PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Przypadki Marcina D.



Zięć byłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i kłopotliwy epizod w karierze obecnego, Andrzeja Dudy. Przez prezesa PiS zwany ironicznie panem Iksowskim. Marcin Dubieniecki - polityczny cwaniak czy groźny hochsztapler?




Aleksandra Pawlicka

Pierwsze wrażenie? Człowiek ko­chający luksus, niedomówienia i grę pozorów. W czasie rozmo­wy nie patrzy rozmówcy w oczy. Demon­stracyjnie za to zerka co chwila na zegarek. Raczej drogi. I na komórkę. Nieustannie wibrującą. „Jestem człowiekiem intere­su”, „czas to pieniądz”, „każda minuta może mieć znaczenie” - złotouste wtręty wplata w co drugie zdanie.
- Tylko raz w życiu z nim rozmawiałem. Lecieliśmy razem z Gdańska do Warszawy i traf chciał, że dostaliśmy miejsca obok siebie w samolocie. To była godzina banałów na temat złożoności świata. Gadanie nie­warte zapamiętania - mówi Jacek Kurski, były europoseł.

niedziela, 30 sierpnia 2015

ŚLADY PREZYDENTA



Zamiast odpowiedzi na pytania - oburzenie i oskarżenia o oszustwo. Tylko tyle prezydent i jego kancelaria mają do powiedzenia w sprawie niewygodnych faktur posła Dudy. Kwestią wizyt obecnego prezydenta w Wielkopolsce po tekście „Newsweeka” zajęta się prokuratura.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

W tekście „Niewygodne rachunki” tydzień temu opisaliśmy sprawę podróży prezy­denta do Poznania. Andrzej Duda jeszcze jako parlamentarzysta latał tam i nocował za pie­niądze Sejmu. Oficjalnie wykonywał obowiązki poselskie, a w rzeczywistości prowadził w Wiel­kopolsce wykłady na prywatnej uczelni.
Kancelaria Sejmu zapłaciła za te podróże w su­mie 11 tys. zł: 1,7 tys. za hotele i 9,3 tys. za loty. Aby dostać zwrot za nocleg, poseł Duda musiał za każ­dym razem własnoręcznie napisać oświadczenie, że podróż miała związek z wykonywaniem man­datu. Zdaniem konstytucjonalistów - prof. Marka Chmaja i dr. Ryszarda Piotrowskiego - także loty powinny mieć związek z działalnością poselską.

środa, 26 sierpnia 2015

Czy mamy w Polsce głodne dzieci?



Hasło „głodne dzieci" zawsze działa. Ale o kim i o czym naprawdę mówimy?

Temat tym razem wy wołał prezydent Andrzej Duda zaraz po swoim zaprzysiężeniu w Sejmie. Mówiąc o konieczności naprawy Polski, wypomniał rzą­dowi „dzieci, z których wiele dzisiaj nie dojada”. Podniósł się rwetes, ruszyła polityczna wymiana ciosów.
- Wiem, że jest w Polsce bardzo wiele dzieci, które są głod­ne - oświadczyła zaraz Beata Szydło. Rzecznik PiS po­wiedział o „800 tys. głodujących dzieci”, a Leszek Miller o „400-450 tys. głodnych dzieci”. „Idą do szkoły głodne i wracają ze szkoły głodne. To jest hańba dla współcze­snego państwa polskiego" - grzmiał.
   Dla socjolog prof. Elżbiety Tarkowskiej, dyrektor Insty­tutu Filozofii i Socjologii Akademii Pedagogiki Specjal­nej, która od lat bada zjawisko biedy i ubóstwa w Polsce, ta awantura to kolejna odsłona przedmiotowego trak­towania dzieci dla potrzeb walki politycznej, co zresz­tą, jak przyznaje w rozmowie z POLITYKĄ, obserwuje od dawna. - Od 20 lat prowadzę badania i przy różnych okazjach to widziałam: na co dzień politycy nie interesują się dziećmi, tylko od czasu do czasu wybuchają właśnie takie awantury, w których tymi dziećmi ktoś coś sobie zała­twia - mówi. Kilka miesięcy temu przeczytała w jednym z portali prawicowych o 2 min głodnych dzieci, gdzie indziej - o pół milionie. - Powoływano się na badacza, którego znam, i przy naj­bliższej okazji zapytałam go o to. W ogóle nie wiedział, o co chodzi.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Łowca dewiantów



Motorniczy Krzysztof od dekady randkuje z pedofilami, żeby ich wystawić policji. To było najgorętsze operacyjnie lato.

Edyta Giętka

Zapoznany dwa dni temu Konrado jest coraz śmielszy w esach. Już zacieśnili się z Izką2003 na tyle, że podała mu numer, prosząc o memesa ze zdjęciem. Biedaczyna. Wią­żąc nadzieje z Izką, właśnie nadział się na Dymkowskiego Krzysztofa, samo­zwańczego szeryfa internetu, który hobbystycznie strzeże przed takimi gnojami nasze polskie dzieci.
Z zawodu motorniczy tramwajów wro­cławskich z 22-letnim stażem, od deka­dy w wolnych chwilach udaje chłopców i dziewczynki, wystawiając umówionych na randkę prosto na policyjny radiowóz. Tego lata Dymkowski jest przepracowany operacyjnie jak jeszcze nigdy wcześniej. Od czerwca zadenuncjował ponad 20 na­palonych na jego osobę, kamuflującą się w różnych wariantach wiekowo-płciowych. Dymkowski, niesamowicie prze­ciętny człowiek, nigdy nie miał detektywi­stycznych inklinacji. Można powiedzieć: namaszczony splotem okoliczności.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Kibolski patriotyzm



Nasza historia to rachunki krzywd. Nasza wspólnota to zmarli i polegli. Katastrofalnie smutne - mówi Jan Klata, reżyser, dyrektor Starego Teatru w Krakowie.
Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czuje się pan okradziony z patriotyzmu?
JAN KLATA: Nie jestem na tyle głupio przekorny, żeby odpowiedzieć: „Nie, ale gdzieżby, skądże”. Owszem, czuję się okra­dziony, bo patriotyzm został zawłaszczony przez wyznawców kultu martwych, a ja do nich nie należę. Wiem, że mówiąc to, ska­zuję się na wykluczenie, bo kto ośmiela się mówić inaczej, myśleć inaczej, czuć ina­czej, kto nie wyznaje patriotyzmu trupiej czaszki, stawia siebie poza wspólnotą wy­znawców wielkiej masakry. I przykleja mu się nalepkę, żeby jako niepatriota rzucał się od razu w oczy.

Jaką nalepkę?
- „Lewak” na przykład. Albo „leming”, też na „1”. A dlaczego nie „lemur”, pytam? Prze­cież to lemury w drugiej części „Fausta” ko­pią grób. W Polsce aż roi się od lemurów. Mówi się, że Polską rządzą trumny. Nie, rządzą nią lemury.

Rządzą czy będą wkrótce rządzić?
- Rządzą. Rządzą naszą dyskusją. Narzu­cają nam swoje całopalne wizje, nieustan­nie każą się do nich odnosić, według nich określać, składać hołd. Nasza historia to ra­chunki krzywd. Nasza wspólnota to zmarli i polegli. Katastrofalnie smutne.

Co możemy z tym zrobić?
- Mój problem z rzeczywistością w oj­czyźnie polega na tym, że wszelka dysku­sja, na każdy temat, jest z góry nieuczciwa,dogmatyzowana. Z dogmatami się wszak nie dyskutuje - to się nie godzi. Jakiś czas temu mieliśmy w teatrze wizytę paru gości z klubu „Gazety Polskiej”. Lider musiał im gwizdkiem wskazać, która scena jest naj­bardziej obrazoburcza, bo inaczej pewnie by się nie zorientowali, a przecież przyszli, żeby spontanicznie się oburzyć i wygwiz­dać. Potem przez kilka tygodni wszystkie media, z wyjątkiem chyba tylko Al-Dżaziry, koczowały pod Starym Teatrem i zadawały mi to samo pytanie: „Panie dyrektorze, ak­torzy kopulują na scenie czy nie kopulują?” Spektakl był nieważny, dyskusja o kopulowaniu grzała do czerwoności. W Polsce obowiązują tylko wykrzykniki. Chory rodzaj zacietrzewienia. Kibolstwo.

niedziela, 23 sierpnia 2015

NIEWYGODNE RACHUNKI



Andrzej Duda jeszcze jako poseł podróżował na koszt Sejmu do Wielkopolski. Oficjalnie wykonywał tam obowiązki poselskie, jednak w rzeczywistości prowadził wykłady na prywatnej uczelni. Zarobił na nich kilkaset tysięcy złotych.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Przyszły prezydent latał do Po­znania i tam nocował, gdy miał zajęcia ze studentami w Wyż­szej Szkole Pedagogiki i Administra­cji (WSPiA) w Nowym Tomyślu, 60 km na zachód od stolicy Wielkopolski. Za te przeloty oraz hotele płacił Sejm, który na ten cel w latach 2012-2014 wydal w sumie 11 tys. złotych.

Warszawa-Poznań-Warszawa
Poznańskie podróże posła Dudy mia­ły miejsce w weekendy (między piątkiem a niedzielą), gdy w WSPiA odbywały się zajęcia.
Kilka przykładów z 2012 roku: w piątek 16 marca Duda bierze udział w posiedze­niu komisji odpowiedzialności konstytu­cyjnej, potem w 34 głosowaniach na sali plenarnej i leci do Poznania. Następnego dnia wraca do Warszawy, też samolotem.
Piątek, 30 marca. Duda bierze udział w 24 głosowaniach i znów leci do Pozna­nia. Piątek 29 czerwca - podobnie.
W piątek po wakacjach, 12 październi­ka, Duda bierze udział w 78 głosowaniach (jedno opuszcza) i po raz kolejny wylatu­je do Poznania.
Piątek, 16 listopada. 45 głosowań w Sejmie, a po nich Okęcie i lot do stoli­cy Wielkopolski. Tym razem na koszt Sej­mu poseł rezerwuje sobie też hotel Comm w pobliżu lotniska Ławica. Wraca w nie­dzielę 18 listopada samolotem zarezer­wowanym przez Kancelarię Sejmu.
W 2013 roku liczba podróży spada, ale jedno pozostaje niezmienne: Duda cały czas odwiedza Wielkopolskę w weekendy. Wyjątkiem jest wizyta 1 października (po­seł ma bilet na lot w obie strony na trasie Warszawa-Poznań i wykupiony na koszt Sejmu nocleg w tym samym hotelu nie­opodal Ławicy), gdy w WSPiA odbywała się inauguracja roku akademickiego.
W 2014 roku poseł udaje się do Wiel­kopolski samolotem dwukrotnie: raz w styczniu i raz w marcu.

sobota, 22 sierpnia 2015

Duch wspólnoty



Tak nam się z piątku na sobo­tę poprawiło, że aż prezydent Duda przyznał to publicznie z mównicy w Alejach Ujazdowskich.
Jeszcze 14 sierpnia przez popęka­ne mury III RP lało się na nas zardzewiałe błocko, a my wszyscy błąkając się po wertepach, szukaliśmy jakiejś drogi wyjścia z beznadziei. Aż tu nagle 15 sierpnia cała Polska niczym z folderu wycięta. Piękna i coraz silniej­sza. I żadne tam podnoszenie z ruin nas nie dotyczy, tylko po prostu to i owo trzeba naprawić - uspokajał prezydent do mikrofonów.
Jednak gdy komuś ręce się trzęsą do roboty, to trudno takiego zatrzymać. Jeszcze samochód głowy państwa nie zdążył odjechać po uroczystościach, a już z tłumu młody człowiek wbiegł na pustą mównicę. Silnymi dłońmi wy­rwał oba mikrofony ze statywów, wcisnął je do kieszeni spodenek i wmieszał się w tłum. - To złodziej - krzyknął ktoś do policjantów pilnujących uroczystości. Ci jednak się nie spieszyli. Obejrzeli mównicę ze wszystkich stron i tyle. Uznali zapewne, że chłopak uległ sile słów prezy­denta Dudy i zabrał oba mikrofony do naprawy. Do na­prawy III RP, oczywiście.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Wybory, czyli wielki blef



Do wszystkich nieudolności Platformy Obywatelskiej dochodzi kolejna, chyba najgorsza. Partia Ewy Kopacz nie jest w stanie dorównać PiS w składaniu obietnic bez pokrycia.

Tym, co czyni demokrację lep­szą od innych ustrojów (autorytaryzmów, totalitaryzmów, zamordyzm ów), jest kadencyjność wła­dzy i wybory, w których możemy ocenić zarówno dorobek rządzących, jak i wia­rygodność opozycji. Tym, co czyni de­mokrację gorszą od innych ustrojów, są kampanie wyborcze.
Taka kampania to nie walka o dodat­kowy procent wzrostu PKB czy poprawę publicznej opieki zdrowotnej. To wyłącz­nie walka o glosy. O ile jednak w kampa­niach, jakie obserwujemy w dojrzałych demokracjach (choćby przed ostatnimi wyborami w Wielkiej Brytanii), można jeszcze z grubsza odróżnić od siebie pra­wicę (obietnica obniżania albo przynaj­mniej zamrożenia podatków połączona z obietnicą obniżania albo przynajmniej zamrożenia zasiłków i świadczeń) i lewicę (w przybliżeniu na odwrót), to w Polsce sytuacja pozostaje bardziej skomplikowana.
Obiecywanie skandynawskiego pań­stwa opiekuńczego za zawrócone do Polski cypryjskie podatki stało się funda­mentem wyborczej strategii PiS. Obniże­nie dochodów państwa poprzez znaczne zwiększenie dla wszystkich kwoty wolnej od podatku przy jednoczesnym znacz­nym podniesieniu wydatków państwa (wycofanie się z reformy emerytalnej, do­datek 500 złotych miesięcznie na każde dziecko, dziesiątki innych kosztownych przywilejów obiecywanych każdej gru­pie społecznej i zawodowej) nie ma żad­nego sensu, jeśli chodzi o poprawę stanu
polskiej gospodarki i państwa. Ma jednak głęboki sens polityczny - skokowo zwięk­sza szanse PiS na zdobycie władzy.

środa, 19 sierpnia 2015

ROZSYPKA



Miał założyć ruch, który zmieni polską politykę, a osiadł na mieliźnie w towarzystwie narodowców i egzotycznych doradców: piewcy Łukaszenki i znajomego psychiatry.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Jeszcze w czerwcu wydawa­ło się, że Paweł Kukiz stanie się tej jesieni jednym z głów­nych rozgrywających w polskiej polityce. W wyborach prezydenckich zdobył pra­wie 21 proc. głosów, a w jednym z son­daży partyjnych przeprowadzonym kilka tygodni później jego nieistniejąca forma­cja zrównała się z PiS.
Minęły jednak dwa miesiące i wszyst­ko się rozsypało. Kukiz pokłócił się ze współpracownikami, zbratał z Ruchem Narodowym i nagłe zniknął z mediów. Dziś może liczyć na 12 proc. głosów. A za kilka tygodni przyjmie kolejny cios: re­ferendum dotyczące JOW (dla mniej zorientowanych – jednomandatowych okręgów wyborczych), dzięki któremu miał chwycić wiatr w żagle, najpewniej zakończy się fiaskiem, bo Polacy zamiast pójść głosować, zostaną w domu.

wtorek, 18 sierpnia 2015

PiS chce demokratury



Jest taka jedna partia, która co rusz chce zmieniać wszystko, bo na ewolucyjne zmiany szkoda jej czasu. Ta partia to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość
Uchwalona w 1997 r. konstytucja z pewnością nie jest doskonała, dlatego co pewien czas podnoszą się głosy, że warto by to i owo w niej zmienić, uczytelnić, lepiej rozdzielić kompetencje. Niewiele z tego wynika, bo gdy jedna partia chce zasadnie poprawić jeden artykuł, pozostałe warunkują to zmianami w pięciu innych miejscach i kończy się to tak, jak powiedział były premier Rosji Czernomyrdin: "Chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zwykle".

Poprawki poprawkami, nikt jednak nie podważa konstytucji jako takiej. Nikt? Oj, chyba przesadziłem. Jest taka jedna partia, która co rusz chce zmieniać wszystko, bo na ewolucyjne zmiany szkoda jej czasu. Ta partia to oczywiście Prawo i Sprawiedliwość.

Co pewien czas wielkim nakładem pracy ekspertów i polityków wytwarza kompletny, całościowy projekt nowej konstytucji. Oczywiście, uchwalenie ustawy zasadniczej nie jest takie proste - trzeba mieć 307 posłów i 51 senatorów. Do tej pory była to mrzonka, ale kto wie, co będzie w październiku?

Prezentowany obecnie program PiS-u ("3x15", czyli po 15 mld zł miesięcznie na dzieci, na wyższą kwotę wolną od podatku oraz na obniżenie wieku emerytalnego i VAT-u) to jedynie wabik, który ma przyciągnąć wyborców. Zagłosują, a dopiero potem dowiedzą się, o co naprawdę chodziło. Właśnie dlatego warto o tym pisać, bo projekty te nigdy - zapewne przez skromność - nie były przesadnie eksponowane, a to z nich wyziera prawdziwa myśl ustrojowa Prezesa.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Dobry pisowiec, ale bezpartyjny



Andrzej Duda na razie jest tylko politycznym celebrytą - znanym głównie z tego, że został prezydentem. Nic więc dziwnego, że sporo celebruje Najbardziej siebie.

RAFAŁ KALUKIN

Tłum na rynku miasteczka. Dzie­ci ze słonecznikami. Biało-czerwone chorągiewki. Słońce, uśmiechy i radość. Orkiestra gra skocz­ną melodię. On - swobodny. Fotogeniczny, w białej koszuli. Krótkie wystąpienie. Przybijanie piątek i selfie.
I właśnie tak jest fajnie. Nawet fajniej niż w wiosennej kampanii. Ktoś móg­łby nie docenić tej różnicy, więc gość sam wskaże: nie doczekaliście się kandyda­ta Dudy, ale za to teraz macie prezydenta. Ubiliście świetny interes, więc tym moc­niej cieszcie się i radujcie.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Samotność Komorowskiego



Odejście Bronisława Komorowskiego to symbol słabości zwolenników liberalnej demokracji, którzy nie potrafili zbudować własnej politycznej legendy - ani do niej przekonać, ani w nią porządnie uwierzyć.

Mariusz Janicki, Wiesław Władyka

Były prezydent był ostatnim znaczącym politykiem snu­jącym optymistyczną opowieść w stylu dawnej Unii Wolności - o państwie, które wyzwoliło się z komuni­zmu i odniosło niebywały sukces. Przegrał z językiem równie dawnego Porozumienia Centrum - o państwie, które się właśnie nie wyzwoliło i trzeba to dopiero zrobić, bo popada w ruinę. Komorowski zresztą już od momentu, gdy rozpoczynał swoją drogę prezydencką, a zwłaszcza po katastrofie smoleń­skiej, stał się dla obozu PiS i dla Jarosława Kaczyńskiego osobi­ście głównym wrogiem, jako że zastąpił w Pałacu Prezydenckim śp. Lecha Kaczyńskiego. Dało to i taki efekt, że także większość dostojników Kościoła zaczęła Komorowskiego, wierzącego ka­tolika i konserwatystę, traktować jako bez mała antychrysta. A jako że głównym motywem ideologii IV RP oraz polityki hi­storycznej propagowanej przez PiS stał się ostentacyjnie reli­gijny patriotyzm, urzędujący prezydent został w konsekwencji niejako wypchnięty poza polsko -katolicką wspólnotę.
Tak mocno odstające od prawdy oskarżenia i wyklucze­nia, jakie już spotkały Bronisława Komorowskiego (a mogą go czekać także w przyszłości), pokazują niszczycielską siłę propagandy PiS. Bo prezydent był uosobieniem tych walorów i doświadczeń, którym Jarosław Kaczyński wydał wojnę i któ­re próbował albo zdezawuować, albo zafałszować. Bronisław Komorowski był kontynuatorem dziedzictwa tego nurtu pol­skiej opozycji demokratycznej, która po 1989 r. etapami, przez kompromisy, jak i rewolucyjne decyzje, stopniowo i pokojowo przejęła władzę i odpowiedzialność za Polskę. Uważał, i tę tezę podtrzymywał do ostatnich dni swojego urzędowania, że tam­ta linia polityczna obroniła się nadzwyczajnie i że 25 lat III RP to najlepszy okres w dziejach Polski.

piątek, 14 sierpnia 2015

Czy jesteście gotowi na prawdę? Świecki katolik pisze list do polskich biskupów



FRATER IN CHRISTO (wierny świecki, magister prawa kanonicznego)

Z takim radykalizmem, z jakim traktujecie parlamentarzystów i prezydenta, potraktujcie siebie samych. Ogłoście, że od niedzieli 30 sierpnia roku Pańskiego 2015 każdy biskup i ksiądz, który żyje niezgodnie z powołaniem, a jego życie jest przyczyną publicznego zgorszenia, przestaje mieć moralne prawo sprawowania sakramentów aż do czasu nawrócenia, rachunku sumienia, spowiedzi, żalu za grzechy, postanowienia poprawy, publicznego zadośćuczynienia.

Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy! Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości.

UMIŁOWANI W CHRYSTUSIE PANU BRACIA BISKUPI,
Nie mówcie, że ten list to: "atak na Kościół", że "nas prześladują", że "nadchodzi lewacka zaraza", że "cierpicie za wiarę, Chrystusa i za Ewangelię". Przecież Wy nie wiecie, co to cierpienie, nie jesteście prześladowani, nie musicie się o nic martwić, o nikogo troszczyć. Wam jest po prostu dobrze - oderwanym od rzeczywistości, zamkniętym za murem pychy, obłudy, nieomylności.

Podzieliliście Polaków na dobrych i złych, na ludzi sumienia i tych, którzy go nie mają, na patriotów i zdrajców, na tych, co są za życiem, i na tych, co się opowiadają po stronie śmierci, na tych, co nie zgadzają się na in vitro, i na tych, którzy tę metodę akceptują, na tych, co mogą przyjmować Komunię świętą, i na tych, którym tego zabraniacie.

Czujecie się panami i władcami ludzkich sumień. Straszycie grzechem, zgorszeniem, ekskomuniką, apostazją, schizmą, piekłem. Bawicie się w sprawiedliwych sędziów, bo jak uważacie, dano Wam do tego prawo.

Pontyfikat Papieża Franciszka wyznacza inny kierunek. Świadectwo Jego kapłaństwa, skromności, umiaru, człowieczeństwa bardzo odbiega od Waszego "standardu". On daje przykład, że można inaczej: z miłosierdziem, łagodnością, pokorą, mówić o sprawach ważnych nie tylko dla katolików. On nie ocenia, nie przekreśla, nie upokarza, nie wyśmiewa, nie buntuje jednych przeciwko drugim. Mówi o Bogu, Jego miłości, przebaczeniu, o wymaganiach, które stawia przed nami Ewangelia. Wybór drogi pozostawia człowiekowi.

czwartek, 13 sierpnia 2015

Ślubu z Platformą nie wziąłem

Na mszy za prezydenta Komorowskiego nie sprawdzano legitymacji partyjnych.
To cudowny przykład na to, że Kościół jest różnorodny.


BŁAŻEJ STRZELCZYK: Jesteś jeszcze księdzem?
KS. KAZIMIERZ SOWA: No jasne, że jestem. A nie politykiem?
W ogóle nie traktuję siebie w kategoriach politycznych. Rozumianych jako działanie w jakiejś strukturze i po którejś ze stron.

Ksiądz powinien się angażować w kam­panie prezydenckie?
Choćbyś nie wiem jak skrupulatnie kon­trolował to, co robię i mówię, nie znajdziesz ani jednego momentu, w którym stojąc przy ołtarzu, zrobiłbym choć aluzję do tego, na kogo należy głosować i jaki wybór politycz­ny jest lepszy, a jaki gorszy.

Księdzem jesteś 24 godziny na dobę.
Jest różnica między słowami z ambony i wpisami na Facebooku.

środa, 12 sierpnia 2015

Usłyszałam dziś: "Ci państwo"... nie chcą współpracować, odrzucają wyciągniętą dłoń



Anna Izabela Nowak

O mowie nienawiści i przemyśle pogardy słów kilka. Nie ma tu równowagi.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie obserwowanie dzikiego oburzenia prawicy na pomruk niezadowolenia na kłamliwe słowa wypowiadane podczas wystąpienia przed Zgromadzeniem Narodowym przez obecnego prezydenta Andrzeja Dudę.

Zatem oszołomiona bezczelnością i hipokryzją prawicowców chciałabym przypomnieć, kto wprowadził tę uroczą tradycję buczenia, wraz z dodatkowymi atrakcjami typu wywrzaskiwanie obelg, wymachiwanie łapami i rozmaite groźby.

Buczenie dobre i buczenie złe

Jest w pojęciu prawicy budzenie dobre i buczenie złe. Gdy oni buczą, to jest w porządku, jest tylko reakcją, uzasadnioną oczywiście, wyrażaniem niezgody, uzasadnionym sprzeciwem; gdy buczą inni, to jest hańba, chamstwo, prostactwo i skandal nad skandale.

Ten pomruk niezadowolenia był skandaliczny i niegodny, ale już nie chce się pamiętać, jak moja ulubiona intelektualistka, posłanka Kempa, zawinęła się i po chamsku wyszła podczas orędzia prezydenta Komorowskiego. Nie chce się pamiętać, jak wielu posłów PIS, z samym prezesem na czele, w ogóle zbojkotowało zaprzysiężenie, tłumacząc, że był to dla nich zwykły dzień pracy i mieli inne obowiązki. Ja to pamiętam. To było działanie uzasadnione i godne, pomruk dezaprobaty jest skandalem i czynem niegodnym. Zaiste.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Polska nasza, a wy obcy



Do wyborów jeszcze trochę czasu, a prawica już zapowiada, dla kogo nie będzie miejsca w Polsce PiS. Nawet narodowe rocznice są dobrą okazją, by podzielić Polaków na „prawdziwych” i na tych, którzy mają się wynosić, „jak im się nie podoba”.

Po Marcu 1968 ci, którzy mie­li odwagę, żegnali na warszaw­skim Dworcu Gdańskim swych przyjaciół, Polaków żydowskiego po­chodzenia, wyjeżdżających na emigrację na Zachód. Teraz taki swoisty Dworzec Gdański 2015 próbuje skonstruować PiS-owska prawica.
Wtedy, te prawie już pól wieku temu, nikt nikogo formalnie nie deportował. Wystarczało, że komunistyczna władza subtelnie stwierdziła, że „jeśli się komuś PRL nie podoba, może sobie wyjechać do jakiegoś innego kraju”. Ta subtelna opi­nia powtarzana przez szefów, przez perso­nalnych i przez kolegów z pracy (czasem konkurentów do tych samych stanowisk) stawała się czymś więcej niż tylko suge­stią. Tym, których władza ludowa uzna­ła za „obcych”, przez kilkanaście miesięcy wydawano paszporty na Zachód.
Teraz, od kiedy prawicy zamajaczy­ła na horyzoncie perspektywa pełnej wła­dzy nad Polską, powrócił w polskiej sferze publicznej motyw podobny - nieznany od czasów moczaryzmu, a później może jesz­cze pierwszych miesięcy stanu wojenne­go - „jeśli im się nasza Polska, ta Polska, która po jesiennych wyborach z pewnoś­cią będzie przez nas rządzona, nie podoba i podobać nie będzie, to niech pakują ma- natki i wynoszą się stąd”. Poziom otwarto­ści tych stwierdzeń jest różny w zależności od tego, czy wypowiadane są bardziej ano­nimowo, przez internetowych hejterów prawicy, czy przez osoby o większej re­prezentatywności - publicystów piszących pod własnym nazwiskiem, polityków PiS.
Oczywiście Polska nie jest krajem tota­litarnym czy autorytarnym. Nawet PiS, tęskniące za węgierskim modelem tzw. de­mokracji nieliberalnej, nie posiada (na ra­zie?) takiej władzy, aby te swoje tęsknoty przekuć w ustrojową rzeczywistość dzi­siejszej Polski. Jednak język używany przez czołowych polityków i intelektualistów PiS, a także publicystów prawicy, to język wykluczenia, który wszystkim niepisowskim i nieprawicowym Polakom ma poka­zać, że ich miejsce jest poza Polską, poza patriotyczną tradycją i poza Kościołem.
Nie chodzi tu o anonimowych ludzi z drugiego szeregu czy nawet o posłankę Krystynę Pawłowicz, którą z przyczyn wi­zerunkowych prezes przeznaczył już do odstrzelenia z polityki na stanowisko sę­dziego Trybunału Konstytucyjnego (sic!). Chodzi o liderów tej partii - politycznych, intelektualnych.

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Nowy but Kaczyńskiego



Moja hipoteza jest taka, że PiS przejmie władzę, a potem przestanie istnieć, zostanie wykoszony przez społeczeństwo. Triumf i katastrofa partii Kaczyńskiego są szansą na narodowe ozdrowienie - wieszczy reżyser i senator Kazimierz Kutz.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Wierzy pan Andrzejowi Dudzie, gdy deklaruje, że będzie prezydentem dialogu, porozumienia i wspólnoty Polaków?
KAZIMIERZ KUTZ: To banały. Ja nawet ro­zumiem, że on musi w chwili wyświęca­nia na prezydenta takie banały głosić, ale w tym przypadku za gładko brzmią­cymi frazesami kryje się groźna polity­ka PiS. Jego przemówienie w Sejmie to kompletna pustka, ale gdy Andrzej Duda zapowiada wizytę u prezydent Warsza­wy Hanny Gronkiewicz-Waltz w sprawie pomnika smoleńskiego na Krakowskim Przedmieściu albo deklaruje prowadze­nie mocarstwowej polityki opartej na idei Piłsudskiego, zza jego pleców wyłania się prezes PiS. Ten prezydent będzie jak nowy but uszyty na miarę prawej nogi Kaczyń­skiego. A to dopiero początek.

Początek czego?
- Zmian. Datą decydującą będą wybo­ry do parlamentu. Jeśli dadzą PiS zwycię­stwo pozwalające grzebać w konstytucji, to wkroczymy na najprostszą drogę do państwa wyznaniowego. Nowy prezydent już ogłosił w kampanii, że jego głównym autorytetem jest Kościół i jako prezydent będzie robił wszystko, co uchwali epi­skopat. Nie mam wątpliwości, że mówił prawdę. Andrzej Duda jest jak zapobiegli­wy i pracowity wikary wykonujący zlece­nia proboszcza. Tyle że za chwilę możemy mieć dwóch proboszczów. Kościół i Ka­czyńskiego, obu mających wielkie ambi­cje i równie wielki ciąg na władzę. Kościół
w Polsce jest całkowicie zwichnięty, jeśli chodzi o swoją misję. Bardziej interesuje go władza i pieniądze niż nauka Chrystu­sowa i dlatego prezes PiS znajduje w bi­skupach idealnego partnera.

Koalicjanta?
- Nieformalnego, ale bardzo wpływowe­go. Nietrudno sobie wyobrazić, że szef episkopatu będzie zapraszany na po­siedzenia Rady Bezpieczeństwa Naro­dowego. Przed wojną biskupi zasiadali w Senacie. Teraz to niemożliwe, ale cóż to za problem zacząć upychać księży w róż­nych strukturach państwa? Sprawić, aby stali się nieformalnymi urzędnikami pań­stwa Kaczyńskiego.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Nie ma mocnych na samych swoich



Jesienne wybory to być albo nie być i dla Grzegorza Biereckiego, i dla SKOK-ów. Jeśli PiS wygra, kasy zostaną uratowane. Jeśli przegra - zawalą się, a wraz z nimi cale imperium finansowe ich twórcy.

Michał Krzymowski
Gdy w marcu nadzór finansowy podał, że twórca SKOK-ów wy­prowadzi) kilkadziesiąt milionów złotych do swojej spółki, jego polityczna ka­riera zawisła na włosku. Został zawieszony w PiS, współpracownicy zaczęli się wykru­szać, osłabły jego relacje z prezesem. Z dnia na dzień stal się trędowaty.
Minęło jednak pięć miesięcy i Grzegorz Bierecki wrócił do gry. Dziś przygotowuje się do jesiennych wyborów. - Stawka jest gigantyczna. Jeśli PiS wygra, to klimat wo­kół SKOK-ów się poprawi. Jeśli przegra, Platforma nas wykończy. Powoła komisję śledczą, rozpocznie się run na kasy, ludzie zaczną wycofywać depozyty i system się za­wali. Te dwa miesiące to dla nas walka o ży­cie - przyznaje człowiek związany z kasami.
I obrazowo wyjaśnia: przeciętny klient SKOK-ów pochodzi z małego miasteczka i nie ma dużych oszczędności. Jego depo­zyt wynosi kilka tysięcy złotych, a rachu­nek w lokalnej kasie prowadzi mu kobieta z sąsiedztwa. Powiedzmy - pani Irenka. Pani Irenka zna jego żonę i przy każdej okazji pyta, jak chowają się dzieci. Budzi zaufanie. Do tej pory ekonomiści mogli straszyć w mediach, że SKOK-i się walą, ale jak pani Irenka mówiła, że pieniądze są bezpieczne, to klient jej wierzył. Tak było do teraz, ale każda cierpliwość kiedyś się kończy Jak pokazuje ostatni raport Komi­sji Nadzoru Finansowego, właśnie zbli­ża się do granic: w pierwszym kwartale 2015 roku wartość depozytów ulokowa­nych przez klientów w SKOK-ach stopnia­ła o 6,6 proc. Jeśli ten trend się utrzyma, to imperium senatora Biereckiego pod ko­niec roku zachwieje się w posadach.

wtorek, 4 sierpnia 2015

RACHUNEK ZA RATUNEK



Już 220 zł zapłacił każdy pracujący Polak na ratowanie SKOK-ów. Ale to z pewnością jeszcze nie koniec. Z raportu NBP wynika, że kasy same na nogi nie staną i trzeba będzie im dalej pomagać. Jak mówi klasyk: „I kto za to płaci? Pani płaci, pan płaci... Społeczeństwo".

RADOSŁAW OMACHEL

Za kilka tygodni kolejna rocznica Porozumień Sierpniowych. Dla weteranów NSZZ Solidarność to jak zawsze niezła sposobność do wspo­minkowych spotkań. W Mysłowicach, gdzie przez dekady głównym pracodaw­cą była kopalnia Wesoła, rok w rok hucz­ne imprezy w ośrodku wypoczynkowym Fala organizował szef 'lokalnej Solidarno­ści Adam Byzdra. Rzutki działacz związku od jego zarania. Typ obrotny, dusza towa­rzystwa, z imponującą siwą brodą i dys­kretnym kucykiem.
Na początku lat 90. Adam Byzdra był jednym z tych związkowców, których Grzegorz Bierecki, architekt systemu SKOK-ów, przekonał do założenia kasy oszczędnościowo-kredytowej na modłę amerykańskich credit unions, czyli związ­ków kredytowych. Sam Bierecki kiero­wał Kasą Krajową - centralnym organem powołanym do koordynowania i nadzo­rowania systemu kas - aż do 2012 roku. Odszedł, gdy SKOK-i zostały objęte nad­zorem KNF.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Słowa jak świszczące kamienie



PiS wysyła Kościołowi sygnał: z nami będziecie czuli się bezpiecznie, Kościół znów stanie się ważny, będzie strażnikiem moralności życia politycznego. A przecież to ułuda - mówi ks. Kazimierz Sowa.

Rozmawia ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czy Bronisław Komorowski nie jest katolikiem?
KS. KAZIMIERZ SOWA: Oczywiście, że jest. Mam wrażenie, że nawet bardziej szczerze praktykującym niż niejeden katolik. Jako ważny polityk nie trzyma się jednak sutan­ny biskupów i demonstracyjnie to okazuje. Co gorsza, jest politykiem PO, a w przeko­naniu części prawicowej opinii publicznej i niestety sporej części Kościoła już sam ten fakt wystarcza, aby nie być dobrym katolikiem, bo w PO dobrych katolików ponoć nie ma.

O prezydencie Komorowskim w Radiu Maryja powiedziano ostatnio: „Przyprawić mu wąsy i gorszy od Hitlera”.
- Wiele opinii graniczących z pogardą i szyderstwem zostało wypowiedzianych pod adresem prezydenta Komorowskie­go od czasu kampanii wyborczej. I z przy­krością muszę przyznać - nie usłyszałem żadnego hierarchy, który potępiłby ta­kie postępowanie, także te słowa wypo­wiedziane w katolickim Radiu Maryja. A przecież wiem, że wielu biskupów ceni Bronisława Komorowskiego.

Dlaczego nie staną w jego obronie?
- Nie mam pojęcia. Nawet nie chodzi o za­jęcie oficjalnego stanowiska, ale o czysto ludzki odruch, o głos rozsądku. Powiedze­nie, że nie wolno obrażać. Porównanie do Hitlera uwłacza godności człowieka. Jeśli dodatkowo dotyczy prezydenta, do bra­ku szacunku dołącza się pogarda wobec urzędu. To samo dotyczyło zresztą pre­miera Tuska oskarżanego o zdradę naro­dową. I niestety taka atmosfera ma potem swoje konsekwencje na poziomie zwykłej kultury osobistej, bo jak nazwać zachowa­nie gospodarza jednej z bazylik, któremu nie przeszło przez gardło powitanie pre­mier Ewy Kopacz, która podczas objaz­du po Polsce postanowiła pójść na mszę i nie było przy tym kamer telewizyjnych. Ten duchowny demonstracyjnie nie po­dał jej nawet ręki. Takie zachowania skut­kują potem także zachowaniem wiernych - zwykła msza w intencji ustępującego prezydenta wywołuje histerię.

niedziela, 2 sierpnia 2015

Pomnik bez brązu



Proces o autorstwo sylwetki małego powstańca obnażył wstydliwe kulisy patriotycznego hołdu.

HELENA KOWALIK

Proszę panów biegłych o po­dejście do stołu. Prasa może również - mówi sędzia Sądu Wojewódzkiego w Warszawie w październiku 1979 r. Na blacie stoją dwie figurki znanego wielu Polakom „małego powstańca”. Większa jest z posza­rzałego gipsu, mniejsza z brązu.
- Proszę o wskazanie podobieństw i różnic.
Biegły prof. Franciszek Duszeńko, rzeź­biarz Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku: - Obie figurki zbudowane są z koncepcją dysharmonii form. Wielka bryła hełmu opadającego chłopcu na oczy oraz nienaturalnie duże buty stanowią ostry kontrast w stosunku do drobnej sylwetki dziecka.
- Podobieństwo stwierdzam w kształcie nakrycia głowy, ułożeniu rąk trzymających pistolet maszynowy i bluzie panterce, w którą artysta przyodział małego powstańca. O ile w figurce gipsowej widać swobodę ręki artysty, o tyle w wykonanej z brązu jedynie rzemieślniczą staranność, bez zderzenia ekspresyjnego realizmu i liryki. W odlewie metalowym zmieniono linię kręgosłupa postaci w stosunku do obojczyka. Wystarczyło tak drobne odstępstwo od pierwowzoru, a statuetka została pozbawiona lekkości; stała się przysadzista, krępa. Odnosi się wrażenie, że w rzeźbie z brązu szczegóły wystroju są jakby dodawane jeden do dru­giego, bez zachowania kompozycji.
Stwierdzam, że to kopia sylwetki gipsowej.
Z opinią zgadza się drugi biegły, prof. Aleksander Wojciechowski, historyk sztuki: - Niemożliwe jest, aby obie rzeźby powstały niezależnie od siebie. Ta z brązu sprawia wrażenie potraktowania tematu schematycznie. O ile twarz chłopca w wersji gipsowej wzrusza swą niewinnością, bez­bronnością (co potęguje jeszcze niesforny lok wymykający się spod ciężkiego hełmu), o ty­le w figurce mniejszej jest ona bez wyrazu.