PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 20 czerwca 2018

Trzecia bezsiła



W Polsce wciąż ma szanse tzw. trzecia siła polityczna. Ale tylko wtedy, jeśli przestanie udawać, że nie wie, o co naprawdę chodzi w sporze PiS z Platformą.

Od co najmniej trzech lat, jeśli nie od de­kady, pojawiają się tęsknoty za „trzecią siłą” w polskiej polityce. Mówi się o ja­łowym „sporze dwóch plemion”, o we­wnętrznym, ambicjonalnym konflikcie dawnych solidarnościowych kolegów, walczących o prestiż i wpływy. Wresz­cie - o szkodliwym duopolu, fałszywej dwupartyjności, która odstręcza od polityki wielkie rzesze Polaków. Spór Platformy i PiS ma już śmiertelnie nudzić wy­borców, stał się podobno przekleństwem polskiej polityki, blokuje dostęp nowych ludzi i wizji do publicznego życia.
   Postuluje się zatem konieczność wyrwania się z tego „klinczu”, zajęcia się „prawdziwymi problemami kraju”.
PiS jest zły, ale Platforma nie lepsza, do wymiany jest zatem cała klasa polityczna jako zużyta mentalnie i biologicznie. Powinna pojawić się nowa ożywcza formacja, która odcza­ruje polską politykę, przekreśli niszczącą państwo zimną wojnę, przeniesie debatę w inny wymiar. Taka trzecia, a może i czwarta siła, ponieważ i na prawicy widać coraz większą liczbę sceptyków, niezadowolonych z poczynań PiS.
   Docelowo więc rywalizowałyby ze sobą wrażliwa społecz­nie, progresywna kulturowo i rozsądna gospodarczo socjal­demokracja w stylu skandynawskim z eleganckimi konser­watystami z brytyjskim sznytem. Czy taka scena polityczna byłaby lepsza? Pewności nie ma, choć zapewne tak. Mniej byłoby może udawania, hipokryzji, chowania programów pod stołem, lawirowania i sprzecznych deklaracji.
   Jednak taka wizja zupełnie nie bierze pod uwagę realiów. Lewicowi kandydaci na socjaldemokratów, tak jak i zniesmaczeni PiS cywilizowani konserwatyści, są dotąd bezradni jak dzieci. Pohukują coś w telewizyj­nych programach, w istocie zaś brzydzą się polityką, a zarazem narzekają, że kraj nie jest taki, jak powinien. Są na etapie debaty o debacie. Przy Kaczyńskim i Schetynie, których serdecznie nie znoszą, są politycznie nikim. Jednocześnie słychać, że starzy liderzy powinni ustąpić itd. Tak się w polityce nie dzieje, nie ma dobrowolnych rezygnacji jednych polityków na żądanie mniej popular­nych polityków.

wtorek, 19 czerwca 2018

Wyszczekany



Najczęściej karany poseł w Sejmie. Mówią o nim „młody”, choć polityką zajmuje się już ponad 20 lat. Teraz Sławomir Nitras chce zostać prezydentem Szczecina

Aleksandra Pawlicka

Dlaczego w PiS tak pana nie lubią? - pytam Sławomira Nitrasa. - Bo jestem wy­szczekany i nie potrafią mi zamknąć ust - odpowia­da. - Wielokrotnie widziałem Jarosła­wa Kaczyńskiego nakazującego mimiką twarzy, aby prowadzący obrady marsza­łek odebrał mi głos. Oni sobie ze mną nie radzą na poziomie merytorycznym, więc próbują mnie złamać i zniechęcić karami.

ZAKŁADAM SIATKĘ, WIĘC DOSTAJĘ W TWARZ
Nitras został właśnie po raz czwarty w tej kadencji Sejmu ukarany obcięciem pensji. Za pierwszym razem była to jed­na czwarta dochodów, trzy następne kary oznaczały utratę połowy wypłaty przez trzy miesiące - w sumie dostaje okrojone poselskie wynagrodzenie już prawie rok.
   - Żona nie ma pretensji? Nie mówi: „Sławek, daj sobie spokój, szkoda kasy”?
   - Żona mnie wspiera, dobrze mnie zna i w trudnych chwilach jest szczególnie dzielna - mów! poseł.
   Ostatnia kara dotyczyła zachowania Nitrasa w czasie wystąpienia premiera Morawieckiego podczas debaty nad wo­tum nieufności dla wicepremier Szydło i minister Rafalskiej. Marszałek Kuchciń­ski uznał, że Nitras „przerywał pokrzyki­waniami” 39 razy. Stenogram odnotował 32 komentarze Nitrasa wśród blisko 140, które padły wtedy z sali. Potem Kuchciński napisał na Twitterze: „Nie mam ochoty karać” i obciął posłowi wypłatę. „Żartowniś, normalnie filut” - ripostował Nitras.
   - Czy marszałek Kuchciński stosuje podwójne standardy? - pytam. Przecież posłowie PiS też komentują z ław posel­skich wystąpienia polityków opozycji. Dominik Tarczyński krzyczał niedawno: „Jawohl!”, Krystyna Pawłowicz: „Jazda stamtąd!”, „Won!” „Wynocha!”.
   - Podwójne standardy? To bezsporne. Ale nie to jest najważniejsze, kluczowy jest cel. Oni chcą nas za wszelką cenę uciszyć. Chcą, żeby Sejm wyglądał jak rzeczywi­stość w TVP Info - odpowiada Nitras.
   Dotykają go nie tylko kary finansowe. Wicemarszałek Ryszard Terlecki odmó­wił mu zgody na wyjazd na wybory do Turcji z delegacją posłów i senatorów do Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE. Wcześniej pozbawił go funkcji szefa tej delegacji, co było karą za udział Nitrasa w okupacji Sejmu w grudniu 2016 r., gdy posłowie bronili wolności mediów. Ni­tras był wówczas liderem protestujących, nagrywał komórką relacje z oblężonego Sejmu i wrzucał je do internetu.- Przy­pomina mi to sytuację ze szkoły średniej, gdy jako uczeń pierwszej klasy„założyłem siatkę”, czyli wpuściłem piłkę między nogi chłopakowi z klasy czwartej. Dostałem wtedy od niego w twarz, a kiedy wyrazi­łem zdziwienie, bo zawsze dobrze grałem w piłkę, dostałem jeszcze raz. Dokładnie tak samo zachowują się dziś Kuchciński czy Terlecki. Jeśli nie potrafią zmierzyć się na argumenty, to swoich racji docho­dzą siłą. Taką podwórkową metodą.
   Gdy niedawno trwała debata o wycin­ce Puszczy Białowieskiej, Nitras w czasie obrad Sejmu próbował wręczyć Kaczyń­skiemu worek trocin. „To symbol wa­szych rządów” - mówił. W trakcie debaty o obniżce pensji parlamentarzystów py­tał, czy żądający od innych skromnego życia prezes PiS czeka jak inni obywa­tele w kolejce do lekarza: „Do ortope­dy średnio 235 dni, a ile pan Kaczyński czekał na wizytę?”.
   Kaczyński nazywa Nitrasa „człowie­kiem ekscesem”.
   - Dlaczego mam odpuszczać? Nie wy­brali mnie pan Kuchciński czy Terlecki. Ostatnio pan taksówkarz powiedział: „Jak się pan da złamać, to będę bardzo zawiedziony”, a pani sprzedawczyni w sklepie, w którym kupowałem spod­nie dla córki: „Żeby tak wszyscy posło­wie byli jak pan”. „Co pani ma na myśli?” - zapytałem. „Jak pan coś robi, to widać, że panu na tym zależy”. I to był najwięk­szy komplement, jaki usłyszałem jako polityk - twierdzi Nitras.
   W samej partii mówią o nim „wulkan”. „Szybciej mówi, niż myśli”. „Niecierpli­wość to jego drugie imię”. „Sławek może wiele osiągnąć, tylko musi trochę zeszlifować te kanciaste rogi”. „On nie znosi przegrywać”.
   Bartosz Arłukowicz, który jest partyj­nym kolegą, ale i konkurentem Nitrasa w Szczecinie, nazywa ich relacje „burz­liwym związkiem”: - Szczecin to wy­lęgarnia twardych zawodników. Gdy spotykamy się ze Sławkiem w kampanii wyborczej na debatach, w których bio­rą udział także Joachim Brudziński z PiS czy Grzegorz Napieralski z lewicy, to letnia woda nigdy się nie leje.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Milionerzy i biedacy



Nasi posłowie będą mieli jedne z najniższych pensji wśród parlamentarzystów z krajów UE. Ale byli posłowie zarabiają miliony. Firma związana z Adamem Hofmanem byłym rzecznikiem PiS, tylko w ciągu roku zarobiła 3,6 mln zł - ustalił „Newsweek”

Grozi nam to, co było na Ukrainie, że wszy­scy posłowie będą społeczni, nie będą pobierać wynagrodzenia z Sejmu, Za­robię 15 tys. zł w firmie farmaceutycz­nej i będę lobbystą. A mój kolega pójdzie do firmy drogowej i będzie składał w Sej­mie poprawki firm drogowych. Chyba że CBA wszystkich pozamyka. I funkcjonariusze CBA będą za­rabiać po 20 tys. zł, żeby łapać posłów zarabiających po 5 tys. zł - mówi z goryczą jeden z bardziej znanych posłów opozycji . Nazwiska nie poda, żeby nie narazić się wyborcom, bo według sondaży większość Polaków popiera obniżkę wynagrodzeń parlamentarzystów.

niedziela, 17 czerwca 2018

Od Pięty do kolana



Ostatnio tabloidy i internet żywiły się romansem posła Pięty i kolanem prezesa. Te sensacyjne historie łączy prawdziwe pytanie: co wiemy, a co powinniśmy wiedzieć o ludziach, którzy urządzają nam kraj?

Cytaty ze Stanisława Pięty o „po­trzebie głaskania po ciążowym brzuchu”, o „budowie idealnej do rodzenia sześciorga” jesz­cze długo będą mu pamięta­ne. W Bielsku-Białej opowiada się o nim wierszem, że „poległ na d...”, w internecie krążą kolejne wersje fake newsów o za­granicznych mediach zajmujących się konserwatywnym polskim politykiem. Jednak zza historii, tak chętnie mielonej przez tabloidy i sieć, wyłoniły się poważ­niejsze pytania. Co bowiem możemy zro­bić, jeśli „król jest nagi”? Kiedy polityk nie nadaje się do reprezentowania wyborców - i co wtedy? Co wolno nam o nim wiedzieć?
O co pytać? I jak pytać, i mówić - kiedy on nie chce, żeby mówić?
   Prócz posła Pięty i jego romansowego blamażu mamy innych, ważniejszych polityków - i inne, poważne wątpliwości dotyczące kompetencji do sprawowania władzy Niezałatwione sprawy życiowe, nałogi, problemy rodzinne, które przestają być ich prywatnymi sprawami, stabilność psychiczna, choroby...

sobota, 16 czerwca 2018

Spadek,Nieznośna lekkość słów,Biała księga prokuratury,Wyprawka na tamten świat,Mądrzy nie są,Amok,Kundel i „Europo! Nie odpuszczaj!”



Spadek

W końcu PiS dostarczyło miażdżących argumentów w dyskusji o znaczeniu 4 czerwca 1989 r. Trze­ba było rządów ekipy Jarosława Kaczyńskiego, by w pełni zrozumieć geniusz ludzi, którzy doszli do władzy 29 lat wcześniej.
   Dobra polityka to taka, która potrafi osiągać sukcesy nie­proporcjonalnie lepsze niż karty, jakimi dysponują politycy Zła to taka, gdy mając karty dobre albo doskonałe, nie ugrywa się nic lub przegrywa wszystko.
   W de facto zbankrutowanym kraju, sąsiadującym z sowie­ckim imperium, udało się zbudować demokrację i przejść z gospodarki planowej do rynkowej. Rewolucję, jakiej wcześ­niej nie przeszedł żaden kraj, zakończono z powodzeniem. Prawda - miliony ludzi poniosły przy okazji wielkie koszty. Być może mogły one być mniejsze. Ale pewność w tej sprawie mają tylko ci, którzy wtedy stali z boku.
   Porównajmy blotki, którymi dysponowała drużyna Wałę­sy i Mazowieckiego, z kartami, jakie miał Kaczyński - zdrowa gospodarka, największy wzrost gospodarczy w Europie, de­mokracja będąca na świecie wzorem do naśladowania, świet­na reputacja. Co z tymi kartami zrobiono - każdy widzi.
   No to teraz wyobraźmy sobie, że obecna ekipa albo jej po­dobna przejmuje władzę w 1989 r. Ile trzeba byłoby czasu, by dyktaturę komunistyczną zastąpiła populistyczna, a zamor­dyzm zmienił tylko barwę z czerwonej na czarną?
   Wielu Polaków ma prawo mieć pretensje do państwa, że nie zmieścili się na historycznym zakręcie. Ta sytuacja wymaga­ła korekty i pomocy słabszym. Trzeba oddać PiS, że część tej pracy wykonało. Niestety - w wielu miejscach pozostawiło zgliszcza. Demolowało, zamiast naprawiać, a rozdając to, co inni wypracowali, niszczyło jednocześnie to, co inni z wiel­kim wysiłkiem zbudowali.
   Cóż zrobiliby jednak państwo Kaczyński, Morawiecki, Szydło, Macierewicz i inni, gdyby nie poprzednicy? Nie mieli­by nawet czego wydawać, dzielić i rujnować. I na tym właśnie polegał cud 1989 roku. W najtrudniejszym momencie meczu na boisko wybiegli najlepsi zawodnicy - ojcowie założyciele nowej Polski.
Na ich dzieło rzucają się dwa cienie. Jeden to doprowadze­nie z biegiem lat do unicestwienia ducha solidarności i wspól­noty, a więc podważenia społecznej spójności. Ponieważ jej zabrakło, pole do popisu dostali populiści, radykałowie i cy­nicy. Cień drugi to łatwość, z jaką demokratyczna Polska dała się pokonać, co każe zapytać o solidność fundamentów i kon­strukcji nowego państwa.
   Najważniejszym punktem aktu oskarżenia wobec III RP jest nie to, co ona zrobiła i czego nie zrobiła, ale to, co pozwoliła zrobić ze sobą. Do uchwalenia konstytucji trzeba było 53,5 proc. oddanych głosów, do jej zniszczenia wystarczyło 37,5 proc. Naj­większym niszczycielem III RP pozwoliła ta nowa Polska zostać człowiekowi, który normalną pracą praktycznie nigdy się nie skalał i poza polityką w żadnej dziedzinie niczego nie osiągnął. Trzecia RP była dla niego, jak wiadomo, wybitnie niełaskawa. By zostać senatorem, musiał sobie zrobić zdjęcie z „agentem SB”. By kontynuować karierę, musiał iść na służbę w jego kancelarii. A potem jeszcze długo musiał się przyglądać, jak władze spra­wują ludzie tego niegodni, czyli wszyscy poza nim i jego bratem.
   Może rację ma Jarosław Kaczyński, że 4 czerwca nie przy­niósł zniszczenia komuny, skoro sam Kaczyński tak szybko mógł ją zrekonstruować?

piątek, 15 czerwca 2018

Milczenie jest zdradą



Padło tyle strasznych słów: o gorszym sorcie, smrodzie, odszczurzaniu. Jakby politycy nie zdawali sobie sprawy, że rany po tym będą goić się dłużej, niż gdyby były zadane nożem - mówi filozof prof. Tadeusz Gadacz

Rozmawia Małgorzata Święchowicz

Newsweek: Co się stało, panie profesorze? Pan, który czyta filozofów w oryginale, biegle włada sześcioma językami, nagle mówi o posłance Pawłowicz językiem takim: „Jej smród rozchodzi się po całej Polsce. Nic bardziej nie śmierdzi niż rozkładający się umysł”.
Prof. Tadeusz gadacz: Na opisanie tego, jak zachowała się wobec osób nie­pełnosprawnych i ich opiekunów, nie miałem innych słów. Sugerując, że w Sej­mie, w którym protestowali, śmierdzi, przekroczyła już nie tylko granicę przy­zwoitości, lecz także wszelkie granice.
Dopisała się tylko do tego, co wcześniej mówili inni. O tym, żeby ich przekazać policji - poseł Pięta. Żeby znaleźć na nich paragraf - posłanka Krynicka. Poseł Żalek mówił o „zwyrodniałych rodzicach”, marszałek Karczewski sugerował, że mogą stanowić zagrożenie epidemiologiczne.
- Protestujący zostali odgrodzeni, stop­niowo ograniczano obszar, na którym mogą się poruszać, odebrano im pod­stawowe prawa: do spaceru, odwiedzin. Wstrzymano korespondencję, a ostatecz­nie pozbawiono dostępu do wind i łazien­ki z prysznicem. Zamknięto ich w getcie nie tylko w sensie przestrzennym, lecz także językowym. Te 40 dni w Sejmie sta­ło się jakimś ogromnym laboratorium społecznym. Powinno stać się przedmio­tem badań socjologów i psychologów.
Jacek Santorski widzi ogromne podobieństwo do słynnego eksperymentu Philipa Zimbardo z 1971 roku. W eksperymentalnym więzieniu znaleźli się studenci podzieleni na skazanych i strażników. Strażnicy już po dwóch dobach gorliwie dręczyli skazanych.
- Mam podobne skojarzenia. W ekstre­malnych sytuacjach w ludziach budzą się demoniczne siły. Stają się zdolni do ok­ropnych, niemoralnych zachowań. Tylko że tutaj nie było ekstremalnej sytuacji, to była tylko garstka protestujących. A jed­nak postępowano z nimi gorzej niż z więź­niami. Padały przy tym okropne słowa. Proszę zwrócić uwagę na to, co my w ogó­le w ostatnim czasie słyszymy. Marsza­łek Sejmu mówi o odszczurzaniu Polski. Poseł Piotrowicz używa metafory o wy­prowadzaniu szczurów z zakładów mięs­nych. To są najgorsze z symbolicznych skojarzeń, jakie znam z historii. Jeśli ta­kie słowa padają ze strony polityków i nie ma na to żadnej reakcji, to z polskim spo­łeczeństwem naprawdę nie jest dobrze.
Wstrząsające i symboliczne było zasłonięcie protestujących kurtyną. Władza chciała oszczędzić widoku gościom z zagranicy, którzy przyjechali na sesję NATO.
- Zadziwiający jest ten sposób myślenia, że można opuścić kurtynę i udawać, że za nią nikogo nie ma. To nieprawdopodobne zderzenie mitologii państwa, które miało pochylić się nad słabszymi, a okazało się kompletnie ślepe na ich potrzeby. Rzą­dzący, zaciągając te zasłony, tak naprawdę odsłonili swój prawdziwy obraz. Wcześ­niej sądzono, że PiS ma wrażliwość spo­łeczną. Nie ma. To tylko rozdawnictwo pieniędzy dla pozyskania elektoratu.
Ta partia kojarzy mi się z paniskiem. Pa­nisko idzie ulicą i rzuca pieniądze ga­wiedzi. Nie jest ważne, komu wpadną do ręki, ważne, że panisko będzie podziwia­ne za hojność. To, że rządzący nie umie­ją prowadzić polityki społecznej, widać choćby po ich flagowym programie 500+. Zamiast dać wsparcie tym, którzy go po­trzebują, daje się pieniądze też tym, któ­rzy mają świetne dochody, i tego, że wpadło im dodatkowo 500 złotych nawet nie odczują.
Mylił się ten, kto sądził, że PiS potra­fi dostrzec i rozwiązywać problemy spo­łeczne. Stoicy już wieki temu zwracali uwagę, że lepsze od imperium jest procuratio. W imperium władza oparta jest na chorych ambicjach imperatora, któ­ry mówi: „Ja tu rządzę, a skoro rządzę, to mam rację i nie ma dyskusji”. Procuratio to władza, którą do działania pobudza­ją nie chore ambicje ludzkie, lecz proble­my. Stoicy mówili: tyle władzy, ile sprawy. Gdy pojawia się problem, powinno się szukać rozwiązań, pytać o zdanie zainte­resowanych i ekspertów. Tak to się odby­wa w cywilizowanych krajach, w których wielka polityka toczy się na szczytach władzy, ale nie szkodzi strukturze życia społecznego. Au nas wszystko od razu do­staje stempel walki politycznej. Rządzący bili w protestujących jak w politycznego przeciwnika.

czwartek, 14 czerwca 2018

Kłamcie bez nas!



Czy politycy opozycji powinni przychodzić do zagarniętych przez PiS mediów, w których przedstawiani są jako opozycja totalna i siła antyustrojowa, a nawet złodzieje i obrońcy zboczeń, czerpiący zyski z nierządu?

Spór wybuchł po tym. jak dziennikarz TVP Info Mi­chał Rachoń w prowadzonym przez siebie programie bru­talnie zaatakował siedzącego w areszcie wydobywczym sekretarza ge­neralnego PO Stanisława Gawłowskiego. Odmówił jednocześnie komentowania jakichkolwiek wydarzeń niewygodnych dla partii, która dała mu pracę. Politycy opozycji - z PO, Nowoczesnej i PSL - so­lidarnie wyszli ze studia, a potem ogłosili bojkot programów Rachonia.
   Jarosławowi Kaczyńskiemu i Jackowi Kurskiemu zależy tylko na jednym - aby media pomagały wyizolować „plemię PiS” od reszty społeczeństwa i zacho­wać nad nim pełną kontrolę. Zadaniem państwowej telewizji i radia nie jest za­tem informowanie czy przedstawianie różnych opinii, ale propaganda mówią­
ca o sukcesach władzy, czarny PR wyce­lowany w opozycję, a także ataki na ludzi niezaangażowanych w politykę partyj­ną, ale w oczach prawicy uosabiających wrogie ideologie - pisarzy, aktorów, przedsiębiorców, działaczy społecznych, postacie takie jak Janina Ochojska czy Jerzy Owsiak.
   Przejęte przez PiS media publiczne realizują w len sposób ważną obietnicę wyborczą partii Kaczyńskiego, jaką było upokorzenie autentycznych społecz­nych elit. Oglądanie, jak niszczony jest ktoś. kogo się nie lubi. jest często waż­niejsze niż poprawa własnej pozycji czy sytuacji życiowej. W każdym razie do lu­dzi w ten sposób myślących adresuje się dziś Jarosław Kaczyński i do tego są mu potrzebne „narodowe media”. Tak więc groteskowe „paski grozy” w TVP Info czy kompromitujące zachowania Rachonia.
Ziemkiewicza, Wolskiego, Cejrowskiego na antenie państwowej telewizji i radia - to wszystko nie jest jakimś przypad­kowym błędem przy pracy, ale realizacją podstawowego politycznego celu obec­nej władzy. A celem tym jest zbudowanie w odbiorcy przekonania o absolutnej sile rządzących i bezsilności „wrogów”.
   Przy czym Wojciechowi Cejrow­skiemu czy Rafałowi Ziemkiewiczowi pozwala się nawet na krytykowanie nie­których działań Kaczyńskiego czy PiS (miękkość wobec Żydów, zbyt mały za­pał w utwardzaniu ustawy antyabor­cyjnej), bo ich autentyczna nienawiść i nieskrępowana pogarda wobec opozy­cji. KOD, Unii Europejskiej i tak dalej ułatwia PiS odgrywanie roli umiarkowa­nego centrum politycznego.
   Tuż po kompromitacji, jaką nawet dla części prawicy było nazwanie protestu­jących przeciw nowelizacji ustawy o I PN środowisk żydowskich „głupimi, chci­wymi parchami”, Ziemkiewicz zostaje zatem w państwowych mediach nagro­dzony. Będzie teraz - jako główny fe­lietonista „Lata z Radiem” - dzielić się z milionami Polaków swoimi przemyśle­niami na temat opozycji czy stosunków polsko-żydowskich.

środa, 13 czerwca 2018

"Pan minister walczy" i "Macierewicz i pieniądze sekty Moona"


Pan minister walczy

Antoni Macierewicz wykorzystał pobyt Jarosława Kaczyńskiego w szpitalu, by wrócić do gry. Mogą mu w tym przeszkodzić kolejne niechlubne fakty z jego biografii, które wychodzą właśnie na jaw, oraz nowa zaskakująco zgodna z rosyjskim przekazem narracja.

Ostatnia niedziela maja, sło­neczne południe, na mie­leckim placu Armii Krajo­wej odbywa się przysięga wojsk obrony terytorialnej. Ministra obrony brak, premier przysłał list, za to tuż przy ozdobionej na biało-czerwono mównicy pręży się Antoni Macierewicz, który przyjechał w towa­rzystwie swego słynnego doradcy, asy­stenta, 22-letniego Edmunda Jannigera. Po odebraniu należnych hołdów sam płomiennie przemawia, mówiąc m.in., że żołnierze WOT są „sercem i duszą Wojska Polskiego”.
   Macierewicz tu, Macierewicz tam. Od­kąd na początku maja Jarosław Kaczyń­ski trafił do szpitala, nie ma dnia, by były szef resortu nie dał o sobie znać. Niemal
codzienne wizyty w mediach (od Radia Maryja po Wirtualną Polskę), konferencje i spotkania z wyborcami, rytualne nagrody odbierane od mediów wiernego Tomasza Sakiewicza (tym razem „Osobowości roku” TV Republika), przeplatane kolejnymi rewelacjami o rzekomych przyczynach katastrofy smoleńskiej, oczywiście bez pokazania dowodów. „Macierewicz przy­jeżdża limuzyną ministra, ma ochronę jak minister, gabinet jak minister, przemawia na przysiędze jak minister. PiS ma dwóch ministrów obrony! Zupełna operetka!” - komentował na Twitterze wiceszef PO Tomasz Siemoniak.
   Na oficjalnym papierze do korespon­dencji Macierewicz przedstawia się jako „minister obrony” i tylko zakres dat (2015-18) wskazuje, że w przypadku jego pracy na tym stanowisku powinno się używać czasu przeszłego. Więc właści­wie można by powiedzieć, że w mediach jest tylko jeden minister obrony. Nie jest nim bynajmniej Mariusz Błaszczak, który w porównaniu ze swoim poprzednikiem w mediach nie istnieje - od czasu nomi­nacji na początku stycznia sporadycznie wypowiada się publicznie. Za to Macie­rewicz bryluje.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rząd dłubie przy kadłubie



Czy projektowanie auta można rozpocząć od zbudowania drzwi? Tak właśnie w państwowej stoczni powstaje prom pasażerski. Zapowiadana przez PiS odbudowa przemysłu okrętowego to niezły materiał na komedię w stylu Barei

Radosław Omachel, Rafał Jesswein

Czerwiec ubiegłego roku, tereny dawnej Stocz­ni Szczecińskiej - tłumek stoczniowców w żółtych kaskach, grupka oficjeli w ciem­nych garniturach. I biało-czerwona wstęga na stępce ustawionej na pochylni Wulkan. Po ko­lei wicepremier Morawiecki, ówczesny wice­marszałek Sejmu (dziś szef MSWiA) Joachim Brudziński oraz minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk ozdobnymi młotkami przybijają nitami tabliczkę upamiętniają­cą położenie stępki pod nowy prom pasażersko-samochodowy dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Morawiecki mówi o symbolicznej i do­niosłej chwili, a także o odbudowie przemysłu stoczniowego. Bru­dziński - szef PiS na Pomorzu Zachodnim - mówi stoczniowcom:
- Czas politycznego gadania się skończył. Zostawiamy teraz stocz­nię w waszych rękach.
   Od tamtej uroczystości minął rok. Na Wulkanie zmieniło się tylko tyle, że zniknęła pamiątkowa tabliczka. Stępka, metalowy element wielkości dużego kontenera, jak stała, tak stoi. I rdzewieje. A państwowe stocznie, jak były, tak są na finanso­wym minusie.
   Na całym świecie producenci statków mają pod wiatr. Przed kryzysem finansowym sprzed de­kady niesieni optymizmem armatorzy pozama­wiali tyle statków transportowych, że teraz, gdy globalna gospodarka rozwija się wolniej, nie mają co z nimi robić. - Nadpodaż sprawiła, że ceny usług frachtowych są najniższe od 30 lat - alarmuje Piotr Słupski, były prezes MS TFI, państwowego podmiotu zarządzającego fun­duszem Mars, do którego należą polskie stocznie. Wielu armato­rów popadło w potężne problemy finansowe. W ubiegłym roku zbankrutowały setki dalekowschodnich firm morskich, w tym ogromny południowo koreański armator Hanjin Shipping. W fi­nansowych tarapatach znalazło się też szczecińskie przedsiębior­stwo Polska Żegluga Morska, która niefrasobliwie inwestowała w masowce i ma stosunkowo młodą flotę. Skutkiem załamania po­pytu jest dramatyczny spadek zamówień na nowe jednostki han­dlowe. - W ostatnich kwartałach liczba stoczni na świecie spadła z 1000 do ok. 400 - wyjaśnia Rafał Zahorski, ekspert ds. rynku mor­skiego i doradca marszałka województwa zachodniopomorskiego.

Patryk przyjaciele



Żaden dresiarz. Syn znanego w mieście urzędnika. Od młodości w partyjnych aparatach. Był już w PiS, PO i Solidarnej Polsce. Pracowity. Bezwzględny dla przeciwników. Łaskawy dla swoich. W kilka lat podporządkował sobie Opole. Teraz Patryk Jaki marzy o czymś większym

Paweł Reszka

Ministerstwo Sprawiedliwości. Drugie piętro. Niemal wpadam na młodego uśmiechniętego blon­dyna, który przechodzi koryta­rzem obok gabinetu wiceministra Jakiego.
   - Pan?
   - Ja, dzień dobry!
   To Marcin Rol, bliski kolega Jakiego, do niedawna wi­ceprezydent Opola. Dzień wcześniej rozmawialiśmy w warszawskiej kawiarni. Gdy pytałem, czym będzie się zaj­mował w stolicy, mówił tajemniczo, że interesuje go „sze­roko pojęty biznes” i że zamierza „również obserwować politykę”. Teraz widać, z jakiej perspektywy będzie prowadził te obserwacje.
   Rol to żywy dowód na to, że przyjaźń z wiceministrem po­płaca. Poznali się w 2010 r. Jaki był radnym Opola, Roi 20-letnim studentem politologii Uniwersytetu Opolskiego.
   - Poszedłem do biura PiS, siedział tam radny Jaki. Powie­działem, że chcę się zaangażować - tłumaczy mi.
   W ramach angażowania się Rol startuje w 2010 r. w wybo­rach samorządowych w Opolu. Dostaje tylko trzy głosy. Zo­staje felietonistą gazetki studenckiej, a potem jej redaktorem naczelnym. Potem wybiera politykę. Jest z Jakim w PiS, po­tem razem odchodzą do Solidarnej Polski.
   - Wszyscy mówią, że nalewał pan piwo w knajpie należącej do ówczesnej narzeczonej, dziś żony wiceministra?
   - Wiem, że tak mówią. Ale ja nigdy nie pracowałem w tym pubie. Rzeczywiście bywałem tam, bo byłem pełnomocni­kiem firmy i reprezentowałem właścicielkę w urzędach. Ale robiłem to społecznie.
   - Nie nalewał pan piwa?
   - Może kiedyś nalałem, wie pan, jak to jest w gastro­nomii. Jak byłem na miejscu, to pomogłem. Chcę pod­kreślić, że to żaden wstyd, wielu młodych ludzi tak dorabia.
   W 2014 roku Rol ciągle jest studentem i znów startuje w lokal­nych wyborach. Dostaje ledwie 236 głosów, ale zostaje radnym. Po dwóch latach z rekomendacji Jakiego jest już wiceprezydentem.
   - Czyli poszedł pan bronić pracy magisterskiej na Uniwersyte­cie Opolskim jako wiceprezydent?
   - Tak, pisałem o tym, jak zmieniały się media po 1989 roku.
   - Dlaczego został pan wiceprezydentem?
   - Dostałem taką propozycję i się zgodziłem.
   - Ale dlaczego pan ją dostał?
   - Może dlatego, że jestem pracowity?
   Ale nie chodziło o pracowitość. Sam prezydent Opola Arkadiusz Wiśniewski mówił wprost: - To człowiek zaufany, element mojej współpracy z Patrykiem Jakim.
   Awanse młodego polityka przekładały się na jego zamożność. Gdy w 2014 roku wchodził do rady miasta, miał ledwie tysiąc zło­tych oszczędności. Zarabiał na umowach-zleceniach i o dzieło, w biurze posła Jakiego i biurze Solidarnej Polski. W sumie rocz­ny dochód wyniósł 38 tysięcy złotych. Po roku wiceprezydentury Marcin Rol był zupełnie gdzie indziej. Oszczędności? 27,3 tys. zł, około 14,5 tys. zł. w akcjach i funduszach. Roczne zarobki wicepre­zydenta to prawie 110 tys. zł. A za zasiadanie w radzie nadzorczej z ramienia skarbu państwa kolejne 50 tys. zł.
   Dlaczego więc zrezygnował? Rol przyznaje, że będzie poma­gał swojemu patronowi w kampanii wyborczej: - Patryk jest za­angażowany, osiąga cele, pracuje na 200 procent, wywiązuje się z obietnic, a do tego jest fajnym człowiekiem.

niedziela, 10 czerwca 2018

Skarlała rewolucja



Kaczyński może i miał szaleńcze plany budowy państwa na własnych zasadach, ale do realizacji kompletnie zabrakło mu ludzi - mówi filozof, historyk idei prof. Marcin Król

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK; Czy rewolucja PiS zaczyna zjadać własne dzieci?
MARCIN KRÓL: W tej rewolucji coś poszło nie tak. Trudno ją po­równać do francuskiej, sowieckiej czy jakiejkolwiek innej. Do przeprowadzenia rewolucji potrzebna jest wizja, choćby naj­bardziej szalona i utopijna, ale zakładająca tworzenie wszyst­kiego od nowa. Taką wizję wprowadza się w życie bez względu na koszty, zwykle przy pomocy terroru. Trzeci niezbędny czyn­nik to charyzmatyczny wódz, dla którego lud idzie na barykady. W przypadku rewolucji PiS każdy z tych elementów jest w jakiś sposób ułomny i wypaczony.
Jarosław Kaczyński nie jest charyzmatycznym wodzem?
- Wbrew temu, co sądzi wielu komentatorów nie tylko prawi­cy, uważam go za marnego przywódcę. Znałem prezesa PiS dość dobrze i o ile w dawnych czasach był po prostu postacią mało imponującą, to nie przypuszczałem, że gdy dostanie pełnię wła­dzy, okaże się tak kiepskim strategiem. To doprawdy żaden mąż stanu.
Swego czasu porównywał go pan do Robespierre’a.
- To było krótko po wygraniu wyborów przez PiS w 2015 r. Wte­dy wydawało się, że Kaczyński ma jakiś plan. Robespierre był - przepraszam za wyrażenie - państwowcem. Wiedział, że aby utrzymać władzę, trzeba zmontować pewien rodzaj rewolu­cyjnej struktury. Miał do tego ludzi i wizję. Zginął na gilotynie dopiero wtedy, gdy próbował położyć kres działaniom przekra­czającym jego zdaniem granice nawet rewolucyjnej przyzwoi­tości - gdy księży i mniszki ze związanymi łokciami i kolanami zaczęto wrzucać do Loary nazywanej wtedy świętą rzeką, bo spływała krwią.
Powiedział pan: Robespierre miał ludzi i wizję. A Kaczyński?
- Ani ludzi, ani wizji. Nie chciałbym tak ad personam, choć właś­ciwie może nie warto się z tą władzą delikatesować. Czy panowie Sasin i Suski, piastujący prominentne stanowiska w urzędzie premiera, są ludźmi wybitnymi, którzy mogą pomóc w rządzeniu krajem? Albo sięgając na najwyższą półkę - Szydło i Morawiecki? Przecież w obu przypadkach to stuprocentowe rozczaro­wania. Najwybitniejszą postacią w otoczeniu prezesa wydaje się być pan Brudziński, który też orłem nie jest. Do władzy doszedł jakiś trzeci, czwarty, a może i jeszcze bardziej pośledni garnitur. Polityka, jak uczą filozofowie, nie jest nauką. Jest sztuką i aby ją skutecznie uprawiać, trzeba mieć talent.

sobota, 9 czerwca 2018

Państwo na kolanie prezesa,Demos i wirus,Odwrót ze Wschodu,Miłość w cieniu miesięcznic,Tajming,16 do 18 cm,Anegdota jest wszystkim,Żądajmy obrony,Jak grać z władzą,Delfinarium i Cud w pralce



Państwo na kolanie prezesa

Doświadczenie historyczne uczy, by nie wierzyć w stan zdrowia podawany przez partyjnych nadwornych.

Mija już miesiąc od chwili, gdy prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński znalazł się w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie. Wieść niesie, że przebywa na oddziale gastroenterologii i chorób wewnętrznych.

Wieść niesie także, że leczy kolano. Informacje podawane przez polityków PiS na temat stanu zdrowia prezesa partii świadczą o tym, że – pomijając sprawę nadwerężonego kolana – jest ono kwitnące. Senator Adam Bielan zarzekał się nawet, że poza kolanem prezesowi nic nie dolega, a rzeczniczka partii Beata Mazurek przekonywała, że prezesowi dolega „wyłącznie kolano”. Minister spraw wewnętrznych i administracji Joachim Brudziński uspokajał, że prezes nie wybiera się na emeryturę, ma kontrolę nad partią i jest w kontakcie z politykami obozu.

Nie słyszałem o operacji kolana, która trwałaby tak długo. Nie rozumiem, dlaczego partia, motywując to „zachowaniem zasad prywatności”, nie upowszechnia zwykłych komunikatów medycznych. Jarosław Kaczyński, szeregowy poseł, faktycznie kieruje polską polityką, a przysługują mu przywileje niemal królewskie. Władza wiąże się jednak nie tylko z przywilejami, ale także z odpowiedzialnością oraz częściowym pozbawieniem prywatności.

Należę do pokolenia, które swego czasu wysłuchiwało komunikatów o kwitnącym stanie zdrowia I sekretarzy KC Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego – Leonida Breżniewa, Jurija Andropowa czy Konstantina Czernienki – którzy mieli „lekkie przeziębienie”. To doświadczenie historyczne nauczyło mnie sceptycyzmu wobec informacji o zdrowiu partyjnych liderów podawanych przez ich nadwornych.

piątek, 8 czerwca 2018

Pięć lęków władzy



Od blisko trzech lat przeciwnicy PiS zastanawiają się, jakie słabe punkty ma ta partia. Czy jest coś, co powoduje, że prezes Kaczyński się waha, obawia, cofa?

PiS, uchodzący w pewnych kręgach za partię romantyczno-ideową, jest do bólu realistyczny i pragma­tyczny, na tym zresztą polega jego siła. Kalkuluje, co się najbardziej opłaca - czyli kogo, za ile i z jakim prawdopodobieństwem można politycznie zwerbować; to opty­malizacja zysków i strat. Trzeba dotować i dowartościowywać tych, którzy raczej zagłosują, resztę zaś ignorować, neutralizować, podważać wiarygodność. Dlatego PiS tak się uparł w przypadku niepełnosprawnych. Kiedy po wielu dniach nie spełnił głównego finansowego postulatu protestujących, to i tak już poniósł wszyst­kie polityczne koszty tej decyzji.
   Gdyby po ponad miesiącu protestu nagle się ugiął, to - uży­wając powiedzenia prezesa Kaczyńskiego - cnoty by już nie od­zyskał, a rubelka by nie tylko nie zarobił, ale go jeszcze wydał. Rachunek jest prosty: 23 mld zł na program 500+ (czy po 300 zł na wyprawkę) to wydatek politycznie dobrze ulokowany, bo dał PiS władzę i ją wciąż podtrzymuje, ale już kilka miliardów, czyli niby znacznie mniej, na niepełnosprawnych, to pieniądze wyda­ne nieefektywnie. Zwłaszcza kiedy byłyby „wyszarpane” rządowi, bo i tak nikt nie będzie czuł wdzięczności i moralnego obowiązku głosowania na PiS. A kiedy jeszcze pojawiła się narracja, że to pro­test polityczny, że za niepełnosprawnymi stoi pragnąca obalić rząd opozycja, stało się jasne, że dać nie można. Do tego okazało się, że władza nie zapłaciła za niepełnosprawnych utratą popar­cia. To dopełniło rachunek - kiedy PiS widzi pozytywny dla siebie trend sondażowy, natychmiast staje się bezwzględny.
   Obóz rządzący wygląda tak, jakby nie przejmował się niczym, co nie dotyczy jego żywotnych politycznych interesów, czy­li wyborczej bazy. Dopóki ma w granicach 40 proc. poparcia, Platforma około 25 proc., a reszta po 5-8 proc., to nawet jeśli opozycja w sumie ma tyle co PiS, a nawet czasami więcej, ordy­nacja d’Hondta zapewnia PiS większość. Kiedy słucha się poli­tyków rządzącej formacji i samego Kaczyńskiego, jest jasne, że z opozycją się w ogóle nie liczą, jej opinie, ataki, demonstracje, inicjatywy, nie mają dla nich żadnego znaczenia, bo pochodzą od ludzi niereprezentujących istotnego dla PiS elektoratu. Wie­dzą, że tych dwudziestu paru procent Platformy już nie odbiją, bo nie udało im się to przez dekadę, to twardzi liberałowie. Trochę zaniepokoili się wzrostem SLD, ponieważ to akurat podobny lewicowo-konserwatywny target, ale jeśli wynik Sojuszu utrzyma się w granicach 8-10 proc., a na więcej się nie zanosi, nie jest istotnym zagrożeniem. Zawsze do przejęcia są jeszcze kukizowcy, jak kiedyś Samoobrona.
PiS nie przejmuje się opinią publiczną, bo ma swoją. Nie walczy o wizerunek w mediach, bo ma własne. Nie boi się „obciachu”, bo wie, że to pojęcie względne, do zanegowania, bo wyznaczane przez „skompromitowane elity” - że dla swoich są swoi i jedyni. Stąd bierze się ta charakterystyczna arogancja i pewność siebie. Z poczucia posiadania na wyłączność mocnego rezerwuaru po­parcia, nie do odebrania. Związek PiS z wyborcami jest zasadni­czo odmienny od relacji opozycji z jej elektoratem.
   A jednak czasami PiS traci tę pewność, podkula ogon, udaje, że wszystko jest w porządku, ale widać, jak bardzo nie jest. Na­stępuje zamieszanie, plącze się język władzy, politycy gubią się w „zeznaniach”, tworzą własną nieklasyczną logikę albo uciekają od mikrofonów. Po analizie czasów rządów PiS od 2015 r. można dojść do wniosku, że było (i jest nadal) 5 przypadków-powodów, kiedy Kaczyński albo się cofnął, albo zirytował, albo stracił rezon.

czwartek, 7 czerwca 2018

Dziewczynka z nożyczkami



Prezes krakowskiego sądu Dagmara Pawełczyk-Woicka, koleżanka ministra Ziobry ze szkoły, jest najaktywniejszą prezeską w Polsce. Wdraża nowe porządki.

Tę historię opowiedziało nam trzech sędziów. W kwietniu prezes sądu okręgowego w Krako­wie Dagmara Pawełczyk-Woicka, nominatka Zbigniewa Ziobry, odwołała przewodniczącą wy­działu karnego Sądu Rejonowego Kraków-Śród­mieście Beatę Donhóffner-Grodzicką, o której mówią, że była sercem lipcowych protestów. Po degradacji, kiedy już urządzała się w nowym gabinecie, zapukał do niej dyrektor sądu okrę­gowego Piotr Słaby, powołany przez Ziobrę. To wieloletni prezes Przemyskiej Agencji Rozwoju Regionalnego, który na początku 2015 r. stracił stanowisko, bo władze Agencji zwątpiły w jego menedżerskie talenty (coraz gorsze wyniki finansowe spółki, przeterminowane zobowiązania itp.). Wchodząc do gabinetu Donhóffner-Grodzickiej, Słaby przedstawił się jako posłaniec Pawełczyk-Woickiej. Wręczył jej nożyczki . Taki prezent.
   - Nikt o zdrowych zmysłach nie ma pojęcia, dlaczego dyrektor sądu, pan Słaby, wciela się w rolę posłańca z nożyczkami. Do dziś zachodzimy w głowę, co te nożyczki mają oznaczać? To jakieś mafijne zwyczaje. Nie wiemy, czy to bardziej śmieszne, czy strasz­ne - opowiada jeden z sędziów. Interpretują, że może te no­życzki to taki symbol nowej prezes, że skutecznie wycina ludzi.

środa, 6 czerwca 2018

Dyscyplinowanie sędziego Stępnia



Od blisko roku trwa w Trybunale Konstytucyjnym postępowanie dyscyplinarne byłego prezesa TK Jerzego Stępnia. Sąd zamienił się w prokuratora.

Sprawa Stępnia to pierwsze postępowanie dyscyplinar­ne w Trybunale Konstytucyj­nym od czasu jego powstania w 1986 r. Sędzia Stępień rok temu wystąpił na Marszu Wolności zor­ganizowanym przez PO i KOD.
   Jego przypadek prawdopodobnie prze­trze szlak do karania sędziów za udział w debacie publicznej. Po nim podob­ny „problem” może dotyczyć innych sędziów TK w stanie spoczynku, pu­blicznie i krytycznie wypowiadających się na temat zmian, jakie w Trybunale, sądach powszechnych i Sądzie Najwyż­szym wprowadza władza PiS. Za chwilę nowa Krajowa Rada Sądownictwa obsa­dzi spec-izbę dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym i problem sędziego Stęp­nia może dotknąć też Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf czy sędziów sądów powszechnych, któ­rzy uczestniczyli latem zeszłego roku w „łańcuchu światła” w obronie sądów. I każdego sędziego, który publicznie skrytykuje władzę.
   Udział sędziów w protestach mógłby być przyczynkiem do poważnej dysku­sji: czy i jakie są granice publicznego zaangażowania sędziego? Moglibyśmy porozmawiać o tym, czy sędziowie na­ruszają powagę swojego urzędu, uczest­nicząc w publicznych zgromadzeniach związanych z debatą o ważnych ustro­jowych kwestiach, jak konstytucja czy wymiar sprawiedliwości. Czy wypa­da im uczestniczyć w takich zgroma­dzeniach, jeśli współorganizatorami są politycy? Przemawiać, stojąc obok polityków?
   Moglibyśmy się też zastanowić, czy uczestnictwo w debacie publicznej na fundamentalne tematy ustrojowe i czynna obrona konstytucji nie są wręcz sędziowskim obowiązkiem? Wszak kon­stytucja w art. 82 stanowi: „Obowiązkiem obywatela polskiego jest wierność Rze­czypospolitej Polskiej oraz troska o dobro wspólne”. „Dobrem wspólnym”, do które­go poszanowania wzywa władze konsty­tucja, jest sama ustawa zasadnicza, bę­dąca umową pomiędzy społeczeństwem a władzą. Sędziowie więc mają prawo bronić konstytucji przynajmniej na równi z innymi obywatelami. A nawet bardziej, bo są obywatelami szczególnie świado­mymi i pełnią rolę strażników konstytucji (orzekają wszak w oparciu o konstytucję i ustawy).
   Europejska Sieć Rad Sądownictwa w 2010 r. przyjęła deklarację londyńską w sprawie etyki sędziowskiej. W roz­dziale „Wstrzemięźliwość i dyskrecja” zaleca się sędziom wstrzemięźliwość z udziałem w debacie publicznej. Jed­nak: „W sytuacji zagrożenia dla demo­kracji i podstawowych wolności obo­wiązek zachowania wstrzemięźliwości może ustąpić zobowiązaniu do wyra­żenia zaniepokojenia takim obrotem spraw”. Ale zamiast dyskusji mamy sprawę dyscyplinarną sędziego Stęp­nia, prowadzoną w dość podejrzanym trybie, w którym sąd dąży do skazania, wbrew „prokuratorowi”, którym w po­stępowaniach dyscyplinarnych jest rzecznik dyscyplinarny.

wtorek, 5 czerwca 2018

"Brejza na celowniku" i "Schetyna jest fighterem"



Jak wojna na noże, to na noże. Nie odpuszczę mówi poseł Krzysztof Brejza, który od dwóch lat zadaje pytania kłopotliwe dla PiS. Ostatnio ktoś próbował podpalić dom, w którym mieszka z żoną i trójką dzieci.

Aleksandra Pawlicka

Przed domem posła Brejzy w centrum Ino­wrocławia stoi samochód TVP. Kamera skierowana prosto w jego okna. Dzienni­karka nadaje relację na żywo.
Od dawna jestem na celowniku, ale te­raz jest na nim również moja rodzina. TVP nazywa nas Brejzolandem - mówi poseł, nie kryjąc zdenerwowania. Dwa dni wcześniej na podwó­rzu jego kamienicy wybuchł w nocy pożar. Idziemy obejrzeć osmaloną ścianę. Płomienie sięgały okien pokoju, w któ­rym spały dzieci Brejzów. Po murze biegną rury gazowe, na szczęście - jak uważają budowlańcy remontujący kamienicę - rury starego typu, spawane, bo gdyby były skręcane, pew­nie uległyby rozszczelnieniu pod wpływem temperatury.
   Kamienica jest właśnie remontowana. Na podwórzu sto­sy łatwopalnego styropianu do ocieplenia murów. Spłonęła przenośna toaleta, która zajęła się - jak wynika z ustaleń po­licji - od niedopałka rzuconego przez jednego z mieszkańców.
   Ale w Inowrocławiu mało kto wierzy w taką wersję wydarzeń.
- Toi toi zapalił się od niedopałka? Ci Brejzowie mieli naprawdę dużo szczęścia” - mówią ludzie.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Królowa hejtu


Posłanka PiS Krystyna Pawłowicz zagrała jedną z głównych ról w spektaklu nakręcania hejtu wokół protestujących niepełnosprawnych i ich opiekunów

Renata Grochal

Ma 66 lat, a śmiga w internecie sprawniej od młodszych kolegów. Gdy 23 maja, w 36. dniu protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie, Pawłowicz pisze na Twitterze, że „w parlamencie śmierdzi”, żyje tym cały internet. „Przed chwilą byłam w Sej­mie. Na antresoli, w miejscu dla prasy i w korytarzu głównym na parterze trud­ny do zniesienia smród” - pisze posłanka PiS. Jej wpis stał się inspiracją dla setek trolli. „To te brudne wyrodne matki, co swoje niepełnosprawne dzieci ciągają po Sejmie, śmierdzą jak radzieckie onu­ce. Te pacholęta w przeciekających pam­persach nie są lepsze. Sanepid tam nasłać na tych brudasów”. „Trzeba wezwać sanepid i służby ratownictwa chemiczne­go! Te typiary mogły coś rozlać” - pisali internauci. Dodawali, że matki niepełno­sprawnych zrobiły z parlamentu cyrk i bazar, że się nie myją, znęcają nad swo­imi dziećmi. „Won, baby z Sejmu!” - na­woływały trolle.

niedziela, 3 czerwca 2018

Jak sypał Macierewicz, czyli lustrator ze skazą



W czasie śledztwa dotyczącego marca 1968 r. Antoni Macierewicz obciążył w zeznaniach cztery osoby - wynika z biografii byłego szefa MON, która ukaże się 6 czerwca. Jako pierwsi publikujemy jej fragmenty.

Marcin Dzierżanowski, Anna Gielewska

Album ze zdjęciami z 1968 r. ponad 30 lat przeleżał w milicyjnym archiwum. Kolejne kilkanaście w Instytucie Pamięci Narodowej. Na zdję­ciach 48 osób, prawie wszyscy w wieku dwudziestu, dwudziestu kilku lat, głównie studenci, zatrzymam przez milicję uczestni­cy marcowych protestów. Zdjęcia zrobiono w areszcie śledczym przy Rakowieckiej. Pod numerem piątym Adam Michnik. W swetrze i okularach. Jest też Jacek Kuroń (numer 14), wyraźnie starszy niż inni. Pod numerem 44 w niedbałej pozie stoi student pierwszego roku historii Antoni Macierewicz. Przy­mknięte oczy, kilkudniowy wąs, sztruksowe spodnie i sfatygowane buty. Jeszcze bez brody.
   Zanim trafia na Rakowiecką, przesłu­chują go w Pałacu Mostowskich, siedzibie Komendy Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Tego samego dnia trafiają tam dwaj koledzy Antoniego: Wojciech Onyszkiewicz i Piotr Bachurzewski. W marcu cała trójka próbo­wała razem konspirować, ale nie do końca się im udało.

sobota, 2 czerwca 2018

Kłamstwo symetryczne,Lech Kaczyński i owoce jego rewolucji,Do Wiktora Z.,Kulawe państwo,Nie zabierzemy i oddamy,25 postulatów,Odważny upór,Przypadek i Stalin w USA



Kłamstwo symetryczne

Istotą sporu o Polskę jest spór o to, co się w niej dzieje, a więc o PiS i o opis. Słowa mają tu znacze­nie fundamentalne. W tym słowo symetryzm.
   Spór o symetryzm jest w części dziennikarską, środowisko­wi naparzanką i w tym sensie jest bez znaczenia. W swej isto­cie jest jednak sporem o kwestie zasadnicze, Gdy się pojawił, nadano mu sens pejoratywny. Uznano go za formę relatywi­zmu i bagatelizowania ekscesów PiS. Od zarzutu relatywizmu był już tylko krok do oskarżenia symetrystów o tchórzo­stwo i oportunizm, Gdy oskarżenia padły, symetryści. czując ich wagę. przystąpili do kontrataku. Antysymetrystom za­rzucili symplicyzm i emocjonalność. sobie zaś przypisali ra­cjonalizm i obiektywizm. Spór o symetryzm szybko stał się sporem o to. co najważniejsze. O rzeczywistość, czyli o prawdę i o moralność.
    „Kwestię rozpatrzę wpierw priorytetową, czyli właściwe nadam rzeczy słowo” - pisze Konfucjusz. I dodaje: „Jeśli nie mamy właściwego słowa, wyzuta z sensu będzie nasza mowa”. Słowa, jak wiadomo, mogą służyć mówieniu prawdy lub jej ukrywaniu.
   Symetryzm zakłada na przykład, by zacytować jednego z sy­metrystów. dumnego ze swoich poglądów, że fakt, iż w Polsce łamana jest konstytucja, nie oznacza, że nie należy widzieć pozytywnych rzeczy, które robi obecna władza. Oczywiście. Konstytucja została podarta, Trybunał Konstytucyjny ośmie­szony, sądy są deptane, a publiczna telewizja zamieniona w rynsztok, ale przecież jest 500+. Prawda, to podobnie jak z generałem Jaruzelskim: wprowadził wprawdzie stan wojen­ny, ale zapewnił także bezpieczeństwo na ulicach. Hitler z ko­lei. zachowując wszelkie proporcje, zabił wprawdzie miliony ludzi, ale zlikwidował bezrobocie i poradził sobie z inflacją.
   Nikt tu nie porównuje Kaczyńskiego do Hitlera ani PiS do NSDAP. Idzie wyłącznie o to. że ocena każdej władzy musi się opierać na jakichś kryteriach podstawowych. Są bowiem rzeczy i czyny, które władzę i polityka dyskwalifikują abso­lutnie i ostatecznie. W czasach, jakie mamy dziś w Polsce, dziennikarstwo polityczne, które z niszczenia demokracji, konstytucji i państwa prawa nie czyni sprawy bezwzględnie najważniejszej, jest albo skrajnie niekompetentne, albo jest cynicznym nadużyciem i zwykłym oszustwem. Niedostrzega­nie tego jest ślepotą. A ubieranie swego oportunizmu w szal­ki obiektywizmu jest intelektualnym nadużyciem. W czasach wielkiego moralnego wyzwania zaniechanie jest bowiem przestępstwem, a milczenie zbrodnią.

piątek, 1 czerwca 2018

Przed nami ściana



Rozmowa z dr. Bogusławem Grabowskim, byłym członkiem Rady Polityki Pieniężnej oraz Rady Gospodarczej przy premierze Donaldzie Tusku, o tym, czy nadal stać nas na wszystko, czy też pieniądze się skończyły.

JOANNA SOLSKA: - Jak pan ocenia kompetencje ekonomiczne premiera? Obaj byliście w Radzie Gospodarczej przy premierze Tusku.
BOGUSŁAW GRABOWSKI: - Główną spra­wą, którą się zajmowaliśmy, był system emerytalny i reforma OFE. Dużo mówili­śmy o solidarności międzypokoleniowej. Zdziwiłem się więc, że proponując nowy podatek, który miałby sfinansować po­stulaty rodziców osób z niepełnospraw­nością, Mateusz Morawiecki uzasadnia go solidarnością międzypokoleniową. W tym przypadku o żadnej solidarności międzypokoleniowej nie można mówić. Premier powinien o tym wiedzieć, cho­ciaż jest historykiem.
Rząd nie chce dać protestującym czy nie może?
Myślę, że premier Morawiecki w kasie państwa zobaczył dno. W przeciwnym razie nie wyobrażam sobie, że byłby aż tak nieugięty wobec tego, co się dzieje w Sejmie. Zwłaszcza że 87 proc. społe­czeństwa w przypadku rodziców doro­słych dzieci niepełnosprawnych uważa, że im się naprawdę należy.
Jeszcze niedawno Mateusz Morawiecki na konwencji PiS zapewniał, że „stać nas na wszystko".
Ale pakiet obietnic, które przedstawił, świadczy o czymś innym. Ładnie opa­kowane pudełka, prawie puste w środ­ku. Znaczna część tych obietnic ma być spełniona w najbliższych latach, czyli nie bardzo wiadomo kiedy. lak program Dostępność Plus, który ma kosztować wprawdzie 23 mld zł, ale mają to być  głównie pieniądze unijne i samorzą­dów. W dodatku obietnice są adresowa­ne do trudno identyfikowalnej grupy np. małych przedsiębiorców, którzy pła­cą CIT. Obiecuje im się obniżenie stawki tego podatku z 15 do 9 proc., ale małe fir­my go nie płacą, rozliczają się z fiskusem przy pomocy PIT. Jedyny konkret, czyli wydatek, na który trzeba mieć pieniądze w tym roku, około 1,5 mld zł, to 300 zł wyprawki dla uczniów, którym wcze­śniej rząd odebrał darmowy podręcznik.
Premier pewnie będzie hojniejszy tuż przed wyborami.
Sądzę, że też będzie się starał obiecy­wać coś, co nie będzie musiało być sfinan­sowane natychmiast. Gdyby rządzący widzieli, że mają pieniądze do wydania, to ten pakiet nie byłby taki skromny.