PiS - konstytucja 2010.pdf

wtorek, 17 października 2017

Wojna czterdziestolatków



Gdyby Zbigniew Ziobro nie zdradził Kaczyńskiego, mógłby dziś być prezydentem. A gdyby Andrzej Duda nie zdradził Ziobry, byłby dziś posłem z ostatniej ławy

Michał Krzymowski

Pałac prezydencki, Andrzej Duda siedzi ze swoim współpracownikiem. - Dlaczego Ja­rosław daje mu taką władzę? - głowi się.
- Po tym, co on mu zrobił? O co chodzi?
   Współpracownik Ziobry, z pogardą: - Duda? Wszystko zawdzięcza Zbyszkowi, bez niego byłby nikim. Współczesny Dy­zma. A jaki niewdzięczny! Jako prezydent dostał od nas w pre­zencie dwie ustawy: zaostrzenie kar dla pedofilów i bezpłatną pomoc prawną. Daliśmy mu je, żeby mógł się zbudować. A jak chciał się usamodzielnić, proponowaliśmy, że złożymy projek­ty, które on zawetuje. I tak się odpłaca. O Jarosławie też już zapomniał. Od kiedy jest prezydentem, ani razu do niego nie zadzwonił.

poniedziałek, 16 października 2017

Katowanie katechezą



Świat dla ucznia ma być prosty: liczą się Bóg, kościół, Ojczyzna. I wreszcie on - Polak katolik.

Anna Szulc

Po drugim dniu zajęć w szkole siedmioletni Olek przybiegł do mamy z wiadomością, że on już wie, że Jezus umarł, gdy miał 33 lata.
   Olek jest synem znanej psychoterapeutki i seksuolożki dr Aleksandry Sarny z Katowic. Oboje są niewierzący. - Nie zapisałam dziecka na religię, a jednak się na niej znalazł - dener­wuje się psycholog. - Przypuszczam, że mając do wyboru siedze­nie w świetlicy, wolał zostać z resztą dzieci. To normalne w tym wieku, dla najmłodszych uczniów najważniejsza jest grupa, naj­gorsza za to świadomość, że jest się innym. Szkoda tylko, że nikt mnie nie zawiadomił, że Olek został na katechezie.
   Religia jest w środku zajęć lekcyjnych. - To norma w polskich szkołach. Tak jak normalne jest, że nie ma w nich etyki, bo trud­ności organizacyjne, mało chętnych. A jeśli nawet, to na przykład cztery godziny po lekcjach - zauważa Dorota Łoboda, współzało­życielka ruchu „Rodzice przeciwko Reformie Edukacji”. - Cho­dzi o to, by nikt na etykę nie chodził, za to ślęczał na religii. I żeby w uczniach ograniczyć do minimum ciekawość świata. Świat ma być prosty: liczą się Bóg, Kościół, Ojczyzna. I Polak katolik. Obiek­tywna, skomplikowana wiedza, dowody naukowe? Po co? I tak państwo polskie nie ma żadnego wpływu na treści, które znajdują się w podręcznikach do religii. Mogliby w nich napisać, że Słońce krąży wokół Ziemi - nikt by nie zwrócił uwagi.

niedziela, 15 października 2017

Zakładnicy,Duda tu po nic,Niezależność pod Dudą czy pod Ziobrą?,Preludium,Moja walka,Adieu Napoleon,Konspiracja,Strategia szybkiego reagowania i Papierowy tygrys



Zakładnicy

Zwolennicy PiS, ci, którzy mają odrobinę wyob­raźni, musieli z przerażeniem czytać ostatni wy­wiad z Jarosławem Kaczyńskim. Dowiedzieli się, że są dla niego wyłącznie masą, narzędziem, przedmiotem i potencjalną ofiarą.
   Dla zwolenników PiS wywiad z Kaczyńskim w „Gazecie Polskiej” musiał być tym samym, czym dla przeciwników PiS był pokaz jego dzikiej furii w sejmowym wystąpieniu, w którym swych wrogów (on nie ma przeciwników, ma tyl­ko wrogów) wyzywał od kanalii i zdradzieckich mord. Róż­nica polegała głównie na temperaturze serwowanego dania. W Sejmie na gorąco, w gazecie na zimno. Różnili się też oczy­wiście adresaci. W Sejmie Kaczyński kopał opozycję, w gaze­cie - prezydenta Dudę.
   Oba wystąpienia ilustrowały istotę rządów Kaczyńskiego. Władza nie jest dla niego celem. Jest narzędziem. Prawdzi­wym celem jest totalna dominacja i możliwość upokarzania innych. Swoich, obcych, wszystkich. Czy tarza ich tak jak od­wiedzających jego gabinet na Nowogrodzkiej, czy jak opozy­cję w Sejmie, czy tak jak Dudę w wywiadzie - to już detale. Kwestia nastroju i kaprysu.
   Wszystko to niby wiemy, ale to, co prezes zafundował-jak­by nie patrzeć - prezydentowi RP, jednak szokuje. Bo wiado­mo, że Komorowski na dusery i szacunek jako zdrajca, a może i uczestnik zamachu nie zasługiwał, ale prezydentowi z włas­nego obozu odrobinę kurtuazji i respektu można by okazać. Nic z tych rzeczy. Duda został w wywiadach sprowadzony do roli smarkacza, petenta toczącego z Ziobrą pokoleniowe spo­ry i zasługującego ewentualnie na taboret na unijnych szczy­tach, gdyby Kaczyński zgodził się na to, by pogardzany przez niego prezydent towarzyszył tak samo pogardzanej przez niego pani premier.
   Zwolennicy PiS z kręgu władzy musieli ten komunikat ode­brać jednoznacznie. Albo jesteście ze mną, albo won, szansę na odrobinę szacunku z mojej strony macie wyłącznie w razie posłuszeństwa absolutnego. Dystrybutorem prestiżu, pie­niędzy i karier jestem wyłącznie ja. Oczywiście dumę można połknąć, wymieniając ją na frukta, ale wystarczy chwila re­fleksji, by zrozumieć, że cena, którą trzeba będzie zapłacić za te frukta, w epoce po PiS szybko i dramatycznie rośnie. Eks­cesy Kaczyńskiego są bowiem tym większe, im większą i bar­dziej niekontrolowaną ma władzę. Tym więcej jest w nich bezgranicznej ostentacji oraz pogardy dla reguł i ludzi.

sobota, 14 października 2017

Homo sovieticus boi się multi-kulti



Nowa Europa nieprędko zintegruje się ze starą Unią. A może w ogóle się nie zintegruje, tylko tak jak Rosja Putina cofnie się do matecznika nostalgii za utraconą jednością realnego socjalizmu tym razem w narodowych czy wyznaniowych barwach

Była w Europie i w Polsce taka piękna epoka - trwała gdzieś do 2014 r. - gdy wie­rzyliśmy, że nowa Europa jest na najlepszej drodze, by jeszcze za naszego życia zjednoczyć się z Europą starą. I nawet różnice zamożno­ści - pomiędzy krajami, które po wojnie żyły w wolnorynkowym kapitalizmie i li­beralnej demokracji, a tymi, które skaza­no na życie w socjalizmie realnym - miały nas ku sobie zbliżać. Bo z jednej strony fundusze unijne, które dla Polski i innych krajów regionu odegrały rolę spóźnione­go planu Marshalla. A z drugiej - legal­na praca Polaków, Czechów, Rumunów na niemieckim, brytyjskim czy holender­skim rynku pracy. Za wyższe niż w ojczyź­nie pensje, często z lepszą osłoną socjalną - stanowiące istotny wentyl bezpieczeń­stwa dla społeczeństw wygłodzonych przez system wschodni.
   Dziś już wiemy, że żadnej stuprocen­towej gwarancji zjednoczenia Euro­py nie ma. Kryzys finansowy, a później - w o wiele większym stopniu - kry­zys imigracyjny pokazały, że obie części kontynentu reagują inaczej. Populizm, który na zachodzie Europy jest ciężką, ale jednak grypą, na Węgrzech, w Pol­sce, a nawet w dawnej NRD staje się nie­bezpieczną gruźlicą. I nie wiemy, czy ostatecznie cała wschodnia Europa nie wybierze tak, jak wybrała Rosja Puti­na. Cofnie się do matecznika nostalgii za utraconą jednością realnego socjalizmu - tyle że tym razem w narodowych czy wyznaniowych barwach.

piątek, 13 października 2017

"Jak hartuje się elektorat" i "Lekcje pogardy"



Jak hartuje się elektorat

Programy informacyjne to tylko szpica. Cała ramówka TYP ma przenosić widzów w alternatywną rzeczywistość

Kalina Błażejowska

Codziennie o 19.30 blisko dwa miliony polaków oglądają raport z oblężonej twierdzy. Twierdzy broni silny rząd, dbają­cy o dobrobyt i bezpieczeństwo mieszkańców. Rząd ma zawsze ra­cję i odnosi same sukces)-, dlatego właśnie nieustannie atakują go wrogie siły: ze wschodu Rosja, z zachodu Niemcy (znacznie gorsi), a zza oceanu miliarder George Soros. Regularne ataki przypusz­cza też Unia Europejska, zachęcana przez wrogów wewnętrznych: „totalną” opozycję, postkomunistów i organizacje pozarządowe. Oblężenie trwa już prawie dwa lata, ale twierdza się nie poddaje. Rządzący i rządzeni są niezłomni jak czczeni przez nich bohatero­wie, a siły do walki dodaje im gorliwie praktykowana wiara.

Teleranek w IPN
Nadając ten raport. „Wiadomości” nadają ton całej telewizji pu­blicznej. Ten sam przekaz prezentowany jest na różnych antenach i w różnych programach, od publicystycznych po satyryczne. Bywa wspierany repertuarem filmowym: gdy w lipcu przepchnię­to przez Sejm i Senat ustawy o sądownictwie, w najlepszym czasie antenowym zamiast filmu obyczajowego „Zakazana żona” poka­zano „Układ zamknięty”, a tydzień później zamiast komedii ro­mantycznej „Pamiętaj o niedzieli” - „Komornika”. Nie próbowa­no nawet udawać, że filmy, ilustrujące patologie systemu, znala­zły się w ramówce przypadkiem. Zapowiadano je w „Wiadomo­ściach”.
   Ale TVP pod kierownictwem Jacka Kurskiego służy nie tylko bieżącej polityce: równie ważna jest polityka historyczna, czyli wybiórcza pamięć o dziedzictwie i tradycji. A także religia (katolic­ka) i kultura (patriotyczna). Właśnie zapowiedziano, że 16 wrze­śnia na Festiwalu w Opolu odbędzie się widowisko „Jan Pietrzak. Z PRL u do Polski”, kolejny już w tym roku jego koncert transmi­towany przez telewizję publiczną (podobno nic zabraknie szla­gierów „Żeby Polska była Polską” i „Niech żyje Polska”). Ostat­nie odcinki teleturnieju „Wielki Test” dotyczył kolejno: wiedzy o Wyspiańskim, Jasnej Górze i polskich piosenkarzach stulecia.
Pierwsze premiery przywróconego przez „dobrą zmianę” Teatru Telewizji to: „Zło­dziej w sutannie” - o akcji uwolnienia obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. „Wojna, moja miłość” - o agentce polskie­go podziemia Krystynie Skarbek, i „Lek­cja polskiego” - o miłości Tadeusza Ko­ściuszki. Patriotyczna tematyka nie omi­ja nawet „Teleranka”: w marcu cały odcinek poświęcono żołnierzom wyklętym, a jego główną atrakcją była wizyta dzie­ci w „pokoju zagadek Instytutu Parnię ci Narodowej”. Z kolei w odcinku emito­wanym w czerwcu 2016 r. pokazano, że najlepszy sposób na spędzenie wakacji to obóz wojskowy, a największą dziecięcą radością są próby do spektaklu o powstaniu warszawskim. Niestety, martyrologiczny przekaz do najmłodszych chyba nie trafia: gdy program emitowano jeszcze w „Jedyn­ce”, a nie tematycznym TVP ABC, oglądało go średnio 240 tys. widzów. Z czego tylko 14 tys. miało od 4 do 12 lat.

czwartek, 12 października 2017

Z listy na listę



Transfery w polityce nikogo już nie dziwią. Zazwyczaj przechodzi się z partii słabszej do silniejszej lub ze słabnącej do rosnącej, często nagrodą jest stanowisko.

Niemało można usłyszeć przy okazji transferów. Od Radosła­wa Sikorskiego zachęcającego do dorzynania watah, poprzez Michała Kamińskiego, Romana Giertycha, Ryszarda Czarneckiego, Witolda Waszczykowskiego, Bartosza Arłukowicza, aż po uwiedzionego przez PiS Jacka Saryusza-Wolskiego, który po wielu latach w PO oznajmił, że woli banicję niż targowicę.
   - Polityk nie bierze ślubu kościelnego z partią, więc rozwód jest możliwy. Moż­na to jednak robić w różnym stylu - oce­nia jeden z weteranów polskiej polityki, sam zresztą z transferowym epizodem w życiorysie.
   Na każdy szczyt, także szczyt koniunk­turalizmu, można wytyczyć nową trasę. Trudno się oprzeć wrażeniu, że w czasach „dobrej zmiany” jesteśmy w tej dziedzinie świadkami rekordowych osiągnięć. I nie dotyczy to wyłącznie polityków.
    „Nie należę też do ludzi typu Michał Kamiński czy Bartosz Arłukowicz, którzy prawie co wybory zmieniają poglądy” - powiedziała o sobie Magdalena Ogórek w wywiadzie dla „Frondy” w 2016 r. I da się ten cytat nawet od biedy obronić, bo dok­tor Ogórek (jest przywiązana do tego ty­tułu) poglądy zmieniła raz, a porządnie.

środa, 11 października 2017

To jest wojna prawdy z fałszem


Chamów i prostaków nie brakuje nigdzie, ale w Polsce nagle zajęli miejsce na świeczniku i nadają ton mówi aktor Wojciech Pszoniak

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Dwa lata dobrej zmiany za nami.
WOJCIECH PSZONIAK: Proszę nie kpić.
Coś pana w Polsce mierzi?
- Byłbym nienormalny albo nieczuły gdybym powiedział, że nie, choć „mier­zi” to złe słowo. Niestety, mnie to dotyka osobiście.
Co najbardziej?
- Chamstwo i prostactwo. A zwłaszcza skala, jaką osiągnęły w Polsce. Nie spo­tykam się z takim poziomem chamstwa i prostactwa na Zachodzie, gdzie rów­nież żyję. Oczywiście chamów i prosta­ków nie brakuje nigdzie, ale w Polsce nagle zajęli miejsce na świeczniku i na­dają ton.
Mówi pan o rządzących?
- Gdy żyli Geremek, Mazowiecki, Meller czy Bartoszewski, gdy ich głos był obec­ny w debacie, to miałem wrażenie, że wszystko jest u nas tak, jak gdzie indziej w cywilizowanym świecie. A dziś? Mier­noty i karierowicze zmuszają nas do tego, żebyśmy byli tacy jak oni, bo tylko zniża­jąc się do ich poziomu, można próbować prowadzić dialog. Dla ludzi kultury to nie do przyjęcia.
Już Lepper ostrzegał, że „Wersalu w Sejmie już nie będzie!”.
- Tylko że Lepper to był chłop, który z traktora przeskoczył do parlamentu. A posłanka Pawłowicz jest profesorem. Czy ten tytuł do niczego już nie zobo­wiązuje? To jest chamstwo i prostactwo z tytułem profesora. Kiedyś język parla­mentarny to była nobilitacja, a dziś? Ryn­sztok, który wchodzi do polskich domów. Słyszała pani ten rechot w Sejmie? Prze­cież to jest wyraz pogardy!
Uważa pan, że władza daje przyzwolenie na chamstwo?
- Oczywiście. Ryba psuje się od gło­wy. Pani Pawłowicz, przepraszam, że do niej wracam, ale to przypadek klinicz­ny, mówi, że flaga europejska to szmata. I jak ja mam się do tego odnieść? A jak na jej słowa zareagowali pani premier Szyd­ło czy prezydent Duda? Nie mówiąc już o ministrze spraw zagranicznych panu Waszczykowskim, którego nazywam perszeronem polskiej dyplomacji.
Budzi to w panu złość czy bezradność?
- Jedno i drugie. Problem w tym, że czło­wiek nie może być od godziny 10 do 14 chamem, a potem kulturalnym człowie­kiem, nie ma takiej możliwości. Ja nie pluję wyzwiskami, nie nazywam ludzi mających inne niż ja poglądy złodzie­jami i zdrajcami, nie palę kukły Żyda. Gdy Chruszczów zdjął but w ONZ i wal­nął nim o trybunę, to się mówiło: sowie­ckie chamstwo. A teraz mamy polskie chamstwo.
Byłem kiedyś w kościele. Kazanie gło­sił ksiądz, który mógłby być oficerem UB. Z ambony ziało nienawiścią. Zepsuł mi całą mszę.

wtorek, 10 października 2017

Eurooszuści z PiS



Na wstępie najdroższej imprezy w historii PiS do pustych krzeseł przemawiało kilku europosłów. Po to, żeby móc zapłacić za nią pieniędzmi europarlamentu

Michał Krzymowski

Hala Torwaru w Warszawie, 20 czerw­ca 2015 r., kilka tygodni po wyborczym zwycięstwie Andrzeja Dudy. Szczera twarz Stanisława Ożoga, podkarpackiego europosła PiS, wypełnia górną część tele­bimu. Pod nią mieni się plansza z małym, ledwo czytelnym logo: biały lew na nie­bieskim tle, obok napis „Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów” (z anglojęzycznym skrótem ECR). Gdy poseł Ożóg podsumowuje swój dorobek w komisji monetarnej euro- parlamentu, boczna trybuna Torwaru świeci pustkami. W po­zostałych sektorach - atmosfera luźnego pikniku. Ci, którzy już weszli, są zajęci robieniem selfie i rozmowami. Na tasujących się na scenie europosłów mało kto patrzy.
   Działacz PiS, który był obecny na Torwarze:
- Ci europosłowie to było jak support przed koncertem. Ludzie się kręcą, piją piwo, gadają i czekają na występ Metalliki - w międzycza­sie ktoś tam brzdąka na scenie, ale nikt na to specjalnie nie zważa.
Obecność europosłów na konwencji wy­borczej PiS słabo się tłumaczy. Idą wybory do Sejmu, a tu na scenie brylują politycy z man­datami w Brukseli. Poza tym partia co rusz uderza w antyeuropejskie tony.
   Dochodzi południe. Hala za półtorej godzi­ny wypełni się do ostatniego miejsca i załopocze flagami. Z telebimu zniknie logo z lwem, a na scenie pojawi się Jarosław Kaczyński, by ogłosić, że kandydatem PiS na premiera bę­dzie Beata Szydło. Z sufitu poleci konfetti, na ekranie pojawi się twarz prezesa partii, a profesjonalna kamera niczym w filmie akcji będzie objeżdżać liderów dookoła.
   Ustaliliśmy, że gdyby nie poseł Ożóg i jego koledzy z euro­parlamentu, impreza na cześć Beaty Szydło nie miałaby tak spektakularnej oprawy: wystąpienia europosłów to gra pozo­rów, podkładka, dzięki której politycy PiS mogą sięgnąć do unij­nej kasy.

poniedziałek, 9 października 2017

"Duda wrócił!" i "Łapa za Dudą"



Duda wrócił!

Prezydent Andrzej Duda nie zdołał stanąć ponad polskimi podziałami. PiS zrobi teraz wszystko, aby z powrotem wtłoczyć go w pakiet „dobrej zmiany".

Te ustawy muszą zostać naprawione tak, aby były do przyjęcia dla wszystkich - również dla tych, którzy nie będą nimi zachwyceni” - mó­wił w lipcu Andrzej Duda, zapowiadając własne projekty reformy sądownictwa w miejsce zawe­towanych. Obietnicy nie spełnił.
   I nie mogło być inaczej. Koncepcja prezyden­ta ogranicza się do tego, aby skuć sędziów aksa­mitnymi kajdankami i bez przesadnego upoka­rzania doprowadzić ich przed oblicze Jarosława Kaczyńskiego. Lecz dla prezesa, który bez upokorzenia wroga najwyraźniej nie potrafi zaznać smaku zwycięstwa, to za mało. Z kolei dla opozycji - stanowczo zbyt wiele. Głośna przez chwilę teza Bartłomieja Sienkiewicza „Tylko Duda może uratować demo­krację” okazała się zatem fałszywa. Prezydent nie zamierza ratować demokracji. Domagając się skrócenia gwarantowa­nych konstytucją kadencji członków KRS, nie pierwszy już raz wtrąca za to swoje trzy grosze do jej niszczenia.
   Jego projekty to nic więcej jak złożona Kaczyńskiemu oferta powołania oligopolu do kontroli sądownictwa. Obaj mieliby zachowywać samodzielność, choć wspólnota celu tkałaby pomiędzy nimi sieć zależności. Jeden musiałby obserwować ruchy drugiego, aby układ zachował sterowność i gwaranto­wał utrzymanie monopolu. Głównym rozgrywającym w KRS byłby Kaczyński, za to Duda zyskałby wpływ na skład Sądu Najwyższego. Aby uwiarygodnić nadszarpnięte wetami więzy lojalnościowe z obozem „dobrej zmiany”, prezydent dorzucił zarzucony przez PiS pomysł ludowej rewizji wyroków. Uzależ­niając jej bieg, a jakże, od czynników politycznych.
   Wygląda jednak na to, że Kaczyńskiego nie interesują oligopole. Ani żadne inne formy spółek, nawet jeśli to on dyspo­nowałby złotą akcją. Prezesa urządza wyłącznie pełen pakiet. Choć niewykluczone, że racjonalna kalkulacja polityczna jesz­cze zmodyfikuje jego stanowisko.
   Wszystko będzie zależeć od tego, o co w istocie w tym kon­flikcie chodzi. Jeśli o sądy, to PiS może jeszcze ustąpić. Roz­wiązania leżące dziś na stole dają partii rządzącej minimum 13 miejsc w 25-osobowej KRS (w puli sejmowej: 8 na 15). Zakła­dając, że uda się wyłuskać z korporacji sędziowskiej posłusz­nych funkcjonariuszy (co nie jest wcale oczywiste), na razie to wystarczy do nałożenia partyjnej banderoli na mechanizm sterujący napływem nowych sędziów do zawodu. Wystar­czy jednak, że choć jeden nominat PiS odwinie się patronom (w Trybunale Konstytucyjnym miał miejsce taki przypadek), a zaczną się problemy. Z drugiej strony, nie ulega przecież wąt­pliwości, że rozwiązań korzystniejszych dla PiS w tej kadencji już nie należy się spodziewać.

niedziela, 8 października 2017

Prezydentura dudawana,Izabela,Do Pana Ministra Kultury,Noł! Noł! Noł!,Pierwiastek z papieża i Pułapka posybilizmu



Prezydentura dudawana

Adrian już dawno pożegnał się z myślą o byciu prawdziwym prezydentem. Jego rzeczywistym celem jest to, żeby nam się wydawało, iż Adria­nem nie jest.
   No dobrze, to bez znieczulenia. Pamiętają państwo swą ra­dość, że coś wygraliśmy, bo dwa weta, a więc protesty miały sens? Nic nie wygraliśmy. Wygrał tylko Andrzej Duda. Użył naszych protestów wyłącznie w jednym celu - do walki o pozo­ry, że jest prawdziwą głową państwa. Nigdy nie chciał walczyć z Kaczyńskim, bo jest mu on tysiąckrotnie bliższy niż prote­stujący. Nigdy nie chciał walczyć o konstytucję, którą ma do­kładnie tam, gdzie protestujących. Chciał pozorów prestiżu, dzięki którym mógłby spojrzeć w oczy swemu tacie. Protesty mu to umożliwiły, zapewniając mu też dobry humor w czasie sierpniowego wypoczynku. I był to ich jedyny realny skutek.
   Może był moment, gdy Andrzej Duda myślał, że będzie prawdziwym prezydentem. Gdy podniesionym głosem de­klarował, że jest „niezłomny”, sprawiał nawet wrażenie, że mówi to serio. Wystarczyło jednak, by dostał od Kaczyńskie­go kilka razy po nosie, i pragnął już tylko jednego. Pozorów. Niech przestaną się ze mnie śmiać. Niech nie widzą we mnie siedzącego w przedpokoju Adriana, niech nie szydzą, niech okażą choć trochę szacunku. W lipcu Duda nie wetował więc ustaw sądowych. Wetował kpiny z Dudy.
   Duda nigdy nie zostałby kandydatem na prezydenta, gdy­by miał charakter. Kaczyński wyznaczył go na kandyda­ta, ponieważ doskonale wyczuł, że Duda charakteru nie ma.
A ponieważ go nie ma, może prezydenta co najwyżej udawać. Ot, wyrób prezydentopodobny.
Nie ma co się nad Andrzejem Dudą litować. Kocha ten blichtr. Wciąż zmienia mu się tembr głosu, gdy występuje, wciąż wzrusza się, słuchając siebie, lubi limuzyny i wszystkie te breloczki władzy, które zastępują mu władzę realną.

sobota, 7 października 2017

Co skrywa władza



O czym rządzący z PiS nie chcą mówić obywatelom? Przede wszystkim o pieniądzach, które zarabiają i które wydają.

Dostęp do informacji publicznej jest jedną ze spraw podstawowych, Polska wymaga zmiany - mówił, kierując się wprost do widzów, Andrzej Duda podczas decydującej telewizyjnej de­baty prezydenckiej w 2015 r. Później, w swoim expose premier Beata Szydło dodawała, że „ży­cie publiczne powinno być przejrzyste i transparentne”, a Zbigniew Ziobro deklarował, że chce w prokuraturze „wprowadzać jawność, która powinna być cechą państwa pra­worządnego”. Już jako minister, domagając się upublicznienia oświadczeń majątkowych sędziów, Ziobro przekonywał, że „cho­dzi o zasadę, o to, by obywatele mogli spojrzeć na ręce władzy”. W konfrontacji z rzeczywistością wszystkie te deklaracje okazują się zdumiewającą hipokryzją.

Prezydent. Dla Kancelarii Prezydenta jawność działań władzy i jej wydatków, zadeklarowana w debacie telewizyjnej, przestała być istotna zaraz po wyborach. Monity Sieci Obywatelskiej Watch­dog Polska w tej sprawie pozostawały bez odpowiedzi. W czerwcu 2016 r. sieć złożyła do prokuratury doniesienie o możliwości po­pełnienia przestępstwa (nieudzielenie informacji jest zagrożone karą pozbawienia wolności do roku). W prokuraturze dochodze­nie umorzono, jednak sąd nakazał jeszcze raz zająć się sprawą. Wskazał, że prokuratura nie ustaliła w postępowaniu nawet pod­stawowych kwestii. Był grudzień 2016 r. - Właśnie otrzymaliśmy kolejne postanowienie o umorzeniu postępowania. Zaskarżymy do sądu to postanowienie - mówił Bartosz Wilk z Sieci Obywatel­skiej Watchdog Polska. Wojewódzki sąd administracyjny nakazał prezydentowi ujawnić dokumenty. Nigdy się to nie stało. Kance­laria złożyła skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administra­cyjnego. Sprawa się ciągnie do dziś.
   Prezydent Duda odmówił też ujawnienia opinii prawnych (łącz­nie z nazwiskami ich autorów), na które powoływał się przy podpi­sywaniu nowej ustawy o Trybunale Konstytucyjnym; odpowiedzi, kto wnioskował do prezydenta o ułaskawienie Mariusza Kamińskiego (podany powód: „dokumenty wewnętrzne nie stanowią informacji publicznej”). Odmówił ujawnienia nazwisk doradców - na to rzekomo nie pozwalała ustawa o ochronie danych osobo­wych. Orzecznictwo jest jasne: istnieje wyrok Sądu Najwyższego z 2012 r., w którym chodziło o udostępnianie personaliów kon­trahentów gminy (sąd stwierdził, że zawierając takie umowy, osoby te musiały się liczyć z tym, że nie pozostaną anonimowe). Jest też podobny wyrok NSA z 2015 r. mówiący, że ujawnianie podobnych danych jest konieczne, bo „pozwala przeciwdziałać takim pato­logiom życia publicznego jak np. nepotyzm”. Urząd prezydencki, na którego czele stoi prawnik, udaje, że nie zna tych orzeczeń.

piątek, 6 października 2017

Myśliwy z ambony



Na kanapie futro z wilka, na ścianach wypchane ryś i sowa. Dla gości mięso z żubra. Myśliwi, którzy polowali z kapelanem Lasów Państwowych, alarmują: ksiądz chwali się trofeami chronionych gatunków. W Polsce zabijanie chronionych zwierząt to przestępstwo

Wojciech Cieśla

Na zdjęciach dokumentu­jących działalność mi­nistra środowiska Jana Szyszki często widać jowialnego, łysego jak ko­lano mężczyznę w koloratce. To ksiądz Tomasz Duszkiewicz, przyjaciel mini­stra. Na swoje życiowe motto wybrał cytat z Pisma Świętego, który mówi o „czynieniu sobie Ziemi poddaną”.
   Na zdjęciu, które przyjaciele Duszkiewicza zrobili w kupionej przez niego leśniczówce w Białowieży, w Topile-Majdanie, widać myśliwskie tro­fea: rozwieszone na ścianie parostki (rogi sarny-rogacza), rozciągniętą na oparciu kanapy skórę wilka oraz wiszą­cego na ścianie wypchanego puszczyka.
- Na fotografię nie załapał się wypcha­ny ryś - twierdzi myśliwy, który poka­zał zdjęcie „Newsweekowi”. - Robiłem zdjęcia starym aparatem, na fotce z ka­napą skończył mi się film.
   Posiadanie co najmniej trzech trofe­ów - wilka, rysia i puszczyka - narusza artykuł 127, ustęp 1 Ustawy o ochronie przyrody. Wilki, rysie i sowy są w Polsce chronione.

czwartek, 5 października 2017

Pistolety Ziobry i Stracone złudzenia



Pistolety Ziobry

Są bezwzględni i lojalni. W zamian dostają od szefa szansę na szybką polityczną karierę

Aleksandra Pawlicka

Dobrał ich według jedne­go klucza. To młodzi, wyszczekani, w większo­ści początkujący praw­nicy, dla których praca u Zbigniewa Ziobry jest szansą na szybki awans.
   - W zamian szef oczekuje bezwzględ­nej lojalności. W resorcie zrobiło się tak szczelnie, że nikt poza wtajemniczo­nymi nie wie, co dzieje się za drzwiami gabinetu Ziobry. Jak nie chcesz fir­mować podejmowanych tam decyzji, odchodzisz - mówi jeden z byłych pra­cowników ministerstwa.
   Najbliższy krąg tworzą wiceministro­wie: Patryk Jaki, Marcin Warchoł, Łukasz Piebiak i Michał Woś. Piąty wiceminister, Michał Wójcik, uchodzi za „sympatyczny dodatek”. - Jako jedyny nie wprowadził tu swoich ludzi i dostał do uprawy dział­kę społeczną, nie polityczną - twierdzi mój rozmówca. Wiceminister Wójcik od­powiada za przygotowanie ustawy doty­czącej dzieci skonfliktowanych rodziców, z których jedno mieszka za granicą.

WIERNY KLON
Opinię najbliższego człowieka Ziobry ma Patryk Jaki, rocznik ’85. - Gdy po odejściu z PiS i porażce Solidar­nej Polski wszyscy odwrócili się od Zbysz­ka, pozostali przy nim tylko żona i Jaki - mówi osoba z otoczenia ministra. - On stał się dla Ziobry tym, kim dla Kaczyń­skiego po klęsce Porozumienia Centrum byli Adam Lipiński czy Marek Suski. Najwierniejszym towarzyszem - dodaje.
   A Ziobro wierność ceni ponad wszyst­ko. Po wyborach 2015 roku okazało się, że Andrzej Dera z Solidarnej Polski zo­stał na lodzie i nie ma za co żyć, Ziobro zarządził na niego zrzutkę wśród ko­legów. Ostatecznie udało mu się wcis­nąć Derę do pałacu prezydenckiego, gdzie traktowany jest jak wtyczka mini­stra i nie uczestniczy w podejmowaniu ważnych decyzji.
   W Jakim Ziobro ceni nie tylko lojal­ność, ale i dezynwolturę. - Przypomina w tym Zbyszkowi jego samego z cza­sów, gdy był ministrem sprawiedliwości w pierwszym rządzie PiS i wymachiwał w telewizji dyktafonem. Patryk jest jak jego klon z tamtego czasu - mówi osoba pracująca w ministerstwie.
   Jaki uwielbia brylować w mediach. A to stwierdzi, że KOD to kawioro­we protesty, a to nazwie Okrągły Stół dzieleniem Polski przy wódce. Przed wyborami 2015 roku podczas manife­stacji antyimigranckiej agitował tak: „W 1683 Jan III Sobieski zatrzymał marsz dziczy na Europę. Obronił nasze chrześcijańskie, te prawdziwe korzenie”. Opinię islamofoba ma w resorcie do dziś. Wciąż deklaruje, że „walka z islam­ską zarazą to jego Westerplatte”.
   - Mówimy o nim „Jaki jest, każdy wi­dzi”. Merytorycznie nie ma pojęcia o tym, co robi, ale nadrabia pewnością siebie i nieustannie dobrą miną - mówi osoba z ministerstwa. - Duży tempera­ment i poczucie własnej wartości. Zde­cydowanie uważa, że brak wykształcenia prawniczego nie przeszkadza w pełnie­niu funkcji wiceministra - dodaje mój rozmówca.
   Jaki jest politologiem. Żywot polity­ka zaczynał od młodzieżówki PiS, po­tem z list PO został samorządowcem, aby po paru miesiącach wrócić do partii Kaczyńskiego i związać się z Ziobrą na dobre i złe. Dziś nazywają go „pierw­szym po szeryfie”. - Jest jedynym za­stępcą Ziobry, który podobnie jak szef ma pozwolenie na broń - mówi osoba z bliskiego otoczenia ministra.
   W ministerstwie został oddelegowany na front afery reprywatyzacyjnej w sto­licy i walki z Hanną Gronkiewicz-Waltz, to ma go wylansować na kandydata pra­wicy na prezydenta Warszawy. - Nie­oficjalnie mówi się w resorcie, że brak podwyżek i nagród dla pracowników wynika z przesunięcia znacznej części budżetu do Departamentu Prawa Ad­ministracyjnego, obsługującego komisję reprywatyzacyjną Jakiego - opowiada mój rozmówca i dodaje: - Ta komisja to mistrzostwo świata w manipulacji. Robi show, wmawia ludziom, że dzięki niej nieruchomości wracają do Warszawy, a przecież od decyzji komisji można się odwołać do sądu i nic ostatecznie może nie wrócić do miasta. Ale to okaże się do­piero za parę lat, a w tym czasie pan Jaki może zajść bardzo wysoko.
   Polityk PiS: - Jaki chce być Lechem Kaczyńskim bis. Stąd kreacja na bojowni­ka walki z dziką reprywatyzacją i pomysł stworzenia Muzeum Żołnierzy Wyklę­tych w więzieniu na Rakowieckiej. Chce mieć własne muzeum tak jak Kaczyński miał Muzeum Powstania Warszawskiego.

środa, 4 października 2017

Idą po nas



- PiS zniszczy uczciwe, wolne media, tak jak zniszczyło hodowlę konia arabskiego - obawia się Jacek Żakowski. - Gdybyśmy w TVN24 zrobili akcję w ich obronie, to myślę, że jakiś milion ludzi na ulicach by nas i bronił - mówi Andrzej Mrozowski. A Dominika Wielowiejska dodaje: - Nie możemy się dać prowadzić PiS jak barany na rzeź

Renata Grochal, Marek Szczepański

NEWSWEEK: „Musimy mieć 100-procentową pewność, że wszystko, co się dzie­je w Polsce, jest kontrolowane przez polską władzę. Czwarta władza też musi być polską władzą” - powiedział wice­minister kultury Paweł Lewandowski. Czy PiS chce wziąć pod but niezależne media?
Andrzej Morozowski (TVN24): PiS jest genialne w zakłamanym nazewni­ctwie. Podporządkowanie sobie sądów fałszywie nazywa reformą sądowni­ctwa. Teraz mówi: Polska musi mieć wpływ na to, co robią media. To jest ge­nialne, bo wpada w ucho i ludzie tego używają. Ale nie chodzi o żadną decen­tralizację, repolonizację czy udomowie­nie. Chodzi o podporządkowanie mediów PiS. Będzie pierwszy sekretarz ds. pra­sy, który będzie się nazywał ministrem ds. prasy narodowej, będzie pierwszy se­kretarz ds. telewizji zwany ministrem ds. telewizji narodowej czy ds. telewizji niewyklętej. Ale cel jest jeden - ręczne sterowanie. Znajdzie się ktoś a la Kurski na prasę, na telewizję - wszystko sobie podporządkują.
Jacek Żakowski („Polityka”): Oni uważają, że polityka to cyniczne intere­sy realizowane przez grupy interesów - czyli redaktor Wielowieyska reprezen­tuje lobby żydowsko-sorosowe, redaktor Grochal - lobby niemieckie, a redaktor Morozowski - WSI i lobby amerykańskie.
Uważają, że media to jest taki eszelon jak PiS, że nas, tak jak ich, nie obowiązują żadne normy moralne czy etyczne. Ale to tak nie działa. My, ludzie mediów, je­steśmy może trochę konformistyczni, ale mamy swoje szlachetne odruchy. W „Ga­zecie Wyborczej” czy radiu TOK FM na­parzamy się z Wielowieyską jak małpy, bo mamy inne poglądy. Ale w PiS uwa­żają, że to są ustawki. Ta cyniczna inter­pretacja rzeczywistości prowadzi ich do tego, że muszą zrobić porządek z mediami.
Dominika Wielowieyska („Gazeta Wyborcza”): PiS i za­przyjaźnieni z nim dziennikarze głosili przez dwadzieścia lat, że w sferze medialnej są zepchnięci do narożnika. Ustawia­li się w roli pokrzywdzonych, ale ten obraz jest całkowicie fał­szywy, bo mogli budować swoje media, tylko byli nieudolni. Przecież Jarosław Kaczyński dostał w spadku po PRL „Express Wieczorny”, przejął „Tygodnik Solidarność”, była próba two­rzonej za publiczne pieniądze Telewizji Familijnej, ale skoń­czyło się klapą. Dzisiaj radzą sobie lepiej, jednak powtarzają tę fałszywą narrację, żeby zdominować cały przekaz medialny i zniszczyć niezależne media.

wtorek, 3 października 2017

Andrzej, wracaj do domu



W obozie dobrej zmiany trwa spór o doktrynę. Kto zesłał Polsce Andrzeja Dudę Bóg czy prezes? A jeśli prezes, to czy pomazańcowi wolno iść własną drogą?

Michał Krzymowski  

Wtorkowe popo­łudnie, dzień po ogłoszeniu prezy­denckich ustaw o Sądzie Najwyż­szym i Krajowej Radzie Sądownictwa. Do skromnej salki w żoliborskim domu pielgrzyma Amicus wchodzi spóźniony Prezes. Czekającym na niego posłom od razu rzuci się w oczy jego niezdrowy wy­gląd: jest blady i kuleje na jedną nogę.
   - Nie będę ukrywać, projekty pana prezydenta mnie zaskoczyły - zaczyna.
   - Myślałem, że po ich prezentacji doj­dzie jeszcze do rokowań, ale nie doszło. Reforma sądownictwa jest potrzebna, ale nic na siłę.
   Wytyka, że propozycja Dudy, by każdy Poseł głosował na jednego członka KRS, jest nieprzemyślana. I podważa kom­petencje prawników, którzy przygoto­wali ten projekt. Jak mówi, członków Rady zamiast tego można by wybierać większością 3/5 w Sejmie, a w razie pata - W Senacie.
   - Jeśli szybko nie uchwalimy refor­my sądownictwa - ciągnie - to nic więcej w tej kadencji już nie zrobimy. Nie bę­dzie dekoncentracji mediów ani zmian w ordynacji wyborczej. Nie możemy so­bie pozwolić na kolejny konflikt z na­szym prezydentem.
   Mówi też, że Duda podczas niedawne­go spotkania w Belwederze po raz kolej­ny narzekał na Zbigniewa Ziobrę. Sam nie powie o nim złego słowa, o skonflik­towanym z prezydentem szefie MON Antonim Macierewiczu, który całe spot­kanie milczy, też nie. Za to zadeklaruje: - W listopadzie, na dwulecie rządu, doj­dzie do dużej rekonstrukcji. Są ministro­wie, którzy radzą sobie bardzo dobrze, ale są też tacy, którzy się nie sprawdzili.
I ci będą musieli odejść.

poniedziałek, 2 października 2017

Populiści wszystkich krajów, łączcie się



Autorytarne, populistyczne partie - czy to z lewej, czy z prawej - łączy niechęć do demokracji i pogarda dla Zachodu, opowieści o „odzyskiwaniu godności” i potrzebie wymiany elit w imię walki ze skorumpowanym establishmentem

Niedawną okładkę „Do Rzeczy”, przedstawiają­cą Hitlera w czekistówce z czerwoną gwiazdą i z podpisem: „Hitler był lewakiem”, jeden z portali interneto­wych wytypował na najgłupszą okładkę roku. Moim zdaniem niesłusznie. Auto­rytarne, populistyczne ideologie, nieza­leżnie od tego, czy są skrajnie radykalne i zbrodnicze (jak nazizm i bolszewizm), czy też stosunkowo łagodne (jak „suwe­renna demokracja” Putina, klientelizm Orbana czy nowoczesny sułtanat Erdogana), mają podobną koncepcję ludzkiej natury, zbliżony stosunek do państwa i wspólnoty, specyficzną wizję świata. Posługują się językiem o zbliżonej este­tyce i hasłami propagandy, które choć funkcjonują w innych kontekstach histo­rycznych, społecznych i geograficznych, brzmią zadziwiająco zbieżnie.

BLISKIE ZWIĄZKI
„To nie Niemcy staną się bolszewi­ckie, tylko bolszewizm nabierze cech czegoś w rodzaju narodowego socjali­zmu. Zresztą, jeśli idzie o bolszewizm, to więcej nas łączy, niż dzieli. (...) Wyda­łem polecenie, aby natychmiast przyj­mować do partii byłych komunistów. Z drobnomieszczańskich socjaldemo­kratów i związkowych baronów nigdy nie będą narodowi socjaliści, z komuni­stów zawsze” (H. Rauschning „Rozmowy z Hitlerem”).
   Co łączyło te skrajne ideologie? Dla­czego ich język wydaje nam się dzisiaj tak znajomy?

niedziela, 1 października 2017

Co robić,Zjeść Cessnę,Centrum Manipulacji Społeczeństwem i Społeczeństwo w likwidacji



Co robić?

Największym atutem PiS jest dziś dokładnie to samo, co było atutem SLD czy PO po dwóch la­tach rządów tych partii - przekonanie żywio­ne przez miliony ludzi, że rządzący to zwycięzcy skazani na kolejne zwycięstwa.
   Coraz żywsza jest debata na temat tego, dlaczego PiS-owi wciąż rośnie. Odpowiedzi jest cała litania: bo 500+, bo uchodź­cy, bo władza się troszczy, bo walczy z nielubianymi elitami.
   Wszystko zgoda, ale nie ma w tej litanii tego, co wydaje mi się ważniejsze - fascynacji siłą, a nawet bezwzględnością władzy. Kaczyński może być śmieszny, ale jednocześnie bu­dzi strach. Czują to i jego zwolennicy, i przeciwnicy. Kaczyń­ski prze naprzód i wygrywa. A zwycięzcy mają zawsze swoisty urok - zniewalający wielu, szczególnie oportunistów; ludzie wolą się utożsamiać z tymi, którzy wygrywają, a nie z tymi, którzy na czołach mają wypisane słowo „klęska”. Klęska od­pycha, źle pachnie, nie da się jej lubić. I dlatego przywódców dzisiejszej opozycji nie lubią ani zwolennicy władzy, ani jej bardzo liczni przeciwnicy.
   Jedźmy dalej, żeby pogrążyć się już do końca. Sytuacja bę­dzie dla władzy coraz lepsza, a dla opozycji coraz trudniej­sza. Gospodarcza koniunktura na świecie sprawia, że nawet nieodpowiedzialna polityka PiS przyniesie zatrute owo­ce dopiero za lata; pieniędzy na prezenty dla wyborców na pewno starczy. PKB będzie rósł, a karty opozycji będą jesz­cze słabsze. Prokuratura będzie jeszcze bardziej agresywna, szykany jeszcze bardziej jawne, sądy zostaną podporząd­kowane całkowicie albo częściowo, sędziowie zaś będą per­manentnie zastraszani. Wolne media zostaną przynajmniej częściowo podporządkowane PiS, a wiele z nich sam strach przed przejęciem skłoni do „obiektywizacji” - czyli zrów­nywania prawdy z kłamstwem i do uważnego wsłuchiwania się w racje i pomruki władzy. Po drodze kilku ludzi zostanie zniszczonych i oplutych, co zniechęci do zabierania głosu wielu innych.
   Skoro wiemy, że będzie źle albo nawet bardzo źle, to warto się zastanowić, co zrobić, aby nie było jeszcze gorzej. Rozwa­żania trzeba zacząć od refleksji nad pamiętnym brukselskim 27:1. Był to bowiem w ostatnich dwóch latach jedyny moment, w którym poparcie dla władzy wyraźnie spadło, a dla opozy­cji wyraźnie wzrosło, doprowadzając między nimi do remisu.

sobota, 30 września 2017

Kościół się nawraca?



Hierarchowie zaczynają mieć pierwsze wątpliwości, czy polityczna kuratela PiS jest dla polskiego Kościoła tak korzystna, jak dotąd sądzili. Ale wyjście poza pisowskie opłotki będzie bardzo trudne.

Dwie wypowiedzi biskupów nie czynią w Kościele odwilży. Dobrze, że prymas Wojciech Polak upomniał się o poszano­wanie ładu konstytucyjnego, a abp Stanisław Gądecki, szef Konferencji Episkopatu Polski, podziękował prezy­dentowi Dudzie za weta sądownicze. Już we wrześniu doszedł do nich apel zespołu biskupów odpowiedzialnych za kontakty z episkopatem niemieckim o opamiętanie w zaostrzaniu konfliktu między pisowską Warszawą a Berlinem. Kto jak kto, ale pol­ski episkopat akurat ma mocny tytuł do tej interwencji, bo to polscy biskupi zaryzy­kowali w 1965 r. wyciągnięciem ręki do ka­tolików niemieckich w soborowym duchu pojednania.
   Po słowach hierarchów posypały się spe­kulacje. Obracają się one wokół tezy czy ra­czej pobożnego życzenia, że coś w Kościele drgnęło. Że przybywa biskupów stawiają­cych politycznie na domniemany obóz prezydencki i dystansujących się od obec­nego obozu rządowego. Że uwaga i nadzie­ja episkopatu przesuwają się z nieobliczal­nego Jarosława Kaczyńskiego na bardziej centrowego prezydenta Andrzeja Dudę.
   W rzeczywistości niewiele wskazuje, by taki ruch tektoniczny miał miejsce. Przytomne, obywatelskie, chrześcijańskie wypowiedzi i zachowania kilku biskupów - Polaka, Guzdka, Czai, Nossola, Muszyń­skiego, Zadarki, Pieronka - nie tworzą masy krytycznej. Nie równoważą, a tym bardziej nie osłabiają, wpływu o. Rydzyka w episko­pacie, a zatem i w polityce kościelnej. Po­średnio dowodzi tego masowa obecność elity pisowskiej na zgromadzeniach i w stu­diach radiomaryjnych. Swą obecnością pisowska władza potwierdza i wzmacnia przywództwo Rydzyka w Kościele. Księża i świeccy wyciągają z tego wnioski, jaka w Kościele obowiązuje dziś poprawność polityczna: ta radiomaryjna.

piątek, 29 września 2017

Obudzić Polskę liberalną



Notowania PiS trzymają się nie dlatego, że w Polsce pojawiają się nowe rezerwy narodowców czy elektoratu socjalnego, ale dlatego że wciąż nie potrafią się zmobilizować Jego przeciwnicy

Prawica przez lata budowa­ła konglomerat polityczno-finansowo-medialny zor­ganizowany wokół partii, którą Kaczyński mimo wy­borczych porażek zdołał utrzymać. Spo­łeczne zaplecze w postaci budowanego po Smoleńsku społeczeństwa obywatelskie­go (Kluby „Gazety Polskiej” Solidarni 2010, dziesiątki lokalnych i ogólnokrajo­wych środowisk) obrastało mediami toż­samościowymi prawicy, finansowanymi z dotacji partyjnych i SKOK-ów.
   Ów prawicowy układ dostarczył Ka­czyńskiemu nie tylko siły, ale także języka, który zdominował całą sferę pub­liczną. Tym bardziej że został wsparty przez co najmniej połowę proboszczów i blisko jedną trzecią hierarchów - reszta nie kocha Jarosława Kaczyńskiego, brzy­dzi się religią smoleńską, ale po zdobyciu władzy przez PiS (które przelicytowało wcześniej rządzących, oferując Kościoło­wi nieporównanie więcej pieniędzy i atry­butów władzy) uważa, że można z prawicą robić finansowo-cywilizacyjne interesy przeciw „sekularyzacji idącej z Brukseli” i „liberalnej cywilizacji śmierci”.

czwartek, 28 września 2017

Afera pod sąd



Koła zębate zgrzytają, przekładnie zatarte, do widzów dociera szczęk żelastwa i gnącej się blachy. Wszystko wskazuje na to, że obóz PiS przy reformie sądów połamał sobie zęby.

Przyczyną najpoważniejsze­go kryzysu obozu rządowego od chwili przejęcia rządów jest nadmiar rewolucyjnego zapa­łu, zbyt szybkie tempo zmian, brutalność ich wprowadzania. Prawo i Sprawiedliwość w tej sprawie zgubi­ły arogancja, bezmyślność oraz prze­konanie, że prawo go nie obowiązuje, a opozycja jest zbyt słaba, by bronić jego przestrzegania.
   Pierwszym ciosem były weta prezy­denta. Kampania „Sprawiedliwe Sądy” to kolejny mocny akord tej postępującej katastrofy. W kwestii Polskiej Fundacji Narodowej popełniono szereg błędów, które mogą skończyć się nawet najwyż­szym wymiarem politycznego wyroku: dymisją rządu.

środa, 27 września 2017

Lekcja dla wicepremiera



Choć Mateusz Morawiecki celuje w fotel premiera, to daje się ogrywać jak dziecko. Właśnie poniósł kolejną porażkę Beata Szydło zabrała mu nagrodę Człowieka Roku. Widz z Nowogrodzkiej siedzi w swym gabinecie i przygląda się tej rywalizacji z rozbawieniem

Michał Krzymowski

Przychodzi szef dużej państwowej spółki do Jarosława Kaczyńskiego i pyta: - Panie prezesie, na kogo głosować w Krynicy? - Na Beatę.
   Biuro PiS na Nowogrodzkiej, szef PiS przyj­muj stronnika wicepremiera, potakuje:
   - Tak, oczywiście, Morawiecki zasłużył na tę nagrodę.

TAKTYKA REDAKTORA
Połowa sierpnia. Współpracownicy Morawieckiego siedzą nad kartką z nazwiskami członków kapituły nagrody Człowieka Roku, która przyznawana jest na Forum Ekonomicznym w Krynicy. Wy­chodzi im, że wicepremier może liczyć na dziewięć głosów. W po­przednich latach tyle wystarczyło, by wygrać.
   Z Krynicy dochodzą jednak zastanawiające sygnały. Głoso­wanie miało się skończyć 12 sierpnia, a przedłużono je do koń­ca miesiąca. Dodatkowo poszerzono kapitułę o dziewięć osób; wśród nowych członków rady są m.in. prezes PZU Paweł Surówka i szef Energi Daniel Obajtek. Obaj będą głosować na Beatę Szydło. Pierwszy to człowiek ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, drugi kilka miesięcy temu został oczyszczony z zarzutów przez podległą Ziobrze prokuraturę. Roznosi się też, że osobiste kontak­ty uruchomiła Szydło, która z czasów szkolnych zna się z Jerzym Bochyńskim, prezesem fundacji organizującej Forum. Zagadko­wo wygląda też skład trzyosobowej komisji liczącej głosy: zaprzy­jaźniony z Ziobrą szef Pekao SA Michał Krupiński, kierujący PZU Paweł Surówka (obie spółki są wśród głównych partnerów Fo­rum) i polityk SLD Krzysztof Gawkowski.
   Gdy Morawiecki o tym usłyszy, powie współpracownikom: - Są zdeterminowani, mogę przegrać. Czy da się wycofać moją kandydaturę?
   Ci zdeterminowani to ludzie Szydło i Ziobry. A kandydatury Morawieckiego wycofać nie można, bo została formalnie zgłoszo­na przez członków kapituły. Mimo tych obaw w czwartek 30 sierp­nia wicepremier wygrywa w internetowym głosowaniu z szefową rządu 11:10. Po Warszawie rozchodzi się, że Człowiekiem Roku 2016 został Morawiecki.
   Jednak gdy kapituła zbierze się po weekendzie, okaże się, że wpłynęły jeszcze trzy głosy nadesłane pocztą. Wszystkie trzy na Szydło - to ona ma wieczorem odebrać w Krynicy wyróżnienie.
To, kto głosował korespondencyjnie, jest zagadką, ale głosy in­ternetowe są imienne i szybko roznosi się, kto kogo popierał. Sumowanie głosów oddanych na Szydło i Morawieckiego przypo­mina liczenie szabel przez dwa wrogie obozy.
   Krupiński, Surówka, Obajtek - wszyscy trzej głosowali na Szydło.
   Szef PKO BP Zbigniew Jagiełło - na Morawieckiego.
   Prezes Tauronu Filip Grzegorczyk, prywatnie znajomy brata ministra sprawiedliwości Witolda Ziobry - na Szydło.
   Wicepremier Piotr Gliński - na Morawieckiego. Według usta­leń „Newsweeka” to on zgłosił kandydaturę wicepremiera. Wiele wskazuje na to, że zrobił to za zgodą prezesa PiS.
   Były minister skarbu Dawid Jackiewicz - na Morawieckiego. Długo uchodził za człowieka Szydło, ale ku zaskoczeniu wielu po­lityków PiS w ostatnich tygodniach zmienił front i zbliżył się do wicepremiera.
Marszałek Sejmu Marek Kuchciński - na Szydło. Ludziom Mo­rawieckiego sugerował, że poparł wicepremiera, ale członkowie kapituły widzieli jego kartę do głosowania.
   Współtwórca portalu wPolityce.pl i redaktor naczelny tygodni­ka „wSieei” Jacek Karnowski - taktycznie nie oddał głosu. Choć podobnie jak Kuchciński dawał do zrozumienia, że poprze Mo­rawieckiego. Z drugiej strony, nadzorowany przez Szydło PZU od miesięcy wykupuje reklamy w jego piśmie i sponsoruje gale orga­nizowane przez „wSieci”.
    „Newsweek” próbował się skontaktować z Instytutem Studiów Wschodnich, odpowiedzialnym za organizację krynickiej impre­zy. Nasze pytania o poszerzenie kapituły zgłaszanie kandydatur i zmianę terminu głosowania pozostały bez odpowiedzi.

wtorek, 26 września 2017

Uwikłanie i Czystka



Uwikłanie

Autor prezydenckiej ustawy o Sądzie Najwyższym przyjął w depozyt milion złotych od spółki, za którą stoją ludzie podejrzani o udział w mafii paliwowej. Członek władz warszawskiej palestry: - Pewnie trzeba będzie wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne

Michał Krzymowski

Takich adresów nie ma w Warszawie wie­le. Idealnie odrestaurowana kamieni­ca, wszystko jak spod igły - odnowione sztukaterie na suficie, kute balustrady, zdobione drzwi drewniane. Śnieżna biel ścian i podwórko tonące w kwiatach. Kancelaria Michała Królikowskiego do niedawna zajmowała jedno piętro, teraz ma dwa.

PROFESOR PROWADZI MNIE DO GABINETU
- Dopiero się wprowadziliśmy. Widzi pan tę szafę? - wska­zuje gablotę stojącą pod ścianą. - To ostatnia rata z IPetrolu. Zapłacili meblami.
   IPetrol to cypryjska spółka handlująca paliwem. Stoją za nią dwaj bracia z Węgrowa. Od pół roku siedzą w areszcie. Prokuratura podejrzewa ich o udział w grupie przestępczej, wyłudzanie VAT i pranie brudnych pieniędzy. Zanim IPetrol oddał Królikowskiemu meble, płacił pieniędz­mi. Za ostatnie pół roku współpracy autor prezydenckiej usta­wy o Sądzie Najwyższym zainkasował od paliwowej spółki 300 tys. zł. Przyjął też dwa depozyty adwokackie na poczet przyszłych kar, poręczeń majątkowych i kosztów postępowań - jeden na milion złotych, a drugi na 150 tys. dol.
   Depozyt adwokacki to coś w rodzaju powiernictwa. Klient może przekazać adwokatowi pieniądze na przechowanie. Środki muszą trafić na oddzielny rachunek bankowy i po­winny być wypłacane na każde żądanie ich dysponenta. Jest warunek: spisując umowę depozytu, klient powinien jasno wskazać jego cel. Instytucja depozytu pieniężnego jest w peł­ni legalna - pojawia się w orzecznictwie Sądu Najwyższego, Trybunału Konstytucyjnego, a także w dokumentach Naczel­nej Rady Adwokackiej - ale prawnicy nie korzystają z niej zbyt często.

poniedziałek, 25 września 2017

Nie ma wolności bez praworządności i Harce suwerena



Nie ma wolności bez praworządności

Dyktatura miewała w historii legitymację społeczną i była powoływana na wypadek zagrożenia przez wroga. Stawała się tyranią dopiero wtedy, gdy władza dyktatorska była jedynie uzurpowana, a wróg urojony.

Sławomir Sierakowski

Do dziś pozostało to, że dyktator swoje rządy uzasad­nia koniecznością obrony przed śmiertelnym za­grożeniem. W nowożytnej Polsce, gdzie zapędy dyk­tatorskie miało przynajmniej trzech przywódców, za każdym razem uzasadnienie było takie samo: albo władza silnej ręki, albo państwo upadnie. Pierwszym był marszałek Piłsudski, drugim Władysław Gomułka, a trzecim jest Jarosław Kaczyński. Każdy z nich zaczynał jako przywód­ca społecznie zalegitymizowany, czyli cieszący się największą popularnością w społeczeństwie. Piłsudskiego w międzywoj­niu kochano jak półboga, dla Gomułki w 1956 r. jako bohatera odwilży i więźnia stalinizmu na wiec w Warszawie wyszło pół miliona Polaków. Kaczyński nigdy nie miał tej popularności, ale wygrał ze swoją partią demokratyczne wybory.
   O ile Piłsudski i Gomułka ograniczali wolność i demokrację, uzasadniając zagrożeniem jednak realnym (w Polsce też mogło wydarzyć się to, co na Węgrzech w 1956 r. albo w Czechosłowa­cji w 1968 r.), o tyle Kaczyński i jego obóz, tak jak Donald Trump i inni populiści, muszą się posługiwać postprawdą, fake newsa­mi i niechęcią do elit (politycznych, medialnych, naukowych, sądowych, biznesowych i innych). Kaczyński, pod hasłem „Pol­ska w ruinie”, wygrywa wybory z Platformą Obywatelską, której rząd jako jedyny uniknął recesji gospodarczej i osiągnął przez osiem lat najlepsze wyniki gospodarcze w całej Europie (pra­wie 25 proc. zakumulowanego wzrostu gospodarczego, spadek bezrobocia z 15 do 8 proc. i deficytu z 8 do mniej niż 3 proc.).
   Jak ta manipulacja była możliwa, nieźle opisali już inni, choć odtrutki dotąd nie wynaleziono, bo nie wydaje się, żeby w epoce postprawdy mogła być nią po prostu prawda poda­wana przez media głównego nurtu, intelektualistów, watchdogi i portale fact-checkingowe. Kręci się ona w zamkniętym świecie mediów społecznych jednego obozu, ale nie przebija się do drugiego.

niedziela, 24 września 2017

Kraina pozorantów,Żeby wyli,Twitterowa opozycja,Polacy na Madagaskar i Łaska stanu



Kraina pozorantów

Zmiana oblicza prezydenta Dudy była chyba najtań­szym zabiegiem plastycznym naszych czasów. Je­den gest, dwa weta, trzy miny, cztery tygodnie, pięć spotkań konsultacyjnych i oto mamy nowego prezydenta.
   Czasem radykalna zmiana oblicza nie wymaga radykalnych ruchów skalpela. By wzbudzić uznanie publiki, wystarczą de­tale poprzedzone obniżeniem oczekiwań. Już nie podpisuje wszystkiego jak leci? Zawetował coś? Brawo! Niezłomny!
   Andrzejowi Dudzie strasznie musiał doskwierać ten Adrian w poczekalni, ale chyba sam się nie spodziewał, jak niewiele trzeba, by przedsionek gabinetu naczelnika opuścić. Andrzej przestał być Adrianem, ale nie przestał być wyrobem prezydentopodobnym. Andrzej ma więc prawo świętować wizerun­kowy sukces, ale Polska żadnego powodu do świętowania nie ma, bo wciąż nie ma głowy państwa z prawdziwego zdarzenia.
   Prezydentowi Dudzie nie przeszkadzało niszczenie kon­stytucji, której miał strzec, co na tę konstytucję zaprzysiągł. Przeszkadzały mu wyłącznie drwiny i szyderstwa ze strony prezesa i „Ucha prezesa”. Nie szło więc o to, by zmieniła się istota rzeczy, ale o to, by prezydent mógł zachować twarz, a zatem pozory.
Prezydentura pozorowana nie potrzebuje ani realnych osiągnięć, ani realnego sporu. Potrzebuje wyłącznie pozo­rów. Mieliśmy więc pozory niezależności w postaci dwóch wet przy jednoczesnym podpisaniu kluczowej ustawy an­tykonstytucyjnej. Następnie mieliśmy pozory, że naczelnik państwa traktuje głowę państwa poważnie, bo zamiast przy­jąć głowę na audiencji u siebie, pojechał do niej w odwiedziny. Teraz mamy pozory konsultacji w sprawie nowych projektów ustaw - opozycja udaje, że uczestniczy w realnej politycznej grze, choć jej rola sprowadza się do pełnienia funkcji przy­krywki dla operacji, na którą nie ma żadnego wpływu.
   W zapasach między prezydentem a prezesem nie idzie oczywiście o żadną konstytucję, a jedynie o to, kto w pisowskim obozie będzie miał możliwość jej łamania - prezydent Duda czy jego dawny promotor, minister Ziobro. Z punktu widzenia niezawisłości sądów i niezależności sędziów ma to jednak znaczenie trzeciorzędne. Obu panów różnią bowiem ambicje, a nie poglądy. Widzieliśmy to kilka dni temu - w tym samym czasie, gdy prezydent udawał konsultacje w sprawie ustaw o KRS i Sądzie Najwyższym, Ziobro rozpoczynał czyst­ki w sądach. Czystki, które stały się możliwe dzięki podpisowi Dudy pod niekonstytucyjną ustawą.

sobota, 23 września 2017

Imperium inwigilacji i Siatka na sieć



Imperium inwigilacji

O służbach specjalnych mówi się, że to oczy i uszy państwa. Nie jest dobrze, kiedy służby mają zeza, a słuch wyczulony jedynie na niektóre odgłosy.

Niedawny wyrok sądu w Białymstoku ujawnił niesłychaną manipulację przeprowadzo­ną przez ABW. Najpierw ogłoszono sukces w postaci ujęcia czterech Czeczenów, rze­komo zbierających pieniądze na Państwo Islamskie. Byli podsłuchiwani. Jako dowód przedstawiono w sądzie streszczenia steno­gramów z ich rozmów. Mieli rozmawiać o „naszych oddzia­łach w Syrii” - to był as w rękawie prokuratora. Okazało się, że Syrię ktoś dopisał - ta nazwa nie padała w rozmowach. Oskarżeni faktycznie prowadzili zbiórkę, ale na cele zloka­lizowane na Kaukazie, skąd przybyli. Sąd o fałszerstwie po­wiadomił prokuraturę. To jedna z największych wpadek ABW od początku jej istnienia. Ile podobnych operacji specjalnych toczy się każdego dnia, nie wiadomo, bo wszystko jest ściśle tajne. Pod parawanem tej tajności można fałszować fakty, bo nie one są ważne, ale cel.
   W Polsce działa siedem służb z uprawnieniami do prowadze­nia operacji specjalnych - ABW, SKW, Straż Graniczna, Wywiad Skarbowy, CBA, Żandarmeria Wojskowa i Policja (ze szczegól­nym wskazaniem na CBŚP - Centralne Biuro Śledcze Policji). Czynności operacyjno-rozpoznawcze poza wymienionymi mogą prowadzić Agencja Wywiadu, Służba Wywiadu Woj­skowego, Biuro Ochrony Rządu i Służba Celno-Skarbowa. W sumie to 11 formacji ze szczególnymi uprawnieniami. Jest jeszcze Służba Więzienna, która formalnie nie ma uprawnień do czynności operacyjno-rozpoznawczych, ale faktycznie je prowadzi poprzez siatkę agenturalną wśród osadzonych.
   Teoretycznie służby mają obowiązek używać wyłącznie me­tod zgodnych z prawem. Agencja Wywiadu i Służba Wywiadu Wojskowego pozostają na innym poziomie - specyfika ich pra­cy polega na łamaniu prawa obowiązującego poza granicami Polski. Bogactwo służb sugeruje, że nasz kraj jest jakąś potęgą, jeżeli chodzi o zabezpieczenia przed zagrożeniami, ale to nie­prawda. Problem polega nie tylko na tym, że szwankuje koor­dynacja prowadzonych przez nie czynności, bo nie funkcjonuje Centralna Ewidencja Zainteresowań Operacyjnych. Nie ma też właściwej kontroli nad służbami. I to grzech najważniejszy. „Ist­nienie tak wielu służb wymaga powstania wielopoziomowego systemu ich kontroli. Instytucje takie jak NIK, sądy czy komisja ds. służb specjalnych realnie jej nie zapewniają. Jest to bardzo ważne ze względu na charakter działania służb, które mogą go­dzić w prawa i swobody obywatelskie” - te słowa mogłyby paść ze strony przedstawiciela opozycji, ale sformułował je związany z PiS były szef Agencji Wywiadu Grzegorz Małecki w artykule pod znamiennym tytułem „Bezgłowe służby” („Rzeczpospolita” z 7 maja 2017 r.).

piątek, 22 września 2017

Fundacja partyjnej promocji



Polska Fundacja Narodowa odmawia finansowania filmów historycznych, choć miał być to jeden z celów jej działania. Hojnie wspiera za to propagandę PiS. Kampania w sprawie sądów to dopiero początek

Renata Grochal, Aleksandra Pawlicka, Michał Krzymowski

Gdy organizowaliśmy kon­kurs na scenariusz filmu historycznego, słysze­liśmy, że realizację na­grodzonych wesprze finansowo Polska Fundacja Narodowa. Jednak kiedy na początku września kon­kurs rozstrzygnięto, obietnice ulotniły się jak kamfora - mówi urzędnik Mini­sterstwa Kultury.
   - Skąd macie takie informacje? Kto wam to powiedział? - denerwuje się Ma­ciej Świrski, wiceprezes zarządu Polskiej Fundacji Narodowej, o której ostatnio zrobiło się głośno za sprawą horrendal­nie drogiej kampanii rządu PiS w spra­wie sądów.

czwartek, 21 września 2017

Wszyscy Brutusi Kaczyńskiego i Kupowanie misjonarzy

Wszyscy Brutusi Kaczyńskiego

Spiskowcy chcą się pozbyć Kaczyńskiego, by zachować cały prawicowy stan posiadania

Operacja Walkiria z lipca 1944 roku (próba obale­nia Adolfa Hitlera roz­poczęta nieudanym zamachem pułkownika Clausa von Stauffenberga w Wilczym Szańcu) nie była żadnym antyfaszyzmem. Polegała na tym, że konserwa­tyści w obozie rządzącym III Rzeszą i w armii próbowali usunąć Hitlera uwa­żanego przez nich za ewidentnego po­litycznego szaleńca, żeby wobec klęsk wojennych zachować przynajmniej część jego zdobyczy.
   Jarosław Kaczyński nie poniósł jesz­cze żadnej ewidentnej klęski, jed­nak masowość społecznych protestów w obronie niezawisłych sądów, a tak­że narastająca izolacja rządu PiS wobec wszystkich ośrodków polityki świa­towej - nie wyłączając Waszyngtonu - sprawiła, że u wielu prawicowców, a także u wielu ludzi Kościoła zapaliło się pierwsze światełko alarmowe.

środa, 20 września 2017

Poskramianie Andrzeja i Premier szyta na miarę



Poskramianie Andrzeja

Jarosław Kaczyński chce znowu przemienić Andrzeja Dudę w Adriana. Podczas wizyty w Belwederze dał mu do zrozumienia, że czas skonfliktowanej z pałacem Beaty Szydło właśnie minął. Czy to wystarczy?

Michał Krzymowski

Polityk z otoczenia głowy państwa: - Wraże­nia po zeszłotygodniowej wizycie Jarosława? Jedno zasadnicze: Beata jest posprzątana, jej już nie ma.
   Rozmówca z Nowogrodzkiej: - Prezes nie przystąpi do wymiany premiera bez pewno­ści, jak zachowa się prezydent. Mając prze­ciwko sobie i Dudę, i Szydło, mógłby zostać ograny. Zaczęłyby się targi, spekulacje. A po co mu to? Lepiej zrobić wszystko na własnych zasadach.

BEATA DO BRUKSELI
Wśród polityków Prawa i Sprawiedliwości krążą dwa scenariusze wymiany Szydło na Kaczyńskiego. Pierwszy to konstruktywne wotum nieufności: grupa posłów PiS składa wniosek o usunięcie dotychczasowej szefowej rządu i powoła­nie w jej miejsce prezesa PiS. To wariant, który wiąże Dudzie ręce i nie daje mu pola do prowadzenia gry. Bo - gdy już wnio­sek przejdzie przez Sejm - powierzenie misji tworzenia nowe­go rządu będzie formalnością.
   Konstruktywne wotum jest jednak rozwiązaniem siłowym, mało elegan­ckim. Konieczna jest debata w Sejmie, trzeba uzasadnić dymisję dotychcza­sowej premier i dać głos opozycji. Taki scenariusz jest więc ostatecznością, Ka­czyński może go użyć, jeśli partia nie za­wrze pokoju z pałacem, a on nie będzie mieć zaufania do Dudy.
   Inna ścieżka to złożenie dymi­sji przez samą Szydło. W taki sposób w 2006 roku Kaczyński przejął wła­dzę po Kazimierzu Marcinkiewiczu. To wariant bardziej wyrafinowany, ak­samitny. Ten sposób wymiany rządu wytrąca argumenty opozycji, odbywa się w dobrym stylu i atmosferze wza­jemnego porozumienia następujących po sobie premierów. Ale też stawia w centrum wydarzeń pre­zydenta, który powierza misję tworzenia rządu jeszcze przed sejmowym głosowaniem. Z punktu widzenia prezesa PiS jest to więc rozwiązanie ryzykowne, bo przecież Duda mógłby tę procedurę wykorzystać do snucia spekulacji - czy na pewno to Kaczyński powinien być premierem? Może Morawiecki byłby lepszy? I do stawiania warunków dotyczących składu nowego gabinetu. A przecież wiadomo, że prezydent chętnie pozbyłby się z rządu przynajmniej dwóch osób: Antoniego Macierewicza i Zbigniewa Ziobry.
   Innymi słowy, Szydło może zostać zmuszona do złożenia dymisji tylko wtedy, jeżeli między prezesem a prezydentem będzie pokój.
   - Beata jest zmęczona, psychicznie i fizycznie. Jeszcze się broni, ale czuje, że to już równia pochyła - mówi człowiek z otoczenia szefowej rządu.
   - Czego zażąda w zamian za aksamitne oddanie władzy?
   - Cel maksimum to stanowisko komisarza. Minimum - start w wyborach europejskich i stanowisko lidera frakcji lub w naj­gorszym wypadku wiceszefa europarlamentu. Szydło od jakie­goś czasu intensywnie uczy się angielskiego.
Rozmówca z otoczenia Kaczyńskiego: - Te aspiracje są w par­tii znane. Beata już w 2014 roku zabiegała o miejsce na liście do europarlamentu. Uczynienie z niej twarzy kampanii będzie dla Kaczyńskiego wygodne. To nie jest wygórowana cena.

wtorek, 19 września 2017

Pan na Szczecinie


Intratne posady w spółkach dla kolegów i związanego z partią restauratora, a do tego szukanie haków na politycznych przeciwników. Tak rządzi w swoim regionie Joachim Brudziński, figura numer dwa w Pis

Renata Grochal

Wtorkowy wieczór, koniec sierpnia, na lotnisku w Golenio­wie koło Szczeci­na ląduje samolot z Warszawy. Wysiada poseł Prawa i Spra­wiedliwości Joachim Brudziński, wice­marszałek Sejmu i jeden z najbliższych ludzi Jarosława Kaczyńskiego. Wita go Wojciech Wardacki, prezes kontrolowa­nej przez skarb państwa spółki Grupa Azoty. To europejski gigant branży nawo­zowej i chemicznej. Według relacji posłów opozycji, którzy przylecieli tym samym samolotem, panowie przywitali się bar­dzo wylewnie.
   - Wardacki wyglądał jak komitet powi­talny Brudzińskiego. Z szerokim uśmie­chem. Nawet się zdziwiłem, bo pierwszy raz widziałem u niego taką radość. Zwy­kle ma zacięte usta i straszy wszystkich procesami - opowiada Norbert Obrycki, poseł PO. Gdy dzwonię do Wardackiego z pytaniem, o czym rozmawiał z Brudziń­skim, mówi, że nie ma czasu, i się rozłącza. Po kilku dniach jego rzecznik przysyła mi e-mail z informacją, że prezes odbierał z lotniska nie posła, tylko swoją żonę. Zaś Wardacki osobiście do mnie dzwoni, żeby zagrozić „konsekwencjami prawnymi”, jeśli napiszę inaczej.
   W Szczecinie prezes Wardacki - były kandydat na europosła z listy PiS - ucho­dzi za człowieka Brudzińskiego.

poniedziałek, 18 września 2017

Chłopcy z placu pogardy i Aferzysta w TVP



Chłopcy z placu pogardy

Role zostały rozdane. Wiadomo już kto uknuł spisek, a kto odegrał rolę plutonu egzekucyjnego. Z rąk telewizyjnych dzieci prawicowej rewolucji padła ich matka, szefowa „Wiadomości”

Wojciech Cieśla

Na placu Powstańców Warszawy, gdzie jest siedziba „Wiadomości”, mówią, że pod walec zmian Marzena Paczuska wpadła 6 sierpnia o pierwszej trzydzieści sześć po południu. Wpis, który wrzuciła na Twittera („Jakby co, to od wczoraj jestem na urlopie”), był sygnałem, że w „Wiado­mościach” nadeszła zmiana.
   Od tej chwili wszystko potoczyło się szybko. Tydzień później nie było po niej śladu. Pozostały fakty: „Wiadomości” w dwa lata straciły 860 tys. widzów i zaczęły przegrywać z konku­rencyjnym programem w TVN.
   Kilka dni po wyrzuceniu Paczuskiej okazało się, że TVP przyniosła w ciągu roku 177 mln zł strat. Że idzie na dno w tempie, którego nikt się nie spodziewał.

Atomówka ministra



Rozmowa z Mirosławem Różańskim, generałem broni, byłym dowódcą generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych, o tym, jaka gra toczy się między ministrem Antonim Macierewiczem a prezydentem Andrzejem Dudą

JULIUSZ ĆWIELUCH: - Odchodząc z wojska, powiedział pan w Pałacu Prezydenckim „czytajcie konstytucję', czyżby pan prezydent posłuchał i przeczytał?
MIROSŁAW RÓŻAŃSKI: - Myślę, że pan prezydent jako prawnik z doktoratem nie tylko przeczytał konstytucję, ale znał ją szcze­gółowo. Nie przypisywałbym sobie żadnego sukcesu w skłonieniu prezydenta do lektury konstytucji.
Przez pierwsze półtora roku jego urzędowania nie było tego widać.
Prezydent rzeczywiście dosyć długo zwlekał z mocnym zabra­niem głosu w sprawach, za które bierze odpowiedzialność jako zwierzchnik sił zbrojnych. Przyznaję, że sam rozmawiałem z pa­nem prezydentem o wielkiej roli, jaką ma do odegrania, i ocze­kiwaniu ze strony wojska, że aktywniej włączy się w przemiany, którym poddawana jest armia. Nie wszystkie zmiany odbywały się z korzyścią dla bezpieczeństwa kraju.
Mówi pan jak dyplomata, a nie wojskowy.
W mówieniu ostrym językiem jest obecnie wielka konku­rencja. Sytuacja jest poważna i wymaga dialogu, a nie gaszenia za pomocą benzyny. Wojsko jest jedyną instytucją w państwie, która ma dwóch zwierzchników. Artykuł 134 Konstytucji RP mówi, że „najwyższym zwierzchnikiem Sił Zbrojnych jest pre­zydent. W czasie pokoju zwierzchnictwo nad Siłami Zbrojnymi sprawuje za pośrednictwem ministra obrony narodowej”. Jeśli ktoś nie znał konstytucji, to raczej minister, któremu wydawało się, że wojsko stało się jego lennem. Co bardziej dyplomatycz­nym językiem powiedział pan prezydent w czasie przemówienia z okazji 15 sierpnia.
A mniej dyplomatycznie wyraził, odmawiając przyznania nominacji generalskich w tym dniu.
Nominacje generalskie to tylko jedna z prerogatyw prezydenta. Na tyle medialna, że przykuwa zainteresowanie opinii publicz­nej. Brak nominacji został więc od razu zauważony. Oczywiście odbywa się to ze szkodą dla wojska, bo po prostu komplikuje jego funkcjonowanie. Od dawna przekonywałem, że nomina­cje powinny być całkowicie oddzielone od świąt i uroczystości, a powinny wiązać się z pragmatyką kadrową. Kiedy zostajesz wy­znaczony na stanowisko, na którym jest etat generalski, niejako z automatu dostajesz ten stopień. Tym bardziej że może nie wszyscy wiedzą, ale pułkownik na stanowisku generalskim za­rabia jakby tym generałem już był. Tak naprawdę nominacja jest sprawą czysto formalną.
I prestiżową.
W sytuacji, w której oficer czeka trzy, cztery lata na miano­wanie, rzeczywiście może rodzić się poczucie frustracji. Albo, co gorsza, chęć przypodobania się przełożonym, żeby wreszcie zostać zauważonym. To nie są zdrowe mechanizmy.

niedziela, 17 września 2017

Rząd jest nagi,Jedna ojczyzna dwa patriotyzmy,Kontr,Niezależne sądy do kasacji. Za sto milionów,Głowa pęka od fuzli,Okablowani,Przykryjemy was gazetami,Zęby rewolucji,Wesoła biało-czerwona,Syndrom aktorski ,Kontra,Salami i Gorgonzola,Kuna i Mamy się bać



Rząd jest nagi

Władza PiS upadnie ze względu na coraz bardziej rozwarte PiS-owskie nożyce. Im bardziej ta wła­dza jest omnipotentna i represyjna, tym bardziej jest impotentna i nieudolna.
   PiS zdobyło władzę, przez lata powtarzając, że polskie państwo pod rządami Platformy abdykowało. Na wielu po­lach poprzednia ekipa rzeczywiście była nieobecna, do tego nieobecna świadomie albo z lenistwa. Paradoksalnie naj­lepiej opisywała to figura o „państwie teoretycznym” uku­ta przez ministra państwowca, który z ową teoretycznością, widoczną w wielu sytuacjach, miał problem. Państwo Plat­formy było według PiS fikcyjne i dlatego miało dojść do smo­leńskiej katastrofy czy afery Amber Gold. To była ta „Polska w ruinie”, która na rozkaz naczelnika Kaczyńskiego miała powstać z kolan.
   Kaczyński obietnicy częściowo dotrzymał, ale akurat nie tam, gdzie powinien. Otóż państwo teoretyczne stało się pań­stwem praktycznym dokładnie tam, gdzie powinno go nie być, a fikcyjnym tam, gdzie powinno być obecne. Państwo PiS jest szczególnie praktyczne i wybitnie sprawne, gdy przy­chodzi do demolki instytucji i do kadrowej rewolucji. Potra­fiło zgruchotać Trybunał Konstytucyjny, umiało zamienić publiczne media w tępe narzędzie prymitywnej, partyjnej propagandy, poradziło sobie z generałami, drzewami i pro­kuratorami, tak jak za chwilę poradzi sobie ze szkołami, z sę­dziami, mediami i organizacjami obywatelskimi. Wszędzie tam, gdzie trzeba ludzi walnąć w łeb, gdzie działalność in­stytucji od państwa niezależnych trzeba ukrócić, to państwo działa perfekcyjnie. Co przychodzi mu tym łatwiej, że powie­rza „ważne odcinki” ludziom o predyspozycjach niszczyciel­skich, Przyłębskim, Kurskim, Macierewiczom czy Szyszkom. Dzięki takim specom z trybunału został budynek, z TVP - długi, z armii - defilady, a z puszczy - trociny.
   Państwo niszczycieli jest jednak jednocześnie państwem nieudaczników. Ponieważ jak drzewa w puszczy wykarczowało wszystkich fachowców, jest bezradne, gdy trze­ba nie niszczyć, ale walczyć ze zniszczeniami. A gdy zdarza się nawałnica, dochodzi do katastrofy. Władza, która spraw­dza się świetnie, gdy trzeba uderzyć w obywatela, jest kompromitująco nieudolna, gdy trzeba mu pomóc. Obywatel pomaga sobie wtedy sam, a władza zainteresowana jest wy­łącznie odegraniem propagandowej szopki, która dzięki propagandystom-klakierom częściowo kamufluje obraz skrajnej niekompetencji.

sobota, 16 września 2017

Czas się bać i Trzeci sort



Czas się bać

W Polsce został dokonany przewrót ustrojowy. Jeśli ludzie o umiarkowanych poglądach nie zaczną ze sobą rozmawiać, dojdzie do niewyobrażalnej tragedii - mówi Tomasz Lipiński, muzyk, lider zespołów Brygada Kryzys i Tilt

Rozmawia Piotr Bratkowski

NEWSWEEK: W wywiadzie, który robi­łem z tobą dla „Newsweeka” trzy lata temu, jako największe zagrożenie dla Polski występował Janusz Korwin-Mikke. Śmieszne, nie?
TOMASZ LIPIŃSKI: Co do nazwisk pomy­liliśmy się, ale nie co do stylu uprawiania polityki.
Jak byś go zdefiniował?
- Mamy dziś w środku kraju wyrąbany rów, a po obu jego stronach stoją ludzie i plują na siebie, mając poczucie jedynej słuszności. Kraj podzielony, przepojony wzajemną wrogością dwóch wyklucza­jących się sił, nigdy nie będzie silny. „My albo oni” to droga donikąd, bo „oni” nie znikną. Mamy więc przed sobą dwie drogi. Albo się pozabijać - ku czemu to wszystko dzisiaj dąży, albo uznać, że jed­nak jesteśmy wspólnotą i wbrew duchowi czasu spróbować coś od nowa zbudować.
A kto niby miałby to robić, skoro wszy­scy zajmują się pluciem?
- Widzę po obu stronach ludzi, którym plucie nie odpowiada. Wyróżniają się pa­nie ze Strajku Kobiet. Dlaczego one? Bo mogłyby stworzyć przeciwwagę dla rzą­dzących mizoginów. Oni boją się kobiet, jak wszyscy mizogini. Ale nie mogą zarzu­cić tym trzydziestoparoletnim, fajnym dziewczynom, że są ubeckimi wdowami, bo jak głosi dowcip, najstarszy system, jaki one pamiętają, to Windows 98. Więc się naprawdę przestraszyli tego parasol­kowego protestu.
A z drugiej strony jest najbardziej skłon­na do dialogu część prawicowców re­publikańskich, trochę w duchu Klubu Jagiellońskiego. Państwowotwórczych, młodych tradycjonalistów, którzy chcą państwa etycznego, opartego na trójpo­dziale władzy. Oni są tak samo jak my przerażeni tym, co PiS robi.
Znasz takich młodych?
- Rozmawiałem z nimi. Są bardzo kry­tyczni wobec Kaczyńskiego i jego ekipy. Za to, że nie mają żadnego planu, że rzą­dzą bolszewickimi metodami. Uważają, że tak się państwa nie buduje, tylko roz­wala. W tym samym duchu zaczynają pi­sać niektórzy prawicowi dziennikarze. Nie jestem symetrystą, ale sądzę, że po obu stronach są ludzie, którzy uważają, że droga, którą teraz idziemy, jest straceń­cza. Więc może potrafiliby zbudować coś w rodzaju think tanku centrowego?
PO za czasów Tuska próbowała zagospo­darować to centrum. Ale dziś to miejsce w środku, dzięki któremu Platforma dwa razy wygrała wybory, zrobiło się puste. A kiedy nie ma centrum, nie ma dialogu.

piątek, 15 września 2017

Lewą marsz!



Nikt tak dobrze nie zrealizuje lewicowo-liberalnych postulatów, jak nowa formacja, która powstałaby i osiągnęła wyborczy sukces. Może już czas, aby lewica, zamiast narzekać symetryzować, poddała się społecznej weryfikacji.

Gdyby uśrednić partyjne sondaże z ostatnich kilku tygodni, okaże się, że są one niemal dokładnie takie same jak wyniki wyborów w 2015 r. Po wielu dramatycznych wydarze­niach dla polskiej demokracji, niezliczonych ekscesach i śmiesznościach władzy ranking ani drgnie, ani na górze tabeli, ani na dole. Jednocześnie masowe jak na polskie warunki lipcowe demon­stracje w obronie sądów pokazały, że pojawiła się jakaś nowa energia społeczna, która nie znajduje jednak żadnego odzwier­ciedlenia w partyjnych sondażach. Także inne badania opinii wskazują, że w wielu istotnych kwestiach Polacy mają poglądy odległe od tych, jakie są bliskie obecnej władzy, ale także to nie przekłada się na zmianę układu politycznej sceny.
   Wytworzyła się zatem dziwna i niepokojąca dla przeciwników władzy PiS luka, którą próbuje się załatać litanią pretensji i żalów. Nasilają się ataki na istniejące partie opozycyjne, zwłaszcza Plat­formę i Nowoczesną, że nie spełniaj ą pokładanych w nich nadziei, nie potrafią wchłonąć tej nowej energii. Przychodzą one zwłasz­cza z lewicowej strony, a główne zarzuty dotyczą tego, że dzisiej­sza opozycja jest zachowawcza, za mało progresywna, źle od­czytuje znaki czasów, jest nieatrakcyjna dla młodych. Dlatego pojawiają się oczekiwania, żeby antypisowe partie przynajmniej wymieniły liderów, a najlepiej pokazały nowe programy. Oczywi­ście w duchu lewicowym, bo każde inne będą skrytykowane.
   Ten duch lewicowy jest rozmyty, niemniej dość łatwy do iden­tyfikacji. Nie jest na pewno nacjonalistyczny i religijny, jest progresywny obyczajowo (choć w skalach zróżnicowanych).
Jest „wrażliwy” społecznie na różne sposoby i wobec różnych zagrożeń i wyzwań, tak zasadniczo, jak i sezonowo, np. dzisiaj w sprawie puszczy czy w sprawie koni arabskich. Jest czujny wobec zagrożeń dla demokracji i państwa prawa, ale jeszcze bardziej wobec bezduszności dla kobiet, dzieci, roślin i zwie­rząt. Jest liberalny w podstawowym zakresie tego pojęcia i nijak nie może się zmieścić w porządkach wprowadzanych przez PiS i „dobrą zmianę”. Jest tak wielokolorowy, że podstawowa trud­ność w planowaniu jakichkolwiek inicjatyw politycznych polega na wyklarowaniu właśnie politycznej platformy współdziałania, czy w ogóle działania, na ułożeniu hierarchii wartości i celów.