PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Podkarpacie już nie kocha Dudy



Andrzej Duda to zdrajca. Dołączył do Zachodu, który chce obalić Prawo i Sprawiedliwość. Tak woltę prezydenta widzą zwolennicy PiS w bastionie partii na Podkarpaciu

Renata Grochal

W poniedziałek tuż przed godz. 10 pan Janek zasiadł przed telewizorem wraz z synem. O tej po­rze prezydent Andrzej Duda wygłaszał oświadczenie na temat ustaw dotyczą­cych sądownictwa. Pan Janek założył się z synem o to, czy będzie weto. On uwa­żał, że Duda nie odważy się zablokować ważnej reformy PiS. Syn był przeciwnego zdania, bo projekty były niezgodne z kon­stytucją, a Duda jest prawnikiem.
   Obaj głosowali na PiS i Dudę, bo Pol­ska potrzebuje zmian. Pan Janek, któ­ry generalnie lubi się zakładać, jeszcze przed wyborami prezydenckimi zało­żył się z kolegą o skrzynkę niemieckiego piwa, że Duda pokona Komorowskiego. Chciał zrobić na złość Michnikowi, któ­ry powiedział, że Komorowski przegra tylko wtedy, jeśli pijany przejedzie na pasach zakonnicę w ciąży. 24 piwa wypi­li na dwóch spotkaniach.
   - Prezydent nie powinien był weto­wać. Mam do niego żal, bo w kampanii obiecał, że będzie popierał dobrą zmia­nę - mówi pan Janek. Krótko ostrzyżony, wysoki mężczyzna po pięćdziesiątce prowadzi kwiaciarnię w samym cen­trum prawie 200-tysięcznego Rzeszo­wa, tuż przy dworcu kolejowym. Już od ósmej rano jest duży ruch. Pan Janek rozkłada na zewnątrz słoneczniki i bu­kiety różowych gerber, żeby przyciąg­nąć klientów.
   - Duda powinien podpisać wszystkie trzy ustawy. Ale była za duża presja za­granicy i protesty w całym kraju, to się przestraszył. Dziwię się, że PiS nie orga­nizowało kontrmanifestacji. Czy Jaro­sław Kaczyński jeszcze nad tym panuje? Przecież to on jest wodzem. Kiedyś, jesz­cze w opozycji, na manifestacje potrafi­li zwieźć do Warszawy tysiące ludzi. Ale kto pojedzie ze wsi czy z małych miaste­czek protestować, jak w domu jest robo­ta - tłumaczy niemoc PiS mój rozmówca. Uważa, że zmiany w Krajowej Radzie Są­downictwa i Sądzie Najwyższym i tak wejdą w życie, ale kilka miesięcy później. Nie wierzy, że teraz zacznie się wojna PiS z prezydentem.
   - Żadnej wojny nie będzie. Oni wiedzą, że jak się będą między sobą żarli, to bę­dzie koniec - twierdzi pan Janek.
   Nie przeszkadza mu to, że politycy chcą wziąć sądy pod but. Za posłami PiS powtarza, że gdyby Prawo i Sprawied­liwość nie obsadziło swoimi sędziami Trybunału Konstytucyjnego, TK zablo­kowałby reformy. A w sądach są układy i PiS musi je rozbić.
   - Jak nie zmienią sądów, to dalej będzie korupcja. Tu, w Rzeszowie, wszyscy się znają, ręka rękę myje. Kancelaria prawna chciała 25 tys. zł za uniewinnienie w są­dzie człowieka, który potrącił pieszego. Facet nazbierał tylko 6 tys., to dostał wy­rok w zawiasach - opowiada.
   - Ale w ustawach PiS nic nie było o przyspieszeniu orzekania ani innych rozwiązań korzystnych dla obywateli - zwracam uwagę.
   - Za to też się wezmą, ale po wymianie kadr - zapewnia mój rozmówca.
   Z rządów PiS jest zadowolony, ale tyl­ko w 75 procentach.
   - Dali 500+. Kiedyś tu, na Podkarpa­ciu, była bieda. A teraz, gdy ludzie dostali 500+, to, co się w weekendy dzieje w mar­ketach budowlanych, to jest koniec świa­ta! Takie są kolejki. Ludzie remontują na potęgę. Kolejna rzecz to obniżenie wieku emerytalnego. Nikt mi nie będzie mówił, kiedy mam przechodzić na emeryturę. PiS odkręciło to, co wprowadziła PO, dało ludziom wybór. Widać, że chce reformo­wać - zachwala pan Janek.
   - A te 25 proc., które się panu nie podoba?
   - To, że w nocy przepychają usta­wy. Ten styl pracy Sejmu nawet dla mnie, zatwardziałego PiS-owca, jest nie do przyjęcia. Mają przecież więk­szość, po co tak dopychać kolanem? - podkreśla.
   Kolejną rzeczą, która go drażni, są czystki w spółkach i urzędach.
   - W PO też są tacy, którzy się znają na robocie. Ja to bym w ogóle po 10 proc. działaczy powyrzucał z PiS i Platformy i zrobił PO-PiS.
   - Kogo by pan wyrzucił? - dopytuję.
   - Na pewno nie Macierewicza, bo on robi dobrą robotę - mówi pan Ja­nek i deklaruje, że znowu zagłosu­je na PiS, a może nawet na Dudę, jeśli nie będzie za bardzo przeszkadzał rządowi.

niedziela, 20 sierpnia 2017

Rozstanie



Decyzja o wetach zapadła w weekend, w tajemnicy przed partią i ludźmi z pałacu. - Jest inny ośrodek który ma wpływ na prezydenta - twierdzą jego współpracownicy

Michał Krzymowski

Piątek 21 lipca, wieczorem. PiS w pośpiechu przepycha w Senacie ustawę o Sądzie Naj­wyższym. Politycy Prawa i Sprawiedliwości już wiedzą, że w projekcie jest kompromitu­jący błąd. Artykuł 12. mówi, że prezydent wy­biera prezesa SN spośród pięciu kandydatów, a artykuł 18. - że spośród trzech. Ustawę moż­na poprawić, ale trzeba by zwołać dodatkowe posiedzenie Sejmu. Posłowie musieliby ponownie głosować, byłyby kolejne awantury, przedłużyłyby się protesty.
   Późnym wieczorem marszałek Senatu Stanisław Karczew­ski dzwoni do prezydenta. Musi go wysondować, bo jeśli Andrzej Duda miałby zawetować ustawę przez jej feler, to pośpiech nie ma sensu. Lepiej złożyć poprawkę, naprawić błąd i zwrócić projekt do Sejmu. - Duda zapewnił Karczewskiego, że weta nie będzie. Mó­wił, że może skieruje ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, ale na pewno jej nie zawetuje - opowiada człowiek z głównej siedziby PiS przy Nowogrodzkiej.
   Gdy w poniedziałek 24 lipca Duda ogłasza swoją decyzję na konferencji, politycy PiS są w szoku. Prezydent oszukał, zdradził. Współpracownik Kaczyńskiego: - Jeszcze przed wetami Krzysz­tof Szczerski, szef gabinetu prezydenta wyznaczony do kontak­tów z partią, ostrzegał nas, że jest jakiś inny ośrodek, który ma wpływ na Andrzeja.

sobota, 19 sierpnia 2017

Prezydent między prawicami



Andrzej Duda, nawet jeśli walczy tylko z Ziobrą czy Macierewiczem, podważa przywództwo prezesa Kaczyńskiego. To jednak nadal spór w prawicowej rodzinie.

Wygląda na to, że „Adrian” bezpow­rotnie wyprowadził się z przedpo­koju prezesa. Wbrew nadziejom najbliższego kręgu Kaczyńskiego prezydenckie weta nie okazały się jednorazowym incydentem. An­drzej Duda stał się suwerenną figu­rą polskiej polityki i najwyraźniej dobrze się z tym czuje.
   Blokując generalskie nominacje, prezydent potwierdza ten kurs. Niemrawa odpowiedź rządu pokazuje zaś, że PiS nie bar­dzo dziś wie, co z tym począć, i najwyraźniej czeka aż Dudzie przejdzie. Wedle logiki państwowej sytuacja jest oczywista: skoro minister obrony nie jest w stanie stworzyć choćby ele­mentarnych kanałów komunikacyjnych ze zwierzchnikiem sił zbrojnych, powinien odejść. Problem w tym, że Macierewicz j est przede wszystkim jednym z pisowskich notabli, głównym strażnikiem partyjnej ortodoksji. Konfrontacja prezydenta z szefem MON - niezależnie od jej wymiaru kompetencyjne­go - staje się więc przy okazji symbolicznym sporem dwóch fundamentalnych prawicowych wrażliwości.

piątek, 18 sierpnia 2017

Rzeczpospolita obojga narodów



W Polsce nie ma opinii publicznej w tradycyjnym dla demokracji znaczeniu. Są dwa ideowo-informacyjne obiegi, dwa systemy wartości. W tym sensie nie istnieje już społeczeństwo jako całość. Politycznie korzysta z tego wyłącznie PiS.

Blisko jedna trzecia Polaków uważa, że żyje teraz w najlep­szym państwie od 1989 r. albo wręcz w całej historii, wreszcie demokratycznym i polskim, z rozwijającą się w szalonym tempie go­spodarką, patriotycznymi wizjonerami u steru władzy. W państwie, które dumnie wstaje z kolan po to, aby stać się regio­nalnym mocarstwem, budzącym ogólny szacunek i respekt. Pozostali zaś (odlicza­jąc tych, którzy w ogóle nie interesują się sferą publiczną) sądzą, że zamieszkują kraj staczający się w stronę wschodniej, prowincjonalnej satrapii, rozdający socjal na kredyt, którego władze likwidują demo­krację i przez skłócenie z Europą prowa­dzą do całkowitego osamotnienia państwa w coraz mniej bezpiecznym świecie.
   Te dwa obrazy różnią się tak dramatycz­nie, że nie ma już jednego języka ich opisu. A jeśli go nie ma, to rozdwojeniu ulegają też normy polityczne, moralne, kategorie dobra i zła. Inaczej jest rozumiany interes
narodowy i kwestia suwerenności. Zanika zatem coś niezmiernie w demokracji cen­nego - opinia publiczna, zbiorowa etycz­na intuicja. Praktycznie przestaje istnieć jeden z najważniejszych bezpieczników ustrojowego systemu - w miarę jednolite i powszechnie akceptowane kryteria oce­ny ludzi i zdarzeń.
Często słyszy się stwierdzenie: w normal­nym kraju po „takich” słowach, eksce­sach, aferach byłyby od razu zawieszenie, dymisja, infamia, wypadnięcie z politycz­nego obiegu. Ale nie u nas. Takie opinie pojawiały się na przykład po śmierci młodego człowieka we wrocławskim ko­misariacie, czy po słynnej „córce leśnika”, po Misiewiczach, mistralach, Berczyńskich i w wielu innych przypadkach. W sprawnie działającym systemie, po tym jak sztanda­rowe projekty ministra są następnie wetowane przez prezydenta jako niekonstytu­cyjne, taki minister zwyczajowo powinien przynajmniej oddać się do dyspozycji pre­miera. Ale w nienormalnym systemie taki szef resortu pozwala sobie na pouczanie głowy państwa - od której dostał przecież nominację - oraz krytyczne, łagodnie mó­wiąc, uwagi pod adresem prezydenckie­go otoczenia.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Bóg harcmistrz



Ksiądz harcmistrz Wojciech L. przyznał się do molestowania harcerzy na obozie w Wołkowyi. Tłumaczył, że robił to dla ich dobra: aby stali się lepszymi katolikami, Polakami i dziećmi Boga

Elżbieta Turlej



Ksiądz dyrektor z dziećmi. Niemalże jak święty Jan Bosko - słychać głos z offu. Ksiądz Wojciech L. (łysi­na, okulary) układa puzzle z kilkuletnimi chłopcami. Mówi, lekko sepleniąc: - Jest doskonale! Doskonale!
   Na innym filmie nagranym telefonem i wrzuconym na stronę obozu w Wołko­wyi jest mniej opanowany. Odwrócony tyłem do kamery (szare dresy i czarny polar) krzyczy w stronę nastolatków. Kil­ku wykonuje jego polecenia. Kiedy wy­maga, żeby zeszli z ławek, schodzą, a gdy przywołuje, aby podeszli, podchodzą.
   O dwóch z nich reszta grupy mówi: „przydupasy księdza”. Nikt nie chce obok nich siadać podczas posiłków, wszyscy milkną, gdy przechodzą obok. Prawdo­podobnie zaczynają się sobie zwierzać. Ustalają, że po powrocie do domu opo­wiedzą matkom, co się działo na kolo­niach z księdzem Wojtkiem L.

środa, 16 sierpnia 2017

Bardzo długi marsz,Polski lipiec,Polsko,Wielki mistrz,Karty na stół,Program 500 (tysięcy)+ i Nowa poczekalnia w obozie władzy



Bardzo długi marsz

Dyktatura nadchodzi wielkimi krokami. Ale równie szybko budzi się pogrążone w letargu społeczeń­stwo obywatelskie. Dwa procesy. Dwie dynamiki. Dwa wektory. I nieuchronne starcie, które zdecyduje o tym, czy Polska będzie demokracją, czy dyktaturą.
   Oba procesy robią wrażenie. Po 20 miesiącach PiS-owskiej władzy Jarosław Kaczyński ma już niemal wszystkie narzę­dzia, by dyktaturę zainstalować. A właściwie wszystkie, bo mechanizm autokracji może puścić w ruch nawet przy kilku wciąż istniejących niezależnych mediach, ich dorżnięcie zo­stawiając na później. 22 lipca - dzień, który przez 45 lat był de facto świętem nadejścia komunistycznej dyktatury - Ka­czyński mógł więc świętować powrót do PRL, choć tym ra­zem socjalizm będzie nie tylko realny, lecz także narodowy.
   Jednocześnie jednak niemal na finiszu dzieła, w sumie niespodziewanie, pojawiły się na nim ogromne rysy. Oto upokarzany przez Kaczyńskiego prezydent Duda w końcu się odwinął. Nie było to (bo nie mogło być) wypowiedzenie posłuszeństwa. Ale błędem byłoby bagatelizowanie tego, co się stało. PiS-owska horda miała wpaść do pałacu sprawied­liwości niczym bolszewicy do Pałacu Zimowego. Tymczasem ingerencja prezydenta sprawiła, że przybysze będą się mu­sieli zameldować w biurze przepustek, chwilę w nim posto­ją, a wielu odejdzie z kwitkiem. To nie jest drobna różnica. Huragan to jednak nie tsunami.
   Niemal ze stuprocentową pewnością można powiedzieć, że skandowane na ulicach hasło: „Chcemy weta!” nie zosta­nie wysłuchane. Żadnego weta zapewne nie będzie. Byłaby na nie szansa, gdyby A. Duda bardziej niż Kaczyńskiego bał się Polaków. Tak jednak nie jest.
   Było jednak miniweto. Z perspektywy obywateli cichut­kie może i nieznaczące, ale w systemie znaków PiS-owskiej władzy aż dudniące. Do dekompozycji obozu władzy wciąż bardzo daleko, ale dziś jest ona na horyzoncie, a nie tylko w abstrakcyjnych spekulacjach.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Kaczyńskiemu strzeliły stabilizatory



Tego dnia pan prezydent wbił Kaczyńskiemu nóż w plecy. I to go tak rozwścieczyło. A że nie mógł mówić o zdradzieckiej mordzie do pana prezydenta, to dostało się PO – twierdzi Ludwik Dorn

Renata Grochal



Newsweek: Czy Kaczyński oszalał, krzycząc do opozycji z sejmowej trybuny: „Nie wycierajcie sobie swoich mord zdradzieckich nazwiskiem mojego brata. Niszczyliście go, zamordowaliście go, kanalie!”. Tego w polskim Sejmie jeszcze nie było.
Ludwik Dorn: Nie wiem, czy oszalał. Na pewno strzeliły mu stabilizatory polityczno-emocjonalne. Widać było, że mówca jest w stanie emocjonalnej gorączki i emocjonalnego proszku. Stracił nad sobą jakąkolwiek kontrolę.
Często mu tak strzelają stabilizatory?
- Każdy widział, jak Kaczyński, umie­jętnie podpuszczony przez przeciwni­ków, coś chlapnie. Ale tym razem to nie było wyjście z siebie. To było ustano­wienie nowej sytuacji politycznej mię­dzy PiS a opozycją. Nie bardzo sobie wyobrażam po tej wypowiedzi porozu­mienie z udziałem PO i PiS co do tego, że Ziemia jest okrągła, a u biegunów nieco spłaszczona. To, co zrobił szef PiS i nieformalny szef państwa, wyklucza możliwość jakiejkolwiek komunikacji.
Ale co się stało?
Nic, co się działo na sali sejmowej, nie uzasadniało takiego wzburzenia. Ale tego dnia pan prezydent doko­nał aktu zdrady, wbił Kaczyńskiemu nóż w plecy. I to go tak rozwścieczy­ło. W wyniku zapowiedzianych przez Dudę decyzji posypał się cały plan PiS i pana Kaczyńskiego. A że nie mógł mówić o zdradzieckiej mordzie i ka­nalii do pana prezydenta, to dostało się PO.
Ale przecież prezydent swoimi poprawkami nie zmienił filozofii ustawy o KRS, sędziów dalej będą wybierać politycy.
- Filozofii nie zmienił, ale pożytki zmienił. Filozofii i poezji, jak pisał kla­syk, nikt nie zji, a korzyści i pożytki rzecz już bardziej konkretna. Kaczyń­ski chciał przejąć sądy tak, jak przejął Trybunał Konstytucyjny. Sądów tak szybko w całości się przejąć nie da, ale można tu i ówdzie zainstalować swoje jaczejki. A teraz PiS musi się podzielić z prezydentem i innymi partiami.
Krajowa Rada Sądownictwa jest kluczo­wa, jeśli chodzi o sterowanie karierami sędziów, a każdy chce zrobić jakąś ka­rierę. I nagle, jeśli chodzi o mianowanie sędziów do KRS, pojawia się trudność, trzeba się dogadywać.
Będzie bardzo trudno zebrać 276 głosów w Sejmie, czyli 3/5 potrzebne, by powo­łać sędziów do KRS. Trzeba włączyć w dogadywanie nie tylko klub Kukiza, ale także posłów z kół i niezrzeszonych, co łatwe nie będzie. Gdy to było skupio­ne w jednym ręku, tak jak przewidywał projekt PiS, to w ramach tak skonsolido­wanej władzy można było w miarę szyb­ko wymienić KRS. Tak by jeszcze przed wyborami w 2019 roku uzyskać np. wy­roki, które zablokowałyby niektórym posłom opozycji możliwość kandydo­wania do Sejmu. Teraz to będzie o wie­le trudniejsze.
Poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński twierdzi, że Kaczyński powiedział mu, iż politycy PO będą siedzieć. Też pan tak sądzi?
- Generalnie Kaczyński potrzebuje są­dów, żeby mieć narzędzie wpływu na opozycję. W 2009 roku została uchwa­lona głosami PiS i PO, w pełni entu­zjazmu, zmiana konstytucji. Dziewięć osób wstrzymało się od głosu, w tym ja. W art. 99 dodano ustęp 3, który mówi, że jak ktoś zostanie skazany na karę po­zbawienia wolności za przestępstwo umyślne ścigane z oskarżenia publicz­nego, to traci bierne prawo wyborcze, czyli nie może kandydować do Sejmu i Senatu.
Do tej pory PiS-owska władza występo­wała w roli psa, który głośno szczeka, ale słabo kąsa. Jedyne wnioski o ukaranie, które z okazji tych wszystkich puczów były kierowane, to były wnioski z ko­deksu wykroczeń. Ale one nie pozbawia­ją biernego prawa wyborczego. Jeżeli się dość szybko zamontuje gdzieś jakąś jaczejkę, czyli sędziego nadgorliwego, to w jakiejś tam sprawie - a jest jeszcze przecież zdrada dyplomatyczna Tuska - będzie można wyrok uzyskać.
Przecież parę dni temu, gdy opozycja zapowiadała protesty w Sejmie i przed Sejmem, pan Kaczyński powiedział, że posłowie wchodzą w konflikt z kodek­sem karnym i muszą sobie zdawać spra­wę z konsekwencji politycznych. Moim zdaniem miał na myśli właśnie dopro­wadzenie do utraty biernego prawa wyborczego.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Jesteście kanaliami



Gdy Jarosław Kaczyński schodzi z mównicy, pierwsza do oklasków podrywa się Beata Szydło. Po niej Piotr Gliński i reszta posłów. Prezes nie ma sobie nic do zarzucenia. To inni go zdradzili: Andrzej Duda, Krzysztof Szczerski, Paweł Kukiz

Michał Krzymowski

Wtorek rano. W Sejmie trwa posiedzenie klu­bu PiS. - Opozycja szykuje powtórkę gru­dniowego ciamajda­nu - ostrzega poseł Marek Suski - ale tym razem jesteśmy zdani tylko na siebie, na Kukiza już nie ma co liczyć. Przecież on na poprzednim posiedzeniu Sejmu pró­bował z Platformą zerwać kworum. Ma­ska opadła.
   W PiS pełna mobilizacja, w Sejmie - stan wyjątkowy. Jeszcze przed rozpo­częciem obrad biuro klubu obdzwania wszystkich posłów, żeby upewnić się, czy wystarczy głosów do przeprowadzenia czystki w Sądzie Najwyższym. W sali sej­mowej mównicy pilnują uzbrojeni funk­cjonariusze Straży Marszałkowskiej. Wokół budynku ustawiono barierki, ściągnięto policję i zaryglowano wejście do Sali Kolumnowej - na wypadek, gdy­by opozycja znów zablokowała mówni­cę w sali plenarnej i trzeba by przenieść obrady. Na tyłach budynku już czeka policyjna armatka wodna i furgonetka z napisem: „Technika konferencyjna, na­głośnienia, głosowania”.
   Wieczór. Kilka godzin po konferencji prasowej, na której prezydent Andrzej Duda postawił PiS warunek: jeśli par­lament nie przyjmie jego poprawki, to ustawa o Sądzie Najwyższym zostanie za­wetowana. W marszałkowskim gabinecie trwa spotkanie kierownictwa PiS z prezy­denckim ministrem Krzysztofem Szczerskim. Atmosfera jak na przesłuchaniu. Szczerski siedzi naprzeciwko Jarosława Kaczyńskiego i jego podwładnych: Beaty Szydło, Joachima Brudzińskiego, Ryszar­da Terleckiego i Marka Suskiego. Pada­ją oskarżenia o nielojalność, powtarzają się pytania dlaczego on - człowiek partii wyznaczony do kontaktów z głową pań­stwa - nie ostrzegł o planach prezydenta. Gdy Szczerski po raz kolejny zapewnia, że o niczym nie wiedział, prezes zarzuca mu kłamstwo i zaczyna kpić.
   Po spotkaniu Suskiego z rzeczniczką partii Beatą Mazurek idą w kuluary i przekazują posłom: prezydent zdradził.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Cel: TVN ?



Przejęcie TVN przez amerykański koncern Discovery zbiegło się w czasie ze spekulacjami, że PiS spróbuje ugrać i swój interes - „odzyskać" TVN24 i przekazać tę stację w inne, słuszniejsze ręce. Ma w tym pomóc dekoncentracja mediów.

Stałoby się faktem to, o czym w branży medialnej mówi się od dawna, czyli przejęcie wy­łuskanego z grupy medialnej TVN24 przez jedną ze spółek Skarbu Państwa lub firmę neutralną wo­bec władz. W ten sposób partia Jarosława Kaczyńskiego pozbyłaby się z przestrzeni publicznej telewizji, która „manipuluje”, „wprowadza widza w błąd”, „szczuje prze­ciwko sobie Polaków”, „rozbija narodową jedność”, „demoralizuje” czy „zaszczuwa posłów i przedstawicieli obecnych władz” (wszystkie cytaty za skargami polityków PiS i ich sympatyków do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji). Zrealizowałaby też ogłoszony niedawno w TV Trwam plan prezesa, dla którego uchwalenie ustawy dekoncentracyjnej to obok ponowne­go skoku na Sąd Najwyższy najważniej­sze wyzwanie.
   Od ludzi związanych z rynkiem telewi­zyjnym można usłyszeć, że podchody pod TVN24 odbyły się kilka miesięcy temu. Do amerykańskich właścicieli TVN z kon­cernu Scripps Networks Interactive mieli się zgłosić emisariusze, którzy złożyli ofertę zakupu największej polskiej telewizji infor­macyjnej. Żeby transakcję uwiarygodnić biznesowo i nie sprawiać wrażenia prostac­kiego przejęcia przez podporządkowaną rządowi spółkę, nowy podmiot powstały na bazie informacyjnej części TVN miałby trafić na giełdę.

sobota, 12 sierpnia 2017

Po-rachunki



Wniosek posła Mularczyka o zbadanie możliwości uzyskania reparacji wojennych od Niemiec wywołał stary temat. Zwykle nie chodzi o odszkodowanie - całkowicie nierealne, lecz o sygnał wobec Berlina. Głównie jednak o domowy użytek.

Jerzy Mąkosa

O reparacjach mówił już wcze­śniej, na konwencji Zjedno­czonej Prawicy w Przysusze, prezes PiS Jarosław Kaczyń­ski, zaskakując ponownym żądaniem wypłaty Polsce odszkodowań wojennych przez Niemcy. Przypomniał, że Polska poniosła gigantyczne straty ma­terialne i ludzkie w wyniku niemieckiej agresji i okupacji, „których tak naprawdę nie odrobiliśmy do dziś” i które „są wła­ściwie nie do odrobienia”. Przypomniał, że „Polska była pierwszym krajem, który zbrojnie przeciwstawił się niemieckiemu hitleryzmowi”, i krytykujące dziś PiS kraje zachodnie powinny o tym pamiętać. Prezes przekonywał, że „Polska nigdy nie zrzekła się odszkodowań - a ci, którzy tak sądzą, są w błędzie”. Kilkanaście dni później, po­twierdzając niejako tezę o krajowym ad­resacie takich wystąpień, znacznie osłabił wymowę swoich słów z Przysuchy i spro­wadził kwestię zaledwie do „sygnału” oraz do „przypomnienia pewnych spraw”. Teraz
te sprawy znów wróciły. Przypomnijmy za­tem, jak się naprawdę mają.
Wychodzenie z żądaniem odszkodo­wań wojennych w 72 lata po zakończeniu wojny to droga w ślepy zaułek, to polityka wyprana z realizmu. Polska nie ma mocy sprawczej do realizacji takiej polityki, a rząd niemiecki, nawet gdyby chciał uznać nasze roszczenia, to nie jest w stanie prze­bić się przez opór powojennych pokoleń Niemców, którzy nie poczuwają się już do odpowiedzialności za wojnę. I każdo­razowo w takich przypadkach odsyłają nas do znaczącego wkładu Niemiec do wspól­nego unijnego budżetu, z którego Polska czerpie niespotykane nigdy wcześniej w hi­storii korzyści.
Niemcy przypominają nam także, że wprawdzie po wielu latach i z dużymi oporami, ale pogodzili się w końcu z gra­nicą na Odrze i Nysie i przejęciem przez Polskę ziem zachodnich, i ta kwestia po wiekach sporów granicznych przestała konfliktować i dzielić oba narody. Oceniają, nie bez racji, że przesunięcie terytorialne Polski po wojnie z rolniczego wschodu na zurbanizowany zachód pomogło nam w dokonaniu skoku cywilizacyjnego i przy­bliżyło zarówno geopolitycznie, jak i men­talnie do cywilizacji zachodniej. Uważają, że ten historyczny akt jest istotnym skład­nikiem ich zadośćuczynienia Polsce. Tyle, jeśli chodzi o standardowe, dobrze zna­ne argumenty.

piątek, 11 sierpnia 2017

Sędziowie ulegli?



Dwa tygodnie po spektakularnych protestach obywateli w obronie niezależności sądów i niezawisłości sędziów Sąd Najwyższy wydał rozstrzygnięcie, które wygląda jak kapitulacja przed PiS.

Ewa Siedlecka

Wkrótce potem z Naczelne­go Sądu Administracyj­nego wyszła informacja sugerująca, że uznaje on dublerów w Trybunale Konstytucyjnym za prawomocnych sę­dziów. Od takiej interpretacji odcięło się jednak w piątek Kolegium Sędziów NSA.
   Nie warto było bronić sądów? Nieza­leżnie, jak oceniamy te dwa fakty, prawda jest taka, że bronimy sądów dla siebie, a nie dla sędziów. Bo sądy, obok wolności zgromadzeń (której możemy dochodzić jedynie przed sądami), to jedyna tarcza obywateli przed samowolą władzy. I jeśli to władza obsadzać będzie sędziów – sądy będą pasem transmisyjnym władzy, a nie obywatelską tarczą.
   Po drugie: rozstrzygnięcie trzech sę­dziów SN czy pismo rzeczniczki prasowej NSA nie są stanowiskiem „sądownictwa”. Sędziowie, jak nauczyciele, hydraulicy, lekarze czy dziennikarze, są różni. Mają różne poglądy prawne i różne motywacje. Warunek jest jeden: muszą się one mieścić w granicach prawa. A te się mieściły.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wrona górą,Frajerzy i kanalie,W tunelu,Zdradzieckie mordy - łączcie się!,To lato na lata,Prezydent zreformuje sądy?,Opór powinien trwać i Bój Polaków Europejczyków



Wrona górą

Co wyłączać najpierw - wizję czy fonię? Kiedy na ekranie pojawia się prezes, wyłączam wizję, bo widok znam, a dzięki fonii można czasami usłyszeć coś nowego - „mordercy”, „zdradzieckie mordy” albo „kanalie”. Gdy natomiast wi­dzę panią premier, to wyłączam fonię, bo niczego cieka­wego się nie spodziewam, ciągle to samo: „Polki i Polacy”, ale przynajmniej broszka co dzień inna. A broszka jest ważna, bo pomaga zorientować się, gdzie przód - gdzie tył. „Dżentelmeni zapraszają damy./Tam gdzie broszka - tam jest przód”, jak w piosence Agnieszki Osieckiej.
   Gdzie się podziała dobroduszna ciocia Szydło, która miała dla nas tyle obietnic - wspólnota, rzecznik opozycji, comiesięczne sesje pytań i odpowiedzi w Sejmie, a teraz, zła jak osa, wymyśla od elit, krzyczy i wygraża? „Podwyżki benzyny nie będzie, reforma sądów będzie” - zapowia­dała kilka dni temu. Okazuje się - przedwcześnie.
   Natomiast Jarosław Gowin wart jest zarówno wizji, jak i fonii. Zazwyczaj w pierwszych rzędach loży rządowej, pod ręką szefowej, tego dnia, kiedy poparł haniebną ustawę o Sądzie Najwyższym, skurczył się, jak gdyby chciał się zapaść pod ziemię ze wstydu, że podniósł rękę „za” egzekucją sądu. Kiedy wszyscy ministrowie stali i klaskali ze szczęścia, że pogonią Trybunał, Sąd i Radę, wicepremier Gowin, skulony, malutki jak pięć groszy, bawił się w chowanego. Podczas kiedy jego wspólnicy klaskali samym sobie, on przyjął pozę Gowina frasobli­wego. A przecież mógł się wstrzymać od głosu. To jed­nak wymagało odwagi, która była ponad jego siły. Ja go rozumiem, a nawet mu współczuję. Wiem, co to strach. Pierwszy kamieniem nie rzucę.
   Kiedy pokolenie „złogów” zdawało egzamin z odwagi, miało przeciwko sobie Biuro Paszportów, partię, nomen­klaturę, a najbardziej odważni - „zęby krat”. Czym ryzy­kują dzisiejsi subtelni intelektualiści - Gowin czy Gliński? Głową na pewno nie, nawet nie tyłkiem, w najgorszym przypadku - stołkiem. O tym, że król jest nagi, że „refor­ma” to zamach na państwo prawa - dobrze wiedzieli. Ostrzegali ich co bardziej myślący publicyści. Paweł Li­sicki, redaktor naczelny „Do Rzeczy”, pisma tzw. niepo­kornych, pisał przed głosowaniem w Sejmie: „Trudno przyjąć choćby to, żeby ustawa mogła wygasić mandaty sędziów zasiadających w KRS, skoro długość ich kadencji określa wyraźnie konstytucja. (...) Czy sytuacja, w której prokurator generalny, oskarżyciel w imieniu państwa, ma tak duży wpływ na obsadę stanowisk sędziowskich i ka­rierę sędziów, od których wymaga się bezstronności, nie ogranicza podstawowego prawa obywatela do obrony?”.

środa, 9 sierpnia 2017

Duet przeciw soliście



Fala protestów wyniosła w górę Kamilę Gasiuk-Pihowicz i Borysa Budkę. To na nich wskazuje się dziś w rozważaniach o zmianie generacyjnej w polityce.

Anna Dąbrowska

Oboje opublikowali na swoich profilach na Facebooku wspólne zdjęcie. Pod nim tysiące lajków i komentarzy w stylu: „wielka nadzieja opozycji”, „jesteście naszym zbawieniem”, „czas na zmianę sztafety”, a nawet za­chęty do stworzenia nowej partii, „za którą pójdą tłu­my”. Niektórzy wróżą, że to zdjęcie przyszłej premier i prezydenta, inni - że odwrotnie. Oliwy do ognia dolał Władysław Frasyniuk, który pod Sądem Najwyższym ogłosił abdykację polityków swo­jego pokolenia. Wymienił Budkę i Gasiuk-Pihowicz z nazwiska, dodając trochę w stylu macho, że pod jej rozkazami to byłby nawet gotowy wynosić śmieci. Dziś to wizja na wyrost, ale z pewnością daje do myślenia i Ryszardowi Petru, i Grzegorzowi Schetynie.
   Choć to Gasiuk-Pihowicz i Budka zostali najcieplej przyjęci przez tłum na Krakowskim Przedmieściu, oboje studzą emocje, szczególnie te dotyczące personaliów. Jakby się umówili. - To oczy­wiście miłe sercu, ale teraz rozważania personalne są mało ważne. Ja widzę siłę protestu Polaków - i to jest teraz ważna sprawa, która zaważy na polityce, a nie dyskusja o polskim Macronie. Teraz naj­ważniejsza jest wspólna walka o wymiar sprawiedliwości - mówi Gasiuk-Pihowicz. - To wszystko mnie buduje i daje energię, ale staram się podchodzić do tego na chłodno. Polityka to gra zespo­łowa. A gramy teraz o najwyższe stawki, o fundamenty państwa demokratycznego - stwierdza Budka. Akurat oni zespołowo grają już od początku kadencji. W duecie organizowali wiele konfe­rencji prasowych w Sejmie i tłumaczyli prostym językiem, co PiS chce zrobić z Trybunałem Konstytucyjnym. Wzywali wspólnie prezydenta, aby nie przyjmował ślubowania od trzech sędziów dublerów. W marcu zeszłego roku, stojąc ramię w ramię, wzywali Polaków, by stanęli przed Trybunałem i „pokazali swoją determi­nację, by żyć w państwie prawa”. Ona o Budce: - Borys jest zawsze świetnie przygotowany do rozmowy i wystąpień w Sejmie. Zdecy­dowanie to z nim spoza Nowoczesnej najwięcej w Sejmie współ­pracuję, nigdy się na nim nie zawiodłam. On o Gasiuk-Pihowicz:
- Często się konsultujemy, pokazaliśmy, że współpraca w opozycji jest możliwa. Kamila daje świeżość, a ja doświadczenie. PiS nie może im zarzucić obrony komunistycznego porządku. Ona, kiedy upadał komunizm, miała 6 lat, on - 11.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Drążenie szczeliny



Przewodniczący PO Grzegorz Schetyna o współpracy partii opozycyjnych i ruchów obywatelskich, o pęknięciu w PiS i dochodzeniu do wizji

- Co się właściwie stało? Czy weta prezydenta to autentyczna odpowiedź na bunt społeczeństwa? Czy może jest tu jakaś rozgrywka - żeby nie powie­dzieć ustawka - której opinia publiczna może jeszcze nie dostrzegać?
Grzegorz Schetyna: - Przede wszystkim nic by się nie zmieniło, gdyby nie wielki, spontaniczny opór społeczny przeciw za­właszczeniu sądów przez PiS i współpraca tego ruchu z opozycją parlamentarną. Bez tego nie byłoby dwóch wet prezydenta. Zakładam jednak, że intencje prezydenta są szczere, że chce się wybić na niepodle­głość i rozpocząć nowy etap prezydentury. Gdybym był złośliwy, tobym powiedział, że chce wstać z kolan. Wierzę w te inten­cje, choć widać, że na razie podniósł się tylko z jednego. A przyczyn doszukuję się w otoczeniu prezydenta, czyli w Kancela­rii, wśród współpracowników: tych, którzy się tam niedawno pojawili, i tych, których już tam nie ma. Odeszła Małgorzata Sadurska, ale jest za to Krzysztof Łapiński. Wiązałbym więc te weta z wejściem poli­tyki do Pałacu. Nie bez znaczenia jest to, że Łapiński pozostawał w ostrym konflikcie z Ryszardem Terleckim i Beatą Mazurek, był sekowany i anihilowany politycznie, więc de facto uciekał z Sejmu.
Co się zatem stanie w perspektywie najbliższych kilku miesięcy?
Decydujące będą dwie rzeczy: czy opór społeczny i opozycji wobec PiS zachowa swą dynamikę oraz jaki będzie drugi krok prezydenta. Czy Andrzej Duda będzie ofen­sywny, zechce pokazać własną koncepcję na siebie i urząd, czy stanie się realnym ośrodkiem decyzyjnym dla części PiS, bo będzie czytelnie wskazywał, że chce bu­dować swoje miejsce w polityce. Nie tylko jako głowa państwa, ale i osoba, która ma ambicje zarządzać emocjami polityczny­mi tego środowiska. Zatem: czy wpisze się w scenariusz nazywany przez niektórych scenariuszem sukcesji po Kaczyńskim.

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Ręka w rękę



Zimna wojna prezydenta z Kaczyńskim, gorąca z Ziobrą - oto jak wygląda krajobraz w obozie władzy po wecie do ustaw sądowniczych.

Podwójne weto Andrzeja Dudy do ustaw sądow­niczych przypadło na poniedziałek, dzień dyżu­rów poselskich. Posłanka PiS: - Wisiały u mnie dwa plakaty Dudy z kampanii prezydenckiej. Moi współpracownicy spojrzeli na nie, potem na mnie. Kiwnęłam głową. Zdjęli plakaty, na ich miejsce zawiesili nowe, z Janem Pawłem II i Piłsudskim.
   Ta niemal filmowa scena więcej mówi o prze­łomie w relacjach prezydenta z partią rządzącą niż gorączkowe narady na Nowogrodzkiej. I na pewno więcej niż zaklęcia z roz­syłanych do posłów przekazów dnia: „Nie ma wojny na górze. Prezydent ma konstytucyjne uprawnienia do tego, co zrobił”.
   Nie ma mowy o ustawce, tajnym porozumieniu Nowogrodz­kiej i Pałacu, na czym miałby skorzystać zarówno prezydent
(zrywając z wizerunkiem notariusza), jak i prezes (dzięki wy­gaszeniu protestów w obronie sądów). - Duda wszedł na drogę Kazimierza Marcinkiewicza - ocenia szeregowy poseł PiS.
   - Do tej pory strzelbę miał Jarosław Kaczyński. Teraz wszyscy strzelają do wszystkich - oceniał tuż po wecie jeden z ministrów. Teraz niby się trochę uspokoiło, czemu sprzyjają wakacje par­lamentarne, ale z puzzli prezesa wypadł jeden ważny i niezastępowalny element.
   Przyznał to zresztą półgębkiem Kaczyński, gdy kilka dni po wecie udzielił wywiadu TV Trwam i Radiu Maryja. „W ciągu 20 miesięcy opozycji nie udało się doprowadzić do sytuacji, któ­ra stwarzałaby niebezpieczeństwo przełomu, a dzisiaj, nieste­ty, takie niebezpieczeństwo powstało. To był bardzo poważny błąd” - powiedział.
   A zatem prezydent nie tylko postawił się Kaczyńskiemu, nie tylko zablokował kluczowe ustawy, lecz i pomógł „totalnej opo­zycji”. To koniec pewnego etapu.
   By zrozumieć, jak ważne były te ustawy - niekonstytucyj­ne, łamiące kręgosłup sądownictwu i wprowadzające czystkę w KRS i Sądzie Najwyższym - wystarczy wrócić do znanych od lat tez Kaczyńskiego. Niemożliwa jest, powiada prezes, prze­budowa państwa i jego dekomunizacja bez starcia z prawni­kami stojącymi na straży III RP. Rozwinięta w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego - i wspierana przez sędziów SN - doktryna państwa prawnego stoi w sprzeczności z będącą rdzeniem tożsamości PiS chęcią „szarpnięcia cuglami”. Weto było podstawieniem nogi biegaczowi na ostatniej prostej. A ści­ślej dwóm biegaczom, bo głównym beneficjentem ustawy o SN miał być Zbigniew Ziobro.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Lepiej być karłem?



Na naszych oczach kształtuje się nowa tożsamość polskiej wspólnoty narodowej: wspólnota strachu i neurozy. Bo takie jest zasadnicze przesłanie obecnego obozu władzy, który odmawia przyjęcia choćby jednego uchodźcy.

To tylko z pozoru czysta polityka. Jarosław Kaczyński w 2015 r. odkrył polityczną moc wiążącą się z genero­waniem strachu i zarządzaniem nim (sławetne rozno­szenie przez uchodźców pasożytów i zarazków). Wobec fali zamachów terrorystycznych w Europie Zachodniej linię tę podtrzymał objąwszy rządy, choć silniejszego związku mię­dzy tamtymi aktami terroru a uchodźcami i/lub migrantami z lat 2014-17 nikomu dotąd nie udało się wykazać. Niemniej, i to jest dla PiS najważniejsze, prowadzona polityka zarządzania strachem okazała się skuteczna: przyjmowaniu uchodźców przeciwstawia się, według sondaży, ponad 70 proc. Polaków, a rządy PiS przedsta­wiane są jako jedyna realna zapora przed migracyjną falą.
   Gdyby chodziło tylko o zarządzanie strachem w celu utrzymania władzy przez PiS, można by ostatecznie machnąć ręką. Kolejne rządy, partie - rzecz przemijająca. Chodzi jednak o rzecz głębszą, ważniejszą i poważniejszą - o metapolitykę i głęboką modyfikację tożsamości narodowej przesądzającej o funkcjonowaniu polskiej wspólnoty w Europie i świecie, a przede wszystkim u siebie - w Pol­sce. I nie jest przy tym ważne, czy ta modyfikacja jest uświadomio­nym celem PiS, czy tylko nieprzewidywanym efektem ubocznym. Nawet jeśli intencji nie ma, to na jedno wychodzi.
   Można mieć do sondaży jako wskaźnika głębszych procesów społecznych stosunek sceptyczny, ale coś jednak one o rzeczywi­stości mówią, zwłaszcza wtedy, gdy stawiają respondentów w sytu­acji realnego wyboru. Dlatego nie można lekceważyć tego, że ponad 60 proc. Polaków jest przeciwnych otwarciu organizowanych przez Kościół katolicki korytarzy humanitarnych dla uchodźców z Syrii. Mało kto w Polsce wie, na czym korytarze humanitarne polegają, ale repulsywna reakcja na zbitkę: uchodźcy-przyjmowanie-Kościół, daje do myślenia. Podobnie jest z opublikowanym w POLITYCE sondażem, według którego blisko 57 proc. popiera odmowę przy­jęcia uchodźców muzułmańskich, nawet gdyby groziło to utratą funduszy unijnych, a 51 proc. jest przeciw przyjęciu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z koniecznością opuszczenia Unii Euro­pejskiej . Unia Europejska i jej fundusze to już nie coś mglistego, ale twardy konkret, który, dzięki tablicom informacyjnym o finansowa­niu inwestycji, widać niemal w każdej polskiej gminie. A jednak.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Wstrząsy w imperium



Partia Kaczyńskiego poczuła się wszechmocna, pozbyła się ostatnich hamulców i weszła w okres cezaryzmu. Zapowiedź podwójnego weta prezydenckiego to sygnał, że imperium PiS zaczyna się chwiać.

Władzy wydawało się, że kolejne pomy­sły rozmontowujące demokratyczny system będą przyjęte bez szemrania, bo przecież partia-matka ma „miaż­dżącą przewagę”, a społeczeństwo jest zajęte konsumpcją przyznanego socjału. Ale nagle najwyraź­niej doszło do jakiejś kumulacji, przy kwestii ustaw sądowych wyszły inne rzeczy: to, że Trybunał Konstytucyjny jest fikcją i nigdy nie sprzeciwi się rządzącym, że państwowa telewizja jest bezwstydnie dyspozycyjna, że za chwilę PiS zagrozi PKW, organizacjom pozarządowym, prywatnym mediom. Może zwłaszcza młodzi Polacy do strzegli w końcu wyraźnie to, co PiS zrobił z wcześniej przejętymi przez siebie instytucjami, i zadali sobie pytanie - dlaczego z sądami miałoby być inaczej?
   Prezydent Duda w uzasadnieniu swojej decyzji o wetach dał wyraźnie do zrozumienia, że społeczny sprzeciw wobec „reform” PiS był dla niego ważnym motywem, choć nie od­mówił sobie przy okazji ataku na rzekomą agresję opozycji. Bardzo prawdopodobne, że swoje znaczenie miały sygnały z zagranicy, rozmowy z politykami europejskimi, przestrogi Komisji Europejskiej. Także Departament Stanu USA wyraził zaniepokojenie i informował, że toczy intensywne rozmowy z polskimi władzami. Nie można zatem całkowicie wykluczyć może nie wprost planowanej ustawki w ramach obozu PiS, ale jakiegoś ad hoc cichego porozumienia, o którym nikt nie ma się dowiedzieć, a wszyscy odegrają swoje role zdziwienia, obu­rzenia i deklaracji dalszej współpracy.
   Jarosław Kaczyński też mógł zdać sobie sprawę, że poszedł na czołowe zderzenie ze wszystkimi graczami poza twierdzą PiS, że demonstracje są większe, niż się spodziewał, i zeszły do małych miast, powiatów, także na wschodzie i południu kraju, czyli tam, gdzie liczył na swoje niekwestionowane pano­wanie. A to, że może się w jednej chwili wycofać z forsowanego wcześniej z całym przekonaniem projektu, pokazuje niedaw­ny przypadek podatku paliwowego. W tej sytuacji Duda i Ka­czyński uratowaliby siebie nawzajem: Duda zdjął z prezesa PiS kłopot i wziął na siebie odium tego, który przeszkadza w „na­prawianiu Polski”, a Kaczyński, pozwalając na weto, dał szansę prezydentowi na zachowanie twarzy i ucieczkę od wizerunku politycznego notariusza.
   Ale też decyzja o wetach może być samodzielnym przemyśle­niem prezydenta, który dostrzegł, że PiS przesadza, gra za ostro, że za bardzo skłócił Polaków i wywołał emocje prowadzące być może do konfrontacji fizycznej. W ciągu dwóch lat władzy Ka­czyńskiego polityczny podział kraju bardzo się pogłębił; jest zu­pełnie inna atmosfera niż w czasie, kiedy Duda wygrywał wybory prezydenckie. Kiedy powróciła i jeszcze pogłębiła się dwubiegu- nowość sceny politycznej, jego szanse na drugą kadencję spadają. Na prawicy coraz częściej pojawiają się opinie, że trzeba przyjąć łagodniejszy kurs, skrócić front walki, przyhamować z agresywną, brutalną retoryką. Mówi się, że Duda chciałby poszerzyć bazę wyborczą na większe obszary prawicy, wyrwać się z zamkniętego pisowskiego kręgu. Zwłaszcza że sam konsekwentnie buduje oso­bistą popularność w Polsce terenowej, gdzie jest lubiany. Może być i tak, że za trzy lata to PiS nie będzie miał wyboru i będzie musiał poprzeć Dudę na drugą kadencję, a dojdzie prezydento­wi część centrowego elektoratu. Wszak większość w niedawnym sondażu oczekiwała weta.
   Pojawiły się też - wyraźnie niepokojąc twarde jądro władzy - spekulacje, że na scenie politycznej jest miejsce na PiS-light, konserwatywną partię, mającą wiele cech PiS, ale bardziej szanującą zasady, procedury i instytucje demokratycznego państwa prawa. Że coś takiego mogłoby kiedyś powstać w trój - kącie Duda-Kukiz-Gowin, może Morawiecki. Dla imperium Kaczyńskiego, od lat walczącego o absolutny monopol na pra­wicy, nawet cień takiego pomysłu jawi się jako koszmar. Być może to zapowiedź pęknięcia pisowskiej formacji, może nawet początek prawdziwej walki o schedę po Kaczyńskim, nie tyle nawet w samej partii, ale w całym prawicowym obozie.

sobota, 29 lipca 2017

Czekając na Macrona



Jednemu brakuje wizji, drugi budzi politowanie. Choć Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru powinni iść ręka w rękę, to nawet ze sobą nie rozmawiają. Żaden z nich nie zostanie polskim Emmanuelem Macronem

Michał Krzymowski

Polityk PiS: - Współczuję Schetynie i Petru. Przej­ście 200 metrów z sejmo­wego autokaru na plac Krasińskich, na którym przemawiał Trump, musiało być traumą. Członkowie klubów „Gazety Polskiej” zgotowali im tam niezłą ścieżkę zdrowia.
   Członek władz PO z satysfakcją: - Jaka trauma? Na Grzegorza PiS-owcy reago­wali nienawiścią: „Złodzieje! Szmaty!” Czyli prawidłowo, uważają Schetynę za realnego przeciwnika. Gorzej z Ryśkiem, na którego widok wybuchały salwy śmie­chu: „Ty! Sześciu króli!”. Jego już nikt nie traktuje poważnie, zostały mu tylko drwiny.

piątek, 28 lipca 2017

Terroru jak nie było, tak nie ma



Ustawa o działaniach antyterrorystycznych stała się częścią porządku prawnego. W rocznicę obowiązywania warto jej się dokładniej przyjrzeć. Bo wydaje się, że mniej chroni obywateli, a bardziej daje możliwości ich kontroli.

Do momentu wprowadzenia ustawy o działaniach antyterrorystycznych nie było w Polsce aktów ter­roru i nie istniało zagrożenie, które uzasadniałoby uchwalenie specjalnej regulacji. Przedstawiając za­łożenia ustawy „antyterrorystycznej”, ograniczają­cej wolności obywatelskie jeszcze przed zamachami w Brukse­li, można się było narazić na spory opór. Jednak po zamachach w Paryżu i Brukseli władze państwowe, umiejętnie dozując napięcie, stworzyły wrażenie zagrożenia, po czym zaproponowano konkretny akt prawny mający je zlikwidować. Skupiono się na emocjach. Intencjonalne przedstawianie zdarzeń dopro­wadziło do sytuacji, w której w czerwcu 2016 r. 49 proc. Polaków obawiało się aktów terroru (w grupie wyborców deklarujących prawicowe poglądy było to 64 proc.).
   Ustawa pod pretekstem zapobiegania aktom terroru wpro­wadziła szereg rozwiązań, które niekoniecznie terroryzmowi zapobiegają, za to umożliwiają niekontrolowaną inwigilację.

Udzielono ABW dostępu do wszystkich istotnych baz da­nych, zapominając, że „przyjezdnych" terrorystów w ta­kich bazach raczej nie będzie. Można się zatem zastanawiać nad celem niekontrolowanego dostępu ABW do baz danych ZUS, KRUS lub Głównego Geodety Kraju. Niespecjalnie zwal­czaniu terroryzmu służy wprowadzony obowiązek rejestro­wania kart prepaid. Nie zapobiegło to zamachom w Paryżu, Brukseli, Manchesterze i Londynie. Jednym z argumentów za rejestracją kart była reakcja na dużą ilość alarmów o pod­łożeniu ładunków wybuchowych. Nowe rozwiązanie nie pomogło. Raport Centralnego Biura Śledczego Policji (CBŚP) mówi o zwiększonej liczbie po­wiadomień o podłożeniu urządzeń wy­buchowych (z 324 w 2015 r. do 391 w 2016 r.). Wykrywalność pozostała na tym sa­mym poziomie.
   Nie pokuszono się o wprowadzenie rozwiązania funkcjo­nującego w Australii, gdzie od danego operatora można kupić jedną kartę prepaid miesięcznie za okazaniem dokumentu toż­samości. Zapłata musi nastąpić z konta osoby okazującej doku­ment tożsamości. U nas można poprosić jakąś „niewidzialną rękę”, by za niewielką opłatę nabyła taki zakazany przedmiot. Na marginesie, producenci telefonów mówią o wyeliminowa­niu kart SIM. W USA już funkcjonuje Apple SIM, które umoż­liwia zmianę operatorów i jednoczesne korzystanie bez reje­stracji z usług kilku dostawców.
Twórcy ustawy nie pokusili się o zredefiniowanie pojęcia terroryzmu i nie uzupełnili go o terror psychologiczny, a świę­towanie sylwestra w Kolonii nadal służy do uprawiania propa­gandy. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że polskie służby nie poddały analizie działań współczesnych terrorystów. Wska­zuje na to kształt ustawy i brak propozycji zmiany rozwiązań po roku jej obowiązywania.

czwartek, 27 lipca 2017

Boży płomień




Gdy zechce, bez kłopotu wyrzuci kolegów z myślistwa. Gdy zechce, zbuduje, co chce, bez pozwolenia w środku Białowieży. Nie boi się biskupa. Księdza Trotyla obawiają się za to myśliwi z Podlasia, którzy stanęli mu na drodze

Wojciech Cieśla

Sadowne koło Węgrowa na Mazowszu, cicha noc z 24 na 25 sierpnia. W parterowym drewnianym domu ktoś tłu­cze szybę w oknie. Płomień, który pojawia się wkrótce potem, zwę­gla wnętrze budynku, wypala pół dachu. Po kilku dniach policja stwierdza podpa­lenie. Wszczyna śledztwo, bo wcześniej doszło do włamania (nic nie zginęło).
   To ostatni akord 70-letniej histo­rii koła łowieckiego Kszyk. Dom nale­ży do jego byłego łowczego. Koło zostało rozwiązane kilka miesięcy wcześniej, po usilnych zabiegach księdza Tomasza Duszkiewicza. Dziś spalony dom czeka na rozbiórkę, nie ma śladu po kole Kszyk. Ale myśliwi z Sądownego przy ogniskach wciąż wspominają księdza, przyjaciela ministra środowiska Jana Szyszki.

ISKRA POSZŁA W LUFĘ
Ksiądz Tomasz Duszkiewicz ma ciepły uśmiech, łysinę i lubi publiczne wy­stąpienia - choć gdy mówi, mocuje się z polszczyzną. Ten kapelan myśliwych (i myśliwy) nazywany jest księdzem Tro­tylem, od czasu gdy w 2012 roku zabłys­nął kazaniem o Smoleńsku. W kościele w Sadownem mówił wiernym o trotylu na wraku tupolewa i o tym, że morder­cy - sprawcy zamachu - powinni zostać rozliczeni.
   Opowiada mieszkaniec Sądowne­go: - Ksiądz Tomek już wtedy był moc­no w polityce. Gdy urządzał Hubertusa, święto myśliwych, to patronat nad nim obejmowała „Gazeta Polska”. Pamięta pan zdjęcia Jana Szyszki w takiej pięknej karecie z biskupem? To był ten Hubertus. Przyjechali na niego sam redaktor To­masz Sakiewicz oraz redaktor Katarzyna Gójska-Hejke, medale od księdza dostali.
   Po latach odznaczający i odznaczani odnaleźli się w fundacji Tomasza Sakiewicza, która za rządów PiS dostała 6 mln zł na stworzenie organizacji propagują­cej wizję ochrony Puszczy Białowieskiej przez wycinkę. We wniosku fundacja po­woływała się na trzech ekspertów, w tym na ks. Duszkiewicza.
   Parafianin z Sądownego: - Jan Szysz­ko był tu częstym gościem. To kolega księdza.
   Opowiada jeden z myśliwych z Sądow­nego (zastrzegł anonimowość, boi się księdza): - Ksiądz od czasu dobrej zmia­ny pojawia się w mundurze leśniczego ze srebrnymi wyłogami, jest kapelanem La­sów Państwowych. Kojarzony jest z mi­nistrem Szyszką i Lasami. Mało kto wie, że jego prawdziwą pasją jest myślistwo. W Sadownem mówiliśmy, że księdzu Tom­kowi iskra boża zamiast w ewangelizację poszła w lufę. W domu miał imponują­ce trofea, chyba nawet chronionych ga­tunków. Ludzie się śmiali, że ksiądz idzie do Stołu Pańskiego z krwią na rękach.

środa, 26 lipca 2017

Polska Russiagate



W tle amerykańskiej „Russiagate", dochodzenia w sprawie ingerencji Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie, ujawniane są nowe fakty o rosyjskich wpływach w Polsce. Tym razem obejmujące wiceministra obrony Bartosza Kownackiego i innych ludzi bliskich PiS.

W Ameryce właśnie na jaw wypłynęły maile, które do­wodzą, że najstarszy syn prezydenta USA, a zara­zem jego doradca Donald Trump junior na początku czerwca 2016 r. przyjął - i to z entuzjazmem - ofertę wy­słaną mu przez pośrednika Kremla: propozycja dotyczyła przekazania dokumentów obciążających Hillary Clinton, kandydatkę demokratów w zbliżających się wówczas wyborach prezydenckich. Większość maili Clinton, jeśli nie wszystkie, została wykra­dziona przez rosyjskich hakerów. Na razie prezydent Trump, nowy bohater pisowskiego ludu po ostatniej wizycie w Polsce, twierdzi, że nie wiedział o spotkaniach swych współpracowników z Rosjanami.

wtorek, 25 lipca 2017

Katechizm politycznego realizmu



Wystosowane przez Wałęsę i Frasyniuka wezwanie do oporu przeciwko Kaczyńskiemu to dzwonek alarmowy. Ale ten opór wymaga nie tylko odwagi, lecz także zdrowego rozsądku

Lech Wałęsa i Władysław Frasyniuk we wzbudzającym skrajne emocje apelu we­zwali Polaków do zabloko­wania kolejnej miesięcznicy smoleńskiej. Te organizowane przez Ja­rosława Kaczyńskiego miesięcznice od samego początku były bluźnierstwem za­równo przeciw religii, której symbole wy­korzystują, jak i przeciwko pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej. Dla Kaczyńskie­go były jednak przede wszystkim narzę­dziem walki o władzę. Gdy pozostawał w opozycji, służyły mu do mobilizacji zwolenników i zabetonowania partii, któ­ra rozłaziła się w szwach po kolejnych wyborczych porażkach. Dziś, gdy ma wła­dzę, służą do fanatyzowania własnych zwolenników i dostarczają symboliczne­go przyzwolenia dla niszczenia kolejnych instytucji polskiej demokracji i państwa prawa.
   Dlatego Wałęsa i Frasyniuk wzywają do kontrmanifestacji i zapowiadają, że sami wezmą w niej udział. Podejmują ryzyko frontalnego politycznego zaangażowa­nia przeciwko Jarosławowi Kaczyńskie­mu, wiedząc doskonale, że narażają się na medialny lincz prawicy. Że będą obraża­ni przez tchórzliwych brutali w rodzaju Rafała Ziemkiewicza, Marcina Wolskiego czy Jana Pietrzaka.
   Wolski ćwierć wieku temu w swym „Polskim zoo” wychwalał Wałęsę (czę­sto przekraczając w swoim wazeliniarstwie granice dobrego smaku), kiedy dawało mu to czas antenowy i pieniądze w telewizji publicznej. Teraz miesza by­łego prezydenta z błotem, bo oczekują tego Jarosław Kaczyński i Jacek Kurski, którzy ten czas antenowy i te pieniądze dzisiaj rozdają.
   Rafał Ziemkiewicz, studiując na war­szawskiej polonistyce w latach 80., bał się wyjść na manifestację czy nawet nosić bi­bułę. Kolegom, którzy to robili, mówił, że są „frajerami”. On sam zaczął politycznie walczyć dopiero z „krwawym reżimem” Tadeusza Mazowieckiego. Jego brutal­ność pod adresem Wałęsy i Frasyniuka jest jedynie maską, którą ma przykryć tchórzostwo.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Antypis bezobjawowy



Wielu przeciwników obecnej władzy deklaruje, że nie zamierza głosować na istniejącą opozycję, bo jest beznadziejna. Celują w tym tak zwani symetryści, ale ta moda się rozszerza. Żądają: dajcie nam nowego Macrona, porwijcie nas czymś, a jeśli nie, to niech dalej rządzi PiS.

W jednym z programów w TVN24 („Babilon”) socjolożka Karolina Wigura, redaktorka „Kultury Liberalnej”, stwierdziła, że bardziej od obecnych rządów PiS obawia się tego, co by się stało, gdyby to Platforma przejęła władzę w 2019 r. i skorzystała z tych ustro­jowych narzędzi, jakie PiS po sobie pozosta­wi. Znaczyłoby to, że Wigura uważa, iż PiS jeszcze w miarę łagodnie korzysta ze swoich uprawnień, które sam sobie politycznie załatwił, i dopiero PO dałaby popalić. Nie przekonuje jej zapewne argument w postaci pytania: dlaczego to właśnie ta ekipa nadała sobie te prerogatywy, a nie przyszły one do głowy Platformie przez osiem lat rządzenia?

Stan umysłu części opozycji, nazwijmy - teoretycznej, bez- objawowej, niepraktykującej? - jest trudny do ogarnięcia.
Logiczne argumenty nie działają. Bo na logikę, jeśli ktoś uważa, że przede wszystkim należy odsunąć PiS od władzy (z powodu łamania konstytucji i standardów demokracji), to przywró­cenie na początek, przynajmniej w najgorszym razie, stanu poprzedniego, sprzed PiS (czyli głosowanie na istniejącą opo­zycję), z nadzieją na pójście dalej jest naturalnym wynikiem.
   Jeśli ktoś neguje takie rozumowanie, to znaczy, że za fałszywe uważa założenie. Zatem musi być nieprawdą, że „przede wszyst­kim należy odsunąć PiS od władzy”. Tyle że wtedy rozpoczyna się zupełnie inna opowieść. Jeśli PiS jest jednak w jakiejś mie­rze w porządku, załatwia ludzkie sprawy, ma sporo racji mimo „wątpliwych środków”, jakie stosuje, to wypadałoby to szczerze stwierdzić, a nie udawać standardowe zatroskanie stanem kraju.
   Po ostatnim kongresie PiS przedstawiciele grupy nazywanej przez nas symetrystami pisali, że PiS „znokautował” Platformę, że oczywiście wiedzą, j akie zło niesie partia Kaczyńskiego, ale Platforma „nie ma nic do zaproponowania poza zwalczaniem PiS”. To jest klasyczne wyznanie wiary symetrystów: może i do­brze by było odebrać władzę PiS, ale nie zagłosujemy na tych, którzy proponują „tylko zwalczanie PiS”, bo to jest zbyt prymi­tywne. Widać też u nich specyficzne zauroczenie rozmachem wizji prezesa, jego władzą i możliwościami, których lewica ni­gdy mieć nie będzie. Jakby rozum wciąż jeszcze podpowiadał sceptycyzm, ale serce już by się rwało. Wróciło też stare hasło z kampanii w 2015 r.: „Nie straszcie PiS-em, to nie działa”. Wte­dy można to było tłumaczyć amnezją albo nadziejami, że PiS się zmienił. Jeśli jednak ta fraza pojawia się po dwóch latach nowych praktyk ugrupowania Kaczyńskiego, to znaczy jedno: PiS nie jest taki zły, a ci, którzy bronili na mrozie Trybunału Konstytucyjnego, to może rzeczywiście oderwani od koryta.

niedziela, 23 lipca 2017

PiSądy



PiS właśnie rozmontowuje ostatnie bezpieczniki sędziowskiej niezawisłości i niezależności sądownictwa. Być może doczekamy czasów, w których sądzenie według prawa i sumienia będzie aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa.

W stanie wojennym sędziowie, którzy wydawali uniewinniające wyroki z dekretu o stanie wojennym, lądo­wali w wydziałach wieczystoksięgowych i mieli sprawy dyscyplinarne. Wzorce więc są.
   W nocy z piątku na sobotę Senat, bez poprawek, przyjął zmiany w usta­wie o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Radzie Sądownictwa. Jeśli wszystko pójdzie po myśli PiS, za dwa miesiące sprawę legal­ności mianowania Julii Przyłębskiej na prezesa Trybunału Konsty­tucyjnego rozstrzygnie w Sądzie Najwyższym skład wyznaczony przez komisarza mianowanego przez Zbigniewa Ziobrę. Sędziów wybierze wyznaczona przez PiS Krajowa Rada Sądownictwa.
   Jeśli wszystko pójdzie po myśli PiS, to za kilka tygodni sądy, do których trafiają sprawy obywateli czynnie protestujących w trakcie kontrmiesięcznic smoleńskich, zaczną wydawać wy­roki więzienia za „zakłócanie obrzędów religijnych”. Kierowca fiata seicento okaże się winnym staranowania pod Oświęcimiem kolumny wiozącej premier Beatę Szydło. Wrocławski sąd aresz­tuje Józefa Piniora i szybko wyda wyrok, że jest łapówkarzem. Władysław Frasyniuk zostanie uznany winnym czynnej napaści na policjantów, którzy wynosili go z blokady miesięcznicy smo­leńskiej. A Donald Tusk przy pierwszej wizycie w Polsce zostanie aresztowany w sprawie przyczynienia się do śmierci 96 osób w ka­tastrofie smoleńskiej.
   Jeśli tak się nie stanie, to wyłącznie dlatego, że PiS nie będzie miało w danym momencie takiej woli politycznej. Bo po 28 la­tach przerwy prawo i sprawiedliwość znowu będą zależeć od par­tii rządzącej.
   Przejmowanie wymiaru sprawiedliwości przebiega według lo­gicznego planu. PiS zaczął od przechwycenia Trybunału Konstytu­cyjnego, by zlikwidować możliwość eliminowania z systemu praw­nego sprzecznego z konstytucją prawa, jakie zamierza uchwalać.

sobota, 22 lipca 2017

Zamach lipcowy,My, złogi,Zamach lipcowy,Bojówkarze,Pała+,Przysucha w Warszawie,Porady turystyczne,Polowanie na ludzi i Kiedy płoną lasy



My, złogi

Z pamiętanym z czasów PRL groteskowym rozzie­wem między sloganami a rzeczywistością pod hasłem „Polska jest jedna” Jarosław Kaczyński usankcjonował istnienie dwóch narodów.
   Pierwszy to naród dobry, zwolenników Prawa i Sprawied­liwości albo obojętnych, drugi to naród gorszy, PiS i obecnej władzy nielubiący, czyli złogi, które należy usunąć. Naród lepszy jest pod ochroną władzy, drugi może od władzy dostać w kość. Naród pierwszy może liczyć na życzliwość prokura­tury, drugi musi się liczyć z jej surowością (podobnie może być już wkrótce z sądami). Naród pierwszy jest zaproszony na spotkanie z prezydentem Stanów Zjednoczonych, przed­stawiciele narodu drugiego zaproszenia w stolicy własnego kraju mogą dostać co najwyżej od ambasadora USA.
   Jarosław Kaczyński, mówiąc o „złogach”, czyli kolejnym werbalnym wcieleniu „drugiego sortu”, „ludzi z genem zdrady”, „potomków KPP”, „elementu animalnego” i „bar­barzyńców”, był w doskonałym humorze. Czyż przed kongre­sem nie zapowiedziano, że PiS zaprezentuje „łagodniejsze oblicze”? Ot, specyficzna łagodność pogromcy i najeźdź­cy, który po udanej inwazji pokonanemu ludowi proponu­je transakcję: nie dokończę rzezi, jeśli tylko nie będziecie podskakiwać.
   Najeźdźca wziął już w jasyr prawie wszystko - zostały jesz­cze tylko samorządy, sądy, parę niezależnych mediów - i być może, mając ofiarę w paszczy, okaże jej warunkową wielko­duszność. Ale warunkową. Bo jak złogi będą jątrzyć i czy­nić władzy wbrew, spotka je zasłużona kara. Spotka je ona zresztą prawdopodobnie tak czy owak - instrukcję do mi­nistra Waszczykowskiego o potrzebie usuwania złogów usłyszeli wszyscy.
   Dwa lata temu, w przeddzień wyborów, przyszły jedyno­władca zapewniał, że w razie zwycięstwa jego celem nie bę­dzie żadna zemsta. Szybko okazało się, że jest ona celem naczelnym. Nie - wyrównywanie szans, nie - otwarcie ście­żek kariery dla tych, którzy czasem nie ze swojej winy zro­bić jej nie mogli, ale zemsta właśnie. Stąd nie wchodziła w grę kooptacja elit - rozszerzenie ich, bo zawsze potrzebują świe­żej krwi. Zaplanowano eliminację jednej elity i zastąpienie jej nową, własną.

piątek, 21 lipca 2017

Wraca strach



PiS niszczy znacznie więcej, niż nam się wydaje. Nie tylko prawo, instytucje, gospodarkę. Niszczy tkankę społeczną - mówi prof. Jadwiga Staniszkis socjolog i politolog

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

Newsweek: Lech Wałęsa mówi, że 10 lipca staje naprzeciw Jarosława Kaczyńskiego w obronie praw obywatelskich zagrożonych przez PiS.
Jadwiga Staniszkis: Ta władza rzeczywiście w wielu swo­ich działaniach łamie konstytucję, zwłaszcza naruszając niezależność wymiaru sprawiedliwości. I trzeba przeciw­ko temu demonstrować, ale nie tego dnia w tym miejscu. Opozycja ma na to wszystkie pozostałe dni miesiąca. Urzą­dzanie przez nią kontrmiesięcznic jest błędem. Dowodem braku szacunku dla żałoby osób, które w katastrofie smo­leńskiej straciły bliskich i przyjaciół. PiS nazywa to barba­rzyństwem, ja - brakiem u opozycji zwykłej przyzwoitości. Wałęsa i Frasyniuk twierdzą, że biorąc udział w kontrmiesięcznicy, sprzeciwiają się „brutalnemu wykorzystywaniu zmarłych do bieżących celów politycznych”.
- Sprzeciwiają się i robią to samo. Dlaczego na demonstrację w obronie prawa do zgromadzeń wybrali akurat 10 lipca? Bo konfrontacja lepiej sprzeda się w mediach. Gdy stają naprzeciw siebie dwie duże grupy, to nie ma sposobu na uniknięcie polary­zacji i małych aktów przemocy. Muszę przyznać, że rozdrażnił mnie miesiąc temu widok śmiejącego się do kamery Frasyniuka wynoszonego przez policjantów. Teraz dołącza do niego Wa­łęsa. Czy nie rozumieją, że w ten sposób nakręcają tylko spiralę upolityczniania tej katastrofy i dają Kaczyńskiemu alibi do radykalizowania przemówień?

Jarosław Kaczyński nie potrzebuje Wałęsy i Frasyniuka do wygłaszania ostrych przemówień na miesięcznicach.
Robi to od dawna.
- Owszem, ale zaczęło się to nasilać, gdy na Krakowskim Przed­mieściu pojawili się kontrmanifestanci. Od tamtej pory sytua­cja zaostrza się z miesiąca na miesiąc. To, co robią dziś Wałęsa i Frasyniuk, to nic innego, jak dolewanie oliwy do ognia.

czwartek, 20 lipca 2017

W drodze o do dyktatury


Zniszczenie niezawisłych sądów to decydujący krok na drodze do władzy autorytarnej. Tak było w Rosji Putina, na Węgrzech Orbana, w Turcji Erdogana. Tak teraz ma być w Polsce Kaczyńskiego

Niezawisłe sądy to osta­teczna instancja w każ­dym sporze pomiędzy obywatelem i władzą. Gdy przestają istnieć, zaczyna się „demokracja nieliberalna”, czyli peryferyjna dyktatura. Czasem posługująca się fasadą wyborów po­wszechnych, które oczywiście wygrywa (niepoddana żadnej kontroli niezawi­słych sądów może ich wynik fałszować, zastraszać wyborców, uciekać się do ko­rupcji), czasem tę fasadę odrzucająca.
   W Polsce liberalna demokracja kończy się wraz ze zniszczeniem przez władzę Trybunału Konstytucyjnego, Krajowej Rady Sądownictwa i Sądu Najwyższego. Kończy się wraz z uchwaleniem pakie­tu ustaw, pozwalających Zbigniewowi Ziobrze obsadzać posłusznymi so­bie ludźmi polskie sądy - podobnie jak wcześniej ustawy uchwalone przez PiS pozwoliły mu obsadzić takimi ludźmi polską prokuraturę.

środa, 19 lipca 2017

Nieznośny ciężar normalności



Szanowni Rodacy, ustanowiliśmy rekord Pol­ski. 28 lat normalności i demokracji. Mogło być znacznie dłużej, ale się nie udało. Mamy jednak powody do dumy, prawda?
   28 lat to wynik imponujący. Przypomnijmy, że poprzed­nim razem, przed wojną, demokracja i normalność trwały tylko osiem lat, wykonaliśmy więc teraz 350 proc. normy. Ale też powiedzmy sobie szczerze: ta cała demokracja i ta cała normalność zaczęły nam w którymś momencie strasz­nie ciążyć. Owszem, niby mieliśmy ten parlamentaryzm, ale cała ta gadanina zaczynała być irytująca. Mieliśmy konstytucję, ale jakoś nikt jej zanadto nie lubił. Mieliśmy publiczną telewizję, ale nigdy nie była idealna. Mieliśmy niezależne sądy, ale były powolne. Mieliśmy prezydentów i premierów, którzy nie byli marionetkami, ale mieli liczne wady. Mieliśmy największy w ostatnich latach gospodarczy wzrost w Europie, ale przecież „byliśmy głupi”. Mieliśmy niezłe szkoły, ale trzeba było „ratować dzieciaki”. Krótko mówiąc, mieliśmy wiele, było znośnie, ale nie była to wy­śniona Polska. Do tego powstała w wyniku jakiegoś choler­nego, zgniłego kompromisu, bez kropli krwi, bez żadnych ran, tragedii i łez, a czyli bez bezcennego dla nas seksapilu. Nie była więc ta Polska i ta cała demokracja czymś, za co warto byłoby umierać. Oddaliśmy ją zatem bez walki i - w ogromnej większości - bez jednej łzy.
   Tak, powiedzmy sobie uczciwie, nie szanowaliśmy pań­stwa, które mieliśmy, nie szanowaliśmy demokracji, którą sami stworzyliśmy, nie uszanowaliśmy ani wielkiej pracy, którą sami wykonaliśmy, ani wielkiego sukcesu, który sami odnieśliśmy. A przede wszystkim nie doceniliśmy cudu, który nam się zdarzył. Bo wystarczyło wiedzieć odrobinę naszej historii i rozejrzeć się wokół, by mieć świadomość cudu. Jego oczywistość uderza w oczy szczególnie teraz, gdy demokracja dogorywa. Bez specjalnego oporu z naszej strony. Dokładniej, bez żadnego poważnego oporu.
   W sumie łatwo przyszło, łatwo poszło. 91 lat temu, by z demokracją skończyć, trzeba było na ulice wysyłać woj­sko. Były ofiary. Teraz jednak jesteśmy cywilizowani. Sza­nujemy werdykty demokracji. Jeśli naród demokracji państwa prawa nie lubi ani nie chce, to wolę narodu sza­nujemy. Zresztą trudno było dostrzec jakiś jeden moment, kiedy jest już po wszystkim. Myślimy o sobie jak o dum­nym orle z rozpostartymi skrzydłami, ale tym razem ule­gliśmy banalnemu w sumie syndromowi gotującej się żaby. Wrzucona do wrzątku, wyskakuje. Ale wystarczy wsadzić ją do wody zimnej i stopniowo tę wodę podgrzewać, by żaba wszystko zniosła, a nawet odczuwała komfort. Gdy nagle woda niemal wrze, żaba jest zbyt oszołomiona, by zarea­gować Zaraz potem się gotuje. Więc orzeł okazał się zwykłą żabą niestety. Bywa. Więc my, narodowe żaby, ponad półtora roku siedzieliśmy spokojnie, gdy woda była coraz cieplejsza. I tylko z lekka się denerwowaliśmy, słuchając kaskady bezczelnych kłamstw, że przywracają nam pub­liczne media, że przywracają nam konstytucyjny ład, nie­zawisłe sądy i co tam jeszcze. Poza wszystkim - było nam cieplej.

wtorek, 18 lipca 2017

Dni dziecka



Kiedy pytamy dziennikarzy TVP o spektakularną karierę Ewy Bugały, ciężko wzdychają, a ci, którzy odeszli z telewizji, mówią: to jakiś kosmos, to się nie dzieje naprawdę.

Ewa Bugała z Wyszkowa (rocznik 1989) formalnie zajmuje od kil­ku tygodni gabinet kierownika redakcji serwisów informa­cyjnych TVP Info. To podobno jeden z lepszych gabinetów w gmachu przy Powstańców Warszawy, z własnym sekretariatem, atrapą kominka i z pry­watną toaletą. Do tego dostała w TVP Info swój autorski codzienny program „Nie da się ukryć”.
   Choć po tytule programu można się spodziewać dziennikarskiego śledztwa, to nie da się ukryć, że to takie mini „Wiado­mości”. - Program miał premierę w Dzień Dziecka i to jest dla mnie symboliczne. Polityczno-dziennikarskie dziecko PiS dostało swój program i forsuje w nim tezy partii rządzącej - mówi jeden z pracow­ników TVP którego nie zmiotła z pokładu „dobra zmiana”. Emitowany o godz. 21 program realizowany jest według tych samych schematów co „Wiadomości”, sztandarowy program TVP. Ta sama pro­paganda. Każdy z 30-minutowych odcin­ków to jasne wskazywanie winnych: PO, Tuska, Kopacz i totalnej opozycji. To ostre polityczne tezy niczym z przekazów dnia, które powtarzają politycy PiS.
   Oto zapowiedzi trzech kolejnych ma­teriałów z programu z ostatnich dni, czy­tane przez Bugałę, które łączą się według niej w logiczną całość: „To prezydent Warszawy jest odpowiedzialna za zło­dziejską prywatyzację i eksmitowanie ludzi na bruk”; „Rządy Donalda Tuska i Ewy Kopacz nie zrobiły nic nie tylko dla ofiar złodziejskiej reprywatyzacji, po­ dobnie potraktowano tych, którzy stra­cili dorobek życia przez oszustów Amber Gold. To dla nich pracował między inny­mi syn Tuska”; „Osiem lat rządów PO za­pamiętamy nie tylko z afery Amber Gold i złodziejskiej reprywatyzacji. To czas, kiedy obywatel nie miał praktycznie nic do powiedzenia w zderzeniu z wyjątko­wo wtedy opresyjnym państwem”.
   Pierwszy odcinek był w całości po­święcony ekshumacjom ofiar katastro­fy smoleńskiej: „Tak państwo rządzone przez premiera Donalda Tuska i PO potraktowało śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. W rozmowie z szefem rządowej komisji smoleńskiej Bugała wykazała się niebywałą wręcz jedno­stronnością: „Można powiedzieć, że jest to wręcz skandaliczne, że tak państwo wtedy postąpiło”. Bliski współpracow­nik Macierewicza oczywiście potwierdza tę tezę.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Ulubiony Donald PiS,Ameryka kocha Polskę. I odwrotnie.,Fałszerze słów,Upadłe państwo prawa,Konstytucja ciućmoków i Akt odwagi



Ulubiony Donald PiS

W ostatnim ćwierćwieczu było w Polsce wiele spot­kań polskich i amerykańskich prezydentów. Spotkanie Trump - Duda będzie jednak wyjątko­we. Nigdy wcześniej przywódcy obu krajów nie mieli tak sła­bej moralnej legitymacji do pełnienia swych urzędów.
   Jak wcześniejszym tego typu spotkaniom, tak i temu towa­rzyszyć będzie PR-owska transakcja - wzmocnienie polskie­go przywódcy w zamian za dobre obrazki w amerykańskiej telewizji. Tym razem będzie ona miała jednak charakter szczególny, bo bardziej niż spotkania z ostatniego ćwierć­wiecza będzie przypominała to z roku 1972, kiedy do Polski przyjechał pierwszy amerykański prezydent - Richard Ni­xon. Pozycja Nixona była wtedy niezwykle silna. Włamanie do siedziby demokratów w hotelu Watergate nastąpiło do­kładnie dwa tygodnie po jego powrocie z Warszawy, a cała afera z wielką mocą eksplodowała dużo później.
   Oczekiwania prezydenta Dudy i oczekiwania partii rzą­dzącej dziś Polską są dość zbliżone do oczekiwań Edwarda Gierka i PZPR. Władzom PRL chodziło o wzmocnienie ich legitymacji. Obecne władze RP z kolei chcą dowieść, że nie są izolowane na arenie międzynarodowej. To cel ważny, biorąc pod uwagę, że w Europie są izolowane coraz bardziej.
   Dojdzie więc w Warszawie do wymiany serdeczności między prezydentem Polski, kraju, który w świecie zachod­nich demokracji w coraz większym stopniu traktowany jest jak parias (zresztą na własne życzenie), a człowiekiem, któ­ry jest w nim traktowany jak intruz, symbol wulgarności i populizmu.
   Prezydentów Dudę i Trumpa różni wiele, ale kilka rze­czy ich łączy. Duda z całą pewnością złamał swoją prezyden­cką przysięgę. Wiele wskazuje na to, że swoją złamał także Trump. W tej pierwszej kwestii śledztwo się jeszcze nie to­czy, w drugiej - jak najbardziej. Andrzej Duda dobija do dru­giej rocznicy swego zaprzysiężenia, desperacko starając się zaznaczyć swoją obecność i samodzielność, Trump, dobija­jący do półrocza kadencji, dość chaotycznie próbuje sobie radzić ze skutkami swej nadobecności i zgubnymi skut­kami samodzielności totalnej. Trump próbuje w Amery­ce udowodnić, że może wszystko, Duda próbuje udowodnić w Polsce, że nie jest prawdą, iż nie może nic. Trumpa gubi arogancja wynikająca z pozornego poczucia wszechmocy, Duda coraz częściej manifestuje arogancję, by zasłonić swą niemoc. Obaj nie lubią prawdziwego dialogu. Jeden uważa, że rację ma zawsze, drugi wie, że jego racje nic nie znaczą w zderzeniu z wolą jego mocodawcy.

niedziela, 16 lipca 2017

Orły Ziobry i Temidy



Plan Ziobry był w istocie genialny. Starszych postawić do pionu albo zmusić do odejścia. Zrobić miejsce dla młodych. Układ jest prosty: kariera za lojalność mówi jeden z doświadczonych śledczych

Paweł Reszka

Prokurator, którego zapy­tałem, jak ocenia ten rok, odkąd funkcjonuje nowe prawo o prokuraturze i od­kąd ponownie połączono funkcję ministra sprawiedliwości i pro­kuratora generalnego, od razu zastrzega sobie anonimowość. - Ryzykuję postę­powanie dyscyplinarne, oddelegowanie do prokuratury niższego szczebla, i to daleko od domu - tłumaczy.
   - To się zdarza?
   - Kolega przed laty nadzorują­cy śledztwo, w którym przewijało się nazwisko ministra sprawiedliwo­ści Zbigniewa Ziobry, pół roku spędził w delegacji 300 kilometrów od domu. Akurat urodziło mu się dziecko, a jego małżonka została sama. Teraz wrócił, ale w napięciu czeka, czy znowu go nie wyślą. Kiedy się spotkaliśmy, zapytał: „Jak myślisz? Długo mnie jeszcze będą czołgali?”. Ma już dość.
   I o to chodzi - wiadomo, że prokura­tor generalny rządzi. Może nagrodzić - dać pieniądze, szybki awans. A może załatwić zsyłkę.

I
Ręczne sterowanie prokuraturą przez Zbigniewa Ziobrę w czasie pierw­szych rządów PiS doprowadzało ów­czesną opozycję do pasji. Zwycięska Platforma spowodowała w 2010 r. roz­dzielenie funkcji prokuratora general­nego i ministra sprawiedliwości. Miało to dać śledczym niezależność, ale usta­wa była kulawa. Prokuratura pod wo­dzą ograbionego z kompetencji szefa Andrzeja Seremeta była nieudolna i leniwa.
   Były prokurator, dziś adwokat: - Prokuratura jest hierarchiczna. Jak jej popuścisz, to nie będzie robiła ni­czego. A „pan Zbyszek” wrócił, znów chwycił wszystkich za pysk. Środowi­sko w lot pojęło: jest silny, nie ma co podskakiwać.
   Jacek Skała, szef Związku Zawodowe­go Prokuratorów i Pracowników Proku­ratury RP: - Mitem jest stwierdzenie, że prokuratura z czasów Seremeta była apolityczna. Prokurator generalny wi­siał na politycznym pasku, drżąc o przy­jęcie sprawozdania i nie mając wpływu na budżet. A w prokuraturze panował swoisty imposybilizm. To prokuratura Seremeta wtłoczyła sprawę Amber Gold na poziom prokuratury rejonowej, gdzie najzwyczajniej nic nie dało się zrobić.
   PiS triumfowało. Nowe „Prawo o pro­kuraturze” weszło w życie w marcu ze­szłego roku. Znów połączono funkcje ministra i prokuratora generalnego. Przy okazji zlikwidowano kadencyjność funkcji kierowniczych i zmniejszono staż pracy potrzebny, by awansować do prokuratury wyższego szczebla. Wpro­wadzono też przepis, który pozwala Zbigniewowi Ziobrze w „uzasadnionych przypadkach” awansować każdego na dowolne stanowisko.

sobota, 15 lipca 2017

Nie ma sprawy



Daniel Obajtek, wójt Pcimia, który robi zawrotną karierę w państwie PiS, nie będzie sądzony. Prokuratura wycofała jego sprawę z sądu. Skoro prezes Kaczyński, premier Szydło, wicepremier Gowin mówią, że jest niewinny - to tak musi być.

Violetta Krasnowska

Prezes PiS już w 2011 r. nie mógł się nachwalić Daniela Obajtka. „Będziemy rządzić Polską jak Obajtek Pcimiem” - mówił wów­czas, w kampanii parlamentar­nej. Chętnie wykorzystywał ukuty wtedy zwrot „Daniel - Wszystko Mogę - Obaj­tek”, zestawiając go z „Donald - Nic Nie Mogę - Tusk”. Wójt Pcimia z entuzjazmem brał udział w kampanijnej grze (by wspo­mnieć przywiezienie na konferencję Jaro­sława Kaczyńskiego folii dla producenta papryki, który skarżył się premierowi Tuskowi, czy malowanie z Beatą Szydło ścian w pcimskiej szkole, w koszulkach z napisem „damy radę”).
   Nim wystartowała kampania wy­borcza w 2015 r., do Obajtka weszło CBŚ. 15 kwietnia 2013 r. zatrzymano go m.in. pod zarzutem przyjęcia korzyści majątkowej w wysokości 50 tys. zł. Pro­kuratura wystąpiła o areszt, sąd nakazał jednak wypuścić wójta.
   Po wygranych przez PiS wyborach wójt awansował. Gdy został prezesem Agencji Restrukturyzacji i Moderniza­cji Rolnictwa, jego sprawa była już w sądzie. Mini­ster rolnictwa kwito­wał że o wie ale „nie ma wątpliwości, że nie utrudni ona pracy prezesowi, bo ten w świetle prawa jest osobą niewin­ną”. Jarosław Gowin, były minister spra­wiedliwości w rządzie PO i PSL, nawet bez zaglądania w akta sprawy deklaro­wał, że „Obajtkowi postawiono zarzuty kompletnie wyssane z palca, to postać wybitna, a działania prokuratury wobec niego są równie kompromitujące jak atak na Romana Kluskę”.
   Akt oskarżenia Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim skierowa­ła do sądu w Sieradzu w październiku 2013 r. Są w nim nazwiska 8 osób, między innymi Daniela Obajtka. Główną posta­cią jest Maciej C. z Działdowa. Zdaniem
prokuratury przemocą i groźbami wy­muszał zwroty wierzytelności - rzeczy­wistych, jak i pozornych, a pomagali mu właściciele potężnych, łysych karków, obwieszeni złotymi łańcuchami. Prób­ka działalności: w 2003 r. w celu wymu­szenia 1 tys. zł ludzie Macieja C. zakuli człowieka w kajdanki, wsadzili do polo­neza i wywieźli, bili, grozili mu bronią, przybyłej na miejsce jego matce grozili, że go zastrzelą, aż im zapłaciła. Innemu, też dla tysiąca złotych, przywiązali linkę do nogi, a następnie podtapiali wielo­krotnie, wrzucając do rzeki (uratowali go policjanci). Dodatkowo Maciej C. zmuszał ludzi do odpracowywania ciągle narasta­jących, rzekomych długów. Zmuszał ludzi do zakładania firm i wyłudzania towarów.

   Przetarg nie wyszedł
   Jeden z zarzutów postawionych Ma­ciejowi C. dotyczy przekrętów na słu­żącym do produkcji PCV granulacie. Wspólnikiem oszustwa miał być wła­śnie Daniel Obajtek. Od niego zresztą wszystko miało się zacząć. Był kierow­nikiem zakładu Elektroplast w Stróży. Zdaniem śledczych wspólnie z niejakim Markiem N. Maciej C. miał kupować kra­dziony granulat od kierownika innego zakładu - z Bydgoszczy, następnie sprze­dawać go zakładom Elektroplast, przy okazji fałszując ilość mate­riału i przywłaszczając pienią­dze. Prokuratura wyliczyła straty Elektroplastu na ponad 1 mln zł.
   Ów proceder opisano, opiera­jąc się na zeznaniach m.in. Ma­riusza F., który przyznał się do winy. On poznał Macieja C. z Danielem Obajtkiem. Po wy­mianie telefonów miało dojść do kolejnych spotkań. Maciej C. postanowił przejąć interes gra­nulatowy, jaki robił Mariusz F. z Obajtkiem - poprzez Mar­ka N., który miał się wszystkim zajmować. Syn Marka N. Artur początkowo miał tylko założyć na siebie firmę, przez którą prze­chodził granulat dla Elektroplastu (a także fikcyjne faktury), ale gdy ojciec nagle zniknął, Maciej C. wtajemniczył Artura we wszystko.
   W prokuraturze ten zeznał o miejscach spotkań, rozlicze­niach, także obszernie o udziale Daniela Obajtka. Opowiedział, że po wpłynięciu pieniędzy na konto firmy następnego dnia wiózł pieniądze Obajtkowi. We­dług zeznań jedynie co 3.-4. transakcja znajdowała odzwierciedlenie w rzeczy­wistości. Interes się skończył, bo wio­sną 2004 r. firma w Bydgoszczy, z której „bokiem” wychodził granulat, została zamknięta. Artur N. zeznał, że Obajtek nie był z tego zadowolony, gdyż, jak miał powiedzieć, „uciekają mu pieniądze”.
   W trakcie śledztwa wyszedł wątek ko­rupcyjny. Okazało się - i przyznawał to również sam Obajtek - że w 2010 r., sześć lat po zamknięciu procederu z gra­nulatem, Maciej C. skontaktował się z nim ponownie. Doszło do spotkania. C. chciał „wejść” w inwestycje gminne. Wójt powie­dział o planowanej dużej inwestycji zwią­zanej z siecią wodno-kanalizacyjną. Spo­tkań było więcej. Według zeznań jednego z oskarżonych Maciej C. kazał mu wręczyć wójtowi kopertę z 50 tys. zł.
   Firma wystawiona przez Macieja C. od­padła jednak w przetargu. Ze złożonych zeznań wynika, że C. winił za to swojego podwładnego i na niego nałożył obowią­zek zwrócenia „wyłożonych 50 tys. zł”. Ale pretensje miał też do wójta. Na początku wiosny 2011 r. do Obajtka przyjechało dwóch ludzi C. Wywołali go z domu, kazali wsiadać do samochodu i przez 1,5 godziny wozili po okolicy, zastraszając go i sugeru­jąc, żeby ustawił im inne przetargi. Sam Obajtek potwierdza, że takie zdarzenie miało miejsce, zeznał też, że następnego dnia po tym incydencie zadzwonił do Ma­cieja C., grożąc, że następnym razem po­wiadomi policję.
   Prokuratura w akcie oskarżenia zwraca uwagę, że spośród wszystkich zaintereso­wanych udziałem w przetargu wójt spoty­kał się tylko z Maciejem C. i jego ludźmi. Na dodatek widywali się w restauracjach, a nie w urzędzie. Już same te okoliczno­ści potwierdzają - pisała prokuratura - że podejrzany Daniel Obajtek podej­mował działania faworyzujące Macieja C. Dla prokuratury to wszystko układało się w całość.

   Ustawa zmienia ustawę
   Podobnie sprawa Obajtka ułożyła się w całość politykom PiS. Oni jednak do­strzegli inne zależności. Po zatrzymaniu wójta, w maju 2013 r., zwołano posiedze­nie pisowskiego Parlamentarnego Zespo­łu ds. Obrony Demokratycznego Państwa Prawa. Na sali zjawili się wszyscy najważ­niejsi politycy tej partii. Obajtek opowie­dział posłom, jak o 6 rano przyjechało CBŚ, jak dostał silnego ataku nerwowego, znalazł się w szpitalu, gdzie odbyło się po­siedzenie aresztanckie, oraz że sąd nakazał go wypuścić z racji szczupłości dowodów. Jarosław Kaczyński powiedział wówczas o nadużyciach wymiaru sprawiedliwo­ści, wskazując, że „przypadek Obajtka jest szczególnie drastyczny, bo dotyczy bardzo dobrego samorządowca, który nie popełnił żadnego przestępstwa”. I że jest to prześladowanie człowieka, który szko­dzi politycznie rządzącej wówczas PO. Wtórowała mu Beata Szydło, w tamtym czasie szefowa PiS w regionie, w którym Obajtek był wójtem.
   Próby rozpoczęcia procesu, odczytania aktu oskarżenia trwały trzy lata. Nie uda­wało się zebrać wszystkich oskarżonych. W międzyczasie oskarżeni - w tym główny Maciej C. - zawarli ugody z pokrzywdzo­nym Elektroplastem. Maciej C. za działania prowadzone wspólnie z Danielem Obajtkiem (który nie przyznaje się do winy) zo­bowiązał się zapłacić oszukanej firmie po­nad 172 tys. zł tytułem naprawienia szkody.
   Prokuratura złożyła więc do sądu wnio­ski o dobrowolne poddanie karze przez oskarżonych. Sąd się zgodził, ale wówczas zaprotestował eurodeputowany Janusz Wojciechowski z PiS; wystąpił do proku­ratora generalnego Andrzeja Seremeta, że to skandal, że takie interesy robi się z groźnymi przestępcami. Prokurator ge­neralny wniósł kasację do Sądu Najwyż­szego, który stwierdził, że niedopuszczal­ne jest, aby po wniesieniu aktu oskarżenia występować z wnioskami o samoukaranie. Wszyscy oskarżeni znowu mieli zasiąść na jednej ławie.
   11 lutego 2016 r. obrońca Obajtka, wów­czas już prezesa Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, złożył w są­dzie wniosek o umorzenie postępowania ze względu na „oczywistą niewiarygodność dowodów, na jakich oparto oskarżenie”. Sąd się nie zgodził. Jak wyjaśniał Jacek Klęk, rzecznik Sądu Okręgowego w Siera­dzu, „sąd uznał, że takiej oceny nie można dokonać bez przesłuchania osób, których wiarygodność wnioskodawca kwestio­nuje”. W marcu 2016 r. Prokuratura Ape­lacyjna w Łodzi odebrała sprawę proku­raturze z Ostrowa Wielkopolskiego i dała do Piotrkowa Trybunalskiego. Na piątek 16 września 2016 r. w Sądzie Okręgowym w Sieradzu wyznaczono kolejną rozprawę, licząc, że wreszcie uda się odczytać akt oskarżenia. Dzień wcześniej Prokuratura Okręgowa w Piotrkowie zdecydowała jed­nak o konieczności uzupełnienia akt no­wymi dowodami i wystąpiła o wycofanie sprawy z sądu.
   Pozwoliła na to pisowska Ustawa z 10 czerwca 2016 r. o zmianie ustawy - Kodeks postępowania karnego, ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz ustawy o prawach pacjenta i Rzecz­niku Praw Pacjenta. Jej pkt 5. mówi o tym, że jeżeli nawet w już toczących się spra­wach ujawniły się istotne okoliczności, konieczność poszukiwania dowodów lub przeprowadzenia innych czynności, sąd na wniosek prokuratora przekazuje mu sprawę w celu uzupełnienia dochodzenia lub śledztwa. W tym wypadku prokuratura uznała, że chce jeszcze uzupełnić materiał dowodowy w zakresie m.in. „ustalenia obowiązków i uprawnień Daniela Obajtka w okresie zatrudnienia w Elektroplaście”, „zasad obiegu dokumentów”, a także „rozważenia powołania biegłego z zakresu rachunkowości, ekonomiki przedsiębior­stwa oraz technologii PCV na okoliczność ustalenia, czy brak dostarczenia do spółki Elektroplast w latach 2003-2004 surowca w ilości 551 ton umożliwiał tej spółce pro­dukcję (...)”.

   Taki piękny bohater
   Gdy wiosną tego roku Daniel Obajtek został prezesem giełdowej państwowej spółki Energa SA, wrócił temat jego sprawy karnej. Od kandydata na takie stanowisko wymaga się złożenia oświadczenia, że nie toczy się wobec niego postępowanie karne lub karnoskarbowe, zatem - wywodzili po­słowie - kandydatura Obajtka nie powinna być w ogóle rozpatrywana. Minister ener­gii Krzysztof Tchórzewski odpisał, że ścisła interpretacja cytowanego oświadczenia wskazuje wprost, że chodzi tylko o postę­powania, które mogą skutkować ogranicze­niem lub zakazem zajmowania stanowisk w organach spółek prawa handlowego. A wobec Obajtka takie się nie toczą.
   W połowie lutego śledztwo z wątkiem Obajtka przejęła z Piotrkowa Prokuratura Krajowa, podległa bezpośrednio Zbignie­wowi Ziobrze. Sprawa trafiła do mało­polskiego wydziału zamiejscowego Pro­kuratury Krajowej. Właśnie umorzono wątki dotyczące Daniela Obajtka. Po­wody nie są znane, prokuratura odmó­wiła POLITYCE udostępnienia akt, jak i uzasadnienia decyzji. Z fragmentu, jaki opublikował portal wPolityce.pl, wynika, że zdaniem Prokuratury Krajowej „ma­teriał dowodowy nie dostarczył podstaw do wniesienia aktu oskarżenia”.
   Daniel Obajtek uważa, że cała sprawa od początku jest polityczna. - W momen­cie, kiedy pojawiłem się w obecności preze­sa Kaczyńskiego, zaczął się potworny atak na mnie, na moją rodzinę, na urząd. Mia­łem u siebie 18 kontroli - mówi. - Od mo­mentu, kiedy prezes Kaczyński wyszedł ze mną na konferencję prasową, broniąc mojej niewinności, pan prokurator musiał zrobić wszystko, żeby mi na siłę udowod­nić, że byłem winny. Zostałem tym niesa­mowicie skrzywdzony i ten koszmar trwał praktycznie 4 lata. Uważam, że sprawa jest skończona.
   Poza tym, jak mówi, dzięki całej tej spra­wie uodpornił się, cały czas walczył, pra­cował i starał się myśleć tylko o ważnych sprawach, planować, patrzeć do przodu. Dodaje, że to ważny kapitał, jaki może wnieść w zarządzanie tak ważną spółką jak Energa. Co stara się robić najlepiej jak potrafi.