PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Panie ministrze, nagrywałem pana



Elektroniczna pluskwa ukryta w teczce z dokumentami, skompromitowany adwokat w roli kuriera, rosyjski dtug. „Newsweek" ujawnia nowe tropy w aferze taśmowej.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA


Poniedziałek 23 czerwca, późny wieczór. Dzwonimy do multimilionera Marka Falenty.
- Czy możemy się spotkać?
- Nie ma problemu. Umówmy się na dwunastą w środę. Czytałem wasz artykuł [chodzi o tekst z zeszłego tygodnia o aferze podsłuchowej, opisaliśmy w nim historię znajomości Falenty z kelnerem, który pod­słuchiwał polityków. Gdy milioner zjawiał się w restauracji Sowa i Przyjaciele, chłopak zwracał się do niego „szefie”- przyp. red.].
- Podobał się panu?
- He, he, trochę sensacyjnie to opisaliście.
Prawdziwy film sensacyjny zacznie się jednak kilkanaście godzin później w podwarszawskim Konstancinie. Falenta jak co rano wsiądzie do swojego audi A6 i ruszy do pracy. Po dwustu metrach w wąskiej osiedlowej uliczce drogę zajedzie mu AB W. Ręce na kierownicę, kaj­danki i zjazd do izby zatrzymań. Podczas przeszukania posesji agenci rozkopią mu nawet ogród.
W środę o dwunastej Falenta będzie jeszcze na dołku. Wyjdzie dopiero wie­czorem, po wpłaceniu miliona złotych kaucji i z zarzutem udziału w aferze pod­słuchowej. Według przecieków ze śledz­twa to on płacił za nagrania polityków.
Biznesmen twierdzi, że jest niewinny, a jego znajomi się głowią. Marek chciał obalić rząd? Niemożliwe, przecież zawsze umiał żyć z władzą. Jego biznes działał na styku z polityką, a on sam uchodził w to­warzystwie za człowieka Platformy. Znał posłów, ministrów, hojnie sypał groszem na charytatywnych balach organizowa­nych przez partię rządzącą.

niedziela, 29 czerwca 2014

Klincz Tuska




Donald Tusk jeszcze nigdy nie byt tak słaby Wciąż ma jednak niezawodnego sojusznika w osobie całkowicie bezradnego Jarosława Kaczyńskiego.

Michał Krzymowski

Polityk zbliżony do Kancela­rii Premiera: - Zaczyna się gra na wymianę Tuska. W Platfor­mie, w PSL i w otoczeniu prezydenta. Jeśli Donald tego szybko nie powstrzyma, to już po nim. Wyjścia są dwa. Pierwszym jest nowe otwarcie - szybka i głęboka re­konstrukcja rządu. A drugie to przyspie­szone wybory. Kontrolowany upadek i kampania, którą zamienimy w plebis­cyt: „Czy chcesz, żeby premierem był Jarosław Kaczyński?”.

sobota, 28 czerwca 2014

Kac Belki



Porządny gość, normalny facet, świetny fachowiec - tak mówią o Marku Belce ci, którzy go znają. Pytanie, jak zapamiętają go ci, którzy znają go tylko z nagrań jego rozmowy z szefem MSW.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Gdyby usłyszał pan o sobie to, co sam mówił o Jacku Rostowskim czy Jerzym Hausnerze, poczułby się pan urażony?
- Nie. Ja mam taki charakter, że, za prze­proszeniem, opier... i już. Jak mi się coś nie podoba, to przychodzę, robię awantu­rę, może czasem nawet w knajackim języ­ku, ale nie pozwalam, żeby wątroba gniła mi miesiącami - odpowiada Marek Belka.
Jego najbliżsi współpracownicy mają nad biurkiem wywieszone motto: „Lepiej być człowiekiem, który głośno przeklina, niż małym, cichym skurwysynem”. Z Mar­kiem Belką spotykam się w NBP. Prezes banku centralnego nie ukrywa, że mocno przeżywa całą sytuację.

piątek, 27 czerwca 2014

Piwotalny



Taśmy „Wprost” mogą przerwać błyskotliwą karierę Marka Belki. Czy Narodowy Bank Polski będzie ostatnim przystankiem w jego życiu publicznym?

CEZARY ŁAZAREWICZ

Ja mam bardzo długiego chuja, a on nie [mowa o wicepremierze Jacku Rostowskim] i musi sobie sztukować. Moim warunkiem jest dymisja ministra finansów. I wtedy robimy to, co trzeba - mówi prezes Narodowego Banku Polskiego do ministra spraw wewnętrznych w czasie rozmowy w restauracji Sowa i Przyjaciele.
Nie tylko język, jakim się posługuje profesor Marek Belka, jest zaskoczeniem dla słuchaczy, ale przede wszystkim jego rola w tej rozmowie. Belka jawi się w niej jako bezwzględny i niezwykle sprawny gracz polityczny, a nie ponadpartyjny i niezależny szef banku centralnego. W trakcie rozmowy obiecuje, że jako prezes NBP będzie politycznie wspierał rząd i Platformę Obywatelską, w zamian jednak domaga się głowy wicepremiera Rostowskiego, z którym od lat toczy eko­nomiczne spory.
10 lat temu Belka był jeszcze premierem rządu SLD, ale od co najmniej czterech lat najbliższym politycznym środowiskiem są dla niego ludzie Platformy Obywatelskiej. To Bronisław Komorowski, kiedy jeszcze był tylko pełniącym obowiązki prezydenta, zaproponował Belce stanowisko szefa banku centralnego. Była to jedna z pierw­szych jego ważnych decyzji kadrowych po katastrofie smoleńskiej, w której zginął dotychczasowy prezes NBP Sławomir Skrzypek. Dlaczego p.o. prezydent postawił na jednego z niedawnych liderów SLD? Zbliżały się wybory prezydenckie, a PO, by wygrać, potrzebowała wsparcia elektoratu lewicy.
- Był to czas, gdy Platforma zabierała nam ludzi lewicy i Marek Belka nie był jedynym takim przypadkiem - tłumaczy Marek Siwiec, były poseł SLD, ostatnio próbował dostać się do PE z list Europy Plus TR. - Wyjmowano takie osoby dość bezczelnie. A Belka był wtedy łakomym kąskiem ze swoim wysokim stanowiskiem w Międzynarodowym Funduszu Waluto­wym i dobrą reputacją w świecie biznesu.
- Kandydatura najlepsza z możliwych, pozwala na pełne zapewnienie apoli­tyczności bankowi centralnemu - tak zachwalał kandydata ówczesny minister finansów Jacek Rostowski. Zapewne nie wiedział, że cztery lata później ten najlep­szy z możliwych kandydatów jako warunek współpracy z rządem zażąda właśnie głowy ministra finansów.
Zanim Komorowski powołał Belkę na szefa NBP, skonsultował się z Aleksan­drem Kwaśniewskim, bo uchodził on za człowieka byłego prezydenta.

czwartek, 26 czerwca 2014

Redaktor N. zaprzecza




Jednym ze współautorów podsłuchowych materiałów tygodnika „Wprost" był Piotr Nisztor, ponad 30-letni wolny strzelec na rynku dziennikarskim. Zgłosił się do redakcji z nielegalnymi nagraniami z restauracji Sowa & Przyjaciele.

Piotr Pytlakowski, Grzegorz Rzeczkowski

Redaktorzy zadali Nisztorowi kilka pytań i dokonali w ten sposób, trze­ba przyznać najprostszy z możli­wych, weryfikacji źródła. „Chodziło o upewnienie się, że dziennikarz sam nie inspirował akcji podsłuchowej ani w niej nie uczestniczył. Zapewnił, że nie. Nie mamy najmniejszych podstaw, by mu nie wierzyć" - napisano w tygodniku. Wcze­śniej prawdopodobnie z tymi samymi nagraniami pojawił się w redakcji „Pulsu Biznesu”, z którym luźno współpracuje od 2012 r., gazeta jednak nie zdecydowała się na publikację. Przeważyła opinia prawni­ków. -Ich ocena była jednoznaczna: jeśli zostaniemy pozwani przez osoby podsłu­chane za naruszenie prawa do prywatno­ści, sprawę na pewno przegramy - tłuma­czy naczelny „PB” Tomasz Siemieniec.
Zanim jednak redakcja zrezygnowała z publikacji nagrań, pojawiły się naciski. - Byłem mobilizowany do podjęcia szyb­kiej decyzji informacją, że inna gazeta, konkretnie tygodnik „wSieci", też ma tę taśmę- mówi naczelny „Pulsu”. Na pyta­nie, czy naciskał Nisztor, Siemieniec odpo­wiada: -Nie potwierdzam, nie zaprzeczam. Znajomy Nisztora z Płocka, gdzie kiedyś mieszkał, mówi, że Piotrek zawsze chciał zostać dziennikarzem. I to nie byle ja­kim, ale śledczym. Tropić afery. Znany dziennikarz Dariusz Wilczak wspomina, że kiedy w 2005 r. napisał wraz z Grzego­rzem Indulskim książkę o Aleksandrze Kwaśniewskim, zadzwonił z Płocka mło­dy człowiek, chyba student, aby zaprosić ich na spotkanie autorskie, które chciał zorganizować w swoim mieście. Nazy­wał się Piotr Nisztor. - Sprawnie to urzą­dził, było sporo ludzi - mówi Wilczak. Po spotkaniu Nisztor dopytywał swoich gości o kulisy pracy dziennikarskiej. Po­tem pojawił się w „Newsweeku”, gdzie Wilczak był szefem działu, i spróbował swoich sił w zawodzie dziennikarskim, ale do tygodnika się nie załapał. - Miał spore kłopoty ze sprawnym pisaniem - za­pamiętał Dariusz Wilczak.
Potem już szło mu lepiej. Pisywał w kil­ku redakcjach (m.in. „Dzienniku”, „Rzecz­pospolitej”, „Gazecie Polskiej”, „Pulsie Biznesu”), ale nigdzie dłużej nie zagrzał miejsca. Zajmował się przemysłem obron­nym, wojskowością, rynkiem paliwowym, chemicznym, a nawet farmaceutycznym. Koleżanka Nisztora z „Rzeczpospolitej” za­pamiętała, że Piotrek miał zawsze świetne informacje z pierwszej ręki, ale jej wątpli­wości budziły jego intencje. - Miałam wra­żenie, że ktoś na jego tekstach odnosi ko­rzyść prywatną- mówi. Dlatego nie chciała pisać materiałów razem z nim. Inny autor „Rzeczpospolitej” uczestniczył w grupo­wym pisaniu serii tekstów o więzieniach CIA w Polsce. - Nisztor przyniósł newsa, że to Jerzy Buzek podpisał z Amerykana­mi umowę, która umożliwiła stworzenie w Kiejkutach tajnego więzienia - opowia­da. - Twierdził, że wiadomość jest pewna i potwierdzona. W tym czasie Buzek kan­dydował na szefa PE. Po publikacji zwołał konferencję prasową, gdzie oskarżył gaze­tę, że pisząc o nim kłamstwo, próbowała utrącić jego kandydaturę.
W „Dzienniku” Nisztor napisał kiedyś tekst o leku pod nazwą Iwabradyna, zarzu­cając ówczesnemu wiceministrów zdro­wia Bolesławowi Piesze, że ten na życzenie francuskiego koncernu w ostatniej chwili przepchnął ten specyfik na listę leków re­fundowanych. Wybuchła afera, Piecha sta­nął pod pręgierzem, a potem okazało się, że tego leku nie wprowadził poza kolejką, lecz przywrócił, bo ktoś inny bezprawnie usunął go z listy, na której był już wcze­śniej. Na wykreśleniu Iwabradyny ze spisu leków do refundacji korzyść odnosił polski producent innego specyfiku o podobnych właściwościach. Podejrzewano, że dzien­nikarz wykonał robotę na zlecenie, ale on sam rzecz jasna zaprzeczył.

środa, 25 czerwca 2014

To już jest koniec



Co poszło źle? Brak czujności. Pewnie jakieś własne błędy, bo trochę pychy gdzieś zawsze się wkrada. Może za bardzo uwierzyłem, że jestem już naprawdę silny - mówi Sławomir Nowak, jeden z bohaterów afery podsłuchowej.

Rozmawia TOMASZ LIS


NEWSWEEK: I co teraz?
SŁAWOMIR NOWAK: Nie wiem. Koniec. Ko­niec pewnego etapu, pewnego fragmentu życia, poważnego fragmentu. Mam 40 lat, ale może to właśnie jest dobry moment, żeby rozpocząć wszystko na nowo.

Pan mówi: poważnego etapu, a tak naprawdę to całego dorosłego życia.
- Całego dorosłego życia, tak. Zapisałem się do KLD w 1993 r., gdy miałem 18 lat.

Odchodzi pan z polityki nie na swoich warunkach.
- Trzeba się z tym pogodzić. Nie mam na to żadnego wpływu.

Ale czy sam pan częściowo nie napisał tego scenariusza?
- Jestem mimowolnym aktorem tej trage­dii. Ale ona się musi odbyć. W porządku, pewnie popełniłem błędy, ale w normal­nych warunkach prawdopodobnie nie by­łyby one żadnym powodem do tego rodzaju działań, a tu tak się stało. Trudno.

Kiedy pan nabrał pewności, że już nie ma odwrotu?
- Z zamiarem pożegnania się z polityką no­siłem się od kwietnia tego roku.

Dlaczego od kwietnia?
- Może nawet ciut wcześniej. Po zarzutach prokuratorskich w sprawie niewpisania ze­garka od najbliższych. Miałem już tego do­syć. Szarpania mnie, mojej rodziny. Tego poczucia niesprawiedliwości i nierówne­go traktowania. Janusz Palikot nie wpisał do oświadczenia majątkowego samolotu, Kaczyński dostał 400 tys. na prawników, a mnie przypisuje się złe intencje, że nie wpisałem do oświadczenia zegarka, który został nabyty za własne pieniądze, którego nie ukrywałem, bo noszę go na ręku. Oto sprawiedliwość.

wtorek, 24 czerwca 2014

Afera podsłuchowa 2



Dla Polski byłoby dobrze

Rozmowa Radosława Sikorskiego z Jackiem Rostowskim.

Restauracja Sowa & Przyjaciele. Wiosna 2014. Radosław Sikorski czeka na Jacka Rostowskiego, popijając szampana. Były wice­premier przychodzi spóźniony. Na początek również zamawia szampana. Jest zadowo­lony. Mówi, że przechodzi „dekompresję”.

- Pełna przyjemność, w ciągu sześciu lat byłem w tym budynku [w restauracji Sowa] cztery razy. Dzisiaj jestem w ciągu dwóch dni trzeci - informuje, śmiejąc się. Sikorski przegląda kartę win. Rostowski pyta o spe­cjały. Zamawianie potraw i dyskusja na ten temat trwają długo. Panowie nie mogą się zdecydować, czy lepsze są pierogi z farszem z królika, golonka glazurowana, pierożki cielęce, foie gras, czy tatar z tuńczyka. Ostatecznie minister spraw zagranicznych zamawia zupkę z dyni i krwistą polędwicę wołową. - Ach, zaszaleję - mówi zado­wolony. Były wicepremier decyduje się na foie gras, czerwone wino i comber z królika.
- Z dziesięć lat królika nie jadłem - cieszy się Rostowski. Do posiłku Sikorski proponuje bardzo drogie wino Pomerol z, jak mówi, kryzysowego 2008. Rozmowa przenosi się na tematy międzynarodowe. Politycy oma­
wiają kontrowersyjną imigracyjną politykę brytyjskiego premiera Davida Camerona.

STRATEGIA DAWANIA OCHŁAPÓW
R: On myśli, że pójdzie, wynegocjuje i wróci, żaden polski rząd nie może się na to zgodzić. Tylko w zamian za górę złota. S: Albo bardzo zły nieprzemyślany ruch, albo to taka, nie po raz pierwszy, jego nie­kompetencja w sprawach europejskich. Pa­miętasz? Spierdolił pakt fiskalny. Spierdolił. Po prostu. Bo się nie interesuje, bo się nie
zna, bo wierzy w tę całą głupią propagandę, próbuje głupio manipulować systemem. R: Jego problem jest taki, jemu nie o to chodzi. Tylko o krótkotrwały efekt pro­pagandowy.
S: Wiesz co, cała jego strategia dawania im ochłapów, żeby ich usatysfakcjono­wać, de facto, tak jak przewidywałem, obróciła się przeciwko niemu, trzeba było powiedzieć: spierdalajcie, przekonać ludzi, tamtych odizolować. A tak dał im pole, na którym oni go upokarzają.
R: Żeby polski rząd się zgodził, to ktoś musiałby nam dać jakąś górę złota. Bry­tyjczycy nam złota nie dadzą, a Niemcy, żeby trzymać Brytyjczyków, też nam gór złota prawdopodobnie nie dadzą. Wobec tego więc będzie: spierdalajcie.
S: Nie, to nie. [...]
R: Ja myślę, że paradoksalnie, wiesz, jaki będzie paradoksalny skutek dla nas tego? S: No?
R: Nie dla nas specjalnie dobry, [...] ogól­nie niedobre dla nas, bo my chcemy, żeby Wielka Brytania została. Ja myślę, że będzie tak, on przegra te wybory. Wielka Brytania wyjdzie. Oni wraz jak wyjdą, utrzymają
otwarte granice. Nie dla żebraków, ale otwarte w sensie...
S: Tak jak Norwegia.
R: Tak, w sensie takim, że nie będą wpuszczali cygańskich żebraków.
[głośna muzyka]
S: Dosyć tego! Tak jak oni spieprzyli Europę Wschodnią i parę innych rzeczy, [parodiuje Brytyjczyka:] Jak Europa się nie zreformuje, to źle skończy! Niech oni się martwią swoją gospodarką. Jak się nie zreorganizują, to będzie miała tak złą gospodarkę jak Niemcy. Co to jest? Co to, co to za potwór?
Odpowiedź na pytanie, co to za potwór leży na talerzu. Kelner właśnie przyniósł ośmiorniczkę marynowaną w rozmarynie z oliwą. Rostowski wraca do tematu. Martwi się o Europę, która jest słaba. Sikorski ucina dyskusję. Przechodzi do konkretów. Czyli do przyszłości Rostowskiego.

Afera podsłuchowa



Ktoś nielegalnie nagrał spotkania szefa MSW, prezesa Narodowego Banku Polskiego, byłego ministra transportu. Taśmy są kompromitujące. Czy to zamach stanu obliczony na obalenie rządu Donalda Tuska?


AGNIESZKA BURZYŃSKA, MICHAŁ MAJEWSKI, CEZARY BIELAKOWSKI, PIOTR NISZTOR, SYLWESTER LATKOWSKI Współpraca: GRZEGORZ SADOWSKI, JOANNA APELSKA


Elegancka restauracja Sowa & Przyjaciele na Dolnym Moko­towie. Popularne miejsce spo­tkań polityków i biznesmenów. Jej przewaga nad innymi? Można podjechać od tyłu i wejść do specjalnego saloniku dla VIP-ów bez przechodzenia przez główną salę. Właśnie tu doszło do dwóch spotkań, z których nagrania weszły w nasze posiadanie.
Pierwsze z nich odbyło się w lipcu 2013 r. Uczestniczyły w nim trzy osoby: minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz, prezes Narodowego Banku Polskiego Marek Belka oraz jego najbliższy współpracownik i były minister Sławomir Cytrycki.
Drugie spotkanie odbyło się w tym samym miejscu na początku lutego 2014 r. Brali w nim udział były minister transportu Sławomir Nowak, były wiceminister finan­sów Andrzej Parafianowicz oraz Dariusz Zawadka, były dowódca Jednostki Woj­skowej GROM.
Nagrania są bulwersujące. Kto zareje­strował rozmowy? Komu zależało na skom­promitowaniu uczestników tych spotkań? Wiadomo, że w nich właśnie uderzają one najbardziej. Między innymi w Bartłomieja Sienkiewicza, który jest skonfliktowany zarówno z częścią Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jak i Biura Ochrony Rzą­du. Za nagraniami mogą więc stać służby specjalne, ludzie wywodzący się z Biura Ochrony Rządu, jakaś grupa biznesowa, a może polityczna konkurencja.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Kelnerski zamach stanu



Byto ich trzech: menedżer, kelner i sommelier, wszyscy zatrudnieni w ekskluzywnych restauracjach. Prokuratura podejrzewa, że cała trójka mogła nagrywać na zlecenie tajemniczej grupy hakowej.

WOJCIECH CIEŚLA, MICHAŁ KRZYMOWSKI

Czwartek, 19 czerwca 2014 r. Restauracja w centrum Warsza­wy, rozmowa o aferze taśmo­wej. - Znam w tym mieście wielu, którzy dziś zmieniaj ą pieluchy z prędkością świat­ła - mówi były menedżer olbrzymiej pań­stwowej spółki, mianowany na stanowisko przez rząd PO.
- Czyli?
- Mają sraczkę ze strachu. U Sowy bywa­ło pól miasta, rozmowy, które tam toczono, nie nadają się do publikacji.
- Wie pan, kto nagrywał?
- Biorąc pod uwagę precyzję operacji, mogli to robić Ruscy. Oni nawet do kib­la nie chodzą bez planu. Albo duży biznes w porozumieniu z ludźmi służb. Wyob­rażam sobie, że kilku facetów przyjęło walizki z pieniędzmi, wyjechało do Peru i stamtąd steruje akcją.
To spekulacje. Na razie zarzuty usłyszał tylko młody chłopak: Łukasz N., menedżer restauracji, w której nagry­wano polityków. N. pochodzi z małego miasteczka na wschodzie Polski, do War­szawy przyjechał za pracą. Grożą mu dwa lata więzienia. Ciążą na nim dwa zarzuty: zakładanie urządzeń podsłuchowych i „uzyskanie dostępu do informacji dla niego nieprzeznaczonej”.
Czy brał udział w zamachu stanu, czy ktoś go wrabia? A może nagrywał, sądząc, że pracuje dla państwa? I dlaczego wziął go w obronę mąż byłej szefowej PGNiG oraz współpracownik „tłustego misia” z nagrań ujawnionych przez „Wprost”?
Nie wiemy, komu zależało na podsłu­chach, kto jest w „grupie hakowej”. Ustali­liśmy za to, gdzie jest początek tego kłębka.

niedziela, 22 czerwca 2014

Niemieckie biznesy Latkowskiego



Polecam jeszcze Były gangster dziś redaktor


Odnaleźliśmy w Berlinie człowieka, z którym obecny redaktor naczelny „Wprost" robił nielegalne interesy w latach 90. Jego relacja rzuca nowe światło na działalność Sylwestra Latkowskiego, który do tej pory nigdy się nie wytłumaczył ze swojej prawdziwej przeszłości

Ostatni numer tygodnika „Wprost” wszystkich wrażliwych ludzi wprawił w osłupienie. Oto pismo kierowane przez byłego gangstera zaini­cjowało obrzydliwą i kłamliwą nagonkę na prof. Bogdana Chazana, wspaniałego czło­wieka i lekarza, który nie chciał „dokony­wać aborcji”, czyli mordować niewinnych, bezbronnych istot.
Tymczasem Sylwester Latkowski, czło­wiek, który najlepiej spełniałby się w naszej ocenie w wywiadach o „kobietach mafii”, jest ostatnią osobą, która ma prawo do usta­wiania sumień innych. Jego kariera w III RP bardzo dużo mówi o mediach naszego kraju, o panujących w nich standardach. Ale — jak widać - nikogo nie dziwi, że człowiek z taką przeszłością, takimi linkami, ma dostęp do wielu informacji policyjnych, gospodarczych, potencjalnie wrażliwych. Co więcej, pismo, którym kieruje, mimo drastycznego spadku sprzedaży, stale zasilane jest szerokim stru­mieniem rządowych pieniędzy. Czym kierują się szefowie spółek skarbu państwa, tak hoj­nie łożąc na „Wprost”? Miejmy nadzieję, że ta zagadka kiedyś zostanie wyjaśniona.
Przypominamy, co ujawniliśmy w poprzed­nich publikacjach o Sylwestrze Latkowskim. Obecny naczelny „Wprost” swoją życiową karierę rozpoczyna jako nauczyciel w mało­miasteczkowej szkole pod Elblągiem. Jednak praca ta nie zaspokaja jego ambicji i otwiera on firmę Ladon, produkującą tani żel do włosów, oraz drugą - PPH Kajpol - zajmującą się sprzedażą konfekcji damsko-męskiej. Od roku 1990 zamiast zarabiać na sprzedaży, dopuszcza się serii wyłudzeń towarów, które następnie upłynnia przez swoją sieć dystry­bucji. Zarobionych pieniędzy nie zwraca wie­rzycielom. Nie były to wielkie kwoty, ale do prokuratury zaczęły wpływać zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa od oszukanych firm. Działalność gospodarcza Latkowskiego skończyła się dziewięcioma egzekucjami komorniczymi, listem gończym, aż w końcu skazaniem na karę łączną l roku i 6 miesięcy pozbawienia wolności przez Sąd Rejonowy w Kwidzynie oraz 1,5 roku w Elblągu. Oba ostatnie wyroki były w zawieszeniu. W mię­dzyczasie Latkowski „rozkręca się” w nowej branży. Nawiązuje kontakty z gangsterami zza wschodniej granicy i rozpoczyna inny ro­dzaj działalności. W aktach jednej ze spraw, do których dotarliśmy, czytamy: „Sylwester Latkowski stał na czele struktury noszącej cechy zorganizowanej grupy przestępczej”.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Na wycieraczce prezesa



Jarosław Gowin jest już jedną nogą w PiS. Rok temu Jarosław Kaczyński oferował mu stanowisko wiceprezesa partii, a dziś chce go wystawić w wyborach na prezydenta Krakowa.

Michał Krzymowski

Do PiS chętnie wróciłby Zbi­gniew Ziobro, ale nikt tam na niego nie czeka. Współpracownik Kaczyńskiego: - Ziobry nie chcemy, bo był nielojal­ny. Najpierw doprowadził do rozłamu, a potem na nas pluł. Gowin co praw­da też zdradził, ale nie PiS, tylko Platformę. Wobec nas nie nagrzeszył. Dlaczego mielibyśmy go nie wziąć, skoro już czeka pod naszymi drzwiami?

Na doczepkę
Poniedziałek, dzień po wyborach do europarlamentu. Zbigniew Zio­bro zaprosił Jarosława Gowina na spotkanie jeszcze przed ogło­szeniem oficjalnych wyników głosowania. Nie było to trudne, bo biura obu polityków miesz­czą się w tej samej kamienicy przy ul. Pięknej, naprzeciwko amerykańskiej ambasady.
Rozmowa miała wiele mówiący prze­bieg. Ziobro na wstępie zaznaczył, że jego osobisty rezultat - ponad 60 tys. gło­sów w okręgu małopolsko-świętokrzyskim (dla porównania Andrzej Duda z PiS dostał 97 tys.) - jest sukce­sem, ale po chwili był już gotów oddać wszystko, co miał. Zapro­ponował stworzenie wspólnego klubu parlamentarnego, na cze­le którego miałby stanąć Gowin. Zaoferował mu pomoc w zorga­nizowaniu kampanii na prezyden­ta Krakowa, a potem także i Polski. Chciał też oddać mu pierwsze miejsce na krakowskiej liście w przyszłorocz­nych wyborach do Sejmu. Kalkulacja Ziobry była oczywista: Gowin ma ot­warte drzwi do PiS, więc warto się do niego przy­kleić i przystąpić wspólnie do rozmów z Kaczyńskim. Odpo­wiedź była wymijająca: - Propozycja jest do roz­ważenia, ale proszę się nie spodziewać szybkiej decyzji.
Gowin nie odrzucił oferty, żeby móc zachować porozumienie z Solidar­ną Polską jako rozwiązanie rezerwo­we. Ale nie powiedział też „tak”, bo wiedział, że biorąc Ziobrę na doczepkę, utrudni sobie sojusz z PiS, A to A ono jest jego głównym celem.  Pierwsze rozmowy o transferze Gowina do PiS odbyły się zaraz po wyborach. Z na- szych informacji wynika, że doszło do nich w Szczecinie, gdzie spotkali się Ar- - M tur Balazs reprezentujący szefa Polski Razem i Joachim Brudziński, jeden z najbliższych współpracowników Kaczyńskiego.
Mówi osoba znająca przebieg tych spotkań: - Balazs i Brudziń­ski są zaprzyjaźnieni i rozmawia­li ze sobą po wyborach już kilkakrotnie. Joachim zadeklarował, że współpraca PiS z Gowinem jest możliwa. Przekazał w imieniu prezesa, że jej warunki zosta­ną uzgodnione bez pośredników, w oso­bistej rozmowie Kaczyński - Gowin.

niedziela, 15 czerwca 2014

Nie rozczulam się



Teraz sobie pożyję. Tak, pożyję. Bo przecież życie nie sprowadza się do nieustannego zapieprzania - mówi Kora. Wybór jej tekstów właśnie ukazuje się w formie książkowej.

Rozmawia PIOTR BRATKOWSKI


Rozmawiamy z Korą w nieco­dziennej scenerii: w ambulato­ryjnej salce jednego z warszaw­skich szpitali. To ona wybrała to miejsce. Bywa tu raz na trzy tygodnie: po inten­sywnej chemioterapii, związanej z cho­robą nowotworową, musi przyjmować przez kroplówkę lek oczyszczający orga­nizm. - Wymarzona sceneria do rozmo­wy o sztuce, nie? - śmieje się, pokazując na pokój.

NEWSWEEK: Powiedziałaś mi przez telefon, że wracasz do życia. Na czym to polega?
KORA: Na zdrowiu. Tylko i wyłącznie. Zdrowie rzutuje na moje samopoczu­cie psychiczne. Po raz pierwszy od wielu lat nic mnie nie boli. Mój powrót do ży­cia to też jest spokój wewnętrzny. Nie de­nerwuję się, nie myślę o chorobie, nie śni mi się, że stoi nade mną śmierć z kosą. Wprost przeciwnie: mam nieprawdopo­dobną energię, mogłabym pewnie wywo­łać trzecią wojnę. Ciało za tym nie nadąża, ale i tak jest coraz silniejsze. W końcu to się wyrówna i zacznę żyć. Ale na pewno nie na taki fuli gwizdek, jak do tej pory.

Bardziej po emerycku?
- Nie. Teraz sobie pożyję. Tak, pożyję. Bo przecież życie nie sprowadza się do nieustannego zapieprzania między jed­ną przyjemnością a następną. Jest nie­prawdopodobnie cudowna wiosna, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek ją tak przeżywała! Jak cud objawiony w każ­dej sekundzie. Marek [Jackowski, zmar­ły w zeszłym roku lider Maanamu i były mąż Kory - przyp. red.] tego cudu nie do­świadczy, bo Marka już nie ma. A ja wstaję nieprawdopodobnie wcześnie, o czwar­tej, piątej rano - bo jest już jasno i nie je­stem w stanie dalej spać. Ogarniam dom. Żyję w inny sposób, niż żyłam, bo tak też trzeba żyć. I znaleźć na to czas. Owszem, mam obowiązki i je spełniam. Koniec. Nikt nie może mnie popędzać do niczego.

A ktoś cię poganiał?
- Sama się poganiałam! Nie zostałam wy­chowana, a wytresowana. Nawet nie zda­wałam sobie sprawy, jak ogromne ilości leków przeciwbólowych pochłaniałam. Brałam je przez przerost odpowiedzial­ności. Kiedy przychodziło moje pięć mi­nut, czułam, że muszę zarabiać, bo to u artysty przebiega sinusoidalnie i mogę przegapić okazję.

sobota, 14 czerwca 2014

Richard Kuklinski: Człowiek z lodu



Adam Leszczyński

Był płatnym zabójcą, który pod koniec życia przyznawał się do uśmiercenia blisko 250 ofiar! Jednym z najbardziej odrażających seryjnych morderców XX wieku. Zabijał na różne sposoby, ale szczególnie upodobał sobie trucizny
Przez dziesięć dni Richard Kuklinski bezskutecznie próbował dotrzeć do Tony'ego Scavellego, "porucznika" w mafijnej rodzinie Bonnano. Scavelli dobrze wiedział, że konkurenci chcą go wykończyć, i nie ruszał się nigdzie bez dwóch ochroniarzy. Gangster miał jednak pewną słabość - co tydzień razem ze swoją piękną narzeczoną odwiedzał drogie nowojorskie kluby, a szczególnie upodobał sobie Regine's na Park Avenue i Xenon na Zachodniej 54. Ulicy na Manhattanie. Tam właśnie Kuklinski postanowił go dopaść.

Używał różnych narzędzi mordu. Trucizny cenił sobie dlatego, że po ich zastosowaniu na miejscu zbrodni nie było śladów krwi, moczu i kału, często też okazywały się bardzo trudne do wykrycia - jeśli policja nie miała powodu podejrzewać otrucia, nie przeprowadzała badań toksykologicznych.

Od Paula Hoffmana, znajomego aptekarza, Kuklinski dostał buteleczkę z cyjankiem. Hoffman poinstruował go, jak zmieszać cyjanek ze specjalnym płynem i nalać do strzykawki. Kupił też najcieńszą, jaką mógł znaleźć, igłę, licząc, że śledczy nie znajdą śladu po ukłuciu.

Po namyśle Kuklinski uznał, że klub Regine's jest zbyt spokojny i zbyt ekskluzywny, by zdołał się tam niepostrzeżenie zbliżyć do ofiary. Nieporównanie lepszym miejscem wydał mu się Xenon, dyskoteka wypełniona tłumami tańczących, gdzie z powodu migających świateł stroboskopowych trudno było zapamiętać twarze. Działo się to pod koniec lat 70. w erze muzyki disco, kiedy lokale takie jak Xenon przeżywały szczyt popularności.

Następnej soboty Scavelli, jego dziewczyna i dwaj goryle zjedli kolację w popularnej francuskiej restauracji o nazwie Un, Deux, Trois (Raz, Dwa, Trzy), a potem poszli do Xenona. Kuklinski tańczył obok swojego "celu" (tak zawsze nazywał ofiarę) i w pewnym momencie, kierując się w stronę wyjścia, dziabnął go igłą. Minutę później Scavelli osunął się martwy na podłogę. Podczas sekcji lekarze sądowi nie wykryli trucizny, a za przyczynę zgonu uznali atak serca.

piątek, 13 czerwca 2014

Afera po wyborach do Europarlamentu w Chmielowie. Ktoś kupił głosy za kawę i papierosy?



Marcin RADZIMOWSKI
Afera po głosowaniu do Parlamentu Europejskiego w zakładzie karnym w Chmielowie koło Tarnobrzega. Prokuratura sprawdza, czy nie doszło do przestępstwa. Według naszych ustaleń – doszło.

- W zakładzie karnym w Chmielowie koło Tarnobrzega więźniowie dostali kawę i papierosy za to, że zagłosują na wskazanego kandydata do Parlamentu Europejskiego - twierdzi nasz informator. Dodaje, że większość uległa pokusie, głosując na byłego prokuratora, obecnie posła Prawa i Sprawiedliwości - Stanisława Piotrowicza z Krosna. Po naszej interwencji sprawę bada tarnobrzeska prokuratura.

O kupczeniu głosami w miejscu, które od świata zewnętrznego oddzielone jest wysokim murem i kolczastym drutem, dowiedzieliśmy się kilka godzin po zakończeniu eurowyborów. Informacja brzmiała wręcz nieprawdopodobnie.

- Więźniowie dostali po paczce kawy jacobs kronung w zielonym opakowaniu i po paczce "czerwonych” papierosów LM. To był prezent w zamian za głosowanie na wskazanego kandydata. Każdy dostał też ulotkę wyborczą ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem kandydata, żeby się nie pomylić przy głosowaniu - twierdził w rozmowie informator, zastrzegając całkowicie anonimowość. - Chodziło o kandydata Stanisława Piotrowicza. Nie wiem, kto tym wszystkim kręcił, ale prezenty roznosili między sobą osadzeni.

czwartek, 12 czerwca 2014

Partyzant Dorn



Co niedawny „trzeci bliźniak” robił w Pałacu Prezydenckim? Czy w polskiej polityce szykuje się właśnie sposób na przełamanie podziału smoleńskiego?

PAWEŁ RESZKA
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że sta­ry opozycjonista i jeden z najciekaw­szych polityków prawicy rozważa poli­tyczną emeryturę. Siedzimy w jego biurze poselskim.
- Już dwa razy próbowałem skruszyć dwupartyjny beton - opowiada. - Najpierw w Polsce Plus, potem w Solidarnej Polsce. Porywanie się na następne próby to naraża­nie się na śmieszność. Każde pokolenie ma swoje bitwy.
- Pan już swoje zakończył? - pytam.
- Walne tak, ale może będę w partyzant­ce.
Pierwszy „partyzancki” projekt już ma. Projekt ambitny, bo jeśli się uda, w polityce zajdą spore zmiany. Musi tylko przekonać prezydenta Komorowskiego.
Czy poluje na posadę? On twierdzi, że chodzi mu o zmiany, które są konieczne.

środa, 11 czerwca 2014

Klauzula okrucieństwa


Dramat młodej rodziny w Warszawie. Agnieszka i jej mąż wiedzą, że ich dziecko zaraz po urodzeniu umrze. Lekarz odmawia jednak aborcji, powołując się na klauzulę sumienia.

MAGDALENA RIGAMONTI

Szpital Św. Rodziny w Warszawie, popularnie zwany szpitalem na Madalińskiego. Jest kwiecień tego roku, niespełna 38-letnia pacjentka dowiaduje się, że jej dziecko, które od zaledwie 22. tygodni nosi w brzuchu, ma szereg wad głowy, twarzy, mózgu i jest tak chore, że po naro­dzinach umrze. Jest tak chore, że nie można go leczyć.
Przez ponad dwa tygodnie kobieta przechodzi serię badań potwierdzających tę diagnozę. W 25. tygodniu ciąży dostaje od prof. Bogdana Chazana, dyrektora szpitala i wybitnego ginekologa, dokument podpisany przez niego, w którym odmawia wykonania aborcji ze względu na konflikt sumienia.
Rozumiem klauzulę sumienia, rozumiem też deklarację wiary podpisaną za namową Wandy Półtawskiej - przyjaciółki Karola Wojtyły i lekarza - kilka tygodni temu przez ponad 3 tys. lekarzy, w tym ginekologów. Rozumiem, że ci ostatni, ze względu na tzw. konflikt sumienia, są w stanie odmówić przeprowadzenia zabiegu przerwania ciąży. Prawo mówi jednak, że w takim wypadku muszą się zatroszczyć o pacjentkę i wskazać szpital, w którym aborcja jest wykonywana. Prof. Chazan zamiast tego zaproponował pacjentce hospicjum dla jej dziecka.
Z naszych ustaleń wynika też, że przez prawie dwa tygodnie manipulował kobietą, u której dziecka zdiagnozowano śmiertelną wadę uprawniającą do przerwania ciąży. Zwlekał z decyzją, żądał kolejnych badań, byle tylko doprowadzić do tego, by nie mogła zgodnie z prawem przerwać ciąży. - Mam wiele pacjentek, nie mam przed sobą dokumentacji. Poza tym nie wiem, jak moje wypowiedzi zostaną wykorzystane.
Jadę samochodem. Dla pani propaganda jest ważniejsza niż życie. Zaznaczam, że mam na myśli moje życie - słyszę. Udaje mi się jeszcze tylko powiedzieć, że dziś, w piątek 6 czerwca, do wiceprezydenta Warszawy wpłynęła skarga na prof. Chazana złożona przez pacjentkę, której odmówił aborcji.
Tłumaczę, że kobieta oskarża go o działanie niezgodne z prawem, więc zależy mi na opinii profesora. Proszę go, żeby zgodził się ze mną porozmawiać, gdy już dojedzie na miejsce. Po godzinie odbiera telefon i kiedy pytam o pacjentkę, mówi o tym, że nie ma przed sobą dokumentacji. Kiedy pytam, ile odmów wyko­nania aborcji ze względu na konflikt sumienia podpisał w kwietniu, ile w ostatnim czasie, słyszę odpowiedź: - Pani pracuje w służbach. Pani musi pracować w służbach, skoro pracuje pani tu, gdzie pracuje.
Proszę, by ważył słowa, nie rzucał oszczerstw. Po chwili przeprasza. Kiedy proponuję, że wyślę jedno pytanie SMS-em, dostaję odpowiedź, że pracuje tylko do godziny 15 i właśnie wyłącza telefon. Tłumaczę, że skoro sprawa dotyczy życia o śmierci, a także oskarżeń o łamanie prawa, to godzina nie powinna grać roli.
Dziecko pacjentki jego szpitala urodzi się za kilka tygodni. Bez części czaszki, bez części podniebienia, bez części nosa, z nierozwijającym się mózgiem, ale za to z wodogłowiem. Jego mama czuje ruchy dziecka, bo wszystko oprócz głowy działa świetnie. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby się okazało, że moje dziecko, które noszę w brzuchu, jest w takiej sytuacji. Nie wiem, ale na pewno chciałabym wiedzieć, jakie mam możliwości działania, jakie są moje prawa. Przede wszystkim chciałabym mieć pewność, że prawo jest po mojej stronie i że lekarze są zobowiązani, by je respektować.

Rozmowa z Agnieszką i ojcem dziecka

W którym tygodniu ciąży pani jest?
Agnieszka: W 32. Początek 32. tygodnia.
To pani pierwsza ciąża?
Agnieszka: Nie. Piąta. Staramy się o dziecko od prawie 13 lat. Trzy ciąże poro­niłam w bardzo wczesnym okresie - zarod­ki się zagnieżdżały, ale się nie rozwijały.

wtorek, 10 czerwca 2014

Gruba kreska tow. Króla



W PRL był partyjnym karierowiczem. Dziś tropi postkomunistyczną jaczejkę I nie ma z tym żadnego problemu.

RAFAŁ KALUKIN

Okrągły Stół był potrzebny tylko po to, by pod sowiecką kontrolą oddać część władzy, zachowując nienaruszoną substancję komunistycz­nych interesów”. Tak twierdzi człowiek, który w czasie obrad Okrągłego Stołu zo­stał redaktorem naczelnym pisma wyda­wanego przez partyjny koncern RSW.
„Gdybyśmy mieli wyobraźnię i odwa­gę, to w 1989 r. byśmy podpalili lub wy­sadzili w powietrze symbol sowieckiej dominacji - Pałac Kultury i Nauki”. Oto refleksja na miarę wybranego w 1989 roku sekretarza KC PZPR.
Mit pierwszych demokratycznych wy­borów do Sejmu kontraktowego jest kłam­stwem założycielskim III RP. Taką opinię głosi kandydat PZPR w tych wyborach.
Przedstawiciel uwłaszczonej nomen­klatury tropi postkomunistyczną jaczejkę. Człowiek zarejestrowany przez SB jako TW „Adam” oskarża premiera Mazowie­ckiego, że nie przeszkodził w paleniu akt bezpieki. Partyjny podwładny gen. Jaru­zelskiego żegna go w dniu pogrzebu felie­tonem gloryfikującym odważnego rolnika, który przed laty wymierzy] sprawiedli­wość dowódcy junty, waląc go kamieniem w głowę. Dawny PZPR-owski dziennikarz pisze o dzisiejszych „funkcjonariuszach telewizyjnych przebranych za dziennika­rzy”. O głównych stacjach telewizyjnych, że to telewizje Putina. O politykach PO - że pomuniści. O Tusku, że „zachowuje się jak rosyjski czynownik”.
I w ogóle, zdaniem PRL-owskiego pro­minenta Marka Króla, III RP to kraj tota­litarny, w którym „kanalia jest bohaterem, lokaj symbolem niezależności, a hipokry­ta jest uważany za nowoczesnego mędrca”.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Michnik Boniecki Dialog



Redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” i redaktor senior „TP” szukają równowagi między Palikotem a Rydzykiem. Mówią o prawdzie przyciągającej mocą samej prawdy i o tym, że trzeba bać się nihilizmu, a nie gender.

ANNA WACŁAWIK-ORPIK: Punktem od­niesienia naszej dyskusji jest książka Adama Michnika z 1977 roku: „Kościół, lewica, dialog”. Niedawno nazwał Pan tę książkę anachroniczną - dlaczego?

ADAM MICHNIK: Z trzech powodów. Po pierwsze, została zrodzona przez pewną sy­tuację, w dużej mierze sprowokowaną książ­ką Bohdana Cywińskiego „Rodowody nie­pokornych”, której autor również zarysował perspektywę spotkania między lewicą a Ko­ściołem.
Po drugie, od tamtej pory zdestruowano sens pojęcia „lewica”. Dzisiaj nie umiałbym powiedzieć, że jestem człowiekiem lewicy - wtedy robiłem to bez zahamowań. Słowem tym określa się formację postkomunistycz­ną, której nie odmawiam zalet, ale nie widzę w niej wiele wspólnego z tą lewicowością, o której myślałem podczas pisania. Do tego dochodzą zwolennicy formacji Janusza Palikota i moi młodzi koledzy z „Krytyki Poli­tycznej”, wielbiciele Slavoja Źiżka. To rów­nież nie jest moja bajka.
Po trzecie, dla mnie najbardziej bolesne - mamy zupełnie inny Kościół. Wtedy miałem wrażenie, że Kościół zapraszał mnie do roz­mowy, i nie odczuwałem żadnej wrogości. Nieufność może tak, ale nie wrogość. Dzisiaj
mam poczucie, że w wystąpieniach promi­nentnych przedstawicieli Kościoła (niedaw­no np. u ks. Dariusza Oko w telewizji) moje nazwisko funkcjonuje jak przezwisko.
Zaletą tej książki jest, myślę, próba innego spojrzenia na Kościół czy szerzej: na chrze­ścijaństwo. Innego, niż proponują dyżurni antyklerykałowie, którzy z ataków na Ko­ściół urządzili sobie trampolinę do sukcesu wyborczego i zaistnienia w mediach. To jest moralnie niestosowne, historycznie fałszy­we i intelektualnie głupie. Niedawna war­szawska rekonstrukcja ścinania Kazimierza Łyszczyńskiego nie wydała mi się nawet za­bawna.
Rzecz w tym, że to, co najistotniejsze i naj­bardziej wartościowe w Kościele, nie prze­stało istnieć. Dziś jest to formacja mniej­szościowa, marginalizowana, kneblowana. Dla mnie to źródło goryczy, bo pokochałem chrześcijaństwo w stylu ks. prof. Tischne­ra, abp. Życińskiego czy Jana Pawła II. Wy­mieniam te trzy nazwiska, żeby nie mówić o obecnych na tej sali.

czwartek, 5 czerwca 2014

Wojna o pokój



W oczekiwaniu na znak od prezesa PiS Zbigniew Ziobro wciąż zamierza być prezydentem Polski, a Jacek Kurski - Gdańska.

ANNA GIELEWSKA

Jeden z sejmowych pokoi PiS dzielą od drzwi klubu Solidarnej Polski zaledwie trzy metry. I ściana. O ten skrawek ziemi w ostatnich dniach toczyła się batalia. - Już ja się postaram, żeby im to odebrać! - zapowiadał posłom PiS szef klubu Mariusz Błaszczak. I nie chodzi tylko o metraż - sprawa jest honorowa. Bo kiedy w Sejmie powstawał klub Solidarnej Polski, to właśnie PiS musiał ustąpić pola i oddać nowej formacji jedno ze swoich pomieszczeń. Trzeba było nawet przesunąć ścianę. Od tego momentu narady posłów Solidarnej Polski toczyły się ściszonym głosem. Byli pewni, że ci z PiS przez ścianę ich podsłuchują.
Wtorkowy poranek, jeden z posłów partii Jarosława Kaczyńskiego idzie korytarzem. Po drodze mija otwarte drzwi klubu „SolPola” Wewnątrz były pracownik PiS energicznie wrzuca dokumenty do niszczarki. - Tak źle? - pyta poseł. - Likwidacja! - rozkłada ręce pracownik biura. - Nawet żal mi się go zrobiło - przyznaje poseł.
Ale to emocje w PiS odosobnione. Kiedy okazało się, że partia Zbigniewa Ziobry nie przekroczyła progu w wyborach do europarlamentu, współpracownicy prezesa Jarosława Kaczyńskiego nie kryli satysfakcji. Na sugestie o możliwych po­wrotach do partii matki reagowali najczęściej prychnięciem: - A po co nam zdrajcy? Niech się wykrwawiają.
Najwięksi zdrajcy według PiS to oczywi­ście sam Ziobro i Jacek Kurski.

środa, 4 czerwca 2014

Ucho Hosera



Marcin Wójcik

- Jasienica była jedną z bardziej urobionych parafii. Dopóki nie przyszedł Lemański. Wydaje mi się, że on jest opętany. Gdyby wziąć kropidło, to będzie uciekał, aż nogi połamie - mówi ksiądz dziekan Władysław Trojanowski z Tłuszcza
Ten dom ma salon z oknami na dwie strony świata. Tam, gdzie stoi telewizor - widać bloki w Tłuszczu. Tam, gdzie błyszczy fikus - widać łąki w Jasienicy. Pośrodku, przy stole, siedzą oni, i z Tłuszcza i z Jasienicy.

Karolina: - Niech arcybiskup Hoser zabierze stąd dziekana. Nie chcemy księdza, który nam mówi: "Zajmijcie się lepiej gównem niż sprawami Kościoła".

Budowniczy

Ksiądz Władysław Trojanowski, zanim przyszedł do Tłuszcza, był proboszczem parafii Miłosierdzia Bożego w Ząbkach. Pamiętają tam, że za Trojanowskiego stała przed ołtarzem armia ministrantów w komżach i czerwonych pelerynach, i że furtki na plebanię pilnował rottweiler. Pokazywał kły, ale wystarczyło, że proboszcz krzyknął, i zmieniał się w kociaka.

W Tłuszczu rottweilera nie ma. Jest Mycha - krzyżówka yorka z kundlem. Ksiądz Trojanowski został tutaj nie tylko proboszczem, ale także dziekanem dekanatu tłuszczańskiego. Dziekan jest łącznikiem na linii biskup - księża. Ma być doradcą i przykładem dla księży.

Sporo już zrobił w kościele: założył centralne ogrzewanie, osuszył mury, położył marmur, zmienił drzwi wejściowe na dębowe. W tygodniku "Stacja Tłuszcz" napisali o nim artykuł pt. "Ksiądz, który buduje". To wyliczanka remontów i budów, których podjął się na terenie diecezji.

Są parafianie, którzy lubią jego kazania, bo nie przebiera w słowach. Kiedy krytykowano arcybiskupa Henryka Hosera za to, że księdzu z wyrokiem za pedofilię pozwolił być proboszczem - on oskarżał z ambony media o zaplanowaną akcję niszczenia Kościoła. Kiedy wytykano arcybiskupowi Józefowi Michalikowi, że powiedział, iż dzieci same proszą się, by je molestować - również oskarżał media o zaplanowaną akcję niszczenia Kościoła. Każe wiernym słuchać Radia Maryja, bo tylko tam usłyszą prawdę.

Nauczycielską misję wypełnia nie tylko z ambony. W tygodniku "Fakty" mówił o ojcowiźnie: "Ojcowizna (...) daje poczucie bezpieczeństwa rodzinie, gdyż jest źródłem pozyskiwania zasobów, jakie ziemia rodzi". Na pytanie dziennikarza o skutki zaniedbywania ojcowizny odpowiedział: "Brak własnych fruktów pociąga konieczność kupowania żywności od innych narodów".

Jest "Aniołem Stróżem Ziemi Wołomińskiej". Kapituła przyznała mu ten tytuł za krzewienie patriotyzmu. Jest "Aniołem", jak Antoni Macierewicz, Jan Pietrzak, arcybiskup Leszek Sławoj Głódź czy prezes SKOK Wołomin Mariusz Gazda.

wtorek, 3 czerwca 2014

Polityka jest fajna



Piosenka „Takie tango” zmieniła moje życie. Miałem wtedy 47 lat, mieszkałem w bloku
jeździłem zdechlakiem. Po niej mogłem żyć trochę inaczej – mówi Krzysztof Cugowski
wokalista Budki Suflera.

Rozmawiał:
SYLWESTER LATKOWSKI
Ktoś jeszcze czasem mówi do pana „senatorze”?
Zdarza się.

Po co to panu było?
Odpowiem w krótkich, żołnierskich słowach: w roku 2005 imałem 55 lat, byłem spełniony jako artysta, dużo rzeczy w życiu miałem już odfajkowanych. Pomyślałem, że mogę coś zrobić dla innych.

Dla ojczyzny?
Nie chciałem użyć tego określenia, bo dzisiaj słowo „Polska" odmienia się przez wszystkie przypadki, ale tak właśnie myślałem. Kiedy w 2005 r. zostawałem senatorem, szedłem do projektu, który się nazywał PO-PiS. Wierzyłem w ten projekt. Jak teraz o tym mówię, to niektórzy się śmieją albo pukają w głowę, ale ja jestem sierotą po tej niedoszłej koalicji. Do dziś uważam, że porozumienie Kaczyńskich z Tuskiem to była jedyna po 1989 r. szansa na prawdziwe zreformowanie państwa. By­ło poparcie społeczne, przewaga w Sejmie i Senacie, był prezydent. Można było zrobić wszystko.

U pana w Lublinie PO wystawiła właśnie do europarlamentu Michała Kamińskiego, byłego polityka PiS. Jest to więc jakaś forma PO-PiS.
Komiczna. Pokazuje, że większość polity­ków nie ma żadnych poglądów.

Zawiódł się pan na nich?
Zdobyłem wiedzę, jak funkcjonują.

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Ukąszenie Korwinem



Widzi wroga w żydowskich socjalistach, szuka usprawiedliwienia dla pedofilii, a kiedyś ledwo uszedł z życiem po ciosie nożem. Janusz Korwin-Mikke to jedna z najbardziej mrocznych postaci III RP.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

- Żydokomuna, czyli kto?
- Judeosoc, tak właściwie po­winienem dziś powiedzieć. Żydowscy so­cjaliści, nasz najgroźniejszy wróg - unosi się Janusz Korwin-Mikke, który jesz­cze kilka minut wcześniej przekonywał mnie, że nie ma nic wspólnego z anty­semityzmem, a jego stosunek do Żydów jest taki sam jak do blondynów czy mań­kutów. - Są zdolni i inteligentni, najbar­dziej niebezpieczna formacja socjalistów.
- Kogo ma pan na myśli? Konkretnie.
- Adama Michnika przykładowo. TVN, „Gazeta Wyborcza” to są te siedliska. Da­rzą mnie szczerą nienawiścią, zresztą z wzajemnością.

Rana kłuta nadbrzusza
Nie we wszystkich sprawach Korwin-Mikke jest równie rozmowny. Do dwóch tajem­niczych historii z przeszłości, które ciągną się za nim do dziś, nie chce wracać w ogóle.
Pierwsza z nich wydarzyła się 13 lat temu. Pewnego zimowego popołudnia broczący krwią Korwin-Mikke trafił do szpitala na warszawskiej Pradze. Lekarze stwierdzili „ranę kłutą nadbrzusza”. Jego stan był na tyle poważny, że potrzebna była operacja, a biegły medycyny sądo­wej ocenił, że obrażenia „realnie zagraża­ły życiu poszkodowanego”.

niedziela, 1 czerwca 2014

Samotnik z wyboru



Nigdy nie chciałem się wiązać, mieć bagażu w postaci żony, dziecka. Wiedziałem, że nie podołam – mówi MAREK NIEDŹWIECKI

Rozmawiała:
MAGDALENA RIGAMONTI
MAREK NIEDŹWIECKI: Kawę pani zrobić?
Ja piję z przyzwyczajenia. To jest chyba kwestia zapachu, smaku, a nie tego, że potrzebuję wsparcia, podniesienia.

O, uśmiechnął się pan. Gdy chwilę temu spotkaliśmy się na zewnątrz, myśla­łam, że coś się stało. Nie wyglądał pan dobrze...
Życie mnie dogina po prostu. Strasznie dużo mam na głowie. Moja książka, która właśnie wyszła, miała mieć tytuł „Na  .... mi ten wrzątek”, jednak doszliśmy do wniosku, że nie będziemy brzydkich wyra­zów pisać na okładce.

Pierwszy raz słyszę, jak pan przeklina.
Bo w radiu nie można używać brzydkich wyrazów. W książce trochę poprzeklinałem. Miałem pisać o Australii, a wyszło jak zwykle. Jak zwykle, bo pierwsza moja książka, „Nie wierzę w życie pozaradiowe” też miała być o Australii.

Ta ma tytuł „Radiota”.
I kojarzy się z „idiota ”. Lubię się bawić językiem. Lubię gierki, wstawki. Zresztą, czasem na antenie to słychać. Mówię np. 10 milionów po 20 albo dyrdymarki.

Mówi pan też o sobie, że jest pierdołowaty, niezorganizowany, fafułą pan siebie nazywa. Kryguje się pan.
Nie kryguję. Mam asertywność na pozio­mie zero.