadziei. Polska się zmieni, i to już niebawem! - grzmiał z mównicy.

Pięć miesięcy później Stefaniuk został prezydentem Białej Podlaskiej. W pierwszych tygodniach jego urzędowania obsługę prawną magistratu zlecono kancelarii, której wspólnikami są trzej najbliżsi współpracownicy Biereckiego ze SKOK-ów i jego syn.

Prezesom pięciu miejskich spółek Stefaniuk nakazał podpisać z tą samą kancelarią umowy na przeprowadzenie audytów, których łączna podstawowa cena wynieść ma około 370 tys. zł (netto). Spółki mają pokryć także koszty dodatkowe, których granicy nie określono.

Gdy szefowie spółek uznali, że nie mogą podpisać takich umów bez formalnej decyzji prezydenta i bez przetargów, Stefaniuk wprowadził do rad nadzorczych osoby z Trójmiasta (skąd pochodzi Bierecki) i ze SKOK-ów. Teraz spodziewana jest wymiana zarządów.

wtorek, 24 marca 2015

Układ Jarosława Kaczyńskiego



Gdy prezes PiS wskazuje wrogi układ, możemy mieć pewność, że wcześniej czy później stworzy układ własny. Z jedną różnicą - układ Kaczyńskiego będzie realny.

RAFAŁ KALUKIN

Instytucja finansowa prowadzą­ca działalność na szeroką ska­lę i główna partia opozycyjna. Łączy je kontrakt - nieformalny, acz jaw­ny i dla każdego oczywisty. Ów kontrakt przewiduje, że w zamian za reprezentację swych interesów7 w parlamencie instytu­cja finansowa utrzymuje medialne za­plecze partii.
Faktycznie - posłowie partii z godną podziwu konsekwencją i dyscypliną przez lata głosują zgodnie z wolą tejże instytucji, składają w jej sprawie skargi do Trybuna­łu Konstytucyjnego, lobbują, gdzie mogą. Zaś media finansowane przez instytucję równie konsekwentnie trzymają jedno­znaczną partyjną linię. Związek zostaje na koniec przypieczętowany unią personal­ną, gdy szef instytucji finansowej zostaje prominentnym działaczem partii.
Sytuacja prawie jak z amerykańskie­go systemu politycznego: wielki biznes wprost finansuje fundusze wyborcze po­lityków, którzy następnie rewanżują się aktywnym zabieganiem o interes donato­rów. Jednak w Europie to nie do pomyśle­nia. W Polsce kiedyś też nie.
W latach 90. w polskiej polityce pojawił się termin „kapitalizm polityczny”. Okre­ślano nim patologiczny splot interesów ekonomicznych i politycznych. Ustanowio­na na początku obecnego stulecia zasada fi­nansowania partii z budżetu uniemożliwiła bezpośrednie transfery pieniędzy z bizne­su do polityki. Czołowym demaskatorem kapitalizmu politycznego był Jarosław Ka­czyński - zarazem patron kontraktu łączą­cego PiS ze SKOK-ami. Kontraktu, który pozwala omijać świętą zasadę finansowej niezależności polityki od biznesu.
Reprodukowanie na własny użytek pa­tologii, którą oficjalnie się zwalcza, to spe­cyficzny rodzaj politycznej hipokryzji. Od samego początku towarzyszy ona drodze Jarosława Kaczyńskiego.

poniedziałek, 23 marca 2015

Rodzina w Europie




Syn sekretarki, córka kuzyna i syn wiceprezesa - tak Jarosław Kaczyński obsadza podległe mu stanowiska w europarlamencie. To nepotyzm w czystej postaci.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Przeglądam spis pracowników Europejskich Konserwatystów i Reformatorów - europarla- mentarnej grupy politycznej, do której należy PiS:
Karolina Tomaszewska - polityczny attache, sekretariat grupy.
Kacper Kamiński - polityczny attache, asystent.
Marcin Skrzypek - polityczny attache, asystent, komórka do spraw prawnych.
Katarzyna Ochman - zatrudniona w biurze prasowym delegacji PiS w gru­pie EKR.
Marta Lipińska - była pracownica se­kretariatu EKR.

Córki i synowie
Żadna z tych osób nie jest przypadkowa. Karolina Tomaszewska jest krewną Jaro­sława Kaczyńskiego. To córka Jana Marii Tomaszewskiego, kuzyna prezesa, posta­ci bardzo wpływowej w środowisku PiS. Dzięki partyjnym układom trafiał kolej­no do kierownictwa warszawskich wodo­ciągów, Orlenu i Telewizji Polskiej. W tej ostatniej pracuje do dziś. W zeszłym roku doradzał w kampaniach wyborczych PiS i wskazywał, w jakich firmach partia ma zamawiać usługi. Jego kuzyn Grzegorz pełni funkcję prezesa w wydającej „Gazetę Polską Codziennie” spółce Forum, a jego bliską znajomą jest Marta Honzatko, któ­ra w filmie „Smoleńsk” zagra postać repor­terki wzorowanej na Ewie Stankiewicz, dziennikarce zaangażowanej w ruch Soli­darni 2010.

niedziela, 22 marca 2015

Awantury o partyjne pieniądze



Jeśli firma znajdzie politycznego protektora w najściślejszym kręgu Jarosława Kaczyńskiego, może zrobić interes życia. Gorzej, jeśli protektor wypada z gry.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Boleśnie przekonał się o tym jeden z warszawskich fotografów, który nie otrzymał od PiS 20 tys. zł za wykonane i użyte w dwóch kampaniach wyborczych zdjęcia. W tej chwili sądzi się z partią i zamierza za­wiadomić Państwową Komisję Wyborczą o nieprawidłowościach w partyjnych spra­wozdaniach. Sprawa dziwi tym bardziej, że kwota nie jest wysoka w porównaniu z tymi, jakie PiS lekką ręką wydaje w kampaniach.

WYRAZ Twarzy NR 8
Studio Pin-Up przy Nowogrodzkiej w War­szawie. 1 sierpnia 2014 r. Trwa zamówiona przez Izabelę Kloc sesja fotograficzna. Po­słanka potrzebuje zdjęć do kampanii w wy­borach uzupełniających do Senatu. Chce zamienić fotel w Sejmie na fotel senatora. Jak się później okaże, skutecznie. Na miejscu oprócz fotografa są makijażystka i fryzjerka. Kloc pozuje w zielonej sukience. Włosy raz ma upięte, raz rozpuszczone.
Cztery dni później otrzymuje 17 wybra­nych ujęć. W odpowiedzi prosi o ich obróbkę. Wydaje się zadowolona, choć zgłasza drobne uwagi: „Prośba moja, aby coś zrobić z moim zdjęciem, żeby nie było aż tak wyretuszowane, a najlepiej zrobić kompilację jak z Hillary Clinton, tj. upięty kok ze zdjęcia numer 14 i wyraz twarzy ze zdjęcia numer 9 (ale z retuszem szyi)” - pisze w e-mailu do fotografa. Prośba zostaje spełniona.

sobota, 21 marca 2015

Matki które zabiły



Skazując dzieciobójczynię, sąd musi się zmierzyć ze stereotypem, że przy zdrowej psychice matka nigdy nie popełniłaby takiej zbrodni.

HELENA KOWALIK

Czteroletni Bartek nie poszedł tego dnia do przedszkola. Matka Bar­bara S. ugotowała mu na śniada­nie owsiankę i wróciła do łóżka. Bartek z głową na kolanach matki oglądał w telewizji bajkę. W pewnej chwili Barbara chwyciła kabel, który miała pod poduszką, i okręciła nim szyję synka. Zdążył zapytać: - Co mi robisz, mamusiu? Potem już tylko walczył z uciskiem - wy­wijał się, jak zeznała S. w śledztwie. Gdy na moment złapał haust powietrza, zdołał wykrztusić, że będzie już grzeczny. Wtedy zatkała mu ręką nos i usta, a potem zacią­gnęła dziecko do kuchni, gdzie przycisnęła ciężarem swego ciała. Osiem minut później do mieszkania wszedł jej szwagier. - Coś ty zrobiła? - krzyknął.
- Udusiłam.
Lekarzowi z pogotowia udało się reani­mować dziecko. Bartek został przewieziony do szpitala. Ale tam po tygodniu nastąpiła śmierć pnia mózgu, potem stanęło serce. Był grudzień 2013 r.
42-letnia Barbara S. trafiła do aresztu.

piątek, 20 marca 2015

Być jak Andrzej Lepper



Chłopski lider Sławomir Izdebski chce śladami swego mistrza, twórcy Samoobrony, poprowadzić rolników na barykady.

CEZARY ŁAZAREWICZ

Jest jak paskuda z Zalewu Zegrzyń­skiego, atak sinic na Bałtyk, rój meteorytów, który ma zniszczyć Ziemię, i jak świńska górka. Jak wiosenne burze, jesienne przymrozki, zimowe zadymki. Występuje okresowo, zwykle w pierwszym kwartale roku, na międzynarodowej drodze A2 z Berlina do Moskwy w Zdanach (gmina Zbuczyn, powiat siedlecki). Choć czasami pojawia się też w Warszawie przed Sejmem lub Ministerstwem Rolnictwa.
- Jak świnie drgną lekko w górę, już go nie będzie - wróży 44-letniemu liderowi chłop­skich protestów Sławomirowi Izdebskiemu szef Krajowego Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych Władysław Serafin.
Ale na razie Izdebski nie znika. I za­powiada na najbliższy czwartek inwazję na Warszawę 30 tys. rolników, górników i pielęgniarek. Choć jeszcze za wcześnie, żeby rozmawiać o konkretnych liczbach.
- Na razie się przegrupowujemy, liczymy i szukamy autokarów, które nas dowiozą
- mówi i wcale nie kryje, że próbuje iść drogą Andrzeja Leppera, który był dla niego nauczycielem i wzorem. - Tylko nie wiem, gdzie mnie ta droga zaprowadzi.

czwartek, 19 marca 2015

Wyborcza telenowela



Oceniać polityka po rozmachu jego kampanii? Gdyby demokrację traktować serio, to byłby to idiotyzm. Ale najwyraźniej nikt już jej serio nie traktuje. Ani kandydaci, ani wyborcy.

RAFAŁ KALUKIN

Poważni prężą muskuły na wido­wiskowych konwencjach i z po­kładów autokarów ekspresowo zaliczających kolejne powiaty. Grunt to załapać się do wieczornego serwisu in­formacyjnego którejś z głównych stacji. Sztabowcy poważnych nie wychodzą z te­lewizyjnych i radiowych studiów, gdzie na akord recytują te same formułki. Nachal­ność i kuriozalność przekazów dnia nie ma granic.
Dla niepoważnych zagoszczenie w wiel­kiej stacji w porze prime time to incydent. Kreują więc pseudowydarzenia na mia­rę swych możliwości. Jakaś prowokująca wypowiedź, bluzg na blogu, niespodzie­wany skok poparcia w sondażu komplet­nie nieznanego, przechwałka o lawinie podpisów... Może uda się dotrzeć z tym towarem na główną stronę dużego porta­lu internetowego? A wtedy szeregi partyj­ne karnie zalinkują go na swych kontach w serwisach społecznościowych, aby fer­ment się rozlewał.
Treści w tej kampanii tyle, co kot napła­kał. Rządzą sztucznie kreowane emocje, których żywotność odmierzają już nie dni, a godziny. Witamy w świecie nowoczesnej demokracji.

środa, 18 marca 2015

Sponsor w odstawce



Jedna kadencja wystarczyła Grzegorzowi Biereckiemu, żeby biznesowe imperium przekuć w polityczne. I spaść.

ANNA GIELEWSKA

W ostatni poniedziałek ci­śnienie w kierownictwie PiS gwałtownie wzrosło.
- Już z samego rana mało przychylni Biereckiemu politycy zadbali, żeby na biurku prezesa znalazł się wydrukowany tekst z „Wprost” - opowiada jeden z naszych rozmówców z PiS. Jarosław Kaczyński po lekturze uznał, że ze względu na kampanię trzeba będzie jak najszybciej sprawę przeciąć. - Nie miał złudzeń, że to się rozejdzie po kościach - dodaje polityk PiS. Nasza publikacja o pi­śmie szefa KNF, z której wynika, że Bierecki wyprowadził kilkadziesiąt milionów złotych z fundacji, działającej na zapleczu SKOK, do prywatnej firmy (której jest właścicielem i prezesem), wywołała polityczną burzę.
Dzień później opisaną przez nas historią za­jęły się też „Gazeta Wyborcza” i inne media.
PiS musiał zareagować. Tyle że Grzegorz Bierecki był akurat w Stanach, nie mógł więc wystąpić na konferencji. Skontaktował się z nim Mariusz Błaszczak. - Uzgodnili ho­norowe wyjście z sytuacji, czyli komunikat, że senator sam prosi o zawieszenie do czasu wyjaśnienia sprawy. Ale w rzeczywistości to była osobista decyzja prezesa - mówi polityk z kierownictwa partii. Po tej rozmowie rzecz­nik PiS rozesłał komunikat o zawieszeniu Biereckiego. Kiedy ma złożyć zapowiedziane wyjaśnienia? - Niezwłocznie - mówi tylko szef klubu. Jednak jeżeli nie przekona Jaro­sława Kaczyńskiego, do klubu PiS nie wróci.
Na razie Bierecki przygotowuje się do kontrataku. Sam wysłał pismo do przewod­niczącego KNF Andrzeja Jakubiaka dotyczące opisanego przez nas dokumentu. Domaga się jego udostępnienia i potwierdzenia, czy taki materiał rzeczywiście wpłynął do wszystkich czworga adresatów: szefowej rządu, marszałka Senatu, szefów ABW i CBA.
Zapowiedział już także pozwy. Zresztą nie pierwszy raz. Z Komisją Nadzoru Finansowe­go Bierecki się procesuje już od kilku miesięcy. Chodzi o raport, który KNF opublikowała jesienią ubiegłego roku. Materiał dotyczył powiązań kapitałowo-rodzinnych w SKOK i transferu niemal 150 mln zł do spółek zarejestrowanych w Luksemburgu. Bierecki pozwał wtedy Jakubiaka za zniesławienie. Sprawa się toczy.
W sukurs senatorowi natychmiast przyszły związane z nim media - z porta­lem wPolityce.pl i tygodnikiem „wSieci” na czele - prześcigając się w coraz bardziej kuriozalnych komentarzach. Zarówno one, jak i senator, walczą dziś o utrzymanie pozycji na prawicy.

wtorek, 17 marca 2015

Salwy, prezent i pułapka



W Platformie odzyskują wiarę, że Bronisław Komorowski wygra wybory w pierwszej turze. Wszystko dzięki celnym strzałom wymierzonym w jego rywala Andrzeja Dudę.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Z wierzchu lukier, w środku gniot. Oficjalnie każdy powie, że współpraca premier Kopacz z prezydentem Komorowskim układała się wspaniale, ale w rzeczywistości było to w partii trudne do przełknięcia - mówi polityk PO. Teraz sytuacja się zmieniła.
- Wróg jednoczy. W polityce nie ma sku­teczniejszej motywacji do działania niż oddech przeciwnika na plecach - dodaje mój rozmówca.

Ziewające krzesła
Początek kampanii był dramatyczny - przyznają zgodnie działacze Platfor­my. Zorganizowana z wielką pompą im­preza na Stadionie Narodowym, podczas której Ewa Kopacz namaściła Bronisła­wa Komorowskiego na kandydata PO na prezydenta, okazała się całkowitą klapą. Komentatorzy ironizowali, że sam prezy­dent zasnął w trakcie swego przemówie­nia i z nudów zasypiały nawet krzesła.
- To był najtrudniejszy moment. Wciąż nie byłem oficjalnie szefem kampanii, więc nie mogłem podejmować żadnych działań, ale czułem niesamowite ciśnie­nie, żeby coś robić i zatrzeć złe wrażenie - przyznaje „Newsweekowi” Robert Tysz­kiewicz, szef kampanii wyborczej Komo­rowskiego.
Wtedy na stadionie działacze nie kry­li rozczarowania. - Partia ma wyło­żyć 1O mln zł na kampanię prezydenta, który pokazuje nam środkowy palec? - mówił w kuluarach jeden z polityków. Bronisław Komorowski podziękował bowiem za wsparcie PO, ale równocześ­nie się od niej odciął. Powiedział, że jest kandydatem obywatelskim. Czytaj: ponadpartyjnym.

poniedziałek, 16 marca 2015

Duda gracz



Koledzy twierdzą, że Andrzej Duda wyparł się prawie wszystkiego, w co kiedyś wierzył. Kiedyś wierzył Unii Wolności. A nawet się do niej zapisał.

ANNA SZULC, MICHAŁ KRZYMOWSKI

Uczciwy człowiek, dobry prezy­dent - P., kolega ze studiów kan­dydata na prezydenta RP, czyta na swoim laptopie nagłówek z pierwsze­go numeru gazetki wyborczej PiS w całości poświęconej Andrzej owi Dudzie. P. to jeden z niewielu dawnych kolegów, który na sam dźwięk nazwiska Duda nie rzuca słuchawką.
- Uczciwy? Hmm... strasznie jesteśmy na niego źli - tłumaczy. - Myślę, że kiedyś wierzył w wolność, demokrację i świat bez spisków. Bez tych wszystkich mgieł smo­leńskich i innych wrogich sił czyhających na Polaka katolika i patriotę.
- To był kiedyś naprawdę fajny facet, a nie człowiek, który idzie na pasku swoich sztabowców, raz jest prawie za, a raz bar­dzo przeciw. Jak ostatnio z in vitro - wzdy­cha K., inny kolega ze studiów.

niedziela, 15 marca 2015

Lewi asystenci PiS



Europosłowie PiS zatrudniają Ludzi na fikcyjnych etatach. Załapały się na nie m.in. makijażystki prezesa i pracownicy partii, którzy nie wiedzą nawet, gdzie mieszczą się biura ich deputowanych.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Październik 2014 roku. W prze­dedniu wyborczego maratonu PiS szuka oszczędności. W cen­trali przy Nowogrodzkiej zapada decyzja o likwidacji kilkudziesięciu etatów w par­tii i rozwiązaniu kilkunastu umów cywil­noprawnych. Ale pracowników nie można pozbyć się ot tak, bo bez nich partyjna ma­china przestałaby działać.
Współpracownicy prezesa ściągają na Nowogrodzką europosłów PiS, schodzą się też pracownicy. Pada propozycja nie do odrzucenia: dać ludziom etaty asysten­tów deputowanych, żeby od teraz płacił im europarlament.
Opowiada osoba z Nowogrodzkiej: - Żartowaliśmy, że urządzono targ nie­wolników. Po sali krążyły karteczki z na­zwiskami pracowników i ich pensjami. Deputowani i asystenci byli parowani przypadkowo, czasem nawet się nie znali.
„Newsweek” przez kilka tygodni badał kulisy tych transferów. Wnioski są jed­noznaczne. Operacja była czystą fi keją. Asystenci europosłów PiS nadal pracują w partyjnym apa­racie. Część z nich nawet nie wie, gdzie mieszczą się biu­ra ich deputowanych, część nadal siedzi w partyjnej centrali przy Nowogrodzkiej, a jedna z asysten­tek opiekowała się chorą mamą prezesa. Wśród europosłów, którzy przejęli pra­cowników partii, znaleźli się m.in. An­drzej Duda, Zbigniew Kuźmiuk, Tomasz Poręba i Ryszard Legutko.

sobota, 14 marca 2015

Dzięki zbrodni stałem się lepszy



Matka obcięła mu kieszonkowe, więc zabił.

HELENA KOWALIK

Drobny chłopak, który wcho­dzi do lombardu przy jednej z bocznych ulic w Kłodzku, ma czapkę głęboko nasuniętą na oczy. Nie widać twarzy. Tak rejestruje to ukryta w pomieszczeniu kamera. Na kolejnym ujęciu widać głowę starszego mężczyzny po drugiej stronie lady. Początek rozmowy między tymi oso­bami zagłusza włączone radio. W pewnej chwili przez głos spikera przebijają się wy­powiedziane podniesionym tonem słowa: „Nic z tego, jeśli nie zobaczę pieniędzy!”.
Kamera wciąż pracuje: starszy męż­czyzna szuka czegoś w kieszeni. W tym momencie napastnik wyciąga z plecaka nóż, rzuca się na właściciela lombardu. Widać uniesioną do góry rękę tego star­szego. Kolejne ujęcie: chłopak przyciąga głowę mężczyzny i trzymając go za kark, nachyla twarzą do lady. Uderza. Nie poma­ga zasłanianie się przed kolejnymi ciosami; napastnik ma dogodną pozycję, bo leży na ladzie, a jego ofiara jest na podłodze. Krzyk, jęki, zagłuszane trzaskiem spada­jących z półek przedmiotów.
Teraz chłopak wskakuje na ladę kola­nami, jest już po drugiej stronie. Odgłosy rytmicznych uderzeń, niewyraźne, bełko­tliwe słowa: „Spierdalaj, k.. jebana”. A po chwili: „No, chodź, chodź szybko, nie uciekaj, chodź do mnie”. Poruszone radio samo się podgłaśnia, wyraźnie słychać Tinę Turner śpiewającą „Private Dancer”. Starszy mężczyzna znika z kadru.
Z kolei z prawej strony pojawia się mało wyraźna twarz młodego człowie­ka, tym razem bez czapki. Jego długie, opadające lokami włosy są w nieładzie, przysłaniają oczy. Chłopak przechodzi w głąb pomieszczenia, skrzypią odsuwane szuflady. Następnie wraca, kładzie na ladzie jakieś rzeczy, wyjmuje z plecaka reklamówkę. Porusza się powoli, ciągle coś wkłada do plastikowej torby. W pewnej chwili wyjmuje z plecaka butelkę z colą, spokojnie pije.
Otwierają się drzwi lombardu, wchodzi klient z charakterystycznymi wąsami. Chłopak za ladą jest tyłem do kamery. Cicho mówi coś do tego mężczyzny, ale nic nie można zrozumieć. Słychać tylko prośbę wychodzącego klienta: „To ja przepraszam, jak przyjdzie, niech do mnie dryndnie”. Chłopak przekręca klucz w oszklonych drzwiach. Pół godziny później do lombardu puka młoda kobieta, która bezskutecznie naciska na klamkę. Chłopak rozmawia z nią przez szybę, po chwili mówi głośniej: „Tak, na pewno będzie za godzinę”.
Klientka odchodzi. Młody człowiek nadal buszuje na zapleczu. Jeszcze łączy się z kimś z telefonu właściciela. Słychać pytanie: „O której dziś wracasz? To bądź na przerwie w palarni”. Napastnik opuszcza lombard, nie zamykając drzwi na klucz.
Data na końcu nagrania: 26 listopada 2012 r., godzina 3.28 po południu.

piątek, 13 marca 2015

PORTRET NA SZKLE



Wspiął się na sam szczyt dziennikarskiej kariery, a dziś jest jak Lance Armstrong polskiej telewizji: zjeżdża w dół i może liczyć tylko na siebie.

ANNA SZULC

Rodzinna okolica Kamila Dur­czoka to Kostuchna, dzielni­ca Katowic. Kopalnia, familoki i pola uprawne. W latach 70, biedne ślą­skie przedmieście.
W rodzinie żywa jest tradycja, Śląsk, Heimat, jest ważny. Dziadek - sztygar, wu­jek - ratownik górniczy. Ale to nie jest naj­bardziej typowa śląska rodzina. Ojciec Durczoka za PRL ma warsztat samocho­dowy, w wolnej Polsce założy salon Suzuki. Sześcioletni Kamil jeździ po parku na skła­daku Pelikan 2. To nie rower, to mały mo­tocykl. O takim prezencie za czasów Gierka jego rówieśnicy mogą tylko pomarzyć.
W podstawówce nauczycielki zachwy­cają się ładną, polską dykcją chłopca (w klasie mówi się wyłącznie po Śląsku). W liceum Durczok gra na gitarze w ze­spole, zapuszcza długą grzywkę. Chce być poppersem, ale czuje się wsiokiem. Tak w szkole mówi się o tych, którzy dojeż­dżają z Kostuchny. - Elita dojeżdżała do szkoły tramwajem z Brynowa - wspomni Durczok w jednym z wywiadów. Brynów to dzielnica bogatych i wpływowych, tam mieszkał Edward Gierek.
Dziś w innej dzielnicy Katowic, dziel­nicy bogatych i wpływowych, stoi willa małżeństwa Durczoków.

czwartek, 12 marca 2015

Opcja zakamuflowana



Ten scenariusz rozpala głowy polityków PiS. Jeśli Jarosław Kaczyński się na niego zdecyduje, jego partia może wrócić do władzy. Ale niekoniecznie z nim jako szefem rządu.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Scenariusz jest następujący. An­drzej Duda wchodzi do drugiej tury. Prezydentem zostaje Bro­nisław Komorowski, ale kandydat PiS przegrywa nieznacznie. A Prawo i Spra­wiedliwość dzięki jego kampanii prze­gania w sondażach Platformę. Na cztery miesiące przed wyborami parlamentar­nymi perspektywa przejęcia władzy przez PiS staje się realna. W dniu ogłoszenia oficjalnych wyników wyborów prezyden­ckich na konferencję prasową wychodzą Jarosław Kaczyński i Andrzej Duda.
- Wybory prezydenckie pokazały, że szklany sufit nad nami nie istnieje - mówi prezes. - Jesteśmy u progu wielkiej zmiany. Okoliczności są wyjątkowe i wymaga­ją wyjątkowych decyzji. Dlatego rezygnuję z osobistych ambicji. Naszym kandydatem na premiera zostaje Andrzej Duda, rozpo­czynamy marsz po zwycięstwo.
Plan jest charakterystyczny dla poli­tycznej metody prezesa. Jeżeli dzięki tej wolcie PiS przejmie władzę, to i tak lej­ce zostaną w jego ręku. A jeśli się nie uda - odpowiedzialność spadnie na tego, kto da twarz kampanii, czyli na Dudę . W obu przypadkach przywództwo Kaczyńskiego w partii pozostanie niezagrożone.
Ten scenariusz od kilkunastu dni krąży w PiS, rozmawiają o nim wszyscy liczą­cy się politycy tej partii. Z naszych ustaleń wynika, że Jarosław Kaczyński bierze tę koncepcję pod uwagę, choć publicz­nie zapewne będzie się od niej odcinać. Dopóki trwa kampania prezydencka, nie może robić inaczej.

środa, 11 marca 2015

Kto nadawał przez „Telegraf”?



22 marca 1990 r. Sejm III RP podjął uchwalę o likwidacji Robot­niczej Spółdzielni Wydawniczej „Prasa-Książka-Ruch”. Obłowi­li się na tym „solidarnościowi” politycy.

Likwidacja RSW wiązała się z zagospodarowaniem ogromne­go majątku, jaki przez lata wypra­cował ten największy koncern me­dialny Polski Ludowej. Oczywiście spory kawałek tortu postanowi­ły przechwycić również ówczesne środowiska polityczne. Z inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego, sena­tora Obywatelskiego Klubu Parla­mentarnego, majątek wspomnianej Spółdzielni przejęła Fundacja Pra­sowa „Solidarność”.

wtorek, 10 marca 2015

SKOK bez przeszkód



Senator PiS i twórca SKOK-ów Grzegorz Bierecki wyprowadził kilkadziesiąt milionów złotych do spółki, której jest dziś właścicielem i prezesem.

ANNA GIELEWSKA

Takie wnioski płyną z pisma, które przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego Andrzej Jakubiak wysłał do najważniejszych osób w państwie. Dokument, do którego udało nam się dotrzeć, dotyczy przekształceń własnościowych na zapleczu SKOK-ów. Jego głównym bohaterem jest Grzegorz Bierecki, dziś senator PiS. Twórca imperium SKOK, który wspiera prawicowe media, jeszcze kilka miesięcy temu pojawiał się w gronie potencjalnych kandydatów PiS na prezydenta.
Z materiału zgromadzonego przez urzędników KNF wyłania się ponury obraz. Szczególne wątpliwości budzą losy zlikwi­dowanej w 2010 r. Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, która kontrolowała Kasę Krajową SKOK.

KNF alarmuje: „majątek likwidowanej Fundacji, która miała wspierać rozwój SKOK w Polsce, przekazany został do podmóotu stanowiącego wyłączną własność osób fizycznych, a nie in­stytucji w sektorze SKOK, np. wprost do Kasy Krajowej i tym samym do Funduszu Stabilizacyjnego”. Wszystkich operacji finansowych dokonywały te same osoby, na czele z Grzegorzem Biereckim.
Jak to wyglądało?
Fundacja powstała w lipcu 1990 r. z pieniędzy Światowej Rady Związków Kredytowych. Zaczynała swoją działalność z kwotą ok. 70,7 tys. dolarów. Miała wspierać organizację spółdzielczych kas, zapewniając „wszechstronną pomoc finansową dla związ­ków kredytowych w Polsce’! Prezesem został Grzegorz Bierecki, do zarządu weszli też Adam Jedliński i Jarosław Bierecki (brat Grzegorza). „Fundacja posiadała większościowy udział w kapitałach Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej i będąc jej głównym udziałowcem, praktycznie od początku działania Kasy Krajowej kontrolowała działalność tej instytucji” - czytamy w dokumencie. Pod koniec 2010 r. udziały fundacji w Kasie Krajowej wynosiły 3,5 min zł (tj. ponad 75 proc. funduszu udziałowego), co dawało pełną kontrolę nad Kasą Krajową, umożliwiało też zmianę jej statutu.

poniedziałek, 9 marca 2015

Eurościema posła Dudy



Najlepszy europoseł - zachwalają Andrzeja Dudę partyjni koledzy. Deputowani z konkurencyjnych partii nie kryją oburzenia: „W Strasburgu łatwiej spotkać go w palarni niż na sali obrad”.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Chciałbym wiedzieć, jak on to robi. Ja przy bardzo dużym zaanga­żowaniu jestem sprawozdawcą w trzech raportach. I mam o pięć lat dłuż­szy staż w byciu eurodeputowanym niż Duda - mówi Jarosław Wałęsa (PO).
Andrzej Duda chwali się, że tytuł najlep­szego europosła zawdzięcza 12 raportom, których prace nadzorował jako sprawozdaw­ca. Dzięki temu PiS okrzyknęło go „najbar­dziej pracowitym polskim europosłem”.

12:0
Liczba europarlamentamych sprawozdań Dudy jest imponująca. Wśród 751 europosłów z 28 krajów tylko jeden ma lepszy wy­nik niż on - 13. A sprawozdania to obok projektów rezolucji i wystąpień na sesjach plenarnych główny miernik aktywności europosłów. - Odnotowany na papierze, bo kto jest aktywnym i cenionym deputowa­nym, to wszyscy w Brukseli i Strasburgu wiedzą - mówi europoseł pełniący obo­wiązki trzecią kadencję. - Niektórzy, nie tylko deputowani z Polski, doskonale opa­nowali mechanizmy tej eurościemy, w któ­rej liczy się ilość, a nie jakość. Mistrzami w polskiej delegacji są posłowie PiS.
Sztandarowym eurościemniaczem był dotychczas Ryszard Czarnecki. W po­przedniej kadencji na każdej sesji poświę­conej łamaniu praw człowieka wygłaszał tę samą formułę po kilka razy, zmieniając tylko nazwy krajów, i tym samym zaliczał w statystykach kilka wypowiedzi. Potem chwalił się na plakatach wyborczych: na­jaktywniejszy polski eurodeputowany.

niedziela, 8 marca 2015

O prezydencie, co się kulom nie kłaniał, czyli Duda głosi cuda

Mija niedługo 5 lat od śmierci Lecha Kaczyńskiego. Polski obyczaj nakazuje nie mówić źle o zmarłym, ale uważam, że 5 lat nie dementowania mitu Lecha Kaczyńskiego, jako znakomitego prezydenta, niemalże bohatera, to już wystarczy. Zwłaszcza, że ten mit jest ostro wykorzystywany w kampanii wyborczej Andrzeja Dudy. Rośnie nam po prostu historyczne kłamstwo. Zgadzam się, że zmarłego nie powinno się obrażać (żywego też), ale to nie znaczy, iż nie można o jego czynach mówić prawdy.
Moim zdaniem Lech Kaczyński, którego zresztą osobiście znałem przez blisko 40 lat (co nie znaczy, że go lubiłem), był bardzo złym prezydentem Polski, wcześniej bardzo złym prezydentem Warszawy i fatalnym ministrem sprawiedliwości. Nie tylko nie prowadził „skutecznej polityki zagranicznej”, nie tylko Polska za jego dziełem nie „wstała z kolan”, ale wręcz przeciwnie. Polityka Lecha Kaczyńskiego była nieudolna, często błędna i niekompetentna, a prestiż Polski na arenie międzynarodowej na niej bardzo stracił. Mówiąc wprost, raczej uczynił z siebie i naszego kraju międzynarodowe pośmiewisko, niż przedmiot podziwu.
Do jego fatalnych decyzji należą: zerwanie trójkąta Weimarskiego z powodu głupawego artykułu w podrzędnej gazetce; sprzeciwienie się zasadzie podwójnej większości w głosowaniach europejskich (bardzo korzystnej dla Polski) a uzyskanie zamiast tego „protokołu z Joaniny”, który nic nam nie daje; nie podpisanie pełnego tekstu Karty Praw Podstawowych w obawie przed treściami, których w niej nie ma. Przy tym wszystkim drobiazgami już są ośmieszające Polskę awantury o samolot, które wbrew dzisiejszym PiS-owskim kłamstwom urządzał Lech Kaczyński, a nie Donald Tusk, „Irasiad”, „spieprzaj dziadu”, słuchawki do góry nogami, napis „Polska” i flaga do góry nogami i nieznajomość żadnego obcego języka, co w przypadku prezydenta jest międzynarodowym curiosum.
Dzisiejszy mit Lecha Kaczyńskiego, jako wielkiego polityka, oparty jest też na dwóch incydentach gruzińskich.

sobota, 7 marca 2015

Dożywocie po raz czwarty



Całe życie za kratami albo uniewinnienie - ma zdecydować Sąd Najwyższy w sprawie o gwałt i zabójstwo 14-latki.

HELENA KOWALIK

Idę na rower - z tymi słowami 14 -letnia Ewa D. wstała od stołu w dragi dzień Świąt Wielkanocnych 12 kwietnia 2004 r. - Weź mój zegarek, żebyś wiedziała, kiedy wrócić - nakazał ojciec - tylko schowaj go do kieszeni, bo ma uszkodzony pasek.
Jej matka jeszcze wyjrzała przez okno: Ewunia na rowerze, w chmurze powiewa­jących na wietrze długich włosów z uśmie­chem pożegnała ją dziecinnym pa, pa.
Następny raz pani D. zobaczyła swoje dziecko tuż przed sekcją zwłok.

piątek, 6 marca 2015

Brylanty lobbysty



Porywacze i paserzy czy złodzieje wartej miliony dolarów biżuterii Marka D.
rozstrzygnie rozpoczęty właśnie proces.

HELENA KOWALIK

Zmierzchało, gdy Aleksandra D., z zawodu modelka, usłyszała w studiu urządzonym w jej willi na drugim piętrze odgłosy uderzania w ścianę. Postanowiła zejść na dół do swych małych córek, które bawiły się z opiekunką. Gdy była na pierwszym piętrze, z sypialni wyjrzał nieznany jej mężczyzna w kominiarce. Nic nie mówił. Potem otworzy­ły się drzwi łazienki, kobieta zobaczyła zama­skowaną głowę drugiego osobnika. Wszystko to działo się w zupełnej ciszy. Aleksandra D. zbiegła na parter szukać dzieci. Błyskawicznie opuściła z nimi rezydencję.
Wezwana przez telefon policja pojawiła się po dłuższym czasie. Stwierdzono wyrwanie dwóch sejfów ze ścian garderoby i sypialni. System alarmowy w willi był wyłączony, podobnie jak zamek antywłamaniowy w drzwiach z atestem niezawodnej konstruk­cji. Jednego sejfu, w którym znajdowały się dokumenty, złodziejom nie udało się otwo­rzyć - porzucili go w pobliskim lesie. Drugi zaginął. Była w nim przechowywana biżuteria - 62 przedmioty wartości miliona dolarów według cen zakupu. Precjoza inkrustowane brylantami i szmaragdami miały certyfikaty znanych w świecie pracowni złotniczych.
Jeszcze tego wieczoru, 14 marca 2012 r. Aleksandra D. telefonowała do przebywające­go w interesach w Barcelonie męża, znanego w Polsce przedsiębiorcy i lobbysty. Gdy dwa tygodnie później śledztwo w sprawie rabun­kowego napadu zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawców, Marek D. poprosił o pomoc swego znajomego z Warszawy, właściciela galerii antyków Marka G.
G. poznał znanego lobbystę za pośred­nictwem adwokata, z którym współpra­cował Marek D. Mecenas rekomendował sprzedawcę staroci jako „fantastycznego człowieka pokrzywdzonego niegdyś przez wymiar sprawiedliwości”. Właśnie z uwagi na przeszłość znawcy dzieł sztuki Marek D. zapytał go, czy mógłby mu pomóc w od­zyskaniu biżuterii. - Chętnie rozpatrzę się swymi kanałami - usłyszał w odpowiedzi.
Gdy spotkali się ponownie, G. pochwalił się, że zna policjanta w randze kapitana Sławomira P. On pomoże. Kapitan rzeczy­wiście okazał się chętny, obiecał prywatnie infiltrować środowisko przestępcze. Nie powinno być kłopotów ze znalezieniem informatorów, bo jak twierdził, na mieście już głośno o kradzieży u znanego biznesmena.

czwartek, 5 marca 2015

Dzieci Kaczyńskiego



„Niepokornych” dziennikarzy Polska braci Kaczyńskich nagrodziła posadami w publicznych mediach. W Polsce Tuska je stracili. Pozostało im już tylko czekanie na powrót tej Polski, która im dała, i atakowanie tej, która im zabrała.

Nie tylko PiS i PO przygotowu­ją się do kulminacji wyborcze­go roku, czyli do prezydenckiej i parlamentarnej kampanii. Równie in­tensywnie przygotowują się dziennikarze i publicyści. Tyle że gdy jedni przygotowu­ją się do wywiadów z politykami, zbierają materiały do artykułowi politycznych ana­liz, to drudzy kompletują teczki na swych dziennikarskich kolegów, konkurentów do czasu antenowego i stanowisk w mediach.
Dziennikarz TVP Info, który źle po­traktował Łukasza Warzechę, widząc w nim (słusznie) nie dziennikarskiego ar­bitra polskiej polityki, próbującego choćby udawać obiektywizm, ale dyspozycyjnego propagandystę jednej ze stron, został już nazajutrz zlustrowany na prawicowym portalu. Miało go - zdaniem „niepokor­nych z antysalonu” - ostatecznie kompro­mitować to, że jego ojciec w czasach PRL był w ORMO. Przy okazji wyszło na jaw, że antysalon od lat zbiera (pod pretekstem naukowych badań) teczki na dziennikarzy. Jak to sprawdził Wojciech Czuchnowski z „Gazety Wyborczej” materiał obciąża­jący ojca dziennikarza, który źle potrak­tował Warzechę, został wyciągnięty z IPN jeszcze w 2010 roku. Przez cztery lata cze­kał na okazję we wciąż rozbudowywanym prywatnym IPN „Gazety Polskiej”.
Przygotowywane są też kolejne tomy „Resortowych dzieci”, mimo że dziennika­rze, których starano się skompromitować w tomie pierwszym, regularnie wygry­wają procesy z autorami książki. Kania, Targalski i Marosz nie są nawet w stanie poprawnie przeczytać akt wyciągniętych z IPN - tak bardzo widać są niecierpliwi, tak bardzo trzęsą im się ręce do wykończe­nia konkurencji.

środa, 4 marca 2015

Cudabus



Dudabus objeżdża polskie powiaty. Prezydencki kandydat PiS na razie nie tyle podbija kraj, co przedstawia się wyborcom swojej partii.

Anna Dąbrowska

Andrzej Duda planuje dojechać do każdego z 380 powiatów Polski. Był już w 109. Rozpoczy­nając swój tour de Pologne, mó­wił: „Mam nadzieję na dobre spotkania z mieszkańcami, chcę rozmawiać o tym, co ich trapi, o tym, jak chcieliby, by zmie­niała się Polska”. Jak w praktyce wyglą­dają te rozmowy?

Widownia
Można powiedzieć, że Andrzej Duda daje zazwyczaj dziennie pięć przedsta­wień dla widowni dwojakiego rodzaju: tej zgromadzonej na ulicy, rynku, trochę przypadkowej i dla tej bardziej zaangażo­wanej politycznie, która wykona już jakiś wysiłek i zbierze się w wynajętych salach. Najwierniejsi wyznawcy PiS potrafią cze­kać na Dudę długie godziny.
19 lutego, w Oku Miasta, vis-a-vis ka­towickiego Spodka, w samo południe kandydat PiS rozpoczyna „debatę górni­czą z ekspertami, parlamentarzystami, związkowcami". Pod salą, na tarasie, kil­kanaście osób. Średnia wieku sześćdzie­siąt plus. Organizatorzy nie pozwalają wejść do środka, na rozgrzanie wynoszą herbatę w papierowych kubkach. To okazja, aby omówić polskie sprawy i podzielić się uznaniem dla kandydata, „którego tak mądrze wymyślił prezes”. - Duda jest dla mnie nieskazitelny, dobrze wychowany, z prawego domu, choć to nazwisko teścia (Kornhauser - red.] trochę daje do my­ślenia, czy to jest prawdziwy Polak - za­stanawia się jedna z kobiet. Przewija się też temat tzw. afery prompterowej: - Im się w głowie nie mieści, że nasz kandydat mógł bez żadnej pomocy mówić, bo oni tak nie potrafią.

wtorek, 3 marca 2015

Profesorowie prezesa



Były rzecznik PiS Adam Hofman rzucił kiedyś protekcjonalnie: „Profesorowie, do piór". Prezes też jest PiS-owskimi profesorami rozczarowany. Chciał mieć własną elitę, ale okazało się, że więcej z tego kłopotów niż pożytku.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Najnowszy zawód sprawił prezesowi historyk Andrzej Nowak. Profesor kilka tygodni temu opublikował tekst, w którym napisał, że Jaro­sław Kaczyński dobija wieku, w którym inni przywódcy umierali, i że powinien wysunąć młodszego kandyda­ta na premiera. Oskarżył go o „haniebne zostawienie na odstrzał” prof. Piotra Glińskiego i postawił jego par­tii niezwykle wygórowany cel: zdobycie kilkudziesięciu mandatów poselskich więcej nie wystarczy, PiS ma zdobyć władzę. Co gorsza, Nowak miał zamiar wygłosić ten tekst pod­czas konwencji Andrzeja Dudy. Na szczęście się rozchorował i impreza, która kosztowała partię kilkaset tysięcy złotych, została uratowana.

poniedziałek, 2 marca 2015

Kampania pozorów



Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Problem w tym, że PiS wystawił tylko jednego kandydata, a nie-PiS ma wielu i wciąż ich przybywa. Właśnie zgłosiła się Wanda Nowicka z poparciem Unii Pracy. Zrezygnował za to Ryszard Kalisz, nie chcąc brać udziału w, jak to na­zwał, tragifarsie. Może trochę w swoim rozgoryczeniu przesadził, ale zarazem uchwycił jakiś istotny motyw tej gry pozorów, fałszów i złudzeń, jakie towarzyszą prezydenckiej kampanii.
Polska polityka od dawna zresztą funkcjonuje w dwóch świa­tach, ale najbliższe wybory jeszcze bardziej tę dwoistość podkre­ślają. Z jednej strony toczy się popularne widowisko, medialny cyrk dla niezaawansowanych, gdzie wszystko jest jednakowo ważne albo nieważne, z drugiej zaś trwa prawdziwa, zacięta walka dwóch przeciwników, formacji i idei. A cała reszta, w tym kilka partii i wiele postaci, jest - jakkolwiek brutalnie by to zabrzmiało - nieistotna. Spójrzmy, jak to wygląda w przypadku zbliżających się wyborów.

niedziela, 1 marca 2015

DUDA: TO ZROBIŁ LECH KACZYŃSKI



Andrzej Duda uczestniczył w ułaskawieniu wspólnika zięcia Lecha Kaczyńskiego. Jednak dokumenty z jego podpisem zginęły, a on sam umywa ręce, zrzucając wszystko na nieżyjącego prezydenta.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Lato 2009 roku. Lech Kaczyń­ski ułaskawia Adama S., biznes­mena skazanego za wyłudzenie. Decyzja zapada w błyskawicznym tempie, z pominięciem opinii sądu i wbrew stano­wisku Prokuratury Generalnej. Na doda­tek podejmuje ją prezydent, który dotąd oszczędnie korzystał z prawa łaski.
Rok po śmierci Lecha Kaczyńskiego „Dziennik Bałtycki” podaje, że po ułaska­wieniu przedsiębiorca zaczął robić inte­resy z Marcinem Dubienieckim, zięciem głowy państwa. Dziwne. A jeszcze dziw­niejsze jest to, że z Kancelarii Prezydenta zginął dokument zalecający prezydentowi zastosowanie prawa łaski.