PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 30 listopada 2014

W tym szaleństwie jest metoda



Mit sfałszowanych wyborów to nowy pomysł prawicy na wywrócenie państwa i zdobycie władzy. A państwo potykające się o własne nogi skutecznie przyspiesza realizację tego scenariusza.
                   
RAFAŁ KALUKIN

Nie ma rady - trzeba wejść pod stół i odszczekać. Nie dalej jak trzy tygodnie temu przewidy­wałem na łamach „Newsweeka”, że pod wpływem wydarzeń na Ukrainie pol­ską politykę czeka otrzeźwienie. Słab­nące znaczenie Smoleńska zdawało się potwierdzać tę intuicję. Nie doceni­łem jednak potencjału obłędu/cynizmu (niepotrzebne skreślić) na prawicy.
Raz jeszcze okazało się, że w przyro­dzie nic nie ginie. Gdy jedną paranoję już do cna wyeksploatowano, natych­miast pojawiło się zapotrzebowanie na nową. Właśnie eksplodowała.

Lont podpalony miotaczem
Tezę o fałszowaniu wyborów prawica budowała od kilku lat. Najpierw ukrad­kiem, sącząc spekulacje i podejrzenia. Każda lokalna anomalia była nagłaś­niana i odpowiednio komentowana. Tu zabrakło kart do głosowania, tam od­dano więcej nieważnych głosów niż za­zwyczaj - za każdym razem można było poszukać racjonalnych wytłumaczeń; nawet najsprawniejszy system wybor­czy może potknąć się o jednostkowe zaniedbanie bądź nieuczciwość obsłu­gującego go człowieka. Zamiast tego opatrywano doniesienia znakami zapy­tania, budując klimat podejrzliwości.
Sączone wnioski wydawały się zbyt absurdalne, aby mogły zainfekować po­ważną część opinii publicznej. Główny nurt przymykał więc oko. Tymczasem prawicowe media głosiły ostatnio już otwarcie, że fałszerstwa nad urną to nawet nie brzytwa, której chwyta się słab­nąca władza, lecz stały element wszystkich elekcji po 1989 roku. Po takim przygotowa­niu byle iskra zdolna była odpalić ładunek paranoi. Trudno było wszakże przypusz­czać, że stanie się coś znacznie poważniej­szego - że zamiast lokalnych zaniedbań wyborczych wydarzy się katastrofa, która naprawdę skompromituje państwo. Sięga­jąca wielu obszarów naraz - systemu infor­matycznego, kompozycji kart wyborczych, niezdolności urzędników z PKW do reago­wania w sytuacjach kryzysowych.
I tak doszło do zawieruchy politycznej, jakiej dawno w Polsce nie widziano. Nie­udolność państwa zderzona z prawicową paranoją odarły z wiarygodności najważ­niejszy ustrojowy regulator - instytucję wolnych, demokratycznych wyborów. Te­raz podważany będzie wynik każdej kolej­nej elekcji.

czwartek, 27 listopada 2014

STRATEGIA BELWEDERU



Bronisław Komorowski wygrałby prezydenturę w pierwszej turze - wynika z sondażu „Newsweeka". Ale to wcale nie musi być takie oczywiste. Główny problem to jego zawite relacje z PO.

ALEKSANDRA PAWLICKA

WSZYSTKIE DANE POCHODZĄ Z BADANIA M1LLWARD BROWN DLA „NEWSWEEKA"; SONDAŻ TELEFONICZNY PRZEPROWADZONY 18-20 LISTOPADA 2014 ROKU NA REPREZENTATYWNEJ GRUPIE 1001 DOROSŁYCH POLAKÓW


Czy Bronek wciąż jest naszym kandydatem na prezydenta? Dla nas to oczywiste, ale czy dla niego również? - pyta w rozmowie z „Newsweekiem” jeden z liderów Plat­formy Obywatelskiej dzień po wyborach samorządowych.
„Dlaczego prezydent był w tych wybo­rach zupełnie nieobecny?”. „Nie dostrze­gliśmy żadnego zaangażowania ze strony Belwederu”. „Może, gdyby pojawił się tu czy tam w czasie kampanii, nie zabrakło­by nam tych paru procent? ” - w pytaniach posłów PO słychać pretensje.
Na linii PO - Bronisław Komorowski zapanowała cisza. Niektórzy nawet mó­wią, że martwa. Żadnych konsultacji, ustaleń, żadnej strategii, choć przecież za pół roku kolejne wybory - prezydenckie.

środa, 26 listopada 2014

Więcej cudu nie będzie



Wynik ostatnich wyborów powinien być dla Platformy zimnym prysznicem - mówi prezydent stolicy i wiceszefowa PO Hanna Gronkiewicz-Waltz.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA.

NEWSWEEK: Obawia się pani drugiej tury wyborów?
HANNA GRONKIEWICZ-WALTZ: Nigdy nie lekceważę przeciwnika. W polity­ce widziałam, jak Mazowiecki przegrywa z Tymińskim i Wałęsa z Kwaśniewskim. Wybory to w demokracji ten moment, gdy każdy jest równy i ma jeden glos. Nie ma pewniaków. „Faworyt” nie znaczy: pew­niak. Dlatego uważam, że do ludzi trze­ba podchodzić z pokorą, i staram się robić to najlepiej, jak umiem. Jest takie powie­dzenie, o którym nigdy nie zapominam: pycha jest tuż przed upadkiem.

Platforma Obywatelska po raz pierwszy od dziewięciu lat przegrywa.
- To oznacza mobilizację.

PO jest zdolna do mobilizacji?
- Mam nadzieję. Wynik ostatnich wybo­rów powinien być zimnym prysznicem. Gdy w 2005 r. przyszłam do PO, to była zdecydowanie bardziej aktywna partia. Potem, po przejęciu władzy, wydawa­ło się zawsze, że jest Donald Tusk, który wsiądzie w autobus i zrobi wyborczy cud.

„Z Tuskiem łatwiej się wygrywało" - skomentowała wynik ostatnich wyborów rzeczniczka jego rządu Małgorzata Kidawa-Błońska.
- I to był błąd. Ewa Kopacz jest premie­rem dwa miesiące. Jeździła, gdzie mogła, i próbowała nadrobić straty ostatnich lat. Odziedziczyła partię z sondażami dużo gorszymi niż wynik wyborów samorządo­wych. Jeszcze kilka miesięcy temu byliśmy o kilkanaście procent za PiS. Ale oczywi­ście przegrana nawet o pół procent jest przegraną. Tylko że nie jest to porażka no­wej liderki, lecz partii, która przyzwyczaiła się do bycia u władzy.
Tymczasem wygłodniałe partie opozy­cyjne nie ustają w działaniu. Do tego przeprowadziliśmy dwie konieczne dla bezpieczeństwa ekonomicznego kraju, lecz niepopularne reformy, które nie przy­sporzyły nam elektoratu: wydłużenie wie­ku emerytalnego i zmiany w OFE. Nie mówiąc o tym, że ludzie nie lubią konflik­tów, a w para regionach nasi liderzy poszli na wewnętrzną wojenkę.

Czy wygrana PiS w 2015 r. jest realna?
- Jest. Ja bym tego nie lekceważyła. Nie mówię, że Platforma jest skazana na po­rażkę, tylko że będzie to bardzo trudna, może najtrudniejsza dla PO kampania, i trzeba zacząć ciężko pracować już na­stępnego dnia po drugiej turze wyborów samorządowych. Więcej cudu nie będzie.

Jarosław Kaczyński jest zdeterminowany, aby wygrać. Dla niego 2015 rok to chyba ostatnia szansa.
- Nie chcę tak mówić o rywalach. Mu­szę przyznać, że on jest dość wytrwa­ły. Parę osób wróżyło już Kaczyńskiemu koniec kariery politycznej, a on się cią­gle trzyma. I powiem więcej: lepiej trzyma się Kaczyński, niż Millerowi wychodzi powrót do wielkiej polityki.

Kaczyński z Millerem domagają się unieważnienia i powtórzenia wyborów samorządowych.
- Zaskakujące jest, że dwaj byli premie­rzy nie znają prawa. Unieważnić wybory może wyłącznie niezawisły sąd.

wtorek, 25 listopada 2014

Duduś



Andrzej Duda niespodziewanie znalazł się na szczycie partyjnej hierarchii w PiS. Za jego karierę ręczą dwie osoby: bratanica prezesa i przyjaciel nieżyjącego prezydenta.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

W PiS podział obowiązków jest jasny. Jeśli na grób prezydenckiej pary wybiera się prezes Kaczyński, to wizytę organizuje szef krakowskich struktur partii Andrzej Adam­czyk. Ale gdy na Wawel ma przyjechać pani Marta, to wszyscy wiedzą, że za organizację odpowiada były minister w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, a od niedawna także kandydat PiS na prezydenta. To on kupuje wieniec, rezerwuje nocleg i ustala plan pobytu.
Eurodeputowany i bratanica prezesa poznali się po katastrofie smoleńskiej i od tamtego cza­su są w kontakcie: współpracują w Ruchu Spo­łecznym im. Lecha Kaczyńskiego, spotykają się służbowo i z rodzinami.
- Czy Marta Kaczyńska rekomendowała preze­sowi pańską kandydaturę?
- Nie poruszaliśmy tego tematu, ale rzeczywi­ście mamy dobre koleżeńskie relacje - przyzna­je w rozmowie z „Newsweekiem” Andrzej Duda.
- Zazwyczaj spotykamy się przy okazji jej wizyt w Krakowie.
Drugim protektorem Dudy jest szef Ruchu Społecznego i poseł Prawa i Sprawiedliwości Maciej Łopiński. Gdyby nie poręka jego i Mar­ty Kaczyńskiej, ten były podopieczny Zbignie­wa Ziobry nie zrobiłby w PiS tak błyskawicznej kariery.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Nie chcemy być poddanymi



Z peresem Pis rozmawiała Anna Gilewska

PiS wygrał, czyli przegrał. Z PSL.
Te wyniki, które zostały już ogłoszone, są całkowicie niewiarygodne. To oznacza, że mamy już nowy ustrój, który nie jest demokratyczny. Bo jeżeli nie ma wiarygodnego liczenia wyników wyborów, to znaczy, że nie ma systemu demokratycznego. Wtedy władza może rządzić w nieskończoność. Procedury wyborcze niby są, ale nic nie znaczą. Są całkowicie puste. Demokracja jest tam, gdzie opozycja może w drodze uczciwych wyborów przejąć władzę. A jeśli opozycja faktycznie nie może przejąć wła­dzy, tam demokracji nie ma. Obserwujemy coś, czego pewnie duża część społeczeń­stwa jeszcze w pełni nie zauważa, ale co jest zupełnym przełomem, skądinąd dla nas nie takim bardzo zaskakującym, bo od dawna charakter tej władzy wydawał nam się od­legły od wymogów demokracji.

Jeśli PiS uważa, że te wybory są niewia­rygodne, to czemu gra dalej, nawołuje do wzięcia udziału w drugiej turze?
Bo nie chcemy dawać prezentu drugiej stro­nie. Wzywamy, żeby we wszystkich miejscach, gdzie to jest możliwe, przeciwstawiać się kandydatom PSL i PO, nawet tam, gdzie ich kontrkandydatami są ludzie bardzo nam odlegli, których dotąd w sposób uzasad­niony krytykowaliśmy. Wszystko lepsze od tego, co się w tej chwili Polsce stało.

Będziecie zaskarżać wyniki wyborów?
Tak, podejmiemy działania także w tych formach, które są przewidziane przez Ko­deks wyborczy, czyli zaskarżania wyników.

niedziela, 23 listopada 2014

Stosunki międzynarodowe



W Tarnowie prostytucję opanowały kobiety z jednego ukraińskiego miasta. Twierdzą, że właścicielka agencji była dla nich jak dobra ciocia.

HELENA KOWALIK

Gdy Małgorzata K. przyjechała po raz pierwszy do Czerwono- grodu (obwód lwowski, 15 km od polskiej granicy), a był to 2001 r., poszła na miejscowy bazar. Zatrzymywała się przy rozłożonych na ubitej ziemi ceratach z różnymi towara­mi z Polski i, niby zainteresowana kupnem, oglądała sprzedawców. Interesowały ją tylko młode kobiety. Łamanym rosyjskim zagadywała je z życzliwym uśmiechem; współczuła, gdy Ukrainki się żaliły, że handel nie bardzo idzie. Na koniec roz­mowy proponowała spotkanie wieczorem w hotelu, w którym się zatrzymała. Może będzie mogła ulżyć ich doli.
Przybiegały do hotelu jak na skrzy­dłach. 40 -letnia Małgorzata K. pozwalała się im wypłakać, nie żałowała przywie­zionej z Polski wódki. Gdy już wszystko zostało powiedziane: że na handlowaniu można zarobić miesięcznie góra 400 zł (w przeliczeniu na złotówki), a i to niepew­ne, bo targowisko „trzepią” ci od haraczy, że alimenty od ojca dziecka to tylko 150 zł, K. składała propozycję. Prowadzi w Tarnowie usługi „Adam i Ewa”: pokoje noclegowe, czyszczenie futer, poprawia­nie kondycji fizycznej i sprzątanie. To na szyldzie i dla ewidencji gospodarczej. Tak naprawdę ona i jej facet Lech mają burdel. Ale pełna kultura. Nikt nikogo nie zmusza, dziewczyny mogą przyjechać do Polski na próbny miesiąc i same się przekonają. Ona płaci im za bilet autobusowy i nie będzie brała przez ten czas za nocleg.
Wypita wódka rozwiązywała języki, ośmielone Ukrainki pytały, ile by zarobiły.
- Klient płaci 150 zł za godzinę, na rękę do­stajesz 50. Ile będziesz mieć kasy, to zależy, ilu obsłużysz. Wyżywienie we własnym zakresie. Za nocleg 250 zł miesięcznie - padała konkretna odpowiedź.
Większość mieszkanek Czerwonogrodu była gotowa wyjechać do nowej pracy w Polsce choćby nazajutrz. Zwłaszcza że Małgorzata K. pożyczała im 100 dolarów na pierwsze wydatki. - Macie siostry, zaufane koleżanki? - pytała na koniec właścicielka agencji towarzyskiej. - Po­rozmawiajcie z nimi, ja prowadzę kilka takich lokali, potrzeba dużo dziewczyn.

czwartek, 20 listopada 2014

SPRZEDAWCY EMOCJI



Nie chodzi o to, by odkryć nowy talent i go wylansować. Chodzi o to, żeby program wygrata osoba, na której telewizja zarobi najwięcej. Wystarczy sprytnie zmanipulować widzów, by głosowali właśnie na nią.

RENATA KIM, EWELINA LIS

Nie mogę już oglądać takich programów - mówi X, któ­ra pracowała przy produkcji „Tańca z gwiazdami” w czasach, gdy pokazywała go telewizja TVN. - No nie mogę, wszędzie węszę manipulacje.
Kiedy widzi, że tancerka jest cią­gle pokazywana w zwolnieniu, że ma rozwiane włosy (bo skierowano na nią ogromny wiatrak), to przecież wie, że reżyser chce ją pokazać w jak najlepszym świetle - że niby taka ro­mantyczna, kobieca. - A gdy potem ta dziewczyna opowiada, że tuż przed ostatnim odcinkiem rzucił ją narzeczo­ny, więc tańczyła ze sztucznym uśmie­chem na twarzy i rozpaczą w sercu, to mam jasność, że producenci dmucha­ją jej historię, bo chcą, żeby przeszła do kolejnego odcinka. Dlaczego? Bo zależy na tym stacji albo sponsorowi - wyjaśnia X.
Nazwiska nie poda, bo nadal pra­cuje w branży i nie powinna zdradzać tajemnic produkcji telewizyjnych show. Ale tym, co się w nich dzieje, jest zniesmaczona. Pamięta, jak po emisji pierwszego odcinka castingowego do nowego programu stacja zorganizowała celebrycką imprezę i wszyscy podchodzili do niej z gra­tulacjami. - A ja stałam i myślałam: „Co wy, k..., wiecie o robieniu takich programów?”.

środa, 19 listopada 2014

Nowy delfin prezesa



Andrzej Duda ma być lepszą wersją Marcinkiewicza. Mentalny pisowiec, ale dobrze opakowany. Nawet w PiS nie wierzą jednak, że wejdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich.

AGNIESZKA BURZYŃSKA, ANNA GIELEWSKA

Duda od kilku lat szykował się na ministra sprawiedliwości. Jednak kiedy jego nazwisko pojawiło się na giełdzie kandydatów PiS na prezydenta, bardzo liczył, że Jarosław Kaczyński wskaże właśnie jego.
- Przygotowywał się, ćwiczył wystąpienia - przyznaje znajomy Dudy. Tyle że fatalnie wychodziły dla niego wewnętrzne badania rozpoznawalności. Wyprzedzali go m.in. Janusz Wojciechowski, Ryszard Czarnecki czy prof. Piotr Gliński. Gorzej od Dudy wypadał tylko prof. Andrzej Nowak.
Prezes podjął decyzję kilka tygodni przed ogłoszeniem kandydata. Liczył, że na start zdecyduje się Zyta Gilowska, ale odmówiła z powodów zdrowotnych. Wtedy dla wąskie­go grona w PiS stało się jasne, że postawi na Dudę. Od tego pomysłu próbował odwieść prezesa Adam Hofman. - Chodził i mówił, że to papierowy kandydat, nie nadaje się i on mu kampanii robić nie będzie - opowiada polityk PiS.
Kiedy decyzja już zapadła, prezes miał polecić, by nie mówić o niej Hofmanowi.
O tym, że kandydaturę Dudy prezes ogłosi 11 listopada, wiedziało zaledwie kilku polityków PiS. Większość spodziewała się tego dopiero po wyborach samorządowych. Jednak, choć trudno nam w to uwierzyć, politycy PiS przekonują, że inauguracja kam­panii prezydenckiej tego dnia była planowana jeszcze przed aferą madrycką. Jak twierdzą, pomysł był taki: z jednej strony „balonikowy” marsz Bronisława Komorowskiego, z drugiej zamieszki narodowców. I w kontrze do tego - nowy kandydat, Andrzej Duda.
Nie wyszło, o czym świadczy poruszenie wśród samych polityków PiS, kiedy na tele­wizyjnym pasku przeczytali, kto będzie ich kandydatem. Kpiny wywołał też występ Dudy na tle flag - ułożonych tak samo jak niedawno za plecami prof. Glińskiego, dyżurnego kan­dydata PiS na różne funkcje.
- Kto to wszystko wymyślił? Nieudolne przykrycie Hofmana, samo przykryte przez race z marszu, to wszystko wygląda despe­racko - denerwował się jeden z rozmówców. Inny: - Ogłoszenie tego w taki dzień, kiedy Komorowski jest gwiazdą i gospodarzem własnego marszu, przed wieczorem, kiedy nikt nic nie wie, nie ma tam żadnych kamer, relacji na żywo? No masakra po prostu.
Jeden ze sztabowców przekonuje: wszyst­ko przez Hofmana i... salę Sokoła. - Bardzo nam zależało na tej sali, bo jest kojarzona z Józefem Piłsudskim. Hofmana nie przykry­waliśmy, bo nie dało się przykryć. Zaszkodził nie tylko wyborom samorządowym, ale i tej starannie przygotowanej prezentacji.
- To jakiś żart? Jeśli faktycznie planowali to wcześniej, to po aferze madryckiej po­winni natychmiast przełożyć. Teraz nikt nie uwierzy, że to nie desperacka przykrywka. To jeszcze gorzej wróży... - komentuje jeden z naszych rozmówców z PiS.

wtorek, 18 listopada 2014

Hurtownik od heroiny



Giełdowi inwestorzy, a obok nich deweloper i potentat na rynku pomocy szkolnych obracali pieniędzmi narkotykowego barona. Każdy na swój sposób pomógł wyprać miliony zarobione na handlu heroiną.

WOJCIECH CIEŚLA

Ta historia zaczyna się prawdo­podobnie w styczniu 2011 roku. Z okna pokoju, w którym poli­cjant Centralnego Biura Śledczego prze­słuchuje Roberta, widać senną Warszawę. Robert, narkoman uzależniony od heroi­ny, ma opowiedzieć, jak i z kim handlował po praskiej stronie Wisły. Policja wie, że upłynnił wśród innych narkomanów hur­tową ilość narkotyku, co najmniej 13 kilo­gramów, i że nie pracował sam.
Tego dnia decyduje się na współpracę. W zamian za wsypanie własnej siatki zy­skuje status tzw. małego świadka koronne­go. Uniknie kary, trafi na leczenie.
Robert jest pierwszy. Wkrótce zaczyna­ją zeznawać następni chłopcy z Grocho­wa: Adrian R, Wirgiliusz L. Padają ksywki dilerów: Belmondo, Czarek, Ciemny, Ker- mit, Zdunek, Rudy, Smoku. CBS tylko po­twierdza to, co i tak wie od dawna - grupa zajmowała się handlem narkotykami, wy­muszaniem haraczy, rozbojami. Człon­kowie gangu dostawali od szefa regularne pensje - po 200 dolarów za przynależność i uczestnictwo. Wyjazdy na tzw. rozkminki, ataki na inne grupy - takie jak służbowe delegacje - opłacane były z funduszy grupy.
Robert K. zeznaje chaotycznie, ostat­nie dziesięć lat na ulicy odtwarza z pamię­ci. W pewnym momencie mówi: „Moim głównym dostawcą był Marek J.”.
CBŚ wkrótce namierza Marka J. Zaska­kujące, ale nie zakłada mu podsłuchu. Nie bada, z kim się kontaktuje. Idzie po niego szybko. Jakby ciut za szybko.

poniedziałek, 17 listopada 2014

ADAM HOFMAN NIE PĘKA



Choć było ich czterech, to zawsze rządził ten najmłodszy. Dlaczego? Bo miał najmniej skrupułów.

MICHAŁ KRZYMOWSKI
Zaczęło się od głupstwa. „Fakt” opisał drugorzędny incydent w samolocie tanich linii Ryanair. Czwórka młodych polityków PiS z żona­mi poleciała do Madrytu. Podczas lotu pili własny alkohol i posprzeczali się ze stewardesami.
Po paru dniach historia zaczęła jednak żyć własnym życiem. Im głębiej dzienni­karze do niej sięgali, tym więcej kompro­mitujących faktów wychodziło na jaw. Okazało się, że dla trzech posłów - Adama Hofmana, Mariusza Kamińskiego i Ada­ma Rogackiego - był to wyjazd służbowy. Najpierw kupili bilety na lot Ryanairem, a potem pobrali w Sejmie zaliczkę na znacznie kosztowniejszą podróż samo­chodami. Gdy się okazało, że są sejmowy­mi rekordzistami - według deklaracji mieli zjeździć pół Europy, od Rzymu po Londyn - ktoś sprawdził, że Kamiński i Rogacki w swoich oświadczeniach majątkowych nawet nie wykazują samochodów. Pojawi­ło się też pytanie: jak to możliwe, że Hof­man był w Londynie i Strasburgu, skoro w tym samym czasie głosował w Sejmie i występował w radiu?
Polityk PiS, który do tej pory zwalczał Hofmana: - Od lat zabiegałem o ukró­cenie jego wpływów. Robiłem wszystko, żeby odsunąć go od prezesa i pozbawić funkcji rzecznika prasowego, ale dziś jest mi go żal. "Jakiego końca kariery mu nie życzyłem.

niedziela, 16 listopada 2014

Zabójczy trójkąt



Miał jednocześnie dwie narzeczone Aby się nie wydało, jedną zabił.

HELENA KOWALIK

Zakochała się w nim od pierw­szego spojrzenia, gdy wszedł do jej klasy. Wysoki, uśmiech­nięty, sprężysty w ruchach. Wychowawczyni przedstawiła Marka K. jako instruktora narciarstwa, który przygotuje uczniów do wyjazdu w góry w czasie ferii zimowych. 14-letnia Marta B. jak na skrzydłach pobiegła do domu prosić rodziców, aby kupili jej narty.
Gdy po powrocie z Zakopanego Marta zaczęła zamykać się w swym pokoju i godzinami rozmawiała z kimś przez telefon, jej matka zaproponowała córce, aby zaprosiła tego kogoś do domu na kawę. I tale starszy od niej pięć lat Marek K., student pierwszego roku chemii na Uniwersytecie Jagiellońskim, zadomowił się w willi rodziców swej uczen­nicy z kursu narciarstwa. Po kilku miesiącach traktowano go jak chłopaka Marty. Rodzice - praktykujący katolicy - byli przekonani, że związek młodych jest jeszcze na etapie wyłącznie romantycznych westchnień. Ale nie ukrywali, że gdyby znajomość z Martą
dojrzała do narzeczeństwa, gotowi są na przypieczętowanie związku ślubem. Oczy­wiście kościelnym. Na razie „dzieci” miały pilnować nauki.
Marek im się podobał i nie mieli nic przeciwko temu, żeby w przerwie między zajęciami na uczelni wpadał do nich na obiad. Też mieszkał w Krakowie, ale w odległej dzielnicy, zbyt dużo czasu tracił na dojazd.
Na drugim roku studiów 21-letni Marek poznał studentkę Monikę K. Wkrótce zostali parą. Okazało się, że ich matki ukończyły tę samą akademię medyczną, co z kolei otwo­rzyło studentowi drzwi do domu Moniki. Mógł tam przebywać nawet wówczas, gdy jej rodzice byli w pracy, a dziewczyna na uczelni. Otwierał sobie pilotem do bramy garażu.
Marek zataił przed studentką, że spotyka się z Martą. Gdy szedł do licealistki, mówił Monice, że wyciągnęli go na piwo koledzy z podstawówki - nierozłączni Alek i Krzy­siek. Tak naprawdę od opuszczenia szkoły nie widzieli się ani razu.
W odróżnieniu od wpatrzonych w stu­denta rodziców Marty, matce Moniki nie podobało się, gdy Marek bez pytania otwierał lodówkę w jej kuchni, myszkował po całym mieszkaniu. Rok później zeznała w sądzie:
- Byłam rozdrażniona nachalną obecnością tego młodego człowieka w naszym życiu codziennym. Uważałam go za źle wycho­wanego, a ponadto infantylnego. Opowiadał niestworzone historie, które rzekomo mu się przydarzyły; z daleka pachniało to kłam­stwem. Niestety, Monika była nim zafascy­nowana. Ambicjonalnie cierpiałam, widząc, jak mu usługuje: daje notatki z wykładów, na które nie chciało mu się chodzić, pisze za niego prace semestralne. Ale córka nie pozwoliła nic na niego powiedzieć. Zaręczyli się.

sobota, 15 listopada 2014

Jak partia w Gryficach kułaków broniła



Proces ZMP-owców, którzy w 1951 r. w poszukiwaniu zboża zdemolowali obejścia chłopów, partia uczyniła pokazowym.

HELENA KOWALIK

Napisałam skargę do KC - zeznała w pierwszym dniu procesu po­szkodowana Irena Madusowicz z Przybiernowa, gmina Gryfice - bo już nie wiedziałam gdzie. - Zaraz po Matce Boskiej Gromnicznej przy­był do naszej gromady z Gryfic samochód z tą lekką kawalerią. Piętnastu weszło na moje podwórko. Zażądali, abym natychmiast wiozła zboże do punktu skupu, 1700 kg. Ja im przysięgam, że oddałam już półtorej tony i zostało mi tylko na zasiew oraz dla gadziny. To tamci w krzyk, że mają sposób na kułaków. Cztery godziny trwała rewizja. Piece porozbijali, święte obrazy zrzucili ze ścian, łóżka i podłogi porąbali, a w chlewie koryta. Zjedli wędliny z komory, rozdeptali miód, który miałam na dokarmianie pszczół i woszczynę. Ukradli podeszwy przygoto­wane na żelowanie butów i skórki z owiec przywiezione jeszcze zza Buga. 600 zł schowane w kredensie zginęło, nie mogę znaleźć karty ewakuacyjnej. Gdy plądrowali kuchnię, kazali mi stanąć twarzą do ściany.
- Do nikogo nie pisałam skargi - wyjaś­niła sądowi żona Andrzeja Zająca z Trzebusza pod Gryficami - bo już oczy wypłakałam przez taką niesprawiedliwość. Mój chłop dostał 5,5 roku za ukrycie 27 metrów zboża i 46 dolarów. W czasie rewizji kazali mu kopać dół, że go żywcem pogrzebią. Proces był w pobliskim Trzebiatowie, w sali kinowej, sołtysi zgonili ludzi z kilku wsi. Nie dość, że gospodarstwo zostało bez chłopa, ta ichnia lekka kawaleria kamieniami rozbiła w cha­łupie szyby, wszystkie naczynia wyrzucili na podłogę, porąbali siekierą łóżko.
Kolejny poszkodowany Franciszek Krystecki z tej samej wsi co Zając zeznał, że na jego gospodarstwo najechało 20 „kawalerzystów”. Od furtki krzyczeli: „Pokaż, skurwysynie, gdzie masz zboże ukryte!”.
- Chciał iść na posterunek, ale ten pośrodku ławy - tu przesłuchiwany wskazał na jed­nego z oskarżonych - uderzył go drągiem, którym rozwalał siano. Zapowiedział, że jeśli się ruszę z podwórka, zastrzeli mnie jak psa. Wyłamali futrynę w spichrzu, gdzie ukryłem pięć metrów żyta dla koni. Wszystko zabrali. Gdy moja baba płakała w kuchni, bo nasikali do beczki z soloną słoniną, rozpruli pierzyny.
Tak 25 maja 1951 r. w Gryficach niedaleko Szczecina na zlecenie KC PZPR zaczął się pokazowy proces osób, które - jak doniosła „Trybuna Ludu” - „wypaczyły słuszną ideę kolektywizacji rolnictwa”.

piątek, 14 listopada 2014

Niech mi zejdzie z oczu



Żona straciła grube miliony za plecami męża. Ze strachu przed jego gniewem chciała go zabić.

Helena Kowalik

20-letnia ekspedientka Agnieszka W. z wiejskich obrzeży Wilanowa na urodzinach brata poznaje Marka Cz. Jest koniec 1995 r. Gość nosi złoty łańcuch i dresy. Jest bardzo pewny siebie, bawi całe towarzystwo. Z wpatrzonym w niego bratem porozumiewają się jakimś slangiem, Agnieszka połowy nie rozumie. Ale nie docieka – z natury jest nieśmiała, wygląda na zahukaną.
Gdyby czytała gazety, może by i coś skojarzyła z szeptów gospodarza z honorowanym gościem. Media żyły właśnie serią gangsterskich napaści: niedaleko Nowego Dworu Mazowieckiego bandyci sterroryzowali dwóch policjantów i zabrali im radiowóz. Niespełna tydzień później ci sami sprawcy zatrzymali autokar z wycieczką do Stambułu, pasażerowie musieli oddać pieniądze i kosztowności. Następnie zdarzył się napad na klienta banku PKO w Warszawie – na widok wycelowanego kałasznikowa mężczyzna oddał kilkadziesiąt tysięcy złotych. Napastnicy ukryli broń w wózku dziecięcym, porzuconym później przed wejściem do banku. Niejako zwieńczeniem tych akcji był napad na konwój wiozący pieniądze dla ZOZ na warszawskim Ursynowie. Bandyci ukradli 1,2 mln zł. Agnieszka W. nie miała pojęcia, że za tymi rozbojami stała zbrojna grupa gangsterska dowodzona przez Marka Cz. o znanej w przestępczym światku ksywie „Rympałek”. Nie słyszała też o aresztowaniu tego mafiosa w kwietniu 1996 r. Nie miał kto jej powiedzieć, bo brat akurat odsiadywał wyrok.

czwartek, 13 listopada 2014

Kulisy śledztwa ws. ułaskawienia Adama S. przez prezydenta Kaczyńskiego



Łukasz Kłos,Tomasz Słomczyński

Nie było podejrzanych, ani tym bardziej winnych. Co więcej - nie znaleziono też dowodów, potwierdzających, by w ogóle doszło do przestępstwa. Warszawska prokuratura umorzyła więc dochodzenie w sprawie rzekomego zaginięcia dokumentów związanych z ułaskawieniem Adama S., niegdyś wspólnika Marcina Dubienieckiego.


Tymczasem zatrudniony przez Pałac Prezydencki audytor - sędzia Sądu Najwyższego - nie miał wątpliwości: "W niniejszej sprawie zachodzą okoliczności uzasadniające podejrzenie popełnienia przestępstwa, dokonanego przez podsekretarza stanu Andrzeja Dudę". W piśmie skierowanym do Kancelarii Prezydenta RP w kategorycznych słowach stwierdził, że spośród kilku przebadanych postępowań ułaskawieniowych "istotne nieprawidłowości" pojawiły się tylko w przypadku sprawy Adama S. Brak dokumentów podpisanych przez uprawnione osoby, brak sformalizowanego obiegu pism to wszystko - zdaniem sędziego audytora - miało kłaść się cieniem na tej sprawie i urzędowaniu Andrzeja Dudy.
Warszawscy śledczy nie znaleźli jednak dowodów, które mogłyby jednoznacznie uzasadnić podejrzenia w stosunku do prezydenckiego ministra (Andrzej Duda nie usłyszał nawet zarzutów w związku z tą sprawą). Zebrany przez nich materiał ujawnia jednak tajniki pracy Kancelarii Prezydenta. Kto rekomendował Lechowi Kaczyńskiemu ułaskawienie kwidzyńskiego przedsiębiorcy? Jakimi dokumentami prezydent mógł dysponować, podejmując swoją decyzję? Kto zlecił ich przygotowanie? Do kogo trafiła prośba Adama S. o zastosowanie aktu łaski? Dziesiątki stron dokumentów oraz zeznania świadków - pracowników Kancelarii Prezydenta - odsłaniają kulisy przygotowania aktu łaski wobec Adama S.


Przypomnijmy na początek, skąd wzięło się całe zamieszanie. "Prezydent Lech Kaczyński ułaskawił kwidzyńskiego przedsiębiorcę, wspólnika Marcina Dubienieckiego" - artykuł ukazał się w "Dzienniku Bałtyckim" w marcu zeszłego roku. Napisaliśmy, że cieniem na łasce dla kwidzyńskiego przedsiębiorcy położyło się kilka faktów. Przeciwny jej był prokurator generalny. Sam akt został wydany w stosowanym niezwykle rzadko trybie tzw. prezydenckim, a cała procedura zakończyła się w zaledwie cztery miesiące. Tak krótki okres oczekiwania na prezydencką łaskę jest w zasadzie niespotykany. Te kontrowersje spowodowały, że w publicznej dyskusji pojawiły się pytania: Czy w przypadku Adama S. prezydenccy urzędnicy dopełnili obowiązującej procedury? Czy on sam mógł liczyć na "specjalne względy" z uwagi na swoje interesy z Marcinem Dubienieckim? Sam adwokat już po publikacji artykułu publicznie zaprzeczał, by był wspólnikiem kwidzyńskiego przedsiębiorcy. Tymczasem ich związki biznesowe były oczywiste w świetle dokumentów dostępnych w Krajowym Rejestrze Sądowym. Oświadczenie Dubienieckiego stało w sprzeczności z potwierdzonym notarialnie aktem założycielskim spółki (który również opublikowaliśmy na naszych łamach). Wynika z niego, że Marcin Dubieniecki i Adam S. na trzy tygodnie przed ułaskawieniem zawiązali spółkę.

środa, 12 listopada 2014

Życie jak w Madrycie



Szkoda chłopów. Przynajmniej Kamińskiego i Hofmana. Nie żeby wyrażali poglądy bliskie moim; i nie żeby się zapowiadali na jakichś Geremków, ale przynajmniej mają IQ, którego nie trzeba się wstydzie w sklepie. Ale się zmarnowali.

Jacek Żakowski

W odróżnieniu od Ziobry obaj panowie raczej byliby w sta­nie zdać egzamin aplikancki. Wielu takich młodych dziś w polityce, a zwłaszcza w Sejmie, nie ma. I trzeba powiedzieć, że nie tylko par­tia, ale też Polska sporo w nich inwesto­wała na szybkich ścieżkach ich politycznej kariery. Na marne.
Nie w tym sensie, że wpadli na wstydli­wych kombinacjach i zapewne zostaną wyrzuceni z partii. Naprawdę złe jest to, że zostali do tego stopnia zdemoralizowa­ni, że to, co zrobili, robili nawet się specjal­nie nie maskując, nie zacierając śladów, niemal ostentacyjnie. Czyli nie widzieli w tym nic specjalnie złego, a zwłaszcza nic groźnego, co by mogło złamać ich kariery. W gruncie rzeczy musieli być przekonani, że tak się po prostu robi. Albo że można tak robić. To dużo o nich mówi, ale też mówi sporo o ich otoczeniu. Bo nikt się z takim poczuciem nie rodzi. Przez te kilka lat, któ­re spędzili w polskiej polityce, musieli tym poczuciem czy przekonaniem nasiąknąć.
Nie myślę tylko o kuriozalnym koncep­cie, żeby w służbową podróż do Madrytu posłowie jechali swoimi samochodami (i to zdaje się trzema). Prawdę mówiąc, już w chwili gdy złożyli takie wnioski, urzędnik Kancelarii Sejmu powinien zawiadomić prokuraturę albo CBA o podejrzeniu po­pełnienia przestępstwa. Bo to jest prawie 3 tys. km, czyli dwa dni podróży w jedną stronę (według Google - 27 godzin czystej jazdy). Szwindel czuć tu na milę. Gdyby nie stał za tym jakiś szemrany interesik, kto by miał ochotę męczyć się prawie 30 godzin przy kółku zamiast luksusowo odbyć kilkugodzinną podróż w lotow- skiej biznesklasie?
Dobre pytanie, prawda? I poważniejsze, niż się na oko wydaje. Bo w odróżnieniu od lotnisk wewnątrz Unii na granicach drogowych nie ma żadnych kontroli. Na pierwszy rzut oka czułbym tu więc raczej pranie brudnych pieniędzy albo narkotyki wiezione pod przykrywką dy­plomatycznych paszportów niż banalne szmuglowanie całkiem legalnych żon, o które zdaje się chodziło. Nie wierzę, że pomysł samochodowej podróży do Ma­drytu nie dał do myślenia urzędnikom w Sejmie. I że nie zdziwił partyjnych ko­legów, którzy musieli być powiadomieni o długiej służbowej nieobecności trójki. Takie spotkania, na jakie jechali, nie ciągną się przecież tygodniami. A podróż samo­chodem zajęłaby przynajmniej 4 dni. Więc także dla władz klubu musiało być jasne, że chodzi o coś innego niż udział w kon­ferencji. A, o ile wiem, nikt nie oponował.

wtorek, 11 listopada 2014

Gagatek Agaty


Obowiązuje zasada: po czynach ich poznacie. Lista czynów księdza Andrzeja spoczywa w kurii łomżyńskiej. Tylko tam wiedzą, ile w księdzu księdza, ale nie powiedzą, bo sprawa jest poufna.

Piotr Pytlakowski

Wysokie Mazowieckie, wydział zamiejscowy Sądu Rejonowego w Zambrowie. Sędzia pyta pozwaną, czy to ona napisała i podpisała trzy zobowiązania w sprawie zwrotu pieniędzy. Agata trzyma na ręku półtoraroczną córeczkę. Sędzia jest wyrozumiały, Agata, skła­dając wyjaśnienia, siedzi na krześle.
Ma 34 lata, kłopoty z kręgosłupem, miłą twarz. Wykształce­nie średnie, bez zawodu. Nie pracuje. Sędzia ustalił, że uzyskuje dochód z renty socjalnej - 619,5 zł oraz zasiłek- 153 zł. Stałe wy­datki: kredyt - 95 zł, energia -183 zł oraz wywóz śmieci - 300 zł rocznie. I konkluzja - pozwanej należy się adwokat z urzędu, ale sąd go nie przydzieli, bo sprawa jest na tyle prosta dowodowo, że nie wymaga udziału profesjonalnego prawnika.
Szybko okazuje się jednak, że sprawa nie jest taka prosta. Agata rozpoznaje swój charakter pisma na dwóch zobowią­zaniach. Trzeciego ani nie pisała, ani nie podpisała. Ktoś się podszył. Osobą, która dostarczyła sądowi zobowiązania w cha­rakterze dowodów, jest ksiądz Andrzej. Złożył pozew o 5963 zł wraz z odsetkami. Twierdził, że pieniądze Agacie pożyczył i do­maga się ich zwrotu. - Dał mi 2 tys. zł, ale to nie była pożyczka - oświadczyła Agata przed sądem.
- Na co były te pieniądze? - dopytywał sędzia.
- Na utrzymanie naszego mieszkania, na czynsz, wyżywienie i na koszty paszportu, jaki na życzenie księdza Andrze­ja wyrabiałam.
Sędzia sprawiał wrażenie zdziwionego. Nie mógł o nic spytać powoda, bo ksiądz na rozprawę się nie stawił. Był na poprzed­niej, bez obecności pozwanej. Zapadł wtedy wyrok zaoczny a do zasądzonej kwoty rzekomej pożyczki dodano jeszcze 500 zł kosztów procesowych, bo na tyle ksiądz Andrzej oszacował swój wydatek na dojazd do sądu. Wszystko dokładnie udo­kumentował. Jechał z Warszawy samochodem o pojemności skokowej 1,3 tys. cm sześć., w jedną stronę to 150 km - niech pozwana płaci. Teraz toczy się rozprawa odwoławcza.
Sędzia wpadł w jeszcze większe zdziwienie, kiedy przed jego obliczem stawił się świadek Leszek. - Kim pan jest z zawodu? - spytał sędzia. - Reporterem - wyjaśnił świadek. - W tej spra­wie mam do powiedzenia to, że ksiądz Andrzej stosował wobec pozwanej mobbing psychiczny widziałem to na własne oczy. A na domiar złego wiem, że pozwana zaszła z księdzem w ciążę. Na żądanie księdza wywołała sztuczne poronienie, czyli aborcję.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Śmierć, która krzywdzi



Skrzywdził nas - oskarża trzech młodych mężczyzn. Jest niewinny - wierzą znajomi proboszcza. A ksiądz, nie czekając na wyrok, popełnia samobójstwo.

MAREK SZYMANIAK

Wybierając śmierć, ksiądz zdecydował też o naszym życiu. Jeszcze raz nas skrzywdził - mówi Radosław. Ma teraz 24 lata i nie wybaczył proboszczowi z Turki tego, co mu przed laty zrobił. Może gdyby ksiądz miał odwagę stanąć przed są­dem i odbyć karę, z czasem przyszłoby wy­baczenie. - Ale on już nie żyje i nic nie może zrobić, by na to zasłużyć - dodaje.

Płomienie
Sierpniowy poranek 2012 roku, tuż przed szóstą. Ksiądz Bogusław klęczy przed me­talowym krzyżem przy grobie rodziców na cmentarzu w Łopienniku Nadrzecznym, w powiecie krasnostawskim. Sięga po różowe ziarnka trutki na szczury. Połyka garść, potem drugą. Bierze butelkę z terpentyną i starannie się oblewa, jest cały mokry. Po chwili przecią­ga zapałką po drasce, staje w płomieniach.
Nikt we wsi nie słyszy jego krzyków. Któ­ryś z mieszkańców, widząc dym na cmenta­rzu, biegnie sprawdzić, co się dzieje. Próbuje zgasić ogień, ale jest już za późno.
Śledczy umarzają sprawę, bo nie znajdują dowodów na to, że ktoś księdza namówił do samobójstwa lub pomagał mu w podjęciu tej decyzji. Uznają, że to „bezsporne samobój­stwo”. Ksiądz zostawił dwa listy pożegnalne, ale prokuratura nie chce zdradzić ich treści. Umarza za to śledztwa, w których proboszcz był podejrzany o molestowanie seksualne trzech chłopców.

niedziela, 9 listopada 2014

Jak działa gangsterska pralka


Wiceszef nadzoru finansowego omal nie zginął, bo przeszkadzał w praniu pieniędzy mafii. Napad zaplanowano w siedzibie SKOK Wołomin, wykonawcą był członek miejscowego gangu. Kto naprawdę stał za napadem i za pralnią z Wołomina?

Wojciech Cieśla

Dziwna to afera: SKOK Woło­min udzielał kredytów „słupom”, podstawionym ludziom. Ale - co ciekawe - „słupy” w większości kredy­ty spłacały. ABW i prokuratura zatrzymu­ją w tej sprawie coraz więcej podejrzanych, w areszcie siedzą szef rady nadzorczej, pani wiceprezes i dyrektor wydający decyzje kre­dytowe. Ostatnio za kratki powędrował sam prezes, Mariusz G. Część „słupów” już zo­stała skazana. Ale od półtora roku nie padła odpowiedź na pytanie: po co brać kredyty na fałszywe dane i potem je spłacać? Dokąd wędrowały pieniądze ze SKOK?
„Newsweek”już w ubiegłym roku alarmo­wał, że SKOK Wołomin (druga największa spółdzielcza kasa oszczędnościowo- -kredytowa w kraju, 70 tysięcy klientów, ponad 2 mld zł aktywów) może być pral­nią brudnych pieniędzy. Teraz dotarliśmy do ludzi, którzy znają częściowa rozwiąza­nie zagadki kredytów zaciąganych i spła­canych m.in. przez bezdomnych. Według ich wersji w SKOK Wołomin zainwestowa­li ludzie związani z tzw. starymi gangami: pruszkowskim i wołomińskim. Bezwzględ­ni i czujący się na tyle bezkarnie, by zlecać egzekucje państwowych urzędników.
W aferze SKOK Wołomin nie chodzi o „słupy”, tylko o to, kto za nimi stał. I kogo zasiliły wyłudzone pieniądze.

sobota, 8 listopada 2014

Wykrajanie Warszawy



Warszawa to największe w Polsce targowisko nieruchomości, i to najdroższych.
Na pośrednictwach i wykupywaniu roszczeń można zarobić dziesiątki milionów złotych.
Kim są ludzie, którzy się tym zajmują?

Mimo że od zmiany ustroju minę­ło już 25 lat, stalinowski dekret Bieruta z 1945 r. wciąż obowią­zuje. Jednym podpisem odbie­rał większości warszawiaków własność ich nieruchomości - po to, by sprawniej od­budowywać stolicę. Dziś nikt objęty dzia­łaniem dekretu nie jest już właścicielem - nawet jeśli urodził się i wychował w domu wybudowanym przed wojną przez ojca i nigdy nikomu niesprzedanym. A ponie­waż nie istnieje ustawa reprywatyzacyjna, na mocy której dawni właściciele mogliby się starać o ponowne wpisanie ich do ksiąg wieczystych - o odzyskaniu prawa własno­ści decydują, w każdej sprawie z osobna, sądy lub urzędnicy.
Wydarzenia nabrały tempa - a sprawy o mienie rozmachu - po wyroku Trybu­nału Konstytucyjnego z 2011 r., który otworzył drogę do odszkodowań za za­brane dekretem Bieruta nieruchomości inne niż przeznaczone pod budownic­two jednorodzinne. Tak więc do końca tego roku Ministerstwo Spraw Zagra­nicznych musi się wyprowadzić z Pałacu Przeździeckich przy ul. Foksal. Braniccy odzyskali swój pałac przy ul. Miodowej, gdzie przez lata urzędowała stołeczna administracja, a teraz próbują odzyskać Pałac Wilanowski. Władze dzielnicy Śródmieście musiały oddać kamienicę przy Żurawiej, a Zarząd Transportu Miej­skiego Pałac Błękitny przy Senatorskiej. Ważą się losy Królikarni: sąd nakazał zwrot muzeum rodzinie Krasińskich. A to dopiero początek. Dekret Bieruta objął 14 tys. ha miasta i 24 tys. mająt­ków, szacowanych dziś na 20, może na­wet 40 mld zł. W 2013 r. odszkodowania zasądzone na rzecz właścicieli od miasta wyniosły już 650 min zł. A roczna dotacja dla Warszawy, uchwalona od tego roku na trzy lata, po to, by stolica nie zbankru­towała, to 200 min. - Mamy obowiązek wypłacać odszkodowania ze środków własnych, potem dostaniemy zwrot, ale tylko do wysokości 200 min - mówi Marcin Bajko, dyrektor stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, od 2003 r. zajmujący się sprawami de­kretowymi. - Więc prowadzimy rozmowy i próbujemy rozkładać wypłaty odszko­dowań na raty. Szacuje, że niezałatwionych spraw dekretowych jest jeszcze w Warszawie ok. 14 tys. W sądach toczy się dziś ok. 8 tys. postępowań o zwrot nieruchomości lub odszkodowanie, gdy zwrot w naturze nie jest możliwy.

piątek, 7 listopada 2014

Młody jest, niech użyje władzy



Karol Adamaszek

"Zdrowy mężczyzna", "Każdemu można podstawić jakąś ładną i zgłupieje" - mówią mieszkańcy Biłgoraja o pośle Piotrze S., który pokłócił się z prostytutką o 200 zł, a teraz chce zostać burmistrzem.
Przed sądem w Lublinie trwa proces Magdaleny I. oraz jej dwóch kolegów. Prawniczka po KUL, czasowo kurtyzana, miała namówić Przemysława S., a on Szczepana P. do akcji przeciwko 37-letniemu Piotrowi S., w przeszłości parlamentarzyście PiS, a potem Solidarnej Polski, obecnie już bezpartyjnemu. Była rozgoryczona, bo polityk nie zapłacił jej 200 zł za seks. Rozpoznała go w telewizji, gdy szedł w marszu dla TV Trwam. W grudniu 2012 roku, pięć dni przed Bożym Narodzeniem, poseł umówił się z kobietą i przyjechał na negocjacje w sprawie zaległego długu do hotelu, gdzie go potajemnie nagrano i sfotografowano.

Krótka spódnica i łoże małżeńskie

Potem polityk rozmawiał jeszcze ze Szczepanem P., ile ma zapłacić, by dostać kompromitujące go materiały. Tej samej nocy zgłosił się na policję. Funkcjonariusze zatrzymali troje szantażystów. W całości do winy przyznał się tylko Szczepan P.

Piotr S. nie zgadza się na podawanie nazwiska. Prowadząca sprawę sędzia nie pozwala dziennikarzom przysłuchiwać się całym rozprawom. Muszą opuszczać salę za każdym razem, gdy mają być ujawnione intymne szczegóły relacji posła z panną.

Przemysław S. zaprzecza, że dopuścił się przestępstwa: - Nie chciałem żadnych pieniędzy. Chciałem mu [posłowi] dokuczyć, popsuć święta. Chodziło o zadośćuczynienie, niekoniecznie pieniężne, za usługę seksualną i brutalne traktowanie.

S. opowiada, że parlamentarzysta chciał, by Magdalena I. przyjechała na spotkanie w sprawie kasy w butach na wysokich obcasach i w mini. Recepcjonistka z hotelu, w którym S. spotkał się z Magdaleną I., pamięta z kolei, że w grudniowy wieczór mężczyzna poprosił o rezerwację pokoju z łożem małżeńskim. Powiedział, że pierwsza zgłosi się Marta Siwiec. Portierka miała ją wpuścić, żeby poczekała. Recepcjonistce nazwisko utkwiło w pamięci, bo skojarzyła je z celebrytką Natalią Siwiec.

Kierowniczka hotelu relacjonuje w sądzie, że Piotr S. był kilka razy jego klientem. Wspomnianego wieczoru poprosił o fakturę na swoje nazwisko - do rozliczenia w Kancelarii Sejmu. Kierowniczka zapamiętała też, że brał rachunek, gdy nocował w hotelu wcześniej: raz sam, a raz z mężczyzną o ukraińsko brzmiącym nazwisku.

czwartek, 6 listopada 2014

Profesor od narkotyków



Breaking Bad po polsku, czyli jak spokojny naukowiec z Kielc stal się stawny od Wiednia po Nottingham jako król amfetaminy.

WOJCIECH CIEŚLA

To był zabawny news. W mar­cu na chwilę ożywił kolumny lokalnych brytyjskich gazet: w Grantham, miasteczku położonym mię­dzy Birmingham a Nottingham, sąd skazał 6l-letniego mężczyznę z Polski, dyplomo­wanego chemika. Wpadł razem z labora­torium do produkcji amfetaminy. „Polish Breaking Bad” - skojarzyły gazety. Ame­rykański serial „Breaking Bad” opowia­da historię chorego na raka nauczyciela chemii, którego nie stać na kurację, więc produkuje amfetaminę na dużą skalę.
Historia Ryszarda Jakubczyka jest znacznie barwniejsza: to opowieść o mi­łośniku Bacha i Telemanna, który sprze­dał talent bandytom. Opowieść pełna przemocy, brudnych interesów i trupów.

Uprzejmie donoszę do CBS
Do dziś nie wiadomo, kto go wsypał po raz pierwszy. Jest 12 grudnia 2000 r., wto­rek, zapada zmrok. Nadkomisarz Mirosław Kowalski z XIII Wydziału CBŚ w Kiel­cach myślami jest już w domu, ale przed wyjściem z pracy odbiera telefon. Następ­nego dnia rano pisze pospieszną notat­kę: „Otrzymałem wiadomość przekazaną przez mężczyznę - z wypowiedzi wynikało, iż był to głos młodego człowieka - z której wynika, że Ryszard Jakubczyk, zwany też Profesorem, zajmuje się produkcją i roz­prowadzaniem narkotyków. W nocy z 12 na 13 grudnia będzie wytwarzał amfetaminę”.
Anonim podaje trzy adresy, pod którymi „Profesor” produkuje narkotyki.
Kilka godzin przed rozmową nadkomi­sarza z anonimem inny funkcjonariusz CBS dostaje podobny telefon: młody męż­czyzna dorzuca informacje o wspólni­kach „Profesora” braciach Winiarskich. „Informujący nie wymienił miejscowości.
w której odbywa się produkcja, mimo mo­jej dociekliwości” - notuje z żalem oficer.
13 grudnia w CBS w Kielcach ma więc dwa donosy. Nazwiska i miejsca. Rzadka gratka.

środa, 5 listopada 2014

Życie polityczne i erotyczne



Kto nigdy nie usłyszał, nie powiedział ani nie pomyślał, że jakieś polityczne emocje, postawy, opinie, wybory mają seksualne podłoże lub wiążą się z jakimś seksualnym problemem - niech pierwszy rzuci kamieniem. Kto nie był skonfundowany, dowiadując się o seksistowskim zachowaniu osób związanych z lewicą lub o ryzykownych zachowaniach seksualnych prawicy - niech ciska, czym popadnie. Co rusz taka publiczna kontuzja wybucha. A wtedy złośliwym komentarzom i koszarowym żartom nie ma końca. Analizując reprezentatywne badania przeprowadzone na liczącej ponad 3 tys. respondentów próbie, prof. Zbigniew Izdebski sprawdził, jakie postawy i poglądy seksualne kryją się za deklaracjami wyborców głównych partii politycznych.
Dzięki badaniom Izdebskiego i Polpharmy po raz pierwszy możemy się dowiedzieć, czym różni się życie seksualne polskich politycznych plemion oraz na ile różne są naprawdę ich przekonania w sprawach seksu i seksualności.


Jacek Żakowski: - Czy partia ma znaczenie?
Prof. Zbigniew Izdebski: - Dla zdrowia seksualnego ma. Są na to dane.

Na przykład takie, że wyborcy centroprawicy mają o ponad 2 cm dłuższego penisa niż wyborcy centrolewicy. Co z tego wynika? I jak to zmierzyliście?
Prosiliśmy mężczyzn, żeby tę informację podali, jeśli sami kiedykolwiek zmierzyli swojego penisa w stanie erekcji. Po­pierający SLD deklarowali, że ta długość to średnio 16,20 cm, sympatycy PO - 17,41, a deklarujący poparcie dla PiS - 18,35.

 Jakie to ma znaczenie?
Tu jestem ostrożny. Prowadząc od lat badania seksualności, nauczyłem się, że w niektórych sprawach odpowiedzi Polaków są problematyczne. Kiedy pytamy o orientację seksualną, do­znaną przemoc seksualną, długości stosunku, zdrady, Polacy nie są z nami całkiem szczerzy.

Wiemy, co ludzie mówią, co deklarują, także na własny temat, ale nie wiemy, jak jest?
Wiemy, jak chcą być postrzegani.

Czyli identyfikacja partyjna ma wpływ głównie na to, za kogo chce się uchodzić?
Na zdrowie seksualne również. Bo seksualność jest w Pol­sce upolityczniona. Skoro poglądy polityczne wpływają na po­strzeganie własnej seksualności, to na życie seksualne też.

I na wyobrażenie o długości własnego penisa?
Tu potrzebne jest jeszcze jedno zastrzeżenie. Pytanie o roz­miar penisa, jak i inne tego typu, zadawane były w celu te­stowania otwartości badanych na tzw. pytania drażliwe. Pró­ba badawcza była reprezentatywna. Liczyła 1500 mężczyzn i 1500 kobiet. Na pytanie o długość penisa odpowiedziało tylko trzystu badanych, przy czym wyborcy PiS odpowiadali dużo chętniej niż inni.

Częściej mierzą i są bardziej zadowoleni ze swoich penisów?
Być może. Bo wyobrażenie o długości penisa ma duże zna­czenie dla samopoczucia mężczyzn, chociaż sama długość nie ma specjalnego znaczenia dla jakości seksu.

Z seksu prawica też jest bardziej zadowolona?
Najbardziej zadowoleni z seksu są wyborcy PO. Satysfakcję deklaruje trzy czwarte z nich, a tylko dwie trzecie wyborców PiS i SLD. Dla zwolenników Platformy seks częściej jest ważny i może też dlatego znacznie częściej uważają, że ich życie sek­sualne jest dobre.

wtorek, 4 listopada 2014

Otrzeźwienie smoleńskie



Smoleńsk powoli znika z wystąpień polityków PiS i okładek „niepokornych" pism. Pieczołowicie budowana mitologia przegrywa z realnością konfliktu na wschodzie.

RAFAŁ KALUKIN

Jeszcze niedawno całkiem po­ważni ludzie na prawicy mó­wili o Ewie Stankiewicz, że to polska Joanna d’Arc. Dziś wstydliwie spuszczają oczy, gdy ikona mchu do­magającego się „prawdy o Smoleńsku” bierze ostateczny rozbrat ze zdrowym rozsądkiem, spekulując o zamachu ro­syjskich służb na katowicką kamienicę. Paranoja? Być może, ale przecież do­skonale współgrająca z wcześniejszymi opowieściami o bombach próżniowych i innych akcesoriach smoleńskich teo­rii spiskowych. Być może więc to nie Stankiewicz odjechała, ale jej dawni sympatycy wracają z dalekiej podróży.
Większość stron internetowych po­szukiwaczy „prawdy o Smoleńsku” któ­re po katastrofie mnożyły się w tempie geometrycznym, od miesięcy nie jest aktualizowana. Tradycja smoleńskich miesięcznic jeszcze się utrzymuje, ale frekwencja w rytuale już nie taka jak dawniej. Jeszcze dwa lata temu co trze­ci Polak nie wykluczał, że mogło dojść do zamachu. Dziś ledwie co dziesiąty.
A przecież w diagnozie putinowskiej Rosji - przynajmniej w sferze re­torycznej - rację miał nie Donald Tusk, ale Lech Kaczyński. Wydawałoby się, że to doskonały czas dla mitologii smoleńskiej. A jednak...

poniedziałek, 3 listopada 2014

Państwo, czyli piaskownica



Nasze życie polityczne i medialne coraz bardziej przypomina serial słabego reżysera z marnym scenariuszem - mówi filmowiec Andrzej Saramonowicz.
  
NEWSWEEK: Napisałeś, że przyznanie przez Kancelarię Prezydenta medali państwowych dwójce reporterów, którzy zginęli w Katowi­cach, pachnie podlizywaniem się mediom.
ANDRZEJ SARAMONOWICZ: Chodziło mi o powagę instytucji państwa reprezentowa­ną przez Kancelarię Prezydenta. Prezydent, zakładam, nie miał z tym nic wspólnego. Raczej jakaś grupa urzędników, którzy roją sobie strategię „zabezpieczenia tyłów” szefa poprzez dobre układy z mediami. I to chy­ba spowodowało, że uznano, że trzeba tych dwoje nieszczęsnych ludzi odznaczyć. Ktoś może powiedzieć, że w obliczu ich śmierci żałuję im Złotych Krzyży Zasługi. A nie o to chodzi! Takie pospieszne działanie państwa zmusza mnie jednak do zastanawiania się, dlaczego tak się dzieje. I dochodzę do dwóch smutnych wniosków: po pierwsze, że po­budki urzędników nie są specjalnie szla­chetne ; po drugie, że osiągnięcia zawodowe odznaczonych nie były, prawdopodobnie ze względu na ich młody wiek, jeszcze szcze­gólnie wielkie. Chcąc nie chcąc, przywołuję w pamięci wszystkich zmarłych dzienni­karzy, którzy osiągnęli więcej, a nie zostali tak uhonorowani, i zastanawiam się, czy to sprawiedliwe. Oczywiście zawsze pozostaje podejrzenie, że ten skurwysyn Saramono­wicz czyni to wszystko z niskiej zazdrości, bo sam nie dostał żadnego krzyża zasługi, ale na to już nic nie poradzę.

Politycy w ostatnich latach spieszą się być w żałobie. Zmarła aktorka Ania Przybylska, władze lokalne ozdobiły główną ulicę Gdyni flagami z jej podobizną, a niektórzy członkowie sejmowej komisji kultury zastanawiają się, czy roku 2015 nie ogłosić rokiem Anny Przybylskiej.
- Naprawdę?!

Kontrkandydatami są Jan Długosz i Jan Paweł II. Jest jakiś pęd polityków do dołączania do konduktów żałobnych, wraz z insygniami państwowymi.
- Prawdopodobnie ktoś skonstatował, że Przybylska obchodzi potencjalnych wybor­ców bardziej niż kronikarz Jan Długosz. I tu dochodzimy do banalnej konstata­cji, że świat informacji publicznej zde­terminował jeden rodzaj informowania: bulwarowo-rewoiwerowy. Pojawił się kil­kanaście lat temu z „Super Expressem”, „Faktem”, a potem z mediami elektronicz­nymi, które wymuszają widzenie świata przez sensacyjność, dramatyczność, bo to się zawsze dobrze sprzedaje. To już nie jest nisza w mediach, to się rozlewa na całość.

I na politykę też. I tamtych bohaterów, tamte wydarzenia, emocje politycy chcą, dla własnych korzyści, zaprzęgać w działania państwa.
- Prawdopodobnie jest tak, że media, zwłaszcza elektroniczne, uczyniły świat znacznie bardziej egalitarnym. Niestety, nie o taki egalitaryzm walczyli ludzie postępu. Im marzył się świat, w którym tzw. masy miały...

niedziela, 2 listopada 2014

TAK SIĘ WALCZY NA DWORZE PREZESA


Stratedzy PiS są w kropce. Nie wiedzą, czy robić kampanię, która przyciągnie wyborców, czy taką, która spodoba się prezesowi, Na razie wybierają to drugie.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Dariuszowi Selidze, posłowi PiS, zamarzyło się, żeby zostać pre­zydentem rodzinnych Skiernie­wic. Porozmawiał z kim trzeba, dostał zgodę partii, zamówił już nawet plaka­ty w drukarni. I wtedy do Jarosława Ka­czyńskiego przyszedł Marcin Mastalerek, szef struktur PiS w województwie łódz­kim oraz członek komitetu politycznego, i położył na stole zdjęcie kompromitują­ce Seligę. Prezes kazał wszystko odkręcać - wycofać dotychczasowego kandydata i szukać nowego. Seliga został też zdjęty z funkcji partyjnej w regionie.
Co takiego było na fotografii, która przecięła orli lot posła do prezydentury Skierniewic? Dowód korupcji, obyczajówka? Gorzej, poszło o zdjęcie zrobione podczas Święta Wojska Polskiego. Wi­dać na nim, jak prezydent Bronisław Ko­morowski wita się z posłem Seligą, który - tu żadne wymówki nie mogły pomóc - rzeczywiście stoi uśmiechnięty.
Historia tego uścisku dłoni stała się na tyle drażliwa, że zdjęcie, które do niedaw­na wisiało na oficjalnym portalu Wojska Polskiego, kilka dni temu zniknęło. Tak samo jak kandydatura Seligi.
Ludzie w PiS pytani o tę sprawę przyznają jednak z uznaniem: Antoni Macierewicz, który także posłuje z wo­jewództwa łódzkiego, przez dwa lata nie mógł sobie poradzić z Seligą, a Breivik jak nazywają Mastalerka, załatwił go jednym zdjęciem.