PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 31 marca 2017

Niezłomna



Jeśli człowiek wie, czego chce, to nigdy nie pobłądzi. Choćby nawet musiał w kilka miesięcy pokonać drogę z bieguna lewicowego na prawicowy. Dzięki Magdalenie Ogórek już wiemy, jak to się robi.

Rafał Kalukin

Jej rozterki są pieczołowicie doku­mentowane. Zawodowi plotkarze załamywali już ręce, że Magda przestała zaliczać każdą ważną imprezę w stolicy. Jesienią wróciła jednak na ściankę. Ostatnio znów wyzna­ła, że „show-biznes nigdy jej nie pociągał”.
   Choć w celebryckiej branży od niedaw­na, jej dossier na Pudelku robi wrażenie. Niedawno paparazzi namierzyli ją w mod­nej parce Mr&Mrs Italy (7 tys. zł) i z toreb­ką Chanel (6,5 tys.). W grudniu torebka pochodziła od Prady (ok. 5 tys.) i - jak do­nosił plotkarski portal - to już jej trzecia z katalogu włoskiej firmy. Z kolei w listo­padzie Magda pojawiła się na premierze nowego „Pitbulla” w różowym płaszczy­ku Prady, uzupełniając kreację torebką Dolce&Gabbana (ok. 5 tys.). „Będzie iko­ną stylu?” - zastanawiał się Pudelek. Sama wyznała w telewizyjnej śniadaniówce: „Je­stem perfekcjonistką i estetką”.
   Mylić się jednak będzie ten, kto zarzuci Magdzie Ogórek nadmierne epatowanie opinii publicznej swym dobrostanem. Bo - już jako Magdalena Ogórek, czyli nie­pokorna komentatorka polityczna mawia­jąca o sobie, że „nie całowała salonu w pier­ścień” - konsekwentnie przecież opowiada o dobrostanie całego społeczeństwa cza­sów „dobrej zmiany”. Wiadomo - 500+.
I to ludzi naprawdę interesuje - podkreśla w większości wypowiedzi - a nie jakiś tam Trybunał Konstytucyjny.
   Kolejna kreacja nazywa się „dr Ogórek” i stanowi nadwiślański odpowiednik India­ny Jonesa. Media szeroko relacjonowały jej spektakularne wysiłki na rzecz odzyskania dzieł sztuki zagrabionych w Krakowie przez austriackiego nazistę Ottona von Wachtera. Sama zresztą obszernie opisała na łamach „Do Rzeczy” sukces swej wiedeńskiej eska­pady, w trakcie której pieczołowicie otwie­rała sumienie Horsta, syna grabieżcy. Przy okazji dostało się administracji państwo­wej za „chroniczny imposybilizm” w od­zyskiwaniu skarbów narodowych.
   Ministerstwo Kultury sprostowało póź­niej, że z tym imposybilizmem to przesa­da. Otóż skradzione dzieła sukcesywnie wracają do ojczyzny (i pojawiły się sto­sowne przykłady); po prostu nie nadaje się tym sukcesom aż takiego rozgłosu. Resort nie miał jednak wielkiego żalu do dr Ogórek, skoro przyznał 40 tys. zł do­tacji - to górna granica dofinansowania - na jej książkę o rodzinie Wachterów. Smutniejsze, że zazdrośnicy z konkuren­cyjnego tygodnika „wSieci” nie docenili dobrej roboty i po buchaltersku wyliczyli faktyczną wartość odzyskanych skarbów. „Amatorska akwarelka panny z dobrego domu Julii Potockiej” miała być warta raptem 4 tys. zł. Jeszcze niżej wyceniono XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów. „Trochę zatłuszczoną i zalaną”, gdyż latami tkwiła za szkłem na blacie barku w rezydencji Wachterów. Zaś o XVI-wiecznym miedziorycie, ostatnim z odzyskanych skarbów, nie­wiele na razie wiadomo. „Jeśli się spojrzy na chłodno, to Horst Wachter niewiel­kim kosztem zapewnił sobie niezły piar” - skomentowała cytowana przez „wSieci” dr Joanna Lubecka z IPN. Cóż jednak złego w dobrym piarze?

czwartek, 30 marca 2017

Opozycja się sadzi



Mamy trzech premierów: pozorowanego, nadzorującego i aspirującego.
Czy w najbliższym czasie zamienią się rolami?

Wpadli na siebie na war­szawskiej Ochocie. Było wtorkowe przedpołu­dnie, początek kalenda­rzowej wiosny. Nieba­wem miał się zebrać rząd, a następnego dnia ruszyć Sejm, na którym planowano głosowanie wniosku PO o odwołanie ministra środowiska. Politycy Plat­formy, w mniej formalnym niż zwykle wydaniu, szykowali się do sadzenia drzew. Nieopodal siedziby PiS chcieli zainaugurować ogólnopolską proeko­logiczną akcję - odpowiedź na zacie­kłą wycinkę, do której doprowadził Jan Szyszko. Inicjatywę pomógł nagłośnić prezydent Kielc, który odmówił zgody Arturowi Gieradzie z PO na wkopanie czterech sadzonek dębów, uznając, że w ten sposób włączyłby miasto w „pro­test antyrządowy”.
   Ale nie tylko on przysłużył się Plat­formie. Traf chciał, że kiedy władze PO w towarzystwie dziennikarzy przymie­rzały się do wkopywania drzewek, pod siedzibę PiS na Nowogrodzkiej zaczęły ściągać rządowe limuzyny, w tym samo - chód z premier Szydło. - Kaczyński zor­ganizował u siebie „odprawę" ministrów. Jak w „Uchu prezesa" - dworowali polity­cy PO, wyraźnie zadowoleni, że udało się złapać Kaczyńskiego za rękę i pokazać, kto naprawdę rządzi rządem. Przypusz­czają, że w odwecie PiS nasłał na nich policję, która spisała „sadowników”.
- Może się przestraszyli, że z tymi szpa­dlami odbijemy ich siedzibę? - żartował Andrzej Halicki, jeden z uczestników ak­cji. - Prosiłem tylko policjantów, aby nie pisali, że to drzewka kupione przez Plat­formę, bo pisowcy zaraz by je kwasem po­traktowali - dodawał. - Na Nowogrodz­kiej są przekonani, że nasza obecność nie była przypadkowa. Obwiniają Gowina, że doniósł nam o spotkaniu u Kaczyńskie­go, bo jego akurat nie zaproszono - opo­wiada jeden z ważnych polityków PO.
   O tym, że wewnątrz obozu władzy jest napięta sytuacja, a Beata Szydło nie ra­dzi sobie w roli premiera, świadczy też powtarzana w sejmowych kuluarach plotka, że po brukselskiej porażce sze­fowa rządu chciała się podać do dymi­sji. To dlatego podobno wierchuszka PiS zorganizowała naprędce przedstawienie z kwiatami na lotnisku i niejako zmusiła Szydło do przyjęcia narracji, że w Bruk­seli odniosła sukces.
   Pytani przez nas politycy PiS, co oczy­wiste, pogłoskę dementują. Jednak bezsilność premier jest coraz bardziej widoczna. Potwierdza ją nie tylko symboliczna sprawa „nieusuwalne­go” asystenta Antoniego Macierewicza - bo niebywałe umocowanie Bartło­mieja Misiewicza wydaje się być nawet poza kontrolą Jarosława Kaczyńskiego. Ale również prowincjonalne podejście do polityki zagranicznej, narażające na szwank wizerunek Polski i zdradza­jące brak politycznego obycia, a przede wszystkim dynamika i zaangażowanie prezesa PiS w ostatnich tygodniach.
   Grudniowy kryzys parlamentarny zmusił Kaczyńskiego do wyjścia z cie­nia. Od tego czasu widać jego wzmożoną aktywność - jeździ po kraju, udziela roz­licznych wywiadów, wreszcie to on, a nie Szydło, poleciał do Londynu na spotka­nie z premier Theresą May. - Nie wymie­ni Szydło, przynajmniej na razie. Także z powodu naszego wniosku o wotum nieufności wobec jej rządu - mówi jeden z członków władz PO. - Nie ma wyjścia, musi jej bronić. Dymisja przed głosowa­niem także nie wchodzi w grę, bo to była­by już porażka 28:0 - twierdzi.

środa, 29 marca 2017

NATO nie ma zgody




Generał, który w strukturach NATO przepraco­wał trzy lata, próbując opisać, czym jest Sojusz, analogii szuka w angielskim klubie dla dżentel­menów. - W takim miejscu są wygodne fotele i miejsca stojące. Kiedy ja tam pracowałem, mieliśmy miejsce siedzące, i to przy kominku. Myślę, że dziś nie dość, że stoimy, to jeszcze gdzieś w okolicach drzwi - mówi. Sukcesów w pozycjonowaniu kraju pan generał bynaj­mniej nie przypisuje sobie. - Lista osób byłaby długa i zacząłbym ją tworzyć od nazwiska ministra Skubiszewskiego. Ale byliby na niej również zwykli szeregowcy, zwłaszcza ci, którzy oddali życie na mi­sjach w Iraku czy w Afganistanie. Szlag mnie trafia, że tak głupio marnujemy sukces, na który latami pracowało wielu wspaniałych ludzi - dodaje generał. To marnowanie sukcesu to m.in. wypad­nięcie Polski z grupy Big Six.
   Formalnie w NATO nie ma czegoś takiego jak Wielka Szóst­ka. Ale każdy, kto choć chwilę popracował w Sojuszu, szybko orientuje się, że karty rozdaje kilka państw. Reszta już tylko nimi gra. Najwięksi gracze, jakimi są Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Niemcy, Francja i Włochy, w Polsce widzieli partnera, który był w stanie pociągnąć za sobą inne państwa z regionu. Polska szybko i chętnie weszła w rolę prymusa. Angażowała się w niemal wszystkie przedsięwzięcia Sojuszu. Wcześniej taką młodą gwiazdą była Hiszpania, ale po niespodziewanym wyco­faniu swoich wojsk z misji w Iraku Hiszpanie wpadli w niełaskę Stanów Zjednoczonych. Łaskawy wzrok największego gracza skierowany został na Polskę. W tym miejscu należy już przejść na czas przeszły. Od ponad roku polskiemu ministrowi obrony narodowej nie udało się spotkać z żadnym sekretarzem obrony Stanów Zjednoczonych. Unikają go również ministrowie z klu­czowych państw. Każdy, kto zna reguły klubu dla dżentelmenów, wie, co to oznacza. - Czystką w armii, szalonymi wypowiedziami i gestami ministra Macierewicza sami zdegradowaliśmy się do ka­tegorii państw trudnych. Myślę, że wielu naszych byłych przyjaciół w NATO poważnie zastanawia się, czy nadal warto ginąć za Su­wałki - dodaje pan generał.

wtorek, 28 marca 2017

Dostawcy godności



Partia Kaczyńskiego daje ludziom to, czego nie dostarcza opozycja: poczucie godności i dumy. To stwierdzenie ma już status oczywistości nie tylko w oczach entuzjastów PiS, ale też niektórych jego przeciwników. Co to znaczy?

Po przegranej batalii brukselskiej PiS ratunkowo uruchomił z całą mocą swój znany przekaz o tym, że zawsze broni polskiej godności, że ta nie ma ceny i nie podlega negocjacjom. Godność jest wartością bezwzględną i jej ochrona pozwala widzieć zwy­cięstwa, triumfy i satysfakcje tam, gdzie inni widzą porażkę i wstyd. Żeby było zabawniej, pisowskie media czyniły wygibasy interpretacyjne (część jednak była tro­chę zakłopotana), by porównać gesty premier Szydło w Brukseli do gestu Kozakiewicza, zapominając, że polski tyczkarz w spek­takularny sposób kwitował swoje zwycięstwo, a nie klęskę.
   Wbrew faktom prezes Kaczyński jeszcze raz przedstawia swoją formację z pozycji moralnych wyżyn, jako odwrotność małej, sprzedajnej i niehonorowej opozycji. Ta gierka jest wielo­krotnie powtarzana, niemniej wciąż zadziwiająco politycznie skuteczna. Przyjrzyjmy się jej bliżej.

niedziela, 26 marca 2017

Boski prąd



To nieprawda, że ławka kadrowa PiS w gospodarce jest krótka. Jest tak długa, że wymiany zarządów w spółkach Skarbu Państwa odbywają się co kilka miesięcy. Nominatom na ogół brakuje kwalifikacji, ale dziś to żaden problem.

Pomorski koncern energetyczny Energa od grud­nia 2015 r. ma już czwartego prezesa. Pierwszy, Roman Pionkowski, był doświadczonym ener­getykiem, więc na stanowisku utrzymał się kil­ka tygodni. Wtedy pojawił się Dariusz Kaśków. Nowy prezes był samorządowcem, byłym pre­zesem SKOK Krapkowice i z energetyką wcze­śniej miał krótką styczność. Wywodził się jednak z Dolnego Śląska i był zaufanym ówczesnego ministra skarbu Dawida Jackiewicza, a przez to także samego Adama Lipińskiego, jed­nego z najważniej szych ludzi w PiS. To były wówczas znakomi­te kwalifikacje. Kilka miesięcy później okazały się poważnym obciążeniem, bo Jackiewicz stracił stanowisko. Minister i jego przyjaciel oraz nieformalny doradca personalny Adam Hof­man podpadli prezesowi PiS. Pierwsza zmiana dobrej zmiany w spółkach Skarbu Państwa musiała zostać pilnie wymieniona.
   Drugą zmianę do koncernów energetycznych miał wpro­wadzić minister energii Krzysztof Tchórzewski, który przejął nadzór nad dużą częścią państwowej gospodarki. Nie krył, że nie jest zachwycony Kaśkówem, choć ten starał się pilnie realizować zadania, jakie stawiał minister. W szczególności
podpisał się pod decyzją o budowie węglowego bloku 1000 MW w elektrowni Ostrołęka, który - o ile powstanie - zdaniem eks­pertów może być przyczyną poważnych problemów Energi (i Enei, która została dokooptowana do tego projektu). Taką opinię prezentował na przykład prof. Wojciech Myślecki, do­radca ds. energetycznych wicepremiera Morawieckiego.
   Decyzja w sprawie elektrowni i podpisanie kontraktu na dostawy śląskiego węgla z PGG niewiele prezesowi pomo­gły. W połowie stycznia Kaśków został odwołany. Obowiązki prezesa przejął Jacek Kościelniak, także człowiek niezwiązany z energetyką, za to były poseł PiS i były minister w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.

czwartek, 23 marca 2017

Ojciec Bogumił od Aniołów



Proboszcz ze wsi D. sugeruje parafianom, że byliby cenniejsi dla niego po śmierci.

Edyta Gietka

Gdy ks. Bogumił otoczył duszpa­sterską opieką parafian w D., szybko odnalazł się w realiach, że pogrzeb to jedyny dochodowy sakrament na jego terenie.
O ledwie wiązanym końcu z koń­cem ks. Bogumiła dowodzą statystyki za ubiegły rok. Otóż odprawił odpłatnie do wieczności sześć dusz, a błogosławił na nowej drodze jedną parę. Komunie zmuszony był sobie darować. Choć nad­zoruje jeszcze cztery kaplice filialne, nie­możliwością jest skompletować majową porą garstkę do eucharystii.
   Parafianie zaczęli odnosić wrażenie, że może byliby mu cenniejsi pośmiertnie. Słyszeli na własne uszy, jak ks. Bogumił przepraszał swoich dłużników za zwło­kę: - Zwrócę przy najbliższym pogrze­bie, albowiem od dłuższego czasu nikt mi nie umarł.
   A schorowani, zalegający na wykrochmalonych poduszkach, poczuli presję z jego strony. Wręcz pretensję, że ciągle nie mają się na odejście.

środa, 22 marca 2017

Czemu nie dorżnięto watahy



PiS rysuje obraz korupcji i skrajnego upartyjnienia III RP, aby usprawiedliwić tym swój nepotyzm, polityczną korupcję, tolerowanie braku kwalifikacji własnych kadr. Twierdzi: robimy tylko to samo co oni. Ale to przecież nieprawda

Największe patologie rzą­dów Jarosława Kaczyń­skiego i PiS - nepotyzm i brak jakichkolwiek kry­teriów w polityce per­sonalnej, nieograniczone transfery państwowych pieniędzy do ludzi i insty­tucji wspierających PiS, arogancja nowej władzy, którą sam Kaczyński już namaś­cił na „panów” - są usprawiedliwiane ar­gumentem: „Rządząca przez osiem lat Platforma Obywatelska robiła to samo co my!”. W bardziej teoretycznych diagno­zach Kaczyńskiego i publicystów prawicy ten sam argument stosowany jest szerzej. „To samo co my” robiły ponoć wszystkie elity III RP po roku 1989 - Unia Demo­kratyczna, SLD, PSL czy Akcja Wyborcza Solidarność, którą sam Kaczyński określił kiedyś formułą TKM (Teraz K... My!).
   Rysowany przez prawicę obraz korup­cji, upartyjnienia III RP, a także radyka­lizmu politycznych konfliktów po roku 1989 („eksterminacja niepokornych” czy budowany rzekomo przez liberalne elity „przemysł pogardy”) ma usprawiedliwiać nepotyzm, polityczną korupcję, tolerowa­nie braku kwalifikacji i szemranej prze­szłości własnych kadr. A także zachęcać do radykalizowania nienawiści wobec tych wszystkich, którzy „nie są nasi” - nie uznają charyzmy wodza ani religii smo­leńskiej, odrzucają upartyjnioną wer­sję katolicyzmu, którą Kaczyński uczynił ideologicznym zapleczem swej władzy.

wtorek, 21 marca 2017

Zdrada narodowa,Radość i wstyd,Koza Nostra,Kariera Artura Ui,Flagi niegodni,Mówi wolna Europa, Klęska genialnego stratega i Ponieśliśmy zwycięstwo



Zdrada narodowa

Wygraną Donalda Tuska miliony Polaków przyjęły z nieskrywaną radością. Tak, to ważna wygrana bitwa. Niestety, w wojnie, którą Polska od kilkunastu miesięcy przegrywa. Za sukces Tuska Kaczyński będzie chciał się zemścić na Unii, ale zapłacimy za to my, Polacy

Europejska, normalna, przewidywalna Polska zacho­wała swego ambasadora w Brukseli. Ale jednocześnie tego samego dnia zobaczyliśmy fatalne skutki równie niemądrej co nieudolnej polityki PiS. Totalna samoizolacja Polski. Wskazana nam jasno ośla ławka. Ośmieszenie kraju. Samozadowolenie władz w Warszawie po absolutnej między­narodowej kompromitacji. Ale to tylko część złych informacji.
   Już jesteśmy na marginesie UE, ale jeśli wsłuchać się w wy­powiedzi Jarosława Kaczyńskiego, trudno nie odnieść wra­żenia, że to dopiero przystawka do prawdziwej katastrofy - wyprowadzenia Polski z Unii albo doprowadzenia przez ekipę PiS do faktycznego wykluczenia nas z UE. A to prze­cież i tak tylko pół prawdy. Bo przecież w sensie codziennych, praktycznych działań PiS jesteśmy wyprowadzani z Unii, z rodziny demokratycznych narodów, każdego dnia. W sensie standardów państwa prawa i przestrzegania konstytucji, edu­kacji i polityki kulturalnej, praw kobiet i ekologii, publicznych z nazwy mediów i niezawisłości sądów. W każdym z tych ob­szarów albo z Unii, w sensie jej wartości i ducha, już zostali­śmy wyprowadzeni, albo zostaniemy wyprowadzeni wkrótce. Wychodzenie z Unii nie jest więc wyłącznie ponurą, odległą perspektywą. Jest praktyką dnia codziennego.
   Obecna władza uwielbia pojęcie „suwerena”, jego wolą się kieruje, powołując się na mandat, który od niego uzyskała w wyborach. Suweren wypowiada się jednak nie tylko w dniu wyborów. Po 1989 r. dwa razy wypowiedział się w referendach w kwestiach fundamentalnych dla Polski. W sprawie konsty­tucji i członkostwa w Unii. Konstytucja już została podepta­na. Członkostwo w UE ma charakter coraz bardziej formalny. Warto przypomnieć, że w obu wypadkach wypowiedziała się większość suwerena, a nie nieco ponad jedna trzecia. Wi­dać więc, że „suweren” to formuła czysto fikcyjna, używana wyłącznie jako alibi dla działań pozaprawnych. Suweren jest bowiem tylko jeden. Urzęduje na Nowogrodzkiej.
   To nie było tak dawno. Większość z nas doskonale pamię­ta niedzielny wieczór sprzed prawie 14 lat, gdy ponad trzy czwarte z ponad siedemnastu milionów głosujących Pola­ków opowiedziało się za wejściem Polski do Unii. I dzień 1 maja sprzed prawie 13 lat, gdy do niej formalnie weszli­śmy. Jedni cieszyli się z perspektywy podróżowania po Euro­pie bez paszportów, inni z szansy na legalną pracę za granicą, jeszcze inni z unijnych dopłat. Ale jeśli tylu z nas w tamtych dniach ocierało łzy wzruszenia, to wynikało to z czegoś nie­pomiernie większego. Z poczucia, że Polska wraca tam, gdzie jej miejsce, tam, gdzie wymarzyły ją sobie pokolenia naszych przodków. Że - mówiąc obrazowo - idziemy ze Wschodu na Zachód. W ciągu kilkunastu miesięcy rządów PiS w wielkim tempie przemierzamy drogę w przeciwnym kierunku. I nie jest to tylko poważny problem, to jest narodowy dramat.

poniedziałek, 20 marca 2017

Prokuratorzy czasów Ziobry



Polska prokuratura ledwie po roku od połączenia stanowisk ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego stała się posłusznym narzędziem do ścigania demonstrantów, homoseksualistów, ateistów, a wkrótce pewnie również opozycji politycznej.

Po nagłośnionym propagandowo audycie, jaki mi­nistrowie PiS przeprowadzili w swoich resortach zaraz po objęciu władzy, do prokuratur wpłynęło kilkadziesiąt zawiadomień o popełnieniu prze­stępstw. O wynikach na razie nie słychać. Prokura­tura Krajowa nie udziela informacji, ile postępowań w jakich sprawach wszczęto.
- Spór polityczny między obecną a poprzednią władzą ma rozstrzygnąć prokurator, którego przełożonym jest polityk PiS - mówi Krzysztof Parchimowicz, były szef Prokura­tury Apelacyjnej, przez lata zajmujący się przestęp­czością zorganizowaną w Prokuraturze Generalnej, teraz pracujący w tzw. rejonie. Zapewne najpierw PiS zamierza podporządkować władzy wykonaw­czej również sądownictwo, ostatecznie likwidując w ten sposób trójpodział władzy.
   Stowarzyszenie Prokuratorów Lex Super Omnia (z łac. prawo przede wszystkim) przestrzega dziś swych kolegów przed skutkami instrumentalnego podejmowania śledztw, przed pokusą wywierania wpływu na przebieg postępowań sądowych i orzeczenia sądów. Skupia ono niepokornych pro­kuratorów. Po dwukrotnej odmowie udało się je wreszcie za­rejestrować (prokurator okręgowy w Warszawie zażądał listy jego założycieli, podobne zainteresowanie prokuratury miało jego założycieli, podobne zainteresowanie prokuratury miał o miejsce wcześniej przy okazji rejestracji neofaszystowskiej grupy). Niedługo niepokorni będą mogli policzyć się na zjeździe. Ale prezes, którym jest właśnie prok. Krzysztof Parchi­mowicz, nie ma złudzeń: - Część z 6 tys. prokuratorów nie wykazuje się charakterem i jest podporządkowana władzy, a reszta, przybita obowiązkami, walczy jedynie o przetrwanie.
   W jaki sposób zaledwie w ciągu roku udało się prze­kształcić prokuraturę w posłuszny instrument polityczny? Właściwie banalnie: strasząc i degradując niepokornych, a posłusznym obiecując apanaże, awanse i władzę.

niedziela, 19 marca 2017

Mit miażdżącej przewagi



PiS ma miażdżącą przewagę nad polityczną konkurencją i będzie rządził przez 20 lat - taki przekaz wytworzony przez władzę coraz częściej jest powtarzany przez przeciwników rządzącej partii. Jak to się udaje?

Miażdżąca przewaga PiS” to obok „bez­nadziejnej opozycji” i „walki dwóch plemion” trzecia kluczowa fraza, jaką drużyna Kaczyńskiego z powodzeniem wtłacza w publiczną przestrzeń. Sformu­łowanie to pojawia się nawet w gazetach i portalach, które zasadniczo są wo­bec PiS bardzo krytyczne. Najwyraźniej uważa się to za stwier­dzenie faktu, co jest dużym sukcesem marketingu rządzących.
   Jeszcze rok temu z okładem, w miesiącach tuż po parlamentar­nych wyborach, często było wyrażane przekonanie, że co praw­da Platforma jest winna temu, że przegrała, bo popełniała błędy w rządzeniu i dała się przyłapać przy ośmiorniczkach, ale że w sumie była to raczej awaria, nieszczęśliwy zbieg okoliczności: fatalna kampania Komorowskiego, przelicytowanie przez lewicę z wyborczą koalicją (wyższy próg), pojawił się Adrian Zandberg, doszło 500 plus itp. PiS dostał w wyborach ok. 37 proc. i mówiło się wtedy, że to tylko 19 proc. uprawnionych do głosowania.
   Dzisiaj, kiedy PiS ma w sondażach 33-34 proc., a opozycja łącznie zazwyczaj więcej niż PiS, paradoksalnie zaczyna domi­nować - stymulowana przez władzę - teoria, że oto dokonuje się wielki kulturowy przełom, że PiS wyrósł na zmianie świadomości - globalnym zasięgu, w związku z tym może rządzić przez kilka kadencji. Samodzielna większość w Sejmie, uzyskana dzięki do­dającej mandatów zwycięzcy ordynacji (widać już, że za bardzo zniekształca ona realny układ sił), zamienia się w zbiorowej świa­domości w takąż większość w skali całego społeczeństwa. Wyglą­da to tak, jakby coraz bardziej bezwzględne rządy PiS wstecznie zmieniały ocenę tego, co wydarzyło się w 2015 r. Brutalność - pewność siebie stają się dowodami na trwałość i przełomowość.
   Dzieje się tak nie tylko w Polsce. Mówi się o trumpizacji Ameryki, o wręcz epokowej politycznej zmianie, chociaż to Hillary Clinton zdobyła o trzy miliony głosów więcej, a Trump, już jako prezy­dent, w sondażach dołuje. Ale karierę zrobiła teza o „wściekłości białych mężczyzn”, którzy dokonali w USA politycznej rewolucji. Jest tak również we Francji, gdzie mająca ok. 30 proc. poparcia prawicowa populistka Marine Le Pen budzi przerażenie u po­zostałych 70 proc. Jak w Polsce: jedna trzecia paraliżuje i wysysa siły z dwóch trzecich. Przypomina się stary dowcip, kiedy pięciu osiłków ustępuje na ulicy dwóm innym, a na pytanie, „dlaczego właściwe im ustępujemy”, pada odpowiedź: „bo ich jest dwóch, a my jesteśmy sami”.
   PiS 12 lat temu, kiedy pierwszy raz wygrywał wybory, miał ok. 29 proc. poparcia. Potem, pozostając w opozycji, regular­nie przekraczał 30 proc. Wielka kulturowa przemiana w 2015 r. rozegrała się zatem na poziomie zyskanych dzięki socjalnym obietnicom ok. 7-8 proc. wyborców, z których teraz kilka pro­cent nawet ubyło. Ale to właśnie obecnie pojawiają się opinie, że trzeba zmienić wszystko, że III RP się nie nadaje, że polski kapitalizm jest do zasadniczej korekty, dotychczasowe elity muszą spokornieć (te nowe oczywiście nie zamierzają) itd. Mówi się o konieczności stworzenia nowego liberalnego języka, prostszego, bardziej dla ludu, żeby przekonać „miękkich zwo­lenników PiS”, niewrażliwych na konstytucyjne delikty. Sonda­żowe wyniki PiS pokazuj ą jednak, że da się z nim wygrać, nawet nikogo z tego elektoratu nie przeciągając na stronę liberalną.

sobota, 18 marca 2017

Kaprysy i chaosy,Rewanż na Polsce,Nieobecność,Pałą go, a potem dyskutuj,Na przekór dobrym radom,Pomidorowy narciarz i Wycinki - przycinki


Kaprysy i chaosy

Szanowni Państwo, oto mamy przed oczami sy­multaniczne studium pokazujące wytrzymałość instytucji oraz ludzi w Ameryce i w Polsce.
   Trzy konteksty, wiele znaczących różnic, ale uderzające podobieństwa. Oto w obu krajach zamiast rządzenia mamy zarządzanie chaosem, a werdykty władzy wykonawczej sprowadzają się do nieprzewidywalnych z natury kaprysów, w Ameryce - najważniejszego człowieka na planecie, w Pol­sce - teoretycznie szeregowego posła, a w praktyce pana i władcy. Dokładniej - PANA.
   Oczywiście sformułowanie „zarządzanie chaosem” jest wewnętrznie sprzeczne i pozbawione sensu. Chaos jest efek­tem unicestwienia procedur, lekceważenia ludzi i pogardy dla kompetencji. Oznacza, że decyzje podejmowane są „od czapy”, bez konsultacji i racjonalnej analizy ich możliwych skutków. Dzisiaj ekspresowo zezwalamy na ścinanie drzew, jutro Pan ma kaprys i ogłasza, że wycinkę trzeba wstrzymać, minister od Rydzyka ogłasza, że wycinka jest OK, następu­je więc wstrzymanie wstrzymania wycinki. Pan ma kaprys, żeby rozwalić Trybunał Konstytucyjny, więc po wielomie­sięcznej demolce przypomina on kompletnie zdewastowa­ne pałacowe wnętrze. Podobnie stało się z TVP, podobnie za chwilę będzie ze szkołami, sądami i wszystkim innym, co dotknięte zostanie kaprysami Pana i wice-Panów.
   Na świecie nastąpił ostatnio wysyp przywódców o cechach psychopatycznych, narcystycznych i megalomańskich. Naj­lepiej widać to w miejscu, które przez dekady symbolizowa­ło stabilność - w Białym Domu. Kiedyś zamieszkiwany był przez Panów Prezydentów, dziś - przez Pana Kaprysa. Pan Kaprys określa politykę państwa za pomocą nocnych wpi­sów na Twitterze, które o poranku wywołują popłoch w rzą­dowych instytucjach. Mr. Kaprys w przerwach między grą w golfa a organizowaniem dla znajomych wycieczek po Air Force One ogłasza, że nie jest już za polityką „jednych Chin”, po czym dochodzi do wniosku, że jednak jej sprzyja. W ponie­działek wspiera rozwiązanie bliskowschodniego problemu w postaci dwóch państw, izraelskiego i palestyńskiego, by we wtorek ogłosić, że to już nieaktualne. Plan rozwiązania kon­fliktu na Ukrainie przedstawiają mu jego osobisty prawnik, jakiś ukraiński deputowany i znajomy Kaprysa, amerykań­ski biznesmen urodzony w Rosji. Wszystko ponad głowami i obok Departamentu Stanu czy Rady Bezpieczeństwa Naro­dowego. W wolnych chwilach Kaprys prowadzi jeszcze woj­nę z mediami, które ogłasza „wrogiem ludzi”. Gdy po wpadce z siedzącym w kieszeni Rosjan trzytygodniowym szefem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, generałem Flynnem, no­minację dostaje generał McMaster, przytomni ludzie szukają nadziei, że może nie jest tak źle, jak jest. W tym czasie profe­sor Brzeziński pisze desperacki tekst wzywający Kaprysa do przedstawienia jakiegokolwiek spójnego pomysłu na politykę zagraniczną. Takiego pomysłu Kaprys rzecz jasna nie przed­stawi. Bo przecież on nie jest Mr. Systematycznym, tylko Mr. Kaprysem.

piątek, 17 marca 2017

Radio San Escobar



Wybory prezesa Polskiego Radia przypominają latynoską telenowelę z elementami barejowskiej klasyki w stylu łubu-dubu. Koniec niby bliski, ale od zwrotów akcji kręci się w głowie.

Grzegorz Rzeczkowski

Wydarzenia biegły zgodnie z planem do piątkowego wieczora 17 lutego. Dzień wcześniej Barbara Stanisławczyk-Żyła została wy­brana na czteroletnią kadencję prezesa PR głosami trójki członków RMN z nominacji PiS (pierwszy raz na to stanowisko została wybrana przez nową władzę rok temu). Ak­cja gwałtownie przyspieszyła następnego dnia po południu, gdy stara/nowa prezes (dziennikarka, geodetka z wykształcenia) złożyła dymisję. Do dziś o jej przyczynach niczego poza plotkami nie wiadomo. - Szok ogromny, bo zaledwie dzień wcześniej Stanisławczyk chodziła z anteny na antenę, udzielając wywiadów. Zachwycona, fe­towana, opowiadająca o planach, choć też narzekająca, że Rada odwołała jej wiceprezesa - mówi dziennikarz z radiowej centrali przy ul. Malczewskiego.
   Oburzenia nie krył Krzysztof Czabański, który decyzję Stanisławczyk nazwał i i to na łamach wrogiej przecież „Gazety Wyborczej” - „nieprzyjemnym zasko­czeniem”, dodając, że „nie wystawia jej samej dobrego świadectwa jako menedżerowi”. W sumie Czabański powinien mieć pretensje sam do siebie, bo to on razem z pozostałymi członkami RMN mia­nowanymi przez PiS i Kukiz’15 za plecami Stanisławczyk powo­łali nowego wiceprezesa PR, związanego do niedawna m.in. z „Do Rzeczy” i „Wprost” Mariusza Staniszewskiego.
Można usłyszeć wiele głosów, we­dług których prezes początkowo nie za bardzo się tym przejęła, ale gdy zorientowała się, że Staniszewski nie da się wziąć pod obcas, „bezpieczni­ki puściły” i obrażona w swoim stylu trzasnęła drzwiami.
   To jeszcze nie był koniec zwrotów akcji w tym serialu. 1 marca do Rady Mediów Narodowych wpłynął list podpisany przez przewodniczących komisji międzyzakła­dowej Solidarności Polskiego Radia. Ewa Kuczyńska i Edward Pikula poprosili w nim szefa Rady o „udzielenie wsparcia Pani Prezes w dalszej misji kierowania radiem”. Treść bliska jest monologu trenera drugiej klasy Wacława Jarząbka z „Misia” Barei: „Piszemy o poparciu dla naszej Pani Prezes, bo jesteśmy pewni, iż zapowiedź jej rezy­gnacji nie wynika z chwilowego impulsu czy nastroju, a z wnikliwej analizy sytuacji w Spółce i obok niej. Z naszych nieformal­nych rozmów z Panią Prezes wynika, że jest jednak gotowa wziąć na swoje barki ciężar kierowania Polskim Radiem mimo wszyst­ko, mimo zapowiedzi odejścia. Mamy wra­żenie, że Pani Prezes nie spodziewała się na­szego poparcia i podbudowana rozmowami z pracownikami Radia chce spróbować sił”.

czwartek, 16 marca 2017

List od naczelnika



Domagający się politycznych instrukcji prokurator, interwencja poselska prezesa PiS i agenci CBA tropiący przelewy dla Marty Kaczyńskiej. „Newsweek” odsłania kulisy śledztwa przeciw Marcinowi Dubienieckiemu, byłemu zięciowi prezydenta.

Wojciech Cieśla Michał Krzymowski

Z Marcinem Dubienieckim spotykamy się w warszaw­skim hotelu Bristol. Kil­kadziesiąt metrów dalej, przy portrecie jego by­łego teścia i krzyżu ze zniczy, przema­wia prezes PiS. Jest mroźny piątkowy wieczór, przed pałacem prezydenckim trwają obchody 82. miesięcznicy kata­strofy smoleńskiej. Z głośników niesie się: - Zwyciężymy w tej walce, zdrajcy przegrają! Będą tu stały pomniki!
   Dubieniecki zapada się na skórzanej kanapie. Już nie należy do prezyden­ckiej rodziny - zaraz po wyjściu z aresz­tu wziął rozwód z Martą Kaczyńską - ale wciąż coś go ciągnie do okolic pałacu. W kamienicy po drugiej stronie Krakow­skiego Przedmieścia ma apartament, ku­pił go jeszcze przed zatrzymaniem od byłego wiceministra skarbu w rządzie Platformy Pawła Tamborskiego.
   Mimo14-miesięcznej odsiadki nie wy­gląda na strapionego. Przeciwnie, jest pewny siebie, rześki. Podczas poby­tu w areszcie rozrósł się w ramionach i - jak twierdzi - przeczytał 130 ksią­żek. Po wyjściu wrócił do dawnego ży­cia i do dawnych biznesów, głównie w nieruchomościach. Ciążący na nim za­rzut kierowania grupą przestępczą nie przeszkadza mu w interesach. Podczas godzinnego spotkania zdąży telefonicz­nie skonsultować kontrakt i umówić podpisanie aktu notarialnego.
   Marcinowi Dubienieckiemu ciąży co innego: prokuratura nie chce mu oddać paszportu.

środa, 15 marca 2017

Pierwszy etatysta IV RP



Mateusz Morawiecki trafił do rządu, by przekonać biznes, że PiS nie jest ekipą politycznych radykałów, ale wyrósł na głównego ideologa tego gabinetu. Ma się za twardego antykomunistę, jednak cofa nas do PRL

Renata Grochal

Jest szczupły, ale jego znajo­mi śmieją się, że dłonie ma wielkie jak rakiety tenisowe. Gdy koledzy w podstawówce dokuczali mu z powodu ojca, którego SB ścigała za działalność opo­zycyjną, potrafił przyłożyć. Do Korne­la Morawieckiego, legendy PRL-owskiej opozycji, twórcy Solidarności Walczącej, ma stosunek nabożny.
   - Mateusz Morawiecki jest ugrzeczniony. Ale ojca będzie bronił do upad­łego - mówi znajomy wicepremiera. To właśnie tym współpracownicy ministra rozwoju i finansów tłumaczą jego kom­promitację w wywiadzie dla Tima Se­bastiana w telewizji Deutsche Welle. Morawiecki wie, że wyszło fatalnie. Gdy Sebastian zacytował słowa Kornela, że „prawo nie jest święte, nad prawem jest dobro narodu”, próbował ojca bronić. Brnął w karkołomną tezę, że w nazistow­skich Niemczech prawo było skrupulat­nie przestrzegane. Ale prawda jest inna i Morawiecki jako historyk powinien to wiedzieć. Po dojściu do władzy Hitler przejął kontrolę nad wymiarem spra­wiedliwości (jak dziś próbuje to zrobić PiS), a jego wola stała się najwyższym prawem.
   Na uwagę Sebastiana, że Polska to nie nazistowskie Niemcy, odparł, że nie tyl­ko prawo jest ważne, ważna jest też spra­wiedliwość. Twierdził, że przez ostatnie ćwierć wieku tej sprawiedliwości było u nas za mało. W ustach człowieka, który dorobił się milionów, pracując u zagra­nicznych właścicieli polskiego banku, zabrzmiało to fałszywie.
   Wicepremier zapewnia, że porówna­nia do nazistowskich Niemiec nie żału­je. „Bezrefleksyjne podejście prawnicze, oderwane od wartości, którym prawo po­winno służyć, jest drogą donikąd” - prze­konuje w e-mailu, bo z „Newsweekiem” spotkać się nie chce.
To pierwszy minister finansów po 1989 r., którego bardziej obchodzą ideolo­giczne debaty niż stan gospodarki. Ale sze­fowej Kancelarii Premiera Beacie Kempie to nie przeszkadza: - Mówi to, co myśli. To wielki patriota. Kocha Polskę. Sam fakt, że przeszedł do rządu z biznesu, gdzie osiągnął wielki sukces, o tym świadczy.

wtorek, 14 marca 2017

Kompleks Donalda i Europejska fuszerka prezesa



Kompleks Donalda

Majestatycznie, z papierosem w palcach, przechadza się po sali. Podąża za nim asystent z talerzykiem na popiół. Takie wspomnienie zostawił po sobie w PO europoseł Jacek Saryusz-Wolski. Człowiek powszechnie ceniony, ale niezbyt lubiany

Michał Krzymowski

Decyzja o wystawieniu kandydatury Jacka Saryusza-Wolskiego zapadła w warszaw­skim mieszkaniu europosła PiS Ryszarda Czarneckiego. Spotkanie odbyło się w trzy pary oczu: kandydat, gospodarz i prezes PiS Jarosław Kaczyński. - Saryusz był jak jabłko na drzewie. Wystarczyło podejść i je zerwać, nic trudnego. Cały transfer w pojedynkę przygoto­wał Czarnecki - twierdzi europoseł PiS.
   Skoro wszystko poszło tak gładko, to dlaczego skończyło się tak marnie? Zanim polski rząd zaczął zabiegać o poparcie dla swojego kandydata na szefa Rady Europejskiej, tajny plan wy­ciekł do mediów. Jacek Saryusz-Wolski przez pierwsze dwa dni odmawiał komentarza, a gdy już wszystko potwierdził, nie wpuszczono go nawet na posiedzenie Rady Europejskiej. W efekcie głosowanie zakończyło się blamażem polskiego rządu. - Szkolny błąd. Jeden z naszych dyplomatów użył nazwi­sksa Saryusza-Wolskiego na spotkaniu z prezydencją maltańską, £ w którym uczestniczył jeden z członków gabinetu Donalda
Tuska. Jego ludzie natychmiast wypuścili to do „Financial Timesa” i spalili temat - przyznaje współpracownik prezesa PiS.

Zjazd prezydenta


Gdy Europa decyduje o swojej przyszłości, polski prezydent jeździ uśmiechnięty na nartach. Andrzej Duda przegrał politycznie nawet z Witoldem Waszczykowskim. Państwo straciło głowę

Renata Grochal, Aleksandra Pawlicka

To nie jest poważny polityk. Jedyne, co udowadnia, to, że jest niegodny swej roli. Ja w takiej sytuacji postę­powałbym zupełnie ina­czej - nie kryje oburzenia Lech Wałęsa.
   - Mamy prawo mówić o rozczarowaniu i o tym, co jest najgroźniejsze: osłabie­niu konstytucyjnej roli prezydenta - do­daje Aleksander Kwaśniewski. Obaj byli prezydenci są przekonani, że w sytuacji, gdy w Europie toczy się kluczowa batalia o przyszły kształt Unii, widok prezydenta na stoku narciarskim jest oburzający.
   Polityk ze ścisłych władz PiS, zapytany przez „Newsweek”, dlaczego w rozgryw­ce o stanowisko szefa Rady Europejskiej prezydent nie zabiera głosu, odpowiada z ironią: - Jak to? Przecież widziałem, że przyszedł dać oscypki Jarosławowi Ka­czyńskiemu. O sorry, to nie był film doku­mentalny, tylko „Ucho prezesa”.