PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 30 kwietnia 2015

Major pięciogwiazdkowy



O tym, jak i po co Marek P. został „smutnym panem", wnosząc trochę radosa do swego życia.

Juliusz Ćwieluch

Na swoją ostatnią wieczerzę Marek E nie został zaproszony. Ale śledczy wiedzieli, że przyjdzie, bo pracują w naturze człowieka i jej mechanizmy poznali. Nie mylili się. Wie­czerza odbywała się w restauracji Ruczaj, gdzie 31 stycznia 2013 r. z mundurem żegnał się major L. Marek P. sam zjawił się na galowo. Na swoją zgubę za bardzo nawet w insygnia wystrojony.
Pętla wokół niego zaczęła się zaciskać. Śledczy bali się, że w tłu­mie wysokich szarż może dojść do pomyłki. W związku z tym zasto­sowali umówiony sygnał identyfikacji podejrzanego. Tym bardziej że E, świadom swego procederu, triki różne stosował. Na zdjęciach a to spojrzał w inną stronę, a to bucik nagle sznurował.
A jak już mu z obiektywem pod nos podjeżdżali, to na tajemnicę wojskową się powoły­wał, że on tu urząd reprezen­tuje. I to z Tych Służb, gdzie smutni pano­wie robią niewesołą, ale jakże dla ogółu potrzebną pracę. I za zdję­cia musi służbowo podziękować.
Nie uchroniło go to jednak przed aresztowaniem. Tyle że musiał jeszcze trochę poczekać, aż służby się oprzyrządują w twardą wiedzę. Rozpracowywano go kilka miesięcy, bo pierwsze podej­rzenia szły w kierunku szpiegostwa. No, bo w sumie po co ktoś by chciał udawać majora Wojska Polskiego?

środa, 29 kwietnia 2015

Zaangażowani



Prawicowy Ruch Kontroli Wyborów buduje na wybory prezydenckie własny system liczenia głosów i armię ludzi, która się tym zajmie. Będzie się działo.

Anna Dąbrowska

Wspólnym pomysłem prawi­cy - tej ulokowanej w PiS i jeszcze bardziej na pra­wo od niego - na odzyska­nie państwa dla Polaków jest opowieść o sfałszowanych wyborach. Nie tylko tych ostatnich samorządowych, ale wszystkich po 1989 r. Choć dziwić może, że za sfał­szowane uznają nawet i te w 2005 r., kiedy PiS zgarnął całą pulę. Aby położyć kres, postanowili zorganizować „armię ludzi, którzy staną naprzeciwko zorganizowa­nej grupy przestępczej fałszerzy wybo­rów” - tak mówiła w Częstochowie Ewa Stankiewicz na konferencji założycielskiej Ruchu Kontroli Wyborów (RKW).
Konkrety przedstawił Maciej Andrzejak ze Związku Patriotycznego Wierni Polsce:
-Zależy nam na delegalizacji PO, tej ban­dyckiej partii, posadzeniu tych wszystkich bandytów w więzieniach, rozwiązaniu TVN i Polsatu, posadzeniu Komorow­skiego. Udało się już tyle, że w Poznaniu nie było „Golgoty Pienie”, a trzeba jesz­cze więcej, „aby nie było pedalskiej tęczy na placu Zbawiciela, aby nie było Nergala i aby nie było tej dziczyzny”.
Podają, że swoje zaangażowanie w bu­dowanie RKW zadeklarowało przed ob­razem jasnogórskim prawie 80 organiza­cji, co Jacek i Michał Karnowscy uznali w swoim tygodniku „wSieci” za „najwięk­sze społeczne porozumienie od czasu Sierpnia ’80”. Kiedy jednak przyjrzymy się tej liście bliżej, widać, że każdy lokal­ny Klub Gazety Polskiej jest tu liczony oddzielnie, tak jak kilkanaście kół Radia Maryja i kilka oddziałów Stowarzyszenia im. Lecha Kaczyńskiego.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Połowa Hofmana



Hierarchia celów była taka: plan A - wrócić do PiS; plan B - pójść do Korwina; plan C - znaleźć pracę, choćby w SKOK-ach. Na razie Adamowi Hofmanowi udało się tylko schudnąć.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Kiedy rok temu posłanka Bea­ta Kempa naśmiewała się z tu­potu „tłustych nóżek” Hofmana, rzecznik PiS był u szczytu swoich wpływów i miał sporą nadwagę. Dziś, ponad pół roku po wyrzuceniu z partii, Adam Hof­man jest posłem niezrzeszonym i znacznie szczuplejszym. Miesiąc temu w rozmowie z „Super Expressem” powiedział, że zo­stało z niego tylko lepsze pól: - To gorsze zniknęło, mam nadzieję, na zawsze.

Człowiek drugiej strony
Hofman - choćby nawet została z niego tylko ćwiartka - wciąż jest jednak wize­runkowym ciężarem. W PiS od tygodni krąży anegdota o tym, jak były rzecznik partii przypadkiem (a może nie przypad­kiem?) natknął się w sejmowych kulua­rach na prezesa Kaczyńskiego. Podał mu rękę i spytał, czy mógłby liczyć na spot­kanie w cztery oczy. Odpowiedź była krótka: - Nie.
Opowiada jeden z posłów: - Parę dni temu rozmawiałem z Adamem Lipiń­skim, wieloletnim protektorem Hof­mana, który bronił go po wszystkich najgorszych wpadkach. Zapytałem, czy wie, co słychać u jego podopiecznego. Lipiński tylko machnął ręką: „Opowieści o naszych bliskich relacjach zawsze były przesadzone”.
Hofman wiedział, że jest problemem (w jednym z wywiadów sam przyznał na­wet, że został symbolem obciachu i głu­poty), mimo to próbował. Sondował na przykład, czy PiS byłoby skłonne zrezyg­nować z wystawienia własnego kandydata do Senatu w okręgu, w którym on zdecy­dowałby się wystartować jako niezależny. Odpowiedź padła jednak ta sama, co pod­czas spotkania z Jarosławem Kaczyńskim w Sejmie: - Nie.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Młody wilk



Trzydziestoparoletni sędzia Wojciech Łączewski, który skazał Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA, na trzy lata bezwzględnego więzienia i 10 lat zakazu zajmowania stanowisk państwowych, ma na swoim koncie dużo więcej ostrych wyroków.

Violetta Krasowska

Prawdziwy sędzia Dredd - mówią o nim. Filmowy Dredd, w którego wcielił się Sylwester Stallone, nie uznaje oko­liczności łagodzących lub wyższej konieczności; ślepy wyznawca dewizy dura lex sed lex - ciężkie prawo, ale prawo. Nawet jeśli oznacza to skazanie na pięć lat mężczyzny za zniszczenie budki telefonicznej, choć tylko skrył się za nią podczas strzelaniny. Wojciech „Dredd" Łączewski, sędzia z siedmioletnim stażem, sam pochodzi z sędziowskiej rodziny. Mama cywilistka. Ojciec karnista - przez wiele lat był przewod­niczącym IV Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Lublinie. -Niezwykle mądry, nadzwyczaj przyzwoity człowiek - opowiada przyjaciel rodziny i dodaje, że oboje sędziostwo Łączewscy byli spokojni i wyważeni. - Ale syn zawsze był charakterny i twardy. Wyszczekany, czasem obcesowy. Tak od dziecka.
Nie bał się szczerzyć kłów już na samym początku kariery sędziowskiej. Starzy prawnicy wspominają, jak to sąd okręgo­wy wydał list żelazny dla sądzonego przez niego oskarżonego, co skutkowało zwolnieniem go z aresztu. Postawił się i powie­dział, że człowieka nie wypuści. Tak zrobił.
Zanim przyjechał do Warszawy - po studiach prawniczych na UMCS w Lublinie, gdzie w 2001 r. rozpoczął aplikację-wiele lat spędził na lubelskiej prowincji. W Sądzie Rejonowym w Ja nowie Lubelskim, gdzie był asesorem od 2004 r., zrobił wraże­nie, na pył ścierając prokuraturę, która oskarżyła matkę dziecka o podanie mu amfetaminy. Wojciech Łączewski wydał wyrok uniewinniający kobietę, dowodząc, że prokuratura nie przed­stawiła ani jednego dowodu, że to ona podała dziecku narkotyk, a śledztwo określił jako niechlujne.
Sam szybko doczekał się prześmiewczych komentarzy za spo­sób uzasadnienia decyzji wysłania wezwania na adres zamel­dowania, a nie wskazany adres do doręczeń, w efekcie czego oskarżony nie był na rozprawie. Otóż argumentował, że meldu­nek zgodnie z prawem nakazuje przebywanie w danym miej­scu, więc nie przebywając od dawna pod tym adresem, łamie się prawo. Takie stanowisko nie utrzymało się jednak w wyższej instancji.
Po trzech latach w Janowie, jeszcze jako asesor, Łączewski przeniósł się do Sądu Rejonowego w Puławach. I tam zastała go nominacja sędziowska, którą odebrał w Pałacu Prezydenckim z rąk Lecha Kaczyńskiego.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Grzech śmiertelny



W ośrodku były też dziewczynki grzeczne Ich siostry nie biły do krwi

JUSTYNA KOPIŃSKA

Dokładnie rok temu w „Dużym Formacie” opublikowałam reportaż o kilkudziesięciu latach przemocy w Specjalnym Ośrodku Wychowawczym Sióstr Boromeuszek w Zabrzu.
Sąd od kilku lat odraczał wyrok dla siostry Bernadetty, dyrektoria ośrodka, która we wnioskach powoływała się na podeszły wiek (59 lat), stan zdrowia oraz działalność na rzecz Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek. Miesiąc po publikacji siostra Bernadetta została odprowadzona przez funkcjonariuszy do zakładu karnego. Za znęcanie się psychiczne i fizyczne oraz pomocnictwo w gwałtach na chłopcach.
Zadzwoniło do mnie wtedy wielu chłopaków z ośrodka. Mówili, że „wreszcie chodzą z podniesioną głową”. Jednak na Facebooku, na którym wychowankowie komentowali medialne doniesienia, dostrzegłam rozżalenie dziewczyn. Jedna z nich napisała: „O nas nikt
Tylko wychowawczynie w grupie chłopców postawiono przed sąd. Nasz potwór, siostra Patrycja, spokojnie żyje i dalej może dręczyć dzieci”. Chłopcy z ośrodka sióstr boromeuszek mogą się ubiegać o odszkodowanie, ale jedynie od zakonu. Nie ma bowiem świeckiej instytucji w Polsce, która przyznałaby się do odpowiedzialności za kontrolę ośrodka siostry Bernadetty. Dziewczynki zadośćuczynienia nie dostaną.

sobota, 25 kwietnia 2015

Prezes na wojennej ścieżce



Kaczyński mobilizuje naród przeciw państwu polskiemu. A tego państwa broni jedynie trochę rozlazłe społeczeństwo. Ale to dobrze, bo konfrontacja dwóch narodów groziłaby wojną domową - mówi Waldemar Kuczyński.

Rozmawia RAFAŁ KALUKIN

NEWSWEEK: Jest pan realistą czy radykałem?
WALDEMAR KUCZYŃSKI: Ja jestem i to, i owo. Uważam, że czasem potrzebne są rozwiązania radykalne, a czasem - umiar­kowane. W 1989 roku byłem radykalny, jeśli chodzi o reformy gospodarcze. Ale w sprawie dekomunizacji - już nie.

A zatem w podziale zaproponowanym przez prezydenta Komorowskiego trudno się będzie panu odnaleźć.
- Podział, który w 2005 roku narzuca­li bracia Kaczyńscy - na Polskę liberalną i solidarną - był bardziej klarowny. To, co proponuje dziś prezydent, jest zamglone. Moim zdaniem prawdziwy podział prze­biega pomiędzy tym, co nazywamy Polską PiS-owską a Polską...

Mamy problem z definicją, prawda?
- Bo ta reszta nie jest jednorodna. Polska nie dzieli się na dwa obozy.

Nie?
- Prawda jest bardziej skomplikowana. Jest jeden obóz. Zmobilizowany, o cechach sek­ty - choć niezwykle szeroki. Ten obóz ma wyraźną wizję wroga. Druga część Polski jest zróżnicowana. Choć najwięcej tu oczy­wiście wyborców PO. Ta część nie tworzy obozu, jest raczej zbiorowiskiem.
Można powiedzieć, że po stronie pisowskiej objawia się naród. Po drugiej zaś - społeczeństwo. Naród jest zwierzęciem jednolitym, uszeregowanym, agresywnym i zmobilizowanym. Społeczeństwo jest rozproszone.

A nawet rozlazłe, krzątające się wokół własnych spraw. Bywa pospolitym ruszeniem, co jakiś czas zwoływanym przeciw doborowym oddziałom narodu.
- Bo więź narodową pobudzać jest łatwiej, ona jest z natury emocjonalna. Polak! Pol­ska! Sztandar! Godło! To jednoczy. Naród, albo jego część, mobilizuje się przeciwko wrogowi.

A społeczeństwo przeciw komu się mobilizuje?
- Jako całość przeciw nikomu. Gdyby tak było, mielibyśmy dwa narody w obrębie jednego - co z reguły prowadzi do wojny domowej.

piątek, 24 kwietnia 2015

Smoleński śledczy z Niemiec



„Tajne akta S” - to książka, którą Jurgen Roth zapewni sobie rozgłos w Polsce. Dla wielu stanie się namiastką międzynarodowego śledztwa w sprawie smoleńskiej

PIOTR KRAMER

Najnowsza książka Jurgena Rotha, która właśnie ukazała się w polskim przekładzie, wstrzą­snęła opinią publiczną w naszym kraju, jeszcze zanim wszyscy zainteresowani zdążyli ją przeczytać. Jej autor - jeden z najbardziej znanych dziennikarzy śledczych w Niemczech - zajął się tragedią smoleńską sprzed pięciu lat, jednoznacznie stając po stronie zwolenników teorii zama­chu. Oparł się na rzekomo zdobytej notatce wywiadu niemieckiego (BND), wyraźnie sugerującej rosyjski spisek, który celowo doprowadził do katastrofy. Tezy Rotha znów rozpaliły namiętności.
Choć - tak jak w wypadku wielu swoich głośnych publikacji - nie może albo nie chce przedstawić niepodważalnych dowodów - to jednak te doniesienia zmieniają za granicą narrację o katastrofie polskiego samolotu z prezydentem na pokładzie. Tabloid „Bild” pytał nawet: „Czy polskiego prezydenta zabiła Moskwa?” Dzięki temu może odżyć sprawa międzynarodowego śledztwa.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Schyłek Palikota



Ze sprawozdania finansowego partii Janusza Plikota przebija dramatyczna sytuacja jego formacji. Wydatki są chaotyczne, widać brak wiary w wyborczy sukces. Na ostatnie wybory samorządowe partia ta wydała zaledwie 560 tys. zł.

CEZARY BIELAKOWSKI, ANNA GIELEWSKA

Do sprawozdania finansowego partii Janusza Palikota za 2014 r. ustawiła się kolejka. Dokumen­tację dostępną w Państwowej Komisji Wyborczej (PKW) prze­świetlają nie tylko dziennikarze. Wydatki Twojego Ruchu drobiazgowo przeglądają też byli posłowie, którzy odeszli z sejmo­wego klubu. Szukają dowodów, że partyjne pieniądze były wydawane nieprawidłowo.
To nie przypadek. W warszawskiej proku­raturze od wielu miesięcy toczy się śledztwo, które ma wyjaśnić, czy partia w latach wcześniejszych dysponowała publicznymi pieniędzmi zgodnie z prawem. Szczególne podejrzenia budzą faktury dla firmy Art Graf - za prawie 1 min zł wykonała ona program E-partia, który okazał się drogim niewy­pałem. Jak wynika z przeanalizowanego przez nas sprawozdania złożonego w PKW w ubiegłym roku, partia Palikota dalej jej płaciła, choć już znacznie mniej. W sumie trochę ponad 100 tys. zł.
Ta firma należy do Artura Wójcika, któ­ry jest synem Danuty Wójcik, księgującej wydatki partii. Ona też nieźle zarabia. Raz wystawia faktury jako KDP DAN LEX, innym razem na swoje nazwisko - w sumie w ubie­głym roku otrzymała ponad 300 tys. zł. Nie może też narzekać zaufana współpracow­niczka Palikota, prawniczka Anna Kubica. Jej kancelaria też wystawia partii słone faktury.
Ale nie wszyscy mają szczęście. Sekretarz zarządu Twojego Ruchu Łukasz Piłasiewicz dopiero w marcu otrzymał swoje wyna­grodzenie - z listopada i grudnia ubiegłego roku.

środa, 22 kwietnia 2015

CYPR, BENTLEY I MÓZG Z WSI



Piotr P., mózg SKOK-u Wołomin, przyjaźnił się z politykami i biskupami. Gdyby jego historii nie potwierdzały akta sądowe, to aż trudno byłoby w nią uwierzyć.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Gorzów Wielkopolski, kilka miesięcy temu. Pod siedzibę prokuratury zajeż­dża konwój Służby Więziennej, funk­cjonariusze wprowadzają na górę osadzonego Piotra P., wiceprezesa SKOK-u Wołomin, w któ­rym zdefraudowano 360 min zł.
- Kawy bym się napił - mówi P. - Ale nie tu; w Paryżu. A najlepiej to szampana Dom Perig- non, zimnego.
P. siedzi od roku. Odmawia składania ze­znań, twierdzi, że tylko szampan odświeży mu pamięć. O czym myśli w celi aresztu śledcze­go w Międzyrzeczu? Może wspomina czarnego bentleya i dom z basenem w podwarszawskim Nieporęcie? Albo biuro w Wołominie, w którym pewien prawicowy polityk na jego komendę musiał śpiewać „Międzynarodówkę”, bo inaczej nie dostałby kredytu?
A może myśli o przyszłości: o akcie oskarże­nia szykowanym przez gorzowską prokuraturę albo o procesie w sprawie fundacji Pro Civili, który właśnie się rozpoczął w Warszawie? Tu P. też występuje w roli oskarżonego.
Mówi jego znajomy: - Piotrek miał dwie twa­rze. Potrafił być dystyngowany do granic preten­sjonalności, o swojej żonie nie mówił inaczej niż „pani małżonka”. Ale czasem dawały też o sobie znać jakieś dawne nawyki. Typu - żart o kobie­tach przyjmowanych na członka SKOK-u albo pokazywanie butów podbitych metalem. Mówi­li, że lepiej go nie drażnić, bo można skończyć jak pewien człowiek, którego w latach 90. wy­rzucono z jadącego samochodu.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Pan Nikt i wkurzeni



O Putinie ani słowa, o Smoleńsku delikatnie. Protesty społeczne jakoś nie wybuchły. Andrzejowi Dudzie skończyło się więc paliwo i pojazd stanął na trzydziestym procencie. A PiS ciągle nie jest w stanie wziąć Platformy w okrążenie.

RAFAŁ KALUKIN

Wystartował jako gniewny de­magog, potem rysy mu się roz­lewały. Co miał obiecać, już obiecał. Co miał skrytykować, to skrytyko­wał. I nic. Andrzej Duda wydaje się rów­nie nieokreślony jak w chwili ogłoszenia kandydatury. Marketingowy rozmach jego kampanii zdążył się opatrzyć, wyziera z niej emocjonalna pustka.
Obiecać można wszystko. Skrócenie wieku emerytalnego i mauzoleum Żoł­nierzy Wyklętych. Rekompensaty dla rolników za rosyjskie embargo i reindustrializację kraju. Pakt dla Śląska, likwi­dację gimnazjów, Polskę w grupie G-20 i gabinety dentystyczne w szkołach. Osiem tysięcy wolnych od podatku i pięćset zło­tych dodatku na dziecko. Powołanie Naro­dowej Rady Rozwoju, odbudowę polskiej armii i odtworzenie polskiego sektora bankowego. Gdy róg z obietnicami pu­stoszeje i Andrzejowi Dudzie brak inwen­cji w wymyślaniu nowych, poprzestaje na obietnicy odbudowy dialogu.
Obiecać można wszystko, lecz w końcu nadchodzi moment, gdy nasycenie obiet­nicami przekracza pułap wiarygodności. Zwłaszcza że ani prezydentowi nie wy­starczy konstytucyjnych uprawnień do ich realizacji, ani państwu możliwości finansowych.
W ubiegłym tygodniu obiecywacz z PiS zaczął więc rozliczać z obietnic Bronisła­wa Komorowskiego. Choć akurat obecny prezydent nie obiecywał aż tak wiele i na dobrą sprawę przyczepić można się tyl­ko do jednego punktu: deklarował, że wy­dłużenia wieku emerytalnego nie poprze, a później ustawę podpisał. Wypominać Komorowskiemu należy nie podpis, lecz właśnie tamtą nierozważną obietnicę, bo już pięć lat temu było oczywiste, że od wydłużenia wieku emerytalnego Polska nie ucieknie.
Ale tej lekcji Duda nie bierze do siebie. Wie, że przeprowadzka do Belwederu mu nie grozi, jego własnych obietnic nikt więc za pięć lat nie rozliczy - tym bardziej jest skłonny obiecywać na potęgę.

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Nabzdyczenie a sprawa polska



Jak mnie pytają: „A pan nie jest już zmęczony?”, odpowiadam, że jeśli poczuję się zmęczony, to przejdę na wcześniejszą emeryturę - mówi 94-letni prof. Władysław Bartoszewski, wybitny historyk, doradca premiera ds. dialogu międzynarodowego.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: W kampanii prezydenckiej rozpętała się awantura o słowo „Żyd”. Dlaczego wciąż budzi ono tak wiele emocji? WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKI: Żywe, a nie­kiedy wręcz histeryczne reakcje u części opinii publicznej wywołało przypomnie­nie przez „Newsweek”, że teściem kan­dydata RP na prezydenta Andrzeja Dudy jest Julian Kornhauser, wybitny poeta i krytyk literacki, działacz opozycji antyko­munistycznej i ceniony profesor Uniwer­sytetu Jagiellońskiego. Rzecz w tym, że prof. Kornhauser nie taił nigdy swego ży­dowskiego pochodzenia. Przywiązywał na­wet do niego pewną wagę. No i co z tego? A gdyby miał w biografii Ormian czy Wło­chów? Skąd te emocje? Czyżby umiejętnie manipulowane działanie półgłówków?

A pan doświadczył kiedyś polskiego antysemityzmu?
- Odpowiem anegdotą z jesiennych wy­borów 1997 r. Bronisław Geremek męczył mnie, żebym kandydował z Warszawy do Senatu, bo Zofia Kuratowska zrezygnowa­ła i Unia Wolności straciłaby miejsce. „Ale ja nie wstąpię do partii” - mówię. „A czy ja ci każę wstępować? Po prostu wystar­tuj, a my cię tylko poprzemy”. Jęczy, stęka, więc myślę - dobra. Jadę na przedwybor­czy wiec do Otwocka. Nie ma afiszów, ani mojego - kandydata do Senatu, ani Ge­remka - numer jeden do Sejmu. Dopiero w drodze powrotnej widzę, że wieszają. Jeszcze klej błyszczy w słońcu, więc dzwo­nię do Geremka: „Bronku, byłem na wie­cu. Wiec jak wiec, ale te plakaty!”. „Co z plakatami?” - pyta. „Już wiszą, tylko, że na tych plakatach jeszcze błyszczących od kleju w słońcu już zdążyli namalować na czole gwiazdę Dawida”. Geremek na to: „Władku, ja się tym od dawna już nie przejmuję”. „Ty Bronku już nie, bo to na moim czole” - odpowiadam.

Co pan wtedy czuł?
- Zażenowanie. Tak samo jak wtedy, gdy motłoch wygwizdywał mnie na Cmenta­rzu Wojskowym na Powązkach podczas uroczystości z okazji rocznicy Powstania Warszawskiego. Mnie, nieugiętego nie­podległościowca, którego los doświad­czył ponadprzeciętnie: Oświęcim, potem lata konspiracji, Powstanie Warszawskie, AK, komunistyczne więzienie - to był ow­szem los milionów Polaków, ale milio­ny doświadczały tego zwykle pojedynczo, a w moim przypadku wystąpił zespół tych wszystkich przypadłości naraz.

Buczeli i gwizdali zwolennicy PiS.
- Nie dysponuję takimi danymi, ale my­ślałem: „Ludzie, kim wy jesteście i w czyim imieniu to robicie?”. Na cmentarz autobusy przywozi­ły całe peletony ludzi spo­za Warszawy, bo w stolicy nie znaleźli wystarczającej liczby chętnych do poniżania mnie.
W wyborach, o których wspomniałem, dostałem 470 tys. głosów dorosłych warszawiaków.
Wie pani, ja się liczę z ludźmi. Ale nieko­niecznie z głupimi. Oczywiście, nie każ­dy, kto mnie obraża, jest głupi, ale każdy, kto wybiera nieodpowiedzialnych ludzi, jest głupi. Ludzi, którzy Polskę, jej historię i jej przyszłość traktują niepoważnie. Jako ubaw, hecę, zabawę. Dla mnie, cokolwiek i ktokolwiek by o mnie mówił, Polska ni­gdy nie była i nie jest hecą. Zaświadczyłem to swoim życiem. Ci, którzy mnie wygwizdują i którzy innych do tego namawiają, takim świadectwem pochwalić się na ogól nie mogą.

niedziela, 19 kwietnia 2015

JAK WOJNA



- Sam sobie zadałem pytanie: co by było, gdyby Lech Kaczyński do mnie zadzwonił...
Z pokładu samolotu?
- Tak. I powiedziałby: „Michał, oni mi tu mówią, że nie możemy lądować, bo jest mgła” Uczciwie odpowiem, że powiedziałbym mu: „Leszek, oni ewidentnie coś knują”

NEWSWEEK: Śni się panu Smoleńsk i tamte dni?
MICHAŁ KAMIŃSKI: W ciągu tych pięciu lat tylko raz miałem sen związany ze Smoleń­skiem. Niezwykły. Śniło mi się, że lecę tutką i wiem, że to jest ta, która się rozbije. I pod­chodzi do mnie w samolocie władyka Miron, który zginął w Smoleńsku. Mówi: „Musisz wysiąść, mamy międzylądowanie w Mińsku i musisz wysiąść”. Ja mówię: „Władyka, ale jak to? Przecież prezydent się na mnie obra­zi”. I wysiadam w tym fikcyjnym Mińsku. A władyka Miron jeszcze mówi w tym śnie, że muszę się pożegnać. I ja do niego podcho­dzę, obejmuję go, całuję, a on mówi: „Idź już. Uciekaj!”. Taki miałem sen.
Pierwsza myśl po przebudzeniu?
- Do tej pory, gdy wspominam władykę Miro­na, to płaczę, nawet teraz. Pierwsza myśl? Ze to na szczęście nie jest sen proroczy. Pamiętam, że kiedy spotkaliśmy się we wtorek 13 kwietnia na mszy za Mariusza Handzlika, który też zginął w Smoleńsku, to wyglądał pan jak ktoś zupełnie zdemolowa­ny, płakał pan.
To prawda. Mnie ta tragedia strasznie ude­rzyła. U mnie w domu jest taka ściana, na któ­rej wiszą cztery portrety. I będą wisieć zawsze. Portret pary prezydenckiej - prezydenta Le­cha i Marii Kaczyńskich; portret władyki Mi­rona, prawosławnego ordynariusza Wojska Polskiego, człowieka, który dla mnie znaczył niezwykle dużo; portrety Mariusza Handzlika i Sławka Skrzypka. Ludzi, których tam straci­łem i którzy bardzo wiele dla mnie znaczyli. Dla mnie to było porównywalne tylko z sytua­cją wojenną, kiedy w jednej sekundzie tracisz ileś osób, które są dla ciebie drogie.
Cofnijmy się do tamtych dni. Byt pan na wczasach.
- W Hongkongu.
Który dzień urlopu?
- Trzeci. Moja żona Ania nawet na urlopie za­wsze nosi ze sobą telefon. I to właśnie ten je­den wyjątkowy dzień, kiedy Ania go nie wzięła. Chodziliśmy po Hongkongu, ale Ania mi po­wtarzała, że miałem wysłać do Adama Bielana scenariusz pierwszego spotu wyborczego Le­cha Kaczyńskiego, już na tę nową kampanię. Więc jak tylko weszliśmy do hotelu...

sobota, 18 kwietnia 2015

Radykalizm oswojony



Polska radykalna chce udawać Polskę racjonalną. Widać to było ostatnio: in vitro to po prostu przestarzała metoda, która niczego nie leczy; w tupolewie były wybuchy, to fakt, ale czy to zamach czy nie, niech wykaże śledztwo. Czy Kaczyńskiemu i Dudzie uda się ta kampanijna mimikra?

Wizerunek Andrzeja Dudy, kandydata PiS na pre­zydenta, jest budowany na opozycji wobec urzędującej głowy państwa: „młody, energicz­ny, z poza układu” (tak reklamują go na forach - ortografia oryginalna - internetowe trole). Sztabowcy PiS zręcznie odsuwają od kandydata skojarzenia z jakimkol­wiek radykalizmem. Są gładkie słowa, miłe gesty, uśmiechy. Duda chce jedynie „naprawić Polskę”, zatrzymać emigrację, „odbudować gospodarkę”, skrócić wiek emerytalny. A także bronić „tradycyjnej rodziny” i chrześcijańskich wartości. Taki konserwatyzm skrojony na erę Twittera. „Nie potrze­bujemy Polski obrócić do góry nogami” - przekonywał kilka tygodni temu studentów w Białymstoku.

PiS, chcąc poszerzyć swój bazowy elektorat, który do zwycięstwa nie wystarcza, zawzięcie pudruje swój radykalizm. - Radykalne hasła i ostry język nam nie służą. Wykorzystuje to Platforma, aby straszyć nami wybor­ców - przyznaje jeden z posłów Prawa i Sprawiedliwości. Po­twierdzają to choćby ostatnie wyniki sondażu poparcia dla partii politycznych (TNS dla „Wiadomości” TVP). W badaniu, przeprowadzonym po ujawnieniu przez RMF FM nowego zapisu rozmów z kokpitu tupolewa, PiS traci cztery punkty procentowe (30 proc., przy 38 proc. poparcia dla PO). Po raz pierwszy od początku kampanii wzrosły też notowania Ko­morowskiego, a spadły Dudy.

piątek, 17 kwietnia 2015

Partie dąją zarobić kolegom



Platforma nie kupuje już win ani cygar, ale nadal płaci za eleganckie restauracje. PiS po zmianie skarbnika robi porządki na zapleczu. A miliony z partyjnych kont wciąż płyną do „swoich”.

ANNA GIELEWSKA

Przeanalizowaliśmy wydatki Plat­formy i PIS w 2014 R. Partie już przygo­towywały się finansowo na najważniejsze tegoroczne wybory. Ogromne pieniądze wydawały na wewnętrzne badania. Jak co roku miliony złotych pochłonęły zlecenia dla zewnętrznych firm, głównie na doradz­two PR i oprawę marketingową. Duże sumy przeznaczały też na utrzymanie pracowni­ków i partyjnej infrastruktury. Wszystko to pomaga im trzymać się władzy.

OSTATNIE ŻNIWA ZNAJOMYCH BYŁEGO SKARBNIKA
Wokół partii Jarosława Kaczyńskiego przez lata wytworzył się swoisty łańcuch pokarmowy. Partia płaciła duże pieniądze satelickim spółkom, tworzonym najczęściej przez dawnych pracowników biura PiS na Nowogrodzkiej. Prawie 2 min zł z kasy na bieżącą obsługę partii trafiło w ubiegłym roku do spółki MTML Tomasza Pierzchałskiego. Dodatkowo kilkaset tysięcy złotych w czasie kampanii wyborczych, np. do europarlamentu.
Za co? - Tajemnica handlowa - ucina Pierzchalski.
Jego firma już od kilku lat zarabiała w PiS podobne, nawet wyższe, kwoty. W 2013 r. z Nowogrodzkiej otrzymała prawie 3 min zł.
Tomasz Pierzchalski zaczynał jako bliski współpracownik wiceprezesa PiS Adama Lipińskiego, tą drogą trafił do siedziby partii i gabinetu usytuowanego blisko Jarosława Kaczyńskiego. Z Nowogrodzkiej odszedł w 2009 r., ale kilka lat wcześniej założył własną firmę eventową, która stała się główną agencją obsługującą medialnie PiS. Rok temu Pierzchalski tłumaczył „Wprost”, że jego firma dostarcza oświetlenie, na­głośnienie i organizuje eventy, również dla PiS. Nie chciał odpowiedzieć które. Zapewniał, że partia Kaczyńskiego jest jednym z wielu jego klientów. Pierzchalski robił też dla PiS wewnętrzne badania. Ale choć wprawiały polityków PiS w dobry nastrój, nieszczególnie się sprawdzały - na przykład w kampanii prezydenckiej 2010 r., na tydzień przed wyborami, Kaczyński miał wygrać już w pierwszej turze.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Partie robią z Polaków idiotów



Trzeba postawić jeszcze pomnik ku czci ofiar i na tym sprawę zakończyć.
Odciąć Smoleńsk grubą kreską - mówi prawnik i filozof prof. Wojciech Sadurski.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Smoleński spór znów rozgrzewa polską politykę.
WOJCIECH SADURSKI: Do niedawna my­ślałem, jak większość ludzi, którzy nie ku­pują fantastycznych opowieści o wybuchu i zamachu, że całkowite oddanie pola pro­pagandowego PiS było poważnym błędem PO. Miałem nawet żal do partii rządzą­cej, że pozwoliła, aby szaleństwa głoszone z głupoty albo cynizmu - bo nie wierzę, że inteligentni ludzie prawicy są zdolni w nie wierzyć - dominowały w debacie publicz­nej. W ostatnich dniach zmieniłem jednak zdanie. Doszedłem do wniosku, że pora w tej sprawie postawić kropkę.

PiS nigdy nie postawi kropki w sprawie Smoleńska.
- Dobrze, ale druga strona może powie­dzieć: „My w tę rozmowę nie damy się już dłużej wciągać”. Ci, którzy chcą poznać prawdę, mają dostatecznie dużo faktów, a nie interpretacji, aby wyrobić sobie opi­nię. Choćby to, że samolot nie powinien próbować lądować w Smoleńsku, bo nie było do tego warunków, a kokpit przypo­minał stodołę o otwartych wrotach, jest wystarczającym wytłumaczeniem tej strasznej katastrofy, bez konieczności szukania hipo­tez nie mających najmniejszych, ale to naj­mniejszych uzasadnień. Dlatego jeśli druga strona chce, niech kisi się we własnym sosie, niech wzajemnie, podbechtuje się teoriami spiskowymi, ale trzeba jasno powiedzieć, że w tym nie chodzi już o prawdę, tylko o utrzymywanie stanu niepewności i wrze­nia, który ma charakter czysto polityczny.

Korzysta na tym także PO, bo radykalizujące się PiS to najlepszy straszak dla wyborców Platformy.
- Z pewnością obie partie mają powody, aby grać Smoleńskiem, ale ja patrzę na to nie z punktu widzenia interesu partyj­nego, lecz dobra Polski. Dalsze wałkowa­nie tego tematu uważam za szkodliwe dla dyskursu publicznego. Owszem, trzeba postawić jeszcze pomnik ku czci ofiar i na tym sprawę zakończyć. Odciąć Smoleńsk grubą kreską.

środa, 15 kwietnia 2015

Zamach był konieczny



Czym byłby dla prawicy Smoleńsk bez zamachu? Niczym. A czym stał się dzięki mitowi zamachu? Wszystkim. Szansą nie tylko na przejęcie władzy, Lecz także na odzyskanie w „upadłej Polsce Lemingów", czegoś nieporównanie ważniejszego niż polityczna władza - rządu dusz.

CEZARY MICHALSKI

 Bez zamachu w piątą rocznicę smoleńskiej tragedii pozostaje smutek, ogromne współczucie dla ofiar i ich rodzin - połączone z odrobi­ną zawstydzenia za zachowanie politycz­nych dysponentów lotu, za brak procedur lub ich nieprzestrzeganie. Bez legendy zamachu pozostaje heroizm ofiar, ale jest to zwykły heroizm cywilny - heroizm wy­pełniania obowiązków członków załogi prezydenckiego samolotu, heroizm poli­tyków i urzędników państwowych. Takiemu heroizmowi można by oddawać cześć wspólnie, ponad partyjnymi czy ideolo­gicznymi podziałami.
Dlaczego to wciąż niemożliwe? Ponie­waż zamach stał się dla jednej z dwóch największych polskich partii wyobrażoną przepustką do władzy. Bez zamachu zni­ka heroizm umęczonej przez wrogów nie­winnej polskiej ofiary.

Prawicowy dzień świstaka
Właśnie dlatego najnowsze stenogramy z ostatnich minut lotu tupolewa 154M, które czynią hipotezę zamachu jeszcze bardziej nieprawdopodobną, musiały zo­stać przez Jarosława Kaczy6skiego i jego zwolenników odrzucone według wciąż tego samego schematu: „fałszerstwo’', „kampanijna wrzutka”, „wersja Anodiny”. Tegoroczne wypowiedzi polityków PiS są identyczne jak ich wypowiedzi sprzed roku, dwóch, trzech lat. I zawsze takie pozostaną. Bez względu na kolejne ustalenia śledztwa, bez względu na co­raz większą wiedzę o ostatnich minutach lotu, o ludziach przewalających się przez kokpit prezydenckiego tupolewa, o ra­dach „zmieścisz się śmiało!’', „musimy to robić do skutku”, suflowanych pilotom przez ich przełożonych i politycznych dysponentów podczas lotu.

wtorek, 14 kwietnia 2015

GRUZIŃSKA TRAUMA



Wpływ na decyzje pilotów Tu-154M mógł mieć incydent gruziński z 2008 roku - wynika z opinii psychologicznej akt śledztwa smoleńskiego. Pilot, który odmówił wówczas lotu do Tbilisi, został oskarżony przez polityków PiS o tchórzostwo.

Ekspertyza, do której dotarł „Newsweek”, zawiera profi­le psychologiczne członków załogi tupolewa oraz ocenę ich kon­dycji wynikającej z „określonych do­świadczeń związanych z przewozem w charakterze pasażerów najważniej­szych osób w państwie”. Sylwetki opra­cowano na podstawie kilku źródeł: akt śledztwa smoleńskiego, materiałów po­stępowania dotyczącego tzw. incydentu gruzińskiego, akt personalnych pilotów ze specpułku i akt lotniczo-lekarskich (w tym wyników testów psychologicz­nych). W ekspertyzie znajdują się dane wrażliwe - informacje medyczne, a na­wet kwestie dotyczące życia intymnego lotników. Z tego powodu prokuratorzy nie udostępniają dokumentu pełnomoc­nikom rodzin ofiar katastrofy.
Według opinii żaden z członków za­łogi tupolewa nie cierpiał na depresję ani nie miał poważniejszych problemów psychicznych. Tym samym wykluczono scenariusz znany z niedawnej katastrofy airbusa Germanwings, do której celowo doprowadził pilot Andreas Lubitz.
Dużą część ekspertyzy poświęco­no tzw. incydentowi gruzińskiemu. W sierpniu 2008 r. mjr Arkadiusz Protasiuk i ppłk Robert Grzywna (dwa lata później piloci smoleńskiego tupolewa) byli członkami załogi, która podróżo­wała z prezydentem Lechem Kaczyń­skim do Tbilisi. Dowódca samolotu, kpt. Grzegorz Pietruczuk, sprzeciwił się wówczas tej podróży, ponieważ w Gru­zji trwała rosyjska inwazja - obszar po­wietrzny kraju był objęty działaniami wojennymi, a polski statek nie miał zgo­dy dyplomatycznej na przelot.
Biegli w swojej opinii przywołują dwa zdarzenia związane z tym incydentem. Najpierw krótka rozmowa Lecha Ka­czyńskiego z kpt. Pietruczukiem, której Protasiuk i Grzywna się przysłuchiwali. „Prezydent wszedł do kabiny załogi i zapytał: panowie, kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych? Odpowiedziałem: Pan, ; panie prezydencie. - To proszę wykonać 1 polecenie i lecieć do Tbilisi - powiedział prezydent i wyszedł, nie czekając na żad- - ne wyjaśnienia” - relacjonował później j w śledztwie dowódca samolotu.
- Druga sytuacja miała miejsce już po powrocie Lecha Kaczyńskiego do Warszawy. Ówczesny poseł PiS Karol Kar- 5 ski doniósł do prokuratury na Grzegorza : Pietruczuka, który - jak stwierdził - odmówił wykonania rozkazu. „Żołnierz ten przyniósł wstyd Pań­stwu Polskiemu oraz jego Siłom Zbrojnym. Wykazał się tchórzo­stwem” - napisał w zawiadomieniu Karski. Kapitan Pietruczuk został też oskarżony o tchórzostwo przez ówczesnego szefa klubu PiS Prze­mysława Gosiewskiego, który póź­niej zginął w Smoleńsku.

PILOT SIĘ ZAWIESIŁ


Harmider panujący w kokpicie Tu-154M potęgował stres kapitana samolotu, który w efekcie wpadł w tak zwany tunel poznawczy. Skupił się na tym, aby wylądować, a nie zauważył, że samolot zszedł za nisko - mówi mec. Rafał Rogalski, pełnomocnik części rodzin ofiar smoleńskich.

NEWSWEEK: Zna pan sylwetki psycholo­giczne pilotów znajdujące się w materia­łach śledztwa? Z opinii biegłych wynika, że mjr Protasiuk w ostatniej fazie lotu skoncentrował się na jednej tylko czynności i nie docierało do niego to, co się dzieje dookoła. 
RAFAŁ ROGALSKI: W aktach rzeczywiście jest taka opinia, ale to materiał dowodowy objęty tajemnicą śledztwa. Mogę się wypo­wiadać jedynie na temat tego, co znajduje się w stenogramach opublikowanych przez prokuraturę. Dla mnie te odczyty są jedno­znaczne. Pilot w ostatniej fazie lotu zawie­sił się. Milczał, nie reagował na wielokrotne sygnały: „pull up" i „terrain ahead’; któ­re - jak wynika z eksperymentu zleconego przez prokuraturę - są bardzo głośne i nie
da się ich nie słyszeć. Był skoncentrowany na celu, który sobie obrał.
Według komisji Millera mjr Protasiuk nie chciał Lądować za wszelką cenę. Miał tylko zejść do wysokości 100 metrów i sprawdzić, czy widzi pas.
- Na podstawie najnowszego stenogramu mogę stwierdzić, że chciał lądować. Poja­wiają się wyraźne informacje o szybkim zniżaniu się samolotu. Zostało wysunię­te podwozie, pada stwierdzenie: „karta za­kończona’'. Komenda: „odchodzimy” pada z ust drugiego pilota. Mijają sekundy. Do­wódca się nie odzywa, zamierza lądować. W pewnym momencie oczywiście rezygnuje i chce odejść, ale jest już za późno. I to był błąd. Gdyby miał poprawny nawyk, to odszedłby na wysokości stu metrów.
Może to dobrze, że się wyłączył? Nie docie­rał do niego harmider panujący w kabinie.
- Wręcz przeciwnie. Brak sterylności kokpitu potęgował jego stres, pogłębiał kon­centrację na realizacji celu. Wpadł w tunel poznawczy. Nie zauważył, że samolot zszedł za nisko.
Według biegłych wpływ na przebieg katastrofy mógł mieć tak zwany incydent gruziński. Zgadza się pan z tym?
- Wydaje mi się to oczywiste. Kończę dok­torat na temat opinii biegłych psycholo­gów w postępowaniach karnych i jestem z tymi ekspertyzami na bieżąco. Piloci zo­stali po tym locie publicznie oskarżeni o tchórzostwo, coś takiego musiało zostać w ich podświadomości.

Jak to możliwe, że autorzy najnowszego stenogramu usłyszeli kilka nowych kwestii, ale nie wychwycili wielu rzeczy znajdujących się w poprzednim odczycie? Instytut Sehna, który podobno pracował na znacznie gorszym nagraniu, umieścił w swoim materiale słowa: „Tadek”, „generałowie", „jakie 300?”, których nie ma w nowym stenogramie.
- Też tego nie rozumiem.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

CYRK POLITYCZNY



Każdy z kandydatów próbuje podzielić Polaków po swojemu. Efekt tego działania jest odwrotny do zamierzonego. Tylko czekać, jak Polska podzieli się na mniejszość tolerującą ten cyrk i obojętną większość.

RAFAŁ KALUKIN

Platforma winna jest „dekarboni­zacji polskiego przemysłu” a do tego „podlizuje się Niemcom”. Komorowski jest też kandydatem WSI. Natomiast Duda chce wsadzać do więzie­nia za in vitro, a w sprawie euro „PiS gra na moskiewskich instrumentach”.
Dzień bez nowego horroru jest dniem straconym. Faktyczne lęki Polaków wska­zywane ostatnio w większości sonda­ży: zapaść demograficzna, nierówności społeczne, wojna, przestępczość, kryzys energetyczny i gospodarczy.

1.
„Narzucony przez niego [Dudę] temat wejścia do strefy euro wydawał się nie najlepszym pomysłem, biorąc pod uwa­gę, że w obecnej sytuacji ekonomicznej wzrost cen nie jest najbardziej dotkliwym problemem. Jednak to pierwsza tak uda­na próba wykreowania kampanijnej linii sporu od lat” - entuzjazmuje się piątkowa „Rzeczpospolita”. Ale skoro pomysł nie najlepszy, to czemu próba udana? I skąd to wiadomo? Liczba kliknięć w PiS-owskie spoty straszące euro to żaden dowód. Od roku życie dostarcza nam całkiem re­alnych nowych lęków, więc może nie ma powodu trwożyć się wymyślonymi?
Zabawne, że to właśnie ludzie zawodo­wo śledzący kolejne marketingowe baj­ki zwane narracjami najbardziej biorą je sobie do serca. A więc wchodzić czy nie wchodzić (do strefy euro)? Prawoskrętne- go publicystę Krzysztofa Kłopotowskie­go ten dylemat prowadzi do samego jądra narodowej metafizyki. Odpowiedzi szuka u Gombrowicza („Nie będziemy narodem prawdziwie europejskim, dopóki nie wy­odrębnimy się z Europy”). Akurat wyod­rębnionych nigdy w Polsce nie brakowało, a w kampaniach wyborczych to już mnożą się na potęgę. Ochoczo podejmują się re­prezentowania nawet tych, którzy od na­rodowej odrębności już dawno uciekli na emigrację, aby tam żyć po europejsku.
Ciut niżej na portalu Karnowskich moc­ny nagłówek: „Putin - rozwiązanie ZSRR to katastrofa, Komorowski - rozwiązanie WSI to hańba i zbrodnia. Znajdź różni­ce...” Kto im wymyśla te szlagworty?

niedziela, 12 kwietnia 2015

Jedna przyczyna, sto hipotez



Po pięciu latach od katastrofy smoleńskiej nasz stan wiedzy o niej dzieli się na fakty i mity.

W czwartą rocznicę katastrofy zespół ekspertów kie­rowany przez Macieja Laska, byłego wiceprzewod­niczącego rządowej komisji badającej przyczyny wypadku, ogłosił raport zatytułowany „Smoleńsk - jedna przyczyna, sto hipotez”. Przez ten rok liczba hipotez zapewne wzrosła. Natomiast tę jedną przyczynę językiem fa­chowym opisać można krótko: powodem katastrofy tupolewa było zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, przy nad- miernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione “ rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Doprowadziło to do zderzenia z przeszkodą terenową (słynna brzoza), oderwania fragmentu lewego skrzydła z lotką, a w konsekwencji utraty sterowności samolotu i zderzenia z ziemią.
W rok po tym podsumowaniu mamy następny ważny doku­ment, czyli ocenę przyczyn katastrofy dokonaną przez kolejny zespół biegłych na zlecenie prowadzącej główne śledztwo Na­czelnej Prokuratury Wojskowej. W sumie są już więc trzy kom­pleksowe dokumenty: raport rosyjskiej komisji, zwany potocz­nie raportem Anodiny, przewodniczącej Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (w takiej formule działa rosyjska komisja badająca katastrofy lotnicze), raport rządowej komisji Jerzego Millera oraz ekspertyzę biegłych wojskowej prokuratury (w su­mie ponad 50 polskich ekspertów różnych dziedzin badało przy­czyny katastrofy).
Brakuje dokumentu kończącego śledztwo rosyjskie, prowa­dzone przez tamtejszy Komitet Śledczy Federacji Rosyjskiej, któ­ry jedynie informuje, jak wielką pracę wykonuje, przesłuchując setki świadków, gromadząc liczącą tysiące stron dokumentację, zabezpieczając setki przedmiotowi podkreślając, że wiele czyn­ności wykonano z udziałem Polaków. Nie znamy terminu jego zakończenia, choć znamy główne konkluzje. Rosyjscy prokura­torzy dają do zrozumienia, że winę za katastrofę ponosi polska załoga, a kontrolerzy w Smoleńsku działali prawidłowo i zgodnie z instrukcjami.
Termin zamknięcia rosyjskiego śledztwa jest ważny, gdyż, wedle zapewnień Rosjan, decyduje on o tym, kiedy wrak tupolewa (a także rejestratory lotu) wrócą do Polski. Wprawdzie polscy prokuratorzy mieli do wraku i rejestratorów dostęp nieograniczony i mogli wykonać wszystkie niezbędne czyn­ności, ale wrak ciągle leżący w Smoleńsku ma wymiar symbo­liczny i jest argumentem w politycznych bitwach o katastrofę. Dowodem, że Polski rząd niczego nie potrafi wyegzekwować od Rosjan.
W Rosji toczyły się także inne postępowania związane z kata­strofą, w sprawach pobocznych, ale budzących w Polsce spore emocje. W listopadzie 2013 r. prawomocnym już wyrokiem mo­skiewski sąd skazał czterech rosyjskich żołnierzy, mających chronić miejsce katastrofy, a oskarżonych m.in. o kradzież pieniędzy z kart bankowych Andrzeja Przewoźnika. Jeden ze sprawców skazany został na dwa lata kolonii karnej, pozo­stali dostali wyroki w zawieszeniu.

sobota, 11 kwietnia 2015

Dokręcanie „Smoleńska"


Dobiegają końca zdjęcia do filmu o katastrofie smoleńskiej. Obraz, który ma wejść do kin przed jesiennymi wyborami, będzie nawracać na wiarę w zamach.

Grzegorz Rzeczkowski

Dorota, atrakcyjna brunetka po czterdziestce, pracuje w jednej z prywatnych telewizji (TVN24?). Na polece­nie szefów prowadzi dziennikarskie śledztwo, które ma wyjaśnić, kto naciskał na pilotów, by mimo mgły wylądowali w Smoleńsku („kto ich do tego zmusił?”, „po jakiego chuja tam w ogóle lecieli?”). Ci, którzy tępo wierzą w pancerną brzozę, podpowiadają Dorocie tropy: w kokpicie był generał (w domyśle Andrzej Błasik, dowódca sił powietrznych, choć jego nazwisko nie pada), podsuwają informatorów, którzy twierdzą, że przed wylotem krzykiem zmusił pilota do lotu.
Główna bohaterka filmu początkowo myśli jak szefowie - że do tragedii doprowadził błąd pilotów. Ale jej wiara stop­niowo, scena za sceną, zaczyna się chwiać. Pomaga w tym wiele osób, które spotyka - większość z nich wątpi w to, co mówi mainstream - dzięki czemu manipulacje szefów Doroty szybko wychodzą na jaw. A to kolega, amerykański dziennikarz David, rzuci uwagę typu: „Wierzycie w te ruskie stenogramy?”, to znów informator - były współpracownik prezydenta - stwierdzi, że już po wizycie prezydenta w Gruzji w 2008 r. było wiadomo, że Ruscy prezydentowi tego nie darują. Nawet od przypadkowo spotkanych w pociągu osób dziennikarka słyszy: „Może to i był zamach”. Tak, powoli wszystko zaczyna składać się w całość.

piątek, 10 kwietnia 2015

Czemu SKOK-i nie zaskoczyły



Miało być blisko ludzi, uczciwie i autonomicznie. Jest partyjnie, niejasno i na granicy prawa. To wina konstrukcji systemu SKOK, ludzi i państwa.

GRZEGORZ SADOWSKI

Zasada jest prosta i przejrzysta. Jeden członek ma jeden głos, niezależnie od liczby udziałów. Kasy oszczędnościowo-kredytowe odgrywają rolę społecznej bankowości, w której nie chodzi wyłącznie o zysk, ale też o wzajemne wsparcie człon­ków. Kontrola oparta na więziach społecz­nych pozwala rozwiązać problem dużych kosztów przy obsłudze małych pożyczek.
Dlatego na świecie kasy odniosły sukces. Istnieje ponad 50 tys. unii kredytowych, oferujących usługi ponad 177 min członków. Te unie - odpowiedniki kas SKOK - to w wielu krajach nieodzowna część systemu finansowego. Konkurują z komercyjnymi bankami, oferując swoim członkom tanie kredyty. - To segment istotny dla systemu. Kasy kredytowe są buforem wobec parabanków i jednocześnie konkurencją dla klasycznych banków - mówi Stanisław Kluza, były szef Komisji Nadzoru Finansowego.
W Polsce idea unii kredytowych uległa wypaczeniu. Ostatnie wydarzenia mogą zatrzymać rozwój tego sektora na lata. Ze szkodą dla nas, klientów. Bo im większa jest konkurencja o nasze pieniądze, im więcej instytucji działa na rynku, tym dla niego lepiej.

czwartek, 9 kwietnia 2015

Szampan w Wołominie



Do SKOK-u Wołomin ciągnęli politycy, hierarchowie i celebryci. Podobno nie wiedzieli, że mózgiem tego biznesu jest kryminalista i byty oficer WSI w jednym.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Wołomin, półtora roku temu. Na podwórku za odrapaną kamie­nicą lśni czarny bentley. Kil­kanaście metrów dalej, w gabinecie na pięterku, obradują władze kasy.
Dla prezesa Mariusza G. i szefa rady nadzorczej Piotra P. to dzień jak co dzień.
Pora jest wczesna - ledwo po dziewiątej rano - ale panowie już stukają się szam­panem. Na nadgarstkach pobrzękują duże zegarki, a w kubełku z lodem chłodzi się butelka Dom Perignon. Z obrazu na ścia­nie spogląda marszałek Piłsudski na Kasztance.
- Pamiętasz, Piotruś, jak byliśmy na mi­strzostwach świata w RPA?
- Pamiętam, Mariusz. A wakacje w Bra­zylii? Tam to się działo, co?
Rozmowie przysłuchuje się onieśmie­lony polityk prawicy, który przyjechał do Wołomina po prośbie. Szampan wypity, czas brać się do pracy. Panowie prezesi za dwie godziny muszą być na południu Pol­ski. W śmigłowcu już grzeją się silniki.
Jak mówi nam człowiek zbliżony do kasy, Mariuszowi G. i Piotrowi P. z bu­tów wystawała słoma, a z kieszeni - pie­niądze. Do wołomińskich biznesmenów ciągnęli ludzie ze wszystkich sfer. Typy z półświatka, politycy, hierarchowie koś­cielni, artyści.

środa, 8 kwietnia 2015

Sztuka manipulacji



PiS do perfekcji opanowało sztukę kreowania własnej prawdy. Najchętniej odgrywając przy tym rolę ofiary.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Partia Kaczyńskiego dostała właś­nie nowe paliwo w tej kampa­nii - wyrok trzech lat więzienia dla Mariusza Kamińskiego. Wiceszefa PiS skazano za przekroczenie uprawnień, gdy kierował CBA. Chodzi o tzw. afe­rę gruntową, czyli próbę wykreowania przestępstwa, którego nie było. Sposób, w jaki prawica potraktowała wyrok na Kamińskiego, jest typowy i przećwiczony
w wielu wcześniejszych bataliach - od ka­tastrofy smoleńskiej po SKOK-i. Wszyst­ko odbywa się według słynnej maksymy Jarosława Kaczyńskiego: „I żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Złodzieje, Białoruś i Putin
Pierwsze prawicowe komentarze w spra­wie Kamińskiego pojawiły się jeszcze w trakcie ogłaszania wyroku. „Dzień zło­dzieja. Macie dziś swoje święto” - ob­wieścił portal braci Karnowskich. Bartosz Kownacki, poseł PiS, na żywo komento­wał: „Wyrok w sprawie Kamińskiego to sygnał dla łapówkarzy: możecie dalej to robić! Został skazany za to, że bezwzględ­nie ścigał przestępców”. Z kolei Joachim Brudziński, jeden z najważniejszych lu­dzi PiS, nie ukrywając emocji, stwierdził: „To wyrok rażąco sprzeczny z elemen­tarnym poczuciem sprawiedliwości i po­twierdzenie tego, że od ośmiu lat złodzieje w naszym kraju mają się coraz lepiej, w przeciwieństwie do ścigających ich po­licjantów i funkcjonariuszy. Czy sztabow­cy Bronisława Komorowskiego i piarowcy PO, mówiąc o posiadanej »bombie atomo­wej «, która miała uderzyć w PiS, nie mie­li na myśli właśnie tego wyroku?”.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Twórca układu



Swoją potęgę Grzegorz Bierecki zbudował na wpływach politycznych i bardzo wielkich pieniądzach.

CEZARY ŁAZAREWICZ

Marcowe spotkanie w Sali Kolumnowej Sejmu, nabi­tej do ostatniego miejsca, poświęcone jest zmarłemu w katastrofie smoleńskiej Przemysławowi Gosiewskiemu. Ale Jaro­sław Kaczyński wspomina też najbliższego przyjaciela Gosiewskiego z lat 80., z którym razem działali w Niezależnym Zrzesze­niu Studentów, Grzegorza Biereckiego.
Obaj, jak mówi, stali murem za Lechem Kaczyńskim i byli niebywale sprawni, inteligentni i energiczni. Aż nawet za energiczni. Gdy w 1991 r. odbywały się wybory szefa Solidarności, obaj nie zostali wpuszczeni na salę obrad, bo była obawa, że tak zamieszają w głowach delegatom, że ci zamiast zagłosować na Mariana Krza­klewskiego, oddadzą swoje głosy na Lecha Kaczyńskiego. - Być może inaczej wtedy potoczyłaby się historia Polski -mówi Jarosław Kaczyński, a obok niego siedzi i z uśmiechem słucha tych pochwał senator Grzegorz Bierecki.
Historia może ułożyłaby się inaczej, ale na pewno nie lepiej dla niego. Najbogatszy parlamentarzysta PiS nie miałby ani takiej władzy jak ma dziś, ani takich wpływów. Żeby to zrozumieć, trzeba się przenieść do roku 1989, gdy 26-letni Grzesiek Bierecki wyrusza na swoją pierwszą transatlantycką wyprawę do Stanów Zjednoczonych.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Wststajesz i #Kuźniar



Na Jarostawa Kuźniara przyjemnie jest popatrzeć. A co jest w środku? Perfekcja w pracy i w życiu, ciągła walka z internetowym hejtem. A do tego świeża gafa z Walmartem i wielka ucieczka na Syberię.

WOJCIECH STASZEWSKI

Kiedy tydzień temu wybucha # WalmartGate - a można by też powiedzieć afera #wanienka, #krzesełko, #zwrottowara, #JarekKuzniar i #PolakiCebulaki - Jarosława Kuź­niara nie ma w Polsce. Eksploruje Syberię razem z klientami swojego biura podróży. Ale to nie znaczy, że siedzi gdzieś w tajdze i nie wie, co się dzieje. Wie, ma smartfona.
Więc kiedy dziennikarze dopytują się, czy on tak na serio opowiadał w „Grazii” jak to podczas wyprawy do Stanów ku­puje w Walmarcie wanienkę, krzesełko i fotelik dla dziecka, używa, a przed wy­jazdem to oddaje - to Kuźniar o wszyst­kim wie. Ale idzie w zaparte: „Redakcjo @NaTemat. Tak trudno zrozumieć, że w podróży trzeba sobie umieć radzić? Nie kraść, nie niszczyć, żyć tak, jak pozwala prawo? Aż tyle”.
Za chwilę ćwierka: „Hejterzy, ja was też”. I wstawia zdjęcie z trwającej właś­nie syberyjskiej wyprawy #PozaSzlakiem. 63 osoby dodają je do ulubionych.

niedziela, 5 kwietnia 2015

KRAJOBRAZ PO SPRAWIE



Ci, których zadaniem jest patrzenie na ręce innym i pilnowanie ich uczciwości, sami muszą być bez skazy. Skaza na „Faktach” i na TVN pozostanie na długo.

WOJCIECH CIEŚLA RAFAŁ GĘBURA

Takiej historii w polskich me­diach nie było. Kamil Durczok, szef i twarz głównego progra­mu informacyjnego „Fakty TVN”, został oskarżony o molestowanie i mobbing. Kilka dni temu wewnętrzna komisja sta­cji potwierdziła, że trzy osoby z TVN zo­stały narażone na działania niepożądane. Nie wskazała Durczoka jako sprawcy, ale dziennikarz i tak odszedł z pracy.
Komunikat - suchy i oględny - miał za­mknąć sprawę. Wygląda na to, że dopie­ro ją zaczyna.

Problem pozostał
Załoga „Faktów” jest podzielona. Jedni po cichu świętują odejście Durczoka, inni przeciwnie. - Nie usłyszycie ode mnie, że był mobberem - mówi jeden z reporterów.
- Był świetny jako szef, był świetny w tym, co robił. Dla mnie to nie święto. Przed „Faktami” wielka niewiadoma.
W historii mobbingu i molestowania w TVN nie ma nazwisk. Nie pojawiają się w komunikacie komisji, która badała przypadki działań niepożądanych. Dane ofiar zgodnie z prawem muszą pozostać tajemnicą, a pracownicy TVN nie mogą wypowiadać się publicznie o firmie. Od publicznych wypowiedzi TVN ma rzecz­nika. Ten ogranicza się do oficjalnych komunikatów.
Były pracownik „Faktów” tłumaczy:
- Wszyscy, jak to w korporacji, podpi­sywaliśmy kwity. Nie można opowiadać o powstawaniu programu. Nie można na­pisać książki, udzielać wywiadów prasie. Za to grożą kary.
Piotr Mosak, psycholog społeczny biznesu: - Szef despota, cham, agresor, który nie liczy się ze słowami, obraża i na­rusza dobra osobiste, zwykle dzieli zespół. Część osób uważa, że jego zachowanie jest dopuszczalne, jawnie daje temu przyzwo­lenie. Mamy też grono dupolizów, którzy wolą ścierać kurz sprzed stóp szefa, by nie stać się jego ofiarami. W takim układzie, pomimo odejścia despoty problem pozostaje z zespołem.

sobota, 4 kwietnia 2015

KANDYDAT PUNK



Nie ma czasu na muzykę, kiedy trzeba ratować ojczyznę - mówi Paweł Kukiz. Dlatego dawny punkowiec chce zostać prezydentem.

DAWID KARPIUK

Kto myśli, że punk się skończył, jest w błędzie. Od czasów genera­ła nic się nie zmieniło. Obiecywa­li wolność, ale byli cwani i koniec końców wolności jak nie było, tak nie ma, tylko lu­dzie głupsi, bo uwierzyli. Diagnoza jest prosta: państwo słabe, elity skorumpowa­ne. Co się dało sprzedać, dawno sprzedane, teraz jest jazda na kredyt. Bardziej cwani, jak Tusk, uciekają na ciepłe posadki, resz­ta obudzi się z ręką w nocniku. Paweł Ku­kiz nie ma wątpliwości: to się skończy źle. Mogą go atakować, wyzywać od faszystów, mogą próbować zniszczyć mu karierę. Ale jak na ulicach się zacznie lać krew, to będą dziękować Bogu, że jest Kukiz . Bo Kukiz to zatrzyma.

1.
Paweł Kukiz w filmie „Fala” (1985), na sce­nie festiwalu w Jarocinie: - Mógłbym pro­wadzić działalność polityczną, ale wtedy byłbym ograniczony. Miałbym jedną ideę, jeden kierunek. A tu mogę robić, co chcę. I tylko mogę się podobać lub nie. I to jest fajne.
Kukiz dziś: - Nie ma sensu gadać o mu­zyce. Jak ty chcesz gadać o muzyce, kiedy Polska się za chwilę zawali?
- Naprawdę chcesz zostać prezydentem? - pytam więc, bo Kukiz najchętniej rozma­wia o polityce.
- Oczywiście - mówi. - Znacznie łatwiej będzie obalić ten ustrój. A obalić go trzeba.
Póki co walczy w samorządzie. Jednak czas w sejmiku wojewódzkim na Dolnym Śląsku uważa za stracony. - Dzisiaj myśla­łem, że tam umrę - przyznaje. - Rzesze rad­nych. I po co? Przecież wystarczyłby Jacek Protasiewicz, który jest tu głównym macherem Platformy. On wszystko ustala.
Kampania prezydencka to tylko część planu. Jesienią są wybory parlamentar­ne, Kukiz chciałby wprowadzić do Sejmu kilkunastu posłów. Tylu, żeby popsuć szy­ki i platformersom, i pisiorom. - Jestem zdeterminowany - mówi. - Jestem go­tów użyć wszystkich środków, najchętniej pokojowych.
- Najchętniej? - przerywam.
- Być może będzie tak, że jakiś element przymusu będzie musiał zaistnieć. Ja nie chcę rewolucji, ale do niej dojdzie. Na ra­zie im się jeszcze upiekło, ale ja jeżdżę po Polsce i widzę: w ludziach się zaczyna go­tować. Najmądrzejsi, najaktywniejsi wyje­chali z Polski, zostali kolaboranci i idioci. Pytasz, czyja potrafię pójść na kompromis. Oczywiście, że potrafię. Z przyzwoitym, kochającym Polskę i Polaków człowiekiem - zawsze. Ale z człowiekiem, który kolabo­ruje z systemem, na kompromis nie pójdę. Nie mogę. Bo ten system jest z gruntu zły.
- Pomyślałbyś? - pyta Paweł Konnak, stary znajomy Kukiza, pamiętający go z czasów muzycznych. - Pomyślałbyś, że ten facet był kiedyś gwiazdą rocka?

piątek, 3 kwietnia 2015

Walka z Unią za unijną kasę



PiS wykorzystuje pieniądze z budżetu Parlamentu Europejskiego nie tylko do opłacania wizażystek Jarosława Kaczyńskiego. Używa ich także po to, by kompromitować i ośmieszać wspólną Europę w oczach Polaków.

Wśród europosłów PiS, którzy za pieniądze europarlamentu przeznaczone na unijną działal­ność zatrudniali wizażystki Prezesa, opie­kunki jego matki, a także pracowników krajowego aparatu swojej partii (co opi­saliśmy w poprzednim numerze w tekście Michała Krzymowskiego „Lewi asysten­ci PiS”), znajduje się polityczna i inte­lektualna czołówka tego ugrupowania. Andrzej Duda - kandydat na prezyden­ta, Tomasz Poręba - wiceprzewodniczący grupy PiS w europarlamencie, ale także profesorowie Ryszard Legutko i Zdzisław Krasnodębski - najbardziej znani spośród intelektualistów popierających Jarosława Kaczyńskiego.

Euronaciągacze
Przypomnijmy, że każdy europarlamentarzysta dostaje na swoje utrzymanie i dzia­łalność równowartość około 70 tysięcy złotych miesięcznie. Do tego dochodzi drugie tyle (17 tys. euro) na utrzymanie asystentów.
Dużo? Tak naprawdę dużo to jest tyl­ko wtedy, gdy przyłożymy miarę działa­nia polskiego Sejmu. Większość posłów naszych wodzowskiech partii to trybi­ki maszynki do głosowania, wykonujące decyzje partyjnego kierownictwa komu­nikowane im za pomocą SMS-ów. Jak jednak przypomina Aleksander Smo­lar, prezes Fundacji Batorego i ekspert w dziedzinie polityki europejskiej: ,Jeśli parlamentarzysta nie jest obudowany ca­łym zespołem ekspertów, doradców, asy­stentów, którzy zbierają materiały, piszą ekspertyzy i ułatwiają mu funkcjonowa­nie w coraz bardziej skomplikowanym kontekście współczesnej polityki, wów­czas jego skuteczność jest żadna. Zatem jeśli w Parlamencie Europejskim na jed­nego posła może pracować tylu asysten­tów, to przynajmniej w intencji twórców tych instytucji chodziło o zbudowanie europosłom zaplecza analogicznego do tego, jakim dysponują parlamentarzyści brytyjscy, francuscy, niemieccy czy ame­rykańscy”.
Niemieccy czy francuscy eurodeputowani zatrudniają jako asystentów młodych prawników, ekonomistów, specjalistów od bankowości. Legendarna stała się ich skuteczność podczas przepycha­nia przez komisje i posiedzenia plenar­ne Parlamentu Europejskiego tematów priorytetowych dla Niemiec czy Francji.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Eurostraszak Dudy



Duda i Kaczyński, usypiając rozum, który każe nam integrować się z Zachodem, budzą upiory zależności od Wschodu.
Do tego w rzeczywistości sprowadza się robienie wyborczego straszaka ze wspólnej europejskiej waluty.

Andrzej Duda wreszcie znalazł swój kampanijny temat. Fron­talnie zaatakował Bronisława Komorowskiego w sprawie euro. Naj­pierw za pomocą swojego obwoźnego sklepiku, w którym pod portretem pre­zydenta sprzedaje się podstawowe pro­dukty spożywcze po cenach w euro, które ustalił „handlowiec” Duda. Po­tem sztab kandydata PiS wyprodukował aż cztery kampanijne klipy, w któ­rych mocno skwaszeni aktorzy w róż­nym wieku opowiadają o nędzy, w jaką popadli „po wprowadzeniu euro przez Komorowskiego”.

Kampania obok rzeczywistości
Jest tylko jeden problem - ta kampanij­na strategia jest kompletnie bez związku z rzeczywistością. Co bowiem Broni­sław Komorowski mówi o euro? „Obec­nie nie ma możliwości wejścia Polski do strefy euro. Konieczne jest [wcześniejsze - red.] spełnienie kryteriów z Maastricht (zmniejszenie deficytu budżetowego, dalsza reforma polskich finansów pub­licznych pozwalająca zrównoważyć do­chody i wydatki państwa), które zresztą są korzystne dla polskiej gospodarki bez względu na to, jaką decyzję w sprawie euro Polska podejmie w przyszłości”.

środa, 1 kwietnia 2015

Ścigana przez SKOK



Piotr Pytlakowski: - Czy to ty przyszłaś do SKOK, czy one do ciebie?
Bianka Mikołajewska: - Zaczęło się od listu czytelnika, który był klientem jednej z Kas. Żalił się, że musi płacić wielkie odsetki od pożyczki, która miała być niskooprocentowaną pożyczką pomocową. Wtedy po raz pierwszy przyjrzałam się systemo­wi SKOK. Uderzyło mnie, że to coraz potężniejsza instytucja finansowa, ale niedziałająca tak jak banki, pozostająca wła­ściwie poza kontrolą, bo nieobjęta państwowym nadzorem.

Pierwszy artykuł o SKOK napisałaś 11 lat temu. Potem było jeszcze ponad 20 twoich tekstów. Uzależniłaś się od Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych?
Wiele razy obiecywałam sobie, pisząc kolejny tekst o SKOK, że to już ostatni raz. Ale wciąż odkrywałam coś no­wego. Teraz także rozgryzam całkiem nowy wątek. To wciąga.

A właściwie co złego jest w tej instytucji, nawiązującej do przedwojennej spółdzielczej tradycji?
Idea SKOK jest bardzo piękna i ja sama, jako osoba o po­glądach raczej lewicowych, kibicowałabym im, gdyby funkcjonowały tak, jak zakładano początkowo. Problem w tym, że miały być demokratyczne, rządzone oddolnie, najważniejsze decyzje miały być podejmowane przez wszystkich członków. Bardzo szybko okazało się, że tak nie jest, że Kasami rządzi wąska grupa ludzi, którzy robią swoje własne biznesy.

Twórca SKOK, dzisiaj senator Grzegorz Bierecki, mówił, że ideę założenia SKOK przywiózł ze Stanów Zjednoczonych. Zastanawiam się, dlaczego musiał aż z USA przywozić pomysł na stworzenie instytucji, która w Polsce działała już przed wojną?
W 1989 r. pojechał do Stanów z delegacją Solidarno­ści i tam spotkał się z działaczami Światowej Rady Związ­ków Kredytowych, czyli World Council of Cre­dit Unions, w skrócie WOCCU. Przekonali go, by podobne instytucje tworzył w Polsce. Do­piero później SKOK sięgnęły do korzeni pol­skich, czyli do przedwojennych Kas Stefczyka.