środa, 20 lipca 2016

Nie zasługujemy na rządy PiS



Śmieszy mnie robienie z Kaczyńskiego geniusza politycznego. Człowiek, który bez zahamowań używa mowy nienawiści, który szkodzi własnemu krajowi, nie jest na pewno tytanem moralnym ani intelektualnym mówi prof. Leszek Balcerowicz

Rozmawia Renata Kim, Marek Szczepański

NEWSWEEK: Chce się panu jeszcze tak gardłować w sprawie Polski?
PROF. LESZEK BALCEROWICZ: Ludzie dzielą się na różne gru­py - jedni czekają, aż inni zrobią za nich robotę, inni twierdzą, że nic się nie da zrobić; ja należę do trzeciej grupy i uważam, że dopóki nie ma całkowitej pewności, że ważnej sprawy nie da się obronić, dopóty trzeba o nią walczyć.

„Trzeba się bić z PiS o Polskę” - tak zatytułował pan swoją książkę.
- Tak. Atak PiS na państwo prawa i na rynkową gospodarkę oraz ich kłamliwa propaganda osłabiają Polskę i niszczą jej obraz. I robią to po okresie, w którym Polska osiągnęła największy w ostatnich 300 latach sukces, jeśli chodzi o doganianie Zacho­du. Dzielą Polskę wewnętrznie, akurat wtedy, gdy zwiększają się zewnętrzne zagrożenia. To tak, jakby realizować plan Putina; to potworny moralny skandal! Trzeba pokazywać szkodnictwo i za­kłamanie tej ekipy - brak skrupułów, niski poziom moralny, ideologiczną nędzę, nie­kompetencję. Im dłużej będą trwały rządy PiS, tym gorzej dla Polski.

Kaczyński z kolei pana nazywa „szkodnikiem”.
- Gdyby to zrobił Władysław Bartoszew­ski, Jan Nowak-Jeziorański, Zbigniew Brzeziński czy parę innych osób, to- bym się przejął. Zastanowiłbym się, czy nie mają racji. Ale dlaczego miałbym się przejmować opinią Kaczyńskiego? On mi się po prostu odwinął, bo to ja go tak nazwałem. Ale uzasadniłem, dlaczego uważam go za największego ustrojowe­go szkodnika po 1989 roku. Trochę mnie śmieszy robienie z niego demiurga, ge­niusza politycznego. Człowiek, który nie ma zahamowań w używaniu mowy niena­wiści, który ma anachroniczne poglądy na gospodarkę, który szkodzi własnemu krajowi, nie jest na pewno tytanem moralnym ani intelektualnym.

Za to doskonale wyczuwa, czego potrzebują Polacy. Obiecał im nie tylko poprawę bytu, ale także przywrócenie godności.
- No i kto w to wszystko uwierzy? Kto wierzy w te deklaracje o wolności i godności ze strony człowieka, który należy do naj­bardziej niepopularnych wśród wszystkich polityków? Przecież to, co on robi, jest szkodliwe, ale niesamowicie banalne: obiecu­je, oskarża i obraża oponentów. Przez swoją agresywną propa­gandę i obietnice zmobilizował pokłady frustracji, które istnieją w każdym społeczeństwie. Dla partyjnych celów odwołał się do różnych grup protestu: frankowiczów, przeciwników gimna­zjów i sześciolatków w szkołach, zwolenników przywrócenia niższego wieku emerytalnego itp. Tak długo, jak ma się środki na spełnianie obietnic, to sporą część ludzi można przekupy­wać. Ale my nie mamy nadwyżki w budżecie, tylko wysoki defi­cyt. Za to jest dużo posad do rozdania, co PiS wykorzystuje bez żadnych zahamowań, próbując jednocześnie odwracać prywa­tyzację, choć mamy najwięcej własności państwowej w krajach OECD. No, ale w firmach prywatnych nie można tak łatwo roz­dawać posad partyjnym działaczom.

wtorek, 19 lipca 2016

Zbieracz



Łamigłówka: czy kiedy robisz interesy z żoną ministra, a twoją spółkę nadzoruje jego córka, to możesz kierować ważną kliniką, którą nadzoruje ten minister?

Wojciech Cieśla

Jarosław Pinkas, lekarz, wice­minister zdrowia, z korup­cją ma krzyż pański. Osiem lat temu sam jako podejrza­ny odsiedział kilka miesię­cy w areszcie (sąd pierwszej instancji go uniewinnił). Jego przyjaciela i wspólni­ka żony oskarżono publicznie o „prokorupcyjne zachowania” (oczyścił go sąd lekarski, oskarżenia o nieetyczne zacho­wanie potwierdził rzecznik odpowie­dzialności zawodowej).
   Gdy miesiąc temu przyjaciel został ważnym kierownikiem w klinice - na­zwijmy ją X, wśród warszawskich leka­rzy zaczęło się gotować: że etycznie coś tu szwankuje, że jak to, kolega ministra i wspólnik jego żony, że przecież tamte zarzuty? I jak to możliwe, żeby klinikę kolegi X osobiście nadzorował minister Pinkas?
   Chciałem się spotkać z Jarosławem Pinkasem, porozmawiać o jego znajo­mym, korupcji i emocjach środowiska. Wiceminister zdrowia nie miał czasu. Miał za to szczęście. W ubiegłym tygo­dniu sąd po raz kolejny miał sprawdzić, dlaczego w 2005 roku Pinkas wziął od firmy medycznej luksusowe pióro za prawie trzy tysiące złotych. Ale na sali rozpraw doszło do cudu: zreformowa­na przez PiS prokuratura uznała, że oskarżanie ministra z rządu PiS było pomyłką. Decyzję podjął młody proku­rator, awansowany w kwietniu przez Zbigniewa Ziobrę.

KŁOPOT DLA KOSTKA
Jarosław Pinkas powtarza, że podłe oskarżenia zniszczyły mu życie i karierę. Za rządów PiS w latach 2005-2007 był wiceministrem zdro­wia. W 2008 r. za korupcję zatrzymała go łódzka ABW. W tymczasowym areszcie spędził kilka miesięcy, wyszedł za kau­cją - 200 tys. zł. Wiosną ubiegłego roku ogłosił, że został uniewinniony. Drzwi do politycznej kariery stanęły otwo­rem i w listopadzie po raz drugi w życiu został wiceministrem w rządzie PiS.
   Ale prokuratura nie podzieliła opinii o niewinności Pinkasa. Miesiąc po tym, jak został ministrem, na jej wniosek Sąd Okręgowy w Warszawie skierował spra­wę do ponownego rozpoznania przez sąd pierwszej instancji.
   Mówi jeden z działaczy PiS z centra­li partii na Nowogrodzkiej w Warszawie: - Wokół tej sprawy był u nas jakiś kwas. Po jego deklaracji o niewinności nikt nie zwrócił uwagi, że chodziło o wyrok pierwszej instancji, że to nie jest osta­teczne. W grudniu kwestia cofnięcia jego sprawy o korupcję do sądu przeszła bez echa, bo rozgrywała się w czasie najwięk­szej awantury o Trybunał Konstytucyj­ny. Dopiero wiosną ktoś się zorientował w sytuacji: za chwilę urzędujący mi­nister z PiS będzie siedział na ławie oskarżonych. Mieliśmy zagwozdkę - bę­dzie się zwalniał z narad na Miodowej [siedziba Ministerstwa Zdrowia - przyp. red.], żeby chodzić na rozprawy? Do tego Kostek [Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia - przyp. red.] jest na cenzuro­wanym u prezesa. Kłopot.
   Piątek, 15 lipca. Warszawski sąd. Pin­kas nie przychodzi na rozprawę. - Jarka nie będzie. Kostek reformę szykuje, ro­boty mają od cholery - wzdycha na kory­tarzu jeden z oskarżonych.
   Na sali sensacja. Prokurator wycofuje akt oskarżenia. Na twarzach obrońców zdziwienie - to niezwykle rzadko stoso­wana procedura, kompromitująca orga­ny ścigania, ale nieodwołalna. Zamyka sprawę. Nikt już nie będzie roztrząsał przypadków wiceministra.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zostanie zła pamięć


Mówią, że żyją w schizofrenii. Pracują przy tworzeniu telewizyjnych „Wiadomości”, ale starają się ich nie oglądać. Bo jak obejrzą, to widzą, jak wiele w nich manipulacji. Ale nie potrafią odejść, bo, jak szczerze mówią, gdzie znajdą taką robotę?

Małgorzata Święchowicz i Renata Kim

Księgowa z Wielkopolski, pseudonim Eli­zabeth Betty, ma na biurku dwa monitory. Jeden do pracy, drugi, żeby być na bieżąco z tym, co się dzieje w publicznej telewizji. Sama co prawda założyła na Facebooku gru­pę „Nie oglądam telewizji narodowej”, ale ostatnio doszła do wniosku, że nie oglądać to jednak za mało. - Nie można odpuścić. To, co oni wyczyniają, trzeba wychwytywać, udostępniać. Inaczej te manipulacje będą przechodzić bez echa. Mam w komputerze tak poustawiane aler­ty, że gdziekolwiek pojawi się informacja o publicznej telewizji, to zaraz wiem i staram się udostępnić innym - tłumaczy. Po tym, jak Barack Obama powiedział w Warszawie o Trybunale Konsty­tucyjnym, w napięciu czekała, co z tym zrobią „Wiadomości”. No i masz! Przycięli Obamę! Myślała, że nie wytrzyma.
   Magda Jethon, do niedawna szefowa radiowej Trójki, nie wy­trzymała. Napisała do Krzysztofa Ziemca list otwarty: „Krzysiu, nie mogę uwierzyć, że godzisz się firmować te świństwa”. Kiedyś razem pracowali w „Trójce”, teraz ona działa w Komitecie Obro­ny Demokracji, a on jest twarzą głównego wydania „Wiadomości”, które - dzień po tym, jak ocenzurowały amerykańskiego prezy­denta - zajęły się KOD-em. Podały, że dzięki uprzejmości war­szawskich władz dostał lokal w Pałacu Kultury i Nauki, wyjątkowo tanio, bo ma płacić tylko 200 zł czynszu. Kwota była wyssana z pal­ca, zresztą w informacji zgadzał się w zasadzie tylko adres lokalu.

niedziela, 17 lipca 2016

Wielkie greckie wesele



Jarosław Kaczyński to pierwszy w Polsce prawdziwy, dojrzały populista. A populizm nieraz upada dopiero wtedy, gdy najpierw doprowadzi do ruiny gospodarkę i państwo, jak to się stało w Grecji czy Wenezueli

Populizm to - jak mawiał Walther Rathenau, zamor­dowany przez nacjonalistów najwybitniejszy polityk Re­publiki Weimarskiej - bunt polityki przeciw ekonomii. Jarosław     Ka­czyński stanął na czele takiego buntu, by zdobyć władzę i ją skonsolidować, choćby za cenę zmiany ustroju państwa.
   Kaczyński to pierwszy w polskiej hi­storii dojrzały, radykalny populista. Po­lityk w rodzaju Peróna w Argentynie czy Chaveza w Wenezueli, przy których Ty­miński i Lepper to populistyczne przed­szkole. Jego najnowsza deklaracja, że „musimy odrzucić nieszczęsne koncep­cje szkodnika Balcerowicza”, jest kolejną odsłoną politycznego paktu, jaki zawarł z elektoratem odrzucającym w całości polską transformację ustrojową.

POPULIZM PRZECIW TRANSFORMACJI
Kluczowy w Polsce po roku 1989 po­dział na zwolenników i przeciwni­ków transformacji był ważniejszy od podziału na postkomunistów i obóz post­solidarnościowy, katolików i antyklery­kałów, a nawet lewicę i prawicę. Spory historyczne i ideologiczne bardziej misty­fikowały walkę o wątłe zasoby odbudowu­jącej się z PRL-owskich ruin gospodarki, niż ją opisywały. Elity transformacji wy­wodziły się z obu historycznych obozów, a jej beneficjentami byli ludzie, którzy podjęli ryzyko działalności gospodarczej i odnieśli sukces, o jakim w latach 80. nie mogli nawet pomarzyć.
   Z kolei na obóz przeciwników transfor­macji składali się ci spośród postkomu­nistów, którzy czuli się zdradzeni przez uczestniczącą w transformacji elitę poli­tyczną PZPR, elitę gospodarczą późnego PRL i analogiczne „doły” obozu postsoli­darnościowego (polityczni radykałowie, część wielkoprzemysłowych robotników czy ludzie kulturowo zaszokowani libe­ralną zmianą). Także w tej części polskie­go społeczeństwa, która w konflikcie lat 80. nie brała udziału, jedni skorzystali z transformacji, podczas gdy inni przeży­wali przede wszystkim szok zmiany.
   Znaczący elektorat odrzucających transformację istniał w Polsce od począt­ku. Łatwo go było zmobilizować, na co dowodem stało się spektakularne zwy­cięstwo Stanisława Tymińskiego nad Ta­deuszem Mazowieckim w pierwszych wyborach prezydenckich 1990 r. Mazo­wiecki przegrał nie dlatego, że Tymiń­ski był bardziej charyzmatyczny czy miał alternatywny program rozwoju Polski. Słynna czarna teczka, którą Tymiński po­kazywał na wiecach, była tak samo pusta jak lustracyjne i dekomunizacyjne tecz­ki Macierewicza czy Cenckiewicza. Albo teczki, z których Mateusz Morawiecki wyciąga obietnice mocarstwowego roz­woju Polski: miliardy na wsparcie przed­siębiorstw i gałęzi przemysłu, obietnica zbudowania „polskiego Houston”, wypro­dukowania „miliona elektrycznych sa­mochodów”... Każda z tych obietnic zaprezentowana pojedynczo byłaby cie­kawa, obiecane jednocześnie są tylko po­pulistycznym bełkotem.
   Mazowiecki przegrał z Tymińskim, bo wziął na siebie polityczną odpowiedzial­ność za działania Balcerowicza i w ogóle za rozpoczęcie ustrojowej transformacji, której społeczne koszty ujawniły się szyb­ko, a zyski były odroczone. Tymczasem populizm - wówczas Tymińskiego, dziś Kaczyńskiego - opiera się na odwrotnej zasadzie. Zyski z populistycznego roz­dawnictwa i zatrzymania reform są na­tychmiastowe - konkretne pieniądze do ludzkich kieszeni (nawet jeśli jedynie przełożone z innej kieszeni, bez rzeczy­wistego impulsu rozwojowego), zaspo­kojenie nostalgii za dawnymi dobrymi czasami, złagodzenie lęku przed zmianą. Koszty populizmu zaś - zatrzymanie go­spodarczego rozwoju, zmarnotrawienie bogactwa, zniszczenie polityki i państwa - zawsze są odroczone. Tymiński w 1990 roku zebrał „odrzucone kamienie” pol­skiej transformacji. Lepper też próbował ten elektorat przechwycić. Jednak Ka­czyński uczynił z niego narzędzie total­ne, służące mu do zdobycia i konsolidacji władzy.
   Jak zwykle u Kaczyńskiego jest w tym wiele cynizmu i pragmatyzm doraźnej walki o władzę. Na samym początku swo­jej politycznej drogi, kiedy był przy Wa­łęsie, a także gdy tworzył Porozumienie Centrum, Kaczyński wcale nie chciał być wyłącznie reprezentantem „odrzuconych kamieni” polskiej transformacji. Po wy­granej Wałęsy w wyborach prezydenckich nie domagał się obalenia „szkodnika Bal­cerowicza”. Chciał tylko uzupełnienia obsady resortów gospodarczych swoimi partyjnymi ludźmi (np. Adamem Glapińskim). Próbował przebić się do klasy średniej, do protransformacyjnych elit obu stron postkomunistycznego podzia­łu (wciąż próbuje), ale bez skutku. Jego zdobycze po stronie postkomunistycz­nej (sędzia Kryże, prokurator Piotrowicz) raczej go kompromitują. Są analogiczne do sukcesów Leppera, który także pozy­skał miłość byłych milicjantów, esbeków, dawnych powiatowych działaczy apa­ratu partyjnego, którzy nie załapali się na transformację, więc uważali Millera, Kwaśniewskiego, Krauzego, Kulczyka za złodziei i zdrajców.

sobota, 16 lipca 2016

Kabaret Mru-Mru,Śmielej!,Nos wywraca,Kontrrewolucja i Szczyt i wstyd



Kabaret Mru-Mru

Przed meczem Francja-Niemcy, żeby podwyż­szyć sobie poziom adrena­liny wyjątkowo obejrzałem „Wiadomości” TVP i nie ża­łuję, bo dostałem lekcję kiwania i faulowania.
Jak wiadomo, przed szczytem NATO w Warszawie naj­ważniejsza decyzja była już znana: wzmocnienie wschod­niej flanki staje się faktem. Ale była jeszcze jedna sprawa, trochę niewygodna dla gospodarzy - PP. Dudy, Szydło, Macierewicza - oraz ich szefa wszystkich szefów. Miano­wicie demokracja i praworządność w Polsce, a konkretnie dobijanie Trybunału Konstytucyjnego.
   Obrońcy Trybunału (w uproszczeniu - dzisiejsza opo­zycja) mieli nadzieję, że prezydent Obama się nie prze­straszy i poruszy tę sprawę w rozmowie z niezłomnym (jak sam o sobie mówi) prezydentem Dudą. Wszak strona amerykańska, począwszy od listu trzech („niedoinfor­mowanych”) senatorów, w tym bohatera prawicy Johna McCaina, poprzez („niefortunne”) wypowiedzi sekretarza stanu Johna Kerry’ego, wystąpienia („wiecowego”) Bil- la Clintona, nie mówiąc już o mediach amerykańskich - wielokrotnie wyrażała zaniepokojenie tym, co dzieje się w Polsce. W przeddzień wyjazdu prezydenta do Polski „New York Times”, a wcześniej „Washington Post”, w ko­mentarzach redakcyjnych wyrażały nadzieję, że Obama przypomni Dudzie o wartościach, których broni NATO.
   Dla odmiany strona rządowa w Polsce, dyplomacja pod wytrawnym kierownictwem ministra Waszczykowskiego, politycy PiS i media narodowe (primo voto „niepokorne”) na wszelkie sposoby usiłowały zniechęcić Jankesów do te­matu. Zwłaszcza że konflikt wokół Trybunału, „sztucznie podsycany przez bankrutów politycznych, odstawio­nych od koryta”, został właśnie triumfalnie rozwiązany (wraz z Trybunałem - dodajmy). W trakcie bohaterskich całonocnych zmagań z samym sobą udało się w Sej­mie - poprzez odrzucenie wszystkich poprawek opozy­cji - wypracować kompromis PiS-u z PiS-em. Opozycja w Sejmie, ledwo zdołała otworzyć usta, zaraz była ucisza­na, bo „znamy pański punkt widzenia” (lejdi Pawłowicz).

Czymże jest jeden przebrzmiały konflikt o jakiś Trybunał w porównaniu z doniosłą tematyką szczytu? - mogła twierdzić strona polska. Wszak jesteśmy krajem suweren­nym. Mamy to na piśmie, w formie specuchwały parla­mentu. Wreszcie, dawaliśmy Amerykanom odczuć, że nie wypada, żeby supermocarstwo, korzystając z naszej go­ścinności w Warszawie, ingerowało w sprawy wewnętrzne demokratycznego państwa polskiego, które - jak to słusznie przypomniał historyk Macierewicz - cieszyło się demokra­cją dużo wcześniej niż Amerykanie, którzy zaczęli budować swoje państwo w XVIII w. Można powiedzieć, że Ameryka­nie żyli w hordach, kiedy Polska miała już Sejm.
   Nic więc dziwnego, że wieczorem 7 lipca zasiadłem przed telewizorem nie tylko z powodu meczu Francja-Niemcy, ale i z powodu rozgrywki obu prezydentów o Polskę, a kon­kretnie o to, czy Obama wspomni o Trybunale w rozmowie z Dudą. Najpierw, z ulgą, dowiedziałem się (oczywiście z „Faktów” TVN), że Trybunał górą. Dyrektor do spraw Europy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA Charles Kupchan powiedział, że spotkanie Obama-Duda ma dotyczyć stosunków dwustron­nych z Polską, „włącznie z naszą troską w sprawie toczącego się w Polsce sporu na temat Trybunału Konstytucyjnego”. Była to najważniejsza wia­domość „Faktów”.

piątek, 15 lipca 2016

Wszystkie winy Tuska



JERZY BACZYŃSKI: - Ostatni raz spotkaliśmy się na pogrzebie Janki Paradowskiej i to jest nasz pierwszy wywiad od ponad ćwierć wieku bez niej, bo zwykle rozmawialiśmy we troje. Wspominał pan na pogrzebie o swoim szczególnym sentymen­cie do Janki, i chyba z wzajemnością, choć i dla pana, i pańskiej formacji bywała nieprzyjemna. Skąd ta szczególna relacja?
DONALD TUSK: - Nieczęsto spotyka się ludzi, którzy lubią i ro­zumieją politykę, jej mechanizmy i wnętrzności, a równocześnie w najmniejszym stopniu nie stają się cyniczni.
Zastanawiałem się, jakie pytanie by Janka zadała na początek dzisiejszej rozmowy. A ponieważ potrafiła być i bywała dość obcesowa, pomyślałem, że pewnie od razu zaatakowała­by tematem dnia: właśnie Sejm powołuje komisję śledczą w sprawie Amber Gold i, jak wszyscy mówią, jest to komisja „na Tuska". Bo cokolwiek teraz Donald Tusk zrobi, gdy zostanie wezwany na przesłuchanie, stawi się czy nie, będzie propagan­dowa jazda. No więc, stawi się czy nie?
Jako obywatel Rzeczpospolitej mam swoje prawa i obowiązki. Z pierwszych będę korzystał, z drugich się wywiązywał. Nie ma wątpliwości, że ta komisja jest wycelowana we mnie, jej inicjato­rzy nawet tego nie ukrywają. Ale niezależnie od ich intencji wynik tej konfrontacji nie będzie dla nich pozytywny. Zawsze dobrze się czułem w otwartych debatach, kiedy można było stanąć twarzą w twarz z oponentem. Niech się boją ci, którzy wzywają, bo jestem pewny swych racji.
Ale to znaczy, że pan się stawi?
Tak.
Widać jednak, że komisja ws. Amber Gold jest dla pana rodzajem ostrzeżenia, żeby pan lepiej nie wracał na stałe do Polski, bo prokurator Ziobro zadręczy pana śledztwami. Więc pytam: zamierza pan w ogóle wrócić do polskiej polityki?
Często słyszę od ludzi, żebym wracał, bo się źle dzieje. Wielu Polakom nie podoba się, że trzeba będzie żyć z rządem PiS jesz­cze ponad 3 lata. Ale mój wcześniejszy powrót nie zmieni tego oczywistego faktu, jakim jest wynik wyborów sprzed 9 miesięcy Demokracja to nie tylko prawo wyboru władzy ale też konieczność respektowania konsekwencji swojego wyboru. Nawet cudotwór­ca nie zmieni nagle, z dnia na dzień, politycznej rzeczywistości, która wyłoniła się po wygranej PiS. A ja w dodatku nie jestem cu­dotwórcą. Fakt, bardzo trudno pogodzić się z wieloma rzeczami, które się dzisiaj w Polsce dzieją, ale nie należy poszukiwać prostej recepty. Miło się słucha opowieści o „powrocie na białym koniu”, ale to iluzja. Tu trzeba kilku lat bardzo ciężkiej pracy wielu ludzi. Żeby odsunąć tę ekipę od władzy, opozycja musi wygrać po prostu przyszłe wybory a nie szukać łatwych dróg na skróty.
I to jest zadanie raczej dla tych, którzy są tutaj, a już nie dla Tuska?
Tak uważam. Gdyby rzeczywiście miało tak być, że mój powrót jest jedynym sposobem na odwrócenie trendu - a zbyt trzeźwo oceniam też własne możliwości, żebym w to wierzył - to by zna­czyło, że PiS i Jarosław Kaczyński nie mają dzisiaj w ogóle w Pol­sce konkurencji. A moim zdaniem tak nie jest. Ta konkurencja to przede wszystkim opinia publiczna i spontaniczne ruchy oby­watelskie. To gotowość trwania przy swoich wartościach, którą ma­nifestuje się na różne sposoby. A to, że opozycja dzisiaj jest trochę rozbita i bez pomysłu? Cóż, ja widziałem już wiele razy takie sytu­acje po przegranej, po utracie władzy. Ludzie dość długo się zbierają i wymaga to często dekompozycji i ułożenia się na nowo. Czas plus praca - to są tak naprawdę dwa warunki niezbędne do wygranej.
Wzywa pan zatem do cierpliwości?
Panika czy histeria to najgorsi doradcy. I powiem szczerze, jeśli opozycja w Polsce „ogarnie się”, to wtedy pytanie o mój powrót do krajowej polityki stanie się drugorzędne.

czwartek, 14 lipca 2016

Pan Zaradkiewicz



Do kwietnia o Kamilu Zaradkiewiczu, pracowniku Trybunału Konstytucyjnego od 15 lat, słyszało niewielu. Nagle i dość niespodziewanie stał się gwiazdą prorządowych mediów, okrzyknięto go męczennikiem. Dlaczego?

Kamil Zaradkiewicz, 44-letni dyrektor Zespołu Orzecz­nictwa i Studiów TK, udziela 19 kwietnia wywiadu „Rzeczpospolitej”, a potem jeszcze „Wiadomościom” TVP. Można ją streścić mniej więcej tak: wyroki TK nie zawsze są ostateczne. Taką tezę lansuje też PiS w toczo­nym od miesięcy sporze o Trybunał. Pasuje rządowi do opowie­ści, że premier ma prawo nie publikować wyroku. A Zaradkiewicz brnie dalej, twierdząc, że prof. Rzepliński „doprowadza Trybunał do ruiny”. Dzień po wywiadzie kierownictwo Trybunału poprosiło go o ustąpienie z dyrektorskich funkcji i zakazało medialnych wy­powiedzi w sprawach dotyczących TK Stracili do niego zaufanie.

   Uczeń zmienia front
   Do Trybunału sprowadził Zaradkiewicza prof. Marek Safjan w 2000 r. Na czwartym roku student prawa na UW przyszedł do profesora na seminarium, potem pisał doktorat pod jego kierownictwem. Za habilitację na temat instytucjonalizacji wolności majątkowej otrzymał nagrody i wyróżnienia.-Zapro­siłem go do współpracy w Trybunale, był moim asystentem i bar­dzo dobrze wspominam tę współpracę. Darzyłem go wielkim za­ufaniem. Często rozmawialiśmy o koncepcjach konstytucyjnych i zgadzaliśmy się ze sobą w tym względzie - mówi prof. Marek Safjan, prezes Trybunału w latach 1998-2006, obecnie sędzia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Co się zatem stało z pana uczniem? - Nie znajduję żadnej odpowiedzi. To, jak dziś działa, co mówi, to jest dla mnie pod każdym względem niezrozumiałe, to zaprzeczenie tego, co robił i mówił do tej pory. To dla mnie bardzo bolesne, bo byłem przekonany, że jako na­uczyciel przekazałem mu wartości, ale dziś widzę, że wszystko nas dzieli- odpowiada prof. Safjan. Od ponad sześciu miesięcy nie ma kontaktu z Zaradkiewiczem. Dostał od swojego ucznia tylko esemes, który zabrzmiał jak pouczenie: „Jestem rozcza­rowany i zdumiony Pana postawą...”.
   Dyrektorem w Trybunale uczynił Zaradkiewicza w 2006 r. Jerzy Stępień (prezes TK latach 2006-08). Ze stanowiska odchodził wte­dy wieloletni dyrektor i choć Zaradkiewicz niczym szczególnie się w biurze nie wyróżniał, to awansował. - Wykonywał swoje obo­wiązki na normalnym poziomie. Był uczniem prof. Safjana, więc zaufałem jego wiedzy. Żałuję, bo dziś wykazuje się wyjątkową nielojalnością w stosunku do instytucji i ludzi w niej pracujących. To bardzo bolesne, bo chodzi też o to, że kiedy był w szczególnie trudnej osobistej sytuacji, to Trybunał okazał mu wiele zrozumie­nia i wsparcia - podkreśla Stępień.

środa, 13 lipca 2016

Zaślepieni i pyszni



Kaczyński jest potrzebny tym, którzy go wspierają, ale ta masa jest też potrzebna Kaczyńskiemu. Bez niej nic nie znaczy. Kiedyś jego „lud Boży” zacznie zazdrościć działaczom PiS i dostrzegać ich grzechy. I wtedy PiS się skończy – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Czy dzieci się pana boją? Brzydzą się może?
PROF. ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Wręcz przeciwnie, lezą do mnie jak pszczoły do miodu. Uwielbiam je zresztą i na ogół dobrze się z nimi dogaduję, choć nie na­daję się na miss turnusu, a i wiek też wia­domy. Może sobie schlebiam, ale dzieci interesują się mną, bo są ciekawe świa­ta we wszystkich jego aspektach, także w tym, co dotyczy starości i umierania. Posłowie PiS uważają, że choroba, sta­rość i śmierć to sprawy nieodpowied­nie dla dziecięcych umysłów. Proponują, by domy opieki dla osób starszych nie sąsiadowały z obiektami dla dzieci.
- To absurd. Dzisiejszy świat jest mocno owładnięty quasi-religią wiecznego ży­cia i wiecznej młodości. Ma swoiste ry­tuały -jak odsysanie tkanki tłuszczowej, ma własne świątynie w postaci klubów fitness i raje w postaci wakacji na Karai­bach. Niechętnie patrzy na starzenie się, chorowanie, umieranie. Ciężko chorych zamyka się w szpitalach i hospicjach, ukrywa za białymi parawanami, dzieci nie prowadzi się na pogrzeb dziadków. Nawet w kinie trudno zobaczyć miłość dwojga starszych ludzi, z jej gorzką, przerażającą ironią, ze śmiercią w tle, jaku Roberta Altmana w „Trzech kobietach”. A PiS ma do tej religii wiecznej młodości podejście cyniczno-praktyezne.
Co to znaczy?
- Wykorzystuje nastroje ludzi rze­czywiście skrzywdzonych, ale także złe emocje zdrowych, młodych kobiet i mężczyzn, rozpychających się łokcia­mi, nieliczących się z nikim i z niczym, depczących słabych. PiS odwołuje się więc także do kogoś, kto przypomina ty­tułowego „rwacza” z powieści Ilii Eren­burga i Edka z „Tanga” Mrożka - chama krzepkiego i bezwzględnego. „Rwacz” korzysta z rewolucyjnego chaosu i bie­rze co się da: kobiety, dobra materialne i awans społeczny. A Edek bierze wszyst­ko z powodu bezwolności, przyzwolenia i lęków mieszczańskiego, inteligenckie­go świata. Polski Edek - rosły facet, trzydziestoparoletni, miłośnik szybkich samochodów, brzuchaty, w bejsbolówce - to jeden z głównych klientów PiS.
Nastały czasy Edka?
- Nastały. Edek nic nie potrafi, jest głu­pi, ale głupota, jak już zauważył Erazm z Rotterdamu, jest skuteczniejsza od działań ludzi myślących. Bo człowiek re­fleksyjny, w miarę rozumny zastanawia się, ma wątpliwości. Edek wątpliwości nie ma, działa w stadzie. Człowiek myślą­cy może, owszem, wyrazić solidarność z innymi, ale dba o swoją indywidual­ność. A w Edkach nie ma nic indywidu­alnego - produkowani są standardowo z tymi swoimi bejsbolówkami i gaciami do kolan, z quadami, z piwskiem w łapie i z marzeniem o luksusowych autach. I to właśnie dla Edka i jego pyskatych part­nerek rząd PiS chce zlikwidować klasy integracyjne w polskich szkołach.
W czym im przeszkadzają dzieci niepełnosprawne?
- No, przecież nie są krzepkie, sprawne i piękne. Zdaniem Edka oczywiście, bo to jest estetyka wyniesiona z filmów ka­tegorii C o przemocy i seksie, z tandet­nych obrazów ludzkiego samca i ludzkiej samicy.
A nie chodzi raczej o to, że konserwa­tywni politycy uważają, iż o brzydkich i trudnych rzeczach się nie mówi? Więc i te niepełnosprawne dzieci lepiej schować?
- Systemy totalitarne manifestują swo­ją sprawność, siłę, zdrowie. Mają skłon­ność do marginalizowania ludzi starych, chorych i kalek. A jednocześnie potrafią tych ludzi używać do własnych celów.
Celowo użył pan określenia „totalitarny”?
- Nie użyłem go w stosunku do Kaczyń­skiego, tylko aby pokazać, że jego partia czyni użytek z rozmaitego dziedzictwa - także reżimów autorytarnych i tota­litarnych XX wieku. Kult masy, wodzo­stwo ożenione z ornamentami państwa liberalnego, zamykanie ust opozycji, kontrola nad mediami, przyzwolenie dla różnych formacji, co prawda mar­ginalnych jeszcze, ale głośnych, kse­nofobicznych, rasistowskich. Do tego przyzwolenie dla mowy nienawiści i po­pulizm różnego chowu. Niektórzy mó­wią, że Kaczyński to system autorytarny w stylu lat 30., ale to nieprawda. Tam, gdzie trzeba, korzysta z zasobów lat 30., ale gdzie trzeba - także z języka i środ­ków liberalnych. To bardzo skuteczne w zdobywaniu poparcia mas. Partie li­beralne i ludowe z takich środków nie korzystają.
Co je powstrzymuje?
- Przyzwoitość, większa odpowiedzial­ność, większe poszanowanie prawa i zasad demokratycznych, troska o tożsa­mość... Jak się przyjrzeć ludziom PiS, to widać, że są oni od Sasa do Lasa. Od więź­niów systemu komunistycznego i zasłu­żonych, wręcz heroicznych dysydentów, po komunistyczne hieny w osobach peerelowskich prokuratorów i sędziów. I nie ma znaczenia, skąd przychodzisz, byłeś nas wzmocnił. To jest wielka siła PiS, że mimo antykomunistycznych de­klaracji nie patrzy w rodowody.
A dlaczego akurat teraz Edek tak się ośmielił?
- Z prostej przyczyny: rządy PiS to nie są rządy prawa i sprawiedliwości, tylko w najlepszym przypadku rządy na gra­nicy prawa. To okazja, by ludzie niekom­petentni, bez właściwości i kręgosłupów moralnych, kierujący się moralnością Kalego, mogli awansować tylko dlatego, że są „nasi”. Niezależnie, co byśmy po­wiedzieli o poprzednich rządach, to za ich czasów obowiązywała jednak zasada kompetencji, panowała praworządność. Teraz mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym - używając kategorii Car­la Schmidta. Bo skoro nie działa Trybu­nał Konstytucyjny, to nie można orzec o zgodności lub niezgodności przepisów z konstytucją. Poruszamy się, jeśli nie w czarnej strefie norm, to przynajmniej w szarej.
Długo to potrwa?
- Nie wiem. Działania PiS już bu­dzą ogromny opór moralny, zwłaszcza tych, którzy nie chcą zatracenia dorob­ku ostatnich 27 lat. Dramat polega na tym, że w czasie transformacji wiele grup zostało odtrąconych. Ale wcale nie ci, którzy najgłośniej teraz wrzeszczą. Odtrąceni i w pewnym sensie skrzyw­dzeni zostali ludzie o niskim statusie, niskim wykształceniu, starzy. Ale są tacy, którzy faktycznie zostali skrzyw­dzeni, i tacy, którym tak się tylko zdaje, więc są zagniewani. Socjologowie do­piero teraz zaczynają dostrzegać to, że istnieje coś takiego jak „interes emocjo­nalny” w działaniach mas. A powinni byli wcześniej.
I tylko Jarosław Kaczyński tak dobrze zdiagnozował nastroje?
- Przyczyna nie leży w Kaczyń­skim, tylko w samozadowoleniu tych, którzy stworzyli nowy liberalno-demokratyczny system. W demon­strowaniu przez nich pewnego rodza­ju wzgardy dla odrzuconych. Kaczyński to świetnie wykorzystał. Kiedy Donald Tusk spostponował kiboli, to on natych­miast ich dowartościował. Tych, których liberalny system odrzucał, Kaczyński brał natychmiast pod swoje skrzydła. A system odrzucał zarówno tych nie- radzących sobie, skrzywdzonych przez zmianę, jak i tych, którzy kierowali się w swoich działaniach ksenofobią, rasi­zmem i nacjonalizmem.
Uderzyłby się pan w pierś i powiedział: „Ja też jestem z tych liberalnych elit, które nie rozumiały, gdzie bije tętno narodu?”.
- Nie, nie uderzyłbym się.

wtorek, 12 lipca 2016

Oni zlikwidowali rzeczywistość



Jeśli założyć, że Kaczyński nie zwariował, to trzeba powiedzieć, że jest po prostu cyniczny - historyk Jan Tomasz Gross o tym, jak PiS mobilizuje nienawiść i buduje dumę narodową na kłamstwie

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Czy sprawę Jedwabnego trzeba zbadać na nowo, jak sugerują prawicowe media?
JAN TOMASZ GROSS: Bzdura. To, co piszą prawicowi publi­cyści, nie różni się od tego, co pisali 15 lat temu, gdy opubliko­wałem książkę „Sąsiedzi” rozpoczynającą debatę na ten temat.
Dziś mamy obszerną literaturę historyczną dotyczącą wydarzeń z 10 lipca 1941 r. Jedwabne jest świetnie zbadane.
Domagają się ekshumacji ofiar.
- Ekshumacja to jedyna rzecz, która nie została przez IPN po­rządnie zrobiona. Od razu w 2001 r., kiedy była mowa o przerwa­niu ekshumacji, domagałem się, aby przeprowadzono ją do końca.
Niestety, ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński zde­cydował inaczej. Dokończenie ekshumacji dzisiaj, oprócz ustalenia dokładnej liczby zamordowanych w stodole, niewiele wniosło­by do nagromadzonej wiedzy o tej zbrodni. I w dodatku należało­by do pracy zaangażować ekspertów zagranicznych, aby minister Macierewicz, skąpany w glorii komplementów płynących z „naj­wyższych ust w państwie”, nie pokusił się, aby „mgłę smoleńską” przelicytować jakąś „bombą jedwabieńską”. Bo cóż miałoby go po­wstrzymać od wyasygnowania ze swego arsenału niewypału, który kopacze Zbigniewa Ziobry wydobyliby, triumfalnie oznajmiając, że stodoła, do której sąsiedzi zagnali mieszkańców II Rzeczypo­spolitej, została zbombardowana np. przez Luftwaffe?
Dlaczego kwestia Jedwabnego powraca właśnie teraz?
- Tzw. dobra zmiana chce napisać nową, dobrą historię. Ci, któ­rzy kontrolują teraźniejszość i mają plan, żeby kontrolować przyszłość, zdają sobie sprawę, że muszą także kontrolować prze­szłość. To zachowanie typowe dla głęboko niedemokratycznych reżimów. Przerabialiśmy już tę lekcję w epoce PRL.
Jak będzie wyglądać to pisanie historii na nowo?
- Doświadczyliśmy tego niedawno na włas­nej skórze. Mieliśmy Katyń, za który byli odpowiedzialni Niemcy, faszystów z AK, którzy byli nazywani zaplutymi karłami re­akcji itd. Kaczyński chodził wtedy do szkoły i ma tego typu praktyki świetnie opanowa­ne. Może uznał, że podobny zabieg można wykonać dziś, gdy dostał wreszcie pełnię władzy. Armia prawicowych zagończyków, wzywających do zbadania historii Jedwab­nego, zaczęła już pisać nową historię Soli­darności i polskiej transformacji. Za chwilę będą uczyć w szkołach, że Lech, ale Kaczyń­ski, a nie Wałęsa, był najważniejszą postacią Solidarności. Że Michnik, Kuroń czy Balce­rowicz to najwięksi szkodnicy transformacji. Ciekawe, jaką rolę przypisze sobie Jarosław Kaczyński i gdzie wybrał miejsce na swój pochówek i upamiętniające go pomniki?
Niektórzy mówią o nim Naczelnik.
- Jedyne, co Kaczyński ma wspólnego z Piłsudskim, to wzrost. Raczej jest spadkobiercą tradycji endeckiej. To zadziwiające, jak destrukcyjna dla interesów państwowych była zawsze w Polsce endecja. To, co się dzisiaj dzieje, jest kontynuacją procesu zapo­czątkowanego zabójstwem prezydenta Narutowicza. Ten sam brak odpowiedzialności za państwo.
I ten sam poziom antysemityzmu?
- Pyta pani, czy Kaczyński jest antysemitą? Otwarcie nie, ale jego huranacjonalizm przejawiający się choćby w sposobie mówienia o uchodźcach, to odwołanie do nazistowskiego języka antysemi­tyzmu. Pasożyty i pierwotniaki prezesa PiS brzmią przecież jak „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”. W Polsce takie słowa mają nie tylko obrzydliwy, ale też morderczy w swych implikacjach wydźwięk. Eksploatują antysemityzm, by zmobilizować nienawiść.
A gdy prezydent Duda mówi, że „nie ma usprawiedliwienia dla antysemickiej zbrodni” podczas obchodów upamiętniających ofiary pogromu kieleckiego, to brzmi wiarygodnie?
- Opowieść o Polsce jako kraju, w którym byli tylko Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, jest zawoalowanym kłamstwem. Podobnie jak robienie patriotycznej szopki podczas otwarcia muzeum rodzi­ny Ulmów. Takie działania służą wyłącznie zakrzyczeniu prawdy, tego, że nie zawsze i nie wszyscy byliśmy heroiczni i bohaterscy jak Ulmowie. Wręcz przeciwnie, w przeważającej większości byli­śmy - w najlepszym wypadku - bierni. Oczywiście miło jest sły­szeć deklaracje takie jak ta prezydenta Dudy, tyle że w zestawieniu z tolerancją władzy dla ONR-owskiego sztafażu, dla narodowo-na­cjonalistycznego języka, pogardy dla wszelkiego rodzaju przeciw­ników, nazywania inaczej myślących „ludźmi gorszego sortu”, filosemicki fałsz tej władzy ujawnia się w pełnej krasie.
Czy PiS posługuje się kłamstwem?
- To nie są kłamstwa, to jest używanie języka w całkowitym ode­rwaniu od empirii. Słowa w PiS-owskim języku nie mają żad­nego związku z rzeczywistością. Jakiś pętak, z twarzą jak pupa niemowlęcia (w ten sposób o śp. generale Jaruzelskim mawiała znana z ostrego języka śp. Alicja Sternowa), powiada o sędziach Trybunału Konstytucyjnego, że to gru­pa kolesiów. No i co mu zrobić? Wzrusza­my ramionami i mruczymy pod nosem - gnojek. Ale wypuścić kilkudziesięciu ta­kich mężów (i żony?) stanu do prasy, parla­mentu, telewizji, w inne miejsca publiczne - i państwo leży rozłożone na łopatki. Bo istotą wolności i demokracji są debata, ścieranie się opinii i stanowisk. Gdy nie można argumentów zestawić z faktami, a więc rozstrzygać sporów w sposób rze­czowy i merytoryczny, demokracja bie­rze w łeb. Oni zlikwidowali rzeczywistość. I w ten oto sposób PiS-owscy działacze mają polemistów w głębokim poważaniu.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Oni oszukali naród



Jaki jest Kaczyński? Taki, jak widać - mały, złośliwy, zakompleksiony, a przy tym bardzo inteligentny i sprytny. Ale do kości niedobry człowiek - mówi Lech WAŁĘSA

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Syn Jarosław martwi się o pana. Uważa, że za bardzo przeżywa pan to, co się dzieje w Polsce.
LECH WAŁĘSA: Dobrze, jak się synowie martwią. Ale nie ma o co. Mam 73 lata, jestem już spakowany, gotowy pójść tam, do góry.
Na razie wyrusza pan w Polskę.
- Tak, chcę z Polakami rozmawiać o tym, co trzeba zrobić, żeby znów doprowa­dzić do zwycięstwa. Raz mi się udało zorganizować społeczeństwo i jestem przekonany, że uda mi się jeszcze raz.
Chce pan stanąć na czele opozycji?
- Ja już nie chcę być wodzem, jestem sta­ry i zmęczony. Natomiast oglądam się na Frasyniuka. Gdyby on wziął to na siebie, na pewno bym mu pomógł. Poza tym nie­specjalnie przeżywam to wszystko, co się teraz dzieje. Jestem człowiekiem przewi­dującym, dlatego nic mnie nie zaskoczyło.
Nic?
- Nic. Ani w Polsce, ani w Wielkiej Bryta­nii. Wiele razy ostrzegałem, że trzeba być gotowym na rozpad Unii, a wiodące kra­je, takie jak Francja, Niemcy i Włochy, po­winny przygotować rozwiązanie na taką sytuację. Okazało się, że miałem rację.
A przewidział pan, że PiS dojdzie do władzy?
- Tak, bo widziałem, że PO nie ma no­wych pomysłów na rządzenie, a na doda­tek co jakiś czas wybuchają różne afery. Do tego PO nie słuchała starego Wałęsy, który mówił im: codziennie kilku mini­strów powinno być do dyspozycji społe­czeństwa. Niech pytają ludzi: „Co wam się nie podoba w naszym rządzeniu? Co zro­biliśmy źle?”. Chodziło o to, żeby zabrać argumenty PiS, które nieustannie oskar­żało PO o wszystko, kłamało, oszukiwało Polaków co do stanu państwa. A Platfor­ma nie miała na to żadnej odpowiedzi. Mówiłem im, że tak się nie da rządzić.
A oni?
- Niby przyjmowali to, co mówię, ale i tak robili po swojemu. Patrzyli tylko na słupki poparcia w sondażach, w których dobrze wyglądali. Problem w tym, że mię­dzy słupkami a głosowaniem w wyborach jest różnica. No i skończyło się przegraną w wyborach parlamentarnych. Platforma popsuła naszą wspólną sprawę i dlatego mamy teraz nieprzyjemności.
Nieprzyjemności?
- Rząd PiS kompromituje Polskę za grani­cą. Jest na najlepszej drodze, by doprowa­dzić kraj do ruiny. Zaatakowali Trybunał Konstytucyjny, naruszając trójpodział władzy. Przejęli media publiczne, wzię­li się do prokuratury i sądów. Tego też się spodziewałem: że będą próbowali podpo­rządkować sobie wszystko, by w sposób dyktatorski pełnić władzę.
Jarosław Kaczyński cały czas powołuje się na wolę suwerena, który dał im tę władzę.
- Naród nie dał im władzy do łamania konstytucji i naruszania prawa. Dał im władzę, ale tylko do poprawiania tego, co złe. Gdyby politycy PiS przed wyborami po­wiedzieli, co naprawdę zamierzają zro­bić, nie wygraliby. Oszukali naród.

niedziela, 10 lipca 2016

Na początku było słowo



Partia rządząca Polską mówi tak, jak mówili kiedyś znani dyktatorzy. Od mówienia do działania droga niedaleka...

   Język kierownictwa PiS jest bardzo podobny do tego, którym posługiwały się totalitarne i auto­rytarne władze. Pełno w nim wro­gów, spisków, zagranicznych sił, sitw, układów.
   Natomiast w czasie kampanii wyborczych - prezydenckiej i par­lamentarnej - głośniej słychać było inne słowa. Uwodzono Polaków mówieniem o wspólnocie i zasypy­waniu podziałów. Ubiegający się o stanowisko głowy państwa An­drzej Duda przekonywał: „Nie da się naprawić państwa tylko i wyłącz­nie decyzjami władzy. Jeżeli władzy nawet wydaje się, że jedna czy dru­ga jej decyzja jest w stanie spowodo­wać jakąś pozytywną głęboką zmia­nę, to obawiam się, że jest w błędzie. Do tego potrzebna jest determinacja i wysiłek całego społeczeństwa, ale (...) także poczucie wspólnoty. Tego poczucia wspólnoty w naszym społe­czeństwie, w ostatnich latach bardzo brakuje. Brakuje właśnie dlatego, że społeczeństwo było dzielone. Były budowane podziały społeczne na lepszych i gorszych. Były budowane systemy, które wielu ludzi, nie bez racji nazywa głęboką niesprawiedli­wością (...)”. Nie zająknął się przy tym, kto te podziały wprowadzał.
   Czołową rolę w wojnie polsko-polskiej i podziale społeczeństwa na dwa zwalczające się plemiona od­grywał przecież prezes PiS Jarosław Kaczyński. To on jesienią 2006 roku mówił pod gdańskim pomnikiem stoczniowców, którzy zginęli w grud­niu 1970 roku, że „pamięta, kto był wtedy, po której stronie” oraz że, „my jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO”.
   W 2010 roku po zabójstwie asy­stenta europosła Janusza Woj­ciechowskiego lider PiS zmienił na chwilę zdanie i stał się zwo­lennikiem języka miłości i poko­ju. Zredagował tak zwaną „De­klarację łódzką przeciw przemocy i nienawiści w życiu publicznym i mediach Czytamy w niej Dziś jest ostatnia chwila, aby zatrzy­mać eskalację przemocy, ochronić wspólnotę obywatelską. Dla demo­kracji normalna jest różnica zdań i działalność polityczna obywateli, a także emocje. Jednak najbardziej drastyczne wypowiedzi mają swo­je konsekwencje - znajdują się lu­dzie, którzy traktują złe słowa, jako instrukcję lub przyzwolenie na prze­moc. Dlatego uważamy za niedo­puszczalne wyrażenia wzywające do przemocy i życzące śmierci (...)
   Jarosław Kaczyński nie uży­wał inwektyw do wiosny 2011 roku. Wtedy to rozpoczął nowy se­zon nagonek, mówiąc ponownie o środowisku „Gazety Wyborczej” jako „spadkobiercach Komunistycznej Partii Polski”. Dodał tak­że, że współpracują z „Wyborczą” „łże-elity” i „lumpenliberałowie”.

sobota, 9 lipca 2016

Ostatni dzwon, Straszne dziadki i Królestwo za chama



Straszne dziadki

Cudowne, co przynoszą czasy wolnej, nieskrę­powanej myśli. Nasza żulia w mig pojęła syg­nał płynący od władzy i swobodnie głosi, kogo z dziennikarzy niepadających plackiem przed geniuszem Jarosława należałoby powywieszać, a wymiar sprawied­liwości również aluzju poniał i nie widzi w tych groź­bach niczego szkodliwego. Ma się ten czujnik w głowach. Z kolei żulia angielska rozochocona brexitowym referen­dum przestała się wstydzić i dalejże wygrażać polskiemu robactwu i posyłać je won.
   Tylko wrodzone i silne poczucie ironii pozwala mi się cieszyć szpagatami myślowymi i retorycznymi na­szej władzy i jej propagandystów, którzy z jednej strony z trudem powstrzymują (albo nawet się tym nie kłopo­czą) radosny i mściwy uśmiech z powodu Brexitu (dobrze eurokratom, lewakom i Tuskowi!), a z drugiej zapowie­trzają się z oburzenia, że ktoś chce zrobić kuku rodakom na Wyspach. Jakby nie widzieli, że jedno wynika z drugie­go. Że ich podejście do polityki a la „na złość matuli wyjdę na mróz w koszuli” ma ponure konsekwencje dla Polski i Polaków, w tym, tak, również dla ich wyborców. Ale co tam, skoro można wbić szpilę Tuskowi, to co się będziemy zamartwiać, że Rzym płonie. Jest okazja, żeby ulać z sie­bie frustracji i wiecznego poczucia krzywdy, jest zabawa.
   A skoro tak, to idźmy śmiało dalej i zgłośmy projekt ustawy, zgodnie z którym zabronione będzie umieszcza­nie domów dziecka i pogotowia opiekuńczego razem z do­mami pomocy społecznej i starców. A skąd taki pomysł posłów PiS? Ano dlatego, że „dzieci wychowując się w otoczeniu starości, choroby i śmierci, stykają się na co dzień z dramatem samotności ludzi częstokroć pozbawionych wsparcia najbliższej rodziny”. Nie robię sobie jaj, cytuję projekt ustawy. I dalej: „Funkcjonowanie w takim otocze­niu jest bardzo trudne dla osób dorosłych. Tym bardziej trudno uznać je za odpowiednie dla prawidłowego kształ­towania postaw i rozwoju emocjonalnego dzieci”.

piątek, 8 lipca 2016

Las dla księdza



Nad jeziorem, w gęstych olchach, lęgły się ptaki. Wiosną przyszła dobra zmiana: zamiast ptasich jaj przywiozła gruz. Teraz ksiądz biznesmen chce zbudować tam domki. Sprawa oparła się o prezydenta Dudę

Wojciech Cieśla

O Puszczy Boreckiej na Mazurach mówią, że to mała Puszcza Białowieska. Gęsta, dzi­ka, wybujała. Mówią też, że to serce Mazur - ponad 230 hektarów lasu takiego, któ­ry przez wieki zachował się bez wyraźnej ingerencji człowieka.
W nadleśnictwie Borek samych jezior jest około setki. Kto chce oddychać czystym, nieskażonym cywi­lizacją powietrzem, przyjeżdża tu na kemping, na łódki, na kwa­terę. Jezioro Wilkus nie jest największe, ale jest malownicze. Cichy zakątek. Ładne brzegi.
   W styczniu nad jeziorem pojawił się ksiądz. Bez rozgłosu, w osobie swojego energicznego pełnomocnika. Pojawił się zimą, a dziś, u progu lata, pojawieniem zajmują się kilkunastu urzędni­ków i trzy instytucje od ochrony przyrody.
   Plus policja.
Powód jest taki, że - według wszelkich znaków na niebie i na ziemi - ksiądz wraz z kolegą, czyniąc sobie ziemię poddaną, zrobił krzywdę przyrodzie.

DZIWNA DZIAŁKA
O nadleśnictwie borki w Kruklankach i Pozezdrzu mówią „pałac”. Gdy za rządów PO Lasom Państwowym groziło, że część zysków będą przekazywać do budżetu, ktoś sprytny wymyślił, żeby całą gotówkę po prostu powydawać. Zagrać na nosie mą­dralom z Warszawy. Dzięki temu nadleśnictwo Borki przeniosło się z piętrowego biurowca o skośnym dachu do prawdziwego pa­łacu a la dworek polski. Pałac czy dworek za prawie cztery mi­liony stanął nieco ironicznie, w szczerym polu, daleko od lasu. Wokół nie ma drzew. Na piasku przed pałacem o przetrwanie walczą kępki spłowiałej trawy.
   Do niedawna nadleśnictwem rządził P., do­świadczony leśnik. Okolica plotkuje, że był w partii albo zmieniał partie, albo że na fali do­brej zmiany wstąpił do PiS. Kiedy go o to pytam, P. tylko się śmieje: - Jedyny związek, do któ­rego należę i płacę składki, to Polski Związek Łowiecki.
   W styczniu 2016 r. P. kieruje nadleśnictwem. Prawo w lasach jest takie, że za wszystko, co dzieje się na jego terenie, odpowiada osobi­ście nadleśniczy Więc to P. 7 stycznia podpi­suje umowę: wydzierżawia 35 arów lasu nad brzegiem jeziora Wilkus. Umowę dzierżawną w imieniu księdza Witolda Józefa Gajdy, pro­boszcza parafii z Wołomina, podpisuje jego kolega i pełnomocnik Ernest Dzierżanowski.
Razem z jednym z leśników z sąsiedniego Giżycka oglądam mapę okolic jeziora. Dział­ka, którą wydzierżawił ksiądz, jest dziwna: wą­ska, długa, zarośnięta. Tuż przy brzegu. - To łęg - tłumaczy mój rozmówca. - Las, który rośnie tuż przy wodzie. Plotka o tym, że nadleśnictwo Borki wydzierżawiło jakieś tereny księdzu, szybko się rozniosła. Zachodziliśmy w gło­wę, dlaczego starał się o ten kawałek? Przecież mógł wziąć każdy inny, niezarośnięty, jakieś pole namiotowe albo coś innego.
   Nadleśniczy P. potwierdza: - Ile w tym czasie mieliśmy umów dzierżawy? Z 500. Dużo. Ten kawałek ziemi nie był jakoś atrakcyjny czy wyjątkowy.

czwartek, 7 lipca 2016

Lwice prawicy



One o prezesie Kaczyńskim mówią „nasz kot", ale to poufałość udawana. O nich mówi się: lwice prawicy. Bo są ostre, gotowe wydrapać oczy.

Elżbieta Turlej

Mińsk Mazowiecki. Pod biu­rem poselskim Krystyny Pawłowicz kolejka. Na­uczycielka z przedmieść Warszawy (w sprawie mobbingującej dyrektorki - lewaczki), bezro­botna spod Konika Nowego (kiedy dostanę mieszkanie komunalne?), sprzedawczyni na ćwiartkę etatu (czy to nie przypadek, że Boże Ciało przypada w Dniu Matki?). Drzwi do biura zamknięte. Kartka „Zaraz wracam”. Nauczycielka, ze zrozumieniem: -My, kobiety, marny tyle na głowie. Pewnie zakupy robi.
   Po godzinie asystentka otwiera drzwi. Na korkowej tablicy zdjęcie Pawłowicz z prezesem Kaczyńskim, czarno-biały plakat „Ku pamięci” ze zdjęciami ofiar ka­tastrofy smoleńskiej, fotografia śp. Lecha Kaczyńskiego z małżonką. Nad wszystkim Piłsudski. Prawdopodobnie olej. Profesor nie ma, ale są zapisy. Profesor przyjmie najszybciej we wrześniu-październiku. Na rozmowę czeka 90 osób. Profesor za­łatana. Pracuje w kilku komisjach. Na nic czasu nie ma. Nauczycielka ze zrozumie­niem: - Oddana sprawie. Bezrobotna: - W Sejmie niedosypia i niedojada. Sprze­dawczyni: - Od wyborów parlamentarnych widać znaki z nieba. Matka Boska mówi ustami kobiet polskich.
   Posłanka Pawłowicz, jeśli mówi, robi to w sposób mało parlamentarny, używając kolokwializmów, wulgaryzmów, naduży­wając słów ojczyzna i zdrajcy. Sam prezes Kaczyński podczas kampanii wyborczej w Ostrołęce zachwalał prof. Pawłowicz, że „bywa ostra, ale tacy ludzie są bardzo potrzebni, nie możemy się rozpływać w niejednoznacznych, nieostrych okre­śleniach”. Zdjęcie z Kaczyńskim z biura poselskiego powstało właśnie w Ostrołę­ce. Fotoreporter nacisnął migawkę, kiedy tuż po wspomnianych słowach prezesa prof. Pawłowicz podniosła w górę dwa palce w geście zwycięstwa.
   Przetarła szlak, ale ma już następczy­nie. Kobiety PiS. To cała galeria: trzy Be­aty - Szydło, Kempa, Mazurek. Joanna Lichocka. Elżbiety - Witek i Kruk. Berna­deta Krynicka. Ewa Stankiewicz. I wiele innych. Na ogół są agresywniejsze niż pisowscy mężczyźni, którzy w retorycznych utarczkach jakby zeszli na drugi plan. Radykalizują język, są napastliwe, przekra­czają granice. Chętnie zresztą są wysyłane na pierwszą linię frontu. Żadna partia nie ma dziś, ani nie miała, tak drapieżnych bojowniczek. Aleksandra Jakubowska, nazwa­na kiedyś „lwicą lewicy”, według dzisiejszej miary byłaby przedszkolanką.

środa, 6 lipca 2016

Kaczyński zmienia polaków na gorsze



Prezes PiS sztucznie narzuca nam konflikt. A nadzieja, że konflikt zmieni społeczeństwo, jest z gruntu bolszewicka - socjolog, mówi o swoim rozczarowaniu rządami Pis

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Długo wierzyła pani w Prawo i Sprawiedliwość i Jarosława Kaczyńskiego. Jest pani rozczarowana?
JADWIGA STANISZKIS: Czuję się głupio, bo nie przewidziałam, że to wszystko zajdzie tak daleko. W PiS jest mnóstwo ludzi, których cenię i szanuję. Ta partia miała lepsze niż PO zaplecze intelektu­alne, mam na myśli Klub Jagielloński,
Instytut Sobieskiego i różne fundacje.
Ludzi, którzy w nich pracowali, skusiła możliwość wejścia do polityki, niestety teraz są w większości zmarginalizowani, zdemoralizowani stanowiskami. Tro­chę mi głupio, bo powinnam była to przewidzieć.
Zna pani Kaczyńskiego od lat.
- Nie tyle go znam, ile obserwuję bardzo, bardzo długo. Ale nie utrzymuję z nim prywatnych kontaktów, bo po pierwsze jestem bardzo aspołeczna, nietowarzyska, a po drugie pracuję, a w domu mam pod opieką ciężko chorą osobę. Nie mam czasu na spotkania, a tym bardziej z po­litykami. Niczego nigdy od żadnej par­tii nie chciałam, w tym sensie jestem dla nich niepokojąca, bo oni uważają, że nie­zależność jest zagrożeniem. Prawie każ­dy jest do kupienia, a ja nie jestem. Cenię sobie moją wolność.
Prezes PiS z kolei podobno zawsze cenił pani zdanie.
- Nie wiem. Kontaktowałam się z nim głównie przez media, on jakoś reagował na to, co mówiłam. Ciągle cenię jego in­teligencję, ale widać, że on pogardza własnym zapleczem. My­śli, że ci ludzie wykorzystają jego słabość przeciwko niemu, i im nie ufa. A może po prostu polityka i tragedia smoleńska go zmieniły.
Kiedy po raz pierwszy poczuła pani, że Jarosław Kaczyński się zmienił?
- Zaskoczył mnie dopiero wtedy, kiedy zaczął konflikt z Trybu­nałem Konstytucyjnym. Jest jasne, że tzw. ustawa naprawcza, którą przygotowało PiS, miała na celu sparaliżowanie Trybu­nału. Uderzyło mnie to cwaniactwo, metoda tworzenia prawa polegająca na tym, że najpierw daje się jakiś projekt, a potem w komisjach się go zmienia, zaostrza jego zapisy. I potem się mówi, że to tymczasowe rozwiązanie, że później przyjdzie czas na właściwe. To manipulowanie prawem w imię nie wiadomo czego, nierozumienie, że instytucja niezależna, która potwier­dza decyzję większości, jest kapitałem dla tej większości, a nie ograniczeniem. To czysty bolszewizm.
Zdenerwowało mnie również, że Kaczyński otacza się byłymi PZPR-owcami i ludźmi, którzy mu się kiedyś narazili, typu Zio­bro czy Kurski, a teraz zrobią wszystko, by ponownie wkupić się w jego łaski. Nie podoba mi się takie instrumentalne roz­grywanie ludzi, łamanie ich, utrzymywa­nie w strachu. W PiS jest wielu wybitnych polityków, ale wyraźnie widać, że oni wie­dzą, iż muszą się teraz trzymać wyznaczo­nej przez prezesa linii.
I dlatego jak jeden mąż powtarzają argumenty mające uzasadnić odmowę publikacji wyroku Trybunału? Są zaślepieni czy świadomie kłamią?
- Nie wiem. Pamiętajmy, że zostali wy­brani tylko przez 18 procent Polaków uprawnionych do głosowania i gdyby nie to, że SLD nie wszedł do parlamen­tu, PiS też nie miałoby większości. To ich zaskoczyło. Oczywiście, chodziło im o wprowadzenie obietnic gospodarczych z kampanii, ale od razu uznali, że Trybu­nał Konstytucyjny będzie te zmiany blo­kował. I postanowili go sparaliżować, pozbawić niezależności.
Nie wolno robić takich rzeczy. To jest kwestia dobrego smaku, poziomu, stan­dardów rządzenia. A także wiary, że moż­na z sędziami Trybunału współpracować, że oni nie są wrogami.

wtorek, 5 lipca 2016

WyPiSani z Europy



Polska powoli znika z UE. To skutek rządowych działań i zaniechań

Aleksandra i Jacek Pawliccy

Czy mamy scenariusz na wy­padek Brexitu? - pyta polski urzędnik w Brukseli podczas spotkania z szefem MSZ Wi­toldem Waszczykowskim. W sali jest kilkudziesięciu eurokratów zatrudnionych w unijnych instytucjach.
   - Państwo zarabiacie tyle tysięcy euro, że nie pozwolicie, aby do tego doszło. Rozpad Unii nie jest w waszym interesie - ironizuje Waszczykowski.
   Spotkanie odbywa się miesiąc przed bry­tyjskim referendum. - Takiego poziomu ignorancji i arogancji jeszcze tu nie widzia­łem. Wyszliśmy z tego spotkania zażenowa­ni i przekonani, że Polska sama odsyła się na ławkę rezerwowych - mówi nasz rozmówca.

NIE BĘDZIE NIEMIEC ZAGLĄDAŁ NAM DO PORTFELA
Spotkanie odbyło się 23 maja w przedstawicielstwie polski przy UE w Brukseli. Dokładnie w tym sa­mym dniu, który Komisja Europejska wyznaczyła jako ostateczny termin na podjęcie przez polski rząd działań na­prawczych dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Trzy dni po słynnym wystąpieniu Beaty Szydło w Sejmie, gdy pani premier zarzuciła opozycji zamach na suwerenność Polski i pytała, czy „de­cyzje dotyczące Polski mają zapadać tu­taj, w Warszawie, czy gdzie indziej?”. Ten sam ton pojawił się w wystąpieniu Waszczykowskiego do Polaków z bruk­selskich instytucji: rząd PO sprzeniewie­rzył polską suwerenność w poddańczej polityce wobec UE i dlatego prioryte­tem rządu PiS jest zastąpienie uległości asertywnością.
   - W Polsce mamy czasami błędne przekonanie, że jako chłopskie społe­czeństwo jesteśmy skazani na poddań­stwo - mówił Waszczykowski. Przerwała mu jedna z urzędniczek: - Przepraszam, aleja mam chłopskie pochodzenie i je­stem z tego dumna. To pochodzenie dało mi upór w dążeniu do celu.
   Minister przez moment wydaje się zbity z tropu, ale po chwili kontynuu­je atak: - Unijne pieniądze, zwłaszcza środki pochodzące z polityki spójności, uzależniły Polskę od Brukseli na pokole­nia. Dobro kraju trzeba budować na ro­dzimym kapitale.
   Wśród zebranych w ambasadzie poru­szenie. Ktoś pyta, czy Polska byłaby w sta­nie zbudować bez unijnej pomocy szybką kolej. Budżet UE na lata 2014-2020 prze­widuje 376 miliardów euro na politykę spójności, która obejmuje infrastrukturę, ochronę środowiska, cyfryzację, projekty edukacyjne. Jedną piątą tej kwoty, czyli 82,5 mld, zapisano dla Polski. - Gdy bę­dziemy chcieli wybudować kolej dużych prędkości, to możemy skorzystać z po­mocy Chin. Chińskie pieniądze są równie dobre co niemieckie i nie będzie Niemiec zaglądał nam do portfela - odpowiada szef polskiej dyplomacji.
   -  To miał być chyba żart w stylu Wasz­czykowskiego, ale nie wzbudził śmie­chu - opowiada nasz rozmówca i dodaje: - Wypowiadanie takich sądów, nawet w żartach, to kompromitacja i dowód na kompletne niezrozumienie intere­su własnego kraju. Ten człowiek powi­nien nauczyć się trochę rozumieć świat, zanim otworzy usta.
   Witold Waszczykowski kończy spotka­nie w znakomitym humorze: - No i co? Nie taki ten pisior straszny, jak go malu­ją? - pyta retorycznie.
   - Przesłanie było jasne - mówi osoba, która uczestniczyła w tamtym spotka­niu. - Polski rząd nie ma innego pomy­słu na obecność Polski w UE, jak tylko budowanie oblężonej twierdzy i pozy­cjonowanie Warszawy w kontrze do Brukseli.
   - Biuro prasowe MSZ na pytanie o bruk­selskie wystąpienie ministra odpowia­da „Newsweekowi”: „Nie komentujemy spekulacji medialnych”.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kiedy Macierewicz kłamie i Koniec lustracji



Kiedy Macierewicz kłamie

Od polityków nie wymagajmy prawdy. Z KONRADEM RĘKASEM, mimowol­nym bohaterem ataku „GW” na ministra Antoniego Macierewicza, rozma­wia Rafał Pazio.

W jednym z Pańskich ostatnich wpi­sów na portalu społecznościowym po­jawiło się tłumaczenie strofy z wiersza Roberta Frosta o ciemnym lesie, dłu­giej drodze i potrzebie dotrzymywania obietnic. Czy to w nawiązaniu do arty­kułu w „Gazecie Wyborczej” o rzeko­mych związkach szefa MON Antoniego Macierewicza z byłym tajnym współ­pracownikiem Służby Bezpieczeństwa PRL Robertem Luśnią, w którym został Pan wymieniony? A może cytuje Pan wiersz w związku z „Brexitem”?
- To wiersz o podróży. Kto pamięta sensacyj­ne kino amerykańskie z lat siedemdziesiątych XX wieku, powinien kojarzyć, w jakim filmie ten wiersz się pojawia i do czego nawiązuje. Żart może to niezbyt wyszukany, ale niestety mam taką skłonność jak bohater filmu „Ży­cie jak sen”. Myślę serialami, myślę scenami z książek i filmów. Przywołana scena, w której pojawił się cytowany tekst, skojarzyła mi się z sytuacją w Polsce. Chociaż rzeczywiście je­stem w drodze i muszę kilka spraw w Polsce załatwić. Mam nadzieję, że również te, które przybliżą wyjaśnienie tych nieszczęsnych pu­blikacji w „Gazecie Wyborczej”.

Rozmawiamy w dniu, w którym już wiadomo, jaką decyzję podjęli Brytyj­czycy w referendum. Jak Pan zareago­wał na wiadomość o „Brexicie”?
- Wstrzymajmy jeszcze oklaski. Można zakładać, że eurobiurokraci i establishment brytyjski coś wymyślą, żeby utrudnić „Brexit”. Premier Cameron zapowiedział dymisję, ale nie od razu, tylko w ciągu trzech miesięcy. To pokazuje, że ciężko jest im się pogodzić z wynikiem. Fakt, że przewaga zwolenników „Brexitu” jest dużo mniejsza niż jeszcze ty­dzień temu, pokazuje, jaki skutek przyniosło wyeksploatowanie medialne śmierci Jo Cox. Gdyby nie bardzo nachalna propaganda wo­kół tej śmierci, zwolennicy „Brexitu” wygrali­by ze znaczną przewagą. Byłem na Wyspach Brytyjskich, obserwowałem kampanię z bli­ska. Przewaga zwolenników wyjścia z Unii była zdecydowana. Dopiero ostatni tydzień po śmierci Cox przewagę zmniejszył. Wynik jest dla Polski optymistyczny. Osłabia Unię, nie wzmacnia Niemiec, wbrew różnym opi­niom. Cała Unia jest narzędziem polityki nie­mieckiej, więc osłabienie Unii, tak czy siak, Polsce pomaga i jest dobrym rokowaniem na przyszłość.
Jest też w jakimś sensie wyrokiem podpisa­nym pod losem Zjednoczonego Królestwa.
Minimalna przewaga zwolenników „Brexitu” na całych Wyspach przy dużej przewadze zwo­lenników pozostania w Unii w Szkocji zapowia­da, że w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się odłączenia Szkocji od Zjed­noczonego Królestwa, czyli rozpadu Wielkiej Brytanii. To z kolei jest korzystne, gdyż osłabia Londyn jako pewien element polityki amery­kańskiej, prowojennej i agresywnej, która też Polsce zagraża. Wyniki są korzystne dla Pol­ski. Ja akurat obudziłem się dzisiaj z dużym zadowoleniem. Chociaż przez ostatnie dni obawiałem się, że po tym nieszczęsnym tak zwanym zamachu na Cox może być gorzej. Spora część Polaków głosowała bardzo od­powiedzialnie, czyli za wyjściem. Dobrze to świadczy o naszych rodakach na Wyspach.

Wróćmy jednak na nasze podwórko. Politycy obecnej opozycji z radością przyjęli wiadomość, że wspomniany wyżej artykuł w „Gazecie Wyborczej” uderza w mit Antoniego Macierewicza. Jak Pan podchodzi do tej kwestii?
- Przy całej mojej niechęci do III RP, jako okupacyjnej formy zarządzania państwem polskim, jestem państwowcem. Jakiekolwiek formy strzelania, nawet prasowego, do mini­strów mnie nie cieszą - czy to byłby minister tego, czy poprzedniego rządu. Nie klaszczę, wyznając zasadę, że im gorzej, tym lepiej. Jest szczyt NATO i jakie państwo by nie było, jest to państwo polskie. Źle, kiedy wychodzimy na cyrkowców i kosmitów, a tak się wspólnymi si­łami rządu i opozycji ciągle dzieje. Faktem też jest i nie mam najmniejszych wątpliwości, że publikacja „Gazety Wyborczej” i fakt, kto się wypowiada w tym tekście, pokazuje wyraźnie, że mamy do czynienia z zagrywką polityczną li­czoną na osłabienie Antoniego Macierewicza. Zapewne jest to też jakaś forma rozgrywki we­wnątrz PiS. Jeżeli na to spojrzymy także w kon­tekście poprzednich wydarzeń, zatrzymania Mateusza Piskorskiego, całej tej akcji ABW przeciwko konsekwentnej opozycji w zakresie polityki zagranicznej, widzimy, że ABW bry­luje i minister Kamiński znajduje się w ścisłej czołówce czekistowskiej. Zaskakujące jest milczenie Służby Kontrwywiadu Wojskowe­go i ministra Antoniego Macierewicza, który zawsze był pierwszy, jeśli chodzi o tropienie agentów. Od kilku miesięcy siedzi cicho, a w ostatnich wydarzeniach w ogóle nie bie­rze udziału. Można się spodziewać, że jest to jakaś wyższa forma wojny rewolucyjnej, czyli wojna wewnętrzna. Trzeba teraz obserwować, kto będzie chciał na tym dodatkowo zyskać.
Było też faktem, że to strojenie się w szaty całkowitej bezkompromisowości, jakie Antoni Macierewicz stosował od lat jako pomysł na siebie, może się na nim zemścić. Pozostawało tylko kwestią czasu, kto i jakie niekonsekwen­cje wyciągnie. Pozostawało tylko pytanie, jak mocny i dotkliwy będzie ten cios. Ministerstwo Obrony kłamie w swoich wyjaśnieniach doty­czących relacji ministra Macierewicza ze mną czy kwestii formalno-organizacyjnych dotyczą­cych fundacji i spółek. Ale to tylko pokazuje, jak słabo są przygotowani. Cios nie jest zbyt mocny, a tekst nie ujawnia jakiś szczególnych faktów, ale MON nie jest w stanie nawet w ta­kiej sytuacji zareagować w sposób sprawny, zorganizowany i zgodny z prawdą.
Przecież umówmy się, że mamy do czynie­nia z politykami demokratycznymi. Od polity­ków demokratycznych nie wymagamy, żeby mówili prawdę. Wymagamy od nich, żeby się nie dali złapać na kłamstwie. Minister Maciere­wicz w banalnych sprawach daje się złapać na kłamstwie. Osobiście takiemu ministrowi nie ufam. Jeśli siądzie do negocjacji z partnerami rosyjskimi, niemieckimi, amerykańskimi czy brytyjskimi i będzie tak nieudolnie kłamał, na­razi na szwank bezpieczeństwo całego kraju.

niedziela, 3 lipca 2016

Pod ostrzałem



Alimenty, podrzucona do komputera dziecięca pornografia, a teraz rzekoma afera w PZU - lider KOD Mateusz Kijowski opowiada, jak prawicowi politycy i dziennikarze próbują znaleźć na niego haki

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Co pan robił w PZU Życie?
MATEUSZ KIJOWSKI: Pracowałem. Wstrząsające, prawda? A najgorsze jest to, że za tę pracę dostawałem pieniądze.
Gigantyczne, 10 tys. złotych miesięcznie.
- Pełniłem obowiązki dyrektora zarządzającego ds. informatyki. Zarządzałem 200 osobami.
Mimo że miał pan tylko licencjat z zarządzania z prywatnej uczelni. Informacje na ten temat pochodzą z audytu w PZU zleconego na polecenie nowych władz spółki.
To one zawiadomiły CBA.
- Miałem licencjat z zarządzania informacją w biznesie, czyli właśnie z kierowania strukturami informatycznymi. Wcześniej byłem m.in. prezesem spółki prowadzącej portal. Już dawno się przyzwyczaiłem, że mówi się o mnie wiele różnych dziwnych rzeczy, więc się tym nadmiernie nie przejmuję. Natomiast mar­twi mnie całkowity brak rzetelności dziennikarzy, którzy wy­produkowali ten wstrząsający news.
A co z nim jest nie tak?
- Wszystko. Afera w grupie PZU, jeśli w ogóle była, polegała na tym, że w zarządzie spółki było dwóch byłych członków zarzą­du największej wówczas w Polsce firmy informatycznej. Oni bardzo chcieli, żeby właśnie ta firma robiła informatyzację PZU.
Ja uważałem, że możemy sami integrować systemy, zamiast za­trudniać kogoś z zewnątrz za grube pieniądze. Mieliśmy sporą grupę własnych dobrych analityków, projektantów, programi­stów. Musiałem odejść po tym, jak powiedziałem w obecności wiceprezesa PZU odpowiedzialnego za IT, że możemy wiele zro­bić we własnym zakresie. Po moim odejściu projekt podjęto, a po wydaniu około 400 milionów na studium wykonalności okazało się, że nie da się nic zrobić. Teraz próbuje się insynuować, że to ja tą aferą kierowałem. Chamskie i absurdalne.
Faktem jest jednak, że zarabiał pan wtedy krocie, a alimentów nie płacił.
- Tak się składa, że wtedy jeszcze nie miałem alimentów. „Super Express”, który teraz manipuluje w sprawie mojej pracy w PZU, zrobił to samo w sprawie alimentów. To jest ewidentna próba dyskredytacji KOD za pomocą kłamstw na mój temat.
Jak to?
- Na krótko przed rozstaniem z byłą żoną miałem tę nieźle płat­ną pracę w PZU, więc sąd ustalił wysokie alimenty. Potem pracę straciłem, a alimenty pozostały wysokie. Próbuje mi się wma­wiać, że łamię prawo, że jestem alimenciarzem. To bzdura, pła­cę alimenty regularnie, nie kwalifikuję się do takiej definicji. A mimo to ciągle jestem atakowany przez generałów szczujni.
Przez kogo?
- Generałów szczujni. Ludzi, którzy wrzucają do sieci krótki ma­teriał, jasno wskazujący, co należy z czym wiązać. To może być Krzysztof Bosak, ksiądz Isakowicz-Zaleski czy naczelny „Super Expressu”. Ktoś, kto ma w tym prawicowym światku jakąś po­zycję. Później lecą setki, tysiące komentarzy od anonimowych ludzi, którzy się na mnie wyżywają, nic nie wiedząc ani nie ro­zumiejąc. Są też internetowe trolle, boty, fejkowe konta stwo­rzone wyłącznie po to, żeby po mnie jeździć. W ten sposób przypuszczano na mnie wiele ataków na Twitterze, Facebooku czy w wątpliwej jakości mediach. Już dawno zbanowałem więk­szość generałów, bo to były niesmaczne, chamskie ataki. Szkoda mi czasu na czytanie takich bredni.
Przejmował się pan?
- Tylko na początku. Kilka dni po tym, jak na Facebooku powstała grupa Komitetu Obro­ny Demokracji, mieliśmy spotkanie ludzi, któ­rzy ją tworzyli. I wtedy wszyscy powiedzieli, jaką mają historię i co im na pewno będą wy­ciągać. Bo każdy coś takiego ma. Nie ma czło­wieka, który zawsze szedł prostą ścieżką, bez żadnego potknięcia. Ja wtedy powiedziałem, że z całą pewnością za chwilę tematem będą moje alimenty i sprawy rodzinne. One generalnie są pod kontrolą, prawnicy się tym zajmują, nie ma żadnej sensacji, niczego, co warto nagłaś­niać. Ale wiadomo, że jak ktoś chce uderzyć, to się kij znajdzie.

sobota, 2 lipca 2016

Pastorałem po łbie, Katastrofa europejska, Na śmierć i życie, Paganini i Koniec świata i co dalej



Pastorałem po łbie

Wcale mnie nie zdziwi, jeśli w polskich ko­ściołach zaczną się nabożeństwa dzięk­czynne za mądrość i odwagę społeczeństwa Wielkiej Brytanii. Proboszczo­wie będą z ambon dowodzić, że oderwanie się Wyspiarzy od gnijącej Europy Zachodniej było dla nich ostatnią de­ską ratunku. Skąd to przypuszczenie, a nawet pewność? Z tego, co się działo w czasie obchodów 40-lecia wydarzeń radomskiego Czerwca 1976. Biskup płocki Piotr Libera wygłosił niby-homilię, a w rzeczywistości wylał kubeł politycznych pomyj, których nie powstydziłby się nawet Jarosław Kaczyński. Na kogo? Na tych, którzy wyciągnęli nas z łap komunizmu, zasłużonych dla początków III RP i całej naszej historii ostatnich 27 lat. Ganił tych, którzy „z premedytacją” oddali gazety, radiostacje i telewizje resortowym dzieciom lub za bezcen sprzedali ogłupia­jącym Polskę cudzoziemcom z Zachodu. To właśnie oni dziś sączą nam jad lewackiej ideologii multi-kulti i każą odrzucać kulturę, w której wyrośliśmy - „chrześcijańską, Chrystusową”. Chyba tylko pogarda dla materialnych dóbr tego świata nie pozwoliła biskupowi powiedzieć wprost, że wszystkie te gazety, radia i telewizje należą się ubogiemu Kościołowi za symboliczną złotówkę. Dopiero wtedy zapanowałby ład moralny - jedna owczarnia, je­den pasterz. Na razie jednak, grzmiał biskup, małpujemy Zachód. Ciekawe, co powie, gdy będziemy musieli mał­pować Wschód.
   Wiadomo, że wiara czyni cuda, ale w przypadku emi­nencji z Płocka doświadczamy raczej próżni Torricellego. W dalszym ciągu biskupiej oracji usłyszeliśmy bowiem, że tzw. nowoczesna demokracja tu w kraju i pogubiony duchowo Zachód „panicznie przestraszyły się Polski”. Dlatego Unia Europejska tak nas prześladuje. Nie o żaden Trybunał ani praworządność chodzi Brukseli, tylko o to, że Polska „od­najdująca swą tożsamość w wierze Chrystusowej” jest dla ateistycz­nych elit i bankierów po prostu nie­wygodna. Mam wrażenie, że próż­nia w głowie uniosła hierarchę pod same obłoki. Niebieskie, oczywiście.
   Czy to, co głosił eminencja, a co tu opisuję, miało cokolwiek wspólnego z protestem tysięcy robotników przeciwko drastycznym podwyżkom cen za Gierka i Jaroszewicza? Z wsadzaniem demonstrujących do więzień i pałowaniem ich podczas tzw. ścieżek zdrowia? Słowem - z wydarze­niami Czerwca 1976? Nie. Jest natomiast bardzo ważne dla rączka rączkę myje w 2016. Homilii słuchali przecież elitarni komisarze PiS, z Andrzejem Dudą, Beatą Szydło i Antonim Macierewiczem na czele. Kościół dał im pełne poparcie. Naiwniacy, którzy wierzyli, że może upomnieć się choćby o szacunek dla naszej konstytucji, dostali pa­storałem po łbie.

piątek, 1 lipca 2016

Meandry dziennikarstwa resortowego



Co łączy współautorkę „Resortowych dzieci” ze służbami specjalnymi i lobbystą podejrzewanym przez PiS o związki z rosyjskim wywiadem?

Leszek Szymowski

W poprzednim numerze „Gazety Pol­skiej” (nr 23 z 8 czerwca 2016 r.) Dorota Kania pisała o tym, że „Lu­dzie Giertycha skłócają prawicę”. Opluła również przy okazji redakcję „Najwyż­szego CZASU!”, choć nigdy nie zajmo­waliśmy się skłócaniem żadnej prawicy
   Kania zarzuciła nam współpracę z Ja­nem M. Fijorem - wiceprezesem szkoły biznesu ASBIRO, który był zarejestro­wany przez Służbę Bezpieczeństwa jako tajny współpracownik o pseudo­nimie „Bereta”. Jest to oczywista nie­prawda. „Najwyższy CZAS!”, decyzją redaktora naczelnego Tomasza Sommera, zakończył współpracę z Janem M. Fijorem, gdy jego teczka wyszła na jaw (nota bene w samej teczce, poza faktem rejestracji, nie ma niczego, co mogłoby kompromitować Fijora). Do­rota Kania mogła to sprawdzić, choć­by przeglądając archiwalne numery „NCz!” (wszystkie są dostępne za dar­mo w czytelni Biblioteki Narodowej).
   Dorota Kania (nazwisko nosi po pierw­szym mężu - synu Stanisława Kani, byłego sekretarza KC PZPR) lubuje się w atakach na wszystkie środowiska, które ośmielają się nie zgadzać się z rzą­dzącą partią. W artykułach i książkach używa często głównego argumentu - agenturalnych powiązań. Czy jednak ten argument i zarzuty dotyczące powiązań ze służbami specjalnymi w ustach Doro­ty Kani brzmią wiarygodnie?