PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 16 grudnia 2017

Nasza Beata

Przez dwa ostatnie lata Polki i Polacy szczerze polubili swoją panią premier. Po jej dymisji uznali, że Beatę Szydło spotkała wielka krzywda. I że jest to ten sam rodzaj krzywdy, którą sami od niepamiętnych czasów cierpieli za sprawą elit.

Ludzie czują się oszukani. To nie Morawiecki wygrał wybory, a Szydło z pomocą PiS”. „Jedno trzeba przyznać: w komitecie politycznym PiS jest tylko jedna osoba z nabiałem, za którą warto sta­nąć. To Beata Szydło. Reszta to eunuchy, kastraci polityczni i przydałoby się ich przewietrzyć”. „PiS i Duda potraktowali p. premier Szydło jak śmiecia. Moja ro­dzina nigdy więcej nie pójdzie na żadne wybory”. „A może czas założyć nową partię prawicową i pożegnać się z JK? Przemyślmy to...”. „Beata, zrób partię nową, a pójdziemy za tobą wszędzie”.
   Podobne komentarze zaczęły zalewać prawicowy internet zaraz po ogłosze­niu decyzji o rezygnacji Beaty Szydło; a jeszcze przed dymisją pełno było ha­seł typu: „Murem za Szydło”, „ręce precz od naszej Beaty” itp. Tak zmasowanej kontestacji decyzji Jarosława Kaczyń­skiego w elektoracie PiS do tej pory nie widziano. Nawet karkołomny brukselski atak na Tuska, zakończony niesławnym „27:1”, cieszył się większym zrozumie­niem ludu pisowskiego. Bo tamtą klęskę polityczną jeszcze można było przecież sprzedać jako godnościowe zwycięstwo. A tym razem okoliczności łagodzących zabrakło. Kibice „dobrej zmiany” naj­wyraźniej doświadczyli ze strony obozu rządzącego tego, czego druga strona pol­skiego konfliktu nieustannie doświadcza od dwóch lat. Ostentacyjnej pogardy dla ich wrażliwości.
   Bo „naszą Beatę” potraktowano nie­sprawiedliwie, po ludzku skrzywdzono, wyrządzono świństwo. Na domiar złego wymieniono ją na z gruntu podejrzanego i niepewnego Mateusza Morawieckiego. Bankiera z milionami na koncie, byłego doradcę Tuska. Takich jak on w najtwardszym pisowskim rdzeniu nazywano zwykle przebierańcami. Nawykowo podejrzewano o agenturę, związki z WSI i innymi mrocznymi siłami tłumnie wypełniającymi prawicową wyobraźnię. Tolerowano tylko do pewnego stopnia, jako fachowców wynajętych do konkretnych zadań, którym należy uważnie patrzeć na ręce. Pod żadnym pozorem nie wolno jednak dopuszczać przebierańców do politycznego jądra, gdyż większość z nich chce się tylko dobrać do źródeł prawicowej mocy i poddać ją wpływom obozu zdrady narodowej.
   Dla czytelnika „Gazety Polskiej” takie sprawy są oczywiste. Mniej zideologizowanemu elektoratowi wystarczy zaś to, że Morawiecki jest po prostu przedstawicielem elit.

piątek, 15 grudnia 2017

Sędziowie pod naciskiem


To, co robi minister Ziobro, nie jest żadną reformą, to zaorywanie sądownictwa mówi sędzia Beata Morawiec, prezes krakowskiego Sądu Okręgowego, odwołana przez Zbigniewa Ziobrę

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Czy zapowiadany przez panią pozew przeciwko ministrowi Ziobrze jest już gotowy?
BEATA MORAWIEC: Napisanie pozwu o ochronę dóbr osobistych nie jest taką prostą sprawą, wybrałam już adwoka­ta, który będzie mnie reprezentował. Za­powiadając pozew, nie rzucałam stów na wiatr. To się wkrótce wydarzy.
Krakowscy sędziowie w reakcji na pani odwołanie zaapelowali, aby nikt nie przyjmował stanowisk po odwoły­wanych przez ministerstwo prezesach sądów i żeby ci, którzy je w ostatnim czasie przyjęli, zrezygnowali. To realne?
- Prezes sądu w Sopocie po miesiącu urzędowania zrezygnowała. Nowo no­minowany prezes sądu w Żorach zrezyg­nował pierwszego dnia, twierdząc, że nie chce być twarzą obecnej władzy. Tu nie chodzi o stołek prezesa, ale o autorytet sędziowski, który kilku panów z Minister­stwa Sprawiedliwości postanowiło na po­lityczne zamówienie zniszczyć. W moim przypadku minister Ziobro jako powód odwołania podał brak nadzoru nad za­trzymanym przez CBA dyrektorem sądu. Tylko że ten dyrektor podlega ministro­wi, a nie prezesowi sądu. Ale tego obywa­tel już nie wie i gdy przyjdzie na rozprawę, może powiedzieć: „Tę panią widziałem w telewizji, mówili, że jest skorumpowa­na, więc składam wniosek ojej wyłączenie ze składu sędziowskiego”. I co? Preze­sem sądu się bywa. Sędzią się jest. Mini­sterstwo Sprawiedliwości to chyba jedyny resort, który z premedytacją niszczy auto­rytet swoich podwładnych.
Jest szansa na solidarność środowiska sędziowskiego?
- 10 sądów podległych Sądowi Okręgo­wemu w Krakowie już zwołało posiedze­nia, aby przegłosować podobną co my uchwałę. Liczymy, że dołączą sędziowie z pozostałych regionów Polski, a także prokuratorzy. Ich potraktowano jeszcze gorzej niż nas, dosłownie rozjechano po­litycznie, a oni w większości siedzą cicho. Tymczasem obawiamy się, że po uchwa­leniu projektów, nad którymi pracuje par­lament, nowa upolityczniona KRS będzie masowo wnioskować o powołanie na sta­nowiska sędziowskie wiernych ministro­wi prokuratorów, aby mogli obejmować funkcję prezesów sądów i następnie prze­nosić wzorce podporządkowania pro­kuratury na niezależne sądy. Tak więc solidarność całego środowiska prawni­czego jest dziś wystawiona na próbę.
Zofia Romaszewska, główna doradczyni prezydenta w kwestii reformy sądowni­ctwa, twierdzi, że sędziowie nie mają prawa do obrony swojej niezawisłości.
- Mamy szacunek do pani Romaszew­skiej za jej wkład w walkę o niepodległość za czasów Solidarności, ale to za mało, żeby posługiwać się tego rodzaju autory­tatywnymi twierdzeniami. Nie uprawnia jej do tego także zaufanie, jakim darzy ją prezydent. Co więcej, Andrzej Duda jako prawnik powinien w odpowiedni sposób ukierunkować osobę, która wypowiada się, używając autorytetu głowy państwa. W sytuacji, gdy zagrożone są niezależność i niezawisłość sądów, sędziowie mają nie tylko prawo, ale obowiązek zabrać głos. Jesteśmy takimi samymi obywatelami jak Kowalski czy Nowak. Mamy co prawda więcej Ograniczeń dotyczących czynnego udziału w życiu politycznym, ale te ogra­niczenia nie pozbawiają nas demokra­tycznych praw, w tym prawa do wolności słowa, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie związane z niezależnością sądownictwa. Nie opowiadamy się za żadną stroną po­lityczną - protestujemy tylko przeciwko określonym pomysłom bez względu na to, jaka siła partyjna za tym stoi.

czwartek, 14 grudnia 2017

Obrona przez atak



Wyrównywanie rachunków to jedna z tych specjalności Antoniego Macierewicza, w której nie ma sobie równych. Ostatnio zemsta dosięgła oficerów zasłużonych w tropieniu obcej agentury w Polsce.

Skłonność szefa MON do wymierzania sprawie­dliwości na własnych zasadach zaczęła przy­bierać na sile wraz z narastającymi spekulacja­mi na temat jego dymisji. - Wyraźnie chce się za wszelką cenę wykazać, ale też zdobyć polisę na przyszłość, gdyby jednak został odwołany - twierdzi jedna z osób, która zna kulisy pro­kuratorskich śledztw prowadzonych przeciwko niewygodnym dla Macierewicza ludziom.
   Szarża, która może okazać się jego ostatnią, przyspieszyła 2 grudnia po emisji w „Superwizjerze” w TVN materiału o ma­jor Magdalenie E., byłej oficer Służby Kontrwywiadu Wojsko­wego. Słynnej z tropienia rosyjskich szpiegów, afgańskich ope­racji przeciwko talibom, a wreszcie - z zakończonej sukcesem pod koniec 2015 r. operacji uwolnienia polskiego oficera z rąk białoruskiej służby bezpieczeństwa. Za tę ostatnią doczekała się postępowania dyscyplinarnego zakończonego degradacją. Do dziś służby Macierewicza nie dają jej spokoju.

środa, 13 grudnia 2017

Nowy premier prezesa



Nowy premier prezesa

Jarosław Kaczyński wbrew partii zmusił do dymisji Beatę Szydło, wbrew partii sam jej nie zastąpił i wbrew partii postawił na Mateusza Morawieckiego. Partyjno-autorski rząd nowego premiera dopiero w styczniu. Czy i co PiS na tym wygra?

Prezes zwrócił się do członków komitetu poli­tycznego: „Zaufajcie mi”, a oni karnie, choć bez entuzjazmu, posłuchali - w tajnym głosowaniu za dymisją Szydło i nominacją Morawieckiego padło 30 głosów, dwie osoby (zapewne Stani­sław Karczewski i Antoni Macierewicz) były przeciw, jedna osoba (zapewne Szydło) się wstrzymała. Dwie godziny później klub PiS przyjął zmianę przez aklamację, ale to odchodząca premier dostała owację, a Morawiecki tylko oklaski.
   Żeby wszystko przebiegło gładko, gruntowna rekonstrukcja rządu została przełożona na początek roku. Morawiecki dzie­dziczy więc ministrów Szydło, a sama premier zostaje w rzą­dzie jako wicepremier do spraw społecznych. Posłowie dostali przekaz dnia z lakonicznym wyjaśnieniem: „Przed nami kolejne wyzwania, to wymaga korekty rządu. Zmieniają się ludzie, ale program nie”. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek tłumaczyła, że „czas postawić na gospodarkę”.
   Wydarzenia prowokują do pytań, zwłaszcza że PiS poinfor­mował o dymisji Szydło w dniu, gdy obronił ją w Sejmie przed wotum nieufności PO. Nawet sprzyjający władzy komentatorzy dziwili się, jak można działać tak niezręcznie.

wtorek, 12 grudnia 2017

Stłuczka Szydło pod specjalnym nadzorem



W śledztwie w sprawie kolizji z udziałem auta pani premier przesłuchano dziesiątki świadków, część po kilka razy, w obecności psychologa, badając, czy są poczytalni. Postępowanie, z którym nie radzi sobie trzech prokuratorów, przedłużono po raz kolejny.

Wojciech Cieśla

Funkcjonariusze BOR zgod­nie trzymają się jednej wersji: jechali przepisowo, na sygnale. Kierowca seicento musiał ich widzieć, to on spowodował wypadek limuzyny, którą pędziła z lotniska do domu Beata Szydło.
   Przez przypadek oprócz kierowcy seicento na własne oczy kraksę widzą czte­ry osoby. Żadna nie słyszy sygnałów.
   Kwestia, czy limuzyna jechała na sygnale, czy nie, jest kluczowa - to ona rozstrzyga, kto jest sprawcą: młody mężczyzna z seicento czy oficerowie, którzy powinni chronić panią premier.
   Jak ustalił „Newsweek”, prokuratura nie potrafi zamknąć postępowania w sprawie wypadku. Wyjątkowo starannie bada za to, czy przypadkowi świadkowie są poczytalni. Część z nich była przesłuchiwana już po dwa razy, większość poddano testom psychologicznym, Jednego ze świadków wysłano na bada­nia do szpitala w Krakowie - Pani psycholog bardzo się interesowała, czy nie zdarza mi się utrata świadomości - opo­wiada mężczyzna.
   To niejedyna dziwna rzecz, która wy­darzy się w tym śledztwie.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Premier rezerwowy



Dymisja Beaty Szydło była szykowana od kilku miesięcy. Partia czekała na premiera Kaczyńskiego, a znienacka dostała Morawieckiego. Za zmianą ma pójść poprawa relacji z Brukselą. Tylko czy nowego szefa rządu zaakceptuje elektorat?

Michał Krzymowski

Czwartek wieczorem. W głównej siedzibie PiS na Nowogrodzkiej trwa posiedzenie władz ugrupowania. Jarosław Kaczyń­ski, przy milczącej aprobacie Beaty Szyd­ło, przedstawia projekt decyzji, która ma zostać przyjęta przez komitet polityczny partii. Z dokumentu wynika, że po dwóch latach rządów przyszedł czas na zmianę. Dlatego Szydło skła­da rezygnację z funkcji premiera, a partia zgłasza kandydaturę Mateusza Morawieckiego.
   W dyskusji po kolei zabierają głos wszyscy członkowie ko­mitetu, w sumie 33 osoby. Ich wystąpienia brzmią niemal jed­nakowo: najlepszym kandydatem na premiera jest Jarosław Kaczyński, ale jeśli zapadła decyzja o wysunięciu Morawie­ckiego, to należy ją uszanować. Wszyscy dziękują Szydło za dwa lata pracy i styl, w jakim odchodzi. W jej obronie stają tyl­ko dwie osoby: szef komitetu stałego rządu Henryk Kowalczyk i szefowa gabinetu pani premier Elżbieta Witek.
   Wynik głosowania jest niemal jednogłośny: 30 osób opo­wiedziało się za, dwie były przeciw, a jedna się wstrzymała. - Nie zawiodę za­ufania - obiecuje na koniec posiedzenia Morawiecki.
   Po komitecie Kaczyński przechodzi do sali konferencyjnej, w której za chwi­lę odbędzie się posiedzenie klubu par­lamentarnego PiS. Przedstawia treść uchwały: mimo przeciwdziałania wro­gich sił zewnętrznych i wewnętrznych osiągnięto wielkie sukcesy, pani premier wykazała się niezwykłym talentem me­dialnym i pracowitością. Potrzeba jednak korekty. Stąd rezygnacja Beaty Szydło i kandydatura Morawieckiego. Wystąpie­nie prezesa kilkakrotnie przerywa owacja na stojąco. Dokument zostaje przyjęty przez aklamację, gład­ko i bezboleśnie.
   Gdy los Szydło zostanie przypieczętowany, Kaczyński nie bę­dzie kryć zadowolenia. - Myślałem, że odbędzie się dyskusja, ale widzę, że nie ma takiej potrzeby. Dziękuję pani premier za jej postawę, za którą powinniśmy ją całować nie tylko po rę­kach, ale i po nogach - śmieje się. Szydło odpowie mu na to niespeszona: - Wierzymy w mądrość pana prezesa.
   Poseł PiS, już po wszystkim: - Poszło jak z płatka. Gdyby dwa miesiące temu ktoś mi powiedział, że przeprowadzenie kandy­datury Morawieckiego może pójść tak łatwo, nie uwierzyłbym. Doskonale to prezes rozegrał.

niedziela, 10 grudnia 2017

Jedność kontra jedynowładztwo,Delegalizacja,Pinokio w Wietnamie,Dwie teorie,Cudzysłowy, Historia w więzieniu i Goń go do dziury



Jedność kontra jedynowładztwo

Na pytanie, co się teraz dzieje z Polską, odpowiedź jest brutalnie prosta. Polska staje się PiS-em.
   Lider PiS najpierw sprywatyzował swoją par­tię, teraz prywatyzuje państwo. Zgodnie ze statutem PiS Ka­czyński jest praktycznie nieodwoływalny. Zgodnie z prawami już przyjętymi i właśnie forsowanymi w parlamencie władzę absolutną będzie miał także w Polsce. W PiS jego słowo jest prawem. Czasem zresztą nie musi nic mówić, czynownicy do­myślają się jego życzeń i spełniają je, zanim je wypowie. PiS podejmuje decyzje według jego zachcianek, PiS-owski chór śpiewa według jego partytury.
   I tak samo za chwilę będzie w całym kraju. Sądy będą są­dami tylko z nazwy, a ten najważniejszy będzie najwyższy też tylko z nazwy, bo najwyższym prawem w praktyce będzie wola wodza. W sprawach o politycznym zabarwieniu sądy będą miały mniej więcej taką niezależność jak sąd partyj­ny w PiS, który przyklepuje wszystko, czego chce Kaczyński. Partia jest na usługach prezesa, a teraz na usługach jego i par­tii będzie całe państwo. Zrepolonizowane banki będą spon­sorowały (już sponsorują) liczne przedsięwzięcia wskazane przez władzę. Z państwowych spółek właściwie uczyniono fi­nansowe zaplecze partii, opłacając z ich pieniędzy partyjną telewizję i partyjne kampanie.
   Pośpiech w przepychaniu ustaw demolujących resztki de­mokracji jest zrozumiały. Wódz, który zapewne już za mo­ment obejmie funkcję premiera, musi mieć oczyszczone pole. Żadnego podziału władz - ma być jedynowładztwo. Żadnego głosu sprzeciwu, który mógłby go powstrzymać. Trzeba też, rewanżując się przy okazji za weta i wymuszo­ne wizyty w Belwederze, do końca ośmieszyć i zadrianizować prezydenta. Intronizacji pana i władcy towarzyszy bowiem abdykacja Andrzeja Dudy. Ostateczna.

sobota, 9 grudnia 2017

Zabić leminga



Polska klasa średnia jest w kleszczach prawicowego i lewicowego populizmu. Oba zazdroszczą jej sukcesu, nienawidzą z pobudek ideologicznych i chcą wycisnąć z niej pieniądze potrzebne na kupno wyborczego poparcia

Każdy atak populistów na li­beralną demokrację zaczy­na się zawsze od ataku na klasę średnią - na liberal­ne mieszczaństwo, które tę demokrację zbudowało. Tak jest w Niem­czech, gdzie przeciwko głosującemu na chadecję i socjaldemokrację liberalnemu centrum wystąpiły AfD (skrajna populi­styczna prawica) i Die Linke (skrajna po­pulistyczna lewica). Tak jest we Francji, gdzie reprezentującego liberalne miesz­czaństwo Emmanuela Macrona próbują zniszczyć z jednej strony skrajnie pra­wicowy Front Narodowy Marine Le Pen, a z drugiej Jean-Luc Melenchon - zbie­rający resztki po stalinowskiej Francu­skiej Partii Komunistycznej i CGT. Nie inaczej jest w Polsce, gdzie polityczny środek znalazł się w kleszczach prawico­wego i lewicowego populizmu.

piątek, 8 grudnia 2017

Stalowa kula



Czy pisowscy notable ze Stalowej Woli poniosą odpowiedzialność za tragiczny wypadek ucznia na szkolnej strzelnicy?

Mataczenie, nakłanianie do fałszywych ze­znań, prywatne spotkania prowadzących śledztwo z podejrzanymi, tajemnicze za­wirowania wokół dowodu rzeczowego. Wszystko po to, by samorząd Stalowej Woli i dyrekcja szkoły uniknęły zarzutów.
   Stalową Wolą rządzi PiS. I to prawie na 100 proc. Z tej partii jest prezydent Lucjusz Nadbereżny, którego osobiście zachwalał Jarosław Kaczyński, bo dofinansowuje wyjazdy lokalnych patriotów na marsze niepodległości do Warszawy, starosta powiatowy Ja­nusz Zarzeczny i wszyscy radni miejscy z wyjątkiem dwóch. Nie przypadkiem to właśnie tu fetował przed dwoma tygodniami Święto Niepodległości prezydent RP Andrzej Duda, który pre­zydenta Stalowej Woli odznaczył za zasługi. Nic się w mieście
zdarzyć nie może bez zgody PiS: wszystkie stanowiska, także w oświacie, rozdzielane są z partyjnego klucza. Normalka. To tu dyrektorka szkoły, słynna ostatnio na całą Polskę, prywatnie przyjaciółka mamy prezydenta Stalowej Woli, na portalu społecznościowym zachęcała do wstępowania do ONR. To w Stalo­wej Woli nominacje na stanowisko dyrektora szkoły radnej PiS Agaty Krzek ogłosił portal STW24, jedyne opozycyjne medium w mieście, na dzień przed upływem terminu składania ofert konkursowych. Po tygodniu radna dostała stanowisko. - To, że się nie wycofali, świadczy o skali arogancji pisowskiej władzy w mieście - mówi redaktor naczelny Artur Szczęsny. Jego portal jako pierwszy poinformował również o tym, co dzieje się wokół tragicznego wypadku na szkolnej strzelnicy. Inne lokalne media jakby nie widziały, że partyjna sitwa działa poza prawem.
I sprawiedliwością.

czwartek, 7 grudnia 2017

Sterniczka bez sternika



Katarzyna Lubnauer to pierwsza kobieta, która bez męskiego nadania zdobyła wysokie stanowisko w polskiej polityce. Czy osobiste zwycięstwo uda jej się przekuć w sukces całej opozycji?

Marek Edelman ponoć zawsze zwra­cał się do niej per „matematyczko”. Z racji zawodu, ale może także z po­wodu jej skłonności do konkretu oraz skrupulatności. Szefowała wówczas śródmiejskiemu kołu Unii Wolności w Łodzi, którego Edelman był człon­kiem. To było dobre 20 lat temu. Bo choć na ogólnopolskiej scenie Katarzyna Lubnauer zaistniała dopiero w 2015 r., jej polityczne dossier jest całkiem spore - przeszła przez UD, UW i Partię Demokratyczną. Pod koniec lat 90. udało jej się zdobyć mandat łódzkiej radnej; później jednak było już trudniej. Nie powiodło jej się w wyborach do Sejmu (w 2001 r. z listy UW i w 2005 r. z listy PD), do Parlamentu Europejskiego (2004 r., UW), jak i w samorządowych, w których startowała kolejno w 2002, 2006 i w 2010 r. (z list: lokalnego komitetu „Łódź na fali”, LiD i PO). Drzwi do wielkiej polityki otworzył przed nią dopiero Ryszard Petru. Dziś sama wystawia go za drzwi, pozbawiając władzy nad partią, którą zbudował, i niwecząc szanse na re­alizację jego marzenia o fotelu premiera. - Brutus też dokonał zamachu na Cezara, żeby ocalić demokrację - tłumaczy Kata­rzyna Lubnauer.
   Długo była jego bliską współpracowniczką, lojalną, bardzo pracowitą, stojącą w cieniu popularnego lidera. Później jednak ambicje wzięły górę. Zaczęła coraz śmielej grać na siebie, krok po kroku budować swoją rozpoznawalność oraz pozycję w klu­bie i w partii. Być może i na to wpływ miała „Madera”. Lubnauer próbowała przecież kryć Petru, wmawiając dziennikarzom, że lider N wybrał się do Portugalii „w sprawach partyjnych”; ten jednak wystawił ją na śmieszność, ogłaszając następnego dnia, że chodziło wyłącznie o sprawy prywatne. Podczas konferencji cały czas stała u boku Petru, minę miała jednak nietęgą.
To musiał być cios: szef N poświęcił jej reputację, aby ratować własny wizerunek. Kompromitacji jednak nie uniknął. Sprawa sylwestrowego wypadu Petru zaciążyła na notowaniach jego  partii, a jemu samemu - jak zauważył ostatnio Marek Migalski - odebrała powagę: coś, co choć nieuchwytne, dla polityka jest niezwykle istotne.
   Na światło dzienne zaraz zaczęły wychodzić również inne problemy szefa N - jego klubowi koledzy skarżyli się, że nie potrafi zarządzać partią ani opracować długofalowej strate­gii, że otacza się klakierami i nie szanuje tych, którzy mają odmienne zdanie (POLITYKA 7). Czterech najbardziej kry­tycznych posłów przeszło w końcu z klubu N do Platformy. Równolegle swoją pozycję zaczęła umacniać Katarzyna Lub­nauer. Kilka tygodni po wybuchu skandalu została rzeczniczką partii - co zagwarantowało jej dostęp i uwagę mediów; a pod koniec kwietnia - szefową klubu Nowoczesnej (rozdzielenie funkcji przewodniczącego partii i szefa klubu parlamentar­nego miało pomóc uspokoić sytuację w N i pozwolić odbić się w sondażach).
Cały czas była też wiceszefową partii. Bilans roku zamyka zaś jako jej przewodnicząca. Wewnątrzpartyjne wybory wygrała jednak o włos, a właściwie o głos. - Niewiele brakowało, a Kata­rzyna nie miałaby większości bezwzględnej i byłaby druga tura. Ona dostała 149 głosów, Ryszard -140, ale było 5 głosów wstrzymujących się - zaznacza Jerzy Meysztowicz, dotychczasowy wi­ceprzewodniczący partii, który choć z Lubnauer zna się dłużej niż z Ryszardem Petru - bo jeszcze z czasów Unii - głosował na założyciela N. - Postawiłem na Ryszarda, bo z Kaśką byłem w UW, zaś z Ryszardem tworzyłem Nowoczesną. A to różnica.

środa, 6 grudnia 2017

Pozamiatane



PiS domyka przejmowanie instytucji demokratycznego państwa prawa. Powstaje fasadowy ustrój monopartyjny.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu posłowie przyjmą ustawy oddające partii rządzącej wła­dzę nad Krajową Radą Sądow­nictwa i Sądem Najwyższym. Domknie się przejmowanie systemu wy­miaru sprawiedliwości. Za chwilę dokona się też przejęcie procesu wyborczego. Po­dobno prezes Kaczyński ma ustawy sądo­we i Kodeks wyborczy dostać „na Gwiazd­kę”. Przed dwoma laty na Gwiazdkę dostał pierwszą pisowską nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która zapo­czątkowała, zakończone właśnie, przejmo­wanie tej instytucji.
   W sprawie KRS i SN opinię publiczną interesuje, kto wygrał: prezydent czy pre­zes? Zakłada się, że projekt prezydencki jest lepszy, bo „mniej niekonstytucyjny”. Z punktu widzenia konstytucyjnej zasady podziału władzy i niezależności sądów nie ma znaczenia, czy Sądem Najwyższym rządzi prezydent czy minister. Widocznie jednak nadeszły czasy, gdy zastanawiamy się, czy lepiej oberwać cegłą czy łopatą, za­miast upierać się, że bić nie wolno w ogóle.
   Prezydenckie projekty realizują wszyst­kie cele PiS, łącznie z faktyczną wymia­ną sędziów. W KRS wprost przerywa się ich kadencję. W SN różnymi trikami eliminuje się poszczególne kategorie sę­dziów (o czym niżej). Do tego prezydent wbudował w ustawę o Sądzie Najwyż­szym mechanizm, który zapewni partii rządzącej kontrolę nad wyborami - nie tylko przyszłymi, ale nawet tymi, które już się odbyły. Przy lekkiej modyfikacji - przy pomocy poprawek PiS - mecha­nizm ten może posłużyć do unieważ­nienia wyboru samego Andrzeja Dudy.

wtorek, 5 grudnia 2017

Rozjeżdżana niezawisłość



Zbigniew Ziobro przejmuje sądy. Czystka obejmuje cały kraj. W Krakowie minister sparaliżował sąd mający wydać wyrok w sprawie śmierci jego ojca.

Aleksandra Pawlicka

Ostatni czwartek, Sąd Okręgowy w Krakowie. Ponownie rusza proces w sprawie śmierci Jerze­go Ziobry, ojca obecnego ministra sprawiedliwości. Tłum dzien­nikarzy wypełnia jedną z największych sal. Sprawa jest precedensowa - wyzna­cza standardy pracy sędziów w Polsce w sytuacji, gdy władza chce przejąć peł­ną kontrolę nad sądami.
   Ojciec Ziobry zmarł w 2006 r. w wy­niku powikłań pooperacyjnych. Leka­rze zostali oskarżeni o przyczynienie się do jego śmierci. Po 11 latach procesu sąd ich uniewinnił, ale rodzina zmarłego nie godzi się z wyrokiem. Kilka dni przed wznowieniem procesu Zbigniew Ziobro robi czystkę w krakowskim sądzie.
   - Ta sprawa nie pozostawia złudzeń, w jakim kierunku zmierzamy. To, co dzieje się w sądach i czemu służyć ma re­forma sądownictwa, zamienia wymiar sprawiedliwości w bezmiar niespra­wiedliwości - mówi „Newsweekowi” Krystian Markiewicz, prezes Stowarzy­szenia Sędziów Iustitia.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Brutuski



Ryszard Petru stracił Nowoczesną przez sojusz Katarzyny Lubnauer z Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Teraz w partii wszyscy się zastanawiają, kiedy Kamila wbije nóż w plecy Katarzynie


To jest opowieść o kipiących ambicjach, ry­walizacji, zemście i wielkim osobistym za­wodzie. Główne role odegrają kobiety, które do tej pory w polskiej polityce były obsadza­ne raczej w rolach drugoplanowych.
   Katarzyna Lubnauer jeszcze dzień przed ogłoszeniem, że będzie kandydować na szefową partii przeciwko Ryszardowi Petru, jakby nigdy nic zjadła z nim śniadanie w bistro na wprost Sejmu. Zamówili jaj­ka sadzone i sprzeczali się o wspólne listy zjednoczonej opo­zycji. Gdy w piątek zadzwoniła, że startuje, Petru był w szoku. Przekonywał, żeby tego nie robiła, bo trudno im będzie później współpracować. Ale Lubnauer nie chciała słuchać.
   - Ja Kaśce w stu procentach ufałem. Rozmawialiśmy codzien­nie po kilka razy. Obgadywaliśmy wszystko wspólnie - mówi mi były już lider Nowoczesnej. Czuje się zdradzony.
   Lubnauer była prawą ręką Petru. Żartowali, że tak świetnie się dogadują, bo oboje są dziećmi ścisłowców. Rodzice Petru są doktorami fizyki, matka Lubnauer - profesorem mikrobiolo­gii, ojciec był chemikiem. Dlatego - jak mówili - oni na politykę patrzą chłodnym analitycznym okiem. To Petru, który dwa lata temu od zera zbudował Nowoczesną, namówił Lubnauer, żeby wstąpiła do jego partii.
   Wcześniej była w Unii Wolności i Partii Demokratycznej. Bez powodzenia startowała do sejmiku łódzkiego z list PO.
   Prywatnie się zaprzyjaźnili. Lubnauer, obok Joanny Scheuring-Wielgus, była częstym gościem w mieszkaniu Petru i jego nowej partnerki - partyjnej koleżanki Joanny Schmidt. Pili białe wino i do późnego wieczora rozprawiali o życiu i polityce. Po feralnym wyjeździe Petru do Lizbony z Joanną Schmidt zimą 2016 rok Lubnauer mocno ich wspierała. Publicznie zapewniała, zresz­tą niezgodnie z prawdą, że wypad zakochanych nie był prywat­ny, lecz służbowy. Chciała w ten sposób ratować Petru, choć on uważał, że nie powinni kłamać.

niedziela, 3 grudnia 2017

Pani z telewizji



Ci, którzy znają Danutę Dunin-Holecką, mówią, że świeci odbitym światłem PiS i zawsze bardzo jej zależało, by błyszczeć w głównym wydaniu „Wiadomości".

PiS już oficjalnie włączył Danu­tę Dunin-Holecką do delegacji rządu i PiS, a było to podczas uroczystego koncertu z okazji jubileuszu urodzin Jana Pietrza­ka. Do tego tweetu na partyjnym profilu dołączono zdjęcie delegacji. W drugim rzędzie, tuż za prezesem Kaczyńskim, obok rzecznika rządu stała uśmiechnię­ta Dunin-Holecka, w stroju w kolorach polskiej flagi. Nie był to pierwszy raz, kiedy wystąpiła w barwach narodowych, wcześniej - już na premierze filmu „Smo­leńsk” - jej sukienkę zdobiła biało-czer­wona szachownica. Teraz w każdym tygodniu główna prowadząca „Wiadomości” potwierdza swoją przynależność do bia­ło-czerwonej drużyny Jarosława Kaczyń­skiego. Pobiera za to 40 tys. zł prezenterskiego wynagrodzenia.

sobota, 2 grudnia 2017

Geny i historia,Ja bym takich gnoi, Duda - koniec złudzeń, Mentalność służebna, Gest Belki, gest Kozakiewicza, Bez trybu,Przemówienie do narodu i Wędrujący ośrodek władzy



Geny i historia

Długi dystans pokonał Donald Tusk. Od „to tylko PiS” 16 miesięcy temu do „alarm!” i sugestii, że je­śli polityka PiS nie jest sterowana przez Kreml, to w swej istocie jest prokremlowska.
   Z drugiej strony to ten sam dystans, który przebyły mi­liony Polaków Najpierw poczucie, że ta władza to tylko epi­zod. Że to niemożliwe, by o naszym życiu długo decydowała ta grupa dziwacznych postaci. A potem poczucie bezsilno­ści i zimna konstatacja, że to jednak nie „Ucho prezesa”, że wszystko dzieje się naprawdę, że to nie żaden epizod, ale po­tencjalnie narodowe samobójstwo.
   Co o tym wszystkim będą czytać w podręcznikach historii nasze wnuki i prawnuki? Przecież nawet reforma Zalewskiej nie zafunduje całemu narodowi lobotomii, więc nie będą czytać o ludziach wybitnych i mężach stanu, którzy po dzie­sięcioleciach smuty wprowadzili Polskę na szerokie wody. Przeczytają raczej o jakiejś makabresce i o tym, jak grupa dziwaków, miernot i szaleńców, postaci mrocznych i kaba­retowych, odwróciła losy Polski i zaprzepaściła wielką naro­dową szansę.
   Co przeczytają o polityku, który roił sobie, że jest Piłsud­skim? Nawet ci z jego otoczenia wiedzieli, że nikim takim nie jest - wciąż jednak na każde jego skinienie robili rzeczy pod­łe i pozwolili mu całkowicie zawładnąć prawie 40-milionowym narodem, który potraktował jak króliki doświadczalne w klatce na własnym podwórku.
   A co o tym wszystkim powiedzą tym wnukom i prawnu­kom mama, tata i nauczyciel historii? Powiedzą, że straszne błędy mniej więcej w tym samym czasie popełniali Amery­kanie czy Brytyjczycy, bo coś takiego było w powietrzu - ja­kiś wirus krążył straszny, że odbijało całym narodom. Będą się jednak musieli zmierzyć z pytaniem - dlaczego my, Po­lacy? Przecież nie było okupantów, zaborców, Sowietów, nazistów, nic takiego, byliśmy sami ze sobą. I może w tym ostatnim odnajdą przyczynę.
   Metafory bywają ryzykowne. Porównania też. Szczególnie historyczne. A już zestawienia z latami 30. są niebezpiecz­ne wyjątkowo. Nie mamy pod ręką Stalina, Franco, Hitlera i Mussoliniego, w innym miejscu jest światowa gospodarka, inne są sieci zależności, kosmicznie inna jest technologia. Ale jedno podobieństwo jest uderzające. Wciąż nieposkro­miony, krążący po obu stronach Wielkiej Wody wirus, który potrafi zatrząsnąć życiem narodów i budzi uzasadniony nie­pokój setek milionów ludzi.
   Spójrzmy na Zachód. Oto Niemcy - jeszcze przed chwi­lą będące fundamentem stabilności w Europie - popadają w niespodziewany polityczny chaos. Coraz więcej partii, te - największe tracą poparcie, pozycja kanclerz kreowanej na liderkę wolnego świata szybko słabnie, na horyzoncie nowe wybory i niepewność. Nie, to oczywiście wciąż nie Weimar, ale to już nie Niemcy sprzed kilku miesięcy.

piątek, 1 grudnia 2017

Plan Kremla



Kaczyński tak bardzo podkręcił wewnętrzny konflikt polityczny, że jest on zagrożeniem dla polskiego państwa

Gdy Donald Tusk - faktycz­nie naruszając niepisaną zasadę powstrzymywa­nia się wysokich urzęd­ników UE od interwencji w życie polityczne krajów, z których po­chodzą - napisał na Twitterze, że działa­nia PiS niepokojąco przypominają plan Kremla, w polskiej polityce zawrzało. Media partii Kaczyńskiego rozpoczę­ły wobec niego kampanię nienawiści, a czołowi przedstawiciele rządu zaczę­li prześcigać się w antyrosyjskich de­klaracjach. Antoni Macierewicz na Międzynarodowym Forum Bezpieczeń­stwa w kanadyjskim Halifaksie mówił, że pomiędzy Zachodem i Rosją „to nie jest już zimna wojna, ale wojna gorąca”, po raz kolejny udowadniając zachodnim przywódcom, że ekipa rządząca Polską jest nieobliczalna.
   Opozycja prowadzi z kolei własną po­litykę tweetów, nawiązującą do wypo­wiedzi Tuska. Przy okazji kolejnej próby odwołania rządu Beaty Szydło Platfor­ma, Nowoczesna i PSL będą chciały pokazać w debacie sejmowej, że plan Kremla jest realizowany przez rządzą­cych Polską.
   Zanim diagnoza Tuska rozpłynie się w zgiełku polityki partyjnej, warto się zastanowić, o co właściwie chodzi z tym planem Kremla.

czwartek, 30 listopada 2017

Tasowanie przed rozdaniem



Rekonstrukcja jakoś nie może się dokonać. Opóźnił ją jeszcze wniosek PO o wotum nieufności. PiS najpierw rząd obroni, a potem - jeszcze w grudniu - przystąpi do jego przebudowy. Prawdopodobny kierunek: premier Jarosław Kaczyński. Ale wciąż niepewny.

Teoretycznie lepiej być nie może. Propaganda działa wzorowo, codziennie o 19.30 słychać, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej dzięki wspaniałemu rządowi i pod troskliwym okiem Jarosława Kaczyńskiego. I to po­mimo knucia totalnej, a zarazem nieudolnej opozycji.
   Polacy to najwyraźniej lubią. Po dwóch latach u wła­dzy PiS i rząd mają notowania lepsze niż na początku kadencji. Głosowania na ostatnim posiedzeniu Sejmu pokazały zaś korzystną dla prezesa zmianę układu sił w parlamencie. PiS po kilku niedawnych transferach zdobył tak pokaźną większość, że nie przeszkadzają mu już nie tylko nieobecności ministrów, ale nawet harce tzw. koalicjantów. Ani Jarosław Gowin, ani Zbigniew Ziobro nie mają tylu posłów, by storpedować jakąkolwiek ustawę. Gowinowcy nie poparli ude­rzającego w firmy i najlepiej zarabiających pracowników projektu znoszącego górny limit składek na ZUS, ale ustawa i tak przeszła bezpieczną większością głosów. Klub PiS liczy 235 posłów, regu­larnie wspiera go pięcioosobowe koło Wolni i Solidarni, a czasem pomagają niezrzeszeni bądź kukizowcy.
   Opozycja zajęta jest sobą. Nowoczesna przechodzi właśnie trudny okres sukcesji po klęsce Ryszarda Petru, a wypowiedzi nowej przewodniczącej Katarzyny Lubnauer zwiastują niełatwe negocja­cje jej ugrupowania z Platformą przed kampanią samorządową. A mimo to wygląda na to, że PiS zakopał się jak samochód w piasku. Silnik pracuje, ale koła buksują. Partia Kaczyńskiego ugrzęzła w sporze z prezydentem i w grach rekonstrukcyjnych. Wicepremierzy niemal otwarcie dążą do dymisji premier Szydło. Andrzej Duda oskarża wiceszefa PiS Antoniego Macierewicza o stosowanie „ubeckich metod” wobec współpracownika głowy państwa i ostro krytykuje szefową rządu. „Tu bez wątpienia był problem na linii prezydent-rząd, a linia ta to w pierwszej kolejno­ści linia prezydent-premier” - powiedział Duda w TVN24, pytany o weto do ustaw sądowniczych. Dodał, że byłoby „czymś natural­nym”, gdyby Kaczyński stanął na czele rządu. To jasna wskazówka, że Pałac Prezydencki przyjąłby dymisję Szydło z radością.
   Co więcej, nieciekawe dla PiS wieści przyniosły listopadowe sondaże. Przygnębiona posłanka PiS: - Nie będzie drugiej kadencji. Z atmosfery 2015 r. nic nie zostało. Konflikt z prezydentem już mamy, a teraz zaczyna się wojna domowa w rządzie i partii. Spróbujmy zatem wyliczyć problemy PiS, tak jak widzą je politycy tej partii.

środa, 29 listopada 2017

Na służbie



Tuż przed decyzją Trybunału Sprawiedliwości UE nakazującą natychmiastowe wstrzymanie wycin­ki Puszczy Białowieskiej, 9 listopada 2017 r. policja rozbiła kolejną demonstrację obrońców Puszczy. Tym razem w Warszawie, pod siedzibą Dyrekcji Lasów Państwowych. Około 40 osób przykuło się łańcucha­mi w holu, domagając się rozmowy z dyrektorem Lasów i wy­cofania z Puszczy ciężkich harvesterów, służących do wy­cinania drzew na przemysłową skalę. Przyjechało do nich 80 policjantów. Skuli im ręce kajdankami - z tyłu, tak jak nie­bezpiecznym przestępcom, zapakowali do więźniarek i prze­wieźli do pobliskiej komendy policji przy ul. Opaczewskiej.
- Wrzucili nas do świetlicy. Chaos był okropny, tłok - opowiada Marta z Obozu dla Puszczy. Zaczęto od zbadania alkomatem (było 0,0), potem kazano powyjmować wszystko z kieszeni, plecaków i zabrano pieniądze (jak powiedziano, na poczet przyszłych grzywien i kosztów postępowań). Wreszcie każdego z zatrzymanych osobno wyprowadzono ze świetlicy w celu przeprowadzenia rewizji osobistej.
   Nie bardzo było gdzie to zrobić, więc skorzystano ze zwykłych pokoi biurowych. Policjanci buntowali się, krzyczeli, że mają huk roboty, ale wychodzili. - W ogóle było bardzo nerwowo, do tego stopnia, że nawet pomiędzy policjantami wybuchały konflikty, ostre wymiany zdań. Padały słowa „ty debilu". Wszyscy byli zde­nerwowani, narzekali, że muszą siedzieć na komendzie po go­dzinach, a tu jutro 10 listopada, wiadomo miesięcznica, zaraz potem 11 listopada i marsz narodowców i znów siedzenie kamie­niem - opowiada Marta. Część rewizji, z braku innego miejsca, przeprowadzono w toalecie, a w jednym przypadku rewizję ko­biecie zrobiono w miejscu ogólnodostępnym, przez które często przechodzili policjanci (także w jej trakcie). Marcie policjantka kazała się rozebrać do naga, zdjąć bieliznę, wypinać się, pochylać. Powiedziała, że to na wypadek, gdyby w jakimś otworze ciała ukryła żyletki. Po rewizji zabrała bieliznę. Mówiła, że dlatego, że może Marta będzie chciała się na niej powiesić. - Wiem o kil­ku kobietach, które też zostały tak potraktowane - mówi Marta. Niektórzy policjanci wyraźnie widzieli nieadekwatność środków, mówili ekologom, że to nie ich decyzje, migali się od wykonywa­nia poleceń. Ale byli i tacy, którzy chętnie pokazywali, kto rządzi, rzucali wulgarne i obraźliwe komentarze.
   Jeszcze nie ucichły komentarze dotyczące zachowania poli­cjantów w komendzie przy Opaczewskiej, a już pojawiła się in­formacja, że policyjni związkowcy z Dolnego Śląska doprowa­dzili do ścigania dziennikarza Wojciecha Bojanowskiego z TVN za ujawnienie kompromitujących policję materiałów ze śledztwa dotyczących okoliczności śmierci Igora Stachowiaka na wrocław­skim komisariacie. Policjanci wielokrotnie razili chłopaka para­lizatorem w policyjnej toalecie, i to jeszcze zakutego w kajdanki.
Jak donosi Wirtualna Polska, z utajnionego przez MSWiA raportu o poziomie agresji w policji wynika, że prawie co drugi funkcjona­riusz brał udział w interwencji, podczas której nadużywał siły.

wtorek, 28 listopada 2017

Prezydent Biedroń z bliska



W Słupsku mówią, że zarządzanie miastem męczy Roberta Biedronia. Dlatego głównie jeździ po świecie. W delegacjach spędził w ciągu trzech lat aż siedem miesięcy.

Renata Grochal

Mimo późnej pory na Europejskim Forum Nowych Idei w So­pocie spore emocje. Na panel zaplanowa­ny między godziną 23 a 1 w nocy przyszło prawie sto osób. Młode pokolenie poli­tyków ma dyskutować o tym, co po PiS. Na sali są już Joanna Mucha i Borys Bud­ka z Platformy Obywatelskiej, Katarzy­na Lubnauer i Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej oraz Barbara Nowacka z Inicjatywy Polska. Czekają na prezy­denta Słupska Roberta Biedronia.
   - Biedroń przyszedł spóźniony i od wejścia gwiazdorzył. Zachowywał się tak, jakby robił łaskę, że w ogóle się po­jawił. A gdy przyszła jego kolej, po­wiedział znudzony, że nie chce mówić o PiS, tylko o marzeniach, bo one są w po­lityce najważniejsze - opowiada uczest­niczka dyskusji.
   - Jakie są jego marzenia? - dopytuję.
   - No właśnie nie potrafił powiedzieć. Do tej pory oglądałam go tylko w telewizji i byłam bardzo ciekawa, jaki jest na żywo. Ale mnie rozczarował. To chyba najbar­dziej nadmuchany balon w polskiej poli­tyce - ocenia moja rozmówczyni.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Antoni niewygodny



Macierewicz osłabł. W PiS nie wierzą, że udowodni zamach smoleński. Wojskowi boją się, że jego rządy w MON zupełnie rozłożą polskie wojsko

Paweł Reszka, Michał Krzymowski

Polityk PiS: - Jasne, że najlepiej byłoby go od­wołać. Pytanie tylko, co z nim dalej zrobić?
   Najbardziej zalazł za skórę prezydento­wi. Andrzej Duda daje do zrozumienia, że z ministrem obrony nie ma ochoty współ­pracować. Zaś prezydenccy doradcy po cichu spotykają się z ekspertami ds. wojskowości. Zbierają argumenty potwierdzające tezę, że Macierewicz psuje armię. Wszystko po to, by Dudzie łatwiej było przekonać prezesa Jarosława Kaczyńskiego do pożegnania z szefem MON.

I
Sam Macierewicz zachowuje się, jakby kierował obroną oblężonej twierdzy.
   Polityk PiS: - Nikomu nie ufa. Uważa, że ktoś na niego czyha.
   Nasze źródła w MON mówią, że Macierewicz zarządził przebu­dowę bezpiecznego pomieszczenia - tak zwanego bunkra - w bu­dynku przy ulicy Klonowej, gdzie urzęduje.
Ma być wyposażone w dodatkową aparatu­rę eliminującą możliwość podsłuchu. - Po­mieszczenie było wyposażone dobrze, ale pan minister uważa, że budynek jest zbyt blisko rosyjskiej ambasady i nie jest bez­piecznie. Ma obsesję sprawdzania wszyst­kiego - opowiada nasz rozmówca.
   Szczegółowe i częste są kontrole pi­rotechniczne. Sprawdzane są nawet po­mieszczenia przy Klonowej, do których dostęp ma naprawdę ograniczona liczba osób. A także samochody i samolot trans­portowy Casa, z którego minister z upodo­baniem korzysta. Z ochroną osobistą jest podobnie. Podczas niektórych imprez jest większa niż ta, z której korzysta prezydent.
   Generał w stanie spoczynku: - To za­bawne, ale nawet młody wiceminister Bartosz Kownacki ma dwóch ochroniarzy.
Poprzednio zastępcy ministra mieli za­zwyczaj kierowcę i tyle.
   Osoba związana z jednostką GROM:
- Od razu dało się zauważyć, że pan mini­ster GROM nie ufa. Tak jakby się obawiał, że możemy być narzędziem jakiegoś puczu. To było dziwaczne, ale zauważyliśmy, że chce stworzyć jakąś przeciwwagę dla nas. Zaczął gwałtownie wspierać żandarmerię.
   Najważniejszy jest dla niego Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej - ten właśnie, który chroni ministra. Jak podawał Onet, żołnierze z tego oddziału mają wynajęty lokal naprzeciwko miesz­kania Macierewicza, by skuteczniej dbać o jego bezpieczeństwo.
   Polityk PiS: - Żeby pokazać im, że lojalność popłaca, żandar­mi dostali takie dodatki, że zarabiali tak jak GROM. Do tego niemal nieograniczony budżet na sprzęt. Mają teraz takie za­bawki, że nawet policji, która na co dzień zajmuje się śledztwami i pracą operacyjną, opadły szczęki.

niedziela, 26 listopada 2017

Chwyt dla opozycji



Opozycja, aby pokonać PiS, powinna uderzać w miejscach, gdzie obóz władzy czuje się najmocniejszy. Bo tam traci on czujność.

Niedawno na tych łamach poddano analizie wyniki sondaży (POLITYKA 44). Z interpretacji długofa­lowych trendów popar­cia partii politycznych, od wyborów w paździer­niku 2015 do października 2017 r., wynika, że jedynie cztery razy doszło do istotnych zmian preferencji wyborczych Polaków. Po raz pierwszy, zaraz po wyborach, gdy niesiona efektem świeżości Nowocze­sna błyskawicznie rosła w siłę, osiągając niewiarygodny z dzisiejszej perspektywy wynik 30 proc. poparcia w grudniu 2015 r. Po raz drugi Nowoczesna znów przekro­czyła wyraźnie 20 proc. poparcia dzięki realizacji akcji Misiewicze.
   Trzecie poważne wahnięcie nastrojów to kryzys parlamentarny z końca zeszłego roku: demonstracja siły władzy, upokorze­nie opozycji, spowodowały, że notowania partii rządzącej poszybowały w górę. Ostat­nim akordem była klęska rządu Beaty Szy­dło w Brukseli, której symbolem stało się przegrane głosowanie w sprawie kolejnej kadencji Donalda Tuska wynikiem 27 do 1. Na krótko notowania PO urosły do poziomu 30 proc., realnie zagrażając PiS na pozycji lidera. Od tego momentu poparcie dla PiS rośnie. Notowania PO w długookresowym trendzie od wiosny 2017 r. spadają, a No­woczesna utrzymuje się lekko nad progiem wyborczym.
   Co z tego wynika dla opozycji? Jakie wnioski można wysnuć z tych trendów? Innymi słowy - jak skutecznie wygrać z PiS? Oto garść uwag.

sobota, 25 listopada 2017

Uprzejmie donoszę,Nad Wisłą bez zmian, Piszmy do siebie,Królik z kapelusza, Nuda łamania demokracji,Prezes Gersdorf wychodzi naprzeciw,Telenowela i Co by tu jeszcze zburzyć?



Uprzejmie donoszę

Donoszenie na własny kraj jest oczywiście czymś strasznym. Specyfika epoki PiS polega na tym, że za donosicieli uznawani są obrońcy demokracji, a donosicielstwo piętnują donosiciele. Pardon - sygnaliści.
   Cała sprawa jest w zasadzie prosta. W państwie coraz bar­dziej autorytarnym i de facto pozbawionym polityki zagra­nicznej wszystko, co dzieje się poza granicami Polski i ma do niej jakiekolwiek odniesienie, staje się częścią polityki we­wnętrznej. Opozycja to nie oponenci, ale wrogowie, nie wła­dzy, lecz państwa, a ponieważ walczą z państwem, walczą też z Polską, bo Polski nie lubią i są zdrajcami, a ponieważ są zdrajcami, trzeba ich zniszczyć.
   I tu można by skończyć opowieść o napaści PiS na europosłów PO, szczególnie tych, którzy mieli czelność głosować za rezolucją, całkowicie słusznie piętnującą antydemokratycz­ne praktyki PiS-owskiej władzy. A jednak sprawa zasługuje na coś więcej, bo cała ta historia rozświetla istotę pewnych rzeczy i zjawisk.
   Otóż, po pierwsze, nie jest wykluczone, że zarzut zdrady Polski politycy PiS stawiają całkiem poważnie, a ich oburze­nie jest autentyczne. To z kolei jest możliwe ze względu na ich mentalność i horyzonty.
   Zacznijmy od Unii Europejskiej. Wszystko, co mówią o niej politycy PiS, wskazuje, że myślą o niej nie jak o „na­szej Unii”, ale jak o strukturze wrogiej i opresyjnej. Ponie­waż dialogu w żadnej formie i z nikim nie tolerują, a wrogów z założenia zwalczają, są skazani na konflikt z Unią. Zwłasz­cza gdy zajmuje się ona łamaniem zasad praworządności przez nich samych.
   Ponieważ Unia jest wrogiem i ciałem obcym, z założe­nia jest pozbawiona prawa zajmowania się Polską. W tym sensie władza PiS ma do Unii takie samo nastawienie jak Rosja Putina czy Turcja Erdogana. Oczywiście to podo­bieństwo wskazuje na aberracyjność stanowiska kraju, któ­ry jest członkiem wspólnoty i bierze z niej całkiem niezłe pieniądze. Aberracyjność nie jest jednak paradoksalna, bo władzy w Polsce obce jest pojęcie jakiejkolwiek wspólnoty. Może poza narodową, w której panuje jednak, tak jak w PRL, jedność moralno-polityczna.

piątek, 24 listopada 2017

Pokaż, co masz



Lustracja majątkowa zastąpi zwietrzałą już nieco lustrację za pomocą teczek bezpieki. Ustawa o jawności życia publicznego to sposób PiS na utrzymanie władzy: zwiększa kontrolę nad obywatelami i niszczy zaufanie społeczne.

Napisana w Kancelarii Premiera przez ludzi ministra-koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego ustawa „o jawności życia publicznego” jest anonsowana - zgod­nie z pisowską metodą odwracania pojęć - jako poszerzenie obywatelskiej kontroli nad władzą. Wchłania dzisiejszą ustawę o dostępie do informacji publicznej, rozporządzenie Rady Ministrów o rządowym pro­cesie legislacyjnym, zmienia przepisy o jawności oświadczeń majątkowych i o lobbingu. Wprowadza też do prawa pojęcie „sygnalisty”, ale będzie ono dotyczyło tylko spraw o korupcję.
   Trzeba być pisowcem, by napisanie ustawy o jawności po­wierzyć służbom specjalnym. Ale lektura tego projektu poka­zuje, że ustawa jest po to właśnie, by służbom ułatwić życie. Utrudnia dostęp do informacji publicznej, w tym informacji o procesie stanowienia prawa. I de facto pogarsza sytuację sy­gnalistów, zawężając to pojęcie i uzależniając nadanie takiego statusu od widzimisię prokuratora. Cukierkiem dla opinii pu­blicznej jest natomiast możliwość zapoznania się z oświadcze­niami majątkowymi półtora miliona osób, które są mniej lub bardziej związane z pełnieniem służby publicznej.
   Mało komu chce się korzystać z przepisów o dostępie do in­formacji publicznej. Chętnych na sygnalistów brak, bo to jed­nak postawa heroiczna: narażać się na ostracyzm w pracy, by walczyć z nieprawidłowościami i łamaniem prawa w firmie. Za to zajrzeć bliźniemu do portfela - i owszem, każdy będzie chętny. Tym bardziej że zamożność w Polsce, jak w PRL, nie tylko budzi zazdrość (co naturalne), ale wciąż jest czymś podej­rzanym. Najczęściej uważamy, że porządne pieniądze zdobywa się nieuczciwie. Albo że po prostu nie wypada mieć więcej, gdy inni mają mniej (to argumentacja sprawiedliwościowa).

czwartek, 23 listopada 2017

Ja w tym pływałem



Prof. Karol Modzelewski, historyk, działacz opozycji w PRL, były senator, o najważniejszych chwilach w swoim życiu i receptach na Polskę.

JAN ORDYŃSKI: - Lada chwila będziemy obchodzili pańskie osiemdziesięciolecie. Zapewne spogląda pan wstecz. Które z wydarzeń minionych lat uważa pan za najważniejsze?
KAROL MODZELEWSKI: - Trudno odpowie­dzieć na takie pytanie, bo mnóstwo histo­rii determinuje życie człowieka i tak było w moim wypadku. Ale ja, z emocjonalnego punktu widzenia, za najważniejsze uwa­żam lata 1980-81, czas pierwszej Solidar­ności. To był okres, w którym uważałem, że mam najwięcej do zdziałania i sporo mi się wówczas udało, choć oczywiście bez przesady. To była rewolucja, choć ja przez rewolucję rozumiem nie przewrót polityczny, nie zmianę ustroju, tylko zbio­rowy stan ducha rzeszy ludzi. To widzia­łem raz w życiu, właśnie w czasie Wielkiej Solidarności. Polska Ludowa była krajem konformistów. Wszędzie. Na uniwersyte­tach, w fabrykach, w Kościele, w szkołach, w harcerstwie.
Nawet w sklepie spożywczym?
Ależ oczywiście. W sklepie spożywczym konformizm i taka mała korupcja spod lady. Bo wszyscy wówczas uważali, że tak trzeba, że inaczej nie da się przeżyć, nie ma innego sposobu. Nie było czegoś ta­kiego jak oblig moralny, by postawić się, buntować. Należy wykonywać wszystkie gesty uległości, bez względu na to, co się myśli. Trzeba iść na pochód pierwszo­majowy, bo majster powiedział: „musisz pójść, bo jak tego nie zrobisz, to obetną mi premię, a ja potem obetnę ją wam”. I szedł taki. Później zapisywał się do ZMP, ZMS, PZPR. Dobry lekarz, jeśli miał ambicje zo­stać ordynatorem, też musiał zapisać się do partii. Przynajmniej tak uważał.
Bywali też bezpartyjni ordynatorzy.
Oczywiście. Byli i bezpartyjni profeso­rowie.

środa, 22 listopada 2017

Siły niezbrojne



Wygląda na to, że w wojsku dzieje się bardzo źle. Minister Macierewicz zapewnia, że będzie jeszcze lepiej.

Na fali medialnego wzmożenia ministra Macierewicza można było dowiedzieć się, że polska armia ma się świetnie, proces zakupów idzie pełną parą, Francuzi nas kochają, WOT nas obroni, a współpraca z prezy­dentem się układa. Jeden z urzędników prezydenckie­go Biura Bezpieczeństwa Narodowego zapytany nieoficjalnie, ile jest w tym wszystkim prawdy, po chwili milczenia odpowiedział: - Sama prawda, jak z „Prawdy".

Minister ogniomistrz
Jak naprawdę wygląda współpraca z prezydentem, najlepiej wie­dzą ci oficerowie, którzy w tym roku już dwukrotnie znaleźli się na listach do nominacji generalskich. I drugi raz z rzędu gwiazdki spadły im z pagonów, bo prezydent konsekwentnie nie decyduje się na mianowania generalskie. W sierpniu minister Macierewicz grał va banque i próbował przepchnąć również kandydatów, którzy nie spełniali kryteriów, jak to miało miejsce podczas ze­szłorocznych nominacji. Wtedy prezydent poszedł na ustępstwa i nominował nawet tych oficerów, którzy nie pokończyli studiów generalskich. W tym roku się zaciął i 15 sierpnia nie było żad­nych nominacji.
   Przy drugim podejściu, z okazji Święta Niepodległości, minister­stwo zmieniło strategię. Lista była krótsza, a nazwiska mocniej­sze. Wśród wyznaczonych do awansu m.in. gen. Jarosław Mika, dowódca generalny, który od 10 miesięcy zajmuje stanowisko trzygwiazdkowego generała, mając dwie gwiazdki na pagonach. Z kolei drugą gwiazdkę miał dostać gen. Robert Głąb, dowódca Garnizonu Warszawa, strategicznego dla obronności państwa, bo odpowiedzialnego za ochronę struktur dowodzenia państwem w czasie wojny. Szerszej opinii publicznej znany z pisma, które rozesłał podwładnym, żeby wiedzę o świecie czerpali z TVP Info.
   Ale i ta strategia zawiodła. Nie pomogło nawet nasłanie na prezy­denta ojca Rydzyka, który przyjechał do głowy państwa na wywiad, a z przyzwyczajenia wyszło mu kazanie. Nominacji generalskich nie będzie. Dla odwrócenia uwagi będą za to historyczne stopnie wojskowe. Do wojska wrócić mają rotmistrzowie, ogniomistrzowie i wachmistrzowie. Egzotyczne i trudne do wymówienia z punktu widzenia kolegów z NATO stopnie wojskowe z pewnością dodadzą polskiej armii kolorytu. I chyba niczego więcej.
   Gra w generałów, jak nazywają ją wojskowi, nie jest zwykłą wy­mianą złośliwości pomiędzy prezydentem a ministrem. Po pierw­sze, Andrzej Duda przypomina, że istnieje i ma coś do powiedzenia jako zwierzchnik Sił Zbrojnych. Po drugie, daje sygnał, że wie, co się dzieje w wojsku, i się na to nie zgadza. - Sytuacja jest trudna, bo lu­dzi prezydenta z jednej strony wiąże tajemnica i lojalność wobec własnego obozu. Z drugiej strony widzą, w którą stronę to wszyst­ko idzie, i próbują jakoś powstrzymać tę katastrofę - mówi jeden z oficerów.
   Konflikt ma swoje podłoże w dokumentach, o których zwykły zjadacz chleba nie wie i do których nie ma szansy zajrzeć, a które wyznaczają przyszłość nie tylko armii, ale naszej suwerenności. Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany w MON miał być podsumowaniem stanu armii i wyznaczyć nową strategię obronną. SPO został niemal rozjechany przez wojskowych związanych z prezydentem. - Proszę zajrzeć na strony MON. W zakładce z klu­czowymi dokumentami ciągle są te z podpisami prezydenta Komo­rowskiego, a nawet Donalda Tuska - mówi Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej. - Ministerstwo nie ma pomysłu, jak zbudować obronę. Chyba że za jakiś pomysł uznamy koncepcję „więcej tego samego”, bo do tego sprowadzają się takie pomysły, jak rozbudowa Wojsk Obrony Terytorialnej. Kilka dni temu Szere­mietiew ostentacyjnie pożegnał się z Akademią Sztuki Wojennej, na znak protestu wobec błędnej polityki MON.

wtorek, 21 listopada 2017

Marszałek i kolano prezesa



Zrobi wszystko, czego zażąda prezes Kaczyński, ale w zamian chce mieć kawałek władzy. Marszałek Stanisław Karczewski buduje w Senacie swoje imperium

Aleksandra Pawlicka

Urzędowanie zaczął od pozbycia się z gabine­tu portretów wszystkich poprzedników - opowia­da pracownik Kancelarii Senatu. Sporej wielkości obrazy dotych­czasowych marszałków III RP wiszą teraz stłoczone w niewielkim pokoju, będącym poczekalnią. - Żartowaliśmy, że łazien­ka okazała się za mała, bo pewnie tam by wylądowały - dodaje mój rozmówca.
   Gabinet i przylegający do niego salonik przeszły gruntowny remont. Zmieniono wystrój i meble. To była pierwsza decyzja Stanisława Karczewskiego, gdy w roku 2015 objął funkcję marszałka Senatu.

SPŁATA DŁUGÓW
Drugą była rewolucja administra­cyjna. Zaczął od szefa kancelarii - został nim 32-letni Jakub Kowalski, asystent posła Marka Suskiego. Karczewski zwol­nił Ewę Polkowską, która w Kancelarii Senatu pracowała 25 lat, była też szefową biura legislacyjnego.
   Kowalski wcześniej był tylko radnym. Urzędowanie na nowym stanowisku roz­począł od urządzania mieszkania, któ­re wynajęła dla niego kancelaria. Meble wnosili i skręcali pracownicy senackiej kancelarii. Minister Kowalski dostał też od swego szefa wyjątkowy przywilej - dwa służbowe samochody. Oprócz tego z kie­rowcą, ma do dyspozycji również drugi. Dzięki temu nikt nie kontroluje jego po­dróży, a na pytanie, czy rozlicza kilometrówkę, Kancelaria Senatu przez tydzień nie była w stanie udzielić odpowiedzi.
   Nominacja dla Kowalskiego to wy­równanie rachunków. Karczewski trafił bowiem do wielkiej polityki dzięki Mar­kowi Suskiemu. Było to w 2005 roku, gdy w wyborach do Senatu Suski podsunął kandydaturę Karczewskiego prezesowi PiS. Wcześniej Karczewski był przez lata samorządowcem (z list AWS i PiS).
   Jednak to nie koniec partyjnej spłaty długów. Nową wicedyrektor Biura Polo­nijnego Senatu została Anna Kaczmar­czyk, córka wieloletniej księgowej PiS, a jednocześnie narzeczona wiceministra spraw zagranicznych Jana Dziedziczaka. Powstało też zupełnie nowe stano­wisko, dyrektora generalnego Senatu, które faktycznie dubluje funkcję szefa kancelarii. Objęła je Monika Nowosiel­ska zwolniona z Ministerstwa Finansów przez wicepremiera Morawieckiego.
   - Nowym tworem jest również Cen­trum Informacyjne Senatu zajmujące się głównie Twitterem pana marszałka. Za­angażowane są w to trzy osoby nadzoro­wane przez samego ministra Kowalskiego - mówi pracownik kancelarii i dodaje:
  - Marszałek Karczewski zmierza w stro­nę Bizancjum. Zamienił Senat w prywat­ne imperium i zachowuje się jak dyktator.
Marszałek Senatu nie znalazł czasu na rozmowę z „Newsweekiem”.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Premier Kaczyński


W PiS mówią, że po konferencji z okazji dwulecia rządu został ładny obrazek. Prezes odprowadza na nim Beatę Szydło na polityczny cmentarz

Michał Krzymowski

Sala konferencyjna w biurze PiS. Jarosław Ka­czyński wychodzi zza mównicy i obejmuje sze­fową rządu. Ręka, buzia, buzia, ręka. - Dziękuję ci bardzo, Beato, że się tego podjęłaś i w trud­nych warunkach to prowadziłaś - mówi.
   W głównej siedzibie partii przy Nowogrodz­kiej to powszechne wrażenie: zeszłotygodniowy wspólny występ z prezesem z okazji dwulecia rządu był pożegnaniem pani premier.

PREZYDENT PRZYJMUJE OFERTĘ PREZESA
Rozmówcy „Newsweeka” w PiS mówią, że wymianę premiera odwrócić może tylko coś, czego dziś nie da się przewidzieć. Je­śli nic takiego się nie wydarzy, Beata Szydło na początku grudnia poda się do dymisji, a misję tworzenia rządu otrzyma prezes PiS. Jak dowiedział się „Newsweek”, niebawem dojdzie w tej sprawie do spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Andrzejem Dudą. - Roz­mowa powinna się odbyć w ciągu kilku najbliższych dni - mówi współpracownik szefa partii rządzącej.
   Z kalendarza znajdującego się na stronie internetowej głowy państwa wynika, że Duda w środę wraca z Grecji, a w niedzie­lę udaje się do Wietnamu. To oznacza, że Kaczyński może poja­wić się w Belwederze w czwartek, piątek, ewentualnie w sobotę.
   Osoba znająca przebieg dotychczasowych rozmów: - Jaro­sław postępuje zgodnie z wcześniej rozpisanym planem. Pod­czas poprzednich spotkań Duda skarżył mu się na współpracę ze Zbigniewem Ziobrą i Antonim Macierewiczem, próbował zejść na temat składu rządu, ale Jarosław mu odpowiadał: „Wrócimy do tego później”. Najpierw chciał zamknąć kwestię reformy sądownictwa.
   Nie oznacza to, że temat premierostwa Kaczyńskiego nie po­jawiał się podczas dotychczasowych rozmów w Belwederze. Jak ustalił „Newsweek”, poruszono go m.in. 22 października, pod­czas jedynego spotkania, o którym pałac prezydencki nie poin­formował mediów (po tygodniu napisał o nim „Fakt”, twierdząc, że do rozmowy doszło „w jednym z prezydenckich ośrodków pod Warszawą” -w rzeczywistości szef PiS tradycyjnie przyjechał do Belwederu). Według naszych informacji Kaczyński złożył tam prezydentowi polityczną ofertę, o której wcześniej wspominał w rozmowie z „Gazetą Polską”. W jej myśl Andrzej Duda wziął­by część odpowiedzialności za politykę zagraniczną: wzorem Le­cha Kaczyńskiego z lat 2005-2007 miałby jeździć na posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli, a szef jego gabinetu Krzysztof Szczerski wszedłby do nowego rządu jako minister spraw zagra­nicznych. - Początkowo po przeczytaniu wywiadu w „Gazecie Polskiej” Andrzej był sceptyczny wobec tej propozycji. Uważał, że to pułapka; rząd będzie zaogniać relacje z Brukselą na jego konto. Kaczyński i jego ministrowie będą wywoływać awantury, a on będzie musiał się tłumaczyć i dawać temu twarz. Z czasem jego stanowisko ewoluowało - twierdzi osoba z otoczenia głowy państwa.
   Polityk znający przebieg spotkań w Belwederze: - Duda nie powiedział „nie”. Propozycja pewnie będzie jesz­cze doprecyzowana, ale została wstęp­nie przyjęta.
   Człowiek z pałacu prezydenckie­go jeszcze raz: - Andrzej nie może w tej sprawie odmówić Jarosławowi.
Tym bardziej że to szansa dla niego. Je­śli chce mieć pozycję samodzielnego gracza, to lepszych narzędzi nie dosta­nie. Reprezentując państwo w Brukse­li, będzie mógł negocjować z prezesem i wpływać na stanowisko Polski.

niedziela, 19 listopada 2017

Pijawki Pana Prezesa



Skandal! Pisowska fundacja w ukryciu przed opinią publiczną żeruje na pieniądzach spółek skarbu państwa, czyli naszych.

Andrzej Sikorski

   W czerwcu 2016 r. zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego, Adam Glapiński, ulokowany przez partię władzy na stołku prezesa Narodowe­go Banku Polskiego (NBP), utworzył Fundację im. Sławomira Skrzypka. Zadaniem fundacji jest propagowanie przedsiębiorczości, edukacji ekonomicznej oraz prowadzenie działalności na rzecz dobra publicznego w zakresie kultury, sztuki, ochrony dziedzictwa narodowego, nauki, oświaty i wychowania.
   W statucie zapisano, że fundacja będzie czer­pać dochody z dotacji i subwencji od osób praw­nych (spółek skarbu państwa, partii politycz­nych, przedsiębiorstw państwowych, samorzą­dów) i dotacji państwowych.
Czyli fundacja zajmująca się mydłem i powidłem jest na garnuszku państwa.

sobota, 18 listopada 2017

Ukryta karta,Niepodległość rocznicy,Good morning, Lenin,Wolność kocham i rozumiem i Znowu zamykamy?


Ukryta karta

Dusi mnie. Po prostu dusi to tegoroczne Święto Niepodległości, nędzą obłudnych zaklęć pod­szyte. To umacnianie wspólnoty Polaków, odbudowywanie wartości, odda­nie wszystkich sił ojczyźnie, wzajemna życzliwość po­nad podziałami, jeśli zaś spory, to cementujące patrio­tyzm i poczucie... Czego? A wszystkiego najlepszego.
   Kilka godzin później nadęte opony słów, wygłasza­ne na placu imienia marszałka Piłsudskiego, pękły na moście Księcia Poniatowskiego. Patrzyłem na to z okna - przez teatralną lornetkę sąsiada z kamieni­cy przy alei 3 Maja. Rozżarzony dywan wulkanicznej lawy wrzał, dymił i wył nienawistnie, że Europa tylko dla białych. W Marszu Niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga” szli Polacy, którzy sami sobie przyznali legitymacje patriotów. Twarze mieli zakryte maskami z rysunkiem trupiej czaszki, a w rękach nieśli, co tam im przydzielono - flagi narodowe, transparenty z fa­szystowskim celtyckim krzyżem czy symbolami fa­langi. Chcieli Boga, ale sikać też im się chciało, więc się nie krępowali i wonna perfuma lała się na chodnik. Wszystko zdawało się być z pijanej bajki rodem. W tłu­mie widziałem dorosłych idących z dziećmi, pokaza­li się też umundurowani harcerze. Niech się młodzi uczą, jak za rok świętować 100-lecie niepodległości Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.
   Marsz zakończył się zwycięstwem jego uczestników nad 12 kobietami, które zagrodziły im drogę, siadając na ulicy z transparentem „Stop faszyzmowi”. Wyzwa­no je od ku...w, skopano i opluto. Policja nie reagowała.

czwartek, 16 listopada 2017

Pastuchy Rydzyka



„Mimo że jest ta dobra zmiana w Polsce, my ze spółek skarbu pań­stwa mamy mniej, niż kot napła­kał” - narzekał ojciec Tadeusz Ry­dzyk na antenie Radia Maryja.
Największa wziątka to odszkodowa­nie za cofnięcie dofinansowania na budowę geotermii na terenie Portu Drzewnego w Toruniu. Szmal przy­znał pierwszy PiS. PO go cofnęła. W czasach drugiego PiS zawarto ugo­dę. Narodowy Fundusz Ochrony Śro­dowiska i Gospodarki Wodnej zgodził się zapłacić 26 mln zł z okładem.
   We wrześniu 2017 r. Geotermia To­ruń znalazła się na liście dziewięciu inwestycji, którym NFOSiGW przy­znał dofinansowanie na wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł. Cho­dzi o 19,5 mln zł.

środa, 15 listopada 2017

O Staszku, co dopisuje



Najpierw zapewnił zebranych, że trochę mieszkał w kraju, o którym zamierza opowiedzieć. „I nawet się pochwalę, że mówię po niderlandzku” - dodał.
W prawicowym Klubie Ronina, tłumacząc, co się dziej e w Holandii, przywołał przykład jakoś mało znany: „Tam w 2006 roku powstała taka partia, która się nazywa Partia na rzecz Miłości i Równości i Różnorodności. I ona działa sobie coraz śmielej, ma kilkuprocentowe poparcie, były różne protesty, czy ona może istnieć. I ona ma dwa punkty swojego programu: żeby zlikwidować przestępstwo pedofilii i żeby zlikwidować przestępstwo zoofilii” - opowiadał.

Publiczność była w szoku. To był mocny przykład na upadek moralny Zachodu, który doprowadzi do katastrofy, bo zlikwidowane zostaną tradycyjne rodziny, a w Polsce przestaną się rodzić dzieci.

Ale Stanisław Janecki, zaproszony na to spotkanie klubu w 2013 roku jako ekspert od Holandii i upadku cywilizacji zachodniej, dopiero się rozkręcał: „To, że przez sześć lat ta ideologia może sobie swobodnie funkcjonować i zdobywać coraz więcej zwolenników, pokazuje, jak daleko sięga to zagrożenie. (...). Za tym pójdzie zburzenie wszelkich moralnych podstaw tego, czym jesteśmy i w jakiej cywilizacji żyjemy” - grzmiał.

Nikt na sali nie zakwestionował jego rewelacji. A byłoby co. W Holandii rzeczywiście kiedyś działała organizacja, która nazywała się Partiana Rzecz Miłości Bliźniego, Wolności i Różnorodności - lecz gdy Janecki o niej opowiadał, nie istniała już od dwóch lat. Nie zdobywała kolejnych członków, działały w niej trzy osoby, którym nie udało się zebrać nawet potrzebnych podpisów do wystartowania w wyborach. Kilkuprocentowe poparcie, o którym mówił Janecki w Klubie Ronina, było fikcją. A prawdą - że 80 proc. holenderskiego społeczeństwa domagało się, by państwo zabroniło działalności tej organizacji.

Nie po raz pierwszy Stanisław Janecki podkręcił fakty, przyprawiając je fikcją. I jak zwykle uszło mu to na sucho. W jego dziennikarskim życiu nie raz łapano go na podobnych manipulacjach.

wtorek, 14 listopada 2017

Raport z oblężonego miasta



Zamiast Międzymorza czy alternatywnego dla Brukseli ośrodka UE w Europie Wschodniej (główne hasła polityki zagranicznej PiS) mamy politykę kraju na własne życzenie osaczonego

Każdy dzień przynosi nowe przykłady kata­strofy w naszej polity­ce europejskiej, brnącej w kryzysy w relacjach z zachodnimi partnerami i z sąsiadami. Kraj prowadzący taką politykę zosta­nie osamotniony w każdym konflikcie czy starciu interesów. Rosjanie to widzą, stąd coraz większe rozbawienie Mos­kwy na poziomie deklaracji oficjalnych, a także coraz bardziej prowokacyjne wo­bec Warszawy działania realne i sym­boliczne, w rodzaju owego gazociągu, mającego uniemożliwić dostęp do miej­sca katastrofy w Smoleńsku. Jeśli chodzi o sprawę tak ważnego dla PiS oddania wraku tupolewa, to pozostały już tylko jawne szyderstwa.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Poseł sponsorowany



Masaż w Odysseyu i drink w Ritualu. Do tego lans w futrze z jenota, w sportowym bmw. Poseł PiS Dominik Tarczyński mógłby być nocnym koszmarem PiS, gdyby nie to, że jest jego twarzą

Michał Krzymowski

Praca w Sejmie nie męczy Dominika Tarczyńskiego. Wizyta w barze, guma do żucia i zamaszysty krok na posiedzenie. Ogólny luz. Poza tym parlament - twierdzi poseł Tarczyński - to nie laboratorium i cza­sem trzeba tu kogoś zdenerwować. Krzy­kiem z mównicy lub chociaż pogróżkami z sejmowej ławy.
   Po obradach czas na wizytę w jacuzzi, shopping - Tarczyński lubi takie wtręty, kilka lat mieszkał w Londynie - i drink w Ritualu, jego ulubionym klubie noc­nym w Warszawie. Albo powrót do Kielc, na relaks w hotelu Odyssey, w którym poseł chętnie zażywa masażu i kąpieli w basenie.

AGA’72, KOBIETA Z MIEDZIANEGO BMW
Dominik Tarczyński ceni dobrą zabawę i luksusowy wypoczynek. W portalach społecznościowych co jakiś czas publikuje zdjęcia z Tajlandii, Mek­syku, Portugalii czy Hawajów. Wszystkie w podobnym klimacie: kolorowy drink z parasolką, kąpiel w oceanie, domki na palach, bilet lotniczy biznes klasy.
   Ostatnio pochwalił się pobytem w pięciogwiazdkowym hotelu Jumeirah w Baku kontrolowanym przez rodzinę prezyden­ta Azerbejdżanu (Tarczyński jest prze­wodniczącym polsko-azerbejdżańskiej grupy parlamentarnej), w którym wypo­czywał z narzeczoną. „To wspaniały czas i chcemy się z Wami nim podzielić! Moja Aga’72 w formie” - napisał pod zdjęcia­mi znad basenu. Aga’72 to Agnieszka Migoń, znana kielecka bizneswoman i za­można właścicielka kilku ekskluzywnych butików modowych. - To szanowana i do­brze postrzegana osoba, zaangażowana w działalność charytatywną. W 2011 r. niewiele brakowało, a wystartowała­by z naszych list do Sejmu, ale ostatecz­nie nic z tego nie wyszło. Może dlatego, że pan Tarczyński dyżurował w tym cza­sie w namiocie Solidarnych 2010 na Kra­kowskim Przedmieściu? - zastanawia się posłanka PO Marzena Okła-Drewnowicz.
   Aga’72 to nie tylko partnerka parla­mentarzysty PiS, ale także jego sponsor. Gdy w 2014 r. Dominik Tarczyński kan­dyduje do Sejmiku Świętokrzyskiego, Migoń wpłaca na kampanię PiS 5 tys. zł. A gdy rok później walczy o mandat posła - przelewa kolejne 40 tysięcy. Z faktur znajdujących się w Państwowej Komi­sji Wyborczej wynika, że kampania par­lamentarna Tarczyńskiego kosztowała ok. 65 tys. zł, co oznacza, że datek od Migoń wystarczyłby na pokrycie ponad 60 proc. jego wydatków. Sam kandy­dat nie przekazał w tym czasie na fun­dusz wyborczy PiS ani złotówki. Za to zlecił partnerce kilka drobnych usług, np. zakup 40 kg krówek, druk gazet­ki czy oklejenie samochodów. W sumie PiS wypłaciło firmie Agnieszki Migoń niecałe 1,9 tys, zł.
   Rozmówca z Kielc: - Tarczyński kil­ka lat temu sporo zarobił, sprowadzając do Polski Mymę Nazzour [stygmatyczka z Syrii - red.], ojca Johna Bashoborę [ugandyjski charyzmatyk - red.] i or­ganizując pielgrzymki. Tyle że to czło­wiek, który- lubi się bawić dużo wydaje. W Kielcach nie ma nawet mieszkania. Gdzie mieszka na co dzień? U Agnieszki.
   Warszawski polityk: - Tarczyński kil­ka lat temu zaczął się pojawiać w stolicy w sportowym bmw. Przyjeżdżał nim na zebrania Solidarnej Polski, w której przez chwilę działał, kręcił się koło Sejmu. Efek­towne auto, tylko kolor trochę niemęski, taki jakby pomarańczowy. Okazało się, że to samochód jego partnerki.
   Znajoma Agnieszki Migoń: - Nie po­marańczowy, tylko miedziany. Tak, to bmw Agnieszki, Dominik kiedyś często z niego korzystał.
   Migoń od kilku lat współorganizu­je Świętokrzyski Bal Filantropów. To co­roczna impreza charytatywna połączona z aukcją, na której pojawia się kielecka elita biznesu. W 2014 r. gościem hono­rowym bankietu była żona ówczesnego premiera Małgorzata Tusk, znajoma Mi­goń. Na zdjęciach z bankietu widać, jak uśmiechnięty Tarczyński siedzi z nią przy jednym stoliku.
   Dwa lata później Tarczyński pojawia się na balu już jako poseł partii rządzą­cej. Na dostępnym w internecie filmie z imprezy można zobaczyć, jak licytuje na aukcji damską torebkę za 1,1 tys. zł i przy gościach wręcza ją Migoń. Uczestnik balu opowiada: - Po imprezie organizatorzy zastanawiali się, co zrobić z tą licytacją, bo Tarczyński w ciągu kilku tygodni po balu nie wpłacił pieniędzy. I być może nie wpłacił ich do dziś, ja przestałem śledzić tę sprawę. A wie pan, kto w ogóle przeka­zał tę torebkę na licytację? Agnieszka.
   Organizator imprezy, Fundusz Lo­kalny w Kielcach, zapytany przez „Newsweek” o wpłatę od Tarczyńskie­go, milczy. Podobnie jak sam poseł, który nie odpowiedział na żadne z przesłanych przez nas pytań.

sobota, 11 listopada 2017

PiSudski,Wybiło,Tylko krew jest patriotyczna, Aż do pętli,Niewygodne przesłanie,Nieporozumienie,Prowokatorzy i sprowokowani i Następny do kosza?



PiSudski

Jarosław Kaczyński to polityczny tytan. Tylko on jest w stanie wziąć się za bary z problemami, któ­re jedynie on był w stanie stworzyć.
   Beata Szydło zostaje. Na razie. Może na chwilę. Nie będę tu udawał, że wiem, czy lider PiS zostanie premierem. I tak nikt by mi nie uwierzył. Ale dla polskiej polityki równie ciekawa jak odpowiedź na pytanie, czy Kaczyński zostanie premierem, jest odpowiedź na pytanie, dlaczego - jego zdaniem - miało­by to sens. Ta druga kwestia dotyka bowiem myślenia Kaczyń­skiego o władzy, o innych, a przede wszystkim o sobie.
   Słyszymy, że Kaczyński miałby według Kaczyńskiego za­stąpić panią Szydło, bo - zdaniem Kaczyńskiego - Szydło so­bie nie radzi, a nie radzi sobie, bo nie ma cech, które dawałyby jej szansę, by sobie poradzić. Ten logiczny ciąg ma absolut­nie sens, nie umkniemy jednak przed odpowiedzią na pewne pytanie. Czy o deficytach pani Szydło dowiedzieliśmy się do­piero wczoraj? A jeśli wiedzieliśmy o nich dużo wcześniej, to dlaczego jest ona tym, kim jest. Otóż Beata Szydło nie została przez Jarosława Kaczyńskiego wskazana na premiera, ponie­waż w którymś momencie wydawało się, że nadaje się na pre­miera. Została wskazana na premiera, ponieważ w żadnym momencie na premiera się nie nadawała. Gdyby pani Szydło rzeczywiście na premiera się nadawała, to z całą pewnością by nim nie została. Gdyby miała jakiekolwiek cechy premiera, to myśl o jej premierostwie nawet by w głowie Kaczyńskiego nie powstała. Prawdopodobnie nie byłoby jej wtedy nawet przez sekundę w okolicach PiS-owskiej wierchuszki.

piątek, 10 listopada 2017

Ostatnie cztery godziny



Rozmowa z gen. Tomaszem Drewniakiem, byłym inspektorem Sił Powietrznych, o tym, jak minister Antoni Macierewicz prowadzi polską armię ku katastrofie i na ile godzin wojny nam tej armii starczy.

JULIUSZ ĆWIELUCH: - Gen. Różański twierdzi, że z wojska wyleciał pan za profesjonalizm.
TOMASZ DREWNIAK: - Ja nie mogę się zde­cydować: czy za naiwność, czy za szczerość?
I ku czemu się pan skłania?
Dochodzę do wniosku, że trzeba było być bardzo naiwnym, żeby liczyć, że szczera i profesjonalna informacja o stanie sił zbrojnych zostanie doce­niona. Choć pan prezydent od razu za­strzegł, że albo rozmowa będzie szczera, albo on wychodzi. Siedzący obok mini­ster Macierewicz potakiwał głową.
8 listopada 2016 r. mówi pan na spotkaniu z prezydentem, że polskie lotnictwo zmierza ku katastrofie, a 10 dni później traci pan stanowisko.
Nie użyłem słowa katastrofa. Po prostu tłumaczyłem, że realizacja celów stawia­nych przed lotnictwem jest coraz trudniej­sza. A w dłuższej perspektywie może się okazać niemożliwa. Pierwszym punktem zapalnym okazała się kwestia lotnictwa transportowego, a konkretnie programu MRTT, czyli zakupu samolotów transportowo-tankujących. Kiedy zacząłem o tym mówić, minister Macierewicz przerwał mi i powiedział: „Panie generale, widzę, że jest pan nieprzygotowany. Program MRTT zo­stał odwołany. Gdybyśmy kupili te samolo­ty, to byłyby zmarnowane pieniądze”.
Nie wiedziałem, że wycofaliśmy się z tego programu.
Ja również. Chociaż byłem inspektorem Sił Powietrznych. Prezydent poprosił mnie o skomentowanie tej decyzji. Powiedzia­łem, że o ile z zadaniami transportowymi damy sobie radę, o tyle będzie problem z zapewnieniem możliwości tankowania w powietrzu, której nie mamy, a dzięki temu programowi mieliśmy mieć. Bez tankowania w powietrzu w zasadzie nie ma sensu kupować rakiet JASSM dalekie­go zasięgu.
Dlaczego?
Rakieta ma zasięg 950 km. Odpalona znad terytorium Polski nie doleci do sto­licy potencjalnego przeciwnika. Powin­niśmy ją odpalić znad wód neutralnych Morza Bałtyckiego, najlepiej z okolic Za­toki Fińskiej, bo stamtąd jest 750 km do tej hipotetycznej stolicy. Ale żeby tam dole­cieć, musimy zatankować w powietrzu dwa razy. A bez MRTT tego nie zrobimy.

czwartek, 9 listopada 2017

Pan z Grupy



PGZ, czyli państwowa firma zbrojeniowa, która miała przenieść polskie wojsko na wyższy poziom nowoczesności, stała się dostarczycielem stanowisk dla ludzi bliskich Antoniemu Macierewiczowi. Bywa, że skompromitowanych, jak Krzysztof Badeja.

Wiadomość o zatrudnieniu pułkownika Krzysztofa Badei w biurze odpo­wiadającym za bezpie­czeństwo Polskiej Grupy Zbrojeniowej była z gatunku bombo­wych. Poruszyła nie tylko jego znajo­mych z wojskowego kontrwywiadu, ale i posłów opozycji z byłym szefem MON Tomaszem Siemoniakiem na czele. W wysłanym do Antoniego Macierewicza zapytaniu poselskim poprosił o wyja­śnienie, jak to się stało, że taka osoba jak płk Badeja znalazła zatrudnienie w PGZ, kto go rekomendował i czy dostał dostęp do tajemnic?
   Pytania jak najbardziej zasadne, bio­rąc pod uwagę fakty, o których przypo­mina Siemoniak: „żołnierz ten podczas wykonywania w Polskim Kontyngencie Wojskowym Afganistan czynności służ­bowych z ramienia Służby Kontrwywia­du Wojskowego doprowadził się do stanu upojenia alkoholowego”. Z tego powo­du „został w trybie natychmiastowym
relegowany z teatru działań”, a „proble­my z nadużywaniem alkoholu dotknęły tego oficera także podczas służby w PKW Irak”. Były szef MON dotąd nie dostał od­powiedzi na swój list. - Obecność Badei w PGZ jest niesłychanie demoralizująca, przede wszystkim dla służb. Bo pokazuje dobitnie: nieważne, że się skompromito­wał, ważne, że wiedział, z kim trzymać - komentuje Siemoniak.
   Badeja, jako były oficer peerelowskiej Wojskowej Służby Wewnętrznej, a zara­zem jeden ze współtwórców słynnego ra­portu o działalności Wojskowych Służb Informacyjnych, wiedział to od dawna.