PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 18 lutego 2018

Słabi i silni



Scenę polityczną spowił tuman pyłu po wybuchu konfliktu dyplomatycznego z Izraelem, USA i Ukrainą w sprawie ustawy o IPN. Za tą zasłoną dzieją się jednak rzeczy arcyciekawe: do jesiennych wyborów samorządowych stanie trochę inna opozycja i trochę inny PiS.

Trochę niezauważona przemknę­ła deklaracja Grzegorza Schetyny i Katarzyny Lubnauer z koń­ca stycznia o wspólnych listach w wyborach do sejmików. A jest to w istocie ładnie opakowana kapitulacja Nowoczesnej, powoli tracącej zdolność do samodzielnego istnienia.
   - A więc połykacie Nowoczesną? - pyta­my polityka z władz Platformy. - Na to wy­gląda. Utracili wszelkie atuty, które przy­ciągały do nich wyborców zrażonych do PO. Mieli być bardziej profesjonalni i bardziej liberalni od nas i nic z tego nie wyszło. Istotnie, Nowoczesna płaci za brak doświadczenia w polityce. Przez ostatnie miesiące ciągnął ją w dół Ryszard Petru, na tyle skutecznie, że notowania partii zaczęły zbliżać się do progu wyborczego. Zwycięstwo Lubnauer, która partię prze­jęła w grudniu, przejściowo wywindowało poparcie z powrotem do poziomu ponad 10 proc. Potem przyszła jednak debata aborcyjna. Na początku stycznia PO i Nowoczesna się podzieliły; część po­słów nie głosowało, a niektórzy byli prze­ciw, gdy Sejm zajął się obywatelskim, zgłoszonym przez lewicę, projektem libe­ralizującym ustawę antyaborcyjną. Pro­jekt przepadł już w pierwszym czytaniu, mimo że przeciw odrzuceniu głosowało kilkudziesięciu posłów PiS, w tym Jaro­sław Kaczyński i Antoni Macierewicz.
   PO i Nowoczesna naraziły się na gniew liberalnych mediów i wyborców, ale spadki Nowoczesnej - jako ugrupowania mniejszego - były bardziej spektakular­ne. Partia znów zaczęła się ocierać o próg wyborczy - w sondażach kilku pracowni miała w styczniu od 6 do 7 proc. Zasłużo­ne drwiny przywitały tłumaczenia Lub­nauer, że posłowie nie wiedzieli, o jakie głosowanie chodzi, bo są dopiero dwa lata w Sejmie.
   W tym samym czasie parę punktów procentowych straciła także Platforma, a poobijani liderzy postanowili się ra­tować deklaracją o koalicji na wybory sejmikowe. Ruch tyleż słuszny, co spóź­niony. Wyborcy opozycyjni wzywali do jedności w czasie protestów przeciw ustawom sądowniczym - i nic. Niezłym momentem na zjednoczenie była także jesień, gdy PiS przeżywał trudne chwi­le przed rekonstrukcją rządu; wówczas opozycja mogła choć na chwilę przejść do ataku - i też nic. Teraz, gdy PiS urósł po wymianie niepopularnych mini­strów, a opozycja się skurczyła, ogłosze­nie współpracy jawi się jako akt despera­cji, a nie dowód politycznej wyobraźni.

sobota, 17 lutego 2018

W narożniku,Potworny atak,Sędziowie nie poszli na polityczną kolaborację,Izba bez refleksji,Odrobina absurdu,Korona nie dla Elżbiety,Wozy kolorowe i All you need is love



W narożniku

Podczas gdy PiS pod maską patosu chowa cynizm i arogancję, opozycja pod maską pragmatyzmu skrywa strach. Opozycja zapowiadała, że będzie totalna, i zbiera za to cięgi, jednocześnie ponosząc skutki tego, że nie jest totalna, lecz rachityczna.
   PiS nie lubi półsłówek i półcieni. T-shirtowy patriotyzm potrzebuje decybeli i jednoznaczności, a nie subtelności. Mówicie w Brukseli o łamaniu praworządności w Polsce - jesteście zdrajcami. Głosujecie za wszczęciem procedury w tej sprawie - jesteście targowicą. Udzielacie wywiadu nie­mieckiej telewizji - jesteście szmalcownikami.
To oczywiście putinowska wersja patriotyzmu, w której partię zrównuje się z krajem, a sprzeciw wobec partii trak­tuje się jak zdradę. Ale co z tego, skoro skuteczna?
   PiS gra na najprostszych emocjach, odwołując się do naj­niższych instynktów. Widząc pałki i „Wiadomości”, opozy­cja - zamiast ryknąć - kuli się w sobie. Zamiast odwoływać się do serc, odwołuje się do rozumu. Ale sam rozum w zde­rzeniu z emocjami jest bez szans, szczególnie gdy podsuwa rozwiązanie najbardziej bezpieczne - poparcie władzy ze strachu lub wstrzymanie się od głosu ze strachu.
   Głosowanie w sprawie wyklętych z Brygady Świętokrzy­skiej, głosowanie w sprawie uruchomienia procedury z art.7 głosowanie w sprawie nowelizacji ustawy o IPN - w każdej z tych spraw opozycja zademonstrowała charakterystyczny dla siebie przykurcz. Pojawia się on zawsze, kiedy dociera do niej, że gdy nie zrobi tego, co chce PiS, PiS zacznie się drzeć, że jest nie dość patriotyczna albo nawet antypatriotyczna. Ża­łosne wrażenie sprawia łatwość, z jaką PiS, stosując te meto­dy, wciąż zagania opozycję do narożnika. A ta na to pozwala, jakby cierpiała na jakiś straszny kompleks. Oddała PiS flagę i pozwala, by ten walił ją po łbie drzewcem. Protestuje, gdy na­zywa się ją drugim sortem, ale zachowuje się, jakby nim była.
   Zarzuty i oskarżenia, jakie padają ze strony PiS, są bez­ceremonialne, a często po prostu chamskie, ale w epoce, w której cham ma się lepiej niż Kordian, chamstwo często popłaca. Suweren zdaje się bowiem autentycznie zafascy­nowany siłą i brutalnością. Wątpliwości postrzega jako sła­bość, a słabością gardzi. Zniuansowane stanowisko jest więc z założenia defensywne, czyli złe. Non stop się broniąc, moż­na ograniczać straty, ale nie można wygrywać. Publika jest bezwzględna. Nie nagradza za kunktatorstwo, granie na czas i wstrzymywanie się od głosu. Całkiem prawdopodobne, że doceniłaby drużynę nieustraszoną, nawet gdyby ta przegry­wała. Drużynę bojaźliwą wygwizduje albo ignoruje.

piątek, 16 lutego 2018

Menażeria Gnoma



„Jaki śmieszny jest Gnom, / kiedy buzię ma złą / i z wściekłości aż tupie nóżkami!”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wierszyk Szpotańskiego o Gomułce zyskał nową aktualność

Rewolucja się kończy, a wraz z nią przemijają jej bohate­rowie. Antoni Macierewicz został odesłany do poszu­kiwań swojej bomby. Jego dziwni ludzie wracają do jaskiń, z których wypełzli. Każdy z łupami zgromadzony­mi na wysokich urzędach państwowych, w spółkach zbrojeniowych czy innych sy­nekurach, gdzie spędzili ostatnie dwa lata.
Wyłaniają się zarysy normalizacji i nowego polskiego społeczeństwa, we­wnętrznie pogodzonego z życiem pod władzą PiS. Ja już widziałem parę takich normalizacji - jako przedwcześnie rozwi­nięte dziecko w połowie lat 70., a potem jako romantyczny młodzieniec w poło­wie lat 80. Normalizacje w Polsce zawsze były smutne, szczególnie dla takich jak ja - nieznormalizowanych.

czwartek, 15 lutego 2018

Pokrętła prezesa



Polityka polega na zastawianiu pułapek na przeciwnika. Partia Jarosława Kaczyńskiego jest biegła w tej sztuce, ale nieźle też wychodzi jej zakładanie sideł na samą siebie.

Sprawa z nowelizacją usta­wy o IPN pokazuje, że PiS ma wciąż w swoim kodzie gen autodestrukcji, nawet jeśli - jak w tym przypadku - rujnowa­nie międzynarodowych relacji Polski może przynieść jakieś polityczne punkty w kraju. Rządzący zresztą znowu spró­bowali starej metody moralnego szanta­żu: sami sprowokowali kryzys i potężną awanturę, a potem żądali, żeby także ich przeciwnicy popierali politykę rzą­du utożsamianego z Polską, inne stano­wisko nazywając zdradą. Na zasadzie: wywołaliśmy awanturę, rzeczywiście może należało zrobić inaczej, nie w tym momencie, ale stało się i teraz musicie być murem za rządem i żyrować poli­tykę, do której nie przykładaliście ręki, bo ojczyzna, czyli my, wzywa. Za któ­rymś jednak razem retoryka PiS zosta­nie w końcu zdemaskowana i odrzucona. Coś działa dziesięć razy i budzi aplauz, a za jedenastym, nie wiadomo dlaczego, jest nagle wygwizdane i wyszydzone.
   Nawet kiedy może się wydawać, że PiS ma swój kolejny cwaniacki, marketingowo wykoncypowany sukces, właściwie zawsze po jakimś czasie objawiają się niepożąda­ne skutki. Atak PiS na koalicjantów - LPR i Samoobronę - w drugiej połowie 2007 r. doprowadził co prawda do faktycznej li­kwidacji obu partii, przejęcia części ich elektoratów, ale jednak nie dał zwycię­stwa wyborczego i odsunął Kaczyńskiego na długie lata od władzy. Także po 2015 r. to, co zrazu wydaje się genialnym posunię­ciem i daje krótkoterminowe przyrosty notowań, skumulowane w dłuższym okresie może przynieść przełom i zjazd w sondażach. Każdy, kto zna dzieje III RP, wie o tym doskonale. Najlepsza passa nie trwa wiecznie, o czym mogła się przeko­nać Platforma, która w okresie rządów miała jeszcze lepsze notowania niż PiS.
   Przyjrzyjmy się zatem pułapkom, któ­re zafundował sobie PiS, najpierw idąc do zwycięstwa w 2015 r., a potem sprawu­jąc władzę już przeszło dwa lata.

środa, 14 lutego 2018

Władcy przeszłości



Maciej Świrski, jego Reduta Dobrego Imienia oraz Polska Fundacja Narodowa to dzisiaj główni bojownicy prawicowej walki ze „zniesławianiem narodu”. Nas podatników sporo to kosztuje: pieniędzy i wstydu.

„My dzisiaj, wybijając się na podmiotowość, na pewno traktujemy walkę o prawdę historyczną jako jeden z naszych absolutnie najwyższych celów. Z tej drogi o skuteczne wywalczenie tej prawdy na pewno nie zejdziemy” - ogłosił w ostatni weekend na spotkaniu z mieszkańcami Chełma premier Mateusz Morawiecki.
   Credo nie pozostawia wątpliwości: polityka pamięci stała się państwowym orężem podporządkowanym celom stricte poli­tycznym („wybicie się na podmiotowość"), a w wymiarze we­wnętrznym służącym nacjonalistycznej mobilizacji. W obecnej Polsce do prawdy już się nie dochodzi, nie odkrywa się jej ani też nie weryfikuje. Teraz o prawdę - niewzruszoną, na zawsze zastygłą w heroicznej i bezgrzesznej formie - trzeba walczyć.
   A do walki potrzebni są mężni i nieustraszeni wojownicy. Tacy jak Maciej Świrski, jeden ze sprawców awantury o „polskie obozy śmierci”, założyciel Reduty Dobrego Imienia i od jakiegoś czasu wiceprezes Polskiej Fundacji Narodowej.

wtorek, 13 lutego 2018

Ciemna strona „burego”



Na pierwszym przesłuchaniu kapitan Romuald Rajs „Bury” wydał swego najdzielniejszego żołnierza. Winę za puszczenie z dymem białoruskich wsi i mordy na cywilach zrzucał na podkomendnych. Oferował UB współpracę



Paweł Reszka

Ta ciemna część biografii Romualda Rajsa nie­zbyt pasuje do opowieści o niezłomnym żoł­nierzu AK i NZW. Bohaterze operacji „Ostra Brama”, dowódcy, który zwycięsko wycho­dził z bitew z Niemcami, Sowietami i ekspe­dycjami karnymi Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. O kawalerze Krzyża Walecz­nych i dwóch orderów Virtuti Militari. Tę opowieść lubią apologe­ci kapitana.
   Tyle że jej druga, ciemna strona jest tak samo prawdziwa.

I
Chatka mała, drewniana. Życie staruszki koncentruje się wo­kół pieca kaflowego w kuchni. Zaraz będzie drożdżowe, makowiec i delicje. Zastanawiam się, czy cokolwiek pamięta z tamtego dnia. Eugenia z rodziny Olszewskich ma 81 lat. A ja chcę pytać o wyda­rzenia z początku 1946 roku.
   - Z 2 lutego - uściśla. Potem opowiada - minuta po minucie, z fotograficzną precyzją.
   Wieś, całe Zanie otoczone przez wojsko. Ojciec krzyczy: „Już po naszym życiu!” i ucieka do lasu.
   Mama, Olga, zbiera dzieci. Brat Antoni, jeszcze w brzuchu, uro­dzi się za niecałe dwa miesiące. Brat Józef (5 lat) na jej plecach. Wala (11 lat) z jednej strony i ona, Eugenia, 9 lat, z drugiej. Za nimi jeszcze najstarsza siostra Mania - czternastolatka.
   Dom płonie. Wychodzą.
   Eugenia: - Zatrzymuje nas żołnierz. Do mamy się zwraca: Słu­chaj! Taka owaka! Z powrotem do domu.
   Za piątym razem udało się wyjść. Eugenia widzi ojca. Wra­ca z lasu na podwórze otworzyć stajnię, oborę, chlewik: „żeby się bydlaki nie popaliły”. Najstarsza, Mania, pomaga: uwiązali konia, krowy na postronku.
   Ojciec wynosi jeszcze kożuch. Pada strzał.
   - Widziała pani?
   - Bandzior strzelił. Tato się przewrócił. Położył głowę na ko­żuchu i tak... - Eugenia podkłada złożone ręce pod policzek. - I doszedł. A siostra Mania szła za tatusiem. Zaczęła krzyczeć. Wtedy ją kulka trafiła w usta - Eugenia pokazuje. - I wyszła z tyłu głowy. O tu. Gdyby dostała w serce, to szybko. A tak? Sio­stra przebiegła przez ulicę, upadła pod wierzbą. Z bólu noga­mi powybijała w ziemi jamy, głębokie aż do kolan. Paznokcie u palców poogryzała wszystkie. Dopiero sąsiadka katolicz­ka powiedziała tamtym, że siostra bardzo się męczy. Wtedy ją dobili.
   W Zaniach zginęły 24 osoby - najmłodsza ofiara miała trzy lata. Najstarsza 83. W Szpakach żołnierze Rajsa zabili 5 osób, w Zaleszanach 16, w Wólce Wygonowskiej 2. W Puchałach Sta­rych rozstrzelali 30 cywilów - furmanów, którzy najpierw ich transportowali, a potem przestali być potrzebni. W archiwum państwowym w Białymstoku zachowała się notatka starosty po­wiatowego z Bielska Podlaskiego do wojewody: „16 lutego 1946. We wsi Szpaki znaleziono ulotkę zawierającą następujące wy­razy: »Za strzelanie do żołnierzy polskich i oddziałów party­zanckich!«, »Smierć zdrajcom ojczyzny« oraz wezwanie, ażeby ludność białoruska w ciągu 14 dni opuściła tereny polskie, gdyż w przeciwnym razie zostanie zniszczona”.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Człowiek z granulatu



Daniel Obajtek ma mnóstwo szczęścia. Z pensją 3 tysięcy na rękę został milionerem. Rodzina z Pcimia i okolic obdarowała go atrakcyjnymi działkami nad morzem. A teraz jest prezesem Orlenu

Wojciech Cieśla, Jakub Korus

Jeszcze pięć lat temu był tech­nikiem rolnictwa, wójtem małopolskiej gminy Pcim. Od kilku dni rządzi jedną z największych spółek skar­bu państwa, paliwowym gigantem - PKN Orlen.
   Życie 42-letniego Daniela Obajtka uło­żyłoby się nieco inaczej, gdyby najpierw nie spotkał dwóch ludzi - Macieja G, sze­fa gangu o pseudonimie Prezes, a potem Beaty Szydło.

DONOS NA NAUCZYCIELA
O Obajtku w 5-tysięcznym Pcimiu mówi się, że był pisowski na długo, zanim powstał PiS. - W domu się nie przelewa­ło, ojciec pracował fizycznie, matka chy­ba rencistka - opowiada jeden z sąsiadów. „Pochodził z rodziny niezamożnej i został zatrudniony u nas po tym, jak został wy­rzucony ze szkoły weterynaryjnej w No­wym Targu” - zezna po latach Roman Lis, wuj prezesa Orlenu, właściciel fabry­ki okien.
   W latach 90. dwóch braci Obajtków, starszego - Daniela i młodszego o dwa lata Bartłomieja - rodzice wysyłają do szkół poza gminę. Bartłomiej skończy leśni­ctwo, Daniel trafia do technikum wetery­naryjnego w Nowym Targu. Energiczny, pewny siebie, ambitny i bezwzględny - tak zapamiętają go nauczyciele.
   Na przełomie lat 1994/1995, w czwar­tej klasie, przychodzi kryzys. Nauczyciele uważają, że Obajtek skłóca uczniów z ka­drą, kłamie, kręci w sprawie pieniędzy. Obajtek pisze donosy na jednego z na­uczycieli, jest arogancki. Nauczyciele nie mogą się doprosić o sprawozdania finan­sowe samorządu uczniowskiego.
   Dwa razy zostaje skreślony z listy ucz­niów. Zamyka się w hotelowym poko­ju, połyka fiolkę środków nasennych, ale szybko dochodzi do siebie. Do technikum nie wróci.
   Ściąga do Nowego Targu polityków pra­wicy, żeby interweniowali w jego spra­wie. W gazecie ukazuje się duży reportaż o walce ucznia z bezdusznym systemem. Wreszcie w imieniu Obajtka jeden z ad­wokatów pisze doniesienie do prokuratu­ry na szkołę (sprawa zostanie umorzona).

niedziela, 11 lutego 2018

Polski blitzkrieg,Idy marcowe,Zaprzęg demonów,Dopóki wolno,Kartka od szóstego i Orka



Polski blitzkrieg

Jak pewnie większość z Was mam szczękę na podłodze, przecieram oczy ze zdumienia, szczypię się, okładam lodem, parzę woskiem  i nie wierzę, że dzieje się coś, co absolutnie nie miało pra­wa się zdarzyć, że nikt nie jest w stanie spieprzyć czegoś tak epicko. A jednak. PiS potrafi. Mieć nieustannie na us­tach dobre imię Polski i w ciągu kilkudziesięciu godzin do­prowadzić do największej katastrofy wizerunkowej kraju po 1989 roku, której konsekwencje będziemy odczuwać la­tami, no to naprawdę jest nie lada osiągnięcie. Kierując się swoimi fiksacjami, chłopcy z PiS rzucili gównem w wenty­lator, a teraz pryska na nas wszystkich.
   Wszystko w tej historii jest znakomite. To jak film kata­stroficzny, którego scenarzyście nie wystarczy jedna trage­dia, trzęsienie ziemi to za mało, w twórczym szale dorzuca występujące z brzegów oceany, światową epidemię eboli, ataki zmutowanych szerszeni i nadciągający meteoryt. Ma być bum na czterdzieści fajerek, ale nagromadzenie nie­szczęść powoduje, że film zaczyna trącić groteską. Boha­terowie szarży pod tytułem „Nowelizacja ustawy o IPN” również postanowili zagrać na wielu instrumentach i pójść na całość, by nie przepuścić żadnej, ale to żadnej okazji do pogorszenia sytuacji.
   Najpierw sama niechlujna i niejasna nowelizacja. Tak w ogóle to się dziwię, że Izraelczycy i Żydzi z diaspory się ciskają, bo przecież ta kara trzech lat więzienia za krzyw­dzące wypowiedzi o Polsce i Polakach przeznaczona jest dla nas, obywateli Najjaśniejszej. Wiem, wiem, zapisane jest, że polski wymiar sprawiedliwości będzie ścigał każde­go na całym świecie, obojętne, z jakiego kraju pochodzi, ale bądźmy poważni. Czy ktoś sobie wyobraża, że Wielka Bry­tania, Francja, USA, Australia, o Izraelu nie wspominając, wyda Polsce swego obywatela, bo ktoś w PiS uzna, że tenże naruszył dobre imię Polski? Bat jest na szczęśliwców żyją­cych między Bugiem i Odrą.

sobota, 10 lutego 2018

Fałszowanie historii i Co naprawdę o sobie wiemy



Fałszowanie historii

Ziobro i Jaki stanowią sobie prawo, wedle którego będą musieli postawie w stan oskarżenia każdego ocalonego Żyda, który przeżył w Polsce okupację - pisze prof. Jan Tomasz Gross, historyk, socjolog, autor książek o Zagładzie

Cokolwiek by o nich myśleć, panowie Zbi­gniew Ziobro i Patryk Jaki dobrze zna­ją język polski. I gdyby chcieli zakazać pod groźbą kary używania określenia „polskie obozy zagłady”, to jako główni autorzy no­welizacji ustawy o IPN na pewno potrafiliby to zrobić - na przykład wpisując do tekstu inkryminowany zwrot: „polskie obozy zagłady". I jeśliby właśnie o to PiS chodziło, to z łatwością mogłoby osiągnąć swój cel i pies z kulawą nogą by na to nie zareagował. Wszyscy normalni ludzie na świecie wiedzą, że obozy zagłady podczas drugiej wojny świa­towej były niemieckie. Co najwyżej jakiś malkontent mógłby za­pytać, jaki jest sens dekretowania oczywistości.
   Ale że propaganda o powstawaniu Polski z kolan pod PiS-owskim przewodem nie wszystkich jeszcze otumaniła, nowe prawo odczytane zostało zgodnie z intencją jego inicjatorów - jako próba fałszowania historii.
   PiS postanowiło zakazać mówienia prawdy o zagładzie Żydów.
   Nowe prawo domaga się, pod groźbą kary, usunięcia z narra­cji historycznej wiedzy na temat współudziału polskiej ludności w prześladowaniu Żydów podczas okupacji.
A tymczasem taki współudział miał miejsce, i to - jak pisał Jan Karski, obserwując te zda­rzenia na bieżąco - ze strony „znacznej czę­ści Polaków”. Wielkim sukcesem polskich historyków jest dogłębne badanie tego za­gadnienia przez ostatnie 20 lat.
   Oprócz wiedzy dostępnej obecnie dla każ­dego, kto zechce wziąć do ręki publikacje Jana Grabowskiego, Aliny Skibińskiej, Bar­bary Engelking, Dariusza Libionki, Jacka Leociaka, Elżbiety Janickiej, Agnieszki Ha­skiej, Joanny Tokarskiej-Bakir i wielu in­nych uczonych, ich działalność naukowa przyniosła szacunek dla Polski jako kraju, którego społeczeństwo otwarcie konfrontu­je się z bardzo trudną przeszłością. Jednym bezmyślnym gestem panowie Ziobro i Jaki reputację Polski w tej materii przekreślili.

czwartek, 8 lutego 2018

Zapaść



Międzynarodowa pozycja Polski jest najsłabsza od 1989 roku. Jak PiS tego dokonało? Jak można to zmienić?

Sześć lat temu, 29 maja 2012 r., prezydent USA Ba­rack Obama, nadając pośmiertnie Janowi Kar­skiemu najwyższe amerykańskie odznaczenie Medal Wolności, powiedział „polski obóz śmier­ci”. Byłem wówczas rzecznikiem MSZ, pamiętam 48 godzin twardych wysiłków władz Polski, by jak najszybciej naprawić ten idiotyczny błąd. Spowo­dowany zresztą przypadkiem przez młodego speechwritera.
   Dyplomacja amerykańska przeprosiła i sprostowała już na­stępnego dnia. W wyniku naszych dalszych nacisków przeprosił na piśmie sam Obama, dodając, że „Polska od lat słusznie prowa­dziła kampanię, by wyeliminować tę frazę z dyskursu publicznego na całym świecie”. Media światowe mówiły nie tylko o gafie Oba- my, ale też o bezprecedensowych przeprosinach prezydenta USA. W sumie więc cała sprawa rozpowszechniła w świecie wiedzę, że żadnych „polskich obozów” nie było, a Polacy byli w II wojnie ofia­rami, a nie współsprawcami zbrodni niemieckich nazistów.
   I tym różni się tamta sytuacja sprawnej Polski, powiązanej in­stytucjonalnymi i osobistymi więzami z ważnymi sojusznikami, od sytuacji obecnej - Polski osamotnionej, pozbawionej sojusz­ników, z całkowicie zszarganą reputacją. Polski nikt nie broni.
Jak do tego doszło?

środa, 7 lutego 2018

Szydło w ruinie



Beata Szydło jest przybita i rozgoryczona. Nie pogodziła się z utratą fotela premiera. Ani z tym, że jej szefem został podwładny, z którym rywalizowała

Renata Grochal

Gdy zostajesz premierem, to jest tak, jakbyś zażył wielokrotnie wzmocnio­ny narkotyk - opowiada ważny polityk Zjednoczo­nej Prawicy. - Jesteś w centrum wyda­rzeń, masz dostęp do tajnych informacji, podejmujesz ważne decyzje. Nawet jeśli to było ograniczone przez Jarosława Ka­czyńskiego, to Beata i tak czuła, że wiele od niej zależy - dodaje.
   Szydło spadła z wysokiego konia. Ci, którzy przebywają z nią na co dzień, mó­wią, że jest załamana i rozgoryczona. Nie może się pogodzić z tym, że Mate­usz Morawiecki nie zasuwał w kampanii wyborczej, a został premierem. Ciągle się zastanawia, jak mu się udało podejść Kaczyńskiego i ją zdetronizować.

TAK JĄ PRZECZOŁGALI
W Przecieszynie koło Oświęcimia, rodzinnej miejscowości Beaty Szyd­ło, liczącej około 300 domów, trwa ko­lęda. Przed jasną willą stoi kościelny z ministrantami, ksiądz jest w środku na obiedzie. Kościelny opowiada mi, że kil­ka dni temu byli po kolędzie u Szydłów. Czekali z wizytą na piątkowy wieczór, aż była premier przyjedzie z Warsza­wy. - Pani Szydło była smutna, ale było widać, że poczuła ulgę, że jej to wszyst­ko już spadło z ramion. Ostatnio przy­chodziła bardzo przybita do kościoła, z mężem Edwardem pod rękę, w obsta­wie sześciu BOR-owców. Ciężko prze­żywała ten serial z rekonstrukcją rządu, to, że tak ją przeczołgali. Czy pogodzi się z dymisją? A jakie ma wyjście? Przecież tam o wszystkim jedna głowa decyduje - mówi mój rozmówca.
   Wieś w ocenie dymisji Szydło jest po­dzielona. Danuta Bułka-Morończyk, re­zolutna blondynka, właścicielka sklepu w Przecieszynie, zna Szydło od lat. Obie należą do Ochotniczej Straży Pożarnej. Według niej styl odwołania Szydło był fatalny.
   - Było mi przykro, że pani premier zo­stała tak potraktowana, bo to jest dobry człowiek - mówi.
   Z kolei pan Józef ceni Szydło za 500+ i obniżenie wieku emerytalnego, ale uważa, że Morawiecki jest lepszy: - Zna języki i będzie potrafił się w Unii doga­dać. Poza tym jest bardziej dostojny.

wtorek, 6 lutego 2018

Bóg, Honor, Brazylia






Rosjan i komunistów. Rok później wzięli puszkę z farbą i zniszczyli pomnik tych, których już raz posłali do piachu. Gdy złapała ich policja, powołali się na prezydenta Dudę

Wojciech Cieśla

Zrobili to wrześniową nocą 2017 r. we wsi Rząbiec w powiecie Włosz­czowa, w województwie święto­krzyskim. Szybko wpadli.
   W komisariacie wyrazili skru­chę i dobrowolnie chcieli płacić grzywnę. Przyznawali, że byli po piwku, mówili, że się wstydzą.
   Lubili partyzantkę i patriotyzm. Bawili się w rekonstrukcje: oficerki, mundury z czasów wojny, flagi z czarnym krzyżem Narodowych Sił Zbrojnych. A wtedy w porywie obywatelskich emocji oblali farbą pomnik ponad 70 ofiar NSZ.
   Prokurator chce, żeby trzej młodzi mężczyź­ni ponieśli za to karę. Bronią ich specjaliści od polityki historycznej: czy istnieje paragraf na szczerą miłość do Ojczyzny?

poniedziałek, 5 lutego 2018

Krajobraz po ministrze



Odwołanie Antoniego Macierewicza kończy pewien etap, ale nie kłopoty wojska. Stan, w jakim zostawił armię i przemysł zbrojeniowy, wskazuje, że najtrudniejsze chwile dopiero przed wojskowymi.

Juliusz Ćwieluch

Już trzy tygodnie po odwołaniu Antoniego Maciere­wicza trudno uwierzyć, że w ogóle kiedyś był szefem MON. Intensywne czyszczenie ministerstwa z ludzi Macierewicza zaczęło się już w dniu jego odwoływa­nia i trwa w najlepsze. W zaledwie tydzień wymie­ciono niemal wszystkich jego zastępców, szefa SKW i najbliższych nominatów byłego szefa. W przemyśle zbrojeniowym trwa tworzenie list osób do zwolnie­nia. A obronna akcja zaprzyjaźnionych z ministrem mediów wypaliła się po tygodniu, pozbawiona żaru reklam i ogło­szeń, które wcześniej obficie tam lokowano. Niestety, wcale nie oznacza to, że kłopoty wojska ze wszechpotężnym do niedawna ministrem można uznać za zamknięte.

niedziela, 4 lutego 2018

Czyn pomówienia,Awaria,Pudrowanie nihilizmu,Wafelek,Wszystko przez wafelki,Wiara w pieniądz i 27:1 bis



Czyn pomówienia

Trzeba mieć jakiś niebywały talent do nakręcania awantur, żeby ni stąd, ni zowąd wywołać między­narodowy skandal, bardzo dla reputacji Polski kosz­towny. Chodzi o tę nieszczęsną nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadzającą karę do trzech lat więzienia dla każdego, „kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpo­wiedzialność lub współudział” w zbrodniach nazistowskich „lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywi­stych sprawców”. Trudno powiedzieć, czy termin uchwalenia tej ustawy był przypadkowy czy świadomie wybrany, ale ogło­szono ją w przeddzień międzynarodowych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, wywołując od razu gorące protesty przedstawicieli Izraela, którzy w ustawie odczy­tali groźbę represji wobec świadków, a także zapewne badaczy Holocaustu, jeśli ośmielą się zarzucać Polakom (Narodowi Pol­skiemu?) jakikolwiek współudział w zagładzie Żydów.
   Niby, jak potem zaczęli tłumaczyć rzecznicy polskich władz, nowe prawo miało przede wszystkim zapobiec używaniu określenia „polskie obozy koncentracyjne”, ale w ustawie nie ma do tego bezpośredniego odniesienia. Pojawiły się za to różne nieostre pojęcia, pozwalające na bardzo szeroką interpretację „czynu pomówienia Narodu Polskiego”. Zresztą, nawet ten najwęziej deklarowany cel nowelizacji wydaje się naciągany, bo poza jakimiś sporadycznymi i niesłychanie rzadkimi dziś przypadkami (raczej niechlujstwa niż intencji) nikt na świecie nie mówi i nie pisze, że to Polacy zakładali nazistowskie obozy koncentracyjne, a państwo polskie organizowało Zagładę.
Akurat Holocaust jest tak silnie obecny w światowej historii, kulturze i popkulturze, że naprawdę nie ma tu czego prostować. W ogóle walka z „polskimi obozami” jest jedną z obsesji założycielskich polskiej prawicy. Psychoanalityk nie miałby pewnie problemu, żeby doszukać się tu pod spodem jakiegoś dyskomfortu sumienia, nieprzepracowanego wstydu.

sobota, 3 lutego 2018

Jakub R. oskarża służby PiS. Ujawniamy listy głównego bohatera afery reprywatyzacyjnej w Warszawie



Wojciech Czuchnowski, Iwona Szpala

Główny bohater afery reprywatyzacyjnej w Warszawie twierdzi, że koordynator służb specjalnych, jego zastępca i szef CBA chcieli zrobić z niego informatora, a wcześniej namawiali na wspólne interesy.
Wszystko zaczęło się od listu z aresztu śledczego z Wrocławia. Cztery zapisane drobnym pismem kartki formatu A4 to właściwie grypsy, bo nie ma na nich pieczątek więziennej cenzury czy prokuratora. Zresztą według informacji prawników Jakuba R., byłego wiceszefa stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, większość wysyłanej przez niego korespondencji jest zatrzymywana „dla dobra śledztwa”. Nie wiadomo więc, jak te cztery kartki wydostały się na zewnątrz.
Pierwsza kartka to list Jakuba R. do prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, druga – zawiadomienie do prokuratury na koordynatora służb specjalnych, posła PiS i wiceprezesa tej partii Mariusza Kamińskiego, jego zastępcę Macieja Wąsika (też posła PiS) i szefa CBA Ernesta Bejdę.
Trzecia i czwarta to notatki: „Działania M. Kamińskiego, M. Wąsika i E. Bejdy ws. reprywatyzacji” i „W sprawie działań mających na celu skompromitowanie członków Platformy Obywatelskiej”. Jakub R. część z tych pism wysłał też do kancelarii premiera, do Beaty Szydło.

piątek, 2 lutego 2018

Patrykowe



Patryk Jaki co rusz ogłasza odbieranie zreprywatyzowanych kamienic. Jednak na razie ani nikomu niczego nie odebrał, ani nikomu niczego nie dał. Za to dodał sobie uprawnień.

Violetta Krasnowska

Patryk Jaki, wiceminister sprawie­dliwości i szef działającej od pół roku komisji weryfikującej decy­zje reprywatyzacyjne: - Sugestie przedstawiciela ratusza, jakoby zamierzali przejmować zwrócone przez komisję kamienice dopiero w momencie, kiedy zapadnie w tej sprawie decyzja NSA, to gigantyczny skandal. Dzięki decyzjom komisji mogą pomóc ludziom już teraz, ale tego nie robią, bo chcą zrobić na złość Jakie­mu. I dlatego w uchwalonej właśnie przez Sejm nowelizacji ustawy o komisji przefor­sował zapis, że po decyzji komisji ratusz ma obowiązek przejąć budynek, a sąd wieczystoksięgowy jest zobligowany do wpisania decyzji komisji - o wykreśleniu dotychcza­sowego właściciela - do księgi wieczystej. Dopisano też, że nie można poddać tej de­cyzji komisji pod ocenę sądu. Wprost zapi­sano: „przepisu art. 10 ustawy o księgach wieczystych i hipotece nie stosuje się”.
   Ostro skrytykował to nawet Leszek Bosek, powołany już za PiS prezes Prokura­torii Generalnej Rzeczypospolitej Polskiej - instytucji, która reprezentuje Skarb Pań­stwa w poważnych procesach cywilnych, m.in. o odszkodowania. W opinii dla Sej­mu napisał: „Wyłączenie zastosowania art. 10 powoduje, że osoby trzecie zostają pozbawione jakiejkolwiek ochrony praw­nej w zakresie prawa własności, co w rze­czywistości będzie stanowiło ich wywłasz­czenie. Skutki społeczne i finansowe takiej regulacji będą ogromne”.
   Wpisywanie z automatu decyzji komisji do ksiąg wieczystych bez możliwości za­skarżenia to niejedyna zmiana, która ma „usprawnić” działanie komisji. Ta będzie oceniała już nie tylko samą decyzję repry­watyzacyjną, ale też inne z nią związane. Będzie nakładać wyższe grzywny, nawet do miliona złotych, bez możliwości od­woływania się do sądu, a o tym, że jest się wezwanym przed komisję, będzie można się dowiedzieć, wyłącznie śledząc Biuletyn Informacji Publicznej Minister­stwa Sprawiedliwości.

czwartek, 1 lutego 2018

Hitler miał proste recepty



Hitler był genialnym kłamcą i mówcą. Znakomicie korzystał z ówczesnych środków przekazu. Można powiedzieć: czerpał z komunikacji cyfrowej, gdy inni żyli wciąż w rzeczywistości analogowej. O początkach nazizmu z prof. Włodzimierzem Borodziejem

Rozmawia Waldemar Kumor

Newsweek: 85 lat temu, 30 stycznia 1933 roku, Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec z poparciem ponad jednej trzeciej wyborców. To mu wystarczyło, żeby robić wszystko, na co miał ochotę. Jeszcze w 1928 r. jego NSDAP dostała w wyborach za­ledwie 2,6 proc. głosów. Co się w ciągu tych paru lat zdarzyło?
Prof. Włodzimierz Borodziej: Przede wszystkim zdarzył się kryzys światowej gospodarki. Spowodował taką pauperyza­cję, jakiej nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić. Państwo zaczę­ło prowadzić politykę deflacyjną, obcinając wszystkie wydatki; przede wszystkim - socjalne. Kompletnie załamał się handel za­graniczny, z którego w drugiej połowie lat 20. niemiecka gospo­darka całkiem nieźle żyła. W dodatku Stany Zjednoczone, od których kryzys się zaczął, przestały być głównym rynkiem zbytu niemieckich towarów i nie dawały już kredytów. Słowem - zawa­lił się cały porządek gospodarki światowej.
I w takim stanie z cienia wychodzi partia totalnie populistyczna, która obiecuje wszystko wszystkim. Warto pamiętać, że w 1932 r. 6 milionów Niemców było bez pracy. Bezrobotni robotnicy za­głosowali na komunistów, którzy dostali 15 proc. Klasa średnia łamie dotychczasową lojalność wobec partii liberalnych i kon­serwatywnych i wybiera NSDAP, która obiecuje, że będzie lepiej. I to natychmiast!
Bo NSDAP mówiła: „wystarczy nie kraść”?
- Nie. NSDAP podkreślała, że państwo musi spełniać swoje funk­cje wobec obywatela. I to im uroczyście Adolf Hitler obiecywał.
A używali retoryki godnościowej? Jesteśmy wielcy, powstańmy z kolan?
- Absolutnie tak. Mówili, że kończący I wojnę traktat wersal­ski jest początkiem całego zła. Hitler dawał proste recepty - że ukarze się tych wszystkich żydowskich spekulantów, przez któ­rych żyjemy w nędzy; że państwo porządnie i z troską zajmie się wszystkimi obywatelami.
Komuniści też obiecywali.
- Głównie, że nastanie sprawiedliwość społeczna. I że Niemcy nie będą już musieli żyć w upokorzeniu i chodzić do darmowych kuchni dla bezrobotnych.

środa, 31 stycznia 2018

Kulisy odwołania Macierewicza


Politycy PiS spodziewali się, że ludzie Antoniego Macierewicza zawistują teczkami. Mówiono nawet o domniemanych „kwitach na Morawieckich”. To miało się przyczynić do dymisji szefa MON. „Wprost” poznał kulisy sprawy.

Anna Gielewska

Wprost” udało się ustalić, że źródłem krążących na za­pleczu obozu władzy plotek o „kwitach na Morawieckich” mogły być opowieści dawnego świadka komisji orlenowskiej. Jego sensacyjne zeznania Antoni Macierewicz traktował przed laty bardzo poważnie. Wtedy, kiedy obciążały politycznych oponentów.
   Członek rządu: - Już kilka tygodni przed dymisją Macierewicza w PiS i na rządowym zapleczu było słychać, że ludzie Antoniego w służbach mogą sięgnąć po jakieś kwity, żeby się bronić. Ale nikt nie wiedział, o co chodzi, krążyły tylko piętrowe plotki.
   O tym, że odejście byłego szefa MON „poprzedziła próba gry aktami komuni­stycznych służb specjalnych mającymi ob­ciążyć Mateusza Morawieckiego i jego ojca Kornela”, napisała kilka dni temu „Gazeta Wyborcza”. W kręgu PiS miały się pojawić enigmatyczne informacje, że „mogą się ukazać kompromitujące materiały z akt SB i Stasi” Źródło „GW” w IPN zapewnia, że domniemane „kwity” są bezwartościowe i nie stanowią obciążenia dla Morawieckich.
   Prezes PiS uznał opowieści o kwitach za niewiarygodne. Jednak już same plotki na rządowym zapleczu o tym, że środowisko Macierewicza może tych opowieści używać do rozgrywek politycznych, doprowadziły ostatecznie do dymisji szefa MON.
    „Wprost” udało się ustalić, co może się kryć za tą sprawą. Kluczem jest tu postać byłego świadka komisji orlenowskiej Andrzeja Czyżewskiego, który kilkanaście lat temu obciążał długą listę polityków za związki z mafią paliwową. W internecie, na skrajnie prawicowych stronach, krąży zaś nagranie sprzed kilkunastu miesięcy, w któ­rym Andrzej Czyżewski wprost oskarża Ma­teusza i Kornela Morawieckich o „związki ze służbami specjalnymi”. Czyżewski w tym nagraniu twierdzi, że jest w posiadaniu „informacji i dokumentów” na ten temat, które miał rzekomo uzyskać z niemieckiej instytucji lustracyjnej, tzw. Urzędu Gaucka. Żadnych „dokumentów” na potwierdzenie tych słów jednak nie przedstawia. Twierdzi również, że te informacje przekazał już w przeszłości Antoniemu Macierewiczowi, którego zna jeszcze z czasów wspólnego internowania w Iławie.
   Te sensacyjne doniesienia Czyżewskiego mogły być ostatnio dla Macierewicza wyjątkowo kłopotliwe. O ile bowiem wiarygod­ność byłego świadka komisji orlenowskiej dawno budziła wątpliwości prokuratury, o e dla Macierewicza i jego środowiska był on postacią kluczową w odkrywaniu po - wiązań mafii paliwowej. Piotr Bączek, były już szef Służb Kontrwywiadu Wojskowego jako dziennikarz „Głosu” pisał właśnie na podstawie rewelacji Czyżewskiego teksty o „Grupie trzymającej ropę”, obciążające głównie polityków lewicy.

wtorek, 30 stycznia 2018

Polityczka na pół gwizdka



Barbara Nowacka ośmieszyła PO i Nowoczesną przy okazji debaty na temat aborcji.
Ale zamiast wykorzystać to politycznie, pojechała na urlop. Nie pierwszy raz

Renata Grochal

Dyskusja w Sejmie na temat projektu libe­ralizacji ustawy antyaborcyjnej, pod któ­rym podpisało się ponad 400 tysięcy osób. Barbara Nowacka, liderka komitetu Ra­tujmy Kobiety 2017, inicjatorka projektu, mówi do prawie pustych ław. W sali jest 12 posłów PiS i około 30 z opozycji. No­wacka przekonuje, że trzeba umożliwić kobietom decydowa­nie o własnym ciele. Projekt przepada w pierwszym czytaniu, bo część posłów PO i Nowoczesnej zagłosowała przeciwko skiero­waniu go do komisji, a część wyjęła karty do głosowania.
   To największy blamaż opozycji od pamiętnej wpadki Ryszarda Petru z wyjazdem do Lizbony w szczycie kryzysu parlamentar­nego. Nowacka, która zbierała podpisy pod projektem od czerw­ca, zamiast wykorzystać sytuację, tuż po debacie wyjeżdża za granicę na ferie z rodziną.
   - Baśka nie ma determinacji. Jeśli chce budować partię, trzeba było kuć żelazo póki gorące. A ona nie zrobiła nawet ma­nifestacji przed Sejmem w dniu debaty.
Od samego chodzenia po telewizjach nie powstała jeszcze żadna partia. To jest gi­gantyczny wysiłek, godziny spędzone na jeździe po kraju. A gdzie jest Nowacka?
Szusuje na nartach? - mówi osoba zaan­gażowana w zbiórkę podpisów.
   Pod nieobecność liderki komitetu Ra­tujmy Kobiety na manifestacjach prze­ciwko PiS - które skierowało do komisji drugi projekt zaostrzający dostęp do abor­cji - promował się lider Partii Razem Adrian Zandberg.
   Nowacka tłumaczy „Newsweekowi”, że urlop był wcześniej zaplanowany i nie mogła go odwołać.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Zanim nadejdzie polexit



Kaczyński wymyślił po rekonstrukcji proste oszustwo; z jego błogosławieństwem premier Morawiecki, szef MSZ Jacek Czaputowicz, a w gruncie rzeczy cały rząd, mówią w dwóch językach - jednym do zagranicy, drugim do wyborców PiS

W Berlinie mini­ster Czaputowicz mówi, że sprawa reparacji wojen­nych od Niemiec nie stoi dziś na porządku dziennym pol­skiej dyplomacji. W tym samym czasie w Warszawie Jarosław Kaczyński i An­drzej Mularczyk zgodnie grzmią, że re­paracje wojenne są nadal dla rządzącej prawicy sprawą najważniejszą i że już wkrótce je od Niemców wyciągniemy.
   W Brukseli Morawiecki i Czaputowicz kłamią, że w Polsce państwo prawa ma się świetnie, sądy rozkwitają, a demo­kracja jest niezagrożona. Tymczasem w Warszawie premier zapewnia, że nie opublikuje wyroków Trybunału Kon­stytucyjnego (z czasów, gdy nie był on jeszcze przejęty przez partię Kaczyń­skiego), pozwala Zbigniewowi Ziobrze zaorać polskie sądy, głosy w wyborach zamiast niezawisłych sędziów mają li­czyć komisarze wyznaczeni przez Joa­chima Brudzińskiego, a agenci Mariusza Kamińskiego przygotowują się do roz­prawy z opozycją, gdy tylko Ziobro zagwarantuje im, że nowe składy sę­dziowskie będą zatwierdzać wnioski o areszty wydobywcze dla polityków Platformy Obywatelskiej czy liderów społecznych protestów.