PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 16 grudnia 2017

Nasza Beata

Przez dwa ostatnie lata Polki i Polacy szczerze polubili swoją panią premier. Po jej dymisji uznali, że Beatę Szydło spotkała wielka krzywda. I że jest to ten sam rodzaj krzywdy, którą sami od niepamiętnych czasów cierpieli za sprawą elit.

Ludzie czują się oszukani. To nie Morawiecki wygrał wybory, a Szydło z pomocą PiS”. „Jedno trzeba przyznać: w komitecie politycznym PiS jest tylko jedna osoba z nabiałem, za którą warto sta­nąć. To Beata Szydło. Reszta to eunuchy, kastraci polityczni i przydałoby się ich przewietrzyć”. „PiS i Duda potraktowali p. premier Szydło jak śmiecia. Moja ro­dzina nigdy więcej nie pójdzie na żadne wybory”. „A może czas założyć nową partię prawicową i pożegnać się z JK? Przemyślmy to...”. „Beata, zrób partię nową, a pójdziemy za tobą wszędzie”.
   Podobne komentarze zaczęły zalewać prawicowy internet zaraz po ogłosze­niu decyzji o rezygnacji Beaty Szydło; a jeszcze przed dymisją pełno było ha­seł typu: „Murem za Szydło”, „ręce precz od naszej Beaty” itp. Tak zmasowanej kontestacji decyzji Jarosława Kaczyń­skiego w elektoracie PiS do tej pory nie widziano. Nawet karkołomny brukselski atak na Tuska, zakończony niesławnym „27:1”, cieszył się większym zrozumie­niem ludu pisowskiego. Bo tamtą klęskę polityczną jeszcze można było przecież sprzedać jako godnościowe zwycięstwo. A tym razem okoliczności łagodzących zabrakło. Kibice „dobrej zmiany” naj­wyraźniej doświadczyli ze strony obozu rządzącego tego, czego druga strona pol­skiego konfliktu nieustannie doświadcza od dwóch lat. Ostentacyjnej pogardy dla ich wrażliwości.
   Bo „naszą Beatę” potraktowano nie­sprawiedliwie, po ludzku skrzywdzono, wyrządzono świństwo. Na domiar złego wymieniono ją na z gruntu podejrzanego i niepewnego Mateusza Morawieckiego. Bankiera z milionami na koncie, byłego doradcę Tuska. Takich jak on w najtwardszym pisowskim rdzeniu nazywano zwykle przebierańcami. Nawykowo podejrzewano o agenturę, związki z WSI i innymi mrocznymi siłami tłumnie wypełniającymi prawicową wyobraźnię. Tolerowano tylko do pewnego stopnia, jako fachowców wynajętych do konkretnych zadań, którym należy uważnie patrzeć na ręce. Pod żadnym pozorem nie wolno jednak dopuszczać przebierańców do politycznego jądra, gdyż większość z nich chce się tylko dobrać do źródeł prawicowej mocy i poddać ją wpływom obozu zdrady narodowej.
   Dla czytelnika „Gazety Polskiej” takie sprawy są oczywiste. Mniej zideologizowanemu elektoratowi wystarczy zaś to, że Morawiecki jest po prostu przedstawicielem elit.

piątek, 15 grudnia 2017

Sędziowie pod naciskiem


To, co robi minister Ziobro, nie jest żadną reformą, to zaorywanie sądownictwa mówi sędzia Beata Morawiec, prezes krakowskiego Sądu Okręgowego, odwołana przez Zbigniewa Ziobrę

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Czy zapowiadany przez panią pozew przeciwko ministrowi Ziobrze jest już gotowy?
BEATA MORAWIEC: Napisanie pozwu o ochronę dóbr osobistych nie jest taką prostą sprawą, wybrałam już adwoka­ta, który będzie mnie reprezentował. Za­powiadając pozew, nie rzucałam stów na wiatr. To się wkrótce wydarzy.
Krakowscy sędziowie w reakcji na pani odwołanie zaapelowali, aby nikt nie przyjmował stanowisk po odwoły­wanych przez ministerstwo prezesach sądów i żeby ci, którzy je w ostatnim czasie przyjęli, zrezygnowali. To realne?
- Prezes sądu w Sopocie po miesiącu urzędowania zrezygnowała. Nowo no­minowany prezes sądu w Żorach zrezyg­nował pierwszego dnia, twierdząc, że nie chce być twarzą obecnej władzy. Tu nie chodzi o stołek prezesa, ale o autorytet sędziowski, który kilku panów z Minister­stwa Sprawiedliwości postanowiło na po­lityczne zamówienie zniszczyć. W moim przypadku minister Ziobro jako powód odwołania podał brak nadzoru nad za­trzymanym przez CBA dyrektorem sądu. Tylko że ten dyrektor podlega ministro­wi, a nie prezesowi sądu. Ale tego obywa­tel już nie wie i gdy przyjdzie na rozprawę, może powiedzieć: „Tę panią widziałem w telewizji, mówili, że jest skorumpowa­na, więc składam wniosek ojej wyłączenie ze składu sędziowskiego”. I co? Preze­sem sądu się bywa. Sędzią się jest. Mini­sterstwo Sprawiedliwości to chyba jedyny resort, który z premedytacją niszczy auto­rytet swoich podwładnych.
Jest szansa na solidarność środowiska sędziowskiego?
- 10 sądów podległych Sądowi Okręgo­wemu w Krakowie już zwołało posiedze­nia, aby przegłosować podobną co my uchwałę. Liczymy, że dołączą sędziowie z pozostałych regionów Polski, a także prokuratorzy. Ich potraktowano jeszcze gorzej niż nas, dosłownie rozjechano po­litycznie, a oni w większości siedzą cicho. Tymczasem obawiamy się, że po uchwa­leniu projektów, nad którymi pracuje par­lament, nowa upolityczniona KRS będzie masowo wnioskować o powołanie na sta­nowiska sędziowskie wiernych ministro­wi prokuratorów, aby mogli obejmować funkcję prezesów sądów i następnie prze­nosić wzorce podporządkowania pro­kuratury na niezależne sądy. Tak więc solidarność całego środowiska prawni­czego jest dziś wystawiona na próbę.
Zofia Romaszewska, główna doradczyni prezydenta w kwestii reformy sądowni­ctwa, twierdzi, że sędziowie nie mają prawa do obrony swojej niezawisłości.
- Mamy szacunek do pani Romaszew­skiej za jej wkład w walkę o niepodległość za czasów Solidarności, ale to za mało, żeby posługiwać się tego rodzaju autory­tatywnymi twierdzeniami. Nie uprawnia jej do tego także zaufanie, jakim darzy ją prezydent. Co więcej, Andrzej Duda jako prawnik powinien w odpowiedni sposób ukierunkować osobę, która wypowiada się, używając autorytetu głowy państwa. W sytuacji, gdy zagrożone są niezależność i niezawisłość sądów, sędziowie mają nie tylko prawo, ale obowiązek zabrać głos. Jesteśmy takimi samymi obywatelami jak Kowalski czy Nowak. Mamy co prawda więcej Ograniczeń dotyczących czynnego udziału w życiu politycznym, ale te ogra­niczenia nie pozbawiają nas demokra­tycznych praw, w tym prawa do wolności słowa, zwłaszcza jeżeli chodzi o kwestie związane z niezależnością sądownictwa. Nie opowiadamy się za żadną stroną po­lityczną - protestujemy tylko przeciwko określonym pomysłom bez względu na to, jaka siła partyjna za tym stoi.

czwartek, 14 grudnia 2017

Obrona przez atak



Wyrównywanie rachunków to jedna z tych specjalności Antoniego Macierewicza, w której nie ma sobie równych. Ostatnio zemsta dosięgła oficerów zasłużonych w tropieniu obcej agentury w Polsce.

Skłonność szefa MON do wymierzania sprawie­dliwości na własnych zasadach zaczęła przy­bierać na sile wraz z narastającymi spekulacja­mi na temat jego dymisji. - Wyraźnie chce się za wszelką cenę wykazać, ale też zdobyć polisę na przyszłość, gdyby jednak został odwołany - twierdzi jedna z osób, która zna kulisy pro­kuratorskich śledztw prowadzonych przeciwko niewygodnym dla Macierewicza ludziom.
   Szarża, która może okazać się jego ostatnią, przyspieszyła 2 grudnia po emisji w „Superwizjerze” w TVN materiału o ma­jor Magdalenie E., byłej oficer Służby Kontrwywiadu Wojsko­wego. Słynnej z tropienia rosyjskich szpiegów, afgańskich ope­racji przeciwko talibom, a wreszcie - z zakończonej sukcesem pod koniec 2015 r. operacji uwolnienia polskiego oficera z rąk białoruskiej służby bezpieczeństwa. Za tę ostatnią doczekała się postępowania dyscyplinarnego zakończonego degradacją. Do dziś służby Macierewicza nie dają jej spokoju.

środa, 13 grudnia 2017

Nowy premier prezesa



Nowy premier prezesa

Jarosław Kaczyński wbrew partii zmusił do dymisji Beatę Szydło, wbrew partii sam jej nie zastąpił i wbrew partii postawił na Mateusza Morawieckiego. Partyjno-autorski rząd nowego premiera dopiero w styczniu. Czy i co PiS na tym wygra?

Prezes zwrócił się do członków komitetu poli­tycznego: „Zaufajcie mi”, a oni karnie, choć bez entuzjazmu, posłuchali - w tajnym głosowaniu za dymisją Szydło i nominacją Morawieckiego padło 30 głosów, dwie osoby (zapewne Stani­sław Karczewski i Antoni Macierewicz) były przeciw, jedna osoba (zapewne Szydło) się wstrzymała. Dwie godziny później klub PiS przyjął zmianę przez aklamację, ale to odchodząca premier dostała owację, a Morawiecki tylko oklaski.
   Żeby wszystko przebiegło gładko, gruntowna rekonstrukcja rządu została przełożona na początek roku. Morawiecki dzie­dziczy więc ministrów Szydło, a sama premier zostaje w rzą­dzie jako wicepremier do spraw społecznych. Posłowie dostali przekaz dnia z lakonicznym wyjaśnieniem: „Przed nami kolejne wyzwania, to wymaga korekty rządu. Zmieniają się ludzie, ale program nie”. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek tłumaczyła, że „czas postawić na gospodarkę”.
   Wydarzenia prowokują do pytań, zwłaszcza że PiS poinfor­mował o dymisji Szydło w dniu, gdy obronił ją w Sejmie przed wotum nieufności PO. Nawet sprzyjający władzy komentatorzy dziwili się, jak można działać tak niezręcznie.

wtorek, 12 grudnia 2017

Stłuczka Szydło pod specjalnym nadzorem



W śledztwie w sprawie kolizji z udziałem auta pani premier przesłuchano dziesiątki świadków, część po kilka razy, w obecności psychologa, badając, czy są poczytalni. Postępowanie, z którym nie radzi sobie trzech prokuratorów, przedłużono po raz kolejny.

Wojciech Cieśla

Funkcjonariusze BOR zgod­nie trzymają się jednej wersji: jechali przepisowo, na sygnale. Kierowca seicento musiał ich widzieć, to on spowodował wypadek limuzyny, którą pędziła z lotniska do domu Beata Szydło.
   Przez przypadek oprócz kierowcy seicento na własne oczy kraksę widzą czte­ry osoby. Żadna nie słyszy sygnałów.
   Kwestia, czy limuzyna jechała na sygnale, czy nie, jest kluczowa - to ona rozstrzyga, kto jest sprawcą: młody mężczyzna z seicento czy oficerowie, którzy powinni chronić panią premier.
   Jak ustalił „Newsweek”, prokuratura nie potrafi zamknąć postępowania w sprawie wypadku. Wyjątkowo starannie bada za to, czy przypadkowi świadkowie są poczytalni. Część z nich była przesłuchiwana już po dwa razy, większość poddano testom psychologicznym, Jednego ze świadków wysłano na bada­nia do szpitala w Krakowie - Pani psycholog bardzo się interesowała, czy nie zdarza mi się utrata świadomości - opo­wiada mężczyzna.
   To niejedyna dziwna rzecz, która wy­darzy się w tym śledztwie.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Premier rezerwowy



Dymisja Beaty Szydło była szykowana od kilku miesięcy. Partia czekała na premiera Kaczyńskiego, a znienacka dostała Morawieckiego. Za zmianą ma pójść poprawa relacji z Brukselą. Tylko czy nowego szefa rządu zaakceptuje elektorat?

Michał Krzymowski

Czwartek wieczorem. W głównej siedzibie PiS na Nowogrodzkiej trwa posiedzenie władz ugrupowania. Jarosław Kaczyń­ski, przy milczącej aprobacie Beaty Szyd­ło, przedstawia projekt decyzji, która ma zostać przyjęta przez komitet polityczny partii. Z dokumentu wynika, że po dwóch latach rządów przyszedł czas na zmianę. Dlatego Szydło skła­da rezygnację z funkcji premiera, a partia zgłasza kandydaturę Mateusza Morawieckiego.
   W dyskusji po kolei zabierają głos wszyscy członkowie ko­mitetu, w sumie 33 osoby. Ich wystąpienia brzmią niemal jed­nakowo: najlepszym kandydatem na premiera jest Jarosław Kaczyński, ale jeśli zapadła decyzja o wysunięciu Morawie­ckiego, to należy ją uszanować. Wszyscy dziękują Szydło za dwa lata pracy i styl, w jakim odchodzi. W jej obronie stają tyl­ko dwie osoby: szef komitetu stałego rządu Henryk Kowalczyk i szefowa gabinetu pani premier Elżbieta Witek.
   Wynik głosowania jest niemal jednogłośny: 30 osób opo­wiedziało się za, dwie były przeciw, a jedna się wstrzymała. - Nie zawiodę za­ufania - obiecuje na koniec posiedzenia Morawiecki.
   Po komitecie Kaczyński przechodzi do sali konferencyjnej, w której za chwi­lę odbędzie się posiedzenie klubu par­lamentarnego PiS. Przedstawia treść uchwały: mimo przeciwdziałania wro­gich sił zewnętrznych i wewnętrznych osiągnięto wielkie sukcesy, pani premier wykazała się niezwykłym talentem me­dialnym i pracowitością. Potrzeba jednak korekty. Stąd rezygnacja Beaty Szydło i kandydatura Morawieckiego. Wystąpie­nie prezesa kilkakrotnie przerywa owacja na stojąco. Dokument zostaje przyjęty przez aklamację, gład­ko i bezboleśnie.
   Gdy los Szydło zostanie przypieczętowany, Kaczyński nie bę­dzie kryć zadowolenia. - Myślałem, że odbędzie się dyskusja, ale widzę, że nie ma takiej potrzeby. Dziękuję pani premier za jej postawę, za którą powinniśmy ją całować nie tylko po rę­kach, ale i po nogach - śmieje się. Szydło odpowie mu na to niespeszona: - Wierzymy w mądrość pana prezesa.
   Poseł PiS, już po wszystkim: - Poszło jak z płatka. Gdyby dwa miesiące temu ktoś mi powiedział, że przeprowadzenie kandy­datury Morawieckiego może pójść tak łatwo, nie uwierzyłbym. Doskonale to prezes rozegrał.

niedziela, 10 grudnia 2017

Jedność kontra jedynowładztwo,Delegalizacja,Pinokio w Wietnamie,Dwie teorie,Cudzysłowy, Historia w więzieniu i Goń go do dziury



Jedność kontra jedynowładztwo

Na pytanie, co się teraz dzieje z Polską, odpowiedź jest brutalnie prosta. Polska staje się PiS-em.
   Lider PiS najpierw sprywatyzował swoją par­tię, teraz prywatyzuje państwo. Zgodnie ze statutem PiS Ka­czyński jest praktycznie nieodwoływalny. Zgodnie z prawami już przyjętymi i właśnie forsowanymi w parlamencie władzę absolutną będzie miał także w Polsce. W PiS jego słowo jest prawem. Czasem zresztą nie musi nic mówić, czynownicy do­myślają się jego życzeń i spełniają je, zanim je wypowie. PiS podejmuje decyzje według jego zachcianek, PiS-owski chór śpiewa według jego partytury.
   I tak samo za chwilę będzie w całym kraju. Sądy będą są­dami tylko z nazwy, a ten najważniejszy będzie najwyższy też tylko z nazwy, bo najwyższym prawem w praktyce będzie wola wodza. W sprawach o politycznym zabarwieniu sądy będą miały mniej więcej taką niezależność jak sąd partyj­ny w PiS, który przyklepuje wszystko, czego chce Kaczyński. Partia jest na usługach prezesa, a teraz na usługach jego i par­tii będzie całe państwo. Zrepolonizowane banki będą spon­sorowały (już sponsorują) liczne przedsięwzięcia wskazane przez władzę. Z państwowych spółek właściwie uczyniono fi­nansowe zaplecze partii, opłacając z ich pieniędzy partyjną telewizję i partyjne kampanie.
   Pośpiech w przepychaniu ustaw demolujących resztki de­mokracji jest zrozumiały. Wódz, który zapewne już za mo­ment obejmie funkcję premiera, musi mieć oczyszczone pole. Żadnego podziału władz - ma być jedynowładztwo. Żadnego głosu sprzeciwu, który mógłby go powstrzymać. Trzeba też, rewanżując się przy okazji za weta i wymuszo­ne wizyty w Belwederze, do końca ośmieszyć i zadrianizować prezydenta. Intronizacji pana i władcy towarzyszy bowiem abdykacja Andrzeja Dudy. Ostateczna.

sobota, 9 grudnia 2017

Zabić leminga



Polska klasa średnia jest w kleszczach prawicowego i lewicowego populizmu. Oba zazdroszczą jej sukcesu, nienawidzą z pobudek ideologicznych i chcą wycisnąć z niej pieniądze potrzebne na kupno wyborczego poparcia

Każdy atak populistów na li­beralną demokrację zaczy­na się zawsze od ataku na klasę średnią - na liberal­ne mieszczaństwo, które tę demokrację zbudowało. Tak jest w Niem­czech, gdzie przeciwko głosującemu na chadecję i socjaldemokrację liberalnemu centrum wystąpiły AfD (skrajna populi­styczna prawica) i Die Linke (skrajna po­pulistyczna lewica). Tak jest we Francji, gdzie reprezentującego liberalne miesz­czaństwo Emmanuela Macrona próbują zniszczyć z jednej strony skrajnie pra­wicowy Front Narodowy Marine Le Pen, a z drugiej Jean-Luc Melenchon - zbie­rający resztki po stalinowskiej Francu­skiej Partii Komunistycznej i CGT. Nie inaczej jest w Polsce, gdzie polityczny środek znalazł się w kleszczach prawico­wego i lewicowego populizmu.

piątek, 8 grudnia 2017

Stalowa kula



Czy pisowscy notable ze Stalowej Woli poniosą odpowiedzialność za tragiczny wypadek ucznia na szkolnej strzelnicy?

Mataczenie, nakłanianie do fałszywych ze­znań, prywatne spotkania prowadzących śledztwo z podejrzanymi, tajemnicze za­wirowania wokół dowodu rzeczowego. Wszystko po to, by samorząd Stalowej Woli i dyrekcja szkoły uniknęły zarzutów.
   Stalową Wolą rządzi PiS. I to prawie na 100 proc. Z tej partii jest prezydent Lucjusz Nadbereżny, którego osobiście zachwalał Jarosław Kaczyński, bo dofinansowuje wyjazdy lokalnych patriotów na marsze niepodległości do Warszawy, starosta powiatowy Ja­nusz Zarzeczny i wszyscy radni miejscy z wyjątkiem dwóch. Nie przypadkiem to właśnie tu fetował przed dwoma tygodniami Święto Niepodległości prezydent RP Andrzej Duda, który pre­zydenta Stalowej Woli odznaczył za zasługi. Nic się w mieście
zdarzyć nie może bez zgody PiS: wszystkie stanowiska, także w oświacie, rozdzielane są z partyjnego klucza. Normalka. To tu dyrektorka szkoły, słynna ostatnio na całą Polskę, prywatnie przyjaciółka mamy prezydenta Stalowej Woli, na portalu społecznościowym zachęcała do wstępowania do ONR. To w Stalo­wej Woli nominacje na stanowisko dyrektora szkoły radnej PiS Agaty Krzek ogłosił portal STW24, jedyne opozycyjne medium w mieście, na dzień przed upływem terminu składania ofert konkursowych. Po tygodniu radna dostała stanowisko. - To, że się nie wycofali, świadczy o skali arogancji pisowskiej władzy w mieście - mówi redaktor naczelny Artur Szczęsny. Jego portal jako pierwszy poinformował również o tym, co dzieje się wokół tragicznego wypadku na szkolnej strzelnicy. Inne lokalne media jakby nie widziały, że partyjna sitwa działa poza prawem.
I sprawiedliwością.

czwartek, 7 grudnia 2017

Sterniczka bez sternika



Katarzyna Lubnauer to pierwsza kobieta, która bez męskiego nadania zdobyła wysokie stanowisko w polskiej polityce. Czy osobiste zwycięstwo uda jej się przekuć w sukces całej opozycji?

Marek Edelman ponoć zawsze zwra­cał się do niej per „matematyczko”. Z racji zawodu, ale może także z po­wodu jej skłonności do konkretu oraz skrupulatności. Szefowała wówczas śródmiejskiemu kołu Unii Wolności w Łodzi, którego Edelman był człon­kiem. To było dobre 20 lat temu. Bo choć na ogólnopolskiej scenie Katarzyna Lubnauer zaistniała dopiero w 2015 r., jej polityczne dossier jest całkiem spore - przeszła przez UD, UW i Partię Demokratyczną. Pod koniec lat 90. udało jej się zdobyć mandat łódzkiej radnej; później jednak było już trudniej. Nie powiodło jej się w wyborach do Sejmu (w 2001 r. z listy UW i w 2005 r. z listy PD), do Parlamentu Europejskiego (2004 r., UW), jak i w samorządowych, w których startowała kolejno w 2002, 2006 i w 2010 r. (z list: lokalnego komitetu „Łódź na fali”, LiD i PO). Drzwi do wielkiej polityki otworzył przed nią dopiero Ryszard Petru. Dziś sama wystawia go za drzwi, pozbawiając władzy nad partią, którą zbudował, i niwecząc szanse na re­alizację jego marzenia o fotelu premiera. - Brutus też dokonał zamachu na Cezara, żeby ocalić demokrację - tłumaczy Kata­rzyna Lubnauer.
   Długo była jego bliską współpracowniczką, lojalną, bardzo pracowitą, stojącą w cieniu popularnego lidera. Później jednak ambicje wzięły górę. Zaczęła coraz śmielej grać na siebie, krok po kroku budować swoją rozpoznawalność oraz pozycję w klu­bie i w partii. Być może i na to wpływ miała „Madera”. Lubnauer próbowała przecież kryć Petru, wmawiając dziennikarzom, że lider N wybrał się do Portugalii „w sprawach partyjnych”; ten jednak wystawił ją na śmieszność, ogłaszając następnego dnia, że chodziło wyłącznie o sprawy prywatne. Podczas konferencji cały czas stała u boku Petru, minę miała jednak nietęgą.
To musiał być cios: szef N poświęcił jej reputację, aby ratować własny wizerunek. Kompromitacji jednak nie uniknął. Sprawa sylwestrowego wypadu Petru zaciążyła na notowaniach jego  partii, a jemu samemu - jak zauważył ostatnio Marek Migalski - odebrała powagę: coś, co choć nieuchwytne, dla polityka jest niezwykle istotne.
   Na światło dzienne zaraz zaczęły wychodzić również inne problemy szefa N - jego klubowi koledzy skarżyli się, że nie potrafi zarządzać partią ani opracować długofalowej strate­gii, że otacza się klakierami i nie szanuje tych, którzy mają odmienne zdanie (POLITYKA 7). Czterech najbardziej kry­tycznych posłów przeszło w końcu z klubu N do Platformy. Równolegle swoją pozycję zaczęła umacniać Katarzyna Lub­nauer. Kilka tygodni po wybuchu skandalu została rzeczniczką partii - co zagwarantowało jej dostęp i uwagę mediów; a pod koniec kwietnia - szefową klubu Nowoczesnej (rozdzielenie funkcji przewodniczącego partii i szefa klubu parlamentar­nego miało pomóc uspokoić sytuację w N i pozwolić odbić się w sondażach).
Cały czas była też wiceszefową partii. Bilans roku zamyka zaś jako jej przewodnicząca. Wewnątrzpartyjne wybory wygrała jednak o włos, a właściwie o głos. - Niewiele brakowało, a Kata­rzyna nie miałaby większości bezwzględnej i byłaby druga tura. Ona dostała 149 głosów, Ryszard -140, ale było 5 głosów wstrzymujących się - zaznacza Jerzy Meysztowicz, dotychczasowy wi­ceprzewodniczący partii, który choć z Lubnauer zna się dłużej niż z Ryszardem Petru - bo jeszcze z czasów Unii - głosował na założyciela N. - Postawiłem na Ryszarda, bo z Kaśką byłem w UW, zaś z Ryszardem tworzyłem Nowoczesną. A to różnica.

środa, 6 grudnia 2017

Pozamiatane



PiS domyka przejmowanie instytucji demokratycznego państwa prawa. Powstaje fasadowy ustrój monopartyjny.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu posłowie przyjmą ustawy oddające partii rządzącej wła­dzę nad Krajową Radą Sądow­nictwa i Sądem Najwyższym. Domknie się przejmowanie systemu wy­miaru sprawiedliwości. Za chwilę dokona się też przejęcie procesu wyborczego. Po­dobno prezes Kaczyński ma ustawy sądo­we i Kodeks wyborczy dostać „na Gwiazd­kę”. Przed dwoma laty na Gwiazdkę dostał pierwszą pisowską nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która zapo­czątkowała, zakończone właśnie, przejmo­wanie tej instytucji.
   W sprawie KRS i SN opinię publiczną interesuje, kto wygrał: prezydent czy pre­zes? Zakłada się, że projekt prezydencki jest lepszy, bo „mniej niekonstytucyjny”. Z punktu widzenia konstytucyjnej zasady podziału władzy i niezależności sądów nie ma znaczenia, czy Sądem Najwyższym rządzi prezydent czy minister. Widocznie jednak nadeszły czasy, gdy zastanawiamy się, czy lepiej oberwać cegłą czy łopatą, za­miast upierać się, że bić nie wolno w ogóle.
   Prezydenckie projekty realizują wszyst­kie cele PiS, łącznie z faktyczną wymia­ną sędziów. W KRS wprost przerywa się ich kadencję. W SN różnymi trikami eliminuje się poszczególne kategorie sę­dziów (o czym niżej). Do tego prezydent wbudował w ustawę o Sądzie Najwyż­szym mechanizm, który zapewni partii rządzącej kontrolę nad wyborami - nie tylko przyszłymi, ale nawet tymi, które już się odbyły. Przy lekkiej modyfikacji - przy pomocy poprawek PiS - mecha­nizm ten może posłużyć do unieważ­nienia wyboru samego Andrzeja Dudy.

wtorek, 5 grudnia 2017

Rozjeżdżana niezawisłość



Zbigniew Ziobro przejmuje sądy. Czystka obejmuje cały kraj. W Krakowie minister sparaliżował sąd mający wydać wyrok w sprawie śmierci jego ojca.

Aleksandra Pawlicka

Ostatni czwartek, Sąd Okręgowy w Krakowie. Ponownie rusza proces w sprawie śmierci Jerze­go Ziobry, ojca obecnego ministra sprawiedliwości. Tłum dzien­nikarzy wypełnia jedną z największych sal. Sprawa jest precedensowa - wyzna­cza standardy pracy sędziów w Polsce w sytuacji, gdy władza chce przejąć peł­ną kontrolę nad sądami.
   Ojciec Ziobry zmarł w 2006 r. w wy­niku powikłań pooperacyjnych. Leka­rze zostali oskarżeni o przyczynienie się do jego śmierci. Po 11 latach procesu sąd ich uniewinnił, ale rodzina zmarłego nie godzi się z wyrokiem. Kilka dni przed wznowieniem procesu Zbigniew Ziobro robi czystkę w krakowskim sądzie.
   - Ta sprawa nie pozostawia złudzeń, w jakim kierunku zmierzamy. To, co dzieje się w sądach i czemu służyć ma re­forma sądownictwa, zamienia wymiar sprawiedliwości w bezmiar niespra­wiedliwości - mówi „Newsweekowi” Krystian Markiewicz, prezes Stowarzy­szenia Sędziów Iustitia.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Brutuski



Ryszard Petru stracił Nowoczesną przez sojusz Katarzyny Lubnauer z Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Teraz w partii wszyscy się zastanawiają, kiedy Kamila wbije nóż w plecy Katarzynie


To jest opowieść o kipiących ambicjach, ry­walizacji, zemście i wielkim osobistym za­wodzie. Główne role odegrają kobiety, które do tej pory w polskiej polityce były obsadza­ne raczej w rolach drugoplanowych.
   Katarzyna Lubnauer jeszcze dzień przed ogłoszeniem, że będzie kandydować na szefową partii przeciwko Ryszardowi Petru, jakby nigdy nic zjadła z nim śniadanie w bistro na wprost Sejmu. Zamówili jaj­ka sadzone i sprzeczali się o wspólne listy zjednoczonej opo­zycji. Gdy w piątek zadzwoniła, że startuje, Petru był w szoku. Przekonywał, żeby tego nie robiła, bo trudno im będzie później współpracować. Ale Lubnauer nie chciała słuchać.
   - Ja Kaśce w stu procentach ufałem. Rozmawialiśmy codzien­nie po kilka razy. Obgadywaliśmy wszystko wspólnie - mówi mi były już lider Nowoczesnej. Czuje się zdradzony.
   Lubnauer była prawą ręką Petru. Żartowali, że tak świetnie się dogadują, bo oboje są dziećmi ścisłowców. Rodzice Petru są doktorami fizyki, matka Lubnauer - profesorem mikrobiolo­gii, ojciec był chemikiem. Dlatego - jak mówili - oni na politykę patrzą chłodnym analitycznym okiem. To Petru, który dwa lata temu od zera zbudował Nowoczesną, namówił Lubnauer, żeby wstąpiła do jego partii.
   Wcześniej była w Unii Wolności i Partii Demokratycznej. Bez powodzenia startowała do sejmiku łódzkiego z list PO.
   Prywatnie się zaprzyjaźnili. Lubnauer, obok Joanny Scheuring-Wielgus, była częstym gościem w mieszkaniu Petru i jego nowej partnerki - partyjnej koleżanki Joanny Schmidt. Pili białe wino i do późnego wieczora rozprawiali o życiu i polityce. Po feralnym wyjeździe Petru do Lizbony z Joanną Schmidt zimą 2016 rok Lubnauer mocno ich wspierała. Publicznie zapewniała, zresz­tą niezgodnie z prawdą, że wypad zakochanych nie był prywat­ny, lecz służbowy. Chciała w ten sposób ratować Petru, choć on uważał, że nie powinni kłamać.

niedziela, 3 grudnia 2017

Pani z telewizji



Ci, którzy znają Danutę Dunin-Holecką, mówią, że świeci odbitym światłem PiS i zawsze bardzo jej zależało, by błyszczeć w głównym wydaniu „Wiadomości".

PiS już oficjalnie włączył Danu­tę Dunin-Holecką do delegacji rządu i PiS, a było to podczas uroczystego koncertu z okazji jubileuszu urodzin Jana Pietrza­ka. Do tego tweetu na partyjnym profilu dołączono zdjęcie delegacji. W drugim rzędzie, tuż za prezesem Kaczyńskim, obok rzecznika rządu stała uśmiechnię­ta Dunin-Holecka, w stroju w kolorach polskiej flagi. Nie był to pierwszy raz, kiedy wystąpiła w barwach narodowych, wcześniej - już na premierze filmu „Smo­leńsk” - jej sukienkę zdobiła biało-czer­wona szachownica. Teraz w każdym tygodniu główna prowadząca „Wiadomości” potwierdza swoją przynależność do bia­ło-czerwonej drużyny Jarosława Kaczyń­skiego. Pobiera za to 40 tys. zł prezenterskiego wynagrodzenia.

sobota, 2 grudnia 2017

Geny i historia,Ja bym takich gnoi, Duda - koniec złudzeń, Mentalność służebna, Gest Belki, gest Kozakiewicza, Bez trybu,Przemówienie do narodu i Wędrujący ośrodek władzy



Geny i historia

Długi dystans pokonał Donald Tusk. Od „to tylko PiS” 16 miesięcy temu do „alarm!” i sugestii, że je­śli polityka PiS nie jest sterowana przez Kreml, to w swej istocie jest prokremlowska.
   Z drugiej strony to ten sam dystans, który przebyły mi­liony Polaków Najpierw poczucie, że ta władza to tylko epi­zod. Że to niemożliwe, by o naszym życiu długo decydowała ta grupa dziwacznych postaci. A potem poczucie bezsilno­ści i zimna konstatacja, że to jednak nie „Ucho prezesa”, że wszystko dzieje się naprawdę, że to nie żaden epizod, ale po­tencjalnie narodowe samobójstwo.
   Co o tym wszystkim będą czytać w podręcznikach historii nasze wnuki i prawnuki? Przecież nawet reforma Zalewskiej nie zafunduje całemu narodowi lobotomii, więc nie będą czytać o ludziach wybitnych i mężach stanu, którzy po dzie­sięcioleciach smuty wprowadzili Polskę na szerokie wody. Przeczytają raczej o jakiejś makabresce i o tym, jak grupa dziwaków, miernot i szaleńców, postaci mrocznych i kaba­retowych, odwróciła losy Polski i zaprzepaściła wielką naro­dową szansę.
   Co przeczytają o polityku, który roił sobie, że jest Piłsud­skim? Nawet ci z jego otoczenia wiedzieli, że nikim takim nie jest - wciąż jednak na każde jego skinienie robili rzeczy pod­łe i pozwolili mu całkowicie zawładnąć prawie 40-milionowym narodem, który potraktował jak króliki doświadczalne w klatce na własnym podwórku.
   A co o tym wszystkim powiedzą tym wnukom i prawnu­kom mama, tata i nauczyciel historii? Powiedzą, że straszne błędy mniej więcej w tym samym czasie popełniali Amery­kanie czy Brytyjczycy, bo coś takiego było w powietrzu - ja­kiś wirus krążył straszny, że odbijało całym narodom. Będą się jednak musieli zmierzyć z pytaniem - dlaczego my, Po­lacy? Przecież nie było okupantów, zaborców, Sowietów, nazistów, nic takiego, byliśmy sami ze sobą. I może w tym ostatnim odnajdą przyczynę.
   Metafory bywają ryzykowne. Porównania też. Szczególnie historyczne. A już zestawienia z latami 30. są niebezpiecz­ne wyjątkowo. Nie mamy pod ręką Stalina, Franco, Hitlera i Mussoliniego, w innym miejscu jest światowa gospodarka, inne są sieci zależności, kosmicznie inna jest technologia. Ale jedno podobieństwo jest uderzające. Wciąż nieposkro­miony, krążący po obu stronach Wielkiej Wody wirus, który potrafi zatrząsnąć życiem narodów i budzi uzasadniony nie­pokój setek milionów ludzi.
   Spójrzmy na Zachód. Oto Niemcy - jeszcze przed chwi­lą będące fundamentem stabilności w Europie - popadają w niespodziewany polityczny chaos. Coraz więcej partii, te - największe tracą poparcie, pozycja kanclerz kreowanej na liderkę wolnego świata szybko słabnie, na horyzoncie nowe wybory i niepewność. Nie, to oczywiście wciąż nie Weimar, ale to już nie Niemcy sprzed kilku miesięcy.

piątek, 1 grudnia 2017

Plan Kremla



Kaczyński tak bardzo podkręcił wewnętrzny konflikt polityczny, że jest on zagrożeniem dla polskiego państwa

Gdy Donald Tusk - faktycz­nie naruszając niepisaną zasadę powstrzymywa­nia się wysokich urzęd­ników UE od interwencji w życie polityczne krajów, z których po­chodzą - napisał na Twitterze, że działa­nia PiS niepokojąco przypominają plan Kremla, w polskiej polityce zawrzało. Media partii Kaczyńskiego rozpoczę­ły wobec niego kampanię nienawiści, a czołowi przedstawiciele rządu zaczę­li prześcigać się w antyrosyjskich de­klaracjach. Antoni Macierewicz na Międzynarodowym Forum Bezpieczeń­stwa w kanadyjskim Halifaksie mówił, że pomiędzy Zachodem i Rosją „to nie jest już zimna wojna, ale wojna gorąca”, po raz kolejny udowadniając zachodnim przywódcom, że ekipa rządząca Polską jest nieobliczalna.
   Opozycja prowadzi z kolei własną po­litykę tweetów, nawiązującą do wypo­wiedzi Tuska. Przy okazji kolejnej próby odwołania rządu Beaty Szydło Platfor­ma, Nowoczesna i PSL będą chciały pokazać w debacie sejmowej, że plan Kremla jest realizowany przez rządzą­cych Polską.
   Zanim diagnoza Tuska rozpłynie się w zgiełku polityki partyjnej, warto się zastanowić, o co właściwie chodzi z tym planem Kremla.

czwartek, 30 listopada 2017

Tasowanie przed rozdaniem



Rekonstrukcja jakoś nie może się dokonać. Opóźnił ją jeszcze wniosek PO o wotum nieufności. PiS najpierw rząd obroni, a potem - jeszcze w grudniu - przystąpi do jego przebudowy. Prawdopodobny kierunek: premier Jarosław Kaczyński. Ale wciąż niepewny.

Teoretycznie lepiej być nie może. Propaganda działa wzorowo, codziennie o 19.30 słychać, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej dzięki wspaniałemu rządowi i pod troskliwym okiem Jarosława Kaczyńskiego. I to po­mimo knucia totalnej, a zarazem nieudolnej opozycji.
   Polacy to najwyraźniej lubią. Po dwóch latach u wła­dzy PiS i rząd mają notowania lepsze niż na początku kadencji. Głosowania na ostatnim posiedzeniu Sejmu pokazały zaś korzystną dla prezesa zmianę układu sił w parlamencie. PiS po kilku niedawnych transferach zdobył tak pokaźną większość, że nie przeszkadzają mu już nie tylko nieobecności ministrów, ale nawet harce tzw. koalicjantów. Ani Jarosław Gowin, ani Zbigniew Ziobro nie mają tylu posłów, by storpedować jakąkolwiek ustawę. Gowinowcy nie poparli ude­rzającego w firmy i najlepiej zarabiających pracowników projektu znoszącego górny limit składek na ZUS, ale ustawa i tak przeszła bezpieczną większością głosów. Klub PiS liczy 235 posłów, regu­larnie wspiera go pięcioosobowe koło Wolni i Solidarni, a czasem pomagają niezrzeszeni bądź kukizowcy.
   Opozycja zajęta jest sobą. Nowoczesna przechodzi właśnie trudny okres sukcesji po klęsce Ryszarda Petru, a wypowiedzi nowej przewodniczącej Katarzyny Lubnauer zwiastują niełatwe negocja­cje jej ugrupowania z Platformą przed kampanią samorządową. A mimo to wygląda na to, że PiS zakopał się jak samochód w piasku. Silnik pracuje, ale koła buksują. Partia Kaczyńskiego ugrzęzła w sporze z prezydentem i w grach rekonstrukcyjnych. Wicepremierzy niemal otwarcie dążą do dymisji premier Szydło. Andrzej Duda oskarża wiceszefa PiS Antoniego Macierewicza o stosowanie „ubeckich metod” wobec współpracownika głowy państwa i ostro krytykuje szefową rządu. „Tu bez wątpienia był problem na linii prezydent-rząd, a linia ta to w pierwszej kolejno­ści linia prezydent-premier” - powiedział Duda w TVN24, pytany o weto do ustaw sądowniczych. Dodał, że byłoby „czymś natural­nym”, gdyby Kaczyński stanął na czele rządu. To jasna wskazówka, że Pałac Prezydencki przyjąłby dymisję Szydło z radością.
   Co więcej, nieciekawe dla PiS wieści przyniosły listopadowe sondaże. Przygnębiona posłanka PiS: - Nie będzie drugiej kadencji. Z atmosfery 2015 r. nic nie zostało. Konflikt z prezydentem już mamy, a teraz zaczyna się wojna domowa w rządzie i partii. Spróbujmy zatem wyliczyć problemy PiS, tak jak widzą je politycy tej partii.

środa, 29 listopada 2017

Na służbie



Tuż przed decyzją Trybunału Sprawiedliwości UE nakazującą natychmiastowe wstrzymanie wycin­ki Puszczy Białowieskiej, 9 listopada 2017 r. policja rozbiła kolejną demonstrację obrońców Puszczy. Tym razem w Warszawie, pod siedzibą Dyrekcji Lasów Państwowych. Około 40 osób przykuło się łańcucha­mi w holu, domagając się rozmowy z dyrektorem Lasów i wy­cofania z Puszczy ciężkich harvesterów, służących do wy­cinania drzew na przemysłową skalę. Przyjechało do nich 80 policjantów. Skuli im ręce kajdankami - z tyłu, tak jak nie­bezpiecznym przestępcom, zapakowali do więźniarek i prze­wieźli do pobliskiej komendy policji przy ul. Opaczewskiej.
- Wrzucili nas do świetlicy. Chaos był okropny, tłok - opowiada Marta z Obozu dla Puszczy. Zaczęto od zbadania alkomatem (było 0,0), potem kazano powyjmować wszystko z kieszeni, plecaków i zabrano pieniądze (jak powiedziano, na poczet przyszłych grzywien i kosztów postępowań). Wreszcie każdego z zatrzymanych osobno wyprowadzono ze świetlicy w celu przeprowadzenia rewizji osobistej.
   Nie bardzo było gdzie to zrobić, więc skorzystano ze zwykłych pokoi biurowych. Policjanci buntowali się, krzyczeli, że mają huk roboty, ale wychodzili. - W ogóle było bardzo nerwowo, do tego stopnia, że nawet pomiędzy policjantami wybuchały konflikty, ostre wymiany zdań. Padały słowa „ty debilu". Wszyscy byli zde­nerwowani, narzekali, że muszą siedzieć na komendzie po go­dzinach, a tu jutro 10 listopada, wiadomo miesięcznica, zaraz potem 11 listopada i marsz narodowców i znów siedzenie kamie­niem - opowiada Marta. Część rewizji, z braku innego miejsca, przeprowadzono w toalecie, a w jednym przypadku rewizję ko­biecie zrobiono w miejscu ogólnodostępnym, przez które często przechodzili policjanci (także w jej trakcie). Marcie policjantka kazała się rozebrać do naga, zdjąć bieliznę, wypinać się, pochylać. Powiedziała, że to na wypadek, gdyby w jakimś otworze ciała ukryła żyletki. Po rewizji zabrała bieliznę. Mówiła, że dlatego, że może Marta będzie chciała się na niej powiesić. - Wiem o kil­ku kobietach, które też zostały tak potraktowane - mówi Marta. Niektórzy policjanci wyraźnie widzieli nieadekwatność środków, mówili ekologom, że to nie ich decyzje, migali się od wykonywa­nia poleceń. Ale byli i tacy, którzy chętnie pokazywali, kto rządzi, rzucali wulgarne i obraźliwe komentarze.
   Jeszcze nie ucichły komentarze dotyczące zachowania poli­cjantów w komendzie przy Opaczewskiej, a już pojawiła się in­formacja, że policyjni związkowcy z Dolnego Śląska doprowa­dzili do ścigania dziennikarza Wojciecha Bojanowskiego z TVN za ujawnienie kompromitujących policję materiałów ze śledztwa dotyczących okoliczności śmierci Igora Stachowiaka na wrocław­skim komisariacie. Policjanci wielokrotnie razili chłopaka para­lizatorem w policyjnej toalecie, i to jeszcze zakutego w kajdanki.
Jak donosi Wirtualna Polska, z utajnionego przez MSWiA raportu o poziomie agresji w policji wynika, że prawie co drugi funkcjona­riusz brał udział w interwencji, podczas której nadużywał siły.

wtorek, 28 listopada 2017

Prezydent Biedroń z bliska



W Słupsku mówią, że zarządzanie miastem męczy Roberta Biedronia. Dlatego głównie jeździ po świecie. W delegacjach spędził w ciągu trzech lat aż siedem miesięcy.

Renata Grochal

Mimo późnej pory na Europejskim Forum Nowych Idei w So­pocie spore emocje. Na panel zaplanowa­ny między godziną 23 a 1 w nocy przyszło prawie sto osób. Młode pokolenie poli­tyków ma dyskutować o tym, co po PiS. Na sali są już Joanna Mucha i Borys Bud­ka z Platformy Obywatelskiej, Katarzy­na Lubnauer i Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej oraz Barbara Nowacka z Inicjatywy Polska. Czekają na prezy­denta Słupska Roberta Biedronia.
   - Biedroń przyszedł spóźniony i od wejścia gwiazdorzył. Zachowywał się tak, jakby robił łaskę, że w ogóle się po­jawił. A gdy przyszła jego kolej, po­wiedział znudzony, że nie chce mówić o PiS, tylko o marzeniach, bo one są w po­lityce najważniejsze - opowiada uczest­niczka dyskusji.
   - Jakie są jego marzenia? - dopytuję.
   - No właśnie nie potrafił powiedzieć. Do tej pory oglądałam go tylko w telewizji i byłam bardzo ciekawa, jaki jest na żywo. Ale mnie rozczarował. To chyba najbar­dziej nadmuchany balon w polskiej poli­tyce - ocenia moja rozmówczyni.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Antoni niewygodny



Macierewicz osłabł. W PiS nie wierzą, że udowodni zamach smoleński. Wojskowi boją się, że jego rządy w MON zupełnie rozłożą polskie wojsko

Paweł Reszka, Michał Krzymowski

Polityk PiS: - Jasne, że najlepiej byłoby go od­wołać. Pytanie tylko, co z nim dalej zrobić?
   Najbardziej zalazł za skórę prezydento­wi. Andrzej Duda daje do zrozumienia, że z ministrem obrony nie ma ochoty współ­pracować. Zaś prezydenccy doradcy po cichu spotykają się z ekspertami ds. wojskowości. Zbierają argumenty potwierdzające tezę, że Macierewicz psuje armię. Wszystko po to, by Dudzie łatwiej było przekonać prezesa Jarosława Kaczyńskiego do pożegnania z szefem MON.

I
Sam Macierewicz zachowuje się, jakby kierował obroną oblężonej twierdzy.
   Polityk PiS: - Nikomu nie ufa. Uważa, że ktoś na niego czyha.
   Nasze źródła w MON mówią, że Macierewicz zarządził przebu­dowę bezpiecznego pomieszczenia - tak zwanego bunkra - w bu­dynku przy ulicy Klonowej, gdzie urzęduje.
Ma być wyposażone w dodatkową aparatu­rę eliminującą możliwość podsłuchu. - Po­mieszczenie było wyposażone dobrze, ale pan minister uważa, że budynek jest zbyt blisko rosyjskiej ambasady i nie jest bez­piecznie. Ma obsesję sprawdzania wszyst­kiego - opowiada nasz rozmówca.
   Szczegółowe i częste są kontrole pi­rotechniczne. Sprawdzane są nawet po­mieszczenia przy Klonowej, do których dostęp ma naprawdę ograniczona liczba osób. A także samochody i samolot trans­portowy Casa, z którego minister z upodo­baniem korzysta. Z ochroną osobistą jest podobnie. Podczas niektórych imprez jest większa niż ta, z której korzysta prezydent.
   Generał w stanie spoczynku: - To za­bawne, ale nawet młody wiceminister Bartosz Kownacki ma dwóch ochroniarzy.
Poprzednio zastępcy ministra mieli za­zwyczaj kierowcę i tyle.
   Osoba związana z jednostką GROM:
- Od razu dało się zauważyć, że pan mini­ster GROM nie ufa. Tak jakby się obawiał, że możemy być narzędziem jakiegoś puczu. To było dziwaczne, ale zauważyliśmy, że chce stworzyć jakąś przeciwwagę dla nas. Zaczął gwałtownie wspierać żandarmerię.
   Najważniejszy jest dla niego Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej - ten właśnie, który chroni ministra. Jak podawał Onet, żołnierze z tego oddziału mają wynajęty lokal naprzeciwko miesz­kania Macierewicza, by skuteczniej dbać o jego bezpieczeństwo.
   Polityk PiS: - Żeby pokazać im, że lojalność popłaca, żandar­mi dostali takie dodatki, że zarabiali tak jak GROM. Do tego niemal nieograniczony budżet na sprzęt. Mają teraz takie za­bawki, że nawet policji, która na co dzień zajmuje się śledztwami i pracą operacyjną, opadły szczęki.