PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 24 listopada 2017

Pokaż, co masz



Lustracja majątkowa zastąpi zwietrzałą już nieco lustrację za pomocą teczek bezpieki. Ustawa o jawności życia publicznego to sposób PiS na utrzymanie władzy: zwiększa kontrolę nad obywatelami i niszczy zaufanie społeczne.

Napisana w Kancelarii Premiera przez ludzi ministra-koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego ustawa „o jawności życia publicznego” jest anonsowana - zgod­nie z pisowską metodą odwracania pojęć - jako poszerzenie obywatelskiej kontroli nad władzą. Wchłania dzisiejszą ustawę o dostępie do informacji publicznej, rozporządzenie Rady Ministrów o rządowym pro­cesie legislacyjnym, zmienia przepisy o jawności oświadczeń majątkowych i o lobbingu. Wprowadza też do prawa pojęcie „sygnalisty”, ale będzie ono dotyczyło tylko spraw o korupcję.
   Trzeba być pisowcem, by napisanie ustawy o jawności po­wierzyć służbom specjalnym. Ale lektura tego projektu poka­zuje, że ustawa jest po to właśnie, by służbom ułatwić życie. Utrudnia dostęp do informacji publicznej, w tym informacji o procesie stanowienia prawa. I de facto pogarsza sytuację sy­gnalistów, zawężając to pojęcie i uzależniając nadanie takiego statusu od widzimisię prokuratora. Cukierkiem dla opinii pu­blicznej jest natomiast możliwość zapoznania się z oświadcze­niami majątkowymi półtora miliona osób, które są mniej lub bardziej związane z pełnieniem służby publicznej.
   Mało komu chce się korzystać z przepisów o dostępie do in­formacji publicznej. Chętnych na sygnalistów brak, bo to jed­nak postawa heroiczna: narażać się na ostracyzm w pracy, by walczyć z nieprawidłowościami i łamaniem prawa w firmie. Za to zajrzeć bliźniemu do portfela - i owszem, każdy będzie chętny. Tym bardziej że zamożność w Polsce, jak w PRL, nie tylko budzi zazdrość (co naturalne), ale wciąż jest czymś podej­rzanym. Najczęściej uważamy, że porządne pieniądze zdobywa się nieuczciwie. Albo że po prostu nie wypada mieć więcej, gdy inni mają mniej (to argumentacja sprawiedliwościowa).

czwartek, 23 listopada 2017

Ja w tym pływałem



Prof. Karol Modzelewski, historyk, działacz opozycji w PRL, były senator, o najważniejszych chwilach w swoim życiu i receptach na Polskę.

JAN ORDYŃSKI: - Lada chwila będziemy obchodzili pańskie osiemdziesięciolecie. Zapewne spogląda pan wstecz. Które z wydarzeń minionych lat uważa pan za najważniejsze?
KAROL MODZELEWSKI: - Trudno odpowie­dzieć na takie pytanie, bo mnóstwo histo­rii determinuje życie człowieka i tak było w moim wypadku. Ale ja, z emocjonalnego punktu widzenia, za najważniejsze uwa­żam lata 1980-81, czas pierwszej Solidar­ności. To był okres, w którym uważałem, że mam najwięcej do zdziałania i sporo mi się wówczas udało, choć oczywiście bez przesady. To była rewolucja, choć ja przez rewolucję rozumiem nie przewrót polityczny, nie zmianę ustroju, tylko zbio­rowy stan ducha rzeszy ludzi. To widzia­łem raz w życiu, właśnie w czasie Wielkiej Solidarności. Polska Ludowa była krajem konformistów. Wszędzie. Na uniwersyte­tach, w fabrykach, w Kościele, w szkołach, w harcerstwie.
Nawet w sklepie spożywczym?
Ależ oczywiście. W sklepie spożywczym konformizm i taka mała korupcja spod lady. Bo wszyscy wówczas uważali, że tak trzeba, że inaczej nie da się przeżyć, nie ma innego sposobu. Nie było czegoś ta­kiego jak oblig moralny, by postawić się, buntować. Należy wykonywać wszystkie gesty uległości, bez względu na to, co się myśli. Trzeba iść na pochód pierwszo­majowy, bo majster powiedział: „musisz pójść, bo jak tego nie zrobisz, to obetną mi premię, a ja potem obetnę ją wam”. I szedł taki. Później zapisywał się do ZMP, ZMS, PZPR. Dobry lekarz, jeśli miał ambicje zo­stać ordynatorem, też musiał zapisać się do partii. Przynajmniej tak uważał.
Bywali też bezpartyjni ordynatorzy.
Oczywiście. Byli i bezpartyjni profeso­rowie.

środa, 22 listopada 2017

Siły niezbrojne



Wygląda na to, że w wojsku dzieje się bardzo źle. Minister Macierewicz zapewnia, że będzie jeszcze lepiej.

Na fali medialnego wzmożenia ministra Macierewicza można było dowiedzieć się, że polska armia ma się świetnie, proces zakupów idzie pełną parą, Francuzi nas kochają, WOT nas obroni, a współpraca z prezy­dentem się układa. Jeden z urzędników prezydenckie­go Biura Bezpieczeństwa Narodowego zapytany nieoficjalnie, ile jest w tym wszystkim prawdy, po chwili milczenia odpowiedział: - Sama prawda, jak z „Prawdy".

Minister ogniomistrz
Jak naprawdę wygląda współpraca z prezydentem, najlepiej wie­dzą ci oficerowie, którzy w tym roku już dwukrotnie znaleźli się na listach do nominacji generalskich. I drugi raz z rzędu gwiazdki spadły im z pagonów, bo prezydent konsekwentnie nie decyduje się na mianowania generalskie. W sierpniu minister Macierewicz grał va banque i próbował przepchnąć również kandydatów, którzy nie spełniali kryteriów, jak to miało miejsce podczas ze­szłorocznych nominacji. Wtedy prezydent poszedł na ustępstwa i nominował nawet tych oficerów, którzy nie pokończyli studiów generalskich. W tym roku się zaciął i 15 sierpnia nie było żad­nych nominacji.
   Przy drugim podejściu, z okazji Święta Niepodległości, minister­stwo zmieniło strategię. Lista była krótsza, a nazwiska mocniej­sze. Wśród wyznaczonych do awansu m.in. gen. Jarosław Mika, dowódca generalny, który od 10 miesięcy zajmuje stanowisko trzygwiazdkowego generała, mając dwie gwiazdki na pagonach. Z kolei drugą gwiazdkę miał dostać gen. Robert Głąb, dowódca Garnizonu Warszawa, strategicznego dla obronności państwa, bo odpowiedzialnego za ochronę struktur dowodzenia państwem w czasie wojny. Szerszej opinii publicznej znany z pisma, które rozesłał podwładnym, żeby wiedzę o świecie czerpali z TVP Info.
   Ale i ta strategia zawiodła. Nie pomogło nawet nasłanie na prezy­denta ojca Rydzyka, który przyjechał do głowy państwa na wywiad, a z przyzwyczajenia wyszło mu kazanie. Nominacji generalskich nie będzie. Dla odwrócenia uwagi będą za to historyczne stopnie wojskowe. Do wojska wrócić mają rotmistrzowie, ogniomistrzowie i wachmistrzowie. Egzotyczne i trudne do wymówienia z punktu widzenia kolegów z NATO stopnie wojskowe z pewnością dodadzą polskiej armii kolorytu. I chyba niczego więcej.
   Gra w generałów, jak nazywają ją wojskowi, nie jest zwykłą wy­mianą złośliwości pomiędzy prezydentem a ministrem. Po pierw­sze, Andrzej Duda przypomina, że istnieje i ma coś do powiedzenia jako zwierzchnik Sił Zbrojnych. Po drugie, daje sygnał, że wie, co się dzieje w wojsku, i się na to nie zgadza. - Sytuacja jest trudna, bo lu­dzi prezydenta z jednej strony wiąże tajemnica i lojalność wobec własnego obozu. Z drugiej strony widzą, w którą stronę to wszyst­ko idzie, i próbują jakoś powstrzymać tę katastrofę - mówi jeden z oficerów.
   Konflikt ma swoje podłoże w dokumentach, o których zwykły zjadacz chleba nie wie i do których nie ma szansy zajrzeć, a które wyznaczają przyszłość nie tylko armii, ale naszej suwerenności. Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany w MON miał być podsumowaniem stanu armii i wyznaczyć nową strategię obronną. SPO został niemal rozjechany przez wojskowych związanych z prezydentem. - Proszę zajrzeć na strony MON. W zakładce z klu­czowymi dokumentami ciągle są te z podpisami prezydenta Komo­rowskiego, a nawet Donalda Tuska - mówi Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej. - Ministerstwo nie ma pomysłu, jak zbudować obronę. Chyba że za jakiś pomysł uznamy koncepcję „więcej tego samego”, bo do tego sprowadzają się takie pomysły, jak rozbudowa Wojsk Obrony Terytorialnej. Kilka dni temu Szere­mietiew ostentacyjnie pożegnał się z Akademią Sztuki Wojennej, na znak protestu wobec błędnej polityki MON.

wtorek, 21 listopada 2017

Marszałek i kolano prezesa



Zrobi wszystko, czego zażąda prezes Kaczyński, ale w zamian chce mieć kawałek władzy. Marszałek Stanisław Karczewski buduje w Senacie swoje imperium

Aleksandra Pawlicka

Urzędowanie zaczął od pozbycia się z gabine­tu portretów wszystkich poprzedników - opowia­da pracownik Kancelarii Senatu. Sporej wielkości obrazy dotych­czasowych marszałków III RP wiszą teraz stłoczone w niewielkim pokoju, będącym poczekalnią. - Żartowaliśmy, że łazien­ka okazała się za mała, bo pewnie tam by wylądowały - dodaje mój rozmówca.
   Gabinet i przylegający do niego salonik przeszły gruntowny remont. Zmieniono wystrój i meble. To była pierwsza decyzja Stanisława Karczewskiego, gdy w roku 2015 objął funkcję marszałka Senatu.

SPŁATA DŁUGÓW
Drugą była rewolucja administra­cyjna. Zaczął od szefa kancelarii - został nim 32-letni Jakub Kowalski, asystent posła Marka Suskiego. Karczewski zwol­nił Ewę Polkowską, która w Kancelarii Senatu pracowała 25 lat, była też szefową biura legislacyjnego.
   Kowalski wcześniej był tylko radnym. Urzędowanie na nowym stanowisku roz­począł od urządzania mieszkania, któ­re wynajęła dla niego kancelaria. Meble wnosili i skręcali pracownicy senackiej kancelarii. Minister Kowalski dostał też od swego szefa wyjątkowy przywilej - dwa służbowe samochody. Oprócz tego z kie­rowcą, ma do dyspozycji również drugi. Dzięki temu nikt nie kontroluje jego po­dróży, a na pytanie, czy rozlicza kilometrówkę, Kancelaria Senatu przez tydzień nie była w stanie udzielić odpowiedzi.
   Nominacja dla Kowalskiego to wy­równanie rachunków. Karczewski trafił bowiem do wielkiej polityki dzięki Mar­kowi Suskiemu. Było to w 2005 roku, gdy w wyborach do Senatu Suski podsunął kandydaturę Karczewskiego prezesowi PiS. Wcześniej Karczewski był przez lata samorządowcem (z list AWS i PiS).
   Jednak to nie koniec partyjnej spłaty długów. Nową wicedyrektor Biura Polo­nijnego Senatu została Anna Kaczmar­czyk, córka wieloletniej księgowej PiS, a jednocześnie narzeczona wiceministra spraw zagranicznych Jana Dziedziczaka. Powstało też zupełnie nowe stano­wisko, dyrektora generalnego Senatu, które faktycznie dubluje funkcję szefa kancelarii. Objęła je Monika Nowosiel­ska zwolniona z Ministerstwa Finansów przez wicepremiera Morawieckiego.
   - Nowym tworem jest również Cen­trum Informacyjne Senatu zajmujące się głównie Twitterem pana marszałka. Za­angażowane są w to trzy osoby nadzoro­wane przez samego ministra Kowalskiego - mówi pracownik kancelarii i dodaje:
  - Marszałek Karczewski zmierza w stro­nę Bizancjum. Zamienił Senat w prywat­ne imperium i zachowuje się jak dyktator.
Marszałek Senatu nie znalazł czasu na rozmowę z „Newsweekiem”.

poniedziałek, 20 listopada 2017

Premier Kaczyński


W PiS mówią, że po konferencji z okazji dwulecia rządu został ładny obrazek. Prezes odprowadza na nim Beatę Szydło na polityczny cmentarz

Michał Krzymowski

Sala konferencyjna w biurze PiS. Jarosław Ka­czyński wychodzi zza mównicy i obejmuje sze­fową rządu. Ręka, buzia, buzia, ręka. - Dziękuję ci bardzo, Beato, że się tego podjęłaś i w trud­nych warunkach to prowadziłaś - mówi.
   W głównej siedzibie partii przy Nowogrodz­kiej to powszechne wrażenie: zeszłotygodniowy wspólny występ z prezesem z okazji dwulecia rządu był pożegnaniem pani premier.

PREZYDENT PRZYJMUJE OFERTĘ PREZESA
Rozmówcy „Newsweeka” w PiS mówią, że wymianę premiera odwrócić może tylko coś, czego dziś nie da się przewidzieć. Je­śli nic takiego się nie wydarzy, Beata Szydło na początku grudnia poda się do dymisji, a misję tworzenia rządu otrzyma prezes PiS. Jak dowiedział się „Newsweek”, niebawem dojdzie w tej sprawie do spotkania Jarosława Kaczyńskiego z Andrzejem Dudą. - Roz­mowa powinna się odbyć w ciągu kilku najbliższych dni - mówi współpracownik szefa partii rządzącej.
   Z kalendarza znajdującego się na stronie internetowej głowy państwa wynika, że Duda w środę wraca z Grecji, a w niedzie­lę udaje się do Wietnamu. To oznacza, że Kaczyński może poja­wić się w Belwederze w czwartek, piątek, ewentualnie w sobotę.
   Osoba znająca przebieg dotychczasowych rozmów: - Jaro­sław postępuje zgodnie z wcześniej rozpisanym planem. Pod­czas poprzednich spotkań Duda skarżył mu się na współpracę ze Zbigniewem Ziobrą i Antonim Macierewiczem, próbował zejść na temat składu rządu, ale Jarosław mu odpowiadał: „Wrócimy do tego później”. Najpierw chciał zamknąć kwestię reformy sądownictwa.
   Nie oznacza to, że temat premierostwa Kaczyńskiego nie po­jawiał się podczas dotychczasowych rozmów w Belwederze. Jak ustalił „Newsweek”, poruszono go m.in. 22 października, pod­czas jedynego spotkania, o którym pałac prezydencki nie poin­formował mediów (po tygodniu napisał o nim „Fakt”, twierdząc, że do rozmowy doszło „w jednym z prezydenckich ośrodków pod Warszawą” -w rzeczywistości szef PiS tradycyjnie przyjechał do Belwederu). Według naszych informacji Kaczyński złożył tam prezydentowi polityczną ofertę, o której wcześniej wspominał w rozmowie z „Gazetą Polską”. W jej myśl Andrzej Duda wziął­by część odpowiedzialności za politykę zagraniczną: wzorem Le­cha Kaczyńskiego z lat 2005-2007 miałby jeździć na posiedzenia Rady Europejskiej w Brukseli, a szef jego gabinetu Krzysztof Szczerski wszedłby do nowego rządu jako minister spraw zagra­nicznych. - Początkowo po przeczytaniu wywiadu w „Gazecie Polskiej” Andrzej był sceptyczny wobec tej propozycji. Uważał, że to pułapka; rząd będzie zaogniać relacje z Brukselą na jego konto. Kaczyński i jego ministrowie będą wywoływać awantury, a on będzie musiał się tłumaczyć i dawać temu twarz. Z czasem jego stanowisko ewoluowało - twierdzi osoba z otoczenia głowy państwa.
   Polityk znający przebieg spotkań w Belwederze: - Duda nie powiedział „nie”. Propozycja pewnie będzie jesz­cze doprecyzowana, ale została wstęp­nie przyjęta.
   Człowiek z pałacu prezydenckie­go jeszcze raz: - Andrzej nie może w tej sprawie odmówić Jarosławowi.
Tym bardziej że to szansa dla niego. Je­śli chce mieć pozycję samodzielnego gracza, to lepszych narzędzi nie dosta­nie. Reprezentując państwo w Brukse­li, będzie mógł negocjować z prezesem i wpływać na stanowisko Polski.

niedziela, 19 listopada 2017

Pijawki Pana Prezesa



Skandal! Pisowska fundacja w ukryciu przed opinią publiczną żeruje na pieniądzach spółek skarbu państwa, czyli naszych.

Andrzej Sikorski

   W czerwcu 2016 r. zaufany człowiek Jarosława Kaczyńskiego, Adam Glapiński, ulokowany przez partię władzy na stołku prezesa Narodowe­go Banku Polskiego (NBP), utworzył Fundację im. Sławomira Skrzypka. Zadaniem fundacji jest propagowanie przedsiębiorczości, edukacji ekonomicznej oraz prowadzenie działalności na rzecz dobra publicznego w zakresie kultury, sztuki, ochrony dziedzictwa narodowego, nauki, oświaty i wychowania.
   W statucie zapisano, że fundacja będzie czer­pać dochody z dotacji i subwencji od osób praw­nych (spółek skarbu państwa, partii politycz­nych, przedsiębiorstw państwowych, samorzą­dów) i dotacji państwowych.
Czyli fundacja zajmująca się mydłem i powidłem jest na garnuszku państwa.

sobota, 18 listopada 2017

Ukryta karta,Niepodległość rocznicy,Good morning, Lenin,Wolność kocham i rozumiem i Znowu zamykamy?


Ukryta karta

Dusi mnie. Po prostu dusi to tegoroczne Święto Niepodległości, nędzą obłudnych zaklęć pod­szyte. To umacnianie wspólnoty Polaków, odbudowywanie wartości, odda­nie wszystkich sił ojczyźnie, wzajemna życzliwość po­nad podziałami, jeśli zaś spory, to cementujące patrio­tyzm i poczucie... Czego? A wszystkiego najlepszego.
   Kilka godzin później nadęte opony słów, wygłasza­ne na placu imienia marszałka Piłsudskiego, pękły na moście Księcia Poniatowskiego. Patrzyłem na to z okna - przez teatralną lornetkę sąsiada z kamieni­cy przy alei 3 Maja. Rozżarzony dywan wulkanicznej lawy wrzał, dymił i wył nienawistnie, że Europa tylko dla białych. W Marszu Niepodległości pod hasłem „My chcemy Boga” szli Polacy, którzy sami sobie przyznali legitymacje patriotów. Twarze mieli zakryte maskami z rysunkiem trupiej czaszki, a w rękach nieśli, co tam im przydzielono - flagi narodowe, transparenty z fa­szystowskim celtyckim krzyżem czy symbolami fa­langi. Chcieli Boga, ale sikać też im się chciało, więc się nie krępowali i wonna perfuma lała się na chodnik. Wszystko zdawało się być z pijanej bajki rodem. W tłu­mie widziałem dorosłych idących z dziećmi, pokaza­li się też umundurowani harcerze. Niech się młodzi uczą, jak za rok świętować 100-lecie niepodległości Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.
   Marsz zakończył się zwycięstwem jego uczestników nad 12 kobietami, które zagrodziły im drogę, siadając na ulicy z transparentem „Stop faszyzmowi”. Wyzwa­no je od ku...w, skopano i opluto. Policja nie reagowała.

czwartek, 16 listopada 2017

Pastuchy Rydzyka



„Mimo że jest ta dobra zmiana w Polsce, my ze spółek skarbu pań­stwa mamy mniej, niż kot napła­kał” - narzekał ojciec Tadeusz Ry­dzyk na antenie Radia Maryja.
Największa wziątka to odszkodowa­nie za cofnięcie dofinansowania na budowę geotermii na terenie Portu Drzewnego w Toruniu. Szmal przy­znał pierwszy PiS. PO go cofnęła. W czasach drugiego PiS zawarto ugo­dę. Narodowy Fundusz Ochrony Śro­dowiska i Gospodarki Wodnej zgodził się zapłacić 26 mln zł z okładem.
   We wrześniu 2017 r. Geotermia To­ruń znalazła się na liście dziewięciu inwestycji, którym NFOSiGW przy­znał dofinansowanie na wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł. Cho­dzi o 19,5 mln zł.

środa, 15 listopada 2017

O Staszku, co dopisuje



Najpierw zapewnił zebranych, że trochę mieszkał w kraju, o którym zamierza opowiedzieć. „I nawet się pochwalę, że mówię po niderlandzku” - dodał.
W prawicowym Klubie Ronina, tłumacząc, co się dziej e w Holandii, przywołał przykład jakoś mało znany: „Tam w 2006 roku powstała taka partia, która się nazywa Partia na rzecz Miłości i Równości i Różnorodności. I ona działa sobie coraz śmielej, ma kilkuprocentowe poparcie, były różne protesty, czy ona może istnieć. I ona ma dwa punkty swojego programu: żeby zlikwidować przestępstwo pedofilii i żeby zlikwidować przestępstwo zoofilii” - opowiadał.

Publiczność była w szoku. To był mocny przykład na upadek moralny Zachodu, który doprowadzi do katastrofy, bo zlikwidowane zostaną tradycyjne rodziny, a w Polsce przestaną się rodzić dzieci.

Ale Stanisław Janecki, zaproszony na to spotkanie klubu w 2013 roku jako ekspert od Holandii i upadku cywilizacji zachodniej, dopiero się rozkręcał: „To, że przez sześć lat ta ideologia może sobie swobodnie funkcjonować i zdobywać coraz więcej zwolenników, pokazuje, jak daleko sięga to zagrożenie. (...). Za tym pójdzie zburzenie wszelkich moralnych podstaw tego, czym jesteśmy i w jakiej cywilizacji żyjemy” - grzmiał.

Nikt na sali nie zakwestionował jego rewelacji. A byłoby co. W Holandii rzeczywiście kiedyś działała organizacja, która nazywała się Partiana Rzecz Miłości Bliźniego, Wolności i Różnorodności - lecz gdy Janecki o niej opowiadał, nie istniała już od dwóch lat. Nie zdobywała kolejnych członków, działały w niej trzy osoby, którym nie udało się zebrać nawet potrzebnych podpisów do wystartowania w wyborach. Kilkuprocentowe poparcie, o którym mówił Janecki w Klubie Ronina, było fikcją. A prawdą - że 80 proc. holenderskiego społeczeństwa domagało się, by państwo zabroniło działalności tej organizacji.

Nie po raz pierwszy Stanisław Janecki podkręcił fakty, przyprawiając je fikcją. I jak zwykle uszło mu to na sucho. W jego dziennikarskim życiu nie raz łapano go na podobnych manipulacjach.

wtorek, 14 listopada 2017

Raport z oblężonego miasta



Zamiast Międzymorza czy alternatywnego dla Brukseli ośrodka UE w Europie Wschodniej (główne hasła polityki zagranicznej PiS) mamy politykę kraju na własne życzenie osaczonego

Każdy dzień przynosi nowe przykłady kata­strofy w naszej polity­ce europejskiej, brnącej w kryzysy w relacjach z zachodnimi partnerami i z sąsiadami. Kraj prowadzący taką politykę zosta­nie osamotniony w każdym konflikcie czy starciu interesów. Rosjanie to widzą, stąd coraz większe rozbawienie Mos­kwy na poziomie deklaracji oficjalnych, a także coraz bardziej prowokacyjne wo­bec Warszawy działania realne i sym­boliczne, w rodzaju owego gazociągu, mającego uniemożliwić dostęp do miej­sca katastrofy w Smoleńsku. Jeśli chodzi o sprawę tak ważnego dla PiS oddania wraku tupolewa, to pozostały już tylko jawne szyderstwa.

poniedziałek, 13 listopada 2017

Poseł sponsorowany



Masaż w Odysseyu i drink w Ritualu. Do tego lans w futrze z jenota, w sportowym bmw. Poseł PiS Dominik Tarczyński mógłby być nocnym koszmarem PiS, gdyby nie to, że jest jego twarzą

Michał Krzymowski

Praca w Sejmie nie męczy Dominika Tarczyńskiego. Wizyta w barze, guma do żucia i zamaszysty krok na posiedzenie. Ogólny luz. Poza tym parlament - twierdzi poseł Tarczyński - to nie laboratorium i cza­sem trzeba tu kogoś zdenerwować. Krzy­kiem z mównicy lub chociaż pogróżkami z sejmowej ławy.
   Po obradach czas na wizytę w jacuzzi, shopping - Tarczyński lubi takie wtręty, kilka lat mieszkał w Londynie - i drink w Ritualu, jego ulubionym klubie noc­nym w Warszawie. Albo powrót do Kielc, na relaks w hotelu Odyssey, w którym poseł chętnie zażywa masażu i kąpieli w basenie.

AGA’72, KOBIETA Z MIEDZIANEGO BMW
Dominik Tarczyński ceni dobrą zabawę i luksusowy wypoczynek. W portalach społecznościowych co jakiś czas publikuje zdjęcia z Tajlandii, Mek­syku, Portugalii czy Hawajów. Wszystkie w podobnym klimacie: kolorowy drink z parasolką, kąpiel w oceanie, domki na palach, bilet lotniczy biznes klasy.
   Ostatnio pochwalił się pobytem w pięciogwiazdkowym hotelu Jumeirah w Baku kontrolowanym przez rodzinę prezyden­ta Azerbejdżanu (Tarczyński jest prze­wodniczącym polsko-azerbejdżańskiej grupy parlamentarnej), w którym wypo­czywał z narzeczoną. „To wspaniały czas i chcemy się z Wami nim podzielić! Moja Aga’72 w formie” - napisał pod zdjęcia­mi znad basenu. Aga’72 to Agnieszka Migoń, znana kielecka bizneswoman i za­można właścicielka kilku ekskluzywnych butików modowych. - To szanowana i do­brze postrzegana osoba, zaangażowana w działalność charytatywną. W 2011 r. niewiele brakowało, a wystartowała­by z naszych list do Sejmu, ale ostatecz­nie nic z tego nie wyszło. Może dlatego, że pan Tarczyński dyżurował w tym cza­sie w namiocie Solidarnych 2010 na Kra­kowskim Przedmieściu? - zastanawia się posłanka PO Marzena Okła-Drewnowicz.
   Aga’72 to nie tylko partnerka parla­mentarzysty PiS, ale także jego sponsor. Gdy w 2014 r. Dominik Tarczyński kan­dyduje do Sejmiku Świętokrzyskiego, Migoń wpłaca na kampanię PiS 5 tys. zł. A gdy rok później walczy o mandat posła - przelewa kolejne 40 tysięcy. Z faktur znajdujących się w Państwowej Komi­sji Wyborczej wynika, że kampania par­lamentarna Tarczyńskiego kosztowała ok. 65 tys. zł, co oznacza, że datek od Migoń wystarczyłby na pokrycie ponad 60 proc. jego wydatków. Sam kandy­dat nie przekazał w tym czasie na fun­dusz wyborczy PiS ani złotówki. Za to zlecił partnerce kilka drobnych usług, np. zakup 40 kg krówek, druk gazet­ki czy oklejenie samochodów. W sumie PiS wypłaciło firmie Agnieszki Migoń niecałe 1,9 tys, zł.
   Rozmówca z Kielc: - Tarczyński kil­ka lat temu sporo zarobił, sprowadzając do Polski Mymę Nazzour [stygmatyczka z Syrii - red.], ojca Johna Bashoborę [ugandyjski charyzmatyk - red.] i or­ganizując pielgrzymki. Tyle że to czło­wiek, który- lubi się bawić dużo wydaje. W Kielcach nie ma nawet mieszkania. Gdzie mieszka na co dzień? U Agnieszki.
   Warszawski polityk: - Tarczyński kil­ka lat temu zaczął się pojawiać w stolicy w sportowym bmw. Przyjeżdżał nim na zebrania Solidarnej Polski, w której przez chwilę działał, kręcił się koło Sejmu. Efek­towne auto, tylko kolor trochę niemęski, taki jakby pomarańczowy. Okazało się, że to samochód jego partnerki.
   Znajoma Agnieszki Migoń: - Nie po­marańczowy, tylko miedziany. Tak, to bmw Agnieszki, Dominik kiedyś często z niego korzystał.
   Migoń od kilku lat współorganizu­je Świętokrzyski Bal Filantropów. To co­roczna impreza charytatywna połączona z aukcją, na której pojawia się kielecka elita biznesu. W 2014 r. gościem hono­rowym bankietu była żona ówczesnego premiera Małgorzata Tusk, znajoma Mi­goń. Na zdjęciach z bankietu widać, jak uśmiechnięty Tarczyński siedzi z nią przy jednym stoliku.
   Dwa lata później Tarczyński pojawia się na balu już jako poseł partii rządzą­cej. Na dostępnym w internecie filmie z imprezy można zobaczyć, jak licytuje na aukcji damską torebkę za 1,1 tys. zł i przy gościach wręcza ją Migoń. Uczestnik balu opowiada: - Po imprezie organizatorzy zastanawiali się, co zrobić z tą licytacją, bo Tarczyński w ciągu kilku tygodni po balu nie wpłacił pieniędzy. I być może nie wpłacił ich do dziś, ja przestałem śledzić tę sprawę. A wie pan, kto w ogóle przeka­zał tę torebkę na licytację? Agnieszka.
   Organizator imprezy, Fundusz Lo­kalny w Kielcach, zapytany przez „Newsweek” o wpłatę od Tarczyńskie­go, milczy. Podobnie jak sam poseł, który nie odpowiedział na żadne z przesłanych przez nas pytań.

sobota, 11 listopada 2017

PiSudski,Wybiło,Tylko krew jest patriotyczna, Aż do pętli,Niewygodne przesłanie,Nieporozumienie,Prowokatorzy i sprowokowani i Następny do kosza?



PiSudski

Jarosław Kaczyński to polityczny tytan. Tylko on jest w stanie wziąć się za bary z problemami, któ­re jedynie on był w stanie stworzyć.
   Beata Szydło zostaje. Na razie. Może na chwilę. Nie będę tu udawał, że wiem, czy lider PiS zostanie premierem. I tak nikt by mi nie uwierzył. Ale dla polskiej polityki równie ciekawa jak odpowiedź na pytanie, czy Kaczyński zostanie premierem, jest odpowiedź na pytanie, dlaczego - jego zdaniem - miało­by to sens. Ta druga kwestia dotyka bowiem myślenia Kaczyń­skiego o władzy, o innych, a przede wszystkim o sobie.
   Słyszymy, że Kaczyński miałby według Kaczyńskiego za­stąpić panią Szydło, bo - zdaniem Kaczyńskiego - Szydło so­bie nie radzi, a nie radzi sobie, bo nie ma cech, które dawałyby jej szansę, by sobie poradzić. Ten logiczny ciąg ma absolut­nie sens, nie umkniemy jednak przed odpowiedzią na pewne pytanie. Czy o deficytach pani Szydło dowiedzieliśmy się do­piero wczoraj? A jeśli wiedzieliśmy o nich dużo wcześniej, to dlaczego jest ona tym, kim jest. Otóż Beata Szydło nie została przez Jarosława Kaczyńskiego wskazana na premiera, ponie­waż w którymś momencie wydawało się, że nadaje się na pre­miera. Została wskazana na premiera, ponieważ w żadnym momencie na premiera się nie nadawała. Gdyby pani Szydło rzeczywiście na premiera się nadawała, to z całą pewnością by nim nie została. Gdyby miała jakiekolwiek cechy premiera, to myśl o jej premierostwie nawet by w głowie Kaczyńskiego nie powstała. Prawdopodobnie nie byłoby jej wtedy nawet przez sekundę w okolicach PiS-owskiej wierchuszki.

piątek, 10 listopada 2017

Ostatnie cztery godziny



Rozmowa z gen. Tomaszem Drewniakiem, byłym inspektorem Sił Powietrznych, o tym, jak minister Antoni Macierewicz prowadzi polską armię ku katastrofie i na ile godzin wojny nam tej armii starczy.

JULIUSZ ĆWIELUCH: - Gen. Różański twierdzi, że z wojska wyleciał pan za profesjonalizm.
TOMASZ DREWNIAK: - Ja nie mogę się zde­cydować: czy za naiwność, czy za szczerość?
I ku czemu się pan skłania?
Dochodzę do wniosku, że trzeba było być bardzo naiwnym, żeby liczyć, że szczera i profesjonalna informacja o stanie sił zbrojnych zostanie doce­niona. Choć pan prezydent od razu za­strzegł, że albo rozmowa będzie szczera, albo on wychodzi. Siedzący obok mini­ster Macierewicz potakiwał głową.
8 listopada 2016 r. mówi pan na spotkaniu z prezydentem, że polskie lotnictwo zmierza ku katastrofie, a 10 dni później traci pan stanowisko.
Nie użyłem słowa katastrofa. Po prostu tłumaczyłem, że realizacja celów stawia­nych przed lotnictwem jest coraz trudniej­sza. A w dłuższej perspektywie może się okazać niemożliwa. Pierwszym punktem zapalnym okazała się kwestia lotnictwa transportowego, a konkretnie programu MRTT, czyli zakupu samolotów transportowo-tankujących. Kiedy zacząłem o tym mówić, minister Macierewicz przerwał mi i powiedział: „Panie generale, widzę, że jest pan nieprzygotowany. Program MRTT zo­stał odwołany. Gdybyśmy kupili te samolo­ty, to byłyby zmarnowane pieniądze”.
Nie wiedziałem, że wycofaliśmy się z tego programu.
Ja również. Chociaż byłem inspektorem Sił Powietrznych. Prezydent poprosił mnie o skomentowanie tej decyzji. Powiedzia­łem, że o ile z zadaniami transportowymi damy sobie radę, o tyle będzie problem z zapewnieniem możliwości tankowania w powietrzu, której nie mamy, a dzięki temu programowi mieliśmy mieć. Bez tankowania w powietrzu w zasadzie nie ma sensu kupować rakiet JASSM dalekie­go zasięgu.
Dlaczego?
Rakieta ma zasięg 950 km. Odpalona znad terytorium Polski nie doleci do sto­licy potencjalnego przeciwnika. Powin­niśmy ją odpalić znad wód neutralnych Morza Bałtyckiego, najlepiej z okolic Za­toki Fińskiej, bo stamtąd jest 750 km do tej hipotetycznej stolicy. Ale żeby tam dole­cieć, musimy zatankować w powietrzu dwa razy. A bez MRTT tego nie zrobimy.

czwartek, 9 listopada 2017

Pan z Grupy



PGZ, czyli państwowa firma zbrojeniowa, która miała przenieść polskie wojsko na wyższy poziom nowoczesności, stała się dostarczycielem stanowisk dla ludzi bliskich Antoniemu Macierewiczowi. Bywa, że skompromitowanych, jak Krzysztof Badeja.

Wiadomość o zatrudnieniu pułkownika Krzysztofa Badei w biurze odpo­wiadającym za bezpie­czeństwo Polskiej Grupy Zbrojeniowej była z gatunku bombo­wych. Poruszyła nie tylko jego znajo­mych z wojskowego kontrwywiadu, ale i posłów opozycji z byłym szefem MON Tomaszem Siemoniakiem na czele. W wysłanym do Antoniego Macierewicza zapytaniu poselskim poprosił o wyja­śnienie, jak to się stało, że taka osoba jak płk Badeja znalazła zatrudnienie w PGZ, kto go rekomendował i czy dostał dostęp do tajemnic?
   Pytania jak najbardziej zasadne, bio­rąc pod uwagę fakty, o których przypo­mina Siemoniak: „żołnierz ten podczas wykonywania w Polskim Kontyngencie Wojskowym Afganistan czynności służ­bowych z ramienia Służby Kontrwywia­du Wojskowego doprowadził się do stanu upojenia alkoholowego”. Z tego powo­du „został w trybie natychmiastowym
relegowany z teatru działań”, a „proble­my z nadużywaniem alkoholu dotknęły tego oficera także podczas służby w PKW Irak”. Były szef MON dotąd nie dostał od­powiedzi na swój list. - Obecność Badei w PGZ jest niesłychanie demoralizująca, przede wszystkim dla służb. Bo pokazuje dobitnie: nieważne, że się skompromito­wał, ważne, że wiedział, z kim trzymać - komentuje Siemoniak.
   Badeja, jako były oficer peerelowskiej Wojskowej Służby Wewnętrznej, a zara­zem jeden ze współtwórców słynnego ra­portu o działalności Wojskowych Służb Informacyjnych, wiedział to od dawna.

środa, 8 listopada 2017

Fałszerze historii



Podważają jedność walki z Niemcami w czasie II wojny światowej, znaczenie Armii Krajowej, ideały demokratyczne, postulat dialogu z obywatelami innych narodowości. Jak mamy razem świętować 11 Listopada? - mówi historyk, prof. Andrzej Friszke

Rozmawia Paweł Reszka

Newsweek: Jarosław Kaczyński snobuje się na marszałka Piłsudskiego?
Prof. Andrzej friszke: I chyba tego specjalnie nie ukrywa. Ale istotne jest, który okres życia marszałka imponuje Kaczyńskiemu najbardziej.
Który?
- Wygląda na to, że ten po zamachu stanu w maju 1926 r. Operacja, którą przepro­wadza w sądownictwie, narzuca porów­nanie właśnie z tym okresem.
Marszałek walczył z partiokracją. Mówił: „konstytuta - prostytuta; pierdel, serdel, burdel”. A prezes Kaczyński walczy z układem w sądach.
- Pan się odwołuje do dosadnych i brutal­nych określeń marszałka, ale porównanie jest ułomne z prostego powodu: Piłsudski to Piłsudski, zaś Kaczyński to Kaczyński. Piłsudski to twórca niepodległego pań­stwa, przywódca Legionów...
A Jarosław Kaczyński?
- Działacz opozycji demokratycznej w PRL, jeden z wielu.
W lutym 2016 r. prezydent Andrzej Duda zastanawiał się wraz z gośćmi nad strategią polityki historycznej.
Co to jest taka strategia?
- Dla mnie historia to nauka, opisywanie przeszłości. Dla nich to coś innego - ele­ment ideologii potrzebnej do wychowa­nia narodowego. Rozmawiali więc pewnie o tym, jak wychowywać naród. I jest to - jak widać - wychowywanie w duchu nacjonalizmu i militaryzmu.
Pan prezydent wyraził uznanie dla niemieckiego filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”: Niemcy nakręcili obraz pokazujący ich wersję historii - co jest przebiegłe i godne naśladowania. Zgadza się pan?
- Historia to archiwa, roczniki starych ga­zet, relacje świadków, porównania, anali­zy. Ja jestem zawodowym historykiem. A film to sztuka, wizja reżysera. „Staw­ka większa niż życie”, „Czterej pancerni i pies”. Pamięta pan?
To błąd, że w III RP nie kręcono filmów historycznych?
- Ależ kręcono, przypomnę serial o ży­ciu marszałka Piłsudskiego w latach 90., z Zapasiewiczem w roli głównej.
Panie profesorze, teraz będą wysokobudżetowe filmy z Danielem Craigiem i Angeliną Jolie.
- Chodzi nie o historię, tylko o narrację. Taki dobór wątków, postaci, elementów, żeby można było utkać opowieść pożąda­ną przez władzę, trafiającą do przekona­nia odbiorców.
Narracja wymusza opowieść w barwach czarno-białych. Gubią się szarości. Uchwałę o upamiętnieniu 75. rocznicy powstania Narodowych Sił Zbrojnych Sejm przyjął przez aklamację, bez żadnej dyskusji.
- Opozycja kompletnie przespała tę spra­wę. Nie zorientowała się, że wcale nie chodziło o upamiętnienie NSZ, ale o oba­lenie mitu Armii Krajowej. To AK była główną siłą walczącą z Niemcami, była armią państwową, skupiającą wszystkich od lewicy do prawicy. Kto nie był w AK? Komuniści i skrajni nacjonaliści. Uchwa­ła rozbija ten obraz.

wtorek, 7 listopada 2017

Gra o tron



Prezes szykuje sobie przedpole. Dogaduje się z prezydentem, każe robić transfery, na papierze układa rząd. Pani premier jeszcze walczy, ale wygląda na pogodzoną z losem. Kalendarz ma ułożony tylko do końca listopada

Michał Krzymowski

Polityk z centrali PiS na No­wogrodzkiej: - Prezes jesz­cze nie podjął ostatecznej decyzji, ale jest jej bardzo bliski. Szydło ma z nim ograniczony kontakt. Spotykają się rzad­ko i rozmawiają zdawkowo. Tematu re­konstrukcji unikają. Jarosław trzyma ją w niepewności, jeszcze niczego jej nie zapowiedział.
   Rozmówca z otoczenia szefowej rzą­du: - Beata przez pośredników prze­kazała prezesowi, że oddaje się do jego dyspozycji. W razie decyzji o zmianie premiera sama poda się do dymisji, nie trzeba będzie jej odwoływać. Wygląda, że jest pogodzona z losem.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Czego wiceminister obrony chce od przyjaciela Putina



Mimo ostrzeżeń ambasady RP w USA polscy politycy utrzymują kontakty z prorosyjskim kongresmenem Daną Rohrabacherem. W styczniu odwiedził go w USA wiceminister obrony Tomasz Szatkowski. Po co? MON nie odpowiada.

Tomasz Piątek

Spotkania wiceministra Szatkow­skiego z Rohrabacherem nie nagła­śniano, zdawkowo wspomniał o nim portal Defence24.pl. W zeszłym ro­ku w kwietniu Rohrabacher był w Polsce na czele delegacji kongresmenów. Przyjęli ich Jarosław Kaczyński oraz szefowie MON i MSZ - Antoni Ma­cierewicz i Witold Waszczykowski.
   - Kiedy okazało się, że kongresmen leci do Polski, ambasada w Waszyng­tonie zaczęła ostrzegać rząd PiS - mó­wi „Wyborczej” polski dyplomata. - Pi­sała, że Rohrabacher to zwolennik Kremla, i nie rekomenduje żadnych spotkań z nim. Ale w Warszawie go przyjęto na wysokim szczeblu.
   Dyplomata zachowuje anonimo­wość, ale zobowiązał się, że w razie potrzeby potwierdzi te informacje w sądzie.
   Dwukrotnie pytaliśmy MON, o czym wiceminister Szatkowski roz­mawiał ze stronnikiem Putina. A tak­że o inne kontakty przedstawicieli re­sortu obrony z Rohrabacherem. MON nie odpowiedział.
MSZ przyznało, że Szatkowski spo­tkał się z kongresmenem w USA 4-6 stycznia. Czy wbrew ostrzeżeniom ambasady RP? MSZ nie zaprzeczył. „Właściwym adresatem pytań jest Mi­nisterstwo Obrony Narodowej” - od­pisało biuro rzecznika MSZ.

niedziela, 5 listopada 2017

Bohater tragiczny



Gdy Jarosławowi Gowinowi zaczął palić się grunt pod nogami, postanowił ratować się powołaniem nowej partii. To jednak skok na główkę do pustego basenu.

Wicepremier stara się dozować na­pięcie. Szczegóły projektu ujawnia etapami. Prezentuje kolejne nowe twarze, na 4 listopada zapowiedział założycielski kongres. Tajemnicą po­zostaje szyld nowej partii.
   Szału jednak nie ma. Przynajmniej kadrowego, bo - do mo­mentu zamknięcia tego numeru POLITYKI - ogłoszono jedy­nie akces mało znanej posłanki Magdaleny Błeńskiej (zwią­zanej wcześniej z Kukizem), grupy młodych korwinowców zmęczonych breweriami swego mistrza, prezydenta Kalisza oraz tajemniczych chrześcijańskich samorządowców. Mówi się jeszcze o transferze posła Zbigniewa Gryglasa, który, paradując po Sejmie z opaską Narodowych Sił Zbrojnych, do­piero co urwał się z choinki Nowoczesnej.
   Bliżej więc do gabinetu osobliwości niż poważnego projektu politycznego. Chyba że wicepremier trzyma jeszcze jakiegoś asa w rękawie. Uprzejma, acz obojętna reakcja PiS na dotych­czasowe działania Gowina nakazuje jednak w to wątpić.

sobota, 4 listopada 2017

2+2, Jej wysokość przyzwoitość,Rekonstrukcja, O jednym takim, co ukradł historię,Orzeł laskowy,Będzie sygnalistów wielu,Sygnaliści w służbie narodu,Pilnujmy porządku we własnych głowach i Budowanie ruin



2+2

Okazuje się, że gen autodestrukcji można dziedzi­czyć także przez osmozę. Kiedyś miała go nasza prawica, dziś ma lewica. Już doprowadził Polskę do dramatu, a może ją doprowadzić do katastrofy.
   Często słyszy się, że władza PiS to dziecko Platformy Obywa­telskiej. To prawda w tym sensie, że w drugiej kadencji rządzi­ła ona bez wyobraźni, celu i pomysłu. Ale w sensie literalnym odpowiedzialność za to, że mamy dziś w Polsce pełzającą, a co­raz bardziej kroczącą dyktaturę, ponosi lewica. To wyłącznie ona odpowiada za to, że głosy kilkunastu procent Polaków wy­lądowały w śmietniku. To ona do startu w wyborach prezyden­ckich wyznaczyła panią nikt. To ona tak długo się jednoczyła, że wszystkim po drodze zbrzydła. To ona skakała przez próg siedmio-, a nie pięcioprocentowy. To jej część w ostatnim ty­godniu przed wyborami postanowiła, że trzeba wesprzeć Par­tię Razem, czyli oddzielnie, która oczywiście podzieliła los całej lewicy. Tak to PiS zdobyło większość na zgubę demokra­tycznej Polski i bardzo wielu ideałów tak lewicy drogich.
   Dramat z 2015 roku powinien być naprawdę solidną na­uczką. Wszystko wskazuje jednak na to, że - niestety - lewica i przed szkodą, i po szkodzie głupia. Efekt? Jest ona na prostej drodze do pozbawienia opozycji szans na wygraną w najbliż­szych wyborach. Dlaczego? Bo uważa, że skoro nie wszyscy w Platformie i Nowoczesnej chcą poprzeć związki partner­skie i liberalizację aborcji, to lewica musi pójść do wyborów sama, by się o te postulaty bić.
   Tu dygresja matematyczno-logiczna.
   Z perspektywy czasu oceniam, że z całej 12-letniej nauki matematyki wszystkie te całki i różniczki, sinusy i cosinusy dawno wyparowały mi z głowy. Pozostała w niej, jak większo­ści, tabliczka mnożenia. Niby prosta, opanowywana przecież przez dziatwę, ale obca tak wielu dorosłym. A właśnie zwykła tabliczka mnożenia plus elementarna logika wystarczają, by ludzie racjonalnie myślący o Polsce i pragnący, by była nor­malnym, demokratycznym krajem, wiedzieli, co trzeba ro­bić, a czego robić nie można.

piątek, 3 listopada 2017

Proces obywatela Szczurka



Ludzie, którzy nie zgadzają się z władzą, mają kłopoty z prawem. I nie chodzi o ich poglądy. Chodzi o to, że śmiecą, klną oraz jeżdżą rowerem bez dzwonka

Paweł Reszka

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. 23 października, sala 379, godzina 10.
Arkadiusz Szczurek - obwiniony, że w siód­mą rocznicę katastrofy smoleńskiej krzyczał oraz używał urządzeń nagłaśniających, czym wzbudził zainteresowanie uczestników uroczystości.
   Szczurek, którego potem spotykam na kawie, będzie się śmiał: - Jak idę na demonstrację, to chyba właśnie po to, żeby głośno krzyczeć i zwracać uwagę innych. Na tym polega demonstracja, nie?

MEGAFON
Tymczasem Szczurek odpowiada na pytania sędziego.
   - Krzyczał pan?
   - Krzyczałem.
   - A co pan krzyczał?
   - „Kłamca!”.
   - Było to skierowane do jakiejś konkretnej osoby?
   - Tak, do prezesa PiS (wśród publiczności, która sympa­tyzuje z obwinionym delikatne poruszenie i szepty: „Samą prawdę mówił”).
   - A kto mógł to słyszeć? Ludzie, którzy pana otacza­li, czy ludzie stojący dalej? Jaka była reakcja? Czy kolega [współobwiniony Maciej Bajkowski - P.R.] też krzyczał? A co krzyczał?
   Pytania się mnożą, aż w końcu Arkadiusz Szczurek mówi jasno, jak było: że kolega Bajkowski też krzyczał „Kłamca!”. Robili to wspólnie i w porozu­mieniu. Dlaczego? Bo uważają Jarosława Kaczyńskiego za kłamcę.
   Sędzia: - Chciałby pan coś dodać?
   Szczurek: - Jestem niewinny!
   Wszystko odbywa się ze stuprocentową powagą. Są sędzia, protokolantka, mece­nas, policjant, który robi za oskarżyciela, 15-osobowa publiczność.
Sędzia jako materiał dowodowy pusz­cza filmy z demonstracji. Widać czarno na białym - Szczurek i Bajkowski (obaj należą do stowarzyszenia Obywatele Soli­darnie w Akcji) krzyczeli przez megafony, a potem zostali zaatakowani przez ludzi, którzy się z ich okrzykami nie zgadzali.
   Bajkowski zezna: - Ja nie widziałem, jaka była reakcja uczestników uroczysto­ści smoleńskiej na słowo „kłamca”, któ­re skandowałem, bo dostałem trzonkiem od flagi.
   Reakcja jest istotna. Przecież obaj są obwinieni o to, że krzycząc, „wzbudzali zainteresowanie”, a wzbudzając zainte­resowanie „zakłócali przebieg” uroczy­stości smoleńskich. Dlatego sędzia musi dociec: jakiej mocy Szczurek miał mega­
fon. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ba­lansujemy na granicy śmieszności.
   W końcu sędzia odracza posiedzenie: - Do 14 grudnia, do widzenia państwu.
Idę z obwinionym Szczurkiem na kawę. Rozmawiamy. Okazuje się, że po­dobnych historii jest dużo więcej. Tak jakby niemal cała opozycja pozapar­lamentarna składała się z drobnych chuliganów.
   Paweł Kasprzak z Obywateli RP: - Do­stałem zarzut używania nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym. 10 marca powiedziałem do policjantów: „Wyno­sicie mnie teraz, kurwa, z mojej legalnie zgłoszonej demonstracji”.
   Do tego dwa zarzuty za siedzenie na jezdni i jeden za podżeganie do przeszka­dzania w uroczystości smoleńskiej.
Maciejowi Bajkowskiemu zarzuco­no wyświetlanie za pomocą rzutnika na ścianach pałacu prezydenckiego napisu: „Zdradza ojczyznę, kto łamie jej najwyż­sze prawo”.
   Marta Lempart z Ogólnopolskiego Strajku Kobiet dostała zarzuty z Prawa ochrony środowiska - bo używała prze­
nośnego głośnika, a przecież „zabrania się używania urządzeń nagłaśniających na publicznie dostępnych terenach miast”.