PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 16 września 2011

PIS PARTIA PRZEGRANYCH!

Kolejny przegrany proces działacza PIS, Zbigniewa Ziobro o zniesławienie konkurenta politycznego potwierdza skłonności liderów tej partii do budowania własnego image kosztem pomawiania konkurentów politycznych o różne przewiny i nieprawości.

Trzeba przypomnieć, że w ostatnich dwóch miesiącach miały miejsce przegrane procesy o pomówienia:

  • Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 7 lipca nakazujący przeprosić wydawnictwo Agora za porównanie "GW" do "Trybuny Ludu z 1953 r." (organu KC PZPR w okresie stalinizmu), oraz twierdzenia, że Agora jest "pod kontrolą postkomunistycznej oligarchii" i "ma związki finansowe z układem oligarchicznym".
    Sąd stwierdził, że Kaczyński nawet nie podjął próby dowiedzenia swoich twierdzeń.
  • Prawa i Sprawiedliwości – wyrok z 24 sierpnia orzekający, że PiS musi publicznie sprostować wszystko, co posłowie tej partii mówili złego o kampanii informacyjnej Platformy "Polska w budowie".
  • Jarosława Kaczyńskiego – wyrok z 8 sierpnia.Sąd stwierdził, że Jarosław Kaczyński ma zaprzestać rozpowszechniania informacji, że PSL lub część posłów ugrupowania głosowało za legalizacją miękkich narkotyków. Dodatkowo na antenie TVP Info w ciągu 48 godzin, w godzinach od 12 do 14 ma być wystosowane sprostowania na całym ekranie odczytane wolno i wyraźnie o treści: Jarosław Kaczyński oświadcza, że jego wypowiedź, że PSL lub część jego posłów głosowało ws. miękkich narkotyków, żeby zalegalizować ich użytkowanie, jest nieprawdziwe.
  • Zbigniewa Ziobro – wyrok z 17 września – Sąd zdecydował, że Zbigniew Ziobro musi przeprosić Grzegorza Schetynę za nazwanie go „człowiekiem, który odpowiada za ciemne sprawki i nadużycie wobec opozycji”. Przeprosiny ma wyemitować Radio ZET i Radio Maryja. Ponadto Ziobro musi wpłacić 20 tys zł. na konto fundacji „Kogo?”.

Należy jeszcze dodać, że w ubiegłej kampanii prezydenckiej Jarosław Kaczyński musiał oficjalnie przeprosić Bronisława Komorowskiego za wypowiedzi sugerujące, że jako kandydat PO na prezydenta jest zwolennikiem prywatyzacji szpitali.

W świetle tylu przegranych procesów liderów PIS o pomówienia śmiało można powiedzieć, że Prawo i Sprawiedliwość jest partią przegranych.

Trzeba zapytać: Czy w sytuacji kiedy liderzy partii stosujący w walce politycznej pomówienia szkalujące politycznych konkurentów mają predyspozycje moralne do ubiegania się o zdobycie władzy w państwie?

Odpowiedź może być tylko jedna.

NIE MAJĄ!

LINK

wtorek, 13 września 2011

Smoleńsk. Zapis śmierci, Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski

Adam Bielan i Michał Kamiński - odradzali prezydentowi wyjazd do Katynia, bo zostanie skrytykowany przez media, że "pcha się" tam trzy dni po premierze. Na to, by nie rezygnować z wizyty w Smoleńsku miał naciskać przede wszystkim Jarosław Kaczyński, bo cała kampania wyborcza jego brata miała opierać się potem na motywie nowoczesnego patriotyzmu i pamięci.

Z książki:Michał Krzymowski, Marcin Dzierżanowski, Smoleńsk. Zapis śmierci, The Facto, Warszawa 2011

sobota, 10 września 2011

Kontek: 7 kłamstw o rządzie PO-PSL

Pewien profesor, jest dumny, że porównał Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się "przebiła". Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej - pisze Tomasz Kontek, publicysta Faktu.


Jest kampania wyborcza, politycy kłamią więc na potęgę. A im łgarstwo bardziej bezczelne, tym łatwiej trafia do wyborców. Najłatwiej oczywiście kłamać opozycji, która z niecnego procederu tłumaczy się jak dzieci: „A oni się przedrzeźniają...”.

Żadna międzynarodowa agenda nie prowadzi jeszcze takiego rankingu, ale w ośmieszaniu instytucji własnego państwa zajmowalibyśmy z pewnością czołowe miejsca na świecie. Przykład idzie z góry, czyli od jaśnie oświeconych. Pewien aktywny nad wyraz profesor, którego nazwiska nawet nie warto wymieniać, jest dumny, że zdobył się na porównanie Tuska do Gierka. Nic nie szkodzi, że to analogia z gruntu fałszywa. Ważne, co podkreśla jej autor, że się „przebiła”. Takich półprawd, czyli po prostu całych kłamstw, krąży wokół nas więcej.

Kłamstwo pierwsze: państwo przestało działać

Teza ta, w sytuacji stabilizacji niespotykanej w historii współczesnej Polski (tej po 1918 roku), jest wyjątkowo bezczelna. A jednak żywotna. Kłamców, którzy ją powtarzają, trudno zliczyć. Jaka jest prawda? Bez większych turbulencji rządzi pełną kadencję ta sama koalicja z tym samym premierem. Wymiana – z powodów losowych – na stanowisku prezydenta, przebiegła sprawnie i bez nadzwyczajnych zawirowań. Już słyszę ten ryk: „To Ruscy do spółki z Tuskiem zabili nam prezydenta [o, przepraszam: Prezydenta]! Nawet jeśli ta niedorzeczna hipoteza byłaby prawdziwa, co można zarzucić wyborom prezydenckim, które wyłoniły następcę zmarłego? Do tego podatki zbierane są sprawnie, pensje i świadczenia wypłacane u czas, u granic wróg się nie czai, a bandyci siedzą w więzieniach. Czego więcej chcieć, by uznać, że MAMY działające państwo? Wiem wiem... Kaczyńskiego u władzy.

Kłamstwo drugie: mamy państwo, ale quasitotalitarne

Nic to, że zwolennikami tej tezy są ci sami, którzy twierdzą jednocześnie: „państwa nie ma”. Da się to wyjaśnić. I to nawet na gruncie logiki. ICH państwa nie ma, nie może więc działać. To państwo, które jest, nie jest ICH, nie jest więc demokratyczne, ale quasitotalitarne właśnie. Proste? Stratą czasu jest wyjaśnianie, co oznacza termin „quasitotalitarny”. Im mniej wiemy, tym bardziej się przecież boimy. Wspomniany profesor może więc pleść, że straszono jego żonę, bo on krytykował rządzących. Kto straszył? „Ja nie powiem kto”, bo „takich rzeczy się nie mówi”. Ze strachu przed siepaczami? Boi się, więc startuje w wyborach? Ci źli rządzący już wcześniej ponoć próbowali go przekupić. Kto konkretnie? „Ja tego nie powiem” – znów odpowiada na to oczywiste przecież pytanie. Tak... To „tylko” insynuacja czy zwyczajne kłamstwo? Quasitotalitaryzm to brzmi dumnie!

Kłamstwo trzecie: żyjemy w kondominium

Kolejny trudny termin, którym można mieszać ludziom w głowach. Niech tam sobie „jakiś” Sikorski powtarza, że żyjemy w najlepszym polskim państwie, jedynym jakie mamy. Jesteśmy jednak nie tylko pokornymi sługusami Berlina i Moskwy, które współpracują ponad naszymi głowami, ale i odgrywamy się za to na słabszych, czyli na braciach Litwinach... Marzy nam się Polska od morza do morza, zbrojna po zęby i wybranka Boga (czy ktoś jeszcze pamięta tego poetę)? Może i kiedyś taka będzie, skoro już przecież była. A Bóg z pewnością kocha swoje głupkowate dzieci. Trzeba Mu jednak pomóc i te kilka, kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat ciężko pracować, by los, który przytomnie kupiliśmy na loterii, w końcu przyniósł główną wygraną. Jest i inne wyjście. Hajże na Moskala! Klęska murowana. Ale za to ci, którzy przeżyją, z podniesioną głową będą mogli rozpamiętywać bohaterskie czyny.

Kłamstwo czwarte: gsopodarka zaraz zrobi bęc

Kto by tam wierzył Rostowskiemu? To przecież, jak już słyszeliśmy, ledwo bakalarz, na ekonomii zna się więc od niego lepiej byle pętak z PiS. Że co? Że statystyki, że wśród państw zagrożonych bankructwem w instytucjach finansowych mówi się o Włoszech czy Hiszpanii, a o Polsce nie? Nie damy sobie zamydlić oczu! Jest źle, bardzo źle. Tak źle, że tylko Joanna d'Arc polskiej ekonomii, może doprowadzić nas do raju, w którym przecież – za jej przyczyną – już raz byliśmy. Kiedy? Jak to?! W czasach, gdy Polska mlekiem i miodem płynęła. Teraz już nie będzie eksperymentów z jakimiś tam Marcinkiewiczami. Zyta d'Arc Gilowska zapewni od razu koronację Prezesowi. Co nas wówczas czeka? Przyszły monarcha milczy. Król to wszak król i gdzie tam nam, kmiotom oceniać jego zamiary. A jeszcze twierdzić, że kłamie?

Kłamstwo piąte: młodzi to stracone pokolenie

Jak żyć?! Mieć dwadzieścia lat i nie mieć mieszkania, samochodu, ulubionego klubu z używkami i pensji, która pozwala brać kredyty na to wszystko? Rozczulili mnie „młodzi z SLD”, którzy nie chcą pozostać bez rodzin, wykształcenia i pracy (w tej właśnie kolejności). A co im przeszkadza? Gzić się na kocią łapę mogą, ale żenić się i płodzić dzieci, by być rodziną, już nie? A uczyć się? Nigdy nie było tak łatwo. Tylko chcieć. Pracować? No tak... Żeby mieć pracę, trzeba coś umieć. Prawo do pracy mają wszyscy, ale nie wszyscy do takiej, jakiej by chcieli. Jeśli w to nie wierzą, niech pogadają ze „starymi”. Za komuny to było... Moi rodzice „dostali” na przykład mieszkanie w spółdzielni. Po dwudziestu latach oczekiwania. Tak, mieszkanie powinno być prawem, a nie towarem. I wysoka pensja za pracę na umowę, która może być rozwiązana wyłącznie, gdy znajdzie się robotę lepiej płatną. Taki kit wciska młodym „lewica”.

Kłamstwo szóste: umrzeć musimy zdrowo

Chorować nie jest zdrowo. Bo widział kto szpital, którym rządzi Kopacz? Brud, smród i ubóstwo. I widocznie tym głupkowatym dziennikarzom znudziło się o tym pisać (albo quasitotalitaryzm zrobił z nimi porządek...), bo jakoś tzw. służba zdrowia nie wywołuje już takich emocji jak kiedyś. Lekarze nie strajkują. Pielęgniarki narzekają, ale jakby ciszej. Rzeczywiście, coś ta Kopacz musiała nabroić, skoro taka cisza jest nad tą trumną. A może nie stać nas, by chorować, dlatego żyjemy coraz dłużej? Państwo nie chce płacić za nasze leczenie, więc robimy to sami? To skandal? To nie róbmy tego. I zdychajmy pod płotem. Jeśli coraz więcej sami wydajemy na zdrowie, to znaczy, że je mamy. A do tego zmądrzeliśmy i zrozumieliśmy, co w życiu jest ważne. Szlachetne zdrowie, ten tylko się dowie itd. Może w szkołach już tego „nie przerabiają”?

Kłamstwo siódme: autostrad nie dożyjemy

Świat się skończy, jeśli na piłkarskie Euro nie będzie mógł do nas przyjechać autostradami. Bo komu by przecież się chciało odwiedzać swój pępek (jesteśmy przecież pępkiem świata!), gdy nie kopią na nim piłki? A tubylcy? Niemal każdy ma auto, ale przecież już dziś chciałby pruć do roboty ze dwie setki na godzinę. I jeszcze, żeby korków w miastach nie było. Drożyzna z tą benzyną... Jest najtańsza w Europie? Ale za droga. Wystarczy pogonić Tuska i Grabarczyka (tego rzeczywiście warto) i marzenia się spełnią. Kaczyński w trymiga zagoni Chińczyków do roboty. Jego namiestnikiem nie będzie już Polaczek (musi odpokutować za zdradę), który – gdyby był ministrem choć rok dłużej – zostawiłby Polskę „zdrogowaną”, a nawet i „skoleizowaną”. Przecież ponoć te budujące się z lewa i z prawa drogi, obwodnice, a nawet i autostrady, to jego zasługa.

I takich bajań słuchamy codziennie. Jest źle, a opozycja wie, co zrobić, by na pstryk było dobrze. Czy rząd PO i PSL jest dobry? Może i ledwie średni. Z rozbrajającą szczerością sam przyznaje, że „nie wszystko” mu się udało. Ale pcha jakoś ten wózek. Łgarstwa, że wszystko psuje, bo ma złą wolę, albo po prostu jego ministrowie z premierem na czele nic nie potrafią, między bajki trzeba włożyć. Opozycji zaś warto przypomnieć, że im kto głośniej krzyczy, tym ma mniej do powiedzenia. Czego i państwu nie życzę.


LINK

czwartek, 8 września 2011

Nowotwór źrenicy

1. Źdźbło:

PiS twierdzi, że pozew złożony w trybie wyborczym, jest oznaką tchórzostwa PO, która otrzymałą od nich – PiSu – szansę na rzeczową publiczną rozmowę, ale nie potrafi z niej skorzystać.

Belka:

PiS odrzucił zaproszenie Platformy do publicznej telewizyjnej debaty, która miała na celu ustalenie faktów i rzeczową dyskusję na temat najbliższej przyszłości Polski. Tłumaczył to w sposób tak zawiły, że nawet salonowe pisowskie pittbule nie są w stanie poprzeć uzasadnień Kaczyńskiego i wymyślają swoje.

2. Źdźbło:

PiS twierdzi, że PO chwali się nie swoimi osiągnięciami.

Belka:

Swego czasu, kiedy PiS był u władzy, nawet LPR funkcjonował w sposób bardziej efektywny. Słynne i łatwe do odnalezienia na youtube jest wystąpienie, który punkt po punkcie zmiażdzył raport Kurskiego. Kurski w swym wystąpieniu chwalił się rzekomo pisowskimi sukcesami, podczas gdy żaden z nich pisu udziałem nie był. Co więcej, partia Kaczyńskiego od dawna podtrzymuje mit, jakoby obniżyła podatki za swych rządów. A tymczasem nie dość, że do takiego działania potrzeba większości sejmowej – czyli co najwyżej sejm obniżył podatki – to jeszcze projekt ustawy złożył klub Platformy Obywatelskiej.

3. Źdźbło:

PiS co chwilę urąga minister Kopacz i narzeka na polską służbę zdrowia.

Belka:

Za rządów PiS mieliśmy największy kryzys w służbie zdrowia od '89. Wszyscy pamiętamy słynne namiotowe miasteczka, zagłuszanie telefonów pielęgniarek i usuwanie ich siłą z sejmu. Wszyscy pamiętamy największy w historii strajk lekarzy, gdzie ponad połowa z nich wzięła bezpatne urlopy albo zwyczajnie odeszła z pracy i nie było komu leczyć ludzi.

4. Źdźbło:

PiS narzeka na stronniczość mediów w Polsce. Twierdzi, że są prorządowe, co stanowi poważny gwałt na polskiej demokracji.

Belka:

Kaczyński i spółka ignorują zupełnie fakt, że za ich rządów (a także później, do czasu, kiedy zarządy TVP i PR zostały wyczyszczony przez pisowskich funkcjonariuszy) Telewizja Publiczna i Polskie Radio były nadawcami pisowskimi i zwalniano w nich dziennikarzy, którzy się temu sprzeciwiali – np. Wiktora Batera czy Dobrosława Rodziewicza. Każdy prezes każdego publicznego nadawcy miał nadanie od Kaczyńskiego. Niejaka Patrycja Kotecka zarabiała ogromne pieniądze za cenzurę informacji wypluwanych przez TVP. W TVP pojawiłą się z nadania Leha Kaczyńskiego i Ziobry. Szybko awansowała: z szeregowego pracownika Agencji, na jej wicedyrektora Reporterzy "Wiadomości" opowiadali, że Kotecka blokując jakąś informację argumentowała, że ... może to zaszkodzić PiS. Przez nią pracę w "Wiadomościach" straciło wielu dziennikarzy, prezenterów i wydawców. Wystarczyło, że zakwestionowali jej decyzje dotyczące cenzurowania informacji. Pisowski prezes - Urbański zawsze jej bronił. Nawet wtedy, gdy jeden z reporterów - Łukasz Słapek - ujawnił, że przed wyborami w 2007 r. proponowała mu wysokie honorarium za przygotowanie materiału uderzającego w PO, czyli głównego konkurenta PiS (Kotecka wytoczyła Słapkowi proces, ale zeznający świadkowie potwierdzają słowa Słapka).
Osobną zupełnie sprawą jest casus Pospieszalskiego, któremu nie przedłużono umowy na autorski program Warto Rozmawiać. Pisowska banda z miejsca rzuciła się do boku o demokrację i wolność słowa. Trwało to do czasu, kiedy okazało się, że Pospieszalski najzwyczajniej w świecie zażądał od TVP takich pieniędzy, że zarząd TVP go pogonił. Również zarzuty o łamanie etyki dziennikarskiej, jakoś na pisowskich mudżahedinach wrażenia nie robiły.

5. Źdźbło:

PiS pieni się nad stanem polskiej gospodarki. Zarzucają, że PKB maleje, dług publiczny rośnie.

Belka:
Co rzecz jasna jest bzdurą. PKB rośnie, tylko w mniejszym tempie, niż za PiS. Przy czym politycy tej ostatniej partii doskonale widzą (tylko najzwyczajniej w świecie kłamią), że rządzili w czasach europejskiej prosperity. Dług publiczny rósł bardzo szybko mimo wzrostku PKB i braku jakichkolwiek inwestycji. Platforma rządzi w czasie kryzysu, a Polska jest jedynym europejskim krajem, którego PKB wciąż rośnie. Dług publiczny skoczył, co jest jednak zrozumiałe przy niższym wzroście PKB i wielu wydatkach. Warto jednak zaznaczyć, że na tle Europy nasz dług publiczny bynajmniej nie jest tragiczny. Dużo gorzej jest w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Portugalii czy irandii. Że o Włochach i Grecji nie wspomnę – tam dług publiczny przekracza 100 (a w przypadku Grecjii nawet 125) procent PKB. My zaś jesteśmy na poziomie Holandii, Hiszpanii, Finlandii i Austrii.

6. Źdźbło:

Z najnowszych: Lud pisowski zarzuca Klichowi autopromocję z pomocą Katastrofy Smoleńskiej.

Belka:

Od kwietnia 2010 PiS na Smoleńsku odbudował swoją siłę. Wykorzystują tę niewątpliwą tragedią na niemal każdej płaszczyźnie swojej działalności. I wprawdziw twierdzą, że Smoleńska dla własnych potrzeb nie zawłąszczają, to jednak najwyraźniej niektórzy mają prawo się wypadkiem promować, a inni nie.

7. Źdźbło:

PiS zarzuca rządowi indolencję w działaniach infrastrukturalnych.

Belka:

Obecnie powstaje 77 nowych dworców kolejowych. Ponad 2000 km nowych/remontowanych szyn i również 2000 km nowych/remontowanych dróg. Wobec działań pisu stanowi to progres około tysiąca procent w przypadku dróg. O szynach i dworcach nie wspominam, bo trudno się odnieść do zera.

8. Źdźbło:

PiS zarzuca rządowi agresję wobec opozycji i używanie języka nienawiści.

Belka:

A tymczasem insytuty badań agresji w mediach nie pozostawiają złudzeń. Kaczyński i PiS każdego roku zaliczają ponad 2 razy więcej agresywnych wypowiedzi niż wszystkie pozostałe ugrupowania razem wzięte. Prócz tego PiS przy każdej okazji uprawia samogwałt, twierdząc, że rząd i samorządy wykorzystuje resorty siłowe (policja, straż miejska) do zwalczania opozycji, podczas gdy to oni sami powołali za wielkie pieniądze CBA, których w pierwszych latach funkcjonowania używano do szukania, a wręcz wymuszania haków nie tylko na rywalach politycznych (Sawicka), ale nawet na własnych, z jakichś powodów niewygodnych ludziach (Lipiec).

9. Źdźbło:

PiS zarzuca PO manipulowanie i oszukiwanie opinii publicznej.

Belka:

A tymczasem doskonale ma się poseł Kurski, który nie tylko nazwał swój elektorat „ciemnym ludem”, ale też – w zgodzie z retoryką samogwałtu – wyreżyserował rzekome pobicie Cugier-Kotki i słynną, ale zupełnie nieprawdziwą aferę billboardową. Dla władzy wszystko.

10. Źdźbło:

PiS twierdzi, że PO poprowadziłą szereg działań niekorzystnych dla Polski (np. Rurociąg Północny) a w kraju panuje drożyzna (cukier, benzyna)

Belka:

A tymczasem okazuje się, że benzyna, która dziś jst bardzo dorga, ma w sobie o 7% mniej podatków niż za czasów PiS, a cena baryłki tego surowca na światowym rynku podrożała o ponad 100%. Drogi cukier to wynik indolencji Jurgla. To on odpowiadał za negocjacje z Unią dotyczące limitów w produkcji cukru. Wcześniej mieliśmy dużą nadwyżkę. Po popisach pisowskiego niedojdy mamy spory niedobór, co w połączeniu z cenami surowców i ogólnoświatową sytuacją na rynku, a także paniką wywołaną przez czarnowidztwo Kaczyńskiego, musiało zaowocować podwyżkami. A Nord Stream? Nie tylko powstał w wyniku permanentnej polityki antyrosyjskiej Kaczyńskiego, ale przede wszystkim za rządów PiS odbył się szereg paneli dyskusyjnych pomiędzy inwestorami, na których polski rząd mógł zgłaszać swoje uwagi. Ale PiS żadnych nie zgłosił.

To tylko kilka przykładów. Można je mnożyć i mnożyć. Postępujący nowotwór źrenicy zabija zdolność percypowania rzeczywistości przez PiS. I tacy ludzie chcą nami rządzić. Jesteśmy na to gotowi? Przypuszczam, że wątpię.

LINK

Czy Kaczyński jest jeszcze?

Czy ktoś, kto niemal codziennie się kompromituje, kto nieustannie dostarcza mediom tandetnej rozrywki, kto złą polszczyzną obraża lepszych od siebie, a siebie ustawia na wyżynach intelektu w istocie będącym na mniej niż średnim poziomie, kto daje nieustanne dowody, że nie rozumie pojęcia moralność, a moralność chrześcijańska jest mu w ogóle obca, czy ktoś tak głupio zarozumiały i arogancki – czy ktoś taki jest jeszcze politykiem?

Wszystko, czego się tknie rozpada się w pył.W brudzie i niesławie.

Z pełnych butnej ignorancji wypowiedzi zostaje ich kwintesencja – KŁAMSTWO.

Dlaczego Kaczyński nieustająco kłamie?

Bo inaczej nie umie. Bo prawda jest dla niego największym wrogiem, ponieważ obnaża jego intelekt, życiorys, całą fałszywą legendę, jaką zbudował wokół siebie, swojego brata i reszty rodziny.

Kolejne kłamstwo Kaczyńskiego przed sądem w trybie wyborczym. Jak w 2007 roku. Jak w 2010 roku. Tym razem skargę wnosi pomówiony PSL. Kolejny raz sąd będzie nakazywać Kaczyńskiemu prostowanie kłamstw, zakazywać ich rozpowszechniania i kolejny raz jego zwolennicy nic z tego nie pojmą, bo przyzwyczaili się i zaakceptowali fakt, że kłamstwo w PiS jest prawem i sprawiedliwością, bez kłamstwa nie ma PiS.

Kaczyński jest zawodowym posłem, na garnuszku sejmu (sowita pensja plus poselska dieta) niezatrudnionym nigdzie indziej i niewykazującym w swoim oświadczeniu majątkowym z tego roku, żadnych innych dochodów, nawet jako szef PiS. I jest jedynym posłem, który przyznaje sobie prawo do łamania prawa. On, prawnik, nic to, że z komunistycznym doktoratem – ale jednak prawnik. Wielokrotnie dający dowody swojej ignorancji prawnej lub lekceważenia prawa i stawiania się ponad nim. Kiedyś, gdy chroniła go pozycja brata i sporo odpowiedzialności za decyzje Jarosława można było zwalić na Lecha – mógł sobie pozwolić na wmawianie Polakom nie tylko własnej i brata genialności, ale i jakości ludzi, którymi się wraz z bratem otaczali.

Dzisiaj, spadają maski i jakość ta okazuje się żałosną bezczelnością, kompromitującą bylejakością, niekompetencją, niewiedzą, smętnym dowodem poczucia, ze wszystko można, gdy ma się władzę.

Anna Fotyga może uważać treść opublikowanych przez WikiLeaks depesz dyplomatycznych USA za komplement – ale każdy dyplomata na jej miejscu spaliłby się ze wstydu.

Teraz widać, że towarzyszenie Antoniemu Macierewiczowi podczas wyprawy do Stanów nie wiązało się z jej możliwościami z czasów, gdy była ministrem Spraw zagranicznych rządu Kaczyńskiego, bo jak widać, nikt jej w Stanach nie traktował poważnie podczas sprawowania przez nią urzędu,. Tym bardziej nie ma żadnego znaczenia politycznego ani dyplomatycznego jako osoba prywatna. Zatem pojechała z Macierewiczem wyłącznie po to, by olśnić ogłupianą od dawna Polonię, wyciągnąć trochę kasy, oraz pozostawić wrażenie na co głupszych Polakach w Ameryce, jaki to ich zaszczyt kopnął.

Dzisiaj Fotyga – to już nikt. Nie obroniła swojej fałszywej, narzuconej Polakom przez Kaczyńskich, pozycji.

Obroniła za to swoją pozycję i dwadzieścia parę tysięcy złotych miesięcznego wynagrodzenia Zyta Gilowska, oświadczając, że nie zamierza rozjechać ministra Rostowskiego dla przyjemności szeregowego posła Kaczyńskiego, zwłaszcza, gdy usłyszała, że jako pisowska hulajnoga może się rozbić raczej na peowskim czołgu. Czołg okazał się człowiekiem prawa, bowiem minister Rostowski oświadczył, że podebatuje z hulajnogą Gilowską, jeśli zrezygnuje ona z zasiadania w Radzie Polityki Pieniężnej – bo on ręki do łamania prawa nie przyłoży.

Najwidoczniej również inni prawnicy wypowiedzieli się w tej kwestii na tyle jasno, że kluseczki i teczki Kaczyńskiego okazały się niewystarczającym argumentem, by profesor Gilowska uznała, że opłaca jej się skórka za wyprawkę.

Kaczyńskiemu sypie się cała kampania – wszystkie argumenty okazują się strzałem Panu Bogu w okno, na dodatek pistolecik się zacina.

„Wielka nadzieja białych” ekonomista Rybiński, pozornie niezwiązany z PiS, posuwa się do wydumanych kłamstw, bez dowodów, w odniesieniu do otoczenia premiera, równocześnie wyrażając wolę spotkania się z premierem, by mu przekazać to, co dawno powinien przekazać prokuratorowi – oczywiście jeśli mówi prawdę. Powtórzenie tandetnej prowokacji Mariusza Kamińskiego wobec premiera Tuska, wzbudza jedynie śmiech.

Śmiech wzbudza poseł PiS wychwalający Łukaszenkę i uznający wyższość demokracji Białorusi nad demokracją w Polsce – dopełnia tylko żałosnego obrazka zer, których jedyną formą „istnienia białka”, jest bełkotanie powtarzanych po swoim prezesie bredni i kłamstw.

Obserwując kampanię wyborczą PiS – czyli coś czego nie ma, coś, co nie istnieje w żadnym pozytywnym sensie, coś, co jest jedynie negacją wszystkiego i wszystkich – pytam: czy ten Kaczyński jeszcze jest?

LINK

wtorek, 6 września 2011

Ludwik Dorn eunuchem?

Zdaniem Ludwika Dorna, prezes PiS jest "mentalnie i intelektualnie zafascynowany Donaldem Tuskiem".

"Zdaniem Dorna, obecny zespół kierowniczy PiS przypomina sułtana otoczonego przez dwór eunuchów. Jarosław Kaczyński stworzył krąg zaufanych. By do niego trafić, trzeba zdać test na bycie łatwym, a potem jeszcze łatwiejszym - dodał w wywiadzie dla "Dziennika".

LINK

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

European Voice z 31 sierpnia 2006 roku

"European Voice" z 31 sierpnia 2006 roku w artykule Pt. „Polish premier: EU should be military Power” („Polski premier: UE powinna być potęgą militarną”) cytuje wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego m.in. na temat polityki rolnej.

Oto treść:
"„In order to concentrate more on external affairs, Kaczynski said that the EU should restructure its budget and “phase out” agricultural subsidies. He admitted, however, that getting agreement to this as part of the Union’s planned review of spending in 2008-09 would be the “toughest element of the plan”’.

A więc:
"By skoncentrować wysiłki Unii bardziej na sprawach zewnętrznych, Kaczyński stwierdził, że UE powinna zrestrukturyzować swój budżet i „stopniowo wycofywać się” z dopłat rolniczych. Przyznał jednak, że uzyskanie na to zgody w ramach planowanej reformy wydatków Unii w latach 2008-9 będzie „najtrudniejszą częścią planu”.

sobota, 27 sierpnia 2011

Chamska wypowiedz Adama Hofmana o PSL-u

Z PSL-em to jest tak, że te chłopy wyjechali ze swoich miasteczek, wsi, trafili do Warszawy - zdziczeli, zbaranieli: tańczą, śpiewają, głosują za ustawami np. (...) za związkami partnerskimi. Chłopy wyjechały ze wsi i kompletnie im odbiło

czwartek, 25 sierpnia 2011

Wiceszef CBA, Maciej Wąsik ukradł paliwo na stacji!

Były wiceszef Centralnego Biura Antykorupcyjnego i kandydat PiS do Sejmu Maciej Wąsik (42 l.) ukradł paliwo na stacji benzynowej. Zatankował 50 litrów do swojego peugeota i... odjechał bez płacenia. Warszawska policja po przesłuchaniu świadków i Wąsika postanowiła sporządzić do sądu wniosek o ukaranie polityka PiS. W rozmowie z "Super Expressem" polityk PiS tłumaczy się... gapiostwem.

 

Do zdarzenia doszło 6 listopada 2010 r. na stacji paliw przy ul. Powsińskiej na warszawskim
Wilanowie. Wąsik zatankował do swojego auta ok. 50 litrów paliwa za ok. 220 zł. Wszedł do sklepu na stacji, pokręcił się między półkami, kupił m.in. papierosy i… odjechał. Po tym zdarzeniu pracownik stacji Grzegorz Wierzchoń zaalarmował policję.
- W takich przypadkach po kilku minutach w systemie wyświetla się informacja o niezapłaconym paliwie. Natychmiast zawiadamiamy policję i przekazujemy jej nagranie z monitoringu - opowiada Wierzchoń.
Rozpoczęły się poszukiwania wiceszefa CBA. - Komisariat Policji Warszawa Wilanów po zgłoszeniu zawiadomienia o kradzieży paliwa 6 listopada 2010 r. ze stacji przy ul. Powsińskiej prowadził postępowanie wyjaśniające w sprawie o wykroczenie - mówi mł. insp. Maciej Karczyński, rzecznik prasowy komendanta stołecznego policji.

Wąsik kandyduje do Sejmu z PiS-u

Sprawa jednak utknęła w miejscu, bowiem Wąsik nie odbierał wezwań. O tym, że polityk PiS trafił jednak na komisariat, zdecydował przypadek. 10 czerwca br. podczas demonstracji pod Pałacem Prezydenckim policjanci wylegitymowali byłego wiceszefa CBA. Okazało się, że jest poszukiwany.
Na komisariacie Wąsik przyznał się do winy. - Na podstawie zebranych w sprawie materiałów sporządzono do sądu wniosek o ukaranie - dodaje Maciej Karczyński, rzecznik prasowy stołecznej policji. Grozi mu areszt, pozbawienie wolności albo grzywna.
Wczoraj w rozmowie z "Super Expressem" były wiceszef CBA kajał się jak tylko mógł. - Zapłaciłem za inne rzeczy. Zapomniałem o paliwie. Później tego nie sprawdziłem. Jestem gapą, nie złodziejem. Jest mi przykro. Poddam się karze z nawiązką. Zapłacę 500 złotyh - mówi były wiceszef CBA.
O dalszym losie Wąsika zdecyduje sąd... i wyborcy. Kandyduje bowiem do Sejmu. Ma trzecie miejsce na liście PiS w Płocku.


LINK

niedziela, 7 sierpnia 2011

Obchody 67. rocznicy PW. "Kto zarobił na tej polskiej krwi? Żydzi!"

Wczoraj podczas obchodów 67. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego premier Donald Tusk i Władysław Bartoszewski zostali wygwizdani podczas składania kwiatów pod pomnikiem Gloria Victis na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie. Prezesa PiS przywitały gromkie brawa. To jednak nie koniec. Przy wejściu na cmentarz demonstrował Andrzej Zakrzewski z Ruchu Suwerenności Narodu Polskiego, który krzyczał, że to "Żydzi zarobili na polskiej krwi" - pisze "Gazeta Wyborcza".

Zakrzewski "zasłynął" akcją "Wykopmy Geremka z Powązek". Podczas obchodów 67. rocznicy Powstania Warszawskiego postanowił o sobie przypomnieć stojąc z transparentem przy wejściu do Powązek o treści: "Kto zarobił na tej polskiej krwi". I sam odpowiadał na to pytania krzycząc przez megafon: "No kto? Żydzi! Żydokomuna i żydomasoneria". Doszło do szarpaniny z uczestnikami obchodów, musiała interweniować policja.





Doszło także do incydentów politycznych. Choć jak co roku proszono o spokój podczas obchodów, to nic to nie dało. Gdy premier Donald Tusk i Władysław Bartoszewski złożyli już kwiaty pod pomnikiem Gloria Victis, to gdy odchodzili, zostali wygwizdani. Oklaski natomiast dostawali senator PiS Zbigniew Romaszewski oraz prezes PiS Jarosław Kaczyński

W tym roku, w 67. rocznicę godziny "W", rozpoczynającą w Warszawie powstańcze walki, pod pomnikiem stawili się m.in.: premier Donald Tusk, przedstawiciele Kancelarii Prezydenta z jej szefem Jackiem Michałowskim, prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski, prezes Związku Powstańców Warszawskich gen. Zbigniew Ścibor-Rylski, prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Stanisław Oleksiak i prezes Okręgu Warszawa Światowego Związku Żołnierzy AK Stanisław Krakowski. Licznie zgromadzili się kombatanci, harcerze i mieszkańcy miasta.

Po krótkiej modlitwie kompania reprezentacyjna Wojska Polskiego oddała hołd powstańcom trzykrotną salwą honorową. Na zakończenie uroczystości kwiaty i wieńce pod pomnikiem złożyli przedstawiciele m.in. władz państwowych i samorządowych oraz organizacji powstańczych.

LINK

piątek, 5 sierpnia 2011

Szczygło czy Klich? Kto zrezygnował ze szkoleń na symulatorach

- Nie wiadomo dlaczego minister Bogdan Klich zrezygnował ze szkoleń na symulatorach Tupolewa - zastanawiają się "Wiadomości" TVP, z ministrem nie rozmawiając. - Jak minister Klich może nieść takie brzemie? Nie kupił samolotów i równocześnie zaoszczędził na szkoleniach? Co na to premier Tusk - grzmiał w radiu spindoktor PiS Adam Bielan. Ministerstwo Obrony Narodowej prostuje: - Polska zrezygnowała ze szkoleń gdy resortem kierował Aleksander Szczygło.


"Wiadomości" nadały dziś materiał poświęcony tekstowi "Rzeczpospolitej" o 36 Specjalnym Pułku Lotnictwa Transportowego, którego piloci kierowali samolotem, który uderzył w ziemię pod Smoleńskiem. Za głównego winnego kiepskiej sytuacji w pułku i braku odpowiednich szkoleń ("trzydziestokilkuletni dowódcy Tu-154 i ledwie dwóch drugich pilotów to elitarny pułk do wożenia samolotami najważniejszych osób w państwie" - napisała "Rz") uznany został minister Bogdan Klich. "Wiadomości" powołują się też na polityczne oświadczenie partii Polska Plus, w którym czytamy m. in.: "Za katastrofalne oceniamy skutki wynikające z braku nadzoru ministra obrony systemowe zaniedbania w tej specjalnej jednostce sił powietrznych Wojska Polskiego w czasie pełnienia w tej kadencji obowiązków ministra przez pana Bogdana Klicha."

Wiadomości dodały komentarz Tomasza Hypkiego, sekretarza Krajowej Rady Lotnictwa: "W okresie ponad 2 lat rządów Bogdana Klicha w MON w katastrofach lotniczych niezwiązanych z wykonywaniem zadań bojowych zginęło 121 osób, w tym dwaj Prezydenci RP i najwyżsi rangą dowódcy. Ilu ludzi jeszcze zginie, zanim Klich opuści MON?"

Wiadomości z Klichem nie rozmawiały, cytują tylko jego wypowiedź, że "katastrofy zdarzają się na całym świecie". Całe zdanie wygłoszone podczas uroczystości rocznicy katastrofy wojskowej Casy brzmiało: "Tak samo jak wtedy próbuję szukać słów, żeby wyrazić bezkres i rozmiar tej katastrofy. Katastrofy zdarzają się na całym świecie, ale zawsze pozostaje pytanie, czy tak musiało być, czy tak się musiało stać".

Zastanawiają się za to nad dymisją Klicha (wyklucza ją rzecznik rządu Paweł Graś) podsumowują: "Nie wiadomo dlaczego minister Bogdan Klich zrezygnował ze szkoleń na symulatorach Tupolewa. Stało się to 2 lata temu podczas podpisywania nowej umowy serwisowej. Punkt dotyczący szkoleń pominięto od tego czasu pilotom musi wystarczyć trening podczas mniej istotnych lotów".

Wieczorem zareagował na to MON: "W związku z nieprawdziwymi informacjami podanymi przez Wiadomości TVP, w dniu 15.05.2010 o godz. 19.30 informuję, że strona polska zrezygnowała ze szkoleń naszych lotników na symulatorach w Moskwie w kwietniu 2007 r. gdy Ministrem Obrony Narodowej był Aleksander Szczygło" - napisał Janusz Sejmej, rzecznik resortu.

Szkolenia na symulatorach przez całą sobotę lekceważył w wystąpieniach medialnych szef wyszkolenia sił powietrznych Wojska Polskiego generał dywizji Anatol Czaban: One miałyby sens gdyby nasze samoloty Tu były standardowe, takie jak te na jakich latają szkolący się na symulatorach Rosjanie. Tymczasem nasze były wielokrotnie modernizowane i modyfikowane. Szkolenie pilotów polskich Tu na tych symulatorach nie miało żadnego sensu

Z ostatniej chwili: Wiadomości przeprosiły w niedzielę min.Klicha podając, że treningi na symulatorze zatrzymał A.Szczygło.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Największe ucho IV RP

Bogdan Wróblewski
2011-08-04, ostatnia aktualizacja 2011-08-03 21:05

Ponad 6,2 tys. razy Maciej Wąsik jako zastępca byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego podsłuchiwał, o czym rozmawiają Polacy. Najbardziej był ciekawski przed wyborami 2007 r.


Maciej Wąsik, b. wiceszef CBA
Fot. Krzysztof Koch / Agencja Gazeta
Maciej Wąsik, b. wiceszef CBA

Taką informację dostała od obecnego szefostwa CBA sejmowa komisja śledcza ds. nacisków. Potwierdzają ją posłowie z komisji.

O tym, że Maciej Wąsik zainstalował w swoim gabinecie tzw. stanowisko odsłuchowe - specjalną aparaturę umożliwiającą w czasie rzeczywistym (online) podsłuchiwanie inwigilowanych przez CBA Polaków - ujawniliśmy w styczniu 2010 r. Skąd taka pasja u Wąsika, wówczas niespełna 40-letniego archeologa, byłego wiceszefa straży miejskiej, a dziś radnego PiS w Warszawie?

W czerwcu przed komisją naciskową mówił o tym tak: - To był bieżący nadzór nad podległymi funkcjonariuszami. Nadzorowałem pion operacyjny. Wykorzystywałem tę wiedzę do kierowania moimi funkcjonariuszami.

W następnym zdaniu Wąsik dodał: - System, który to umożliwiał, jest w pełni rozliczalny. Można sprawdzić, które obiekty i które rozmowy były przeze mnie odsłuchane.

Komisja naciskowa zapytała więc o to w ostatni piątek szefa CBA Pawła Wojtunika. Szczegółów dotyczących konkretnych podsłuchiwanych osób nie podał. Ale ogólne dane o aktywności podsłuchowej kierownictwa CBA za czasów Mariusza Kamińskiego - tak.

Skala zainteresowania Wąsika poraża. Kamiński logował się do systemu podsłuchowego ledwo kilkanaście razy w ciągu ponad trzech lat kierowania Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Drugi z jego zastępców - kilkadziesiąt razy. A Wąsik - zdaje się - bez słuchawek nie wyobrażał sobie życia.

Jeśli liczbę ponad 6,2 tys. zarejestrowanych wejść Wąsika do systemu podzielić przez nieco ponad trzy lata jego obecności na stanowisku zastępcy szefa CBA (ok. 1,2 tys. dni) daje to cztery, pięć logowań dziennie. Świątek, piątek. Jego teoria o nadzorze - w świetle danych CBA - wydaje się wątła. Funkcjonariusze operacyjni "pracujący" z podsłuchami mają wielokrotnie mniej wejść do systemu niż on.

Jeśli założymy, że Wąsik po każdym logowaniu słuchał rozmów tylko ##przez 10##, to i tak daje to astronomiczne liczby minut, godzin i dni roboczych. Tyle czasu poświęconego na wyławiane korupcyjnych skłonności polityków czy celebrytów. A przecież musiał mieć jeszcze czas na narady z Kamińskim. - Niektóre rozmowy analizowaliśmy w gronie kierownictwa - przyznał Wąsik przed komisją naciskową.

- Albo jest to patologiczna nieufność do swoich podwładnych, albo... - nie kończy zdania Janusz Krasoń (SLD), członek komisji śledczej. Zapowiada, że pasji Wąsika poświęci poczesne miejsce w swoich uwagach do sprawozdania komisji śledczej.

Sprawozdanie przewodniczącego komisji Andrzeja Czumy (PO) poznamy już dziś. - Przygotowałem blisko sto stron autorskiej refleksji - mówi nam Czuma. Szczegółów odmawia. Dodaje tylko: - Widzę głupotę, ignorancję, nie widzę spisków.

Na jednym z ostatnich posiedzeń komisji Czuma deklarował się jeszcze mocniej: - Nie pozwolę z tej komisji uczynić lawety do strzelania do żadnej partii politycznej, zwłaszcza do PiS.

Przypomnijmy, że zadaniem komisji naciskowej było wyświetlenie: czy w okresie rządów PiS dochodziło do nielegalnych nacisków na szefa policji, szefów służb specjalnych, prokuratorów w sprawach z udziałem lub przeciwko członkom Rady Ministrów, posłom i dziennikarzom.

- Nie wykluczam przygotowania odrębnego sprawozdania. Prace komisji były chaotyczne, czasem przypominały teatralną farsę, ale materiał jaki, zgromadziliśmy, potwierdza, że naciski były. Można niektórych liderów PiS pociągnąć do odpowiedzialności konstytucyjnej. Bez wątpienia niektóre osoby powinny odpowiadać karnie. Obawiam się, że poseł Czuma tego nie widzi. Jest miękki. Dlatego nie wykluczam przedstawienia odrębnego sprawozdania - zapowiada Krasoń.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pytanie do posła PiS: Ile trwało Powstanie Warszawskie?



Panie pośle, ile trwało Powstanie Warszawskie? - to pytanie reporterki TOK FM do posła Adama Hofmana. Co odparł polityk Prawa i Sprawiedliwości?

Nieliczni politycy w Sejmie komentowali dziś między innymi inicjatywę ustawodawczą prezydenta, który chce, by pierwszy sierpnia ustanowić Narodowym Dniem Pamięci o Powstaniu Warszawskim.

Kluby popierają tę inicjatywę, choć niektórzy posłowie mają wątpliwości, czy nowe święto to właściwy sposób upamiętnienia tragedii 1944 roku. Wątpliwości nie ma Adam Hofman z PiS - Pierwszego sierpnia należy odłożyć tego typu dywagacje i należy zająć się upamiętnieniem tej heroicznej walki ludzi, którzy nie zastanawiali się czy to dobre, czy nie dobre, tylko jak wywalczyć wolną Polskę - mówił poseł radiu TOK FM. I wtedy padło podchwytliwe pytanie: Ile trwało Powstanie?

- Dwadzieścia osiem dni? Ale proszę nie róbmy takich testów, bo to nic nie daje - zirytował się poseł Adam Hofman.

LINK

sobota, 30 lipca 2011

Kielce, obudźcie się!

Andrzej Nowak
2011-07-17, ostatnia aktualizacja 2011-07-18 14:59

Po powrocie z biura Artur powiedział, że chcą go zwolnić. Potem już nie odbierał telefonów
Chcą głów, to moja powinna starczyć" - napisał w pożegnalnym liście do kolegów. Kilkanaście godzin przed zaciśnięciem sobie pętli na szyi stawił się na wezwanie w oddziale regionalnym Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Kielcach.

Chociaż od śmierci 32-letniego Artura Padalca, pracownika ARiMR, minie w październiku pięć lat, nie zdołano ustalić, kto go wezwał i co takiego usłyszał, że zdecydował się na ostateczny krok. Jego śmierć spowodowała jedno: pracownicy zaczęli otwarcie mówić o atmosferze panującej w Agencji. Ruszyła lawina skarg i żalów. Ludzie opowiadali o znęcaniu się psychicznym, terroryzowaniu, wpływaniu na ich postawy, wypowiedzi i decyzje. Doprowadziło to do wielkiej sprawy o mobbing, którą po ponad 60 rozprawach i przesłuchaniu kilkudziesięciu świadków zakończy niebawem Sąd Rejonowy w Kielcach.

Nagłe wezwanie

- Nigdy nie pogodzę się ze śmiercią syna - mówi Jan Padalec z Ćmielowa koło Ostrowca Świętokrzyskiego. - Najgorsze, co może spotkać rodzica, to pochowanie własnego dziecka. Chłopak nie powinien pchać się w to środowisko. To świat nie dla niego. Za bardzo był wrażliwy.

Artur Padalec pracował w ostrowieckim biurze ARiMR. Dzień przed tragedią udzielał jeszcze porad rolnikom w Bałtowie. To tam odebrał telefon, że natychmiast ma się stawić w Kielcach. Podobno zrobił się blady, wystraszony. Zostawił papiery i wsiadł do samochodu. - Nawet nie wiedziałabym o jego wyjeździe, gdyby z Bałtowa nie wpadł po drodze do biura i nie spytał, czy zabrać raporty do Kielc - pamięta ostatnie spotkanie z Arturem jego koleżanka z pracy Renata Bera.

Przypuszcza, że wezwać mógł go kierownik, naczelnik albo dyrektor. To nie mogła być osoba przypadkowa. Sama kiedyś była wezwana przez panią z kadr, a okazało się, że ma iść na rozmowę do dyrektorki. Tak samo mogło być z Arturem. Zresztą był osobą dość charakterystyczną, potężnej budowy, o mocnym zaroście. Dziwne, że nikt w Kielcach nie pamięta, u kogo był feralnego dnia. - To niemożliwe - uważa Renata Bera.

- Nie mogę powiedzieć, że wchodził do dyrektorki, bo tego nie widziałem - mówi Marcin Chłodnicki ze związków zawodowych ARiMR. - Tego dnia był jednak w sekretariacie, a to by oznaczało, że czeka na przyjęcie. Ciekawe, że ci, którzy z nim wtedy rozmawiali, nie chcą o tym opowiadać. Niektórzy awansowali do Warszawy i milczą.

Po powrocie z Kielc Artur Padalec to był już inny człowiek. Jednej z koleżanek powiedział podobno, że chcą go zwolnić. Potem już nie odbierał od nikogo telefonów. Zapewne wyłączył komórkę. Następnego dnia rano samochód stał przed domem. Babcia Artura zdziwiła się, bo wnuczek codziennie o tej porze był już w pracy. Zaczęła go wołać, szukać. Rozejrzała się po podwórku, nigdzie się nie kręcił. Weszła w końcu do komórki na węgiel. Panował tam półmrok, ale w samym rogu dostrzegła postać opartą o ścianę. - Czego mnie tu straszysz? - spytała. Żadnej odpowiedzi.

Podeszła bliżej. Wnuk miał zawinięte rękawy u koszuli. Wzięła go za rękę. Była zimna jak lód. Musiał wisieć kilka godzin. Nad samym betonem. Widać było ślady, jakby czubkami stóp starał się dotknąć do podłoża.

Biurka do przeglądu

Ojciec Artura po raz kolejny analizuje zachowanie syna tuż przed śmiercią. Widać było, że coś go gnębi, że czymś się gryzie. - Byłem wtedy u córki w Świnoujściu - wspomina. Miałem wrócić za cztery, pięć dni. Coś mi mówiło, że źle się dzieje. Może matce by się zwierzył, ale ona nie żyła wtedy od dwóch lat. Nie miał się komu wyżalić.

Ze słów syna wnioskował, że atmosfera w pracy popsuła się, gdy w marcu 2006 roku oddziałem ARiMR w Kielcach zaczęła kierować Iwona Jakubowska. - Opowiadał mi, że zginęły gdzieś cztery wnioski rolników z gminy Bałtów o dopłaty unijne - opowiada Jan Padalec. - On je przyjmował i zostały zarejestrowane. Raptem nie wiadomo, co się z nimi stało. Przepadły jak kamień w wodę. To był cień na jego honorze, bo uważany był za wzorowego pracownika. A tu chcieli go zgnoić, zniszczyć, ośmieszyć. Komuś na tym zależało. Po śmierci papiery się znalazły, ale nikt nie wie, gdzie się znajdowały. To była jakaś celowa robota. Miało być wszczęte śledztwo. Nie zostało.

Kiedyś Artur opowiadał ojcu, jak osoba wyznaczona przez Iwonę Jakubowską sprawdzała porządek na jego biurku, wysunęła szufladę. Chciała się przypodobać przełożonej.

W rozmowie z Wojciechem Gajewskim, kolegą Artura z pracy, też pojawia się ten wątek: - Był oburzony tym, że ktoś robił zdjęcia jego szafek, zaglądał mu do szuflady. W jakim celu to robiono?

Na rozprawach dyrektorka Iwona Jakubowska tłumaczyła, że zdjęcia robiono, bo miał być przeprowadzony remont. Ale co remont miał wspólnego ze zdjęciami biurek i zawartością szuflad?

Każdy chciał do pana z bródką

Robotę miał żmudną i monotonną, ale wykonywał ją starannie. Jeździł po wsiach. Zajmował się identyfikacją i rejestracją zwierząt. - Dzień dobry, panie Arturze! - witali go wszędzie chłopi.

Miał z tego trochę satysfakcji, bo każdy chciał być jego znajomym. Cieszył się, że może pomagać ludziom. Kiedyś przyjechał do biura rolnik z Okoła i pytał o Artura. Z nikim innym nie chciał załatwiać sprawy. Swojego ulubionego urzędnika nie zastał, więc przyjechał na drugi dzień.

Artur nie liczył czasu, który poświęcał pracy. Jeździł wieczorami. Do domu wracał czasami o dwunastej, pierwszej w nocy. Zawsze miał coś do wprowadzenia w komputerze. Przyjeżdżał na obiad po południu. Zjadł coś, poleżał trochę i dalej jechał. "Artek, co ty, w kołchozie pracujesz!" - denerwował się ojciec.

Renata Bera pamięta, jak zmieniono mu stanowisko pracy. Przyjmował rolników na parterze, a potem kierownictwo przeniosło go do pokoju na piętrze, gdzie kontakt z ludźmi miał ograniczony. - On to bardzo przeżył, bo lubił rozmawiać z rolnikami - opowiada. - Każdy chciał do pana Artura. Jak ktoś nie pamiętał imienia i nazwiska, to mówił, że chce do pana z bródką. Bo Artur był rzetelny, obowiązkowy, starał się do końca sprawę załatwić. Jeśli ktoś dokumentów nie przyniósł, potem mógł dowieźć. Był takim gospodarzem w biurze. Jak śnieg spadł, to on odśnieżał, sople strącał.

- On żył rolnictwem, pochodził ze wsi i ta tematyka była mu bliska - wspomina Jolanta Krzykawska, koleżanka jeszcze z Technikum Rolniczego w Bałtowie, pracownica Agencji. - Jako pracownik wypełniał misję. Zachowywał się nie jak urzędnik, ale rolnik. Chłopi to czuli i szybko się z nim zaprzyjaźniali. Zawsze służył im pomocą, był przystępny, z każdym umiał się porozumieć.

- Miał dobre podejście do ludzi - potwierdza Wojciech Gajewski. - Prowadził małe gospodarstwo, znał problemy wsi, umiał nawiązać kontakt z rolnikami. I cieszył się z pracy.

Nawet przed śmiercią myślał o ludziach, z którymi się spotykał. W zostawionym liście napisał: "Serdeczne podziękowania za czteroletnią współpracę burmistrzom, wójtom, sołtysom, pracownikom Ośrodka Doradztwa Rolniczego, a przede wszystkim rolnikom powiatu ostrowieckiego. Jeśli miałem okazję kiedyś pomóc, to jest mi miło. A jeśli coś nie wyszło, to przepraszam".

A mógł zrobić naukową karierę

Ojciec mówi, że Artur nie potrafił pogodzić się ze zmianami w Agencji. Uważał, że wiedza, doświadczenie, umiejętności są najważniejsze, a nie stosunki towarzyskie czy polityczne.

- Zootechnikę na Akademii Rolniczej w Lublinie skończył jako prymus - opowiada ojciec. - Dostał listy pochwalne od rektora i wojewody lubelskiego.

Przez rok pracował na uczelni, prowadził zajęcia ze studentami. Przygotowywał się do doktoratu. Mógł robić karierę naukową. Ale zarobki były niskie i postanowił wrócić do Ćmielowa. - Pochopnie postąpił - mówi ojciec. - Z tytułem doktora wszędzie znalazłby pracę. Jeden z profesorów jeszcze namawiał go do powrotu.

Skrzydlate hobby

Rozmawiałem z Arturem Padalcem na pół roku przed jego śmiercią. Znajomi przedstawili mi go jako człowieka z wielką pasją. Napisałem wtedy o nim reportaż. Nie przypuszczałem, że kilka miesięcy później będę pisał o jego śmierci.

Artur był wiceprezesem Świętokrzyskiego Związku Hodowców Gołębi, Drobiu Ozdobnego i Ptaków Egzotycznych. Ozdobą jego hodowli był gołąb budapeszteński białotarczowy, rzadki okaz w Polsce, pawik, dawniej hodowany na dworach szlacheckich. Starą rasę reprezentował ryś polski.

- Stare rasy polskie zanikały, jednak dzięki takim ludziom jak Artur były odtwarzane - powtarzają hodowcy. - Zresztą jako zootechnik służył nam wszystkim radą. Mógł dużo osiągnąć.

Obudźcie się, wszyscy uciskani

Nie miał stanów depresyjnych. Nie leczył się. Nigdy wcześniej nie zdradzał żadnych objawów samobójczych. - Każdy się dziwił, dlaczego to zrobił - mówi ojciec Artura.

Po tragicznym zdarzeniu na stronach internetowych (np. www.gazeta.pl) pojawiły się wpisy: "Kochani! Jego śmierć nie może iść na marne. Obudźcie się wreszcie, wszyscy uciskani. Artur jasno daje nam do zrozumienia, że przez swój czyn chce zmienić sytuację. Taka jest jego wola. To jest jego testament! Dołóżmy wszelkich starań, aby ten tragiczny testament został wypełniony! Nie bójmy się tego uczynić! Wypowiedzmy walkę demonom".

- Sprawa o mobbing wyszła po śmierci Artura, wcześniej nikt się na to nie odważył - mówi Renata Bera. - Widzieliśmy w telewizji lokalnej, jak pani dyrektor pojawiała się w towarzystwie z posłem Przemysławem Gosiewskim. Była pewna swego stanowiska. Została dyrektorem Agencji, by zrobić porządki. Tu chodziło o to, by zatrudnionych w poprzednim okresie ludzi zastraszyć, zwolnić lub doprowadzić do tego, by sami odeszli. Polityka wmieszała się do spraw Agencji.

Po samobójstwie Artura pracownicy zaczęli głośno mówić, zwłaszcza ci w Kielcach, którzy na co dzień pracowali z Iwoną Jakubowską. - I tak doszłoby do tego - uważa Wojciech Gajewski. - Był za duży nacisk psychiczny na ludzi. Artur po prostu pękł pierwszy. Był pierwszą kostką domina.

Jeszcze przed śmiercią Artura wiele osób zwalniało się z pracy, chociaż w Kielcach było o nią trudno. - Szefowie otrzymywali polecenia, by podnieść wydajność - opowiada Wojciech Gajewski. - Zakładali cele do wykonania. A przecież w tym całym mechanizmie są ludzie. Wszystko się dzieje poprzez drobne jednostki. Ktoś tutaj zapomniał, że ludzie mają swoją wytrzymałość psychiczną. Artur nie popełnił przecież przestępstwa, że tak musiało się to skończyć.

Poniżani i zastraszani

Ciągnący się od 2008 roku w kieleckim sądzie proces o mobbing może zakończyć się 20 lipca. Prokurator Andrzej Woźniak dla głównej oskarżonej Iwony Jakubowskiej zażądał dwóch lat pozbawienia wolności z zawieszeniem na trzy lata i trzyletniego zakazu pełnienia funkcji kierowniczych w administracji i instytucjach państwowych.

- Chcę, byśmy pamiętali, że w tle tych wszystkich wydarzeń była tragiczna śmierć pracownika - podkreśla prokurator . - Naruszenie praw pracowniczych trwało od marca do października 2006 roku, do chwili samobójstwa.

Na korytarzu sądowym wiele osób zastanawia się, dlaczego Jakubowska tak traktowała swoich pracowników. - Chciała wykazać się przed przełożonymi - przypuszcza Marcin Chłodnicki ze związków zawodowych ARiMR. - To było dla niej zepchnięcie na prowincję, a ona liczyła na funkcję w centrali. Chciała więc się przypodobać. To dla niej miała być trampolina do dalszych awansów.

Marcin Chłodnicki pamięta, jak Sylwester Banaś, ówczesny wojewoda i senator z listy PiS, powiedział, że pracownicy Agencji mówią o mobbingu, bo nie chce się im pracować. - Dotychczas nie przeprosił nas za te słowa - nie ukrywa rozżalenia. - Ludziom z PiS w głowach się wtedy przewróciło, bo byli pewni zwycięstwa, dalszych swoich rządów. A zwycięzców się nie sądzi.

Rafał Borkowski, inny pracownik Agencji, przypomina, że w czasach rządów PiS do kieleckiego oddziału ARiMR przyszło 12 nowych kierowników biur powiatowych (na 13 istniejących w województwie).

Marcin Chłodnicki pamięta pierwszą rozmowę z szefową. Weszła do jego pokoju i spytała go, czym się zajmuje. Gdy usłyszała, że odwołaniami od decyzji, powiedziała, że to samo robiła w Warszawie. Ucieszył się, że będzie miał wspólny temat z panią dyrektor. Ona jednak nie podzielała jego radości, wręcz stwierdziła, że nie wiadomo, czy się będzie cieszył, gdy "ona mu pokaże". - Jaki z niej człowiek - zastanawia się Chłodnicki. - Nawet mnie nie poznała i od razu stwierdziła, że nie będzie dobrze, tylko źle.

- Mobbing był po to, by zrobić jak najwięcej wolnych miejsc dla swoich ludzi z partii - uważa Mariusz Czernic, który twierdzi, że Iwona Jakubowska zmusiła go do podpisania wypowiedzenia dzień przed samobójstwem Artura. - Nie chodziło o żadne wprowadzanie dyscypliny, tylko o pognębienie, sponiewieranie ludzi.

Ucieczka na zwolnienia

Pracownicy Agencji podają całą masę zachowań Jakubowskiej, które świadczą o mobbingu wobec nich i ich kolegów i koleżanek.

Jeden z pracowników przyszedł do sekretariatu, usłyszał, że ma iść do swojego pokoju i czekać na telefon. Ledwie siadł, telefon zadzwonił, że może już przyjść. Przyszedł i usłyszał, że znowu ma wracać do pokoju. I tak cztery razy.

- Ośmieliłem się usiąść w gabinecie dyrektorki. Dostałem burę, że siadam - opowiada pracownik odpowiedzialny za szkolenia i marketing. - Kiedy stałem, usłyszałem wymówkę, dlaczego tak stoję. Jak patrzyłem na nią, pytała, co się tak gapię. Jak odwracałem wzrok, zwracała uwagę, żebym jej patrzył w oczy. Jak zamknąłem drzwi, zostałem zrugany, że trzaskam.

Podwładni opowiadają, że Iwona Jakubowska niszczyła dostarczane przez nich dokumenty. Chwaliła się znajomościami w prokuraturze i służbach specjalnych. Mówiła, że nie ma od niej lepszego prawnika w promieniu 100 kilometrów. Bezustannie powoływała się na Przemysława Gosiewskiego. Groziła, że wykryje w biurze wszystkie nieprawidłowości. Podczas zebrania jednego z pracowników doprowadziła wręcz do płaczu. Kilka osób musiało skorzystać z pomocy psychiatry, kilkanaście ratowało się ucieczką na zwolnienie lekarskie, inni szukali nowej pracy.

- Miałam kontakt z dyrektorką wielokrotnie. To były stresujące spotkania - mówi Renata Bera. - Mam męża, dzieci, wypłakałam się w domu, wygadałam. Najbliżsi bardzo mi pomogli. Artur był niezwykle opanowany, spokojny. Wewnętrznie na pewno przeżywał, na zewnątrz nie wykazywał emocji. W końcu nie wytrzymał napięcia.

Bajka o złej królowej

Iwona Jakubowska do ARiMR została oddelegowana przez PiS, była protegowaną posła, potem wicepremiera Przemysława Gosiewskiego. Wcześniej, od 1983 roku, przez 20 lat kierowała oddziałem Zakładu Ubezpieczeń Społecznych w Ostrowcu Świętokrzyskim. Od marca do grudnia 2006 roku była dyrektorem ARiMR w Kielcach. Przewodniczyła także radzie nadzorczej Radia Kielce. Po samobójstwie pracownika i rozpętaniu się afery o mobbing odeszła z ARiMR i pracowała w Urzędzie Rady Ministrów, w kancelarii premiera Jarosława Kaczyńskiego.

Zarówno sama oskarżona, jak i jej adwokat Andrzej Lew-Mirski całkiem inaczej interpretują to, co działo się w Agencji. - Słuchając wypowiedzi prokuratora, odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z bajką - mówi adwokat. - Z jednej strony zła królowa, z drugiej bardzo dobrzy poddani.

Jego zdaniem nie miało tu miejsca złe kierowanie zakładem pracy. - Agencja była na szarym końcu, potem znalazła się w czołówce, na pierwszym miejscu. Pani Jakubowska osiągnęła określony efekt - mówi.

Adwokat twierdzi, że nie podano żadnego bezstronnego przykładu mobbingu, bo przecież przełożony ma prawo udzielać kar, nagan, ale i nagród, pochwał. - W tej firmie zmieniło się wszystko po przyjściu Jakubowskiej. Ludzie naprawdę zaczęli pracować - twierdzi. Uważa, że z zebranych materiałów wynika jedynie obraz surowego zwierzchnika, który wprowadza dyscyplinę pracy i osiąga wyniki. Może zbyt surowego, ale z sukcesami. - Owszem, nie efekt się liczy, ale relacje, które powinny być właściwe - przyznaje. - Nie twierdzę, że były idealne, ale także były dalekie od czarnego obrazu, który przedstawili pracownicy. Prokurator chce kary. Ale musimy spytać, czy za metodę, czy za efekt. Bo za efekt, który był dobry, Jakubowska otrzymała nagrodę od Prezydenta RP.

- Doznałam wiele krzywdy - mówi mi po wyjściu z sali rozpraw Iwona Jakubowska. - Media przypuściły brutalny atak. A nikt nie poprosił mnie o wypowiedź. Za ciężką pracę taką otrzymałam podziękę. A nikomu nie zrobiłam krzywdy. Nie wprowadzałam nawet swoich sekretarek. To wszystko jest niczym "Proces" Kafki.

W ostrowieckim biurze jej zdaniem było bagno, zaległości w pracy. I nigdy media rzetelnie o tym nie napisały. - Byłam dobra dla ludzi, ale niechciana - uważa. - Nie pochodziłam z układu. Jestem kojarzona ze sprawą, z którą nie miałam nic wspólnego, z samobójstwem Artura Padalca. Nigdy z człowiekiem nie rozmawiałam i nigdy nie widziałam go na oczy. Cała ta sprawa to określony kontekst, określony trend.

Jakubowska przerywa na chwilę rozmowę, bo męczy ją nadciśnienie. - Cud, że to wszystko przeżyłam - wyznaje. - Jestem osobą wrażliwą. Nie spodziewałam się, że tak będzie. Człowiek, który idzie prostą drogą, dostaje po grzbiecie. Nikogo nie obraziłam w swoim życiu. Wyrządzono mi zło. Dlaczego?

Zapowiada, że będzie skarżyła media, bo informacje o niej były jednostronne, nieprawdziwe, niesprawdzone. Wydano na nią wyrok, chociaż sąd jeszcze tego nie dokonał.

Pijak i menel?

- Pogrzeb był olbrzymi, przybyło sporo narodu - wspomina Jan Padalec. - Nad trumną przemawiało kilka osób. Każdy obiecywał: wyjaśnimy, kto, po co, dlaczego. Ale potem niektórzy jeszcze chcieli winę zrzucić na Artura.

Do dzisiaj nie może się uspokoić, gdy mówi, jak poseł Przemysław Gosiewski obraził pamięć syna. Zachowały się archiwalne nagrania z Radia Kielce. - Zrobił z niego pijaka, menela. A przecież nikt nie widział Artura pijanego.

Nieżyjący już poseł Leszek Bugaj wspólnie z mecenasem Henrykiem Szymczykiem przygotowywał nawet pozew przeciwko Gosiewskiemu. - Ale wszystko rozeszło się po kościach - mówi Jan Padalec. - Gosiewski wycofał się okrakiem z tej wypowiedzi. A przecież i on miał udział w całej sprawie. To dzięki jego wpływom Jakubowska została dyrektorem i zdobyła olbrzymią władzę.

Ojciec Artura ma nadzieję, że sprawiedliwość dosięgnie tych, którzy skrzywdzili jego syna. Śledztwo w sprawie jego śmierci prowadziła Prokuratura Rejonowa Kielce-Zachód. Jednak umorzyła je po kilku miesiącach od zdarzenia.

- Tamta sprawa musiała tak się zakończyć, bo rozpatrywano ją w kategorii czynu za namową - uważają koledzy Artura. - Ale znęcanie się nad człowiekiem do tego stopnia, że targa się na swoje życie, to byłoby do udowodnienia.

Kielce: wyrok za mobbing

Agnieszka Drabikowska, Kielce
2011-07-28, ostatnia aktualizacja 2011-07-27 19:45

- To był mobbing w najczystszej postaci - stwierdził w środę sąd w uzasadnieniu wyroku skazującego Iwonę J., byłą dyrektorkę Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Kielcach, pracownicę kancelarii premiera za rządów PiS.

Była dyrektor otrzymała 1,5 roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata oraz dwuletni zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych w administracji publicznej. Sąd zgodził się z ustaleniami prokuratury, która oskarżyła Iwonę J. o "uporczywe i złośliwe łamanie praw pracowniczych". Przypomniał, jak oskarżona zwracała się do swoich podwładnych: "Ty jesteś jakiś nienormalny", "Jesteś kłamcą, zerem, śmierdzielem", "Wy głąby z Akademii Świętokrzyskiej". J. krzyczała na podwładnych, zmuszała ich do pracy po godzinach, upokarzała, straszyła zwolnieniem, prokuraturą i ABW. - Wielu pracowników zaczęło korzystać z pomocy psychiatry, brało leki uspokajające - mówił sędzia Łukasz Sadkowski.

Iwona J. została dyrektorem oddziału ARiMR w marcu 2006 r. z nadania PiS. Odeszła stamtąd pod koniec listopada 2006 r., kilka tygodni po samobójczej śmierci pracownika biura powiatowego w Ostrowcu Artura Padalca. W pożegnalnych listach obwinił on za swoją śmierć zwierzchników. Wielu pracowników zdecydowało się wówczas ujawnić, co działo się w Agencji.

Podczas procesu J. nie przyznawała się do winy. Żaliła się, że stała się ofiarą nagonki medialnej oraz zmowy politycznej. - Nie znajduje to potwierdzenia w rzeczywistości. Przeciwnie, to ona powoływała się na znajomość z "Przemkiem" [Przemysławem Gosiewskim] i jego żoną - podkreślił sędzia Sadkowski.

Wyrok nie jest prawomocny.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Nasze gwiazdy "Szkła Kontaktowego" (wideo)

Wątpliwą gwiazdą czwartkowego posiedzenia Sejmu, a w konsekwencji wieczornego programu "Szkło kontaktowe" stała się świętokrzyska posłanka Maria Zuba. Na zakończenie obrad wystąpiła z żądaniem unieważnienia przysięgi prezydenta Bronisława Komorowskiego, bo ten popełnił pomyłkę przy jej składaniu.

Nasze gwiazdy "Szkła Kontaktowego" - 17 08 10 from TV Dami Skarżysko on Vimeo.



Otóż zamiast sformułowania, że "dobro Ojczyzny oraz pomyślność obywateli będą dla mnie zawsze najwyższym nakazem" powiedział on "dobrość Ojczyzny". Pikanterii sprawie dodaje fakt, że sama w tym wystąpieniu z marszałka Senatu Bogdana Borusewicza zrobiła Bogusława Borusiewicza . Przysięga prezydenta Komorowskiego jest ważna. Konstytucjonaliści oraz profesorowie uniwersyteccy, jednoznacznie wypowiadają się, że pomyłka językowa prezydenta Komorowskiego to "lapsus językowy", który w żaden sposób nie wypacza sensu przysięgi.

Maria Zuba to druga postać związana z Prawem i Sprawiedliowością, która zagościła w popularnym programie stacji TVN 24, uprzedził ją radny miejski Prawa i Sprawiedliwości Stanisław Szymonik, który po wielu miesiącach pracy w lokalnym samorządzie podzielił się z mieszkańcami miasta za pośrednictwem własnej strony internetowej refleksją o następującej treści: "Nie będę przytaczał Państwu moich osiągnięć na polu społecznym czy innym, ponieważ ich nie posiadam. Z jakiej przyczyny ich nie posiadam. Otóż bardzo późno odkryłem u siebie to, że posiadam zdolności o bardzo szerokim polu działania,czy to z dziedziny organizacyjnej, ekonomicznej, techniki, a przede wszystkim obdarzony zostałem nadmierną wrażliwością na czynniki społeczne, nurtujące nasze społeczeństwo zarówno w skali lokalnej, jak i ogólnonarodowej. Bardzo lubię historię, literaturę i muzykę klasyczną. Posiadam wykształcenie wyższe techniczne oraz dwa oddzielne fakultety dwóch różnych uczelni, jest to jedyne moje osiągnięcie. Bardzo przepraszam Państwa, że aż dwa lata musieli Państwo czekać na to moje odkrycie się przed Państwem".

Koniec końców: skarżyski radny powinien zostać premierem - tak oświadczyli komentatorzy telewizyjnego programu "Szkło kontaktowe”, po zaprezentowaniu tego komunikatu. Jak nie trudno się domyślać wystąpienie tej treści ze strony internetowej radnego znikło. Dla odmiany później namawiał do dyskusji. Cytujemy: "Myślę, że włączą się Państwo aktywnie do dyskusji na tej stronie internetowej. Będzie to dyskusja dobra dla nas i naszego miasta. Tylko aktywna forma dyskusji pozwoli nam na zdobywanie doświadczeń, poznawanie siebie, problemów miasta, które są naszymi problemami. Ja natomiast Państwu przyrzekam, że te nasze wspólne problemy, które ukażą się na tej stronie internetowej, będę przedstawiał do dyskusji Radzie Miasta.

Obecnie strona internetowa radnego jest w przebudowie, możliwe, że jeszcze czymś nas zaskoczy. Cóż problemy zawsze warto rozwiązywać, a polityczny serial, ten w Sejmie, pod krzyżem i w Skarżysku trwa.

autor: Jacek Kurpeta / jkurpeta@tvskarzysko.pl

LINK

piątek, 22 lipca 2011

Pytanie do posła Mularczyka

Jak pan nazwie panie pośle działania PiS z 2006 roku?

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk w "Polskim Punkcie Widzenia" w Telewizji Trwam ochoczo wyliczał grzechy Trybunału Konstytucyjnego, który w środę orzekał w sprawie kodeksu wyborczego. Wyjaśniał widzom, że najcięższy polega na tym, że TK wydał orzeczenie pół roku przed wyborami, bo takich rzeczy przecież się nie robi. Trybunał powinien, według polityka PiS, w całości uchylić kodeks wyborczy, tak by żadne zmiany nie były teraz możliwe. - TK nie uchylając w całości kodeksu, złamał swoją zasadę, to pogwałcenie elementarnych zasad państwa demokratycznego - przekonywał widzów telewizji o. Tadeusza Rydzyka.

A mnie zainspirował do zadania pytania. Jak nazwać działania PiS z 2006 roku, gdy jego partia zmieniła ordynację wyborczą wprowadzając do niej twór zwany blokowaniem list, by zawładnąć województwami, miastami i gminami?

Ponieważ poseł Mularczyk nie zasiadał wówczas w sejmowej komisji samorządu terytorialnego, która wprowadzała zmiany, przypomnę mu jak to wyglądało. Tak, by łatwiej mógł mi odpowiedzieć na pytanie.

Plan nie był łatwy mimo, że PiS, LPR i Samoobrona miały wówczas sejmową większość. By się powiódł, najpierw PiS musiał przejąć sejmową komisję samorządu terytorialnego. Szefował jej wówczas Waldemar Pawlak nieprzychylny blokowaniu list. Zapadła decyzja, by go odwołać. Dlatego w ciągu jednego dnia, do wcale nie najpopularniejszej komisji, zapisało się 30 posłów z koalicji. A ta od razu stała się największą w Sejmie (Dwa miesiące później większość posłów się wypisała). Pawlaka zastąpił Dawid Jackiewicz z PiS. Ówczesna opozycja (PO, PSL) mówiła wówczas: - To dyktatura. Koalicja odpowiadała: - To demokracja.

A w pięcioosobowym prezydium komisji zasiadał zaledwie jeden przedstawiciel opozycji.

Był sierpień 2006 roku. We wrześniu ustawa leżała już na biurku prezydenta Lecha Kaczyńskiego, czekając na jego podpis. W listopadzie PiS, LPR i Samoobrona zgrupowały swoje listy wyborcze i wystartowały w wyborach samorządowych. Blokowanie list nie bardzo im pomogło w wyborczym sukcesie.

Jak pan to nazwie panie pośle?

LINK

Lot do Gruzji (zapytanie Gosiewskiego)

Zapytanie nr 2496

do ministra obrony narodowej

w sprawie odznaczenia pilota prezydenckiego samolotu, kpt. Grzegorza Pietruczuka, srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności

Uzasadnienie

Według informacji prasowych i wywiadu, jakiego szef MON udzielił dla Radia Zet 19 września br., kpt. Grzegorz Pietruczuk został odznaczony srebrnym krzyżem za zasługi dla obronności. Wedle słów szefa MON pilot otrzymał medal za ˝przestrzeganie procedur i poczucie odpowiedzialności za bezpieczeństwo czterech prezydentów na pokładzie˝. Ministrowi chodziło o lot, jaki wykonał prezydencki TU-154 na Kaukaz 12 sierpnia br. Planowo samolot miał lądować w Azerbejdżanie w Ganji, ale prezydent RP podjął decyzję o locie do Tbilisi. Pilot odmówił zmiany kierunku lotu. Decyzja pilota doprowadziła do licznych komplikacji w wizycie czterech prezydentów w Gruzji. Przejazd drogą do Tbilisi był bardzo niebezpieczny i sprowadzał realne zagrożenie dla osób w nim uczestniczących. Według doniesień medialnych obawy pilota o stan techniczny lotniska w Tbilisi były całkowicie nieuzasadnione i można było na nim bezpiecznie wylądować.

Proszę wobec tego Pana Ministra o odpowiedzi na następujące pytania:

1. Czy pilot ma prawo odmówić wykonania rozkazu zwierzchnika Sił Zbrojnych RP?

2. Czy odznaczenie pilota za de facto zaniechanie działania tak wysokim odznaczeniem państwowym jest zgodne z obowiązującymi procedurami?

3. Czy Minister, podejmując decyzję o odznaczeniu, chciał pokazać, iż będzie premiował w przyszłości przypadki niesubordynacji, tchórzostwa i odmawiania wykonywania rozkazów?

4. Czemu sprawa odznaczenia pilota została tak nagłośniona w mediach przez szefa MON? Czy był to kolejny element prowokacyjnej polityki rządu wobec prezydenta RP?

5. Czy zbadano przebieg wydarzeń w kabinie pilotów i zgodność podejmowanych przez nich decyzji z obowiązującymi procedurami? Jakie są wnioski z tej kontroli?

6. Czemu szef MON nie odznaczył innych członków załogi?

7. Jak MON zamierza reagować, jeśli w przyszłości będą powtarzać się tego typu przypadki odmawiania zmiany kierunku lotu?

Z wyrazami szacunku

Poseł Przemysław Gosiewski

Kielce, dnia 23 września 2008 r.

LINK

czwartek, 21 lipca 2011

Jak głosował sejm nad Kodeksem wyborczym

GŁOSOWANIE Nr 60 - POSIEDZENIE 79.
Dnia 03-12-2010 Godz. 09:57
Pkt 3. porz. dzien. Sprawozdanie Komisji o projekcie ustawy - Przepisy wprowadzające ustawę - Kodeks wyborczy
Głosowanie nad przyjęciem w całości projektu ustawy Przepisy wprowadzające ustawę Kodeks wyborczy, w brzmieniu proponowanym przez Komisję Nadzwyczajną, wraz z przyjętą poprawką
Głosowało - 426 Za - 426 Przeciw - 0 Wstrzymało się - 0 Nie głosowało - 31

Klub/Koło Liczebność Głosowało Za Przeciw Wstrzymało się Nie głosowało
PO 202 186 186 - - 16
PiS 148 143 143 - - 5
SLD 44 40 40 - - 4
PSL 31 28 28 - - 3
PJN 15 15 15 - - -
niez. 10 8 8 - - 2
SDPL 4 3 3 - - 1
DKP_SD 3 3 3 - - -



LINK

wtorek, 19 lipca 2011

Fatalna pomyłka przy liczeniu głosów. Wola niebios?

- To niebo zadziałało - tak mąż zaufania PiS tłumaczy fatalną pomyłkę komisji na Bemowie, która odwrotnie spisała wyniki dogrywki wyborów prezydenckich. Ludzie głosowali tam głównie na Bronisława Komorowskiego, ale protokół mówi o miażdżącym zwycięstwie jego konkurenta


W nowych blokach na osiedlu Górce na Bemowie od lat wygrywa Platforma Obywatelska. W Szkole Podstawowej nr 82 przy ul. Górczewskiej (komisja obwodowa nr 759) głosują głównie ludzie młodzi. W Warszawie to elektorat partii Tuska. W pierwszej turze wynik nikogo nie zaskoczył: Jarosław Kaczyński dostał tu 219 głosów, Komorowski - 545.

Śledztwo w schronie

W dogrywce, jak można było wyczytać z dokumentów, nastąpił niespodziewany zwrot. Kandydata PO poparło zaledwie 246 mieszkańców, a jego konkurenta z PiS - aż 681.

- Dzień po wyborach przeglądałem wyniki z naszej dzielnicy. Nagle zobaczyłem, że w jednej komisji na Górcach Kaczyński dostał ponad 70 proc. głosów. Byłem w szoku, bo PiS ma tam zawsze małe poparcie - opowiada Krzysztof Zygrzak, rzecznik Bemowa.

Zaniepokojony, wszczął lokalne śledztwo. Urzędnicy zeszli do schronu urzędu dzielnicy, w którym przechowywane są worki z kartami do głosowania. Gdy je rozpakowali, wszystko stało się jasne: głosy policzono poprawnie, ale komisja odwrotnie wpisała wyniki do protokołu. To Bronisław Komorowski dostał o 435 głosów więcej od Jarosława Kaczyńskiego.

Dokument podpisało dziewięcioro członków komisji. Wyniki wywiesili też na drzwiach szkoły. Jak to się stało, że nikt z nich nie zauważył tak poważnego błędu?

- Podczas spisywania protokołu mieliśmy scysję z jednym z członków komisji. Domagał się uznania kilkunastu kart do głosowania, na których ludzie błędnie oddali głosy. W zamieszaniu pomyliliśmy się i wpisaliśmy wyniki nie w te rubryki, co trzeba. Wstyd przyznać, ale nie zorientowaliśmy się, że jest coś nie tak, i wyniki wysłaliśmy do PKW - przyznaje Ryszard Sikora, przewodniczący komisji obwodowej nr 759.

Kłopot PKW, radość PiS

Pismo z jego wyjaśnieniami trafiło do okręgowej komisji wyborczej, jednak PKW wcześniej ogłosiła oficjalne wyniki wyborów prezydenckich.

- Wczoraj wysłaliśmy zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa przez tę komisję. To pierwsza taka sytuacja podczas tegorocznych wyborów prezydenckich - mówi Anna Lubaczewska, szefowa stołecznej delegatury Państwowej Komisji Wyborczej.

Prokuratorzy na razie sprawy komentować nie chcą. - Wypowiemy się dopiero, gdy zapoznamy się z pismem PKW - wyjaśnia Monika Lewandowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej.

O unieważnieniu wyników wyborów nie może być mowy, bo 435 głosów nie ma wpływu na ich finalny wynik. Ale korekta oficjalnych danych to konieczność. - Sami nie możemy zmienić już ogłoszonych wyników. Poprawimy je dopiero wtedy, gdy sprawę rozstrzygnie prokuratura lub sąd - tłumaczą w PKW.

Zamieszanie nie zmartwiło jedynie Ireny Awłasewicz-Borkowskiej, która jako mąż zaufania PiS obserwowała przebieg wyborów w bemowskiej szkole: - To niebo zadziałało. Przez cały dzień do naszej komisji przychodzili młodzi ludzie spod Warszawy, którzy na moje oko mieli lewe zaświadczenia o prawie do głosowania. Słyszałam, że w ten sposób głosy kupuje Platforma. Jak widać, anioły spłatały tej partii figla.

LINK